Strona główna » Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

Obiecuję, zero krwarych szczegółów. Wszystko jest ok. Dziś napiszę Ci, jak wygląda kanadyjski szpital. Jeśli czeka Cię przyjęcie do szpitala w Vancouver znajdziesz tutaj kilka wskazówek.

A może rozśmieszą Cię nasze historie i poczujesz się lepiej? W końcu śmiech to zdrowie!

Ten post powstał w roku 2016 i od tego czasu zepsuło się niemal wszystko w każdym z nas.

Zdrowie się posypało, najmniej u Krzyśka, a najbardziej u mnie.

Odwiedziliśmy wiekszość szpitali w Vancouver: General Hospital kilka razy, Mount Saint Joseph Hospital w naszej dzielnicy (nawet częściej niż Szpital miejski), Szpital na UBC (najnowocześniejszy, bo sam kompleks uniwersytecki UBC jest ciągle remontowany i rozbudowywany) i jeden z najstarszych szpitali, położony w samym Downtown – Szpitał Świętego Pawła.

Na pogotowiu, czyli szpitlanym SORze wylądowaliśmy kilka razy podczas 6 lat pobytu w Vancouver. Na szczęście nie były to wypadki wymagające karetki.

Chociaż raz juz byłam blisko wezwania jednej karetki do dziewczyny, która na moich oczach poślizgnęła się na przejściu dla pieszych i mocno łupnęła głową w chodnik. Zjechałam na pobocze, wyskoczyłam z auta i pytam, jak pomóc, jednocześnie myśląć, że o jezu, muszę do domu, bo chłopaki sami zostali.

Dziewczyna mówi, że czuje się ok, ale no nie wyglądała tak,kiedy chwiejnie wstała. Ładuję ją w samochód, przy okazji mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo jest studentką. Więc myślę wtedy, że ją do szpitala odwiozę sama, żeby przynajmniej na koszcie tej karetki oszczędzić. Zajechałyśmy do General Hospital, a tam się już nią sanitariusze zajęli. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze. I że nie została z długiem szpitalnym do spłacenia przez resztę życia.

Tyle anegdotki.

Po pierwsze się nie stresuj – przypuszczalnie usłyszy albo przeczytasz, że służba zdrowia w Kanadzie jest okropna, słaba, że trudno o lekarza. Może też dopadnie Cię strach, że jak się po angielsku z nim dogadasz.

Uspokoję. Nie jest cudownie, ale niech Cię to nie powstrzymuje przed zadbaniem o własne zdrowie.

Rada ode mnie – jeśli się okaże, że musisz długo czekać na jakieś badanie, to idź do szpitalnej izby przyjęć i tam naświetl sprawę, przedstaw swoje schorzenia na tyle poważnie, żeby się Tobą zajęli od razu.

My tak postąpilismy w przypadku interwencji chirurgicznej u Kuby. Wyznaczono mu odległy termin wycięcia znamienia. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, ale kiedy znamię znacząco urosło, natychmiast ruszliśmy do szpitala w Mount Pleasant. Zabieg miał jeszcze tego samego dnia.

Rada numer dwa – jeśli musisz mieć badanie, na które się długo czeka, na przykład rezonas magentyczny (MRI), to spytaj, ćzy szpital nie robi takich badań w niestandardowych godzinach. Bo może nie musisz czekać kilku miesięcy, tylko kilka tygodni, jeśli zgodzisz się przyjść na badanie o drugiej nad ranem.

Ja tak zrobiłam, i MRI głowy miałam robiony w nocy, w General Hospital. Zwiedzanie szpitala w nocy to jest doświadczenie samo w sobie. Pani rejestrująca dokładnie Ci powie, jak masz postąpić, i gdzie pójść, bo nad ranem spotkasz niewielu pacjentów na korytarzu.

Ostatnia rada, skierowana do rodziców – ja bym z gorączkującym dzieckiem od razu szła do szpitalnej izby przyjęć. Zwłaszcza jeśli masz małe dziecko.

Byłam świadkiem jak lekarz pierwszego kontaktu (family doctor) badał dziecko w korytarzu przychodni (walk in clinci)na Broadway, w sobotę rano. Dziecko gorączkujące, leje się przez ręce zrozpaczonego ojca, a sezon grypowy w pełni. Pediatra akurat nieobecny. Lekarz rodzinny dzwoni do szpitala, słucha instrukcji przez telefon i próbuje działać.

Ale w końcu podejmuje najlepszą możliwą decyzję i po prostu wysyła tę rodzinę na SOR.

A gdyby pojechali od razu, to byłoby mniej stresu dla wszystkich.

Uprzedzę od razu wątpilowści niektórych czytających, że dziecko z gorączką może „zabrać” miejsce na izbie przyjęć człowiekowi, którego życie jest zagrożone. Nie przekonuje mnie ten argument. I nie chcę rozpoczynać dyskusji, które życie jest ważniejsze.

Sam zdecyduj. A jeśli będziesz świadkiem, że do szpitala przyjmą najpierw rzucającego bluzgami, opierającego się narkomana z krwawiącą nogą, a nie Twoje cierpiące dziecko, napisz mi, jak to zrobiłeś, że się nie wkurzyłeś. Ja nie jestem taka szlachetna.

Napisałam więcej o małych dzieciach i ciązy w Vancouver w tym wpisie.

OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda szpital w Vancouver ?

Najlepiej to kanadyjski szpital, każdy szpital w Vancouver wygląda od zewnątrz

Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital.

Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

Moje wizyty na pogotowiu: złamany palec, zwichnięta na nartach noga, okropny ból ramienia. I badanie MRI w szpitalu.

W drugim roku pobytu w Vancouver złamałam palec w bardzo głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki.

Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Muszę iść do szpitala, bo co ja zrobię bez kciuka?

Jak  szpital w Vancouver wyglądał w środku?

Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była). Młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

Nie powiem, miłe, że pielęgniarka się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

Potem nadeszła druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało.

Oczywiście się pytam, po co jej to.

Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekałam, po chwili zawołano mnie już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nieporażające.

Jeśli liczycie na wnętrze rodem z „Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać. Kanadyjski szpital nie mógłby wystąpić w serialu.

Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

Łóżka pacjentów znajdowały się za zasłonkami. Przestrzeń była mocno otwarta i wszyscy chodzili wokół wszystkich.

Następnie wywiad o mnie zbiera lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

Potem Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, kolejny lekarz patrzy i mówi: złamanie.

Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe).

Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.

W wskazanym dniu idę do następnego kanadyjskiego szpitala.

St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER.

Też odnoszę wrażenie, że szpital jest mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać.

Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie.

Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

Tyle o mnie. A teraz:

Szpital kanadyjski po raz drugi czyli Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

Maciek biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek.

Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

I znowu taka sama procedura:

  1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
  2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
  3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
  4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
  5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
  6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem.

Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

Na pogotowiu przydadzą Ci się też następujące informacje:

  1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
  2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
  3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

Co ze szpitala w Vancouver pamiętam Najlepiej?

Jedna myśl towarzyszy mi cały czas, kiedy wspomniam te wizyty i szpitale kanadyjskie.

Przekonanie, że nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia.

Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością.

Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Zmierzyła Krzysiowi ciśnienie i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

No nie mają plastrów z Batmanem przecież !