Jak pokonałam 300 osób i dostałam pracę, czyli jak wyglądała moja rekrutacja do pracy w Kanadzie

IT-rekrutacja-do-pracy-w-Vancouver-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady-paper-notes

Zapytałam na Facebooku, czy znowu znowu o tym pisać. Mówić, jak wyglądała moja rekrutacja do pracy. Odpowiedzieliście: pisz, Kate, pisz!

Zatem jest – to będzie historia o tym, jak moje CV zostało wybrane spośród 300 innych i dostałam pracę w agencji interaktywnej.

Pierwszy post o pracy w Kanadzie napisałam na blogu siódmego lutego, w 2015 roku. Pierwszą pracę w Vancouver zaczęłam na początku marca 2015. Dzisiaj już tamtego posta nie znajdziecie, chociaż treści posłużyły mi w innych wpisach.

O pracy napisałam mini poradnik, opisywałam swoje doświadczenia z tutejszą agencją zatrudnienia, pisałam, jak powinno wyglądać kanadyjskie resume, odpowiadałam na zarzut, że nie da się znaleźć pracy bez kanadyjskiego wykształcenia / doświadczenia i dzieliłam się z Wami historią – przestrogą, jak nie dać się nabrać naciągaczom obiecującym pracę w Kanadzie.

Zanim przejdziesz dalej, zachęcam Cię – zajrzyj do wpisu o tym, jak znalazałam swoją pierwszą pracę w Vancouver. Pisałam tam o moim niestandardowym podejściu do rekrutacji, czyli co wyszło, kiedy połączyłam czynnik “wyróżnij się, albo zgiń”, trochę odwagi i znajomość, kogo trzeba.

A jeśli interesuje cię konkretnie temat pracy w IT, zajrzyj na mój drugi blog, Kasia i kod. Piszę o tym, jak w Vancouver zmieniam branżę na IT. A właściwie już zmieniłam, bo odkąd skończyłam lokalną szkołę – bootcamp programistyczny, przygotowuję strony internetowe, a od trzech tygodni pracuję jako web project coordinator w tutejszej agencji interaktywnej.

Rzut okiem na branżę IT w Vancouver.

W związku z programowaniem i faktem, że Vancouver jest siedzibą zarówno start upów, jak i dużych firm technologicznych, czasami dostaję od Was pytania właśnie o to, jak znaleźć pracę w sektorze IT. Czasami jesteście rozczarowani nieudanym szukaniem pracy, a przecież podobno programistów brakuje. Więc jak to jest, że nie przyjmują w Kanadzie wszystkich, którzy skończyli przyspieszone kursy programowania. Miała być praca, miał być Canadian dream, a nie ma.

Ja też myślałam podobnie – że będzie łatwo. Już w 2015 roku czytając ogłoszenia o pracę w Vancovuer wyszło mi, że najlepiej na rynku pracy się mają osoby z zacięciem internetowo-techniczno-programistycznym. Vancouver opisywano jako nową Dolina Krzemowa, wabiącą ułatwieniami podatkowymi, a nawet pierwszym na świecie programem emigracyjnym dla start-upów.

Start-upy w Vancouver mają biuro-lofty w najstarszej, historycznej części miasta, rozdają na wejściu laptopy z jabłuszkiem i codziennie o 13:55 robią joga-przerwę dla wszystkich pracowników. Potrzebują inżynierów, deweloperów, komputerowców, marketingowców i osób do odbierania telefonu. Oferują usługi księgowe, marketingowe, systemy obsługi klienta, a nawet dowozy jedzenia. Wszystko to dla małych przedsiębiorstw.

Ale w Vancouver jest  i Amazon, i Microsoft, i wiele studiów filmowych przygotowujących efekty specjalne do filmów. I oni także bardzo potrzebują ludzi. Ale rzadko szukają juniorów, a jak już szukają, to na jedno miejsce zgłasza się ogromna liczba kandydatów.

I wtedy właśnie przydaje się strategia: “wyróżnij się, albo zgiń”.

To teraz opiszę case study, jak aplikowałam do pracy w agencji interaktywnej, w Vancouver. Wiem, że pokonałam 300 innych resume, więc jest szansa, że postępując podobnie, też pracę dostaniesz.

Wrzesień 2018 – co wiedziałam i jak zaczęłam?

Kiedy zabrałam się za szukanie pracy, jako nowa w branży IT, wiedziałam, że nie będzie lekko. Osób z doświadczeniem juniora, dopiero zaczynających, jest całkiem sporo, i wiele z nich ma takie samo portfolio programistyczne. Wiele lokalnych szkół uczy programowania. Bootcampy nie mają możliwości wysłania studenta na praktykę (co-op), więc taka forma “wbicia się do firmy” nie zadziała.

