Tag: pobyt

  • Rozczarowani emigranci czyli zawiodłaś mnie Kanado. Dwie strony emigracji

    Ruszam temat kontrowersyjny. Ale muszę. Siedzą gdzieś we mnie te dwie strony emigracji i właśnie się ulało. Bo niedawne spotkanie, bo Brexit też. Bo za chwilę urlop w Polsce…

    Zanim o rozczarowanych emigrantach, słowo wprowadzenia.

    W ostatnim czasie poznaliśmy wielu ciekawych Polaków, którzy przylecieli do Vancouver w ramach programu Working Holiday (część programu International Experience Canada).

    Za każdym z nich stoi poruszająca historia, bagaż doświadczeń, wiele energii i nadziei.

    Mimo że IEC nie jest programem emigracyjnym, to dla większości uczestników, jest wstępem do starań o kartę stałego pobytu.

    Występowanie o pobyt stały (czyli o status Permanent Resident → tutaj przeczytasz więcej o tym, jak my dostaliśmy pobyt stały ) rodzi wiele pytań i jeszcze więcej wątpliwości.

    Zanim jeszcze porozmawiamy o rozczarowanych emigrantach w Kanadzie, kilka słów wstępu.

    Odpowiedzi na pytanie, czy warto wyemigrować do Kanady, jest tyle, ile ludzkich przypadków.

    Każda rozmowa w polskim gronie prędzej czy później schodzi na temat, z jakiego programu emigracyjnego skorzystać, czy lepiej pracę tu, czy tam, a może w ogóle pójść do szkoły?

    Nieco zazdrośnie, ale i z nadzieją, patrzy się na tych emigrantów, którzy starania o legalizację / przedłużenie pobytu w Kanadadzie mają już za sobą.

    Starsi stażem emigracyjnym Polacy dają dobre rady i pomagają, jak mogą (wiem, może trudno w to uwierzyć, ale Polonia w Vancouver przeczy ogólnemu przekonaniu, że na emigracji największym wrogiem Polaka jest drugi Polak).

    Historie Polaków, którym się udało, działają motywująco na nowoprzybyłych. I bardzo dobrze.

    Rozumiem jak najbardziej chęć zostania w Kanadzie, zwłaszcza jeśli jest się młodym, mobilnym obywatelem świata.

    Kanada ma wiele do zaoferowania, Vancouver jest miastem cudnym wprost (na pewno?), dobrze można żyć.

    A i nasze kanadyjskie życie jest dobre. Mamy nadzieję, że czytając posty na Kanada się nada czujecie, że pozytywne emocje są w większości. Całkiem niedawno pisaliśmy o naszych ostatnich odczuciach związanych z mieszkaniem w Vancouver.

    Wniosek: chcemy kontynuować naszą przygodę z Vancouver.

    No właśnie, skoro dobrze można żyć, to skąd ci rozczarowani emigranci?

    Emigranci to zwykli ludzie, z takimi samymi emocjami.

    Wczoraj miałam spotkanie z koleżanką Wenezuelką, która pomaga mi przy nowym projekcie.

    Przyprowadziła ze sobą starszego mężczyznę, Meksykanina, który uśmiechnął się na widok  chłopaków (nieodłączna składowa wszystkich moich spotkań :D).

    Powiedział, że jest chirurgiem dziecięcym z 20letnim stażem. Ja na to oczy wielkie i wow na ustach.

    Już chciałam mu powiedzieć “zazdroszczę”, kiedy Sykarius dodał, że w Kanadzie pracuje jako doradca finansowy.

    Nie może otworzyć praktyki medycznej. Musiałby cofnąć się do szkoły, praktycznie jeszcze raz studiować to samo, tyle że na kanadyjskiej uczelni.

    A nie zrobi tego, bo lata już nie te, rodzinę ma na utrzymaniu i w ogóle, co to jest za pomysł.

    I wiecie co, ja go rozumiem.

    Że nie jest w stanie poświęcić tyle, żeby osiągnąć podobną pozycję w swoim zawodzie, jaką miał w Meksyku.

    Swoje już w szkole odsiedział. Nie każdy chce i może uczyć się całe życie.

    Rozumiem to rozczarowanie w jego głosie.

    Rozczarowanie, które jest doświadczeniem zwłaszcza starszych imigrantów w Kanadzie. Takich, co wiele, więcej niż 10 lat, pracowali w swoich krajach, dorobili się pewnego statusu zawodowego, byli kimś. No proszę was, chirurg dziecięcy?

    Znaczyli w społeczeństwie, a potem wyemigrowali do Kanady.

    Dwie strony emigracji to dwie emocje: radość i rozczarowanie.

    Emigracja to ciągłe żonglowanie dwiema emocjami.

    Radość, że możesz zacząć wszystko od nowa i być kimś innym, a poprzednie życie zostało w tamtym kraju.

    Oraz rozczarowanie, że musisz wszystko zacząć od nowa, a twoje poprzednie życie nic nie znaczy. Nas także nie omijają podobne rozterki.

    I wiem, że niektórzy pomyślą, skoro tak, to niech wraca, a w ogóle to po co się pchał do Kanady, skoro w Meksyku było mu tak dobrze. I mają prawo zadawać takie pytania i tak się dziwić.

    Tylko że to rozczarowanym emigrantom nie pomaga ani trochę.

    więcej o życiu na emigracji w Kanadzie przeczytasz w tych postach

      Kanada jest krajem-rajem dla emigrantów! No to skąd się biorą ci rozczarowani?

      Choć Kanada jest krajem o długiej tradycji imigracyjnej, a społeczeństwo kanadyjskie imigrantami stoi, to jednak kapitał społeczny i zawodowy nowoprzybyłych nie jest doceniany.

      Czasami te wszystkie lata przedemigracyjne są wręcz zmarnowane.

      W Vancouver, gdzie znalezienie lekarza rodzinnego jest niemożliwe, a na izbie przyjęć Szpitala Dziecięcego Kuba z Maćkiem czekał prawie 10 godzin na nastawienie złamanej ręki, więc w tym Vancouver chirurg dziecięcy sprzedaje produkty finansowe.

      Dla mnie to dziwne i świadczy o słabości systemu. (Inne rzeczy też mnie zaskakują, tak na marginesie)

      Nikt na tym nie zyskuje, a wszyscy na tym tracą.

      Opiekunka Maćka ze żłobka była doktorem inżynierii w Iraku. Moja koleżanka z Dubaju ma MBA w zarządzaniu szpitalem i doktorat z pielęgniarstwa, właśnie idzie do szkoły w Kanadzie. Jest bogata, stać ją, dzieci czwórkę odchowała.

      A inni? Ci, co jeżdżą taksówkami, choć u siebie byli profesorami? Chińczyk, który wraz ze mną aplikował o pracę jako analityk finansowy, a miał ponad  15 tak doświadczenia menadżerskiego w banku?

      Można im powiedzieć, bądźcie pokorni i zaczynajcie od nowa. I właśnie to robią. Głównie ze względu na dzieci, żeby im było łatwiej.

      Ale rozczarowani są.

      Zmarnowane lata ciężkich studiów, zaprzepaszczone wyrzeczenia. Bo choć pisałam o tym, ile znaczą kompetencje miękkie w poszukiwaniu pracy w Kanadzie, to starszym pracownikom nie jest tak łatwo je przyswoić. Zwłaszcza jeśli do tej pory w ich rodzinnych krajach liczyła się “twarda wiedza”.

      Badania z 2008 pokazują, że 40% wykwalifikowanych imigrantów opuściło Kanada w ciągu 10 lat od przyjazdu.

      Mimo że poświęcili tak wiele, żeby wyemigrować, to ich rozczarowanie i praca poniżej kwalifikacji sprawiają, że jakość życia w Kanadzie jest gorsza, niż była w rodzinnym kraju.

      Czasami dochodzi do tego ukryty rasizm.

      I tak, wiem, że takie rzeczy wydarzają się nie tylko w Kanadzie, że to tak wszędzie jest.

      Może być tak i w Anglii na zmywaku, i w Niemczech przy truskawkach. A także w Polsce, kiedy podwóch kierunkach studiów, rozczarowani Polacy pracują na śmieciówkach.

      Znam i akceptuję to powiedzenie: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. 

      Ale rozumiem tych, których emigracja rozczarowała. A Kanada zawiodła.

      Bo skoro my tak bardzo chcemy, to czemu ona nas nie chce równie mocno?

    • Rodzina do Kanady z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować, wypełnić eTA i ułatwić im przekroczenie granicy

      Rodzina do Kanady z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować, wypełnić eTA i ułatwić im przekroczenie granicy

      Nie wiem, jak u Ciebie, ale u nas przylot rodziny do Kanady i sławetna eTa to wielkie wydarzenie! Odwiedziny rodziny z Polski budzą w nas ogromną radość ale i stres! Przeczytaj, jak się przygotowaliśmy.

      Powiem tak – temat: rodzina z Polski przyjeżdża, to nie jest błaha sprawa i sama intuicja nie zawsze wystarczy.

      No bo jak to wygląda? Każdy mówi, że chciałby przyjechać, cię odwiedzić, ale jakoś zwykle tak wychodzi, że nie zawsze się da.

      Odległość (za duża), pieniądze (za mało), czas (nie ma), język (się nie zna).

