Czy można być za starym na Kanadę? Emigracja w dojrzałym wieku.

Kilka myśli po wyjeździe do Polski, po przeczytaniu emaili i po powrocie do szkoły w wieku lat 36. Czyli otwieram temat: czy można być za starym na Kanadę i czy może być za późno na emigrację?

Jakiś czas temu byłam w Polsce z chłopakami. Patrzyłam na moich rodziców i czułam żal, że za chwilę przyjdzie się pożegnać. Przez głowę czasami przelatywały mi  myśli: “a co, jeśli by się z nami przeprowadzili do Kanady? Byliby bliżej wnuków?”

No właśnie, co by było? Nie wchodząc w szczegóły prawno-emigracyjne (tak, jest możliwe ściągnięcie rodziców w ramach programu łączenia rodzin), zastanawiam się, jak moi rodzice czuli by się, emigrując teraz do Kanady.

Emigranci w późnym wieku inaczej przecież reagują niż ci, co wyjechali mając lat naście.

Czy można być za starym na emigrację do Kanady? Czy może już być za późno dla Ciebie, żeby do Kanady wyjechać?

Ale nie tylko wizyta w Polsce skłoniła mnie do takich rozważań.

Wciąż dostaję sporo emaili z pytaniami o Kanadę i emigrację.

Ostatnio, być może w związku z sytuacją polityczną w Polsce, dostaję coraz więcej zapytań od ludzi w dojrzałym wieku, z poukładanym życiem, którzy rozważają emigrację do Kanady.

Porozmawiajmy zatem o tych dwóch przypadkach, różnych, ale trochę podobnych. Wspólny mianownik: wyjazd z Polski w późniejszym okresie życia.

1. ściągnięcie rodziców, bo wyemigrowały dzieci

Czy nasi rodzice odnajdą się w Kanadzie?

Oczywiście jak wszystko,  to zależy. Jeśli dla dziadka ważne jest po prostu, żeby być z wnukami, z rodziną, to i na księżyc można wyjechać, i się tym cieszyć.

Ale nasi rodzice, dzisiejsi 50-60 latkowie raczej rzadko chcą ograniczać swoją aktywność do bycia dziadkami. I bardzo dobrze! Niech z życia korzystają!

Czy jeśli  twoich rodziców przeprowadzisz do Kanady, będą się dobrze czuli także poza waszą polską rodziną? Kanada na pewno im to umożliwi, oferując mnóstwo miejsc przyjaznym seniorom, darmowe kursy językowe, sporo aktywności zachęcającej do włączenia się w działalność na rzecz społeczności.

Ale czy twoi rodzice będą chcieli z tego skorzystać? I czy po początkowym okresie zachłyśnięcia się wolnością i życzliwością w Kanadzie, będą wiedzieli, co ze sobą zrobić?

to są pytania, na jakie warto sobie odpowiedzieć, zanim się rodziców ściągnie do Kanady

Jacy są oni dzisiaj, w Polsce? Czym się zajmują? Co daje im radość?  Z kim się spotykają?

Jeśli są szczęśliwi w Polsce, czy jak tego zabraknie, znajdą sobie coś innego? Czy raczej będą nieszczęśliwi?

Często słyszę też historie “w drugą stronę” – że ktoś bardzo chętnie by do Polski wrócił, ale dzieci są w Kanadzie, no a przecież dzieci się nie zostawia.

Rodzina jest najważniejsza.

A emigracja, no cóż. Trzeba się przyzwyczaić.

Myślę, że sporo jest prawdy, takiej zwykłej ludzkiej prawdy w stwierdzeniu: “nie przesadza się starych drzew”.

Do emigracji rodziców trzeba się przygotować tak samo solidnie, jak do emigracji z dziećmi. Zminimalizować stres.

Może zamiast przeprowadzać rodziców, wystarczy do Polski polecieć częściej niż raz na kilka lat.  Być w życiu rodziców jak najczęściej, ale nie kazać im swojego życia do góry nogami przewracać, dla nas.

Dla nas już swoje zrobili.


to teraz kilka myśli w drugim temacie.

2. decyzja o emigracji całej rodziny w drugiej połowie życia.

Być może większość z was interesuje właśnie ten temat. Statystyki blogowe pokazują, że czytelnicy “Kanada się nada” wcale nie składają się li i jedynie z 20-30 kilkulatków. Wiem, że wiele z Was ma poukładane życie w Polsce, mniej lub bardziej w waszej opinii udane. I z jakiegoś powodu, chce wyjechać do Kanady.

Piszecie do mnie, dzieląc się historią swojego życia. I pytacie: co ja bym zrobiła na Waszym miejscu? Czy żałujemy, że wyjechaliśmy i zostawiliśmy życie w Polsce? Co na to wszystko nasze dzieci?

A ja wtedy zadaję Wam w emailu pytanie:

Przede wszystkim, dlaczego chcesz wyjechać?

Być może nie wiesz, a odpowiedzią będzie: bo mam taki kaprys. I czemu nie, odpowiedź dobra, jak każda inna. Piszecie, że Kanada była waszym marzeniem od zawsze, ale życie w Polsce wzięło górę nad marzeniami, i tak dzień za dniem mijał, mija. Ale marzenie jest. Chcesz wyjechać do Kanady.

To wtedy ja pytam,

co wiesz na temat emigracji w ogóle, a emigracji do Kanady w szczególe?

Pytań jest zresztą więcej, lista wciąż niekompletna, ale mam nadzieję, że te pytania choć trochę pomogą pomyśleć:

  • Co zrobisz, jak przyjedziesz?
  • Czy jesteś gotowy pracować za mniej? Wygoda ekonomiczna to jedno, ale czy przez rok, dwa znajdziesz w sobie tyle pokory, żeby ze stanowiska dyrektora znowu zacząć jako pracownik entry level? Bo chociaż wykształcenie spoza Kanady się liczy, to nie liczy się aż tak.
  • Czy wiesz, jaka jest sytuacja na rynku pracy? Jeśli masz te 40 lat, to znacznie rzadziej decydujesz się na przebranżowienie niż dwudziestolatkowie. Jesteś gotowy na to?
  • A dzieci, co z ich życiem? Nie w smak Ci polska szkoła dla dzieci, ale czy wiesz, że kanadyjska wcale nie wygląda jak z serialu?
  • Narzekasz na polską służbę zdrowia, ale czy masz potwierdzone info, że kanadyjska jest skuteczniejsza?

Mogłabym tak te listę ciągnąć i ciągnąć. Zachęcam Cię do zrobienia sobie swojej. Solidnie długiej, przemyślanej na spokojnie.

I być może rozważysz na początk emigrację gdzieś bliżej? W Europie?

Z  wiekiem nabieramy pewnych przyzwyczajeń i mimo otwartego umysłu i chęci przygody, może nam wcale nie być łatwo. Ja wiem, że mi jest dużo trudniej odnaleźć się w Vancouver teraz, niż kiedy miałam 21 lat i mieszkałam w Budapeszcie. Bo już mi się mniej chce zaczynać wszystko od nowa, mniej mam takiej zachłanności nieukierunkowanej. Jestem bardziej wygodna i bardziej leniwa.

I nie, wcale nie uważam, że coś mi się od Kanady należy. Albo od życia należy. Ale też nie chcę wciąż być w bloku startowym. Już nie.


Jest jeden powód niestety, bardzo realistyczny, który wcale nie zależy od odpowiedzi na  powyżej zadane pytania. Być może jest już zwyczajne za późno na zmianę adresu, bo kanadyjski system emigracyjny, niestety, premiuje osoby młode.

Za późno może być, bo punkty za emigracje w systemie Express Entry są przyznawane tylko do pewnego wieku. A potem są już punkty ujemne.


No to jak to w końcu jest, Kasia? Za późno czy nie za późno? Za stary jestem, czy jednak nie?

Nie, nie jesteś za stary na emigrację. Nigdy w życiu nie jest za późno na zrobienie czegoś, co się chce.

Nie spróbujesz, nie będziesz wiedział. A lepiej wiedzieć, niż żałować niepodjętych decyzji.

 

Pozdrawiam Cię serdecznie, zaczynając  w wieku lat 36 drugi tydzień szkoły w otoczeniu samych dwudziestokilkulatków 🙂

Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

Post-interwencja pisany na żądanie i pod wpływem zasłyszanych historii. Czyli agencje obiecujące pracę w Kanadzie.

Jest taka sprawa, mocno nieciekawa.

Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

Dlaczego teraz taki wpis?

Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

First things first:

  1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
  2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

To teraz jeszcze:

  • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
  • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
  • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

 

Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo. Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie. Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

 

  • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
  • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
  • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

Ok, to co zrobić? Jak żyć?

Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

Przeznacz dużo czasu i przygotuj się. Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest. Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami. Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

grupa Oh Kanada – życie, emigracja i podróże po Kraju Klonowego Liścia

grupa e-kanada

Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim. Jak jesteś dziewczyną, przyjdź na Babskie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze. Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień. Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


Jak się NIE przygotowywać na emigrację z dzieckiem do Kanady.

To jest post-rozliczenie, co powinniśmy zrobić, żeby dobrze dzieci “wyemigrować”. Nam się udało tak se. Spisałam nasze błędy, żeby Tobie było łatwiej.

Emigracja To dla dziecka (szczególnie w wieku szkolnym) stres porównywalny z rozwodem rodziców. Wiedziałeś o tym?

Bo nam to nawet do głowy nie przyszło!

“Jakoś to będzie”, myśleliśmy.

No i było. Jakoś.

A głównie byle jak.

Dlatego dziś chcę trochę o tym napisać. Czego my nie zrobiliśmy, a powinniśmy. I jak już na miejscu radziliśmy sobie z oswajaniem kanadyjskich emocji u dziecka szkolnego.

Jak się NIE przygotowywać, a dobrze przygotować na emigrację z dzieckiem do Kanady.

Jest listopad 2017. Mijają trzy lata od momentu od naszego przyjazdu do Kanady. Trzy lata temu Krzysiek (starszy syn) zaczął kanadyjską podstawówkę.

Rozpoczęcie życia w Kanadzie nie przyszło Krzysiowi łatwo. Zupełnia zmiana miejsca zamieszkania, kontynentu, wyrwanie go z korzeniami z polskiej szkoły, którą już zdążył poznać.

Ogromny stres, bo język inny, koledzy wyglądają inaczej, nawet zwykły berek, to nie berek, tylko tag. Zwyczaje inne, jedzenie inne, mamo, co to są te paski zielonego papieru, które koledzy jedzą na przerwie?

Przeczytaj, co zrobiliśmy my, a Ty nie powinnieneś. I będzie Ci łatwiej z dzieckiem wyjechać.


#1 błąd- nie myśleliśmy, że to w ogóle jest jakiś temat do ogarnięcia, ta emigracja z dziećmi

 

Coraz częściej na emigrację decydują się rodziny z dziećmi starszymi. Te dzieci mają już swoje pooukładane życie. Tak, 7latek jak najbardziej ma swoje zdanie, przyzwyczajenia. Ba, nawet 3 latek je ma, ale jednak zmianę przeżyje trochę łagodniej (z naciskiem na trochę, bo wiadomo, zależy od dziecka)

U nas w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe było zero rozeznania w temacie, zero czytania blogów parentingowych rodziców od lat mieszkających za granicą.

Nie polecamy takiego podejścia.

Przygotuj się, przeczytaj co możesz o życiu z dzieckiem w kraju, do którego się wybierasz. Czytaj blogi i pytaj na forach / grupach facebookowych. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym większa szansa, że znajdziesz pomocną odpowiedź. Zamiast pisać: mam dziecko i chcę wyjechać do Kanady, warto?, lepiej zapytaj: mój syn ma 10lat, nie mówi po angielsku, chcemy się przeprowadzić do Vancouver, jaką dzielnicę i szkołę polecacie?


#2 błąd – nie przygotowaliśmy Krzyśka na język angielski

 

Pierwsza myśl w temacie emigracji do Kanady z dzieckiem była taka: ojeju co z angielskim Krzysia?

Latem 2014, powinnam była  wymyślić dla chłopaków jakieś krótkie półkolonie, zajęcia z angielskim. Jednak nie pociągnęłam tej myśli, taka uspokojona ogólnie panującym przekonaniem, że dziecko się samo języka nauczy.

I rzeczywiście się nauczył, ale jakim kosztem? Wielu emocji, wstydu, strachu, buntu, złości.

Zadbaj o angielski przed wyjazdem. Nawet jak dziecko miało angielski w szkole, spróbuj załatwić mu anglojęzycznego kolegę, może przez Skype, może pen-pala, a może zwyczajnie może z Tobą poćwiczyć kilka zdań.

Polecem szczególnie ćwiczyć różne pytania: Gdzie jest łazienka? Gdzie mogę się napić wody? oraz podstawowe zwroty: nie rozumiem, mam na imię, chcę się z Wami bawić, ale nie wiem, jak.

Nieznajomość języka boli tak samo dorosłego, który nie rozumie, co do niego mówi ekspedientka w sklepie, jak i dzieckO, które widzi rozbawienie na twarzy rówieśnika, bo na pytanie: What’s your name? odpowiedziało: yes, yes.


#3 błąd- nie rozmawialiśmy z Krzysiem o Kanadzie

 

Powinniśmy byli przeczytać o mieszkaniu w Vancouver. Sami nie wiedzieliśmy, kto tutaj mieszka, że jest tak liczna mniejszość azjatycka i co to oznacza.

A to oznacza np inne zwyczaje i święta w szkole, choćby Chiński Nowy Rok czy Halloween.

Niby dzieci wiedzą, o co chodzi, ale czy Ty wiesz, na czym polega trick-or-treat? I gdzie dziecko poprowadzić, jak? I jak ma poprosić o cukierek?

Wszystkie te drobiazgi, które kanadyjskie dzieci wyssały z mlekiem matki, dla 7atka są nowe. A skoro nowe, to budzące niepokój i bunt. A szkoda, żeby mieszkając w Kanadzie, dziecko nie miało doświadczeń właściwych kanadyjskim dzieciom.

W końcu także o to chodzi w emigracji, prawda? Żeby innego życia spóbować.

Zatem o tym innym życiu trzeba z dziećmi rozmawiać wcześniej.

Nasza ulubiona pomoc teraz: książka Mapy (żałuję, że nie zaczęliśmy rozmawiać o tej książce przed przyjazdem). Strony z Polską i Kanadą są już tak wytarte i popisane, że pewnie przyjdzie czas na nowy egzemplarz.

Przygotowujesz się na re-emigrację do Polski z dzieckiem, które nie mówi po polsku? Wiesz, że Mapy są też po angielsku? Polecam z pełnym przekonaniem!

Jeśli jesteś w Kanadzie, możesz ją zamówić na Amazonie


#4 błąd – nie ustaliliśmy zawartości walizki, co się przeprowadza, a co zostaje i co z tym robimy?

 

W walizce chłopaków przyleciały tylko klocki Lego. A mogły na przykład zdjęcia ze wspólnych wakacji z dziadkami, czy pościel pachnąca warszawskim domem (nasze chłopaki są mocno wrażliwe na zapachy). Wystarczyło się zapytać, a nie autorytatywnie zdecydować (to ja decydowałam, czyli zero cierpliwości, bo pakowanie jest be i byle szybciej), to warto, bo dobra, droga zabawka (zestaw drewnianych kolejek).

Część zabawek po prostu rozdałam. Nie zawsze informując chłopaków, co się z nimi stało. Kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. No bo co zrobić, kiedy po roku padnie pytanie o ulubiony jeździk? Dziecko pamięta, że był, nie pamięta, że się z nim rozstał.

Lepiej wspólnie zdecydujcie, co się dzieje z wszystkimi rzeczami dziecka przed emigracją. Dyskusja z dwulatkiem nad każdym samochodzikiem nie jest łatwa, ale przynajmniej niech wie, co się stanie z rzeczami, które mają dla niego większe znaczenie.

Jeśli masz zwierzaka, warto dołożyć wszyskich starań, żeby przeprowadził się z Wami. To w końcu domownik, prawda? Rozstanie z nim dodatkowo przygnębi dzieci i mało przychylnie nastroi do wyjazdu. Pomocne informacje o przewozie zwierząt do Kanady znajdziesz pod tym linkiem.


#5 błąd – średnio trafiliśmy z czasem przeprowadzki

 

Myślałam, że jak przyjedziemy na tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, to będzie wystarczająco dużo czasu na ogarnięcie się i ogarnięcie emocji.

I znowu zonk – za mało było wspólnych dni, żeby Vancouver choć trochę poznać, niespiesznie się rozejrzeć, powoli zaprzyjaźnić.

Jeśli wiesz, że taktyka rzucania na głęboką wodę dobrze zrobi Twojemu dziecku, nie ma znaczenia, kiedy zacznie szkołę. Ale mało znam takich dzieci.

Dzisiaj wiem, że lepiej byśmy zrobili przylatując na wakacje do Kanady i dając chłopakom więcej czasu na spokojne rozejrzenie się po nowym otoczeniu.

Przekonałam się, że w przypadku naszej rodziny robienie wszystkiego od razu i jak najszybciej nie zdaje egzaminu, bo w dłuższej perspektywie płaci się wyższe koszty. Tak było z zapisaniem Maćka do żłobka daycare – zaczął chodzić niemalże od początku pobytu w Vancouver, na cały dzień. Przyzwyczaił się, bo człowiek się może przyzwyczaić do wszystkiego, ale dobrze mu to nie zrobiło. Dopiero po roku, kiedy zamieniliśmy całodniowy daycare na kilkugodzinne preschool dwa razy w tygodniu, Maciek wyraźnie poweselał.

Mogłabym tak jeszcze tę listę wydłużać, ale co się będę jako rodzic biczować ;). Było, minęło. Chętnie za to posłucham, jakie Ty masz doświadczenia w emigracji z dziećmi. Daj znać w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje.

A jeśli dopiero myślisz o wyjeździe, pytaj.

I powodzenia!

PS. W tym wpisie testuję linki afiliacyjne, żeby ułatwić Ci znalezienie rzeczy, o których piszę i które polecam.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Rekrutacja na najemcę i master of Craigslist czyli jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

Pełen spis naszych doświadczeń lokatorskich czyli polowanie na mieszkanie w Vancouver. Mnóstwo linków i wspomnień!

to jest post z 2014 odświeżony i uzupełniony

Kilka razy w życiu wynajmowaliśmy mieszkanie. Kilka razy dawaliśmy nasze mieszkanie do wynajmu. Zdarzyło się nawet nam mieszkanie sprzedać.
Wszystko w Polsce. A więc z lekka inaczej niż w Kanadzie. Bo jakże by inaczej 🙂

A w Vancouver dobrze mieszkać, to jak? Da się znaleźć mieszkanie? – często w emailach pytacie o mieszkanie. 

Dlatego dziś znowu o mieszkaniu. Jak to u nas wyglądało. I trochę wskazówek plus linków.

→ przeczytaj inne posty - poradniki: o pracy, o zdrowiu

Jak znaleźć mieszkanie w Vancouver –  myślicie, że łatwo było? Nie było.

Ustaliliśmy od początku, ze Kuba przylatuje do Kanady sam, w lipcu 2104 i będzie szukał dla nas mieszkania. W sierpniu mieliśmy do niego dołączyć.

Dlaczego taka decyzja? No cóż, chciałam się jeszcze nasycić się latem w Polsce, u rodziców, a poza tym zapewniłam sobie jako taki bufor bezpieczeństwa.

Jakby Kubie nie wyszło, nie podobało mu się już na wejściu, to zawsze łatwiej się spakować i wrócić w pojedynkę, niż całą rodzinę w te i we wte ciągnąć.

→ więcej naszej historii przeczytasz w poście o przyznaniu pobytu stałego.

Pracodawca Kuby zapewniał mu mieszkanie przez miesiąc, wynajęte w odległości spaceru od pracy. Kuba przyleciał pod koniec lipca 2014, więc miał czynsz opłacony niemal do końca sierpnia. Za te kilka ostatnich dni to my płaciliśmy wynajmującej agencji.

Tymczasowe lokum nie jest takie złe na początek mieszkania w Vancouver

Niewątpliwa zaleta takiego tymczasowego mieszkania (oprócz tego, że za nie płaciliśmy, tak, ma się czasem w życiu szczęście), to możliwość zapoznania się z dzielnicą.

Po kilku dniach już wiedziałam, że Downtown, czyli śródmieście Vancouver, to zdecydowanie nie moja bajka, i nie chcę tam z dziećmi mieszkać.

→ gdzie mieszkać: nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

Polecam poszukanie sobie tymczasowego lokum, może hostel, może mieszkanie kątem u kogoś, ewentualnie najem krótkoterminowy (airbnb).

Wiem, że jest to bardziej skomplikowane i kosztowniejsze, niż wprowadzenie się od razu do mieszkania docelowego, ale nie wyobrażam sobie inaczej, kiedy jest się nowym w mieście.

Lepiej sobie oszczędzić frustracji całorocznej, kiedy przyjdzie nam przez rok mieszkać z grzybem, czy też w lokalizacji, która dobija hałasem 24/7.

Więc lepiej przemyśl i wypróbuj,  która dzielnica podpasuje Ci najbardziej.

#Jak na Craiglist czytać ogłoszenia o wynajmie?

Ogłoszenia o wynajmie mieszkania – apartment listing,  pojawiają się na ogół na miesiąc, dwa miesiące przed wprowadzeniem się. To standardowy okres wypowiedzenia, więc licz się z tym, że trudniej znaleźć mieszkanie z dnia na dzień.

Poszukiwania mieszkania w Vancouver zaczęliśmy od  Craiglist (coś jak nasze gumtree, alegratka, najpopularniejszy serwis ogłoszeń w tej części Kanady). Tam, w opcji housing masz całkiem sporo opcji do wyboru:

apts / housing 

housing swap

housing wanted

office / commercial

parking / storage

real estate for sale

rooms / shared

rooms wanted

sublets / temporary

vacation rentals

 

Nas interesował pierwszy typ: apts / housing, bo to tam jest najwięcej mieszkań dla rodzin z dziećmi.

Nasza rodzina według standardów kanadyjskich potrzebuje przynajmniej mieszkania z dwiema sypialniami, nie mniej niż 70 m2, więc przy naszym budżecie pozostawały nam odległe lokalizacje, coś jak warszawskie Bemowo lub nawet Mysiadło.

Niepokoiliśmy się, że jak nawet zamieszkamy, to jak się będziemy przemieszczać. Samochód kupiliśmy prawie 2,5 roku po przeprowadzce do Vancouver.

Wśród ogłoszeń można znaleźć enigmatyczne anonse bez zdjęć albo podania lokalizacji map (w stylu: chyba wynajmę pół mojego domu, czyli super przytulne mieszkanie w piwnicy ale tylko jak ktoś jest cichy, bez zwierząt i bez skłonności) ale i, na szczęście dla nas, normalne ofert wynajmu.