Wiedziałam, że muszę się wyróżnić. Że muszę zrobić coś inaczej niż wszyscy. I że chcę wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenie zawodowe , spoza IT,  kiedy w Polsce pracowałam jako specjalista i lider projetków w branży outsourcingu finansowego.

Postanowiłam, że będę aplikować na stanowiska w agencjach, gdzie potrzebują trochę dewelopera WordPressa, a trochę menadżera projektu. Chciałam też pokazać, że mimo, iż na etacie nie pracuję od 2016 roku, to jednak cały czas jestem aktywna zawodowo i uczę się nowych rzeczy.

Najpierw poprawiłam swój LinkedIn i zbudowałam swoją stronę-portfolio po angielsku.

Wiesz, że na LinkedInie możesz dodawać całkiem sporo informacji o sobie? Są zdjęcia, linki, można publikować posty i komentować posty innych. Ja postarałam się, żeby w mojej sieci kontaktów mieć te 500 osób (mniej osób wygląda po prostu biednie). Stworzyłam również stronę firmową na LinkedInie, dla tego okresu, kiedy pracowałam jako freelancer – dzięki temu wyświetla się mi małe logo (nie chcę się zagłębiać w szczegóły techniczne, ale to nic wielkiego, spokojnie ogarniesz).

Do tworzenia wszystkich grafik od zawsze używam darmowego programu canva.com.

Żeby mieć co zalinkować do LinkedIna (hehehe), zbudowałam na Jekyllu prostą stronę po angielsku, pokazującą moje prace. Wybrałam gotowy motyw i  zmodyfikowałam pliki. Jeśli jesteś osobą nietechniczą, taką stronę możesz “wyklikać” inaczej – za chwilę pokażę ci, jak. Ale zanim to, to jeszcze słówko o tym, dlaczego to portfolio było takie istotne. Nie chodzi o pochwalenie się projektami, których przecież mam dość mało i w dodatku większość to prace ze szkoły kodowania.

Chciałam mieć portofolio, żeby się wyróżnić. Dać się zapamiętać. Na spotkaniu absolwentów Talent Connect, które odbyło się w miesiąc po zakończeniu bootcampu, jako jedyna miałam  portfolio.

Od początku września 2018 czytałam ogłoszenia o pracę. I sprawdzałam, kogo z firmy, która mnie interesuje, mogę dodać do mojej sieci kontaktów.

Nie czekałam, aż skończę kodować portfolio, tylko przeglądałam glassdoor, indeed i strony firmowe na LinkedInie (i je follołowałam). Kiedy znalazłam interesujące mnie ogłoszenie, zaczepiałam na LinkedInie osobę pracującą w tej firmie i pytałam, czy może się ze mną spotkać na kawę / lunch. Starałam się, aby prośba nie była nachalna, ale osobista, miła i w miarę szczegółowa.

Przykładowe “zaczepki”:

Hi Jane Doe, I came across your LinkedIn profile while I was reading about startups at Daily Hive https://bit.ly/2MPAv0I , and I wanted to say ‘hello’. I got caught by the product your company (tutaj była nazwa firmy) owns (wow!), and I wonder if we might talk someday. Nice to meet you! PS. I am also a RED grad, from Web Dev 🙂
Hi Jane Doe, I came across your LinkedIn profile and I wanted to say ‘hi’. I am RED grad too, from Web Development. I wonder if I could ask you about your company (tutaj była nazwa firmy) – I would like to apply for Web Developer there. Do you think we could chat someday? Have a great day and nice to meet you! Kate

Wysłałam pytania-zaproszenia do około 10 osób. Nie odpowiedziała mi jedna. Z tych 10, z czterema spotkałam się na kawie albo lunchu (zawsze proponowałam, że to ja zapłacę, bo chcę w ten sposób odwdzięczyć się za poświęcony mi czas). Takie spotkania nazywają się informal interviews i są bardzo pomocnym źródłem wiedzy o firmie. Na spokojnie pytałam o rzeczy, których zwykle nie dowiesz się podczas normalnej rekrutacji i zawsze prosiłam, czy mogę przesłać swoje resume i usłyszeć uwagi od tej osoby. Na 4 osoby, jedna nie zgodziła się, żeby pośredniczyć w przesłaniu mojego CV wyżej.

Te rozmowy, spotkania, dopytywanie się później i dziękowanie za czas zajęło mi całkiem sporo września i początek października. Na Google drive założyłam sobie podkatalogi, w których trzymałam kopię ogłoszenia, kopię mojej aplikacji i notatkę.

To wszystko było znacznie bardziej wymagające niż po prostu wysłanie setek takich samych resume z nadzieją, że któryś zostanie wyłowiony ze stosu innych i zostanę zaproszona na rozmowę. Może taka strategia ma szansę, ale ja w nią słabo wierzę (zwłaszcza odkąd dowiedziałam się, że do mojej agencji na moje stanowisko zaaplikowało 300 innych kandydatów).