      Albo z innej strony. Jakiś niewyjaśniony żal tu i tam, który nie pozwala wizytą się cieszyć.

      Ale jak rodzina z Polski już się zdecyduje przylecieć, to radość oczekiwania przeplata się ze zdenerwowaniem, jak tu zrobić, żeby wyszło.

      Wiem, co piszę. Dwa razy to przerabiałam. Nawet na grupie fejsbukowej szukałam inspiracji i pocieszenia, kiedy mnie panika dopadła.

      Teraz już wiem, że:

      Podstawą udanej wizyty jest jak zawsze plan. Nie musi być w Excelu, może być spisany na luźnej kartce.

      Tak, brzmi jak dodatkowa robota, a i bez tego jesteśmy w  ciągłym niedoczasie. Więc po co wyskakuję z tym planem?

      Po pierwszej wizycie rodziców [Mama i Tata J. pozdrawiamy], pozostało w nas wrażenie niedosytu i zbyt błahego przygotowania się do wizyty, a co za tym idzie, mniej świadomego przeżycia tejże.

      Może gdybyśmy więcej zaplanowali, radość z wizyty byłaby większa?

      Plan się przydaje. Sam zobacz.

      Kiedy nastąpi ten długo wyczekiwany przylot rodziny z Kanady, docenisz zalety dobrego planu. Będzie łatwiej, obiecuję!

      Plan pomaga pozbyć się wszystkich pomysłów z głowy

      • Spisujemy jak leci, co potrzeba przed wizytą załatwić, a co już podczas wizyty.
      • Odpowiednio wcześniej można zdecydować: gdzie kto będzie spał (u nas czy w hotelu), kto z gospodarzy bierze wolne z pracy i czy w ogóle (polecam zwłaszcza podczas pierwszej wizyty nie zostawiać rodziny samej sobie).
      • Warto też porozmawiać o kosztach wizyty, tak żeby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo.

      Spisując plan, można zobaczyć, ile Vancouver ma do zaoferowania.

      Atrakcje, wycieczki, miejsca warte odwiedzenia układam potem jak puzzle, żeby nie było za dużo jednego dnia.

      Grupuję wyjścia na takie, które można zrobić w deszczu, albo takie, które wymagają samochodu (bo w 2015 i 2016 musieliśmy na wizytę rodziny samochód wypożyczyć).

      Na podstawie planu ogólnego, warto przygotować plan dnia.

      Polecam zrobić albo dzień wcześniej, albo przy śniadaniu – od razu można skonsultować z rodziną, zobaczyć, jakie są nastroje i czy nie warto dzisiaj wyluzować.

      Plan pozwala przyjrzeć się na spokojnie, czy aby nie wpadliśmy w pułapkę wizyta rodziny=100% turystyka.

      Może się zdarzyć, że wizyta rodziny wygląda jak objazdówka z biura podróży, zorganizowana do ostatniej minuty, i w gruncie rzeczy mało osobista, za to bardzo męcząca.

      Nie idźcie tą drogą! Nie samym zwiedzaniem rodzina żyje, a na pierwszej wizycie  turystyka powinna moim zdaniem zająć nie więcej niż 60-70 % wspólnego czasu. Tak żeby starczyło jeszcze na zwyczajne bycie ze sobą.

      I to jest właśnie ten zasadniczy powód, dla którego rodzina z Polski przyjeżdża. Bo chcą być z Wami. A Wy chcecie być z nimi.

      Dzięki planowi panujemy nad czasem, ale jak tutaj zapanować nad emocjami?

      Psychologiczne przygotowanie się do wizyty streszczę banalnie: wyluzować.

      Wizyta teściowej czy mamy w Vancouver w gruncie rzeczy nie różni się od wizyty w Warszawie.

      Jeśli będzie powód do niesnasek, to położenie geograficzne jest tutaj jedynie katalizatorem.

      Oczywiście może tak być, że rodzina z Polski przyjeżdża i zupełnie nie rozumie emigracyjnej rzeczywistości wokół. Są niezadowoleni, rozczarowani i ciągle porównują, jak to tutaj jest źle, a tam lepiej.

      Albo porównują w drugą stronę, maskując słabo skrywaną zazdrością.

      Cóż, niewiele można poradzić, bo na pewno odległość  nie pomoże w wyprostowaniu takich emocji.

      Może w takim razie warto zaprosić tylko część rodziny, tę, o której wiecie, że się będzie lepiej czuła?

      Emocji będzie sporo, więc trzeba na nie znaleźć miejsce i czas.

      Mówiąc miejsce mam na myśli fizyczną przestrzeń. Po dwóch-trzech tygodniach nawet najbardziej kochające się osoby mogą mieć siebie dość.

      I co wtedy?

      Spacer! Niech goście pójdą na chwilkę na pobliski skwerek, sami. Albo niech wyjdą gospodarze.

      To jest zły pomysł, żeby podczas wizyty rodziny z Polski nie być ze sobą 24/7. Choćbyśmy nie wiem jak byli stęsknieni, trzeba mieć przestrzeń wokół siebie.

      I jeszcze o emocjach podczas wizyty.

      Przygotowując się na przyjazd rodziny myślałam, że będziemy prowadzić długaśne Polaków rozmowy do późna w nocy. Jakoś do głowy mi nie przyszło, że byłoby to trochę dziwne, skoro takich rozmów nie prowadziliśmy w Polsce.

      Nie wiem, może myślałam, że emigracja zmienia również i takie zachowanie?

      Okazało się, że czas na rozmowy znalazł się sam, niewymuszony, nienachalny, odpowiadający obu stronom.

      Nic nie było na siłę. Trzeba dać czasowi czas.  Nie spinać się i nie wymagać zbyt wiele.

      [Ale tego nauczyła mnie dopiero druga wizyta]

      I nie przejmować się, że rodzice jako główne danie z Vancouver poznali poutine. Cóż robić, dzieci niespecjalnie chciały pójść na sushi.

      Na koniec wskazówki praktyczne. To, co najważniejsze !

      Haha, od tego powinnam zacząć, bo eTa i przylot rodziny do Kanady to temat przewijający się w emailach od Was.

      Organizacja przylotu rodziny do Kanady spada najczęściej na osobę, która w tej Kanadzie już jest. Kiedy odwiedzają nas rodzice, przygotowujemy im wszystko, tak, żeby mieli jak najwięcej przygotowane.

      Wypełnienie formularza eTa i kupno biletów na przylot do Kanady to są wydarzenia często zbyt stresujące, żeby nimi rodziców obarczać.

      Co to jest ta eTa i jak ją wypełnić?

      Polacy nie potrzebują wiz, żeby wjechać do Kanady. To po części prawda. Nie potrzebują występować o wizę (a dokładniej promesę wizową) w ambasadzie, jak to jest w przypadku USA.

      Ale każda osoba przybywająca do Kanady samolotem, która nie jest stałym rezydentem lub obywatelem, musi mieć electronic travel authorization.

      Podanie wypełnia się:

      • osobno dla każdej osoby;
      • posiadając ważny paszport – eTa jest przyznawana na 5 lat lub do końca ważności paszportu (upewnij się, że te dane są aktualne);
      • podając adres email (może być ten sam dla wszystkich członków rodziny);
      • płacąc kartą kredytową (koszt: 7 CAD. UWAGA: są w sieci naciągacze, którzy zaoferują wypełnienie tego prostego wniosku za dużo więcej. Nie daj się nabrać!);
      • odpowiadając na różne, czasami szczegółowe pytania o poprzednie wizyty w Kanadzie (z datami), złożone wnioski o wizy (studenckie, pracownicze, etc.) i ich status (odmowa).
      • podając informacje o statusie osoby w Polsce (zawodowym)
      • potwierdzając, że mamy środki na utrzymanie się w Kanadzie.

      Po zapłaceniu i wypełnieniu wniosku, potwierdzenie powinno przyjść na email w ciągu paru chwil. Czasami zajmuje dłużej ( do kilku tygodni). Dlatego o eTę dla rodziny postaraj się zanim kupisz im bilet!

      Jeśli wciąż nie masz informacji, sprawdź folder Spam w swoim programie pocztowym. Jeśli wciąż nie masz emaila, skontaktuj się elektronicznie z kanadyjskim urzędem imigracyjnym.

      Pamiętaj, że eTA uprawnia jedynie do wpuszczenia na pokład samolotu lecącego do Kanady. Nie oznacza z automatu, że dziarski kuzyn zostanie wpuszczony na 6 miesięcy do Kanady (standardowy okres wizy turystycznej). Jeśli urzędnik będzie podejrzewał, że przylot rodziny do Kanady nie jest wyłącznie odwiedzinami (a zamiarem podjęcia nielegalnej pracy), może ich niestety zawrócić.

      Długość pobytu i to, czy w ogóle rodzina zostanie wpuszczona zależy od oficera imigracyjnego na lotnisku, więc rodzina musi się przygotować do szczerej rozmowy!

      Więcej o obowiązkowym elektronicznym zgłoszeniu swojego przylotu do Kanady przeczytacie na blogu Moniki

      Język angielski u rodziny przyjeżdżającej z Polski. Tak, to bywa problemem.