Inne miejsca, gdzie możesz szukać mieszkania, a także jego wyposażenia to:

  • Bunz
  • Kijiji 
  • Padmaper – sprytnie zaczynasz poszukiwania od mapy
  • Rentseeker
  • Viewit
  • Navut 
  • Polacy i polskie media (gazety, radio, sklepy)
  • Jak chodzisz po okolicy, szukaj znaku apt for rent i dopytuj się telefonicznie.
  • Czytaj tablice ogłoszeń w community centre, bibliotekach oraz miejscach dla nowoprzybyłych (settelment agencies, trochę o nich pisałam wcześniej)
  • Grupy na facebooku: ogólne i lokalne (nie tylko polskie)

UWAGA: bądź podwójnie czujny, jeśli ogłoszenie jest mega atrakcyjne, a tanie, właściciel wygląda podejrzanie i w ogóle intuicja ci mówi, że coś nie halo. Przekręty na mieszkaniach są wcale nierzadkie. (ang. scams).

Właściciel może chcieć podpisać mowę wynajmu na rok z góry, ale nie może również zarządać płatności z góry (pre-pay) za okres wynajmu. Może za to wymagać czeków z datą realizacji na pierwszy dzień miesiąca.

My wysyłamy czeki na pół roku płatności, a nasza właścicielka je sobie “keszuje” (to cash, realizuje/deponuje czeki), w danym miesiącu.

Niestety płatność czekami sprawia, że nigdy nie wiemy, kiedy pobierze te 1850 CAD z konta, więc muszą one tam być przez cały miesiąc (utrudnia to zarządzanie finansami).

→ mieszkanie to nasz największy wydatek – chcesz wiedzieć o innych? przeczytaj post o wydatkach

# Na co zwrócić uwagę wybierając mieszkanie/dom (spis rzeczy nieoczywistych):

  • → Jakie jest wyposażenie – i czy zostaje po wyprowadzce poprzednich najemców. Większość mieszkań wynajmowana jest bez mebli.

 

  • → Czy jest pralka (washing maschine) /  pralko-suszarka / pralka i suszarka.

Taki urok Ameryki, że wciąż w wielu miejscach pralek nie ma w mieszkaniu (no laundry on site), ba, nie ma nawet przyłączy na pralkę (w/d hookups). I pranie robi się w publicznych pralniach miejskich lub w pralniach w budynku (laundry in building).  Jeśli masz dziecko, zastanów się dwa razy, zanim wynajmiesz mieszkanie bez pralki.

My mamy pralkę i suszarkę (dwa osobne urządzenia), i bardzo sobie to chwalę. Ale znamy rodziny, które obywają się bez pralki i też jest ok.

Jak nie masz pralki, ustaw sobie na półce słoik na 25centówki. Tymi monetami płaci się w publicznych pralniach najczęściej.

 

  • → Czy jest zmywarka – dla nas tak samo “cenna” jak pralka. Wiem, rozpuszczona jestem i mam za wysokie wymagania 😉

 

  • → Jakie są kaloryfery – często są elektryczne i niskoosadzone.

Nie żeby było specjalnie zimno w Vancouver. Raczej chodzi o bezpieczeństwo małych paluszków oraz brak możliwości wysuszenia czegokolwiek na kaloryferze.

A potrafią mieć taką moc, że raz nam stopiły buty. Serio! Buty narciarskie stojące w pobliżu nadtopiły się.

  • → Ile jest sypialni, pomieszczeń, szaf czy składzików.

Pomysłowość właścicieli nie zna granic! W ogłoszeniach znajdziesz informację, że mieszkanie ma pojemny den, który możesz przeznaczyć na osobną sypialnie. Den to właściwie taka większa szafa, w różnym miejscu w mieszkaniu. Den może być także zabudowanym balkonem.

Co ciekawe, żeby pomieszczenie było sypialnią, wcale nie musi mieć okna! Musi mieć za to szafę. Najczęściej wbudowaną, typu walk-in, czyli dużą i pustą w środku (często bez półek czy szuflad wewnętrznych).

  • → Będzie widok z okna? A drzwi od której strony?

W Vancouver najchętniej by się chciało na góry popatrzeć. Za taki widok cena mieszkania może być nawet o 50 CAD wyższa niż za to na niższym piętrze. Odpowiednio drożej trzeba zapłacić za widok w miejscowościach wokół Fraser River.

Mieszkanie (ale znacznie częściej dom) może być też opisane jako laneway, czyli w bocznej uliczce.  I niestety, przynajmniej w Vancouver, nie jest to ładna uliczka, tylko dojazd z tyły domu, pomiędzy parkingami (parking on rear), koszami na śmieci i wszelkiego rodzaju rupieciami.

Czasami z takiego mieszkania widok jest zerowy, bo znajduje się ono w piwnicy (basement, poniżej więcej w temacie)

  • →  Ile pokoi ma mieszkanie?  – w skrócie: dwie sypialnie to zwykle mieszkanie z dwoma pokojami do spania, salonem (living room), częścią na jadalnie (dinnig), kuchnią i łazienką.

 

  • →  1,5 łazienki czy 1,5 pokoju? I na takie cuś można trafić przeglądając ogłoszenia. Łazienka po połowie będzie oznaczała taką bez wanny. Podobno jest też 3/4 oraz 1.5 bathroom, ale się nie spotkałam.  Jest za to w google 😉

# Czy apartment to apartament? Penthouse prawie?

Często w ogłoszeniach spotkasz nazwy suite / condo / apartment. Nie umiem jednoznacznie określić, jaka jest między nimi różnica (ktoś mądry w komentarzu niech się wypowie).

Z grubsza znaczą one mniej więcej to samo: mieszkanie. Nie dom. I niekoniecznie apartament rozumiany jako mieszkanie o podwyższonym standardzie. Zwykłe mieszkanie.

      • →  może być w budynku (building  rental – building), gdzie część (większość) mieszkań wynajmuje agencja, a część jest własnościowa, czyli ma osobnych właścicieli.

Jeśli będzie to condo, możesz spodziewać się, że będzie sala gimnastyczna, pokój wspólny z fotelami, czasami biblioteka albo basen dla mieszkańców. W takich budynkach bywają również portierzy.

      • →  może być w czyimś wolnostojącym domu (detached house), bliźniaku (duplex, nie do końca to samo, co w Polsce), rzadziej w szeregowcu (townhouse).

Sporo właścicieli mieszkań ma pozwolenie na stworzenie tzw. secondary unit, którym jest właśnie dodatkowe mieszkanie, do wynajęcia. I, jak nazwa wskazuje, to mieszkanie bywa takie trochę drugorzędne. Czyli na przykład w piwnicy (basement). Znajdziesz mnóstwo takich ogłoszeń. Często wynajmując takie mieszkanie, nie będziesz mieć własnej pralki, tylko współdzieloną z właścicielem. Który będzie mieszkał nad tobą. I miał na wszystko oko. Możesz jednak trafić na własny kawałek trawnika i super ludzi, z którymi się zaprzyjaźnisz. Bo w sumie czemu nie?

      • może być w spółdzielni mieszkaniowej, czyli w co-op.

To jest opcja tzw. affordable housing, czyli ceny wynajmu mieszkań są niższe niż średnia rynkowa, bo takie mieszkania są nastawione na tworzenie wspólnot sąsiedzkich. Mając mieszkanie w takiej wspólnocie, przygotuj się na dzielenie części wspólnych oraz obowiązki na rzecz wspólnoty. Co-op‘y mają długie listy oczekujących. Czasami trzeba wykupić udział w budynku, co może być dużym wydatkiem na początek.

Lista dostępnych spółdzielni mieszkaniowych TUTAJ

Kiedy w naszej okolicy pojawiło się ogłoszenie, że co-op przyjmuje zgłoszenia i można przyjść zobaczyć mieszkanie, poszliśmy i my, a co! My i jakieś 2 000 innych mieszkańców Vancouver. Nawet w wiadomościach była informacja- sensacja: z mieszkaniami w mieście jest tak strasznie, że na jedno apartament viewing stawia się cała dzielnica.

A co jeśli to nadal nie opcja dla Ciebie? Możesz wtedy wynająć stancję, czyli room rental u kogoś w mieszkaniu lub wspólnie z innymi wynająć mieszkanie – shared apartment.

Możesz skorzystać z usług agencji wynajmu (lub brokera). My nie korzystaliśmy, więc nie polecimy. Strony agencyjne z ogłoszeniami znajdziesz w poście Moniki.


# Jak Kuba rowerem jeździł i mieszkania oglądał czyli rekrutacja na najemcę

Na początku pobytu nie mieliśmy samochodu (dorobiliśmy się go dopiero w ostatni dzień 2016 roku).

Kuba nie miał lekko z poszukiwaniem mieszkania dla nas.

Dzwonił po właścicielach z ogłoszeń na craigslist, jeździł rowerem (tak, także do Burnaby, nie, nie wiedział wtedy, że rower można przewieźć kolejką Sky Train), oglądał mieszkania, aplikował z CV swoim i moim też (że pracuję m.in. dla klienta z Kanady i jakby co to znam kogo trzeba) i z informacją, że chociaż mamy dwoje małych dzieci, to nasze dzieci ciche som!

Piszę właściciele mieszkań, ale równie często są to agencje, które w imieniu właścieli nimi zarządzają. Zasady aplikowania o wynajem są takie same.

Aplikowanie to wypełnianie papierków i wykazywanie swoich dochodów, a czasami także zaświadczenie od niekaralności (criminal check).

Po aplikowaniu pozostaje czekać, aż właściciel mieszkania nas wybierze z tłumu kandydatów. Niestety nie ma wymogu kto pierwszy, ten lepszy ( first in, first served)

Ale może pomóc, jeśli masz od razu pieniądze na depozyt lub czek, żeby go wypisać.

Tak pokażesz właścicielowi, że jesteś poważnym wynajmującym.

Preferowani najemcy to :

      1. Kanadyjczycy.
      2. Najemcy z historią wynajmu (czyli referencje od poprzednich właścicieli, najlepiej kanadyjskich). My mieliśmy referencje od naszych sąsiadów z Polski (taki list, bez określonej urzędowej formy, napisany po angielsku i podpisany przez sąsiadów, dzięki M.). Nie musi pomóc, ale nie zaszkodzi.
      3. Najemcy z historią kredytową (ale nie liczy się ta z polskiego BIKu, buu). Chodzi o credit score, który dla nowych w Kanadzie wynosi 0.
      4. Najemcy z potwierdzeniem, że pracują i ich będzie stać na mieszkanie (employment letter – umowa / oferta pracy, payslips / pay stubs czy rozliczenie podatkowe tax return).

Czasami, żeby wynająć mieszkanie,  trzeba mieć po prostu szczęście. Albo ziomków w okolicy. Polityka wynajmu i ceny mieszkań sprawiają, że wielu imigrantów zmieszkuje koło siebie, tworząc getta, zamykając się w swoich społecznościach.

I tak Richmond jest chińską enklawą, Hindusi zamieszkują w Surrey, a Żydzi w Oakridge.

Nie wpływa to dobrze na różnorodność społeczności i nie jest bez znaczenia dla ogólnego dobrobytu. Ale co robić? Jakiś pomysł?

Jeśli w oczach właściciela jesteś raczej mało atrakcyjny jako najemca, możesz zaproponować wyższą cenę wynajmu, albo większą kaucję (deposit). Licytacje mieszań w porządanych lokalizacjach są od jakiegoś czasu powszechne w mieście.

Dla fanów serialu Friends – pamiętasz, jak Ross próbował przejąć umowę wynajmu mieszkania po Ugly Naked Guy? Opowiadał,  że wykazał się daleko idącym sprytem i przekupił właściciela koszyczkiem babeczek. Po czym okazało się, że jego koszyk był najmniejszy z trzech, przysłanych przez innych “licytujących się” najemców. No właśnie. Myślisz, że takie rzeczy tylko w NYC? No to cię zaskoczę!

A gdzie szukać mieszkania pytasz? Jaka dzielnica najlepsza? Tu już musisz sobie odpowiedzieć na kilka pytań:

  • czy blisko do pracy? (a może wciąż pracy szukasz? Agencja pomoże)
  • czy blisko do kolejki?( a jak się nią jeździ?)
  • czy blisko do przyrody? (outdoor ❤)
  • czy blisko do rozrywek wielkomiejskich? (dla niektórych to ważne)
  • czy blisko do szkoły? (trochę o tym pisałam tutaj)
  • czy …. najważniejsze właściwie…. czy cię stać (bo my nie mamy miliona na domek)

My mieszkamy na Mount Pleasant, rejon cały nazywa się Uptown.

→ zobacz przewodnik po naszej, mocno hipsterskiej dzielnicy [ENG]

Mieszkamy i mimo bardzo przeszkadzającego zapachu marihuany, zamierzamy na razie zostać tutaj. Ale nasza koleżanka – sąsiadka Marijanna już nie. Dlaczego? Zobacz, co ją wkurza, i będziesz wiedzieć.

# Tak pisałam o pierwszym wrażeniu z naszego docelowego mieszkania w 2014

Do przeprowadzenia się z mieszkania tymczasowego potrzebowaliśmy spakować nasz, wydawałoby się niewielki, dobytek.

Ale wyszło sporo, bo pakowanie 5 waliz, 2 walizek, walizeczki, plecaka, gitary, dwóch rowerów oraz krzesełka dziecięcego Urban, nie było zajęciem łatwym, zwłaszcza, że pogoda się popsuła.

Oczywiście przyoszczędziliśmy na ciężarówce przeprowadzkowej, w końcu te wszystkie rzeczy  to nic, prawda? Dzieci się nimi objuczy najwyżej.

Żart. Ciężarówki wprawdzie nie mieliśmy, ale załadowaliśmy się elegancko do taksówki. Rowery podprowadziliśmy pieszo.

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. No więc, eeeeeee, pierwsze kanadyjskie mieszkanie słabe jakieś takie.

Jesteśmy, w wielkim, pustym mieszkaniu. Co ciekawe, nie ma ono prawie wcale lamp górnych, więc musimy zakupić sobie nastrojowe światło stojące. Nie wiem, ale jakoś mnie to zdziwiło, że lamp nie ma.

Są za to czujniki dymy, łypiące czerwonym okiem sygnalizacyjnym. Te czujniki dymu to samo zło! Nie zliczę, ile razy zawyły przeraźliwie, a tylko piekarnik był lekko uchylony. Mocno wrażliwe cholery z nich. Raz nas nawet przez nie wyciągnięto z domu, w środku nocy, cały blok ewakuowano, straż przyjechała i dopiero wtedy zamilkły. A niech je!

Mamy pralko-suszarkę (stareńką jednak i ledwie dychająca, mają wymienić), lodówkę , kuchenkę elektryczną (kiedyś zrobię jej zdjęcie – jest ogromna), zmywarkę, mikrofalówkę, dwudziestoletnie łóżko półpiętrowe dla Krzyśka i materac dmuchany dla Maćka. I kilka rzeczy kuchennych, np. obierak do warzyw. Albo zestaw noży do steków, w eleganckim pudełku, po poprzednim właścicielu.

Nabytki nasze – stół, trzy krzesła, taboret, taboreciki, łóżko z materacem rozmiar queen, sztućce Ikea, dwie szklanki Ikea, talerze Ikea, ręczniki Ikea.

[edit w 2016 r.] Rzeczy nam niewiele więcej przybyło i  jakoś wciąż nie mamy śmiałości wbijać gwoździ w ściany. Chłopaki nie mają takich dylematów, tzn. gwoździami się nie interesują, ale podłoga nadaje się do wyścigów wyśmienicie, i nic to, że ryski będą.

[edit w 2017] Zaczęliśmy wbijać gwoździe, obrazki na ścianie pozwalają bardzo dom osowić, a  plakaty przyklejone na plaster w 214 już się zaczęły odlepiać. Przybyło nam też mebli: dwie komody w Ikea i łóżko piętrowe z Ikea. Poza tym kupiliśmy używany rzutnik do płyt, wypożyczanych z bliblioteki i dwa używane biurka.

Nie mamy żadnych rzeczy w wielkich rozmiarach, które przewieźlibyśmy z Polski. Nie wynajmowaliśmy kontenera na meble czy książki, wszystko albo zostało sprzedane, albo po prostu zostało.

Wyszliśmy z założenia, że w Kanadzie kupimy, co będzie trzeba. I mieliśmy rację, wszystko jest. A że teraz trzeba nam mniej? To tylko dobrze!

# Najśmieśniejsze jest (choć to raczej wzgardliwy chichocik), że wciąż tutaj mieszkamy. Głównie ze względu na cenę.

Dynamika cenowa w Vancouver jest taka sama jak w każdym innym mieście – im dalej od centrum, tym taniej. W Vancity jest jeszcze jeden wskaźnik – im bardziej na wschód, tym taniej.

Część mieszkańców kierunek “na wschód” traktuje bardzo serio i przeprowadzają się na …. Wyspę Księcia Edwarda, atlantycką część Kanady, na drugą stronę kontynentu. Istnieje już nawet nazwa dla takiego zjawiska – eastsizing.

Ciekawe, prawda? Zwykle ludzie migrują “na Zachód” w poszukiwaniu lepszych możliwości, a tutaj proszę, trend zupełnie odwrotny.

W lipcu 2017 padł rekord – średnia miesięczna rata za wynajem mieszkania z jedną sypialnią (one-bedroom apt.) w mieście Vancouver wyniosła 2000 CAD!

Na koniec trochę heheszków, czyli beka z ogłoszeń. Kto wynajmował choć raz w życiu stancję czy mieszkanie w Polsce, temu sentymentalnie zakręci się łza w oku, bo Kanadyjczycy podchodzą do tematu z naszą ułańską fantazją. Ale internet nie zapomina i najśmieszniejsze ogłoszenia znajdziesz pod tym linkiem

 


Jeśli znasz jakieś dobre strony pomocne przy wynajmnie mieszkania w Vancouver, albo sam zajmujesz się Real Estate, daj znać w komenatrzu. Inni ci za to podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

Ćwiczyć czy nie ćwiczyć, oto jest pytanie. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak być fit w Kanadzie, mam dla ciebie krótką listę. Spodoba się.

 

Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

Kto ze mną?

Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

[ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

  • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

 

  • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

 

  • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

  • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
  • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

 

  • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

  •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
  •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
  •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
  •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
  •  → przy Marpole Community Centre;

Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

 

  • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

  • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
  • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
  • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

Rejestracja na zajęcia to jest osobny temat. Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

Sprawdzone przez nas miejsca:

  • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
  • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

Przykładowy cennik:

  • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
  • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
  • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

Znajdź najbliższe community centre!

  • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest. Przypominam jedynie, że listę naszych wyjść w okolicy obejrzysz po kliknięciu kategorii WYCIECZKI w menu na stronie głównej.

I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

Także tak.

Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉


***

PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

Ps2. Dwa polecenia, bo znam fajne Polki, które w Vancouver zaproszą Cię do ruchu:

***


Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak Vancouver wkurza Marijannę – 3 największe rozczarowania miastem

Mam koleżankę w Vancouver, a ta koleżanka jest wkurzona. Spisałam trzy rzeczy, które ją najbardziej wkurzają w mieście. A ciebie też denerwują?

Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, czy jakoś tak. Owszem, owszem, nie żebym się nie zgadzała.

Zgadzam się też, na ogół, z corocznie powtarzaną opinią o Vancouver – że to najlepsze miejsce do życia, albo przynajmniej w pierwszej dziesiątce.

Marijanna też się z tym zgadza. Choć ten jeden raz się zgodziła jakby mniej. Eeeee, co ci będę ściemniać. Wcale się nie zgodziła, tylko się na miasto obraziła. 

Vancouver wkurzyło Marijannę i zaraz mi opowiedziała swoje trzy największe rozczarowania miastem.

Marijanna to moja dobra koleżanka – sąsiadka, Serbka, od 3 lat mieszkająca w Vancouver. Mąż i dziecko obywatele kanadyjscy, ona sama ma prawo do stałego pobytu. Wykształcenie wyższe, pracowała w finansach w Belgradzie, zanim przenieśli się z mężemdo Kanady.

Jakiś czas temu poszłyśmy na kawę, do Starbucksa na rogu 15tej i Main, który po remoncie nie wygląda jak Starbucks [nie jest zielony, tylko czarno-brązowy oraz organizuje kursy baristy. Taki trochę Starbucks plus, widzę pierwszy raz na oczy].

Nad kawą, która, choć w innym (ładniejszym) kubku, smakowała tak samo, Marjanna powiedziała mi, że się wyprowadzają na jakiś czas z miasta.

Rozmowa naturalnie skręciła w stronę wymieniania plusów nowego miejsca (nie byle jakiego, bo wyjeżdżają do Nowej Zelandii).

Żeby były plusy, muszą być minusy, więc ponarzekałyśmy sobie trochę na Vancouver, ona nawet bardziej niż ja, bo ja to przynajmniej mam blog do wylewania żali, a ona ma tylko mnie.

Postanowiłam te 3 grzechy główne miasta Vancouver według Marijanny spisać* i zapytać was, co o tym myślicie. Może was też wkurzają?

*w  tekście wykorzystałam też  post o śmieciach sprzed kilku lat

#1 bezdomni i brak pomysłu miasta na rozwiązanie problemu.

Marijanna ma córkę w daycare (wiesz, co to jest?→LINK) w okolicach Chinatown. Codziennie odbiera ją stamtąd, około 18. Codziennie wsiada z małą do autobusu, żeby z centrum miasta dojechać na naszą przyjemną górę.

Jej spostrzeżenia o ludziach, których najczęściej wtedy spotyka – bezdomnych.

Nie płacą za bilety. Nie zachowują się normalnie. Straszą dzieci. Przy Science World walają się strzykawki. Community Centre publicznie dziękuje rodzicom, że oczyszczają na bieżąco plac zabaw ze strzykawek pozostawionych tam przez narkomanów.

Mocne? Nawet bardzo.

Na ulicach miasta, w parkach, na dworcach, pod witrynami sklepowymi. Są. Śpią, rozmawiają, wreszcie handlują. Ludzi, którym się w życiu noga powinęła, jest w mieście sporo.

Chodzą pogłoski, że w czasie surowych zim w innym prowincjach kanadyjskich, władze oferują tamtejszym bezdomny one-way ticket do wspaniałego i ciepłego Vancouver.

Są takie miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać samemu. Ulice żyjące własnym życiem przez całą dobę. Jeśli spacerujesz po historycznej części Śródmieścia – Gastown, wystarczy zrobić krok dalej, a zobaczysz inną twarz Vancouver. Ludzi, którzy z przypadku lub wyboru żyją zupełnie innym “Canadian dream”

Problem bezdomności jest także wynikiem nieprzemyślanego traktowania przez lata rdzennych mieszkańców Kanady. Pisałam już, dlaczego, kiedy widzę Indianina, wolę przejść na drugą stronę ulicy.

Podobno na czas igrzysk 2010, miasto zapakowało ludzi z ulicy w autobusy i wywiozło, żeby nie kłuć problemem w oczy turystów.

Więc jeśli masz przed oczyma dziką Kanadę, taką od Arkadego Fiedlera i “Ostatniego Mohikanina”, to wiedz, że jest i taka Kanada.