Dlatego wyróżniam też moje CV. Nie tylko piszę je zawsze od nowa i konkretnie pod daną firmę, ale także personalizuję je tak, żeby pasowało do brandingu firmy, do której aplikuję.

Nie potrzeba wcale wielkich umiejętności graficznych, Ja mam dwie wtyczki do przeglądarki Chrome, które mi pokazują czcionki i kolory na stronie. Potem, w canva.com, modyfikowałam konkretny szablon resume, używając kolorów i fontów tej firmy.

rektrutacja do pracy w kanadyjskiej agencji czyli jak pokonalam 300 innych cv_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Na zdjęciu znajdziesz fragment strony agencji (góra zdjęcia) zestawiony z moim resume.

Zrobiłam też trzy strony lądowania w darmowym programie Unbounce. Każda z tych stron była moją wizytówką – resume.

To znowu ekstra zajęcie, wymagające czasu, ale są z tego oczywiste korzyści: nauczysz się tego narzędzia i możesz podczas rozmowy zabłysnąć. To również sposób, żeby w miarę szybko zbudować stronę typu “o mnie”, jeśli nie masz swojego portfolio. Unbounce to program szeroko używany w agencjach marketingowych i jego znajomość się przydaje!

Poniżej znajdziesz zrzut takiej strony, a tutaj możesz ją sobie podejrzeć w sieci.

kate-jeziorska-laning-page-for -interview-proces

Z trzech firm, do których wysłałam linki, na rozmowę zaprosiła mnie jedna.

Rozmowy czyli interview, czyli co myśli o tobie pies. I cały zespół przy okazji też.

Teraz kilka wspomnień z rozmów o pracę. Miałam łącznie trzy interview w siedzibach firm. To pierwszy etap, który następuje po przeczytaniu resume i telefonie od pań z HR.

W każdym biurze, gdzie byłam, na wejściu witały mnie psy. Nie mam nic przeciwko psom, ale jak jeden z nich się rozszczekał maksymalnie, to po pierwsze, się przestraszyłam. A potem obróciłam całą sytuację w żart, mówiąć “oho, to pierwszy test kwalifikacyjny oblałam ;)”.

Na jednej rozmowie byłam przepytywana przez cały zespół. Siedzieliśmy sobie na poduszkach na podłodze, a ludzie zadawali mi pytania. Oczywiście nie kojarzyłam wszystkich osób (nie ma szansy zapamiętać składu firmy, chociaż zawsze przed rozmową sprawdzam profil przepytującego mnie mendżera na LinkedInie). Padły pytania o to, czy jestem #coffeeteam czy #teateam (odpowiedziałam, że wolę herbatę, a po rozmowie sprawdziłam na Instagramie, że ta firma ma własną markę kawy. Ups!). Pytano mnie, o to jaki film lubię najbardziej (podałam pierwszy lepszy: “Titanic”. Na co Krzysiek, lat jedenaście i pół, powiedział mi później: “no co ty mamo, tego nikt nie zna!”) – więc zawsze odpowiadaj “Władza Pierścieni” (hehehe). Były pytania o czas wolny, o sposoby na stres, o sposoby na upierdliwego klienta (sic!) i całe mnóstwo innych zagadnień.

Te rozmowy mają na celu sprawdzić, czy pasujesz do zespołu, czy jesteś cultural fit. Jak nie wiesz, czy pasujesz, sprawdź, co firma publikuje na instagramie – to tam najczęściej są migawki z codziennego życia w pracy i po pracy.

I jak już mnie tak przemaglowano, to zawsze na końcu proszę, żeby osoby pytające powiedziały coś o sobie. Bo ja chcę wiedzieć coś o nich, skoro one miały szanse wypytać mnie. Poza tym, każdy lubi się trochę sobą pochwalić, zwłaszcza w sytuacji, kiedy to nie on jest przepytywany.

Inne okazja do rozmów nadażyła się wkrótce potem.

Masowe spotkanie w realu, czyli konferencja, gdzie jedni szukają pracy, a ani szukają ludzi do pracy.

W październiku 2018 w Vancouver odbył się WordCamp, czyli konferencja techniczna dla osób pracujących z WordPressem. Wiedziałam, że ta konferencja to moja kolejna szansa na znalezienie pracy. Pisałam o swoich wrażeniach na blogu kasiaikod.pl, więc tutaj tylko kilka słów w temacie rekrutacji.

Przed wydarzeniem znowu zaczepiałam nieznane mi osoby na LinkedInie, z pytaniem, czy będą na WordCampie i jeśli tak, to proponowałam, żebyśmy się spotkali.  Napisałam też do osób z różnych agencji, do których wysłałam resume, że będę i że przyjdę się przywitać, jeśli i one będą.