      Z dobrych rad (dzięki Ewa B.): warto przygotować dla rodziny mini słowniczek z podstawowymi zwrotami po angielsku, zwłaszcza z terenu lotniska: czyli np. gate = bramka do wejścia, departures = odloty, itd. Żeby rodzina czuła się w miarę komfortowo podczas rozmowy z celnikiem.

      A jak mają rodzice rozmawiać z celnikiem na granicy? Co mają powiedzieć?

      Jeśli znają angielski, to rozmowa powinna być krótka i bez ściemniania. Skoro przyjeżdżają w odwiedziny, to to właśnie trzeba powiedzieć.

      Jak padnie pytanie, z czego się rodzina utrzymuje w Polsce, trzeba mieć odpowiedź przygotowaną.

      Nie mówić, że jest się bezrobotnym (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć). Ogólnie nie mówić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, że się nie chce odwiedzać, tylko pracować w Kanadzie. Nielegalnie.

      Mówić mniej niż więcej.

      Jak do czegoś nieprzyjemnego dojdzie, nie awanturować się, tylko poprosić o pomoc.

      Kanadyjczycy są spokojni, krzykiem się nic nie wskóra (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć).  Tłumacz zwykle jest, a obywatele polscy mają zagwarantowaną pomoc konsula za granicą.

      Słówko o samolocie: ponieważ nie ma bezpośrednich lotów do Vancouver z Polski, pozostaje wybrać przesiadkę.

      Stanowczo odradzamy fundowanie rodzinie międzylądowania w Kanadzie, czy w Stanach. Chcecie wiedzieć dlaczego? Tutaj opisaliśmy swoje przeżycia z drugiego przylotu przez Toronto.

      Najlepiej wybrać lotnisko w takim z europejskich miast, gdzie rodzina się może dogadać lub gdzie mieszka ktoś, kto w razie czego mógłby pomóc na lotnisku.

      Warto przygotować dokument na wzór letter of invitation do pokazania celnikowi w Kanadzie.

      Nie jest to dokument wymagany ale bardzo ułatwia rodzinie niemówiącej po angielsku pokazanie celnikowi o co chodzi.

      Co my napisaliśmy na naszym zaproszeniu dla rodziny z Polski (kartka A4)?

      • List rozpoczęliśmy prośbą o pomoc podczas wjazdu do Kanady, ponieważ rodzice nie mówią po angielsku;
      • Imiona i nazwiska rodziców, daty urodzenia, numery paszportów, telefon i adres w Polsce;
      • Kim dla nas są, po co przyjeżdżają, jak długo zostaną (u nas po angielsku było o tym, że to są dziadkowie, którzy nie widzieli swoich wnuków od 6 miesięcy i przyjechali na ferie wiosenne, na trzy tygodnie);
      • Gdzie się zatrzymają i kto będzie za to płacił;
      • Nasze dane osobowe, gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy (dobrze jest podać telefon do pracodawcy, jakby celnik chciał potwierdzić) i jaki jest nasz obecny status w Kanadzie (czyli, że mamy prawo do stałego pobytu). Ksero naszych kart stałego pobytu (PR cards) rodzice dołączyli do listu;
      • Na końcu były nasze numery telefonów z informacją, że czekamy na lotnisku i jeśli celnik chce nas wezwać na rozmowę, to jesteśmy w pobliżu;
      • I podziękowanie za pomoc.

      I tyle. Nie było żadnych problemów na granicy. Celnik spojrzał na list, nie zadał żadnych pytań, wziął paszporty, oddał paszporty.

      To co teraz?

      Ciesz się wizytą!

    • Czy ty się uczysz czy ty się bawisz? Czyli organizacja dnia w szkole kanadyjskiej

      Rok szkolny powoli się kończy, wakacje tuż za rogiem.

      Jeszcze chwila, jeszcze dwie, i wszystkie dzieci staną na uroczystym apelu, podekscytowane zbliżającym się magicznym momentem rozdania świadectw (albo znudzone tym faktem, zależy od wieku ucznia).

      Wróć….. wszystkie polskie dzieci. Bo w naszej kanadyjskiej szkole apelu nie było na rozpoczęcie i nie będzie na zakończenie.

      W naszej kanadyjskiej szkole wiele zagadnień wygląda inaczej niż po polsku.

      Inne są :

      • apele (brak),
      • prace domowe (minimalny zakres),
      • sprawdziany (brak),
      • wywiadówki,
      • podręczniki i przybory szkolne (nie trzeba nosić ze sobą z domu do szkoły).

      Kilka informacji i luźnych myśli  znajdziecie w tym poście, pisanym na początku roku szkolnego 2015/2016.

      Zobacz, jak wygląda codzienny dzień ucznia zwykłej szkoły rejonowej w Vancouver. Spisuję to, co Krzyś mi opowiada, zaglądając przez ramię

      Zanim do szczegółów, kilka uwag. Podczas rozmów z rodzicami z innych prowincji, a nawet innych dzielnic w Vancouver, dowiaduję się, że w ich szkole wiele rzeczy wygląda inaczej niż w naszej. Pamiętaj o tym, czytając ten artykuł. I poszukaj jeszcze innych źródeł informacji o szkole, do której poślesz dziecko w Kanadzie.

      Każda szkoła kanadyjska ma większą autonomię, niż polskie podstawówki. Widać to zwłaszcza w kalendarzu dni szkolnych i wolnych, zwanych tutaj Curriculum Days oraz Pro D Days. Bywa, że różne szkoły podstawowe różnie ustalają sobie inne godziny rozpoczęcia i dni przeznaczone na kształcenie zawodowe nauczycieli.

      Ogólnie panuje spora dowolność, co z jednej strony jest dobre (większa elastyczność dla rodzica), a z drugiej strony mocno dezorientujące dla nieobytych z systemem kanadyjskim.

      Organizacja dnia w szkole kanadyjskiej.

      Nasza szkoła to zwykła rejonówka, dwie ulice od naszego domu. Dzięki temu, zdarza się, że Krzysiek idzie sam. [według prawa dzieci od lat 9 mogą przebywać na ulicy bez opieki dorosłych].

      Każdy tydzień rozpoczynają od wspólnego apelu całej szkoły (Monday assembly). Wszyscy śpiewają hymn kanadyjski, a dyrektor(ka) opowiada o bieżących sprawach, składa urodzinowe życzenia dzieciom, które mają to święto w nadchdzącym tygodniu (tak, tak) i pokazuje memy z kotami na youtubie.

      1. Opieka przed szkołą i po szkole

      Dzień się zaczyna o 9, kończy o 15. Codziennie tak samo.

      Jeśli rodzice pracują w innych godzinach, dzieci należy zapisać na zajęcia przed szkołą (7:30-8) i po szkole (15- 17:30). W samej szkole nie ma świetlicy, gdzie młodsze dzieci spędzają czas. Before school care i after school care organizowane są poza szkołą, komercyjnie, płatne w zależności od rodzaju zajęć czy typu klubu.

      Opiekunowie (często młodzi, często wolontariusze) przyprowadzają i odprowadzają dzieci, bo takie kluby czasami działają spory kawałek od szkoły (np. nasz klub jest oddalony o dwie przecznice od szkoły).

      Ceny opieki mogą się bardzo różnić, od 100 CAD za cały rok, do kilkuset dolarów za miesiąc. Trzeba zrobić wywiad, zanim podejmie się decyzje.

      2. Początek dnia czyli kto się spóźni, to do pani.

      No dobrze, niezależnie od tego, o której szkoła się zaczyna, dziecko powinno być na czas. Temat punktualności opiszę kiedyś osobno, bo Kanadyjczycy mają ciekawe i niejednoznaczne podejście do czasu.

      Często widzę niespiesznie idących rodziców z dziećmi, kiedy już dawno po dzwonku, z rozbrajającym uśmiechem co robić, przecież dzisiaj poniedziałek. Ale w naszej szkole, jak się spóźnisz, to idziesz do pani, i potem na raporcie semestralnym pojawia się info, ile razy byłeś spóźniony i nieobecny.

      W szkole Krzysia są dwie przerwy – pierwsza przerwa około 10:30, na drugie śniadanie i potem  przerwa na lunch około 12-13.

      Dzieci w tym czasie mogą jeść w stołówce (musi mocno, mocno padać) lub na dworze (opcja preferowana).

      Później bawią się na najbliższym placu zabaw, w parku. Teren naszej szkoły nie jest ogrodzony, ani zamknięty, dzieci mają dużo większą swobodę w bieganiu.

      → Krzysiek każe mi dopisać, ze w warszawskiej szkole w ogóle nie wychodzili na przerwy. To nie do końca prawda, ale skoro tak to pamięta, to oznacza, że czasu na świeżym powietrzu dzieciaki miały stanowczo za mało.

      3. Jak wyglądają zajęcia dzieci w klasie?

      W klasie każde dziecko zaczyna zwykle od czytania książek, po cichu, przy stolikach, kilka-kilkanaście minut, ot taka rozgrzewka intelektualna.

      Wybór książeczek dowolny, Krzysiek często przynosi swoją (bywa, że i polską). Lektur obowiązkowych, takich samych dla wszystkich, nie ma. Za to w każdym tygodniu trzeba przeczytać dany rodzaj książki (fiction book, graphic novel, picture book, etc.). Później dzieci dostają kartki i muszą napisać, o czym książki były. Każdy sobie sam wybiera książkę danego typu z biblioteki szkolnej. Obecnie czyta się gazetki.