 


#2 śmieci

Śmieci w Vancouver są, wysypują się z przepełnionych pojemników, walają po ulicach, parkach, przystankach autobusowych.

Nieważne jaka dzielnica- czy centrum Vancouver, czy też spokojna uliczka z domkami jednorodzinnymi. Różne rodzaje śmieci: kubki po kawie, opakowania, resztki jedzenia, czy tzw. gabaryty, czyli stare meble, a nawet elementy łazienki!

Nie wiem w sumie dlaczego, ale jakoś tak tkwiło w nas przekonanie, że Kanada, piękna, dzika przyroda, niczym nie zmącona, czysta, dziewicza natura, a ludzie sprzątający po sobie, kulturalni, mający na względzie innych.

Najbardziej zadziwiające jest, że ludzie potrafią przesiadywać na trawie, na leżaku, na plaży, a tuż obok walają się stosy śmieci. Nie wiem, nie przeszkadza im to, że w parku jest taki bałagan? I choć starają się sprzątać regularnie, to i tak jest niefajnie.

Są śmieci, bo nie ma śmietników!

Nie ma śmietników, no na prawdę nie wiemy z Marijanną, jak to jest możliwe, żeby nie było koszy na ulicach.

Prędzej znajdziesz Starbucksa niż kosz. Nawet jakby się chciało wyrzucać śmieci przepisowo, to i tak nie ma do czego.

I koło się zamyka.

Jedyne, czego nie doświadczysz na chodnikach i ulicach to psie wiadomo-co. Mieszkańcy Vancouver sprzątają po swoich zwierzakach. Ale jak nie ma śmietnika, gdzie by się niewygodnej torebeczki pozbyć, to niestety ląduje ona na ziemi. I jest nawet gorzej, niż gdyby nie było sprzątnięte, c’nie? Przecież plastik to wiadomo jak długo się (nie)rozkłada.


#3 rynek mieszkaniowy – bardzo gęsta dżungla, pełna dzikich zwierząt!

Calkiem niedawno pisałam o naszym wydawaniu pieniędzy. I żeby nie było, że z nas burżuje, które niewiadomo jakiego mieszkania by chcieli, a w ogóle to by pewnie chcieli na własność (nie chcemy, dziękujemy, własne mieszkanie to masa kłopotów). Pisałam, że naszą największą oszczędnością jest brak przeprowadzek, o zakupie nieruchomości nawet nie myślimy.

W Vancouver nie ma mieszkań do wynajmu ani kupna.

Moje najdziwniejsze doświadczenia?

  • Widziałam ludzi koczujących przed biurem sprzedaży mieszkań w wieżowcu w naszej okolicy. Na dwa lata zanim budynek powstał, tfuu… przecież on wciąż powstaje.
  • Pamiętam to nieśmiałe zaglądanie przez szybkę do biura sprzedaży w Kerrisdale, gdzie buty jednej klientki były warte tyle, ile miesięczna wypłata na kredyt (mortage)

Pamiętam też, jak mi Marijanna opowiedziała, że oni nawet odłożyliby na wkład własny (downpayment), ale co z tego. Z jednego biura sprzedaży została delikatnie wyproszona, bo mieszkania już i tak zaklepane dla konkretnych klientow (glównie azjatyckich) lub agentów nieruchomości. Zdaniem Marijanny nie ma co nawet myśleć o kupnie bez skorzystania z usług agenta.

Jeśli już są mieszkania, zwykle super drogie.

Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie się licytują, oferując dużo powyżej ceny wyjściowej (asking price).  Są skłonni na kompromisy w innych dziedzinach życia, byleby tylko mieć gdzie mieszkać [no jacha!].

Przeprowadzają się coraz bardziej na wschód Vancouver.


Poczytaj więcej o mieszkaniu w Vancouver [kliknij w obrazek]

......


Marijanna wraz z rodziną wyjeżdża z Vancouver. Nie wiem, czy wróci, czy będzie żałować, w końcu, jak wygląda to miejsce, gdzie zamieszka. Śmieci, ludzie żyjący na ulicy oraz wariactwo na rynku nieruchomości, to trzy poważne, jej zdaniem, zarzuty wobec miasta. A próby rozwiązania tych problemów nie przynoszą rezultatów.

To ją wkurza.

A czym ciebie Vancouver, albo Kanada, rozczarowała?

 

Ps. Spodziewam się przynajmniej jednego komentarza w stylu: jak ci się nie podoba, to wracaj do Polski. Tyle, ile się naczytałam, przy okazji wywiadu w  → Bankier.pl, to moje.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Lepszy, lepsiejszy, najlepsiejszy (i/e)migrant czyli ja się znam na Kanadzie, a ty nie!

Takie tam rozkminy na trzecie urodziny i czy po 3 latach jesteśmy wystarczająco dobrymi emigrantami w Kanadzie.

Ta jest, trzy lata w Kanadzie! Stuknęło, huknęło, przeleciało. Wymądrzam się i piszę wciąż, chociaż tego pierwszego posta blogowego już nie ma (ale nie żałuj, to były trzy zdania w stylu: juhuuu, ja tutaj piszę i paczę, czy działa)

To lecimy z rocznicowym postem, ok?


Znasz wcześniejsze posty o emocjach?  → (kliknij w obrazek)

….....


Trzy lata później chodzi za mną pytanie: “Kto się zna na Kanadzie?” i odpowiedź:  “Ja?!”

Tak sobie zaglądam na Facebook, dobra, często zaglądam, nie będę udawać, że nie, że ja cię proszę wcale nie jestem jakaś uzależniona. Feed skroluję (omg) i czytam, i widzę, i się cieszę.

Że jest coraz więcej ciekawych treści o Kanadzie, o życiu w różnych kanadyjskich miastach (dwa dni temu wpadłam na blog polski z Halifaxu), o polskich doświadczeniach i spostrzeżeniach. [Ok, wiem, że to ten niecny algorytm Facebooka mi tak podsuwa te właśnie teksty, ale zgodzicie się chyba, że coraz więcej osób pisze o Kanadzie.]

I dobrze!

Ja na każdym Polskim Babskim Spotkaniu się zastanawiam, czemu te wszystkie super dziewczyny, wy wszystkie nie piszecie bloga. Wiem, nie każdy chce być blogerem, ale serio szkoda, że wiele kanadyjskich historii słyszy się tylko w wąskim gronie.

Dlatego zawsze zachęcam – mieszkasz w Kanadzie, myślisz o Kanadzie, wyjechałeś już, ale w środku słowa zostały – pisz o tym! Dziel się! Nawet jak nieregularnie, bez własnej blogowej domeny i profesjonalnych zdjęć, bez rozkminiania, czy to wyszuka się w guglach,  to przynajmniej w grupach na facebooku daj znać, że coś wiesz, a ktoś ci za to podziękuje.

Podziękuje ci… stop! No właśnie, czy podziękuje? Ja tutaj sobie na własnym blogu słowy zachęty rzucam, do pisania namawiam, a tymczasem ty wcale nie chcesz się ujawniać, bo w internecie zawsze znajdzie się ktoś, kto się lepiej niż ty zna i skomentuje. Często nieprzyjemnie.

Na Kanadzie się zna, prawo imigracyjne zna, ba, ten ktoś się zwykle wie lepiej, jak ty się czujesz w Kanadzie. A jak się czujesz inaczej, no cóż, ty się nie znasz, a on(a) jest lepsiejszym (e/i)migrantem.

Jest lepsiejszy, bo starszy. Albo stażem imigracyjnym starszy. Wie lepiej. I będzie radzić, nie przebierając w słowach. Wygląda na to, że żeby być najlepsiejszym imigrantem trzeba:

  1. uwielbiać Kanadę zawsze i wszędzie, a jak się zdarzy gorszy dzień (bo się zdarzy, to pewne), zacisnąć zęby, spiąć poślady i dalej jechać z tym koksem;

  2. nienawidzić Kanady, bo to nie jest ten sam kraj, co kilkadziesiąt lat temu, a w Polsce to zawsze świeci słońce i ludzie są mili;

  3. wiedzieć o Kanadzie wszystko, zanim się przyjechało. Na wyrywki znać, jaka jest pogoda w każdej prowincji i że na pewno ci będzie zimno oraz tam to zawsze pada (uwaga, nie zawsze!);

  4. wiedzieć, ile czasu potrzeba, żeby czuć, że Kanada jest dla ciebie miejscem, bo po tygodniu nie wiesz nic, po miesiącu to ty jesteś w imigracyjnym żłobku, no może po roku masz prawo cichutko się wypowiedzieć. A i to nie zawsze, bo patrz punkt 1.;

  5. swoje przeżyć, odstać, odrobić, żeby się dorobić, zaczynać od początku, bo inaczej się nie da, a jak myślisz, że z twoim zawodem masz jakieś szanse, to się chłopie/dziewczyno grubo mylisz i nie tylko nie zostaniesz najlepsiejszym imigrantem, ale w ogóle zapomnij o Kanadzie;

  6. mieć źle na początku emigracji, a później tylko trochę lepiej. Polakom na drugie imię męczennicy, i w Polsce, i w Kanadzie.

  7. i w ogóle przez jakieś 20 do 35 lat nie zabierać głosu, bo jest się gówniarzem w ogóle, a nie tylko w szczególe, i za tamtych czasów to były czasy, a teraz wiadomo, poprzewracało się mileniasom w głowach i wszyscy chcą do Kanady.

Taaaa.

Emigrant / imigrant jak narzeka źle, jak chwali to też źle. Ironia be, żarty be, powaga i patos bebebe.

Nie będę pisać, że to tylko Polacy, bo byłabym niesprawiedliwa. Ani, że tylko mieszkający poza krajem urodzenia.

Wszyscy dzisiaj, mam wrażenie, że wszyscy, chcąc nie chcąc żyją w stanie never enough.

Sam stan niewystarczenia zły nie jest. Problem pojawia się wtedy, kiedy przeszkadza tobie. Albo innym przeszkadza, o czym oczywiście nie zapomną ci powiedzieć.

Nie dla ciebie odznaka super emigranta i honorowego przedstawiciela Polonii w Kanadzie.

Nikt nie jest wystarczająco dobry.

No chyba, że ty jednak jesteś. To wtedy koniecznie napisz w komentarzu. W końcu ja się nie znam 😉

Nie żebym miała w sobie jakieś wielkie pokłady goryczy na te trzecią rocznicę mieszkania w Kanadzie. Jestem na wakacjach, czytam, co u Moniki, śledzę grupę na Facebooku, i takie mnie naszło.

ale poza tym dobrze.

A u ciebie jak?


 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

BYOB czyli kanadyjskie imprezowanie. Alkohol w Vancouver

In vino veritas. Ale co robić, jeśli dostęp do źródeł prawdy jest mocno ograniczany?

Ok. To najpierw tak. Uprasza się, żeby osoby poniżej 18 lat nie czytały tekstu poniżej. Nie żebym namawiała do czego złego, czy coś. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości jest? Jest! No. Poniżej jest post pt. Alkohol w Vancouver.

Imprezy, z ludźmi przebywanie czyli alkohol potrzebny od zaraz. Jakoś tak wychodzi, że na spotkaniach towarzyskich łatwiej wchodzi. Się w klimat, w rozmowę się wchodzi, procenty pomagają.

Niektórzy lubią mniej, niektórzy więcej. My tak sobie. W Kanadzie lubimy cydr z Okanagan, z sokiem jabłkowym.

Lato, czyli sezon ogórkowy, czyli taki temat musi być. Wróć, już kiedyś był! To co przeczytasz poniżej, to rozbudowany tekst z maja 2o15, uzupełniony i przygotowany specjalnie na akcję Blogerów kulturowych i językowych pt. Alkohol w kraju X.  LINK DO WPISU

I jeszcze jedno – żadna ze mnie znawczyni salonów i bywalczyni domówek, więc śmiało pisz swoje uwagi, jak gdzieś za bardzo w temacie popłynę.

#1 tytułem wstępu

Gotowi na trochę kanadyjskiej historii?→

→ Wcale nie tak dawno niemożliwym było zakupienie napoju alkoholowego w supermarkecie.

Do kwietnia 2015 r. alkohol w Kolumbii Brytyjskiej był sprzedawany jedynie w miejscach do tego wyznaczonych, licencjonowanych, takich jak np sieć BC Liquor Stores.

Przepisy się zmieniły  i od kwietnia 2015 można kupić wino w supermarkecie. Pierwszy sklep w prowincji, który się na to odważył jest w Surrey (klik TU). Koło nas, najbliższy Buy Low Food nie ma. Jeszcze.

Żeby nie było, że można wszystko, o tak dobrze to nie ma. Jest prawo, jest strona regulująca spożycie / użycia czy nadużycie.

Przydatne uwagi i jeden smaczek:

  • ✔ Nie możesz pić w parkach, na plażach czy w górach. Ale możesz na swoim miejscu kempingowym.
  • ✔ Możesz mieć w samochodzie zamknięty alkohol, ale nie możesz otwartej puszeczki.
  • ✔ Możesz przynieść swoje wino do restaurcaji i kelner musi ci je polać.  A jak zostanie, to oddać resztę. Ale korkowe też może pobrać przy okazji. Czyli wszyscy w sumie zadowoleni.

W Polsce co i rusz gazeta.pl testuje wina za 10 zł z Biedronki czy innego Lidla vs. wino z piwniczki renomowanego salonu, a tutaj posucha.

Posucha taka nie do końca, napojów bezalkoholowych w naszym najbliższym supermarkecie jest bez liku, przy czym nam w oko wpadło wino ODALKOHOLIZOWANE, białe lub czerwone w cenie 8 $ za flaszkę.  Nie żebym się czepiała, ale polski gugle pokazuje mi taki obrazek, jak wpisuję odalkoholizowane (bo to przecież coś innego niż bezalkoholowe).

Piłam to odalkoholizowane wino, no i tak….. mnie smakuje jak wino bez wina. Dobre średnio, średnio daje radę. W sumie nie wiem, po co to wyprodukowali?

Są jeszcze jakieś takie napoje, jakby oranżady, też bez alkoholu, ale nie napiszę więcej, bo nie próbowałam. Kolorowe bardzo, jakoś nie wzbudzają mojego zaufania. [na skali hipstera 1-10 mam teraz coś pewnie minus 3]

#2 BYOB czyli na bring your own beer. I może kanapkę też, na wszelki wypadek

 

Zaczynamy od imprezy proszonej, czyli skrzykujemy się na domówkę u kogoś. Przewaga nie-Polaków. Tak jakoś w pierwszym roku pobytu w Vancouver zostałam zaproszona na wieczorne spotkanie, imienin świętowanie u koleżanki koleżanki mojej koleżanki. Ja i koleżanka to były jedyne Polki.

Przed imieninami dostałam emaila, że uprasza się o przyniesienie swojego alkoholu. Ha!

Na początku zdziwko, ale potem zrozumienie, jak zobaczyłam, ile wino kosztuje. Na imprezie każdy sobie pije swoje, ile chce, jakie chce. Zadowoleni wszyscy. Oczywiście nikt nie powiedział, że nie można się dzielić

Taki zwyczaj, wcześniej mi z Polski nie znany.

Byliśmy też kilkakrotnie na imprezach integracyjnych, pracowych kanadyjskich. I takie spotkanie też inaczej wygląda niż w Polsce. Dostaliśmy po dwa bilety-karneciki na alkohol (dwie lampki lub dwa drinki na głowę), reszta była do zakupu samodzielnego na barze. Do tego mini kanapeczki i mini paszteciki. W ogóle mini, mini, tycie, tyciuteńkie. Nie mówię, że do dobrej imprezy potrzebne jest morze alkoholu i fura żarcia. Mówię, że w Kanadzie wygląda tak. A w Polsce, no to sam wiesz. Więc czuj się ostrzeżony 😉

 

#3 Jak dostać alkohol czyli tour-the-beer

Alkohol możesz dostać na dwa sposoby: kupić w sklepie i wypić poza sklepem, albo kupić gdzie indziej (pub, restauracja, bar) i wypić na miejscu. Hehe, nie mogłam się powstrzymać, musiałam to napisać 😉

W sklepie w B.C. zobaczysz ludzi grzecznie stojących do kas z sześciopakami w ręku. Albo z większą ilością. Zagęszcza się w weekendy, bo sklepy nie są całodobowe i trzeba zrobić zapasy. Nie wiem, czy wszystkie tak mają – ten najbliżej nas nie jest cały czas otwarty.

Co do piwa, to w naszej dzielnicy radośnie hipsterskiej, czyli na Mount Pleasant, są malutkie browary, gdzie równie tłumnie bywa, jak w sklepach monopolowych.

Ja nie wiem, czy to przystoi, dobra, wiem, że nie za bardzo przystoi pisać tak o warzelniach piwa (???), ale te tutaj są… urocze. Czyściutkie, lśniące pojemniki – beczki, z leciutchną nutką drewna. Industrialnie, ale nie za bardzo.

A przed kasą każdy stoi ze swoim bukłaczkiem po tzw. refill, czyli ponowne napełnienie piwną cieczą (wychodzi taniej niż za każdym razem kupować nową butlę, a jak ekologicznie!)

Wcale nie rzadko stoi się też z dzieckiem (albo i dwójką) – nie wiem, czy mają wstęp do środka, czy tak się tylko oko na to przymyka, bo raz mieliśmy sytuację, że nas z chłopcami nie wpuszczono do baru-pubu na śniadanie. Powód: serwowano tam alkohol i dzieci musiały być w pewnej odległości od nalewaka. Do środka nie wolno było, ale w ogródku już tak. Podstawy prawnej nie znam – ktoś pomoże?

Próbowałam kilka takich craft sample beer w okolicy. Dobre. Na desce stoi od 5 do więcej malutkich szklaneczek z piwem i sobie próbujesz. Piwo to chyba można ze sobą mieszać? #nieznamsiealesiewypowiem

Masz ochotę na wycieczkę po tutejszych browarach?

Ostrzeżenie, czyli serio ktoś do piwa je smażone ogórki?

Najdziwiejsza rzecz, jaką nam zaserwowano do piwa to były smażone w panierce pikle czyli fried pickles.

Jesteśmy pierwsi do próbowania, ale to niedobre było. Serio. W dwóch miejscach jedliśmy i dwa razy bee. No wiem, ja na małosolnych chowana, a do alkoholu to tylko kwaszony (taka tradycja). Ktoś jadł dobre fried pickels?

Ps. Znasz historię, jak pomyliłam najsłynniejszy kanadyjski drink Ceasar z sałatką? LINK

To co, na zdrowie?


→ Zobacz, co inny blogerzy napisali o alkoholu w ich krajach LINK do kulturowojęzykowi. Chcesz dołączyć do grupy? Napisz na blogi.jezykowe1@gmail.com


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie czyli droga do Permanent Residency

Po dwóch latach w Kanadzie zdecydowaliśmy się aplikować o pobyt stały. Chcesz poczytać o naszym samodzielnym przygotowaniu oraz uzyskaniu PR?

11 lutego napisałam na Facebooku: Dokonało się! Tak z lekka pompatycznie, wręcz z biblijnym zawołaniem. Coś w tym jest, że trzeba tak głośno zakrzyknąć.

Mamy prawo do pobytu stałego w Kanadzie! O ile sami nie wyjedziemy, nie obowiązują nas żadne ograniczenia czasowe. Kuba może zmienić pracodawcę. Możemy się przeprowadzić w dowolne miejsce w Kanadzie.

I za jakiś czas możemy się postarać o kanadyjskie obywatelstwo.

Nasza droga do pobytu stałego w Kanadzie wcale nie zaczęła się od dnia zero, czyli od 26 lipca 2014, kiedy Kuba wylądował na YVR.

I chociaż w sumie to cały blog jest o naszym życiu w Kanadzie i podejrzewam, że część z Was zna naszą historię, to jednak przedstawię ją jeszcze raz. Poniżej i w skrótowej formie.

Sytuacja od 26 lipca 2014 do 11 lutego 2017.

pierwszy kanadyjski pracodawca Kuby

Przylecieliśmy do Kanady na zaproszenie pracodawcy Kuby, który załatwił za nas wszystkie papiery. Latem 2014 wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na rok do Vancouver. I tylko na rok.


Szukanie pracy w Kanadzie skwituję jednym słowem: profil na LinkedIn. Rozwinę to w innym wpisie. Hej, stop, trochę już o tym pisałam, zerknij niżej:

 

 


Kuba dostał pozwolenie na pracę (Work Permit, WP) oparte o LMO (Labour Market Opinion). To rodzaj zaświadczenie-opinia z urzędu imigracyjnego, że kanadyjski pracodawca potrzebuje ściągnąć pracownika spoza kraju. Wszystkie papiery przygotowała firma, my je tylko wydrukowaliśmy i z jednym kompletem Kuba przyleciał w lipcu, z drugim kompletem, plus dwójką dzieci doleciałam ja, 22 sierpnia 2014.

Pozwolenie na pracę dostaliśmy ważne do lipca 2017. Oferta pracy dla Scanline była ważna rok, czyli do lipca 2015. Wtedy nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym, co zrobimy,  jak Kubie skończy się kontrakt , bo i tak mieliśmy zostać tylko rok w Kanadzie.

Uprzedzając pytania: nie wiemy, dlaczego przyznano nam Work Permit dłuższy niż oferta pracy (umowa o pracę była na czas określony, na rok, a w papierach adwokat firmy nie zaznaczył na ile ma być przyznany Work Permit).

Kuba dostał pozwolenie na pracę z zaznaczeniem, że pracuje tylko dla tego jednego pracodawcy (job-specific) i jeśli przestanie dla niego pracować, to Work Permit nam się kończy i musimy opuścić Kanadę. Ja dostałam Open Work Permit (non-job specific), czyli miałam lepiej niż Kuba, bo mogłam pracować, gdzie tylko chcę. Byle nie z z dziećmi, nie w szkolnictwie i nie w sex biznesie (omg). Chłopaki dostali pozwolenie na naukę (w paszporcie mają wpisane: Visitor Record, ale paszport wystarczył, żeby ich zarejestrować i o Study Permit poprosił adwokat firmy w naszych dokumentach. Nie wiem jednak, czy wszystkie dzieci rodziców z Work Permit z automatu dostają pozwolenie na naukę).

W lipcu 2015 minął nam rok w Kanadzie, umowa Kuby została przedłużona, ja znalazłam pracę w Accenture Canada, chłopaki na wakacje polecieli do dziadków, do Polski.

Ktoś może w tym miejscu zapytać: zaraz, zaraz, a dlaczego wtedy nie rozpoczęliście procedury starania się o pobyt stały?  System Express Entry już wtedy działał, Kuba miał rok przepracowany u kanadyjskiego pracodawcy.

Wtedy, w lipcu 2015 nie wystąpiliśmy po pobyt stały z jednego powodu – po roku w Kanadzie nie byliśmy przekonani, że chcemy zostać tutaj na dłużej. Także po roku pracy w Scanline, Kuba nie wiedział, czy następną oferę pracy dostanie już na czas nieokreślony i jakie będą warunki zatrudnienia (dopiero w sierpniu podpisał nową umowę). Ponieważ jego Work Permit było ważne aż do lipca 2017, postanowiliśmy wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji.