Pamiętam, jak stałam w rzędzie krzeseł za dziewczyną (moją obecną szefową), której wtedy nie znałam. Wiedziałam, że to ona. Widziałam, jak rozmawiała ze znajomymi, całkowicie tym pochłonięta. Bardzo, bardzo wiele energii mnie kosztowało, żeby do niej podejść, usiąść obok, zwrócić na siebie jej uwagę i zacząć rozmowę. Czułam, że się narzucam, że jestem nachalna i niegrzeczna, a jednocześnie przecież właśnie miała miejsce moja rozmowa kwalifikacyjna. Musiałam się skupić, zebrać w sobie, pokonać wszystkie wewnętrzne bariery i z uśmiechem zacząć rozmowę.

Właściwie tamten dzień i całą moją strategię rekrutacji podsumować mogę stwierdzeniem, że:

Bezustannie ćwiczę odwagę, uśmiech i networking.

Zaczepianie ludzi, pisanie do nich później emaili z pytaniem, czy moje resume zostało przesłane dalej, co mogę zrobić, jest stresujące, niekomfortowe i wymaga odwagi. Każdy taki email z prośbą to była próba. Wiele razy myślałam “po co mi to”, przecież nie muszę na siłę szukać pracy, nie chcę się “prosić”.

Ale takie są dzisiejsze wymagania i jeśli chcesz im sprostać, wysiłek jest niezbędny.

Tamta rozmowa na WordCampie zaowocowała tym, że Anna mnie zapamiętała. Powiedziała, że zapyta w HR, żeby przeprowadzili ze mną pierwsze interview przez telefon. I rzeczywiście, telefon zadzwonił dwa dni później.

Mam dla ciebie jeszcze jeden przykład mojego zagrania va bank. Agencja szukała front end dewelopera, a ich ogłoszenie zawierało zdjęcie Batmana na jednorożcu oraz zapewnienie, że co piątek są w biurze wojny na rzutki (nerf guns). Pierwsza moja myśl: “oho, jak wy tak, to ja tak!” i wysłałam im resume z listem motywacyjnym takiej treści:

Hi,

So I have about 30 seconds to get your attention before you delete this cover letter. Here goes the most important facts:

I am not a typical frontend developer, but I believe you are not a typical agency. I transitioned from finance to IT. Why? Because finance is boring and I want to see humans behind numbers.

I know WordPress from clients perspective – I worked with this CMS long before I even thought about becoming a frontend developer. I am blogging on WP since 2014, constantly growing my audience. RED Academy taught me how to code. Now I am coding websites that sell a business. Or I code just for fun.

I am extremely positive – ask one of more than 150 women I listened to and supported since 2016 on my monthly meeting at MP Neighbourhood House.

I think Unikitty does not like the fact that Batman is riding a unicorn on your job adv. But I might be mistaken – humanum est errare.

I am used to Nerf guns – I might not be playing them, but I know someone who does.

That’s all I’ve got. Can we talk in person?

Thank you for your time and all the best,
Kate

Ten list wysłałam o 23 w czwartek, w piątek o 9 rano zadzwoniła dziewczyna z HR, że ja “made her day” i czy mogę przyjść na rozmowę, bo ewidetnie pasuję do zespołu. Czyli widzisz – to, czy pasujesz, jest równie ważne, a nawet ważniejsze niż to, czy umiesz kodować.

Mój proces rekrutacji do pracy w Kanadzie podsumowany w kilku krokach.

Na wypadek jakby cały post to było za dużo mam dla ciebie wersję: too long, don’t read.

Buduję portfolio – zaczepiam – wysyłam aplikacje / chodzę na targi, konferencje, kawę – emailowo pytam, jaki jest status aplikacji – dostaję pytanie z dostępnością celem umówienia rozmowy telefonicznej, tzw. screening interview – pierwsza rozmowa, zwykle z HR – druga rozmowa on-site (z menadżerem albo kilkoma, albo i z całym zespołem) – przedstawienie oferty zatrudnienia.

Nie dostałam żadnej odpowiedzi na moje resume wysłane na adres ogólny typu career@company.com. Skoro na te skrzynki przychodzi kilka setek resume, szansa, że to właśnie moje zostanie wyłowione z tej sterty jest bliska zeru.

Polecam kontakt osobisty, mówię, że nie obędzie się bez wysiłku, ale jak się już uda, to poczucie zwycięstwa jest o-sza-ła-mnia-ją-ce!

I szczęścia też życzę – nawet najlepiej opracowany plan potrzebuje odrobiny szczęścia!

Serdeczności! (a na blogu kasiaikod.pl przeczytasz wrażenia z pierwszego tygodnia mojej pracy.)


Daj znać, czy masz jakieś pytania.

A może podzielisz się swoją historią – ci, którzy myślą o wyjeździe do Kanady i czytają te posty z pewnością ci za to podziękują!