      → Wyobrażasz to sobie? Gazetki takie mega kolorowe z kiosku ruchu przerabiane w polskiej szkole? To dopiero byłby widok.

      Po takiej wstępnej rozgrzewce czytaniem, wciąż nie ma typowych lekcji (czytaj: według polskiego standardu).

      Niektóre dzieci są zbierane w jedną grupę, żeby wspólnie czytać, ewentualnie, żeby skończyć zadania z wczoraj. Inne w tym czasie odrabiają matematykę.

      Dzieci nie mają takich samych podręczników, tylko skoroszyty, do których wpinane są zadania odpowiadające umiejętnościom dziecka. Nie ma czytania na głos przez jedno dziecko, kiedy reszta klasy śledzi w skupieniu słowa w czytance. Każdy pracuje po swojemu, nad swoimi materiałami, w swoim tempie.

      4. Plan lekcji ? Brak. Sprawdziany i dyktanda? Brak. To znaczy są, ale inne niż te, do których polska oświata nas przyzwyczaiła.

      Nie ma typowego tygodniowego planu lekcji. To znaczy jest napisane: poniedziałek: muzyka, środa: gym (w-f), czy piątek: biblioteka, ale nic poza tym. Zajęcia muzyczne to są nawet dwa razy: tańczą, grają na flecie (w poprzednim semestrze grali na ukulele). Plastyka nie ma swojego stałego czasu w planie zajęć.

      Organizuje się ją na zasadzie: jest potrzeba, jest działanie ( np. przygotowanie kartki na Dzień Matki ). Dzieci są zachęcane do rysowania również kiedy na dworze tak leje, że nikt nie ma serca kazać im wyjść na przerwę. Ale nie muszą wtedy rysować. Zamiast tego mogą oglądać rainy days’ films (czyli filmy na deszczowe dni), puszczane na korytarzu szkolnym.

      Nie ma sprawdzianów oprócz testu ze słówek (spelling test). Dwa razy był test z matematyki. Taki do zrobienia/odrobienia podczas zajęć, bez przygotowywania się. A test ze słówek ćwiczą w szkole przez cały tydzień poprzedzający piątkową kartkóweczkę.

      → Ciekawostka: nie wszystkie dzieci w klasie mają te same słówka do napisania podczas spelling test.

      Z cyklu ulubione: zajęcia sportowe – czyli gym – czyli wf.

      Dzieci się nie przebierają na w-f. Nie ma szatni dziewczyńskiej i chłopięcej.

      Jest wprawdzie sala gimnastyczna, ale jak tylko pogoda pozwoli, biegają na dworze.  Special helper, czyli na polskie dyżurny, sugeruje w jaką grę wszyscy się będą bawić. Ale nic nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza.

      5. Dzień szkolny kończy się czasem wolnym, czyli activity time.

      Dla Krzyśka oznacza to zabawę na dywanie z kolegami, klockami Lego. Klocki Lego to zresztą podstawowe wyposażenie jego plecaka. W zasadzie oprócz Lego, śniadaniówki, fletu (czasami) i dzienniczka ucznia (jak nie zapomni) nic więcej nie nosi.

      O 15:00 jest dzwonek. Część dzieci zabierana jest przez rodziców, inni od razu idą na plac zabaw przy szkole, żeby jeszcze tam chwilę się pobawić, a jeszcze inne dzieci zaprowadzane są w miejsca, gdzie mają opiekę po-szkolną.

      Dzień zajęć, organizacja szkolna wygląda inaczej niż w Polsce. Lepiej? Gorzej? Każdemu służy co innego, i ile rodziców, tyle zdań. Nasza kanadyjska szkoła nie jest tą, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, a uczniów wyłania się w drodze losowania. Ale jest blisko, wszyscy się znają, i to, co oferuje, wydaje się w tej chwili być dobrym dla Krzysia. Co będzie dalej? Będziemy się zastanawiać….

      No i co, chciałbyś chodzić do takiej szkoły? Albo posłać do niej dziecko?

    • Ekspata w Kanadzie po miesiącu miodowym. Czyli czy żałujemy wyjazdu?

      Ale o co chodzi? Ale, że co? Jaki miesiąc miodowy, jakie żałowanie? Zaraz się wszystko wyjaśni.

      To jest tak. Minęło 20 miesięcy na emigracji. Szmat czasu albo zaledwie kilkanaście miesięcy.

      Kiedyś już pisałam o 5 rzeczach, których dowiedziałam o sobie i naszej rodzinie po roku w Kanadzie. A że jestem dusza sentymentalna do tematu rozterek na obczyźnie wracam, podsumowania lubię i robię, więc o tym będzie ten post.

      Kim my jesteśmy, jacy jesteśmy mieszkając od ponad półtora roku zagranicą?

      Jak my myślimy o sobie w Kanadzie? Polska rodzina myślimy najpierw, jakoś ten przymiotnik polska jest nie do przeskoczenia, chociaż oczywiście w Polsce do głowy by nam nie przyszło się tak definiować. Zatem jesteśmy Polakami w Vancouver.

      Czy jesteśmy imigrantami? A może emigrantami? Imigrant dokądś przyjeżdża, a emigrant skądś wyjeżdża. Czyli jesteśmy i jednym i drugim, zależy jak spojrzeć. Czy bardziej definiujemy się jako ci, którzy przyjechali do Kanady, czy jako ci, co wyjechali z Polski ? Określenie emigrant kojarzy mi się z przymusowym opuszczeniem Polski, trochę ucieczką przed, dajmy na to, rządem nie-po-naszej myśli czy kryzysem ekonomicznym. Emigrantami byli opuszczający Polskę w stanie wojennym i ci, którzy wyjechali w 2004 r., kiedy Polska weszła do UE. Czy to my? Wyjechaliśmy do pracy, ale nie za pracą. Czujecie różnicę?

      A imigrant, no cóż, imigrantami nie nazwiemy się także, zwłaszcza w świetle tego, co się dzieje w Europie.To pojęcie nijak nie pasuje do naszej sytuacji.

      I jeszcze na dodatek imigrant/emigrant na ogół decyduje się na pobyt stały w tym innym od swojego kraju. Czyli wciąż nie o nas, bo starania o permanent residence nadal pozostają w naszej sferze rozważań.

      Słowem, nie wygląda na to, żebyśmy  się w którąś z tych kategorii wpisywali.

      Zatem kim jesteśmy? Jak się określić po tych 20 miesiącach?

      Jesteśmy ekspatami

      Według Oxford Dictonary jesteśmy ekspatami, ponieważ mieszkamy poza krajem naszego pochodzenia. Słownik Języka Polskiego doprecyzowuje tę definicję pisząc, że ekspaci to osoby wysoce wyspecjalizowane, które wyjechały do pracy poza krajem swojego pochodzenia. Jakby nie patrzeć 1/2 naszego małżeństwa się w tę definicję wpisuje, a druga połowa stara się nie przeszkadzać 😀

      Ok, czyli udało się nam mniej więcej zaszufladkować, kim jesteśmy. W sensie zawodowym przynajmniej.

      Ale skąd ten miesiąc miodowy w tytule?

      Jak to w każdej relacji, mamy z naszym nowym krajem dobre i złe dni.  Miesiąc miodowy mamy już za sobą. Tym terminem określa się początkowy etap emigracji, trwający zwykle od około 2 do 4 tygodni. I jak to podczas miesiąca miodowego, miłość do nowego kraju była ślepa, albo przynajmniej niedowidząca. Wszystko dookoła takie nowe i ekscytujące. Inne niż w Polsce [czytaj:lepsze]. Cieszyliśmy się tym czasem.

      A potem przyszły święta, czyli tradycyjny okres, kiedy ludzie gromadzą się wokół siebie. W Polsce w takich momentach było zawsze sporo bliskich. Święta z dala od rodziny rozkładają nawet najbardziej zahartowanych na łopatki. To wtedy najmocniej tęsknimy za Polską i Polakami. Naszymi ludźmi w naszych miejscach.

      W  święta rozkrok na emocjonalnym rozdrożu to prawie szpagat. Tam nas już nie ma, a tutaj jeszcze nie zaczęliśmy na prawdę być…..

      I wtedy jest trochę jak w słowach Stasiuka o Polsce:

      Wiemy, że wie­dzie nas ku zgu­bie, ale nie chcemy jej porzu­cić ani zdra­dzić. Nawet jak w końcu znaj­du­jemy jakąś porządną żonę, to i tak ją potem śnimy po nocach. W Anglii, w Ame­ryce. Nawet na Księ­życu urządza­li­by­śmy sobie Wigi­lię i Zaduszki.

      Lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Co czujemy?

      Pewnie gdybyśmy wtedy wiedzieli o mechanizmach emigracji, jej naturalnych fazach, bylibyśmy lepiej przygotowani emocjonalnie na to, jak będziemy się czuć. Jakie uczucia będą nam towarzyszyły dzień po dniu.

      My mieliśmy problem z rozeznaniem się we własnych myślach, a tu trzeba pomóc synom zrozumieć i oswoić ich przeżycia. W dwójnasób ciężej na duszy, kiedy jest się odpowiedzialnym za więcej niż swoje dobre życie.