Ktoś może dodać: no ale chyba lepiej mieć PR (Permanent Residency) niż nie mieć? Tak, zgadzamy się, ale ponownie napiszę: wtedy mieliśmy inne powody i przemyślenia. Część naszych wątpliwości opisałam w różnych emocjonalnych postach. Rozczarowanie, bezsilność, tęsknota, ciężkie początki, to wszystko było naszym udziałem i w znaczny sposób wpływało na decyzje, co dalej.

W październiku 2015, po pierwszym powrocie z Polski, byliśmy zdecydowani zostać w Kanadzie do czerwca 2016, tak, żeby Krzysiek skończył rok szkolny. To był również ten czas, kiedy zdecydowałam się zrezygnować z pracy na cały etat dla Accenture Canada. Skoro i tak mieliśmy w planach wrócić do Polski, chciałam resztkę tego czasu spędzić z chłopakami, pooglądać Vancouver i Kanadą “się nacieszyć”.

drugi kanadyjski pracodawca Kuby

W lutym 2016 Kuba poszedł na rozmowę kwalifikacyjną w innej firmie z branży VFX – AnimalLogic (sprawdź ich stronę, może akurat potrzebują ciebie?).

Po co, może ktoś zapytać, skoro i tak wracamy do Polski? No cóż, była okazja, poszedł, dostał pracę, i w ramach szkolenia wyjechał do Australii.

Piszę Wam to nie po to, żeby się jakoś specjalnie chwalić. Nie. Chodzi o to, że w życiu możesz podjąć wiele decyzji, które wydają się “na stałe”, “na zawsze”, “na pewno”. A potem może wydarzyć się coś takiego, jak ta nieoczekiwana i nieplanowana rozmowa kwalifikacyjna.

Albo inne zdarzenie, okazja, która wywróci twój plan do góry nogami.

I tak właśnie było z drugim kanadyjskim pracodawcą Kuby.

Czerwiec 2016 jako data powrotu do Polski przestał mieć rację bytu.

Jeszcze trochę kwestii pracowych. Drugi kanadyjski pracodawca Kuby również działa w branży Visual Effects. W Vancouver jest całkiem sporo liczących się na świecie firm, które zajmują się efektami specjalnymi. I tak, zdarza się, że ściągają programistów na krótki czas, tylko do projektu. Potrafią szybko rozbudować zespół, a potem równie szybko go zamknąć. Możesz pracować w Kanadzie i nie mieć w planach osiedlenia się w tym kraju na zawsze. Doświadczyć życia ekspata a nie emigranta. Kto wie, może to wybór dla ciebie?

Jeśli ktoś z Polski szuka pracy w obszarze IT, to w Vancouver wciąż jest spora szansa na ofertę pracy popartą oświadczeniem LMIA (następca LMO w prawniczym żargonie imigracyjnym), która daje prawo do wystąpienia o (czasowe) pozwolenie na pracę.  Kiedy to piszę (wiosną 2017) najwięcej Polaków do Vancouver ściąga Amazon. Jesteś programist(k)ą?

Drugi pracodawca Kuby również wystąpił do Social Development Canada (ESDC) o wydanie zaświadczenia LMIA, które miało być podstawą nowego pozwolenia na pracę. Ponownie mieliśmy to szczęście, że wszystkie dokumenty za nas załatwili prawnicy firmy. Nam pozostało jedynie pojechanie na granicę, przekroczenie jej i aktywowanie nowego Work Permit. Nie wiedzieliśmy wtedy, że można również umówić się w biurze imigracyjnynym na miejscu (jak komuś się uda dodzwonić na infolinię cic.gc.ca). Ponieważ czekał nas wyjazd do Stanów, wystąpliśmy po wizy turystyczne. Szczegółowo opisałam naszą historię rok temu.

Po  powrocie Kuby z Australii (kwiecień 2016) zaczęliśmy ponownie rozmawiać o tym, czy wystąpić o pobyt stały. Do tego momentu nie byliśmy jeszcze przekonani – Kuba chciał sprawdzić, jak będzie w nowej pracy. Nie bez znaczenia była także wizyta moich rodziców, w marcu 2016, i ich bardzo pomocne podejście do naszego, dłuższego niż początkowo planowany, pobytu w Kanadzie.

W maju 2016 zaczęliśmy przygotowania do wystąpienia o pobyt stały.


Najpierw research. Samodzielny i bez konsultanta

czyli jak nie ma w ‘gogle’, nie ma ‘wogle’.

Umówiliśmy się, że kwestie obczajenia, co i jak, biorę na siebie. Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy konsultantów, bo znaliśmy inne rodziny w podobnej sytuacji, które uzyskały PR samodzielnie. Żadne z nas nie miało nigdy problemów z prawem czy odmową wjazdu do jakiegokolwiek kraju.

Samodzielne przygotowanie się na stałą emigrację do Kanady jest jak najbardziej do ogarnięcia, niemniej jednak każda sytuacja jest inna. Znamy równie dużo historii, gdzie kompetentny urzędnik pomógł dostać stały pobyt, jak i takich, które ostrzegają przed naciągaczami.

Konsultant emigracyjny wskaże i pomoże, ale nie przygotuje za ciebie dokumentów np. od twojego pracodawcy z Polski, nie wystąpi o zaświadczenie o niekaralności, ani nie załatwi badań medycznych. Przynajmniej my nie znamy takich. Pamiętaj, że często koszt konsultacji podwaja całość wydatków, a ten już na starcie jest niemały!

Gdzieś przeczytałam zdanie, że jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć choćby podstaw tego, jak wyemigrować do Kanady i musisz być prowadzony za rękę, to jak sobie poradzisz później, już na miejscu?

Jest w tym ziarnko prawdy. Ogrom informacji, które musisz przeczytać  i przyswoić, na pewno onieśmiela i zniechęca, ale jest dobrym testem na to, czy jesteś gotowy na jeszcze większe wyzwanie – czyli znalezienie pracy, mieszkania, słowem dobre życie, już w Kanadzie.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, bo przyjechaliśmy na “gotowe” – na początku nie musieliśmy sami wyszukiwać, jak wyemigrować, z jakiego programu skorzystać. Dostaliśmy listę dokumentów do przygotowania, ofertę pracy, bilety lotnicze i już.

Latem 2014 nie wiedziałam nawet, jakie są sposoby na wyjechanie i pracę w Kanadzie. Nie interesowaliśmy się tym.

Do Kanady nie da się wjechać i pracować, bo tak chcesz. Nawet jeśli masz furę pieniędzy i wieloletnie doświadczenie. To nie Unia Europejska bez granic i z wolnym rynkiem pracy. (Ale jakoś pocieszające jest, że nie tylko dla Polaków Kanada jest taka szczelna, inne narodowości też muszą przejść procedurę wjazdu, czasami nawet bardziej skomplikowaną niż polska).

Dziś już wiem, że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej. Być lepiej przygotowanym niż my. Oszczędzi się sobie stresu, kiedy już nie będzie konsultanta imigracyjnego na wyciągnięcie ręki.

Dobrze przygotowany imigrant to pewny siebie imigrant 😉

Z dnia na dzień przybywa miejsc w sieci, gdzie można przeczytać o tym, jak proces wygląda, zasięgnąć rady, czy nawet dołączyć do grupy osób, które aplikowały o różne rodzaje wiz w tym samym czasie.


Strony w internecie, gdzie możesz szukać informacji

Jeśli korzystasz z usług doradcy imigracyjnego, to przed pierwszą wizytą sprawdź sobie chociaż to narzędzie na stronie rządowej [eng]. Będziesz lepiej przygotowany do wizyty:

>>> Czy mogę wyemigrować do Kanady jako pracownik wykwalifikowany?<<<

Jeśli nie masz zielonego pojęcia, jak zacząć myślenie o Kanadzie, przeczytaj co napisała Monika na swoim blogu [pol]:

>>>Express Entry, czyli jak zamieszkać na stałe w Kanadzie<<<

albo Paweł na swojej stronie [pol]

>>>Szanse na wyjazd<<<


 

Nasza droga do PR_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

My, po sprawdzeniu, co i jak, wiedzieliśmy już, że aplikować będziemy przez program Canadian Experience Class.

Na czym polega Canadian Experience Class?

[Uwaga: to są wymogi ważne w momencie, kiedy my rozpoczęliśmy swoją aplikację, czerwiec 2016]

Żeby móc skorzystać z tej ścieżki emigracyjnej, pracownik mieć przepracować przynajmniej rok u pracodawcy kanadyjskiego. Nie jest konieczne, żeby to był rok przepracowany ciurkiem (wymagana jest suma  z trzech ostatnich lat). Nie musi to być ten sam pracodawca. Zawód musi być z określonej grupy NOC (o tym, co to jest przeczytasz w poście o pracy).

Zbieraj wszystkie dokumentu, emaile dotyczące pracy, pracodawcy, oferty. Na późniejszych etapach aplikacji o PR pojawiła się konieczność dostarczenia oferty pracy, którą Kuba dostał od pierwszego i drugiego kanadyjskiego pracodawcy.

Nie wiem, czy jest to ścieżka łatwiejsza niż pozostałe, czy szybciej dostaje się pobyt stały. U nas głównym aplikantem był  Kuba i to na jego ofercie pracy, doświadczeniu z Polski oraz znajomości języka oparliśmy system punktowy Express Entry.

Test językowy – IELTS

Zdecydowaliśmy, że tylko Kuba (jako główny aplikant) podejdzie do testu językowego. Dlaczego tak?

Podczas podliczania, czy mamy wymaganą ilość punktów, żeby zostać wylosowanymi, wyszło nam, że moje wyniki z egzaminu językowego nie są konieczne. Tak samo, jak ewalucja naszych dyplomów z uczelni.

Znamy przypadki, że test językowy zdawały dwie osoby z rodziny – właśnie po to, żeby mieć więcej punktów i większą szansę na otrzymanie zaproszenia do aplikowania.

Zdecydowaliśmy się na IELTS, General, bo ma większą rozpoznawalność i uznawalność poza Kanadą. Do celów emigracyjnych można również zdawać kanadyjski CELPIP.

Jest wiele ośrodków, gdzie można podejść do egzaminu językowego. My wyszukaliśmy w google, porównaliśmy ceny testów (nieznacznie się różniły, serio, sama byłam zdziwiona, myślałam, że jest to odgórnie ustalone), i koniec końców stanęło na British Council.

Cały test, część pisemna, słuchanie, czytanie i mówienie trwało kilka godzin. Nawet osoby, dla których angielski jest językiem ojczystym, radziły wcześniej zrobić przykładowy test.

Przydatne linki o IELTS: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 10

Informacje o wyniku egazminu przyszły po kilku dniach pocztą oraz emailem.

Jeśli brakuje Ci jakiś punktów do Epress Entry, to właśnie wynik egzaminu językowego może to zmienić. Bo Express Entry ma 4 kluczowe wskaźniki: wiek (tego raczej nie zmienisz, a właściwie tylko pogorszysz), wykształcenie, doświadczenie zawodowe i znajomość angielskiego/francuskiego. Zmieniając któryś z tych wskaźników, możesz podnieść swoją sumę punktów w systemie.

Ponieważ my mieliśmy wystarczająco dużo, nie wystąpiliśmy do WES po  Educational Credential Assessment (ECA), czyli uznanie naszych polskich dyplomów. Ale jeśli punktów ci zabraknie, to sprawdź, czy ewaluacja twojego wykształcenia coś zmieni.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

Tworzenie profilu w Express Entry

Do tego momentu nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty będą nam potrzebne, więc żadnych nie przygotowywaliśmy. Z lenistwa trochę też. Och zemści się to, zemści później…

Nie jest to najlepsze rozwiązanie, więc nie idź tą drogą! 😀 Bo później ma się tylko określony czas na dostarczenie dokumentów (90 dni). Jak się da, warto przygotować je sobie wcześniej. Ale znowu nie wszystkie da się mieć wcześniej, bo tracą ważność np. po upływie roku.

Możesz wcześniej (ale nie za wcześnie) wystąpić o zaświadczenia o niekaralności z krajów, gdzie byłeś 6 miesięcy i dłużej. Na niektóre z dokumentów czeka się dłużej (wyobrażasz to sobie? – prosisz o coś FBI?!), a czas na ich dostarczenie niepokojąco się kurczy.

Nie będę się rozpisywała, jakie są po kolei kroki w wpisywaniu informacji, bo system sam podpowiada dość wyraźnie, co i jak masz teraz wpisać czy dołączyć. A jak są wątpliwość, to pytaj w internecie.

Już po wpisaniu wszystkich informacji osobistych do Express Entry (a trochę ich jest), pojawiło się info o punktach przyznanych za każdy z elementów składowych. U nas było ich około 800 (sama oferta pracy z LMIA dawała 600 punktów, do listopada 2016).

W czerwcu 2016  ITA (Invitation to Apply, zaproszenie do składania wniosku o pobyt stały) przyznawane były od około 500 punktów.

Wiedzieliśmy więc od początku, że powinniśmy dostać zaproszenie (które oczywiście wcale nie gwarantuje, że urzędnik pozytywnie rozpatrzy naszą późniejszą aplikację o pobyt stały).

Czas leci, czas leci jak szalony

W teorii większość aplikacji złożonych przez Express Entry powinna być rozpatrzona do 6 miesięcy. W praktyce, dolicz jeszcze te dwa-trzy miesiące potrzebne na zebranie papierów, zanim prześlesz kompletną aplikację.

Po tygodniu od założenia profilu odbyło się losowanie i 29. czerwca przyszła automatyczna wiadomość, że zostało nam przyznane zaproszenie i mamy kilkadziesiąt dni na uzupełnienie dokumentów, skompletowanie papierów i przesłanie wszystkiego elektronicznie. Tik-tak, zaczęło się odliczanie.

Główny aplikant to Kuba i to od niego wymagana była większość dokumentów. Na szczęście Kuba nigdzie nie mieszkał poza Polską dłużej niż 6 miesięcy, więc odpadło nam uzyskiwanie zaświadczenia o niekaralności dla niego z różnych ciekawych krajów.

Ja z kolei, 30. czerwca spotkałam się spotkanie z konsulem honorowym Węgier, celem autoryzacji mojego podpisu. Musiałam wystąpić do urzędu w Budapeszcie o wydanie mi zaświadczenia o niekaralności.

Dlaczego? Dlatego, że studiowałam na Węgrzech przez półtora roku. I żeby dostać taki papier, będąc w Vancouver, musiałam poprosić o pośrednictwo konsula, a potem ambasadę Węgier w Ottawie. Papier zdobyłam, nadałam kurierem (bo akurat Canada Post zapowiedziała na ten czas strajk). W tym miejscu chcę serdecznie podziękować bratankom- Węgrom, bo konsul nie wziął ode mnie pieniędzy za podpis notarialny, a kazał iść do domu i kibicować polskim piłkarzom (akurat w czerwcu/lipcu 2016 jakieś zawody były).

I teraz już widzisz, dlaczego warto zadbać przynajmniej o niektóre dokumenty wcześniej? (Ale znów nie za wcześnie, bo niektóre mają termin ważności, i muszą być aktualne w trakcie przyznawania statusu stałego rezydenta).

Zaświadczenia o niekaralności były wymagane od nas, dorosłych.

Dołączyliśmy zaświadczenia z Polski (wydane nam w Warszawie od ręki, ale można również elektronicznie je uzyskać), oraz węgierskie dla mnie. Nie musieliśmy załączać zaświadczenia o niekaralności z Kanady. Przy polskim zaświadczeniu mieliśmy zagwozdkę, czy dodać gdzieś info, do czego to potrzebujemy ten papier. W końcu dopisaliśmy już na dokumencie: do wizy stałego pobytu w Kanadzie, i tak nam przetłumaczyła tłumaczka.

Cała rodzina musiała stadnie udać się na badania lekarskie, ale nie do pierwszego lepszego lekarza, czy nawet lekarza rodzinnego, o nie.

Trzeba umówić wizytę u lekarza uprawnionego do wykonywania badań do celów imigracyjnych (panel physician). I sporo za to zapłacić. Data badania też nie może być przypadkowa – są one ważne przez 12 miesięcy i muszą być ważne w momencie, kiedy fizycznie stawisz się na granicy po uruchomienie stałego pobytu. Dlatego najlepiej wykonać je, jak już otrzymasz ITA. U lekarza pobrano nam krew, zrobiono prześwietlenie klatki piersowej, badanie moczu i oczu, oraz ogólnie wywiad.

Przy rejestracji potrzebny był paszport, ale same wyniki badań zostały przesłane bezpośrednio do urzędu imigracyjnego. Kilka miesięcy później dostaliśmy informacje w emailu, że zaliczyliśmy te badania. Wydrukowane kartki od lekarza (w zamkniętej kopercie), na których zresztą niewiele było napisane, zabraliśmy ze sobą na granicę, kiedy aktywowaliśmy status Permanent Resident. Może o nie zapytać oficer imigracyjny, więc ich nie zgub przez te kilka miesięcy czekania.

Tłumaczenia wszystkich potrzebnych dokumentów na angielski zrobiliśmy w Warszawie – znowu skorzystaliśmy z opcji: tanio i blisko, na Woli.

Najwięcej zachodu przysporzyło nam zdobycie  wszystkich zaświadczeń od  wszystkich naszych pracodawców.

Zdecydowaliśmy się poprosić o te zaświadczenia wszystkich pracodawców, choć czytaliśmy też rady, żeby nie wszystkich wymieniać. Zwłaszcza tych, u których się pracowało za czasów dinozaurów 😉 Canadian Experience Class wymagało udowodnienia jedynie roku pracy u kanadyjskiego pracodawcy. Ale jeśli dostaniesz punkty za doświadczenie zawodowe, musisz je udowodnić dokumentami.

I oczywiście z pracodawcami z Polski mieliśmy najwięcej problemów. Dobra zmiana w TVP. Nie pracuje tam już nikt, kto przed dziesięciu laty znał Kubę. Odbyło się wielkie poszukiwanie po mediach społecznościowych kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś. A na końcu ten ktoś niestety nie mógł swoim nazwiskiem poświadczyć faktu zatrudnienia Kuby. Jedyne, co dostaliśmy to wyciągi z księgowości, pokazujące przelew pensji na konto. I zero informacji o tym, za co, w jakim wymiarze, na jakim stanowisku. Wszystko to opisaliśmy w liście dodatkowym (letter of explanation) dołączonym do dokumentów w naszym profilu Expres Entry.

Letter of Explanation to zresztą twój przyjaciel – możesz go wykorzystać do wyjaśnienia wszystkich kwestii niejasnych w dokumentach.

Dla przykładu: CIC chciał ode mnie dokumentu potwierdzającego zmianę nazwiska. Bo przecież przed ślubem byłam Ignatowicz, a po ślubie Jeziorska. Konia z rzędem temu, kto taki dokument wydaje 😉 Ja dołączyłam akt małżeński oraz właśnie letter of explanation, gdzie napisałam coś w stylu: w Polsce zwyczajowo kobieta przyjmuje nazwisko męża po ślubie i wiele z tych nazwisk ma formę żeńską i męską.  I przeszło.

Załączyliśmy również proof of funds, czyli wyciąg z konta.

Teoretycznie nie jest to potrzebne, jeśli masz pracę na cały etat i na czas nieokreślony oraz jesteś już w Kanadzie. W praktyce dostaliśmy od ręki taki papier w TD Canada, więc czemu nie dodać?

Jak zorganizować tę górę dokumentów?

Jednym z czynników, które przemawiają za tym, aby skorzystać z usług doradcy, jest konieczność zajęcia się całą papierkologią.

Bardzo dużo wypełniania online, załączania pdfów w jednym pliku, odhaczania, co jeszcze zostało do zrobienia, pilnowania terminów.

My zrobiliśmy to sami i piszę te słowa już jako stały rezydent, ale jak najbardziej rozumiem potrzebę wynajęcia kogoś do pomocy.

Jak my się zroganizowaliśmy? Papiery spływały z różnych źródeł, my większość dostawaliśmy jako skany. Wszystkie zaświadczenia od pracodawców z Polski dostaliśmy jako skany (oryginały papierowe czasami nam wysyłali na adres polski, ale nikt w Kanadzie nie kazał nam ich przedstawiać, wystarczyły te skany)

Trello plus Google Calendar plus Google Drive

Jest taki program- aplikacja do zarządzania notatkami, Trello. Wersja podstawowa bezpłatna. To rodzaj tablicy, na której przypinasz informacje, notatki, luźne myśli. W naszym przypadku było to wszystko, ale to wszystko, o Permanent Residency. Screeny ze strony Immigration Canada, linki, daty, komentarze.

Do kart na tablicy możesz dołączyć dokumenty, pliki, zdjęcia, a wszystko to zsynchronizować z kalendarzem.

Stworzyliśmy jedną tablicę Trello, którą mogliśmy wspólnie edytować. Trello można zintegrować z kalendarzem Google, skąd otrzymywaliśmy powiadomienia o nadchodzących terminach.

Zerknij, jak to wyglądało.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady
Tablica współdzielona Trello

Aby wszystkie dokumenty zeskanowane przechowywać w jednym miejscu i mieć do nich dostęp, użyliśmy dysku w chmurze czyli Google Drive.

Na zdjęciu zobaczysz nasz system folderów. Również do nich mieliśmy dostęp ze wszystkich urządzeń i naszej poczty emailowej.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
Foldery na Google Drive

Ok, dobrnęliśmy do prawie końca.

Aplikacja się procesowała, a my czekaliśmy

Co jakiś czas przychodził automatyczny email, który pokazywał status aplikacji. W pewnym momencie poproszono nas o wpłatę, co do której byliśmy przekonani, że już ją uiściliśmy. Zatem niefrasobliwie napisaliśmy, że ale halo, macie błąd w papierach! Okazało się po dwóch dniach, że zapłaciliśmy, ale za coś innego (opłata za procesowanie aplikacji dla naszej czwórki: 1400 CAD), a nie opłatę za PR (980 CAD). Lekkie przerażenie w oczach, że teraz to już na pewno nas odrzucą, ale nie, dopuścili email wyjaśniający i potwierdzenie przelewu. Więc nie takie straszne CIC, jak je malują 😉 Tam też pracują ludzie.

W ostatnim tygodniu stycznia 2017 dostaliśmy informację, że aplikacja została przeprocesowana. Done.

Na granicy ze Stanami, czyli fizyczny landing

Tydzień po tym, jak dostaliśmy CoPR czyli dokument Confirmation of Permanent Residency, pojechaliśmy na granicę ze Stanami. Nie musisz jechać na granicę, możesz umówić się w biurze CIC w Vancouver i tak zrobić tzw. landing.

Być może spotkasz się z terminem: flagpole, czyli akcją, że nie musisz wjeżdżać do USA, tylko zostać zawróconym z granicy (dostać odmowę wjazdu do USA) i wrócić do Kanady. Nie wjeżdżając do USA, robisz właśnie taki objazd słupa z flagą (choć oczywiście nie jest to tylko objazd, musisz z samochodu wysiąść, przynajmniej w tym punkcie granicznym, gdzie my się stawiliśmy). W internecie przeczytasz, że flagpole to najprostsza metoda przekroczenia granicy, aby wrócić do Kanady jako stały rezydent. Podobno nie potrzeba mieć wtedy wizy turystycznej do USA, bo skoro i tak celnik odmawia ci wjazdu, to po co wiza? Pojawiają się jednak opinie, że odmowa wjazdu do Stanów może zaważyć na twoich następnych próbach wjechania do USA. Musisz sam zdecydować, jak chcesz to rozwiązać. Być może wizyta w biurze CIC w twoim mieście wystarczy?

My mamy wizy do Stanów, już raz wjechaliśmy do tego kraju, żeby podczas powrotu otrzymać nowy Work Permit.

Dlatego 11 lutego 2017 wyruszyliśmy na granice z USA, do Peace Arch.

I to był błąd.

Bo 11 lutego to była sobota tuż przed Family Day, kiedy setki mieszkańców B.C. wyruszyło poza miasto, także do południowych sąsiadów. Sznur samochodów do granicy skutecznie nas otrzeźwił i zmusił do podjęcia decyzji: zostawiamy auto, idziemy pieszo.

Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu tuż przy budynku kanadyjskiego urzędu imigracyjnego. Mijamy więc najpierw celników kanadyjskich, którzy oczywiście hałdujudu i co my tutaj robimy? Odpowiadamy, że musimy zrobić landing for PR, ale samochodów tyle, że idziemy pieszo. Celnik macha ręką w stronę majaczącego w oddali budynku amerykańskiego urzędu imigracyjnego, że mamy iść tam i dostać papier, że weszliśmy do USA (albo, że nie weszliśmy do USA, ale przynajmniej wyszliśmy z Kanady, o matko bosko i córko!).

Idziemy, dobrze, że słońce świeci, ale jest zimno i trawa jest mokra. Chodnik kończy się przy fladze amerykańskiej, w USA to już na chodnik nie starczyło? [żart]

Wchodzimy do budynku amerykańskiego urzędu, a tam tłok większy niż na arabskim bazarze. Ja już się ustawiam w kolejkę, która wije się z wszystkich możliwych stron, ale Kuba puka się w głowę i zarządza: zawracamy.

Oczywiście wracamy przez trawnik (ziemia niczyja?), bez żadnych dokumentów od urzędnika USA. Nikt nas nie zatrzymuje, nikogo nie interesuje, czego my tak sobie spacerujemy pomiędzy Kanadą a USA. Zasieki niby są, celnicy nas mijają, ale nikt o nic nie pyta. Dochodzimy do budynku kanadyjskiego i już sobie układam w głowie, co powiem, jak mnie jednak zapytają, dlaczego wchodzę do Kanady [hehehe].

Kanadyjska urzędniczka pyta, to zgodnie z prawdą odpowiadamy, że próbowaliśmy wejść do Stanów, żeby dostać odmowę wejścia do Stanów, żeby móc wejść do Kanady. [uwielbiam to zdanie, serio, chyba je sobie na jakimś plakacie wydrukuję!]

Ale nam się nie udało (nie)wejść do Stanów, bo ludzi za dużo. Dlatego przepraszamy ale na dziś wystarczy, kiedy indziej przyjedziemy zrobić landing.

Brzmi surrealistycznie i pewnie tak jest, bo celniczka patrzy na nas, później na sznur samochodów, coś tam pisze i mówi: idźcie do okienka B, zróbcie landing, widziałam Was, jak przez trawnik szliście z USA (sic!).

Dalej to już nuda, zero kolejek przed kanadyjskim celnikiem, kilka pytań, kilka zapewnień (także takich, że karty stałego obywatela czyli PR Cards mogą przyjść nawet po 4 miesiącach. To dość istotne, bo bez takiej karty nie możemy wrócić do Kanady, eh).

To również ten czas, kiedy deklarujesz majątek, jaki wwozisz do Kanady. Żeby ci potem nie naliczyli podatku czy cła. Ważne, jeśli np. przyjeżdżasz wyładowanym po brzegi autem i robisz landing. Cały nasz kanadyjski majątek ruchomy to mały miki, więc nie było co deklarować.

I jeszcze na granicy były proporczyki kanadyjskie dla chłopaków i Welcome to Canada. Oraz: nie zgubcie kartki, bo od teraz liczy się wasza rezydentura w Kanadzie, potrzebna do obywatelstwa.

Ale to jeszcze minimum 4 lata.

Uff.

PS. Karty plastikowe przyszły po trochę ponad miesiącu.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Podsumowanie

Mieliśmy całą górę przygody: Po drodze były zagubione i zawrócone dokumenty, wystąpienie do MSP o zwrot kosztów badania imigracyjnego, zastanawianie się, czy na zaświadczeniu o niekaralności powinno być napisane, że jest do wizy, czy że nie powinno?

A i tak nie przewidzieliśmy wszystkiego, bo i wszystkiego nie da się przewidzieć! Przyjęliśmy taktykę: według naszej najlepszej wiedzy jest tak…. i po prostu liczyliśmy, że jak będą pytania (np. o tę nieszczęsną współpracę z Telewizją Polską), to urzędnik się do nas zwróci.

Nic takiego nie nastąpiło. Jest więc duża szansa, że u ciebie będzie podobnie. Może potrwa to dłużej, może będzie wymagać więcej wysiłku, ale jeśli chcesz zostać stałym rezydentem Kanady, to pewnie się uda! Tego ci życzymy!


Koszty  dla naszej rodziny tak wyglądały (możliwe, że jakieś drobne gotówkowe opłaty nam wyleciały z głowy):

  • Aplikacja PR 1400.00 CAD
  • Oplata PR: 980.00 CAD
  • Badania medyczne 630.00 CAD (część udało nam się odzyskać z ubezpieczenia dodatkowego)
  • Zdjecia 20.90 CAD
  • Koperty 20.00 CAD
  • Kurier 80 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Węgier 70 CAD
  • Egzamin IELTS 295.00 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Polski po około 30 zł
  • Tłumaczenia przysięgłe na angielski za stronę 12 zł (sporo stron nam wyszło, pewnie około 50)

To tyle.

Jeśli masz jakieś pytania o proces, daj znać w komentarzu.

Powodzenia i do zobaczenia w Kanadzie!


Ten artykuł ma ponad 4 tysiące słów. Sporo nad nim pracowałam.

Jeśli ci się spodobał, będzie mi miło, jeśli się nim podzielisz.



 

Reisefieber czyli Homo-Emigrantus. Paulina z FromNature.ca wpada w gości

Historia emigracyjna Pauliny, która od 5lat mieszka w Kanadzie i poleca świetne kosmetyki na FromNature.ca. Optymistycznie 🙂

No i proszę, Kanada się nada ma gości! Tadadam 🙂 Paulina jest od 5 lat w Kanadzie i chociaż pisze, że pisać nie lubi, nie daj się nabrać! Prawie 2000 słów o kanadyjskich początkach czeka poniżej.

Będzie optymistycznie i realistycznie!

Cześć, nazywam się Paulina i generalnie nie lubię pisać o sobie, ale Kasi się przecież nie odmawia [No ja myślę! przyp.Kasia], więc dorwij coś do picia, usiądź wygodnie i przygotuj się na emigracyjną historię.

W lipcu minie 5 lat od naszego przyjazdu do Vancouver – mojego i męża, bo była to nasza wspólna decyzja. Żadnego ubolewania, jak ten czas szybko leci. Wydarzyło się naprawdę sporo.

Zacznijmy jednak od początku. Od momentu, kiedy podjęliśmy decyzję o emigracji.


 

Nowa Zelandia taka piękna, Polski Złoty taki tani…

Gdzieś w okolicy drugiego roku studiów, zaraz po powrocie z pierwszego wyjazdu zarobkowego do Wielkiej Brytanii, stwierdziłam, że siła nabywcza polskiego złotego absolutnie mnie nie satysfakcjonuje i chcę zamieszkać w innej części świata. Najlepiej tam, gdzie jest wyjątkowo pięknie i mówi się po angielsku.

Pomysł na Nową Zelandię pojawił się po zobaczeniu prelekcji podróżniczej. Europa w miniaturze, Władca Pierścieni – te klimaty. Gerard, wtedy jeszcze „niemąż”, przystał od razu na ten niespodziewany pomysł. I tak zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu, czyli kończenie studiów, praca na cały etat w celu uzbierania oszczędności na wizę, bilety oraz start w nowym, dalekim kraju.

Po jakiś trzech latach nieśpiesznych przygotowań, kiedy znajomi już dawno przestali pukać się w głowę, stwierdziliśmy, że w końcu trzeba ruszyć sprawę. No, ale ta Nowa Zelandia tak daleko… Koniec świata, dwadzieścia cztery godziny lotu. Jak lecisz dalej, to praktycznie wracasz.

Wtedy okazało się, że będzie znacznie łatwiej i bliżej wyjechać do Kanady. Pewnie w głowie rodzi Ci się pytanie, a dlaczego nie Europa? Jak to mówią, jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, czyli po tutejszemu Dream big. Nie będę Cię tu oszukiwać. Świeżynki po studiach sobie coś ubzdurały, żeby poczuć się obywatelami świata i zabłysnąć planami na życie na imprezach towarzyskich.

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3Operacja „Emigrant”

Fajnie jest rzucić wszystko i wyjechać w cholerę, ale my chcieliśmy emigrować z myślą o pozostaniu na stałe, więc wszystko miało być na legalu. Porządnie przemyślane, bez żadnych niefajnych niespodzianek na obcej ziemi, ewentualnego „misia” w paszporcie i powrotu z płaczem.

Zaczęliśmy od udziału w sesji otwartej w Ambasadzie Kanadyjskiej w Warszawie, gdzie jeden z pracowników podpowiedział nam, żeby aplikować na jednoroczną Working Holiday Visa [szukaj pod: International Experience Canada, przyp. Kasia]. Następnie należałoby złożyć dokumenty o pobyt stały będąc już na terenie Kanady. Tak było we wrześniu 2011, więc pewnie sporo się zmieniło w prawie wizowym od tamtego czasu. Wizy otrzymaliśmy w okolicach maja 2012, po jakiś 3 tygodniach od złożenia wniosku.[Teraz, aby dostać zaproszenie do aplikowania IEC, trzeba zostać wylosowanym, tylu jest chętnych z Polski, przyp. Kasia]

W trakcie przygotowań znaleźliśmy polską firmę (Perfect), która w tamtym okresie pomagała w organizacji wyjazdu – złożenie wniosku wizowego, pierwsze zakwaterowanie, szukanie pracy „na przetrwanie”, rozeznanie na miejscu. Tutaj musisz wiedzieć, że jechaliśmy w ciemno. Żadne z nas nie było wcześniej w Kanadzie. W kraju klonowego liścia nie mieliśmy żadnej rodziny czy znajomych. Wybraliśmy Vancouver, bo… spodobały się nam się zdjęcia lotnicze miasta.

Minimalizm emigracyjny

Przez ostatnie tygodnie przed odlotem pozbyliśmy się wszystkiego, co wymuszałoby dodatkową logistykę oraz koszty transportu. Samochód, książki, meble, cały nasz polski dobytek. Zostały dwie walizki z rzeczami na wyjazd i pudło ubrań zimowych do późniejszego wysłania. Wieczór przed wyjazdem jeszcze na siłę upychałam szafkę łazienkową przyjaciółce, bo się nie udało się jej sprzedać.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak wolna, a wręcz upojona tą wolnością i perspektywą nowego startu. Carte Blanche i Tabula Rasa w jednym. Na pewno było nam o wiele łatwiej, ze względu na fakt, że w tamtym czasie mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu. Żadne z nas nie posiadało rodzinnych memorabilii. Lista przyjaciół i członków bliskiej rodziny nie była zbyt rozległa. Ograniczony bagaż pamiątkowy i emocjonalny.

Od momentu zakupu biletów nastawiliśmy się, że nie będzie łatwo i że pierwszy rok, dwa lata, to przysłowiowe „zęby w ścianę”. Założyliśmy, że zaczynanie życia od nowa na obcym kontynencie to pewnego rodzaju obóz przetrwania. Brak wygórowanych oczekiwań oraz gotowość na to, że będzie ciężko, bardzo nam pomogły w pierwszym miesiącach, a wręcz przyniosły wiele miłych zaskoczeń. Z drugiej strony nie mieliśmy absolutnie nic do stracenia, oprócz kilkuletnich oszczędności.Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 1

Najgorszy wróg Polaka

Najgorszym wrogiem Polaka za granicą jest oczywiście inny Polak i w ogóle bez kija nawet nie podchodź. Ulubiona legenda miejska polskich ludzi na emigracji. Prawda jest taka, że „ludzie krwiopijcy” zdarzają się w każdej kulturze, niezależnie od pochodzenia. Nam najbardziej pomogli właśnie Polacy, więc absolutnie nie podpisujemy się pod tą tezą.

Krótko przed wyjazdem okazało się, że dawny pracowy kolega  szefa Gerarda mieszka w Vancouver i po kilku rozmowach na Skype zgodził się nie tylko odebrać nas z lotniska, ale również przenocować przez pierwsze trzy dni. Uchroniło nas to od korzystania z wieloosobowego hostelu studenckiego, zapewnionego przez polskiego organizatora.

A teraz przygotuj się na prawdziwa historię-totolotek. Dokładnie 2 tygodnie przed naszym odlotem do okienka w urzędzie, gdzie pracuje moja teściowa, zgłosiła się para z prośba o pomoc z dokumentami. Mieli zabukowany wylot za kilka dni, więc sprawa była pilna. Mojej teściowej szybko udało się rozwiązać ich problem. Fajna z niej babka i lubi pomagać ludziom – takie przeciwieństwo typowej Pani Halinki z dziekanatu. Polskim zwyczajem chcieli zaoferować jakąś tam bombonierkę, ale jej absolutnie nie wolno przyjmować prezentów, więc odmówiła. Grzecznościowo wręczyli jej swoją wizytówkę, z pożegnalnym zaproszeniem do odwiedzin, jeśli kiedykolwiek będzie …w Vancouver.

Ze wszystkich okienek w urzędzie. Ze wszystkich miast na świecie tych troje ludzi trafiło właśnie na siebie, krótko przed naszym przyjazdem. Zaraz po przylocie dorwało mnie chyba jedno z najgorszych przeziębień i właśnie wtedy okazało się, że jeden z naszych polskich pomocników z polecenia teściowej jest lekarzem. Obca polska para nie tylko załatwiła mi leki, ale też pozwolila nam zostać w swoim domu, aż do momentu wyzdrowienia i odebrania kluczy do naszego wynajętego mieszkania. Do tej pory jesteśmy w kontakcie i spotykamy się regularnie.

To jeszcze nie koniec zaskakująco pozytywnych historii z polskimi tubylcami. W trakcie przeglądania ofert mieszkań do wynajęcia na Craiglist (kanadyjskim odpowiedniku Gumtree) natknęliśmy się na świetne ogłoszenie podpisane polskim, kobiecym imieniem. Okazało się, że jest to Polka, która właśnie się wyprowadza do Edmonton. To właśnie ona zarekomendowała nas do zarządcy budynku, co jest niezwykle ważne w tutejszym wyborze nowego najemcy. Dodatkowo odsprzedała nam sporą cześć swoich mebli i wyposażenia, praktycznie za bezcen. Przypominam, że przyjechaliśmy tylko z dwoma walizkami, więc rozwiązało nam to problem podstawowego umeblowania.

Co jest najciekawsze, wszyscy Ci ludzie pomogli nam, bo kiedyś ktoś też służył im pomocą na początku ich własnej emigracji. Takie „podaj dalej” w wersji emigracyjnej. Oczywiście w tych wszystkich okolicznościach było też sporo szczęścia, którego się absolutnie nie spodziewaliśmy.

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 2Fale mózgowe takie jakieś inne…

Po wprowadzce do wynajętego mieszkania od razu wzięliśmy się za szukanie pracy „na przetrwanie”. Polska firma, która pomogła z przylotem, zorganizowała nam tu na miejscu kurs z szukania pracy oraz przygotowywania do rozmowy kwalifikacyjnej według tutejszych standardów. Sezon letni okazał się idealny na przyjazd. Pracę udało się znaleźć nam obojgu w dwa tygodnie.

Mówimy tutaj o całych dniach spędzonych przeglądając Craiglist, oraz setkach wysłanych życiorysów oraz listów motywacyjnych. Żadne prace marzeń. Gastronomia i naprawianie komputerów, ale pozwoliły na wstępną stabilizację i przygotowanie do aplikowania o stały pobyt.

Po kilku latach nadal jestem pod wrażeniem tej naszej determinacji w ciągu tych kilku pierwszych tygodni. Ja, genetyczna pesymistka, która zawsze zaczyna od rozeznania, co tu się może spieprzyć, i codziennie na nowo musi się uczyć optymizmu, w tamtym czasie absolutnie odsunęłam myśli, że może się nie udać. Może to jest właśnie efekt postawienia życia na jedna kartę? Absolutne skupienie na działaniu pod presją czasu i pieniędzy.

Lista „do nieudania”

Nasz pierwszy gospodarz w Kanadzie, bardzo nam pomógł i dobrze nas ugościł, ale jednocześnie okazało się, że jest to bardzo nieszczęśliwy człowiek, który przywitał nas stwierdzeniem, że po co przyjechaliśmy, skoro i tak nie uda się nam zdobyć stałego pobytu, powrócić do zawodu, kupić mieszkania. W ogóle wszystko jest tu takie beznadziejne.

Spędziliśmy w jego domu trzy dni, ale w ciągu tego czasu nazbierała się nam spora lista rzeczy „do nieudania” i poczucie, że może rzeczywiście to był błąd z tą emigracją. Decyzja została już przecież podjęta więc trzeba było brnąc dalej. Przez kolejne trzy lata odhaczyliśmy z tej listy wszystko, odnośnie czego pan-narzekacz nie miał racji.

Udało nam się uzyskać stały pobyt w półtora roku. W ciągu dwóch lat wrócić do zawodu, a w kolejnym roku kupić mieszkanie i otworzyć własne firmy. Kontakt na szczęście urwał się zaraz po pamiętnej trzydniówce.Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3

Nie ma tu żadnych cudów. Kosztowało to w cholerę pracy, planowania i wyrzeczeń, ale też byciu ciągle aktywnym w szukaniu rozwiązań. Zahartowała nas polska biurokracja, więc ta tutejsza mimo, że nie bez wad wydaje się o wiele łatwiejsza.

Przez te 5 lat zrezygnowaliśmy z wakacji na rzecz wpłaty własnej na mieszkanie. Nie byliśmy do tej pory w Polsce, a nawet na dobra sprawę nie zwiedziliśmy Kanady, no może z wyjątkiem krótkich jednodniowych wycieczek. Planujemy dłuższy wyjazd dopiero w tym roku. Wierz mi, brak dłuższego odpoczynku nieźle daje po bani i zdrowiu, zwłaszcza takim ludziom kochającym podróże, tak jak my. Zmęczenie materiału odczuwamy dość często.


Na zakończenie mam dla Ciebie takim mały bonus, kilka rad pod hasłem „Co powiedziałabym sobie na początku emigracji ?”:

  1. Optymizm jest konieczny na emigracji (oczywiście nie tylko) i naprawdę niesamowicie pomaga – Mówię to ja, optymistka z przyuczenia, urodzony malkontent, który poślubił niepoprawnego optymistę, któremu prędzej czy później udaje się, to co zaplanował, choć początkowe okoliczności wskazywały na coś innego. Tak, optymizm, ale oczywiście podparty ciężką pracą i ciągłą nauką. Bycie na emigracji bardzo często wymaga dania z siebie 150%. Dodatkowa część etatu – zawód emigrant.
  2. Nie szukaj nowych przyjaciół na siłę i natychmiast – Tęsknota jest nieodzowną częścią emigrowania. Czujemy pustkę po ludziach, którzy zostali w kraju i już nie ma z nimi tak częstego kontaktu. Próbujemy tą wolna przestrzeń załatać jak najszybciej, na już, na teraz, zapominając, że przecież te przyjaźnie z Polski potrzebowały lat, żeby okazało się, że to jest to. Gdzieś mi się obiło o uszy, że potrzeba aż 7 lat, żeby zdefiniować czy znajomość to prostu znajomość czy już prawdziwa przyjaźń. Poza tym życie, jak to życie. Trochę robaczywek człowiek napotka na swojej drodze, zanim trafi na dobry owoc.
  3. Nie bądź dla siebie tak cholernie wymagający/a i krytyczny/a- przyjeżdżamy do nowego kraju z nadzieją na lepszą przyszłość, ale człowiek chce się jak najszybciej wykazać, no bo przecież chce, żeby było lepiej, żeby można było wrócić do zawodu, albo zdobyć nowy. Do tego dochodzi ten nasz polski perfekcjonizm, samokrytyka i zaczyna się jazda po sobie, jak po łysej kobyle, podparta brakiem odpoczynku i codziennym odnajdywaniem się w nowej kulturze. Depresja gotowa na zawołanie. Przystopuj trochę. Wydziel sobie czas na odpoczywanie, odkrywanie nowych miejsc. Doceń to wewnętrze dziecko, które zostało rzucone na cholernie głęboką wodę i praktycznie zaczyna wszystko od początku. Ten człowiek potrzebuje czasu i jeśli nie uzyska wsparcia od samego siebie, będzie mu bardzo ciężko budować nową rzeczywistość.

Gratuluję, przebrnięcia przez ten emigracyjny elaborat! Mam nadzieje, że chociaż trochę się przydał.

Czy żałuje emigracji? Nie. Żałuje zwlekania z emigracją. Czuję, że byłoby łatwiej, gdybyśmy zrobili to wcześniej.

napisała dla Was Paulina Pietrykiewicz:

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3Z pochodzenia pół wrocławianka, pół kobieta ze wsi. Od 5 lat w Kanadzie. Obecnie mieszkanka kanadyjskiego, New Westminster na przedmieściach Vancouver. Na co dzień lubi karmić ludzi efektami swoich eksperymentów kulinarnych i zawodowo „reperuje” skóry w swoim sklepie FromNature.Ca

Jeśli masz jakieś pytania do Pauliny lub chcesz się z nią skontatować, daj znać w komentarzu!


PS. Chcesz się podzielić swoją historią? Zapraszamy serdecznie!

Jakieś takie lewe jest to moje polskie prawo jazdy w Kanadzie.

Taki jestem wielki pan, samochodem jeżdzę sam. Acha, chciałoby się…

To będzie post-wspomnienie o tym, jak robiliśmy prawo jazdy w Kanadzie. Takie trochę pojękiwania z drogi.