      Teraz dużo łatwiej jest przyjmować codzienność innego kraju na klatę. Bywa, że mocno rozczarowuje i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni. Wkurza wiele rzeczy, ale to temat na osobny wpis i listę zarzutów.

      Czy po 20 miesiącach żałujemy? Nie!

      Nawet po 5 latach nie żałujemy!

      A Ty z której strony jesteś? Chcesz wyjechać czy myślisz o powrocie?

    • Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

      Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej.

      Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

      Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

      Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy. (Edit z roku 2019: jesteśmy w trakcie aplikowania o kanadyjskie obywatelstwo, więc jestem pewna, że moje rady przydają się nie tylko przy wyjeździe tymczasowym)

      Mam nadzieję, że może coś przyda się i tobie

      O czym ten post NIE jest?


      Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, jedna, zasadnicza, najważniejsza uwaga:

      Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

      Właściwie nie ma co tego komentować.

      Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

      W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji 😉]. Działa to na naszą korzyść.

      Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba).

      Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

      Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.


      A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

      1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

      W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi.

      W takim miejscu pokierują na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

      Wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni.

      Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

      Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

      To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

      Co prowadzi do następnego zadania :

      2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

      Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań.

      Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego.

      Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver.

      Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa.

      Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

      Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

      Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

      I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

      Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

      Ponieważ my byliśmy świeżakami na rynku wynajmu kanadyjskiego, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki, Matylda!) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

      Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

      więcej wpisów o mieszkaniu w Vancouver? proszę bardzo

      Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

      3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

      Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

      Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe.

      Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

      Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać.

      Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

      Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

      • karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
      • świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
      • nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych). Przyda się do prawa jazdy.

      Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

      • nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
      • akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
      • prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
      • wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

      W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy.

      Tego nie da się w Kanadzie kupić.

      Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby. W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

      Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

      • upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

      4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

      Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

      Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie.

      No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. 

      Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką.

      UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

      Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

      5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

      Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy.

      Ale jeśli nie są super hiper cenne, to należy sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

      Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

      Co było w naszych walizkach?

      • Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
      • Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
      • Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
      • Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
      • Soczewki kontaktowe.
      • Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
      • Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
      • Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

      Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

      Kabanosów nie braliśmy 😉

      Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


      Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

    • Hello everybody czyli Maciek idzie do preschool. Jak wygląda kanadyjskie przedszkole ?

      Napiszę tak. Najpiękniejsze chwile w życiu na emigracji są wtedy, kiedy czuję, że to jest moje miejsce i mój czas. Nasze miejsce i nasz czas. Taki nagły, ulotny moment, coś jak dreszcz na plecach, czy nagła łza w oku. Wiecie, o co mi chodzi, prawda? [bo coś się wysłowić nie mogę].

      Poczułam coś takiego, kiedy to usłyszałam z ust Maćka owe: Hello everybody wypowiedziane ze odwagą i uśmiechem w stronę nowych kolegów przedszkolnych, w nowym preschool.

      Nasz mały Maciek, spłoszony i nieśmiały podczas emigracyjnych początków, teraz z rozmachem i angielskim na ustach otwiera drzwi nowym wyzwaniom. Ani łezki nie uronił, nawet się nie zawahał. Trochę mniej chętnie poszedł do preschool w następnym tygodniu, ale mam nadzieję, że to chwilowy spadek formy 🙂

      Dorósł, dojrzał, zakanadyjczykował się. W sumie wiedziałam i widziałam takie zachowanie już u niego wcześniej, ale zawsze jestem poruszona, kiedy widzę, jak chłopaki sobie dobrze radzą z kanadyjską rzeczywistością. Jakaś część mnie wtedy oddycha z ulgą, że emigracja ich nie zepsuła……

      Ad rem.

      To jakie jest to preschool? I co to w ogóle preschool? Zaraz, zaraz, a to Maciek nie był w daycare?

      Obiecuję, że napiszę taki zbiorczy poradnikowy post o formach opieki nad małymi dziećmi w Vancouver, bo widzę z maili, że jesteście chętni na takie informacje.

      A na razie będzie o preschool naszym.

      Preschool, jak nazwa wskazuje, to przed-szkole. Ale do przedszkola w polskim rozumieniu tego słowa niezbyt podobne.

      Żeby było jasne, co ja rozumiem jako polskie przedszkole. Uogólnimy sobie trochę.

      Takie polskie przedszkole to placówka, państwowa lub prywatna, gdzie dzieci w wieku od lat 3 do lat 5-6 mogą przebywać bez rodziców, w grupach rówieśniczych, przez cały dzień. Rodzic jest wtedy w pracy. Dziecko się bawi, uczy, je i śpi w przedszkolu. To tak z grubsza.

      A kanadyjskie przedszkole wygląda trochę inaczej.

      Nie ma obowiązku posyłania dziecka do przedszkola. I nie każde dziecko ma miejsce w przedszkolu zagwarantowane (w Polsce jest tak, nawet jeśli tylko w deklaracjach kuratorium)

      Nasze preschool znajduje się przy budynku szkoły podstawowej, w pięknym parku.

      Przyprowadzam tam Maćka dwa razy w tygodniu na dwugodzinne zajęcia popołudniowe, na których go zostawiam. Podczas tych zajęć bawi się, uczy, czyta książeczki, rysuje, śpiewa i inne rzeczy też robi.

      Takie zajęcia byłyby w polskim przedszkolu gdzieś po 10 rano, po swobodnej zabawie dzieci, a przed zupką, ewentualnie po południu, zanim się dzieci do domu rozejdą. 

      W takiej formie realizowane jest kanadyjskie curriculum, czyli na polskie: podstawa programowa wychowania przedszkolnego.

      Preschool ma różne programy, można wybierać np. pomiędzy zajęciami w przedszkolu leśnym, albo według Montessori, albo prowadzonymi po francusku. Rodzic decyduje.

      Na stronie kuratorium piszą, żeby przy wyborze preschool kierować się odległością od domu, godzinami zajęć, ceną, no ale przede wszystkim określić, jak chcemy, żeby nasze dziecko było wychowywane i uczone.

      W kanadyjskim preschool w Vancouver nie ma leżakowania, w większości nie ma też gotowanych posiłków. Preschool nie prowadzi całodniowej opieki nad dzieckiem, ma za to do zaoferowania różnej długości zajęcia, w różnych dniach tygodnia, z których, na upartego, dałoby się sklecić cały dzień, z przerwą na lunch.

      Do daycare chodził Maciek, kiedy pracowałam na cały etat. Teraz, kiedy moja sytuacja zawodowa wygląda inaczej, wolimy, żeby chodził tylko na określone zajęcia i godziny. 

      Rodzice decydują się na preschool również dlatego, że jest ono tańsze niż całodniowy daycare. My za nasze zajęcia na miesiąc płacimy 140 CAD, dla porównania nasze daycare kosztowało około 800 CAD.

      Nasze preschool uczy dzieci, jak będzie wyglądała szkoła, bo zajęcia są bardzo podobne do tych ze szkolnej zerówki. Dzieci uczą się samoobsługi w grupie, poznają literki, cyferki, i inne takie. Wspólnie jedzą przekąski (snack) przyniesione w małym plecaku z domu. Preschool pracuje tak jak szkoła, czyli jest zamknięte w wakacje i dni kształcenia zawodowego (przynajmniej raz w miesiącu). Zapisy prowadzone są na rok szkolny.

      W odróżnieniu od daycare, grupy w preschool są bardziej jednorodne wiekowo, co ma, jak wiadomo, swoje plusy i minusy. Bardzo nam się podobało, że w daycare Maciek miał starszych kolegów, to bardzo mu pomogło w początkach emigracyjnych (znalazł sobie takiego “starszego brata”, na wzór Krzyśka).

      Ale teraz, po 18 miesiącach, widzę, że Maćka najbardziej cieszy przebywanie z dziećmi w tym samym wieku, chociażby dlatego, że podobnie rozmawiają i siebie rozumieją. Podobnie rysują. I nie ma argumentu: weź mu ustąp, bo młodszy, weź zachowuj się, bo jesteś starszy

      Po pierwszym dniu w preschool koledzy Maćka znają jego imię, a on zna ich.  Jest podekscytowany i szczęśliwy, kiedy idziemy do preschool.

      Do daycare był przyzwyczajony, lubił je, ale entuzjazmu nadmiernego nie wykazywał. Pewnie ze względu na ilość czasu, jaką tam spędzał. W preschool jest krócej, więc bardziej mu się podoba. Upewnia się jak zawsze, czy to tam, gdzie go zostawię na zajęcia i po chwili wrócę po niego.

      Jest dobrze.

      Serdeczności!


    • Jak napisać kanadyjskie CV…. wróć. Kanadyjskie resume znaczy się. I je wybielić.

      O raju, żebym wiedziała, że czytanie o pracy w Kanadzie cieszy się taką popularnością, zrobiłabym kurs doradcy zawodowego i coach’a kariery, zamiast raporty w Excelu obrabiać [żarcik].

      Prosiliście o wpis o kanadyjskim CV. No więc jest.

      Poniższe informacje pochodzą ze moich spotkań i warsztatów kariery. Takich w Vancouver nie brakuje, na pewno się na jakieś załapiesz. Nie wiesz, gdzie ich szukać? Warszaty organizowane są na przykład w bibliotece publicznej (i za to ją uwielbiam! Choć biblioteka ma też mnóstwo innych zalet, o których przeczytasz pod tym linkiem)

      Zupełne podstawy czyli resume. Czyli polskie CV

      Pewnie choć raz w życiu pisałeś CV, czyli życiorys. Taki dokument to obok rozprawki trzeba w szkole napisać. Może sobie prychniesz pod nosem, hę, w takim razie, co to za problem napisać CV pod wymagania kanadyjskie.

      Ale jeśli jeszcze nie pisałeś CV, to krótkie przypomnienie. CV (curriculum vitae) to dokument opisujący Twoją edukację, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe

      Najpierw o tym, gdzie będziesz potrzebował resume.

      • program emigracyjny, np. International Experience Canada – podczas aplikacji potrzebujesz załączyć resume, ale wstarczy wersja podstawowa. Wyjątkowość resume na tym etapie nie ma większeg znaczenia;
      • aplikacja o pracę – i tutaj w większości przypadków konieczne jest przygotwanie tzw. tailored resume, czyli dokumentu “szytego na miarę”. Przygotujesz je pod konkretnego pracodawcę i ofertę. Pod tym linkiem sprawdzisz, jak ja przygotowywałam swoje resume, żeby pokonać 300 innych osób do agencji interatkywnej w Vancouver;

      Zwykle mamy max 30 sekund, żeby czytającego nasze resume do siebie przekonać. W ciągu tego czasu zapada decyzja: zostawić czy do śmietnika.

      Dobre resume jest krótkie i treściwe. Ma być konkretne, czytelne, skromne, bez kłamstw. Owszem, ma być naszą reklamą jako potencjalnego pracownika, ale to taka trochę bardziej rozbudowana wizytówka. Mocno profesjonalna.

      Opowiadanie o sobie zostawimy na interview, tam przydadzą się umiejętności miękkie. W resume interesują nas (ich) twarde fakty !

      Różne typy kanadyjskiego resume:

      1. Chronologiczny, czyli robisz to, co robisz od zarania dziejów i historia twojej pracy jest solidna oraz  bogata. Lubisz i chcesz robić to dalej.
      2. Funkcjonalny, czyli popracowałeś trochę tu, trochę tam, a jeszcze gdzieś był rok przerwy na włóczęgę po Indiach. Ciągłość pracy zaburzona, ale za to masz masę innych doświadczeń, którymi nie omieszkasz się pochwalić. Lubisz robić coś i chcesz pokazać to pracodawcy.
      3. Mieszany, moim zdaniem typ najlepszy, bo z obu powyższych wzorów wyciągasz, co potrzebne i pod konkretne stanowisko przygotowujesz. Najbardziej pracochłonne, ale też pokazujące, że ci zależy. Bo przecież ci zależy, prawda?

      To teraz mała graficzka, poszalałam sobie 😉

      resume_Kanada_CV_ Kanada się nda

      Jak zbudowane jest kanadyjskie resume?

      Poniżej znajdziesz przygotowaną przeze mnie małą grafikę. Żeby odwzorować ten układ wystarczy, że wejdziesz na swoje konto Google ( a pewnie masz takie, bo kiedyś założyłeś pocztę na Gmailu, c’nie?).

      Na koncie Google, pod linkiem: https://docs.google.com/document/u/0/ wpisujesz Resume i już Ci się wyświetlają w pełni darmowe i edytowalne szablony dokumentów.

      Wchodzisz w dokument, dodajesz swoje dane według mojej ściągawki poniżej i zapiujesz w dwóch formatach: .doc i .pdf

      Łatwe? Tak. Ale czasochłonne!

      kanadyjskie resume

      Zdjęcia moich autentycznych resume, których używałam podczas szukania pracy znajdziesz w poście z 2018 roku.

      A teraz o co chodzi z tym wybielaniem z tytułu artykułu?

      Ale cicho sza, bo to niepoprawne politycznie jest.

      Jedna z pierwszych rad, jakie usłyszałam tutaj w temacie poszukiwania pracy? – Katarzyna? Katarzyna ?! Nie da się łatwo wymówić, zmień sobie !

      Ano tak. Smutna prawda. Do kanadyjskiego resume nie dodaje się zdjęć, nie załącza się informacji, które mogą cię zidentyfikować, jako człowieka o określonej rasie, matkę, starca, etc. No ale imię to zazwyczaj zostawiamy w papierach.

      I niestety mimo że nikt się nie przyzna (grozi pozwem), to nasze imię często decyduje, czy pracodawca kanadyjski (amerykański) zadzwoni. Bo co, jeśli nie chce się wysilać mówiąc “Katarzyna” [chlip, chlip]? Albo “Kaszia”?

      Badania pokazują, że problem występuje także w firmach, które chlubią się różnorodnością wśród pracowników (diversity). Nawet one nie są wolne od uprzedzeń rasowych, a osoby o obco brzmiących imionach/nazwiskach są zapraszane na rozmowę 2 – 2,5 raza rzadziej niż ci ze swojskim imieniem.

      Problem dotyczy zwłaszcza Azjatów, stąd sporo z nich zangielszcza/zmienia swoje imiona na bardziej lokalnie brzmiące. Wybiela się tym sposobem. Stąd pojęcie: wybielanie resume.

      A ja, chociaż Azjatką nie jestem, w swoim kanadyjskim resume występuję jako Kate. Na Linkedin mam wprawdzie Katarzyna, ale w linku do profilu jestem Kate.

      Chcesz zobaczyć mój profil na LinkedIn? Kliknij tutaj

      Przyznam się wam, że Kate ułatwia mi życie nie tylko podczas poszukiwania pracy. Ale to już temat na osobny post…

      Więcej informacji o pracy w Kanadzie, a w Vancouver w szczególności znajdziesz w tych wpisach:

      1. Jakie agencje-pośrednicy pracy pomogły mi w pierwszych latach emigracji?
      2. Czy brak wykształcenia kanadyjskiego oznacza brak szans na znalezienie pracy?
      3. Jak wolontariat może pomoc w zdobyciu pierwszego kanadyjskiego doświadczenia i networkingu?
    • Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

      Obiecuję, zero krwarych szczegółów. Wszystko jest ok. Dziś napiszę Ci, jak wygląda kanadyjski szpital. Jeśli czeka Cię przyjęcie do szpitala w Vancouver znajdziesz tutaj kilka wskazówek.

      A może rozśmieszą Cię nasze historie i poczujesz się lepiej? W końcu śmiech to zdrowie!

      Ten post powstał w roku 2016 i od tego czasu zepsuło się niemal wszystko w każdym z nas.

      Zdrowie się posypało, najmniej u Krzyśka, a najbardziej u mnie.

      Odwiedziliśmy wiekszość szpitali w Vancouver: General Hospital kilka razy, Mount Saint Joseph Hospital w naszej dzielnicy (nawet częściej niż Szpital miejski), Szpital na UBC (najnowocześniejszy, bo sam kompleks uniwersytecki UBC jest ciągle remontowany i rozbudowywany) i jeden z najstarszych szpitali, położony w samym Downtown – Szpitał Świętego Pawła.

      Na pogotowiu, czyli szpitlanym SORze wylądowaliśmy kilka razy podczas 6 lat pobytu w Vancouver. Na szczęście nie były to wypadki wymagające karetki.

      Chociaż raz juz byłam blisko wezwania jednej karetki do dziewczyny, która na moich oczach poślizgnęła się na przejściu dla pieszych i mocno łupnęła głową w chodnik. Zjechałam na pobocze, wyskoczyłam z auta i pytam, jak pomóc, jednocześnie myśląć, że o jezu, muszę do domu, bo chłopaki sami zostali.

      Dziewczyna mówi, że czuje się ok, ale no nie wyglądała tak,kiedy chwiejnie wstała. Ładuję ją w samochód, przy okazji mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo jest studentką. Więc myślę wtedy, że ją do szpitala odwiozę sama, żeby przynajmniej na koszcie tej karetki oszczędzić. Zajechałyśmy do General Hospital, a tam się już nią sanitariusze zajęli. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze. I że nie została z długiem szpitalnym do spłacenia przez resztę życia.

      Tyle anegdotki.

      Po pierwsze się nie stresuj – przypuszczalnie usłyszy albo przeczytasz, że służba zdrowia w Kanadzie jest okropna, słaba, że trudno o lekarza. Może też dopadnie Cię strach, że jak się po angielsku z nim dogadasz.

      Uspokoję. Nie jest cudownie, ale niech Cię to nie powstrzymuje przed zadbaniem o własne zdrowie.

      Rada ode mnie – jeśli się okaże, że musisz długo czekać na jakieś badanie, to idź do szpitalnej izby przyjęć i tam naświetl sprawę, przedstaw swoje schorzenia na tyle poważnie, żeby się Tobą zajęli od razu.

      My tak postąpilismy w przypadku interwencji chirurgicznej u Kuby. Wyznaczono mu odległy termin wycięcia znamienia. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, ale kiedy znamię znacząco urosło, natychmiast ruszliśmy do szpitala w Mount Pleasant. Zabieg miał jeszcze tego samego dnia.