Rozpocznę z przytupem: No jakże to, hola hola, taki ze mnie świetny polski kierowca,  a w Kanadzie to pies z kulawą nogą się nie zainteresuje? Ano tak, niestety….

Ponieważ kupno samochodu nie było na naszej liście priorytetów, doświadczenie mamy w sumie dość krótkie. Ale bogate w emocje, więc nie omieszkam się podzielić swoim zdaniem, a co!

Cała ta sytuacja z prawem jazdy nie była nawet jakoś specjalnie nieprzyjemna, ale lekki niesmaczek pozostał. I coś na kształt zdziwienia. Że jak to, że serio jakieś lewe to moje polskie prawo jazdy?
Ale od początku:

Co zabrać z Polski, żeby zrobić kanadyjskie prawo jazdy?

Ja mam prawo jazdy od roku 1999, Kuba podobnie. W Warszawie mieliśmy samochód, używany często, aczkolwiek niecodziennie. Ja siadałam za kółkiem zdecydowanie rzadziej.

Postanowiliśmy jednak, że zawczasu przygotujemy sobie polskie dokumenty na wypadek, jakby nam się jednak odwidziało z samochodem i w Kanadzie będziemy użytkować intensywnie. Better save than sorry 😉

W tym celu udaliśmy się do naszego urzędu na Woli i wystąpiliśmy o międzynarodowe prawo jazdy (taka szara książeczka) dla każdego z nas oraz o zaświadczenie, że żadne z nas nie miało nigdy cofniętego/zabranego prawa jazdy (kartka formatu A4 z pieczątkami i podpisami urzędników; warto się upewnić, że są na niej dane wymagane na tej stronie). Nie czekaliśmy na to długo, jakoś do tygodnia.Te zaświadczenia (po jednej kartce na każdego z nas) daliśmy potem do przetłumaczenia naszej tłumaczce przysięgłej w Warszawie (koszt chyba 20 zł od strony).

Czyli lecąc do Kanady każde z nas miało po trzy dokumenty stwierdzające, że możemy kierować samochodem osobowym.

Jak traktuje się polskie prawo jazdy w Kanadzie?

[dane na rok 2017] Polskie prawo jazdy nie jest dokumentem pozwalającym na poruszanie się po drogach Kolumbii Brytyjskiej, jeśli pozostajesz w prowincji dłużej niż 90 dni.

Opcje są więc dwie: albo co 90 dni przekraczasz granicę kanadyjską (ze Stanami na przykład), żeby sobie odnowić możliwość jeżdżenia na dokumencie polskim, albo robisz kanadyjskie prawo jazdy. Nie ma to jak mieć wybór, co?

W dodatku obowiązek zdawania egzaminu na kanadyjskie prawo jazdy mimo posiadanego dokumentu z innego kraju nie dotyczy wszystkich obcokrajowców, bo na przykład Brytyjczycy nie muszą, Niemcy nie muszą, Amerykanie nie muszą [wszyscy szczęśliwcy są na tej liście]. Powiem szczerze, że lekko mną zatrzęsło, jak się dowiedziałam o tak jawnym podziale na równych i “równiejszych”

Wiem, że są Polacy (i nie tylko oni), którzy granicę przekraczają, żeby mieć od nowa te 90 dni.

Inni decydują się na kanadyjskie prawo jazdy. (To nasz przypadek. Na początek wybrany do zadania został Kuba)

Jest jedna niewątpliwa korzyść z posiadania kanadyjskiego prawa jazdy – podobnie jak w Stanach, driving licence jest uznawane tutaj za dokument tożsamości. Nigdy nie wiesz, w jakich okolicznościach może ci się przydać, no i łatwiej je ze sobą nosić niż paszport z wbitą wizą.

 

Egzamin na kanadyjskie prawo jazdy.

Najpierw test z przepisów, logiki zachowania na drodze i takie tam

[tak to wyglądało w 2015, a w 2017, kiedy ja zdawałam wyglądało… tak samo ;)]

Ponieważ Kuba jeździł w Polsce autem dłużej niż dwa lata, nie musiał brać udziału w kursie, tylko mógł od przystąpić do egzaminu. Dostarczył dokumenty z Polskie [wszystkie szczegółowe dane, co i jak ma to wyglądać są na stronie ICBC] i zarezerwował termin. Dobrze jest zrobić to jak najwcześniej, bo w miesiącach letnich kolejki na egzamin praktyczny (road test) sięgają 12 tygodni oczekiwania. Podczas rejestrowania (i płacenia) otrzymał książkę papierową z wszystkimi przepisami i pytaniami do komputerowej wersji testu (knowledge test).

Pytania różne, książeczka darmowa do pobrania jest z ośrodka, testy można też robić w domu na komputerze. Mój faworyt: co robić, jak przed maskę wparaduje ci łoś? Albo inny niedźwiedź? No co robić?

Jak czujesz, że jesteś dobrze przygotowany, idziesz do jednego z ośrodków ICBC (otwarte od godzin porannych), zgłaszasz się do okienka i mówisz. A co mówisz? No to już zależy od ciebie, ja proponowałabym prawdę mówić.

Czyli, że jesteśmy z Polski i mamy polskie prawo jazdy. I chcemy uzyskać kanadyjskie.

I tutaj pani, mniej lub bardziej miła (albo pan) rzuci okiem na prawko, zobaczy, kiedy wydane, i zaordynuje: musisz zdać test z wiedzy oraz test praktyczny. Test z wiedzy możesz zdawać od razu, na wielkiej maszynie al’a jednoręki bandyta, na jazdy musisz się umówić. Koszt testu: 15 CAD.

Musisz mieć 40 pytań dobrze z 50, jak jakiegoś nie wiesz, możesz kliknąć funkcję: omiń i potem wrócić do niego. System pokazuje ci, ile masz dobrze odpowiedzianych, a ile błędnych, więc się nie musisz denerwować, jak czegoś nie wiesz  – możesz ominąć, a kto wie, może w ogóle nie będziesz musiał wracać do tego pytania. Pytania są jak w książeczce, nie takie same słowo w słowo, ale logika taka sama. Więc się nie stresuj. Na to przyjdzie czas.

Jak masz 40 pytań z głowy, pani macha na ciebie, odhacza coś w systemie i daje ci kartkę z linkiem i hasłem do logowania na stronę zapisów na road test. Login i hasło ustaw sobie jakieś takie łatwe i najlepiej napisz jej na kartce, żeby wstukała do komputera, bo odkręcanie błędnie podanego loginu wymaga osobistej wizyty w ośrodku ICBC. A po co ci to?

W tym momencie następuje też moment, kiedy pani żywo interesuje się twoim prawem jazdy i ci chce je zabrać. I teraz taka kwestia: słyszałam wiele historii o tym, jak Polacy “załatwiają sobie” nieoddawanie polskiego prawa jazdy. Nie powiem ci, co robić i jak, bo to nie moja sprawa.

Prawo B.C. mówi jasno: nie możesz mieć dwóch driving licences. Ale jaki jest powód i dlaczego prywatna firma może zabrać oficjalny dokument wystawiony przez inne państwo, tego nie wiem.

Oczywiście zapytałam. Dialog jak z Barei poniżej:

  • Pani na moje pytanie odpowiedziała w stylu iście polskim: Bo tak!
  • No to ja na to: Ale co zrobicie z moim polskim prawem jazdy?
  • Pani: Zniszczymy! (czy mi się wydawało, czy złowieszczy błysk w oku dojrzałam?)
  • A ja: Ale ja jadę do Polski za trzy miesiące, jak będę jeździć?
  • Pani na to: Będziesz mieć kanadyjskie!
  • Ja: Ale dlaczego myślisz, że mogę w Polsce jeździć na kanadyjskim, skoro w Kanadzie nie mogę na polskim?
  • Pani: milczenie….. dłuższe milczenie….w końcu: To sobie zrobisz międzynarodowe!
  • Ja: Ale ja już mam międzynarodowe! Chcesz zobaczyć?
  • Pani nie chciała.

Zabrała moje polskie prawo jazdy, powiedziała, że i tak jest nieważne, bo ważne było tylko 90 dni od mojego pierwszego przylotu do Kanady i tyle. Na nic moje utyskiwania, że jak to, nie miałam jeszcze praktycznego egzaminu, a co jak nie zdam, a co jak w trybie awaryjnym będę wracać do Polski? Nie żebym się awanturowała, o nie, ale no jakże to tak, panie kochany?

Zabrała i już.

Wzięłam kartkę z linkiem do strony logowania i w domu wpisałam się na pierwszy możliwy termin egzaminu praktycznego. I tak, terminy oczekiwania są długie, ale, ale jak często zaglądasz na stronę, to zwalniają się terminy na jutro czy pojutrze, bo ludzie odwołują w ostatniej chwili. Możesz też telefonicznie się umówić na egzamin.

A co na egzaminie praktycznym?

Po pierwsze przyjedżasz swoim samochodem, może być nawet pick up 😉 Nie to, co w Polsce kiedy się zdawało tylko na Fiatach Uno.

Zgłaszasz się do ośrodka, w którym zarezerwowałeś termin i placisz 50 CAD. Ja miałam w Północnym Vancouver, Kuba w Point Grey. Oczywiście usłyszysz w internetach, że w jakimś zdaje się łatwiej, w innym trudniej. Może. Ja myślę, że to bardziej zależy od egzaminatora niż konkretnego ośrodka.  Ja, korzystając z rad tych, co zdawali wcześniej, miałam nadzieję dostać kolesia z tatuażem, który podobno za ostry nie jest. I co? I oczywiście do mnie przyszedł Bob, a pan z tatuażem podszedł do młodego Azjaty tuż za mną! No pięknie się zaczyna…. nie ma to jak pozytywne myśli przed egzaminem.

Egzaminatorzy są różni i chociaż nie czepiają się tak, jak w Polsce, w sensie nie podpuszczą cię (Bob mi zresztą powiedział no tricks), ale jak się trafi bardzo skrupulatny, to dostaniesz więcej punktów za błędy.

A te mogą być różne:

  • ✔ Przede wszystkim wbij sobię w głowę nawyk kręcenia nią na wszystkie strony. Tzw. shoulder checks, czyli sprawdzanie przez ramię, czy nic nie nadjeżdża z prawa/lewa. Bardzo na to zwracają uwagę! I potem jak ci tik zostanie, to rodzina z Polski na wizycie w Kanadzie się dziwi, co tak głową machasz….
  • ✔ Odpowiednie zatrzymywanie się – jak jest stop, to stajesz, a nie tylko zwalniasz, że prawie stajesz. Prawie robi różnicę.
  • ✔ Skręcanie w lewo – dużo płyciej wjeżdża się na skrzyżowanie. Właśnie ten manewr w moim wykonaniu Bob skomentował na koniec: we could have been almost grilled….
  • ✔ Skręcanie w prawo – patrz na rowerzystów. Pamiętaj: W Vancouverze ludzie jeżdżą na rowerze. W ogóle to rozdział o rowerzystach poczytaj z książeczki – bo mogą zapytać o znaki sygnalizowania ręcznego. Wiedziałeś, że jak rowerzysta skręca w prawo, to może unieść lewą rękę do góry? No właśnie!
  • ✔ Światła, klakson, podgrzewanie szyby i wycieraczki to twoi przyjaciele – zawsze będziesz ich przedstawiał instruktorowi na egzaminie. Zapoznaj się.
  • ✔ Różnie bywa z prędkością – jak hamujesz ruch na drodze, to minusik, lepiej jechać nawet lekko więcej niż dozwolone. Pamiętaj, że na autostradę musisz wjechać z dostosowaną prędkością. (Nie pamiętam, ale w Polsce chyba nie minusują za zbyt wolną jazdę?) Ale, ale jeśli tylko kilomer czy dwa kilometry na godzinę więcej pojedziesz ponad limit 30 km w strefie szkolnej, to na bank masz minus.

Egzamin trwa około 40 minut, egzaminator w trakcie nie mówi ci, jak idzie, jedynie gdzie masz jechać i jeszcze: do this, do than when YOU think is safe. Na koniec dostaniesz kartkę z wszystkimi jego notatkami – jak nie zdałeś, to sobie poczytaj i do następnego testu już będziesz wiedział. Jak zdałeś, idziesz za egzaminatorem, płacisz opłatę za wydanie plastikowego prawa jazdy, robią ci zdjęcie i voila! Dostajesz papier, że możesz jeździć, a karta przyjdzie pewnie po tygodniu. Uważaj na jej ważność – Kuby prawo jazdy było ważne tak długo jak długo miał pierwsze pozwolenie na pracę. Później trzeba wymienić.

Suplement

PS. Nie musisz mieć jazd z instruktorem wcześniej, żeby przystąpić do egzaminu praktycznego. Ale instruktor sporo podpowiada o właśnie takich, typowo kanadyjskich smaczkach na drodze. Może warto to rozważyć? Jak nie masz swojego auta, to i tak musisz wynająć, żeby na nim móc zdać egzamin, może dodaj te pół godziny wcześniej i przejedź z instruktorem trasę? Wcześniej zdających poznasz na trasie po tym, że w ich samochodach są dwa lusterka.

PS2. W Polsce jeździłeś na manualnej skrzyni biegów? Automatyczna jest łatwiejsza, ale pamiętaj: przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, weź ze dwa razy przejedź się na automatcznej, zanim ruszysz na egzamin. Ja ćwiczyłam w garażu, a cały pierwszy dzień lewą nogą próbowałam nacisnąć sprzęgło.

Ufff, tyle, wyszedł z tego prawie post poradnikowy. Inne może cię zainteresują: o pracy i o służbie zdrowia?


Inni blogerzy i vlogerzy kanadyjscy o prawie jazdy (opowieści z innych prowincji):

Zajrzyj też na Facebook – komentarze pod postem mogą się przydać!

👉👉[WPIS NOWY]Piątek, piąteczek, piątunio. Mniam!Rodzice moi wrócili do Polski, cynk dali, że cało dojechali (a…

Opublikowany przez Kanada się nada 31 marca 2017

Na koniec pytanie: Czy też myślisz, że w B.C. są najgorsi kierowcy w Kanadzie?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Poradnik – praca w Kanadzie

Post-kolos czyli poradnik o pracy w Kanadzie. Tak. Taki post musi być!

To będzie drugi post z cyklu: poradnik. Spodobał Wam się ten pierwszy, o służbie zdrowia.

Poradnik-praca w Kanadzie to jest temat na grubaśną książkę, bo praca w Kanadzie to najczęściej wyszukiwana fraza przez osoby chcące wyemigrować do kraju klonowego liścia.


Post z założenia ma charakter “ciąg dalszy nastąpi”, czyli będzie uzupełniany o nowe informacje. Jeśli jest jakieś zagadnienie, które Cię interesuje, a dotyczy pracy w Kanadzie, koniecznie daj znać. A jeśli coś wygląda inaczej, niż napisałam, daj znać tym bardziej. Inni czytelnicy Ci za to podziękują!


 

Zacznę tak: znajdziesz pracę w Kanadzie. Praca jest. Pytanie tylko, w jakim stopniu wpisuje się ona w Twoje oczekiwania. Bo te, jak pokazuje niejedna ludzka historia, mogą się nieco rozmijać z rzeczywistością.

 

First things first. Czyli masz pozwolenie na pracę.

I zanim jeszcze ktokolwiek będzie czytać dalej, napiszę, że to nie jest post z radami, jak zdobyć pozwolenie na pracę czyli work permit. O tym być może będzie kiedy indziej. Tutaj chcę kompleksowo potraktować temat pracy w Kanadzie, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską. Czyli działkę employment and business [westchnięcie, bo o business mam bardzo mgliste pojęcie]

Zacznę od kilku terminów:

#1 credentials, czyli kwalifikacje

Aby dobrze pracować w Kanadzie potrzebujesz mieć potwierdzenie tego, co już umiesz. Czyli musisz pokazać, jakie masz kwalifikacje, żeby dany zawód wykonywać.

Gromadząc informacje o swoim zawodzie w Kanadzie możesz się spotkać z następującymi wyrażeniami: credentials [kwalifikacje zawodowe w formie papierowej], diplomas [dyplomy], certificates of merit [potwierdzenie dokonań naukowych/zawodowych], school completion records albo reports [świadectwa szkolne / akademickie], licence to practise [licencja zawodowa]. Przydadzą się także referencje z poprzednich miejsc pracy [zawsze możesz napisać kilka zdań samemu i poprosić przełożonego czy dział kadr o podpisanie się].

Wszystkie te dokumenty powinieneś mieć po angielsku lub francusku, żeby w razie konieczności łatwiej wystąpić o uznanie Twoich kwalifikacji zgodnie z wymogami w Kanadzie.

Więc jeśli powziąłeś decyzję: będę pracować (i żyć) w  Kanadzie, to o tych dokumentach zacznij myśleć od razu. Szczególnie jeśli wykonujesz zawód regulowany.

Co prowadzi nas do drugiego punktu:

#2 regulated occupations, czyli zawody regulowane

Problemem jest brak spójności w tej dziedzinie na szczeblu krajowym. Każda prowincja/terytorium ma swoje zasady uznawalności dyplomów zdobytych zagranicą (czy poza prowincją) i swoje wymagania, co do uzupełnienia wykształcenia / treningu zawodowego, żeby wykonywać zawód regulowany.

W samej Kolumbii Brytyjskiej jest ponad 280 zawodów, które są regulowane, czyli można je wykonywać tylko będąc zarejestrowanym. Każda z tych profesji ma inne wymagania, które trzeba spełnić, żeby móc je wykonywać jako internationally trained worker.

Wszystkie informacje o zawodach regulowanych w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz pod tym linkiem, a tutaj jest lista zawodów regulowanych w B.C.

Uwaga: te same zawody nie muszą być regulowane na terenie całej Kanady!


Żeby znaleźć informacje o wymaganiach dotyczących Twojego zawodu w danej prowincji/terytorium:

1. wpisz w wyszukiwarkę: “nazwa zawodu”+”requirements (lub) regulatory body”+”nazwa prowincji/terytorium”

2. idź do tej strony: The Canadian Information Centre for International Credentials (CICIC)


Strona CICIC nie jest ośrodkiem, który oceni Twoje kwalifikacje czy wyda Ci zaświadczenie. Znajdziesz tam informacje o swoim zawodzie w Kanadzie, a linki pokierują Cię dalej.

Jak wspomniałam, poszczególne zawody wymagają różnych dokumentów. Prawie na pewno zostaniesz poproszony o ocenę (ewaluację) Twojego wykształcenia pod kątem wykonywania danej profesji. Niektóre z organizacji zawodowych robią to same, wewnętrznie, inne korzystają z usług zewnętrznych “oceniaczy”. Zanim wyślesz gdzieś swoje świadectwo, sprawdź zasady (żebyś nie przepłacał za niepotrzebne ocenianie Twoich dyplomów). Organizacją, która zajmuje się  odpłatnie oceną edukacji spoza Kanady jest The International Credential Evaluation Service (ICES).

Poza powyższym, możesz zostać poproszony o:

  • udowodnienie znajomości języka angielskiego / francuskiego,
  • podjęcie dodatkowej nauki na terenie Kanady
  • zdanie egzaminu zawodowego przed komisją

Całość może trwać długo i kosztować sporo. Spróbuj zapytać również w Polsce, czy w innym kraju, gdzie aktualnie pracujesz, czy nie mają programów partnerskich z Kanadą. Zdziwisz się, jak wiele można się dowiedzieć, pytając w mało oczywistych miejscach.

Jeśli jesteś w B.C, być może masz szansę na pomoc finansową podczas rejestracji. Sprawdź również te strony:

#3 zawody nieregulowane

W przypadku zawodów nieregulowanych (non-regulated occupation) nie jest konieczne posiadanie licencji czy rejestracja, żeby pracować w tym zawodzie w Kanadzie. Większość z takich zawodów ma jednak swoje organizacje (association of) więc śmiało guglaj je w poszukiwaniu rad (best practices). Możesz pracować, jak tylko pomyślnie uda Ci się znaleźć pracę. Polecam jednak być przygotowanym do szukania pracy tak jak w zawodach regulowanych, czyli mieć historię pracy, referencje z poprzednich miejsc pracy czy potwierdzenie kwalifikacji.

Najbardziej popularne zawody regulowane: lekarz, inżynier, fizjoterapeuta, pielęgniarka, prawnik, nauczyciel, pracownik socjalny.

#4 prawo pracy

Prawo pracy, standardy zatrudnienia, minimalna liczba godzin, nadgodziny, płaca minimalna, wszystkie te pracowe aspekty różnią się w zależności od prowincji / terytorium.  To, co jest wspólne dla całego kraju: 40-godzinny tydzień pracy i prawo do półgodzinnej przerwy co 5 godzin.  W większości firm płaci się również za nadgodziny (oczywiście będą firmy, które tego nie robią, ale to akurat nie jest wyjątkowe dla Kanady).


Żeby znaleźć aktualne prawo pracy, wpisz w wyszukiwarkę Employment Standards Act +nazwa prowincji/terytorium.


#5 NOC czyli National Occupation Classification

Jeśli zdecydujesz się na emigrację do Kanady, na pewno zetkniesz się z pojęciem: NOC. Do wielu programów emigracyjnych wymagana jest bowiem kanadyjska oferta pracy, której wartość wyraża się właśnie poprzez kwalifikację NOC.

To jest ogólnokrajowy system, który pokazuje klasyfikacje zawodów w Kanadzie. W uproszczeniu zawody (zarówno regulowane, jak i nieregulowane) podzielone są na 5 grup:

  • 0: Management jobs – stanowiska dyrektorskie, zarządzające, menadżerskie, kierownicze
  • A: Professional jobs – specjaliści z wyższym wykształceniem, “białe kołnierzyki”
  • B: Technical jobs and skilled trades – pracownicy z wykształceniem kierunkowym o określonym fachu
  • C: Intermediate jobs
  • D: Labour jobs – zawody niewymagające wykształcenia

Znajdź swój NOC próbując dopasować wykonywany obecnie zawód do kanadyjskiego opisu. Numer będzie ci potrzebny także do aplikowania o pobyt stały.

 #6 Rodzaje zatrudnienia: permanent / temporary job, full time / part-time job, freelancer, contractor

Umowa na czas nieokreślony czyli permanent job to najczęstsza forma zatrudnienia. Zwykle permanent job to jednocześnie full time job, czyli praca na cały etat.

Będziesz miał określoną pensję (czasami z prowizją), czas i miejsce pracy, płatne urlopy (choć zapomnij o 26 dniach wolnego, jaki ustawowo przysługuje w Polsce). Urlopy wypoczynkowe, zwolnienia lekarskie, dni “na dziecko” czy urlopy okolicznościowe, wszystko to powinno zostać zawarte w Twojej umowie o pracę. Ponieważ Act of Labour czyli odpowiednik polskiego Kodeksu Pracy jest dość elastyczny w wielu kwestiach i zostawia je w gestii pracodawcy. Od Twojej pensji (paycheck, payroll) będą odciągane składki na ubezpieczenie społeczne (jak na polski ZUS) – Employment Insurance oraz Canada Pension Plan, składki na podatek dochodowy: Income Tax, czasami również składki na ubezpiecznie zdrowotne (podstawowe: premiums i rozszerzone: extended medical care; więcej poczytaj w poradniku o służbie zdrowia) oraz składki na związki zawodowe: Union Fees / Dues (w Kanadzie wciąż dość popularne w wielu dużych firmach).