      Rada numer dwa – jeśli musisz mieć badanie, na które się długo czeka, na przykład rezonas magentyczny (MRI), to spytaj, ćzy szpital nie robi takich badań w niestandardowych godzinach. Bo może nie musisz czekać kilku miesięcy, tylko kilka tygodni, jeśli zgodzisz się przyjść na badanie o drugiej nad ranem.

      Ja tak zrobiłam, i MRI głowy miałam robiony w nocy, w General Hospital. Zwiedzanie szpitala w nocy to jest doświadczenie samo w sobie. Pani rejestrująca dokładnie Ci powie, jak masz postąpić, i gdzie pójść, bo nad ranem spotkasz niewielu pacjentów na korytarzu.

      Ostatnia rada, skierowana do rodziców – ja bym z gorączkującym dzieckiem od razu szła do szpitalnej izby przyjęć. Zwłaszcza jeśli masz małe dziecko.

      Byłam świadkiem jak lekarz pierwszego kontaktu (family doctor) badał dziecko w korytarzu przychodni (walk in clinci)na Broadway, w sobotę rano. Dziecko gorączkujące, leje się przez ręce zrozpaczonego ojca, a sezon grypowy w pełni. Pediatra akurat nieobecny. Lekarz rodzinny dzwoni do szpitala, słucha instrukcji przez telefon i próbuje działać.

      Ale w końcu podejmuje najlepszą możliwą decyzję i po prostu wysyła tę rodzinę na SOR.

      A gdyby pojechali od razu, to byłoby mniej stresu dla wszystkich.

      Uprzedzę od razu wątpilowści niektórych czytających, że dziecko z gorączką może “zabrać” miejsce na izbie przyjęć człowiekowi, którego życie jest zagrożone. Nie przekonuje mnie ten argument. I nie chcę rozpoczynać dyskusji, które życie jest ważniejsze.

      Sam zdecyduj. A jeśli będziesz świadkiem, że do szpitala przyjmą najpierw rzucającego bluzgami, opierającego się narkomana z krwawiącą nogą, a nie Twoje cierpiące dziecko, napisz mi, jak to zrobiłeś, że się nie wkurzyłeś. Ja nie jestem taka szlachetna.

      Napisałam więcej o małych dzieciach i ciązy w Vancouver w tym wpisie.

      OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda szpital w Vancouver ?

      Najlepiej to kanadyjski szpital, każdy szpital w Vancouver wygląda od zewnątrz

      Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

      Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital.

      Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

      Moje wizyty na pogotowiu: złamany palec, zwichnięta na nartach noga, okropny ból ramienia. I badanie MRI w szpitalu.

      W drugim roku pobytu w Vancouver złamałam palec w bardzo głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki.

      Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Muszę iść do szpitala, bo co ja zrobię bez kciuka?

      Jak  szpital w Vancouver wyglądał w środku?

      Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

      Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była). Młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

      Nie powiem, miłe, że pielęgniarka się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

      Potem nadeszła druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

      Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało.

      Oczywiście się pytam, po co jej to.

      Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

      Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

      Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekałam, po chwili zawołano mnie już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

      Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nieporażające.

      Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać. Kanadyjski szpital nie mógłby wystąpić w serialu.

      Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

      Łóżka pacjentów znajdowały się za zasłonkami. Przestrzeń była mocno otwarta i wszyscy chodzili wokół wszystkich.

      Następnie wywiad o mnie zbiera lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

      Potem Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, kolejny lekarz patrzy i mówi: złamanie.

      Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe).

      Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

      Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.

      W wskazanym dniu idę do następnego kanadyjskiego szpitala.

      St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER.

      Też odnoszę wrażenie, że szpital jest mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

      Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać.

      Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie.

      Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

      Tyle o mnie. A teraz:

      Szpital kanadyjski po raz drugi czyli Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

      Maciek biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek.

      Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

      I znowu taka sama procedura:

      1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
      2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
      3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
      4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
      5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
      6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

      Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem.

      Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

      Na pogotowiu przydadzą Ci się też następujące informacje:

      1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
      2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
      3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

      Co ze szpitala w Vancouver pamiętam Najlepiej?

      Jedna myśl towarzyszy mi cały czas, kiedy wspomniam te wizyty i szpitale kanadyjskie.

      Przekonanie, że nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia.

      Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością.

      Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Zmierzyła Krzysiowi ciśnienie i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

      Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

      No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

    • Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

      Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

      To kolejny post, który piszę w odpowiedzi na wasze pytania mailowe o pracę w Kanadzie. Temat pracy jest jak rzeka, jak już wejdziesz, musisz płynąć 😉

      Wśród pytań często przewija się prośba, żebyśmy odnieśli do powyższego stwierdzenia, czyli w sumie potwierdzili, że brak kanadyjskiego wykształcenia oznacza niemożność dostania pierwszej pracy w Kanadzie.

      Jeszcze niedawno sama tak myślałam, ale teraz już wiem, że to nie takie oczywiste.

      Żadne z nas nie ma wykształcenia kanadyjskiego, a jednak dostaliśmy pracę w Kanadzie.

      Program IEC nie miałby racji bytu, bo większość ludzi, która z niego korzysta, przylatuje do Kanady  z wykształceniem zdobytym w innym kraju i bez ofert pracy na miejscu. A jednak pracują i dobrze się mają.

      Oczywiście musisz zweryfikować swoje oczekiwania względem nowej pracy w nowym kraju.

      Jeśli w Polsce pracowałeś na niższym stanowisku, to nikt w Kanadzie nie zrobi z ciebie od razu menadżera. A jeśli byłeś w Polsce menadżerem, a przyjeżdżasz bez zagwarantowanej pracy, to licz się z tym, że mogą ci zaproponować niższe stanowisko na początku.

      Taka sytuacja dotyczy większość imigrantów o zawodach mało wyspecjalizowanych ( to ja ) i nie ma w tym nic zdrożnego.

      Z czasem wyrobisz sobie i doświadczenie, i swoją markę na rynku kanadyjskim. A wykształcenie zawsze możesz nadgonić.

      Dotychczasowe doświadczenie zawodowe a brak kanadyjskiego wykształcenia

      A czy w Polsce każdy pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem? No pewnie, że nie.

      Ja z wykształcenia jestem filologiem węgierskim, a pracowałam w Warszawie w outsourcingu księgowym. Ale idąc tutaj na rozmowę o pracę przypomniałam sobie skrupulatnie wszystkich Kanadyjczyków, z którymi miałam okazję pracować z Polski (niewielu) i jak tylko nadarzyła się okazja podczas rozmowy z przyszłą szefową, to o tej współpracy powiedziałam. Zdanie zaledwie powiedziałam: że kiedy dzwoniłam do kontrahentów do Montrealu, to oni zawsze pytali o pogodę w Polsce.

      To wystarczyło, żeby pojawiła się malutka nić wiążąca mnie z Kanadą na gruncie biznesowym. Da się? Da się!

      Więc mała rada: może kiedyś w życiu spotkałeś się z kimś z Kanady, coś dla niego zrobiłeś? Przypomnij sobie i spróbuj o tym powiedzieć kilka słów na rozmowie.

      Nie musisz mieć wykształcenia ani doświadczenia kanadyjskiego, żeby znaleźć pierwszą pracę.

      Musisz za to ciągle się rozwijać, dokształcać, starać się, żeby znaleźć lepszą kanadyjską pracę. Taka sama reguła działa wszędzie.

      Warto mieć ze sobą swoje dyplomy, zaświadczenia, przetłumaczone na angielski, żeby w razie czego poprzeć się papierami. Nawet jeśli nie są one kanadyjskie, to powinny być po angielsku. Tak, żeby Kanadyjczyk zrozumiał.

      Brak kanadyjskiego wykształcenia, a co za tym idzie doświadczenia z Kanady, możesz zrekompensować umiejętnościami miękkimi. A nawet musisz !

      Na jednym z wielu spotkań w naszym domu sąsiedzkim miałam przyjemność rozmawiać z wielce inspirującą osobą: Rodrigo.

      Od niego dowiedziałam się, że powszechne stwierdzenie No Canadian experience = No Canadian job w rzeczywistości oznacza:

      Czyli to nie brak papierka z kanadyjską pieczątką uniemożliwia znalezienie pracy, ale ograniczają nas umiejętności nasze, inne niż techniczne, zdobyte wraz z wykształceniem.

      A jakie to są te pożądane w Kanadzie umiejętności miękkie? Ano takie:

      • Communication Skills
      • Local Language
      • Presentation Skills
      • Small Talk
      • Leadership and Initiative
      • Conflict Resolution and Negotiation
      • Accepting Constructive Criticism
      • Flexibility
      • Business Etiquette

      Najważniejsze soft skills potrzebne przy szukaniu pracy w Kanadzie to przede wszystkim umiejętności komunikacyjne!

      Rozmawianie, prezentowanie, angielski ( francuski w innych prowincjach) i oczywiście small talk.

      Warto poćwiczyć bycie liderem, najlepiej takim z inicjatywą, oraz rozwiązywanie konfliktów (tutaj doświadczenie z poligonu domowego dwójki synów mam ogromne).

      Kolejna umiejętność czyli akceptowanie konstruktywnej krytyki – to myślę taki obszar, nad którym całą Polska powinna popracować, c’nie? Zwłaszcza politycy.

      Poza tym musisz być elastyczny (wysportowany też, ale akurat nie o to chodzi tutaj), i oczywiście profesjonalny w zachowaniach biznesowych.

      Jeśli swobodnie działasz w tych obszarach, nie masz się co obawiać. Tego właśnie oczekują od imigrantów kanadyjscy pracodawcy.

      Poniższa tabelka na potwierdzenie.

      What Immigrants HaveWhat Employers Want
      soft skills10%60%
      technical skills90%90%

      Do Kanady zjeżdżają imigranci wyszkoleni, wyedukowani, z wiedzą szeroką, ale z niepasującymi do rynku kanadyjskiego umiejętnościami miękkimi. I to właśnie to niedopasowanie jest przyczyną początkowych porażek w poszukiwaniu pracy.

      To co? Polski dyplom zanieś do tłumacza, a przed lustrem poćwicz elevator speach.

      Szukasz więcej informacji o pracy? Zajrzyj pod te linki:

       
    • Wolontariat w Kanadzie czyli pomóż innym i sobie

      Czy wiesz, co charakteryzuje wolontariat w Kanadzie? Bo chyba czym jest wolontariat, nie trzeba wyjaśniać…

      Praca społeczna na rzecz społeczności (twojej po sąsiedzku i tej bardziej rozległej), kościoła czy instytucji charytatywnej jest w Kanadzie normą.

      Społecznie pracują Kanadyjczycy niezależnie od wieku, od nastolatków po emerytów. Specjalnie używam tutaj sformułowania społecznie pracują, właśnie po to, żeby słowo pracować nie kojarzyło się tylko z zarabianiem pieniędzy. Wolontariat to jest forma pracy, nieodpłatnej w przeważającej większości, ale wcale nie traktowanej gorzej. Pracy, którą w Kanadzie się ceni i w którą warto się angażować.

      Wolontariat jako praca na rzecz twojej społeczności. Nowej społeczności.

      Jak jest się na etapie wylądowałem w Kanadzie i co dalej, to przemyślany wolontariat może okazać się przepustką do nowego emigracyjnego życia. Bo dla Kanadyjczyków ( i Amerykanów też, żeby nie było) wolontariat jest ważnym świadectwem tego, jakim jesteś człowiekiem. Kanada to przede wszystkim społeczeństwo, i jeśli chcesz do niego dołączyć, chcesz, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie, najpierw ty zrób coś dla niego (tego społeczeństwa).

      Wolontariat to przede wszystkim giving back to the community.

      Tak rozumiany wolontariat, czyli służenie innym przybiera często formę zbiórek charytatywnych (więcej pisałam o tym tutaj), przygotowania i dystrybucji żywności dla potrzebujących, prac fizycznych czy nauczania. Popularny jest mentoring, czyli regularne spotkania z drugą osobą, celem wsparcia w różnych problemach i doświadczeniach. Mentoring nie ma w Vancouver tylko korporacyjnego znaczenia – tutaj możesz zostać mentorem w wieku lat nastu dla młodszego o kilka lat kolegi i na przykład pomagać mu w relacjach z rówieśnikami. Czasami wolontariat jest wręcz wymagany jako element edukacji social studies w szkole (ale szczegółów nie znam, bo Krzysiek jeszcze nie jest na tym etapie)

      Większość udziela się wolontaryjnie w sposób nieformalny. Możliwości są nieograniczone i nie ma miejsca użyteczności publicznej, które by nie organizowało takich programów. Najlepszym źródłem informacji jest tablica ogłoszeń czy też strona govolunteer.ca oraz oczywiście networking czyli wieść się niesie wśród bliższych i dalszych znajomych.

      Trzy przykłady mojego kanadyjskiego wolontariatu.

      Ludzie angażują się w wolontariat z różnych powodów. U mnie była to chęć pobycia wśród ludzi i nawiązania przyjaźni zaraz po przeprowadzce do Vancouver. Potrzebowałam (i nadal potrzebuję) poszerzyć grono znajomych, a nie pracując miałam ograniczone możliwości, za to sporo wolnego czasu, który mogłam z pożytkiem wykorzystać.

      Zaproponowałam nauczycielce Krzysia, że przyjdę i przeczytam dzieciom w klasie bajkę o Smoku Wawelskim oraz opowiem trochę o Polsce. Przygotowanie się i przeprowadzenia takiej lekcji zajęło mi może ze 4 godziny (korzystałam z tej książki ). Radość dzieciaków i duma w oczach syna – bezcenne 🙂

      Podobnie, bo również w szkole, zgłosiłam się do pomagania przy targach książki. Codziennie przez tydzień, około 40 minut dziennie. Niewielkim nakładem sił i czasu mogłam poobserwować, jak funkcjonuje biblioteka szkolna, jakie wydawnictwa i książki czytają dzieci kanadyjski, pogawędzić z bibliotekarką i rodzicami, którzy wraz z dziećmi odwiedzali targi. Ciekawe doświadczenie.

      Typowym giving back to community było poświęcenie pewnej soboty i przyjście na spotkanie dla imigrantów, żeby opowiedzieć im, jak znalazłam pierwszą pracę w Vancouver. Czułam się zaszczycona, że mogę w ten sposób spłacić swój dług w stosunku do tych, którzy mi pomogli, kiedy to ja szukałam pracy.

      Jak widzicie, te przykłady to tylko kilka godzin, góra cały dzień, który spędziłam próbując być pomocną dla innych. Kilkakrotnie rozmawiałam z osobami, które słysząc słowo wolontariat odrzucały ten pomysł na wejściu, wymawiając się brakiem czasu. Ok, rozumiem, ale, jak pokazuję to na swoim przykładzie, bycie wolontariuszem nie musi oznaczać pracy na cały etat za darmo. Nie w Kanadzie.

      Często od wolontariatu się zaczyna. Wolontariat może być pierwszym krokiem zawodowym, pozwolić na poznanie ludzi w branży i w końcu zdobycie pracy.

      Mamy tutaj do czynienia z drugim znaczeniem słowa wolontariat, rozumianym bardziej jako bezpłatna praktyka czy staż.

      Ale, ale, powtórzę to z pełną mocą – tak rozumiany wolontariat nadal powinien być przede wszystkim działaniem na rzecz innych, a nie tylko kolejnym punktem do odhaczenia na drodze do pracy. Uwierzcie mi, Kanadyjczycy to zaraz wyczują.

      Znam osoby, które swoją karierę zawodową rozpoczęły od wolontariatu, jednak znowu wypływał on przede wszystkim z chęci służenia innym. Takie podejście zostało docenione przez organizacje i rozwinęło się w konkretne propozycje etatu. Głównie w branży social services, na przykład ktoś za darmo prowadził stronę fundacji, i jego zaangażowanie tak się spodobało, że został wybrany jako social media coordinator, bez rekrutacji ogłaszanej na to stanowisko.

      Inna historia: dziewczyna zorganizowała na UBC pierwszy klub samotnej matki i po kilku latach rozwinęła go w prężnie działający program, finansowany ze środków uczelni. Ja wyciągnęłam z tych historii następujący wniosek o wolontariacie: pomysł na swój rozwój zawodowy (czy też startowanie od zera w nowym miejscu) za pomocą wolontariatu musi wypływać z pasji, chęci zrobienia czegoś dobrego dla innych, chęci zaproponowania innym nowych rozwiązań, ulepszeń, daniu innym czegoś z siebie. Dopiero na drugim miejscu jestem ja jako potencjalny pracownik. Pracodawcy kanadyjscy nie szukają niewolników do pracy za darmo, oni chcą kogoś autentycznie zaangażowanego, będącego częścią zespołu. Kiedy poczują, że jesteś dla nich kimś ważnym, być może zaproponują pracę, a na pewno rekomendacje. I zawsze będziesz o te doświadczenia bogatszy.

      Szukanie wolontariatu w Vancouver tak samo jak szukanie pracy warto zacząć wielowątkowo.

      Masz pomysł, gdzie ewentualnie chciałbyś pracować czy być wolontariuszem ale akurat nie mają żadnych ofert? Brak mi doświadczenia w pytaniu się o wolontariat czy też bezpłatne praktyki, tam, gdzie nie są one ogłaszane, ale nie ma powodu, dla którego nie można by było wejść do takich miejsc i zapytać.

      To co możesz zrobić od razu.

      Wypisz wszystkie miejsca w Vancouver, jakie znajdziesz i o których myślisz, że mógłbyś być dla nich cennym pracownikiem. Polub ich na Facebooku, Instagramie, Twitterze i zacznij komentować, przeznacz chociaż chwilkę dziennie. Żeby zostawić swój ślad u kogoś innego, żeby pokazać, że ci zależy. Każdy biznes ma swój profil w mediach społecznościowych, a jak nie ma, to tym bardziej się do nich zgłoś i zaproponuj, że powinni mieć i że masz pomysł, jak go poprowadzić. Pokaż, że chcesz pracować dla kogoś, a nie u kogoś (czujesz różnicę?). To w sumie dość banalne uwagi, ale mają znaczenie i warto o tym pamiętać.

      A potem trzeba działać osobiście. Pukać do drzwi i wracać oknem. Vancouver jest miastem bardzo przyjaznym dla energicznych.

      Nawet jeśli od razu nie będzie to dream job, tylko surviving job, to nic. Ważne, żeby zacząć.

      I do przodu !