Kiedy stracisz taką pracę nie z własnej woli, najpewniej będzie Ci przysługiwał zasiłek wypłacany z Employmeny Insurance.

#stawka minimalna czyli ile zarobisz na godzinę?

Stawka minimalna w B.C. jest naprawdę minimalna, ale od jakiegoś czasu nie jest najniższa w Kanadzie. Obecnie wynosi 10.85 CAD. Wszystkie dane o stawce godzinowej w różnych prowincjach znajdziesz na tej stronie. A jeśli interesuje Cię, na ile ta kwota zmieni się w przyszłych latach, zajrzyj tutaj (i wybierz w okienku: Select the decade odpowiednie daty).

>>>> post o stawce minimalnej

a skoro przy stawce minimalnej jesteśmy:

#pensja i czy wystarczy na życie

W końcu przede wszystkim dlatego pracujemy.

Podrzucam link, z którym jesienią podzieliła się z nami czytelniczka (dziękujemy Małgosiu). Na tej stronie po wpisaniu swojego dochodu z Polski będziesz mógł porównać ceny produktów i usług w Vancouver. Możesz wpisać dowolne polskie i kanadyjskie miasto. Bardzo dobra porównywarka.

W tym miejscu stawiam kropkę, ale to na pewno nie jest ostatnie słowo.


I jeszcze bonus, czyli spis treści tekstów o pracy w Kanadzie:

Inni blogerzy i vlogerzy kanadyjscy o pracy:

ps. Znasz dobry tekst o pracy w Kanadzie? Napisz w komentarzu linka, a dodamy do listy. Nowe osoby szukające informacji na pewno ci podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak się macie zimą 2016-2017?

Dłuższy wpis o grudniu i styczniu. W grudniu było fajnie, bo sporo atrakcji, a styczniu jest spokojnie, bo codzienność się kłania. I wymaga uwagi.

Pod wpisem o moich planach zawodowych napisaliście mi sporo miłych i ciepłych słów. Czuję się zmotywowana i tym chętniej przedzieram się przez linijki kodu. Zima nie odpuszcza, a ja, chociaż chętniej odpuściłabym sobie wstawanie przed chłopakami, jednak wstaję i klikam drobnym maczkiem.

Korzystam z darmowych kursów na codeacademy.com oraz na coursera.com

Szkoła i przedszkole trwają zwykle od 9 rano do południa / popołudnia, a potem czas na inne zajęcia. Jak wypada pro-d day, czas tylko na zadania typowo “mamowe”. Zwykłe życie.

Codzienność grudnia Anno Domini 2016 przemknęła na blogu wręcz niezauważona. Co to te kilka zdawkowych wpisów? Nadrabiam zatem, pisząc kilka słów o tym, co robiliśmy w grudniu. I co możemy polecić.

Atrakcje wyjściowe w grudniu 2016: opera i balet w Vancouver

W sumie trzeci grudzień w Kanadzie nie różnił się za wiele od tych dwóch poprzednich. Nie powtarzaliśmy w tym roku niektórych atrakcji, takich jak jarmarki bożonarodzeniowe, śniadanie z Mikołajem czy Festival of Lights w ogrodzie VanDusen.

Balet

Za to pierwszy raz wybraliśmy się rodzinnie na balet Dziadek do orzechów wystawiany przez Goh Ballett. O tym przedstawieniu koleżanka Sarah mówi, że to must-see każdego kanadyjskiego dziecka, więc tym bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć. Bilety niestety nie należą do najtańszych, ale mieliśmy wyjątkowe szczęście skorzystać z darmowych wejściówek  z biblioteki publicznej w Vancouver. (W osobnym wpisie o VPL napiszę więcej). Mogę z czystym sumieniem polecić balet, bo wszystkim nam się bardzo podobało, a Maciek był zauroczony i przez cały czas wpatrywał się w scenę.

Opera

W grudniu byliśmy także na przedstawieniu Hansel i Gretel w Operze. I znowu strzał w dziesiątkę – przedstawienie ma wprawdzie oznaczenie kategorii wiekowej +6lat, ale Maciek i tym razem był wdzięcznym słuchaczem. Nie bez znaczenia był fakt, że opera była bardzo dziecio-przyjazna, sporo zmian dekoracji, wychodzenie do widowni, dodatkowe napisy nad sceną, dla tych, którzy nie usłyszeli kwestii aktorów.

Żal mam jedynie do siebie. Organizując na szybko nasze wyjście, zapomniałam, że “specjalna okazja wymaga specjalnego stroju” i byliśmy w tej kwestii nieprzygotowani. Nie powtarzajcie naszego błędu, bo wielu Vankuwerczyków było ubranych odświętnie i z przyjemnością się na nich patrzyło. Nie to, co my. Dżinsy rules, ale nie na widowni teatralnej [wstydzę się].

Święta

Święta minęły miło i szybko. W tym wpisie podałam nasz przepis na Gwiazdkę i przyznam, że i w tym roku była bardzo dobra. I smaczna.

Jedna uwaga: czas pomiędzy Bożym Narodzeniem a Sylwestrem jest wolny od szkoły i pracy dla wielu mieszkańców. To również taki czas, kiedy atrakcje turystyczne miasta przeżywają oblężenie i nierzadko stoi się w kilkugodzinnych kolejkach. Do wyciągu, kolejki, czy nawet na lunch w któreś z modnych knajpek. Nie polecamy! Szczególnie jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, którym nijak nie wytłumaczysz, że swoje trzeba odczekać.

Nasza rada jak zwykle ta sama: homing czyli domówki, czyli spotykamy się raz u jednych, raz u drugich. I u trzecich też. Pogoda i tak nie zachęca do dłuższego pobytu na dworze.

No dobrze, to grudzień tak wyglądał. A styczeń?

Dzień za dniem, czyli styczeń 2017. Samochód, PR, zajęcia, zdrowie i inne drobiazgi

Samochód

W styczniu staliśmy się posiadaczami przechodzonego samochodu mazda 6, kolor czarny (jak akurat jest umyty), miejsc 6, bo zapobiegawczo myślimy już o tej części rodziny, która nie przylatuje do Kanady, tylko dlatego, że nie mieliśmy samochodu 😉 Kochani, już jest! Możecie się pakować i przylatywać do nas.

Skoro jest samochód, musi być i prawo jazdy (temat na osobny wpis, nie bój się, będzie). Teraz tylko wspomnę, że właśnie je robię. Jak zrobię, to się pochwalę. Jak nie zrobię, to się pożalę.

Pobyt stały

Mamy też nadzieję na w miarę szybki finał starań o stały pobyt. I o tym również napiszę więcej w osobnym poście, dość, że właśnie dostaliśmy kolejny email od Immigration Canada, że musimy dosłać dokumenty, zdjęcia i płatności. Wszystko razy 4. Zdjęcia muszą być komercyjne i pewnie dlatego każdy z nas wygląda na nich jak skazaniec. Z wyjątkiem Maćka, który wygląda jak zombie (słowa kochającego braciszka). Zdjęć zatem litościwie nie pokażemy Wam. Jeszcze jakieś koszmary się przyśnią…

Zajęcia dodatkowe popołudniowe chłopaków

Styczeń to również zajęcia popołudniowe niemal co dzień. Nie jest to najlepsze rozwiązanie i już odczuwam skutki negatywne takiego przeładowania programu, ale jeszcze ciągniemy ten maraton: poniedziałek: łyżwy/gitara Krzyśka, wtorek: basen, środa: łyżwy, czwartek: zajęcia sportowe, piątek: playdates (zabawa u kogoś w domu) u nas albo trzeba gdzieś chłopaków zawieźć, weekend: narty. Na zajęcia sporotowe, łyżwy i basen chodzimy na najpiękniejszy kompleks sportowy w Vancouver, czyli do Hillcrest Community Centre (Hillcrest Ice Rink oraz Hillcrest Aquatic Centre). Wybudowany na Olimpiadę 2010, wciąż jest nowy i funkcjonalny. Jakby ktoś nas szukał, popołudniami tam jesteśmy.

Lekcje polskiego

A po powrocie, wieczorem, mamy jeszcze lekcje polskiego. Bardzo dużo zadają i bardzo dużo materiału jest. Za dużo. Nie wiem, czy w przyszłym roku szkolnym będziemy kontynuować naukę z orpeg.pl. Bo chociaż forma jest wygodna i potrzeba nauki niezaprzeczalna, to jednak coraz więcej rzeczy nas uwiera przy takiej formie uczenia się. Przeładowanie nauką na pewno nie pomaga. Kolejny raport językowo-oświatowy chłopaków już wkrótce!

Taki tryb życia lekko nas oszołomił, jakoś w Warszawie wszystko szło bardziej spokojnie, ale może to wciąż kwestia przyzwyczajenia?

Zdrowie

Badamy się też i lekarsko wizytujemy. Ja na przykład muszę odwiedzić neurologa. Bo jak nie ma zdrowia, to i tak reszta psu na budę. Przyjmę dobre myśli i życzenia powodzenia w każdej ilości.

Staramy się wypracować codzienne nawyki, nawet niewielkie, np. żeby Krzysiek zjadł jabłko. Jedno na dzień. Albo, żeby wyjść, chociaż na 10 minut, na spacer. I nie dogryzać wieczorami. Zrobiliśmy sobie tabelkę na ścianę i się wpisujemy, a jak ktoś przez 30 dni wytrzyma, będzie nagroda!

W styczniu zaczęliśmy też wycieczki poza Vancouver i już wkrótce więcej o Wyspie Vancouver i o naszych nartach w Manning Park (a tak było w zeszłym roku)

I tak sobie mija dzień za dniem, 2,5 roku w Kanadzie! Więcej nie piszę, bo nie ma o czym 😉


Podobne posty o codzienności i emocjach:


Ruszyły losowania na program International Experience Canada! Dajcie znać, kto ma w planach Zachodnią Kanadę na 2017? Zobaczymy się w Vancouver?

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

To nie plan na 2017. Rozważania o zmianie zawodu. Mojego.

W ostatnim wpisie było, ze jestem zbyt zmęczona, żeby planować 2017. To zatem nie jest plan. A raczej ogólna wytyczna, czym się będę zajmować. Jak nie będę się zajmować chłopcami. I blogiem 🙂

Jeśli czytasz nasz blog od dawna, wiesz, że ten blog jest mniej o Kanadzie, a bardziej o nas w Kanadzie. Dlatego być może czasami trudno Ci jest znaleźć informacje nienaznaczone naszym subiektywnym spojrzeniem. Albo doświadczeniem.

O blogu

Często treści, którymi się z Tobą dzielę, wydają się sprzeczne. No bo jak, raz nam się Kanada podoba, a raz nie. Jak zachwyca, jak nie zachwyca. I w ogóle to lepiej byś Kaśka pisała więcej o tym, jak zdobyć prawo stałego pobytu w Kanadzie.

Podsumuję to tak: chcę pisać, to co Ty chcesz czytać. Nie wiem jeszcze, na jakich tematach skupię się na blogu, bo z planu na 2017 mam na razie tylko: napisać plan na bloga. Być może będzie więcej tekstów specjalistycznych, bo wiem, że ich szuka najwięcej osób. Z kolei posty o emocjach są najczęściej czytane. I takie też wypadałoby pisać.

Dodaj do tego odpowiedzi na pytania w mailach i rzeczy okołoblogowe (więcej we wpisie o tym, co na blogu w 2016 roku) i już mamy full time job, czyli pracę na cały etat. Którą to pracę muszę zmieścić w trzy godziny, kiedy Maciek jest w preschool, bo ciężko jest napisać coś sensownego ze skaczącym czterolatkiem u boku.

Maciek jak tylko widzi, że siadam do komputera, szelmowsko się uśmiecha i mówi: skoro ty pracujesz mamo, to ja chcę tablet. Uwierz mi, nie mam najmniejszych szans na wygranie takich negocjacji.

Bloga będzie mniej.

W 2017 planuję, że treści blogowej jest mniej i będzie się rzadziej ukazywała.  Postaram się utrzymać jeden wpis tygodniowo. Oprócz tego znajdziesz nas w mediach społecznościowych: Facebook i Instagram.

Nie wiem jeszcze, jaki priorytet nadam kanałowi You Tube, bo chociaż chciałabym nagrywać filmiki, to jednak jest to bardzo czasochłonne. I chociaż jestem jak najbardziej zwolenniczką hasła: Zrobione jest lepsze od doskonałego, to jednak pewien poziom chciałabym utrzymać. Z czystego szacunku do Ciebie jako czytelnika i widza 🙂

Myślę, że niewiele stracisz, bo na szczęście kanadyjska blogosfera i vlogosfera rośnie w siłę. Coraz więcej blogerów i blogerek pisze o swoim życiu w różnych kanadyjskich prowincjach, pomaga na grupach facebookowych czy organizuje spotkania w realu. Wiem, że znajdziesz swoich ludzi i odpowiedzi na nurtujące Cię pytania.

Tymczasem dla mnie 2017 to będzie rok próbowania i testowania. Chcę zmienić branżę i przekwalifikować się zawodowo.

Z kogo na kogo, być może zapytasz.

Kim byłam?

Jeśli jeszcze tego nie wiesz, napiszę, że jestem z wykształcenia hungarystą (to ktoś taki, który ogarnia Węgry i język węgierski). Studiowałam podyplomowo finanse i rachunkowość, bo kiedy byłam na 3 roku studiów hungarystycznych, pewien mądry człowiek powiedział mi: Kasia, rzadki język to plus, ale o czym będziesz w tym języku rozmawiać? Wybrałam więc finanse, bo po prawie 8 latach studiów filologicznych mój mózg domagał się sztywnych reguł i jasnych zasad, a rachunkowość jawiła się wtedy jako dobre rozwiązanie. Przez kilka lat pracowałam w outsorcingu księgowym, wykorzystując przy okazji węgierski i niemiecki. Bardzo moją pracę lubiłam.

I wtedy przytrafiła się Kanada.

Kiedy tutaj przylecieliśmy, byłam tak zwanym trailing spouse, czyli małżonkiem na doczepkę, bez większych planów zawodowych i jasnej odpowiedzi na pytanie, co ja chcę robić w Kanadzie.

Bo co Kuba tutaj robi, to już wiesz. Przypomnę: najpierw programował narzędzia do przygotowywania filmowych efektów specjalnych w Scanline, a teraz pracuje dla AnimalLogic. Jest bardzo zadowolony i czuje, że się rozwija.

Ja pracę w Vancouver znalazłam jako Account Payable Analyst, podobną do tego, co robiłam kilka lat temu w firmie w Polsce. Bez języka węgierskiego, bo tutaj nie jest on zbyt popularny.

Po 10 miesiącach, będąc jeszcze w niepewności, czy za chwilę nie wracamy do Polski, zdecydowaliśmy, że odchodzę z obecnej pracy.

Powodów było kilka. Myśląc o swojej pracy zawodowej w Kanadzie, chciałam, żeby była ona bardziej przyjazna naszej rodzinie. Czasowo bardziej elastyczna, mniej absorbująca, w większym stopniu zależna ode mnie. Nie wiem, czy to emigracja tak wpływa na ludzi, zmiana środowiska, efekt świeżego startu? Może to, a może coś więcej?

Wiem, że nie chcę pracować w finansach i księgowości w Vancouver.

Żeby się rozwijać, musiałabym uzyskać tutejsze wykształcenie, a najlepiej rozpocząć kursy na Chartered Professional Accountant. I później, za kilka lat (wiele lat) pracować jako księgowy w samodzielnym biurze lub w korporacji.

Brzmi kusząco, ale jednak po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że wolę nauczyć się czegoś bardziej ogólnego i uznawanego na całym świecie. Na wypadek, gdybyśmy się znowu przeprowadzili. Znajomość przepisów księgowości kanadyjskiej poza Kanadą na niewiele mi się zda. Tak jak znajomość języka węgierskiego poza Europą.

Co chcę robić?

Pracując nad naszym blogiem, nauczyłam się sporo o WordPressie, marketingu w mediach społecznościowych oraz narzędziach IT służących do budowania stron. I na to ostatnie chcę postawić w 2017 – nauczyć się, jak zostać Junior Front-End Developerem. Czyli umieć zbudować stronę internetową, w oparciu o CMS WordPressa.

Zamierzam to zrobić metodą samodzielnej nauki przez pierwszy kwartał. Później mam nadzieję, że dostaniemy Permanent Residence i będę mogła zapisać się na krótkie kursy na BCIT.

Pisałam już kiedyś, że w Vancouver jest łatwiej,  gdy masz pracę w branży IT.

Wiosną 2015 zaczęłam nawet kurs Pythona, z podobną myślą. Chwilę potem zaczęłam pracę na etacie w Accenture i niestety poległam czasowo.

Przekonam się, jak wyjdzie tym razem. I dam znać pod koniec roku. Napisałam to całemu światu, więc teraz już mus!

Trzymaj za mnie kciuki 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki poniżej i pokaż nam, co lubisz czytać!

 

Czy święta muszą kosztować zdrowie, czas i pieniądze? Szczególnie na emigracji?!

To jest standardowy grudniowy, swiąteczny temat, czyli czy koszty Gwiazdki. Więcej odpuszczania i jedna zachęta do większej aktywności.

Temat Gwiazdki, Bożego Narodzenia, prezentów zapełnia czasoprzestrzeń internetu już od dobrych dwóch tygodni.

Może już gdzieś wpadło Ci w oko to pytanie: czy święta muszą być kosztowne? Mnie tam ono nurtuje i daltego postanowiłam napisać ten post.

W realu to znacznie wcześniej próbują nam zaserwować porcję christmasowej magii, bo już od ponad 4 tygodni. Wiem, że wielu się nie podoba, że Gwiazdka zaczyna się w listopadzie. Mnie też nie. Ale w grudniu to już coś zupełnie innego. Wzruszenie chwyta za gardło nie tylko przy tej reklamie. W Vancouver nawet pogoda jest przychylna – zima zeszła z gór i nieśmiało panoszy się po ulicach. Próbujemy ją pokonać na rowerach, ale cwana nie zawsze się da.

W internetach znajdziesz sporo opowieści o tym, że w Święta liczy się jakość nie ilość, że nie ma co do upadłego garnków szorować i pierników piec, zastawić się, a postawić się. Prawda stara jak świat, a i tak co roku perfekcyjne panie domu stają do zawodów [w końcu to ulubiona dyscyplina każdej prawdziwej Polki 😉 ] I znowu wydamy wszyscy, jak ludzkość długa i szeroka, pieniędzy więcej niż w zeszłym roku. Takie życie.

Święta na emigracji? W dodatku mieszkasz w Kanadzie? Konkretnie w Vancouver, gdzie wszystko jest naj-najdroższe?

Pani kochana, no weź, no weź ten kredyt na święta, wysprzątaj jak ta lala, nakupuj, ile wlezie, bo przez Skype i na instagramach nie możesz pokazać byle czego. Rodzina i przyjaciele patrzą. Z Polski patrzą. Więc nie mogą byle czego zobaczyć! W końcu w Kanadzie jesteś, więc wiadomo, pokaż jak masz dobrze. Lepiej niż w Polsce, bogaciej, przecież mąż zarabia te dolary!

Nie wiem, jak Ty, ale ja walczę z tą Paniusią. Mniej lub bardziej skutecznie, ale się staram. Nasza pierwsza Gwiazdka w Vancouver była skromna. Trochę z przekonania, a trochę z musu. Ludzi brakowało, to jasne, ale też potrawy wigilijne i nastrój ogólny były jakieś takie stonowane. I choć tęsknota bolała mocno, to jednak wciąż było gwiazdkowo. Magicznie, świątecznie, domowo.

Zeszłoroczne Święta były już od niebo lepsze, chociaż w sumie główne składowe pozostały te same. Przygotowania do nich i samo świętowanie na prawdę nie były kosztowne.

Boże Narodzenie nie musi Cię wiele kosztować. Ani pieniędzy, ani czasu, ani zdrowia.

Ani w Polsce, ani w Kanadzie, ani pod żadną inną szerokością geograficzną!


Ogranicz do minimum:

Przygotowania

Nikt w kąty nie zagląda, bo dalszej rodziny nie ma na emigracji, jupikajej! I co z tego, że okna nieumyte! Gwarantuję, że przez Skypa nikt nie dojrzy.

Chcesz wymienić czasochłonną rybę na kupne sushi? Nikt Ci nie zabroni, a zdjęcia na instagrama zrobisz zanim wyłożysz danie na talerz. Sam talerz przecież prezentuje się doskonale, taki biały (Ikea) na białym obrusie (też Ikea).

A najlepiej to podziel przygotowania na kilka osób (to właśnie nam się sprawdziło najbardziej w zeszłe Święta, dzięki ekipa L.!) Było wszystko, a nawet więcej, i trzy dziewczyny, które z pomocą chłopaków przygotowały Wigilię. Da się? Da się!

Mały offtop: ekonomia współdzielenia jest bardzo popularna w Kanadzie, kiedyś popełnię na ten temat obszerniejszy wpis, bo to świetna sprawa!

Wydawanie pieniędzy

Co ja Ci będę pisać, że przed Świętami wszystko drożeje, jak Ty to pewnie wiesz. Może jesteś mądrzejszy niż my i prezenty gwiazdkowe leżą gotowe od zeszłorocznych wyprzedaży. My co roku mamy taki plan, a wychodzi jak zwykle, więc zasada, jaką stosujemy od zawsze, a od przylotu do Vancouver w szczególności: żadnego kupowania z dziećmi. Żadnych galerii z dziećmi. W ogóle żadnych galerii handlowych! Po pierwsze za daleko, po drugie ludzie dostają tam amoku, po trzecie, jak już wejdziesz, to musisz coś kupić. Bo inaczej dopadnie Cię myśl: co się bez celu szwendasz?

Zakupów nie robimy żadnych, okazji z Black Friday czy  Last Monday nie wykorzystujemy. Zabawki Święty Mikołaj kupi albo na amazonie albo w sklepie z zabawkami na Main. Modnie jest być minimalistą, więc i ja jestem 😉 Kto z nami, palec do budki?

 Pierwszy lepszy przykład wydawania mniej: Żeby przygotować świąteczne ozdoby, korzystamy z opcji sklepów niskobudżetowych, i chociaż rzeczy z OneDollarStore czy Dollarama bywają wątpliwej jakości, to sam proces tworzenia jest dobrze spędzonym czasem. Z Maćkiem zrobiliśmy wielce udany stroik z kilku bombek, o taki.stroik z bombek z onedollarstore. Kanada sie nada. czy swieta musza cie kosztowac

Wygląda przebogato, barokowo w formie, a kosztował grosze (a raczej centy). I jak się ładnie w nim odbijam robiąc zdjęcie 😉


Ale żeby post nie był tylko o świątecznych ograniczeniach, zachęcam Cię do rozpusty w jednej dziedzinie:

Aktywność fizyczna

Już wkrótce więcej o tym, jak być fit w Vancouver, sportowo i darmowo, ale dzisiaj napiszę tylko jedno – łyżwy! Idź na łyżwy! A najlepiej umów się z kilkorgiem znajomych na łyżwy, na którymś z licznych lodowisk w Vancouver. I dla dzieci i dla dorosłych (bilet rodzinny na czwórkę dorosłych to 12 CAD, wypożyczenie łyżew to 3,5CAD od osoby). Znacznie tańszy sport zimowy niż narty.

Tniemy koszty Gwiazdki na maksa? Można i za darmo pójść na ślizgawkę! Robson Square już jest otwarty. Kosztuje Cię tylko wypożyczenie łyżew (4 CAD).

Zobacz więcej:

 

A jak tam u Was z przygotowaniem do Świąt? Wszyscy gotowi, można zaczynać?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Bilans in plus czyli moje znajomości i przyjaźnie w Kanadzie.

Nie za długa opowieść o tym, jak wyglądają moje znajomości i przyjaźnie w Kanadzie. Trzeba czasu i wielu ludzi, żeby bilans był in plus. I wciąż nie jest za różowo.

Jesień wywołała przygnębienie deszczem, który zdaje się nie mieć końca. W pewnym momencie zapominałam nawet to, kiedy się zaczął. Po prostu pada i pada, i pada. Bez końca.

Człowieka łapie chandra gigant i nicniechcenie. I rozczarowanie jest wielkie, większe niż bardziej słoneczną porą roku.

Co zwykle pomaga w takiej sytuacji poza oczywiście solidnym kubkiem kakałka? Ludzie oczywiście, właśni ludzie wokół siebie.

W sieci, na blogu Moniki trafiłam na wywiad z Ines mieszkającą od prawie roku w Toronto i piszącą o swoich wrażeniach na blogu “Sakwy i walizy”.

Wywiad jak to wywiad, przekazuje osobiste spojrzenie na kanadyjską rzeczywistość. Można się z taką oceną zgadzać, albo nie, co część czytelników wyraźnie pokazała w komentarzach.

Moją uwagę szczególnie przyciągnęło zdanie, że Kanadyjczycy, z którymi zetknęła się rozmówczyni, wydają się zimni, zamknięci na innych.

Pierwsze wrażenie kanadyjskiej życzliwości i otwartości nie przekłada się na powstanie głębszej relacji, nie wspominając o przyjaźni. A tej, zostawionej na innym kontynencie, budowanej od dawna i cementowanej tyloma wspólnie spędzonymi chwilami nad piwem/kawą/plotkami/, o takiej właśnie przyjaźni żal najbardziej.

To jest ten aspekt emigracji, który mnie również uwiera najmocniej. Nieraz dawałam temu wyraz na blogu. O tęsknocie za przyjaźnią, czy o braku ludzi wokół siebie.

Pierwsze miesiące życia w Kanadzie, kiedy skończył się miesiąc miodowy, te miesiące były najtrudniejsze. Bo samotne. Nawet będąc w rodzinie, samotne. Wyobrażam sobie, jak ciężko musi być tym z Was, którzy do Kanady przylecieli sami.  Chylę czoła przed Wami. Każdy potrzebuje ludzi.

Przylecieliśmy, a tutaj nikogo nie znamy. Kanadyjczycy uśmiechają się w windzie, zagadają przyjaźnie, ale przecież nie usiądą z  Tobą przy stole wigilijnym ani nawet przy popołudniowej herbacie. Nie od razu. Nie przez pierwszy rok na emigracji. Może nawet nie przez drugi. A może właśnie usiądą, ale to nie będzie to samo. Mimo najlepszych chęci nawet posłodzona herbata będzie smakować gorzko.

Spotkasz w nowym miejscu nowych ludzi, pięciu, a nawet piędziesięciu i mimo, że ta liczba robi wrażenie, to jednak poza wrażeniem z tej znajomości nie zostanie nic. Nie przeniesie się na wyższy poziom.

Wtedy, na przełomie 2014 i 2015, pierwszej kanadyjskiej zimy, wkurzona byłam, rozczarowana i smutna. Przecież to nie moja wina, że tak trudno mi kogoś poznać, z kimś się zaprzyjaźnić w Vancouver. Przyjaciele, znajomi, rodzina zostawieni w Polsce świadczą na moją korzyść. To nie to, że nie umiem z ludźmi rozmawiać. Znam angielski, znam polski, inteligentna jestem (w normie), więc co?

Czemu z pierwszą poznaną Polką okazało się nam być nie po drodze? Z pierwszą ?! Dlaczego Kanadyjczycy, którzy przecież rozumieją mój angielski, a ja rozumiem ich, dlaczego oni się do mnie uśmiechają, ale nic za tym nie idzie?

Coż zatem wynika z tych smutnych rozważań? Co dobrego z przypominania chwil, które dla mnie są już przeszłością, ale dla kogoś nowego w Kanadzie mogą być czasem teraźniejszym. A ci z Was, którzy dopiero chcą przylecieć i właśnie teraz czytają taki przygnębiający zapis?  Czy ich to nie zniechęci?

Piszę tego posta, żebyście wiedzieli, że taki stan jest ok. Że to normalne nie mieć ludzi i za nimi tęsknić. I że nie jest to powód do wstydu, oznaka słabości, czy porażka.  Że możesz być rozczarowany Kanadyjczykami i Kanadą. Możesz o tym pisać/śpiewać/krzyczeć i płakać nad tym. I się miotać, i się zastanawiać, i nie być pewnym.

Wszyscy jesteśmy ludźmi, a ludzie chcą oswajać lisy dla siebie i mieć róże na wyłączność. A nie tylko tułać się od planety do planety. Koniec końców, dobre życie sprowadza się do ludzi wokół.

Jest nadzieja. Czas. Daj czasowi czas. Daj sobie czas. I daj ludziom czas.

I będzie dobrze. Będą ludzie ! Poznasz Kanadyjczyków i Polaków mieszkających w Kanadzie, i całe mnóstwo innych osób też. Tylko potrzeba na to czasu. Imho, najmniej roku. A bywa, że dłużej.

Może to tylko w tym bloku w Toronto Kanadyjczycy są zamknięci na nowych sąsiadów?  Może to tylko w tej dzielnicy Vancouver, silnie zdominowanej przez jedną grupę etniczną, jest dość ciężko znaleźć pokrewną duszę, z którą można porozmawiać?

Przez pierwsze 10 miesięcy emigracji w Kanadzie poznałam kilka Polek. Wpadłyśmy na siebie na ulicy.  Z jedną wymieniłam się numerem telefonu. Nie udało nam się zdzwonić do dziś. Z drugą poszłyśmy na kawę, potem na spacer, potem przypadkowo spotkałyśmy się w górach. Tyle. Z inną Polką spotykałyśmy się regularnie na placu zabaw, ale nasze drogi się rozeszły.

Dwie kolejne Polki zaczepiłam sama. Jedną na zajęciach sportowych, drugą w górach. Spotykamy się do dziś z mniejszą lub większą intensywnością. Mam to szczęście, że blog i internet bardzo mi ułatwiają poznawanie nowych ludzi. Dziękuję, że teraz to Wy mnie zaczepiacie 🙂

A ile Polek-emigrantek poznałam w sieci, o mamo, jak ja mam dobrze ! Z Mają [piąteczka] to prowadzimy nawet cotygodniowy czat przyjacielsko-biznesowy na Skypie.

Ktoś może powiedzieć: ale ja wcale nie chcę się spotykać z Polakami ! I nie chcę mieć przyjaźni wirtualnych ! Dlaczego nie mogę się zaprzyjaźnić z Kanadyjczykami? Dlaczego to jest takie trudne?

Też sobie zadaje to pytanie. Serio. Właśnie z potrzeby szukania odpowiedzi, zaczęłam serię: Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? [niewiele jest na razie, ale nie bój nic, będzie więcej]. Bo znajomość zaczyna się od rozmowy. Przyjaźń to taki etap tej rozmowy, kiedy już właściwie słowa są zbędne.

Można szukać wytłumaczenia w mentalności Kanadyjczyków. Są zimni i zamknięci, bo…. pogoda, multikulturowość, brak zainteresowania Polską i nami z Polski. Ale w sumie czemu mieliby się interesować?

Bariera językowa nie ułatwia sprawy. Dla większości nas, emigrantów, językiem emocji jest polski. A tutaj musimy to samo wyrazić po angielsku. Mówienie o swoich uczuciach i potrzebach po polsku, w Polsce, nie jest łatwe, to co dopiero w Kanadzie?

Nie podam Ci rozwiązania innego niż to, żeby wciąż próbować i dać czasowi czas. Spokornieć w oczekiwaniach wobec ludzi i się na nich otworzyć.

I będzie dobrze !

Jeśli mieszkasz w Vancouver i chcesz poznać świetne Polki, zapisz się na Polskie Babskie Spotkania. Tam to dopiero jest moc!


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi ! Wtedy wiem, co lubisz czytać !

 

3 seriale kanadyjskie, które musisz zobaczyć, zanim przylecisz do Kanady

Polecam 3 seriale kanadyjskie, które warto zobaczyć przed przylotem do Kanady. Ale nie bój się, oglądane tu, też smakują wybornie. Zajrzyj !

Pytanie, co jak wańka-wstańka, pojawia się w internetach. Szczególnie jesienią.

Co najlepsze na deszczowe popołudnie?

Ponieważ pada, i pada, więc jęczę i jęczę. I nie ma to jak dobry serial w deszczowe popołudnie. Otulić się kocem, kubek kakałka do ręki, kanapa blisko i oglądamy seriale. Świadomie i rozsądnie czyli na raz maks odcinek, albo total odjazd, czyli lecimy sezonami.


W internecie z łatwością znajdziesz zestawienia seriali i polecenia filmów. Ja chcę Ci szczególnie polecić te, które napisały koleżanki z Klubu Polek, w ramach projektu o filmach z naszych krajów


Zacierałam sobie rączki na ten wpis. Mniam, mniam seriale. Seriale na deszczowe dni, jakich dużo (dni, nie seriali) jest tą jesienią 2016, w Vancouver.

Znamy 3 seriale kanadyjskie, które warto zobaczyć, zanim przylecisz do Kanady. A po przylocie są jeszcze lepsze 😉

#1 MOTIVE

Motive, czyli Motyw. Brzmi jak typowy serial policyjno-detyktywistyczny, czyli ustalamy, kto zabił i dlaczego.

A wcale że nie! Nic nie trzeba ustalać, bo wszystko jasne od początku. Dla widza przynajmniej, bo ekipa policyjna musi się trochę nagłowić. Najczęściej mordercą okazał się ktoś bliski, najczęściej z błahego powodu.

Serial Motive obejrzeliśmy jakiś miesiąc przed przeprowadzką do Vancity, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że to miasto, że ta historia dzieje się w Vancouver. I trochę nam zajęło zorientowanie się, że rzecz dzieje się w mieście, w którym mamy spędzić najbliższy rok. Trzeba przyznać, że maskują się świetnie – żadnych tam odwołań typowo kanadyjskich, unikają jak ognia nazw Vancouver police czy inne  NYPD.

Tablic z nazwami ulic nie ma, Vancouver w kadrach przypomina dowolne północnoamerykańskie miasto. Pewnie taki był zamysł producentów, bo wtedy każde miasto może być tym miastem, gdzie dzielna pani detektyw Angie (w tej roli znana m.in z amerykańskiego The Killing, Kristin Lehman) szuka zabójcy z pomocą mocno francuskiego partnera, Oscara. Pomaga im bardzo kanadyjski detektyw Brian (grzeczny, co chwila przeprasza i śmiertelnie się oburza na brak recyklingu)

W sumie w Wawie też morderstwa, Kryminalni czy Prawo Agaty, a o takim Sandomierzu to nawet nie wspomnę, strach mieszkać. Jednak Motive jest od nich mroczniejszy. I bardziej deszczowy. W pierwszym sezonie lało co niemiara, więc z odcinka na odcinek miny nam się wydłużały coraz bardziej. Dręczyło nas pytanie: pada, serio, tyle pada w tym Vancouver? [teraz już wiemy i odpowiemy: tak, serio, tyle pada]

Motive bardzo lubimy oglądać, a jeszcze bardziej lubimy, jak go kręcą pod oknem naszym 🙂

Dobry film, żeby zobaczyć miasto, poznać Vancouver. Będąc w Kanadzie można poszukać miejscówek z filmu (na szczęście, to niekoniecznie są miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać).

#2 FOUR IN THE MORNING

To jest serial, który trudno nam było obejrzeć przed przylotem do Vancouver. Z prostego powodu – po prostu go jeszcze wtedy nie kręcili.

Przeczytałam o Four in the morning kilka miesięcy temu w gazecie i od razu zechciałam zobaczyć. Głównie przez ten tytuł, Czwarta nad ranem. Ale niech Was nie zmyli, tak jak mnie – ze Starym Dobrym Małżeństwem, klimatem i tematem z ich piosenki Czarny blues o czwartej nad ranem, kanadyjski serial nie ma nic wspólnego.

Obejrzałam kilka odcinków i nie jestem w stanie z ręką na sercu odpowiedzieć, czy serial mi się podoba. Wciąga, tak, ale czy się podoba? Nie umiem rozeznać się w uczuciach, jakie mi towarzyszą podczas oglądania, ani po.

Rzecz się dzieje w Toronto, mamy czworo młodych ludzi, miasto i jego życie, ludzie i ich problemu. Często pokazane w sposób graniczący z absurdem. Obraz kanadyjskich dwudziestokilkulatków, multikulti, neurotyczne zachowania i pragmatyczne podejście do codzienności.

Jesli zatem przylatujesz na IEC (International Experience Canada aka Working Holiday visa) i szukasz jak najwięcej informacji o życiu w kanadyjskiej metropolii, o tematach, jakie poruszają Twoi kanadyjscy rówieśnicy, a przy tym chcesz poczuć lekko abstrakcyjny klimat, to ten serial jest dla Ciebie. Krótki i napakowany.

Szukasz kanadyjskich przyjaciół? Może po obejrzeniu tego serialu łatwiej będzie Ci ich zrozumieć, a co za tym idzie, nawiązać relację? Zawsze możesz przecież zacząć small talk od rzucenia mimochodem: Have you ever seen Four in the morning TV show?…

#3 DUE SOUTH

Due South musi być w tym zestawieniu. Musi. Dla nas to klasyka, bo oglądaliśmy, kiedy jeszcze w najśmielszych snach nie śniliśmy, że się znajdziemy kiedyś w Kanadzie.

Ameryka, a w niej zabłąkany policjant z RCMP w parze z szyderczym Amerykaninem. Cudowne zderzenie dwóch kultur, amerykańskiej i kanadyjskiej. Akcja Na południe dzieje się latach 90tych, ale smaczki kulturowe nic nie tracą na znaczeniu. Miły i uprzejmy kanadyjski policjant konny, w nienagannie odprasowanym czerwonym mundurze, rozwiązuje zagadki kryminalne z uśmiechem i jakże charakterystycznym dla Kanadyjczyków zrozumieniem dla inności (a czasami dziwactw) Amerykanów. Z jednej strony spokój, opanowanie, tradycja, a z drugiej rozemocjonowana, pędząca, nowoczesna Ameryka. Dogadają się? W serialu a i owszem, jednak w rzeczywistości Kanada pozostaje w cieniu Ameryki i wciąż jest przez nią mniej lub bardziej dobrodusznie poszturchiwana…


Dlaczego warto oglądać seriale kanadyjskie? Bo nawet jak nie jest powiedziane, że są o Kanadzie, to gwarantuję Ci, że znajdziesz sporo “kanadyjskości”. W ulicach na planie filmowym, w ujęciach przyrody, w zachowaniach aktorów, czy wreszcie w ich akcencie. Możesz mieć niezłą zabawę z wyszukiwaniem tych niuansów, które różnią kanadyjski serial i amerykański.

A, jeszcze jedna sprawa. Wszystkie filmy należy oglądać w oryginale (polski lektor skutecznie przeszkadza). W końcu trzeba ćwiczyć język angielski, c’nie?

Oglądając te wszystkie seriale, amerykańskie, kanadyjskie, te wszystkie filmy zachodnie, nie tylko spędzasz miło deszczowe popołudnie. Wyrabiasz sobie przy okazji jakąś wizję kraju. Twoje kanadyjskie wrażenie.  

I jak to wygląda teraz, kiedy już tu mieszkasz?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi! Wedy wiemy, co lubisz czytać

 

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [część II] Boisz się mówić po angielsku? Bo ja się boję

Znasz angielski super i nic Ci nie straszne? Emigracja w Kanadzie czy USA to piece of cake. Ale może boisz się mówić po angielsku? Zajrzyj !

Cieszę się, że pierwsze rozmówki kanadyjskie przypadły Wam do gustu.

Dla mnie te posty z pogranicza języka, komunikacji i różnic kulturowych są nieodzownym elementem obsługi początków emigracji w Kanadzie. Kiedy już ogarniemy najważniejsze [trochę już o nich napisałam na blogu], czyli załatwione zostanie: praca, mieszkanie, szkoła, warto na chwilę zatrzymać się i zastanowić.

Nie wystarczy żyć w danym kraju. Warto dobrze żyć i podnosić sobie jakość codzienności. Najłatwiej za pomocą języka.

Wszędzie o tym trąbię, ale napiszę jeszcze raz: naszym zdaniem największym Twoim kapitałem jako emigranta jest umiejętność komunikowania się po angielsku (ewentulnie francusku). Bez języka ani rusz !

Znasz już moje główne grzechy, które skutecznie utrudniały mi rozmowę z Kanadyjczykami. Ale nie wiesz jeszcze, że właściwie od samego początku się bałam. Bałam się mówić po angielsku.

[I teraz Ci co mnie znają osobiście mogą się mocno zdziwić, bo zwykle pierwsza wyrywam się do gadania. Ale boję się nadal. Tylko nieźle się maskuję]

A jak to wygląda u ciebie? Boisz się mówić po angielsku? Poczytaj, co ja u siebie zdiagnozowałam

Może też masz:

  • blokadę wewnętrzną? Miałam wrażenie, że chociaż uczyłam się angielskiego, to się nie nauczyłam i nic nie umiem, i nikt mnie nie zrozumie. Innym to idzie dobrze, a mnie nie. Jako rasowa Polka i 100% kobieta uwielbiam się porównywać, i  oczywiście moje poczucie własnej wartości w dużej mierze zależy od tego, co inni o mnie myślą. A co, jeśli powiem coś i inni będą myśleli, że jestem głupia i niedouczona, nic nie warta ?
A może myślisz:
  • W ogóle to jestem nieśmiała i introwertyczna. Może lepiej nic nie mówić? Może się domyślą?
I ok, można taką osobą być. I sobie dobrze żyć.

rozmowki-kanadyjskie-ii_boisz-sie-mowic-po-angielsku_kanada-sie-nada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-vancouver-i-emigracji-do-kanady

Jednak w taki przypadku USA i Kanada to nie są Twoje kierunki emigracji.

Bo tutaj jest tak, że jak się boisz, że się nie uda, to się nie uda. Wszyscy wierzą, że się uda, a tych, co w to nie wierzą, się nie lubi. I się z nimi nie rozmawia i nie zawraca się nimi głowy. Nikogo nie obchodzą Twoje uczucia strachu przed mówieniem. Nie mówisz, nie istniejesz.

Kolejne zagadnienie, który mnie dotyczyło i blokował przed odezwaniem się do Kanadyjczyka:

  • Nadmiernie rozmyślałam o przeszłości i procesie nauczania angielskiego, zamiast pomyśleć o hands on training. Przez głowę przelatywało mi: Nie zacznę mówić, jeśli nie będę znać angielskiego perfekcyjnie. Najpierw nauczę się języka, a później pójdę do pracy. Dobrej pracy. Nie czuję się pewnie i nie wiem, jaką decyzję podjąć.

i co się wtedy może wydarzyć?

  • Nie rozwijasz się, tkwisz w bezpiecznej bańce tych samych, często polskojęzycznych znajomych, tych samych, często niewystarczających tematów;
  • Jesteś strustrowana i zła;
  • Starasz się uczyć jeszcze więcej, kujesz na maksa, więc jesteś tym zmęczona na maksa;

Zapytaj się siebie, co się może stać, jak ci się NIE uda powiedzieć czegoś po angielsku?

Obrażą się?  ———> Nie

Pogniewają na ciebie? ————>Nie

Wyjdziesz na głupka?———> Nie

Muszę cię rozczarować – nikogo to nie obchodzi !

Ale Ty nie odniesiesz wymiernych korzyści:

-nie załatwisz sprawy

-nie poznasz nowych ludzi

-nie rozwiniesz siebie

-będzie nudno

Więc rada jest jedna: bój się i mów. Nie da się inaczej. Ja tak robię.

PS. Czytając ten post, zdałam sobie sprawę, że używałam cały czas formy żeńskiej czasownika. Nie wiem, czy panowie mają podobne zahamowania wewnętrzne, wydaje się, że łatwiej im przychodzi “rzucenie się na głęboką wodę” i niezastanawianie się, co też ludzie powiedzą. I dobrze 🙂

Masz jakieś swoje sposoby na strach przed gadaniem po angielsku? A może temat według Ciebie jest sztuczny? Daj znać, a ktoś Ci za to podziękuje !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcesz czytać !

 

Poradnik – służba zdrowia w Kanadzie

Służba zdrowia w Kanadzie – to jak to jest? Darmowa i dobra czy wręcz przeciwnie? Post z serii “Poradnik”.

Często dostajemy od Was w mailach ogólne pytania o emigracyjne życie w Kanadzie. O to, jak wygląda służba zdrowia czy szkoła kanadyjska. Postanowiłam więc przygotować serię postów poradnikowych, kompleksowo ujmujących jakiś temat, taki trochę post- filar.

To będzie pierwszy z nich.

Po więcej informacji oraz osobiste nasze doświadczenia w temacie pracy, mieszkania, lekarza czy szkoły w Kanadzie, zapraszamy do kategorii w Vancouver.


Po tym, co się ostatnio dzieje w moim życiu, stwierdzam, wcale nie odkrywczo, że zdrowie jest najważniejsze. A jak się przyjeżdża do innego kraju (szczególnie z rodziną, szczególnie z małymi dziećmi) to warto jest mieć choć ogólne rozeznanie, jak to wygląda.

To zaczynamy 🙂

Służba zdrowia w Kanadzie jest podobna do tej, którą mamy w Polsce. Czyli powszechna, ogólnie dostępna i przynajmniej w założeniu bezpłatna. Poniżej postaram się w miarę czytelnie opisać, jak wygląda, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską.

1 # powszechność i finansowanie służby zdrowia

Kanada ma ogólnokrajowy system opieki medycznej (Medicare), finansowany w znacznej mierze z budżetu i administrowany na szczeblu samorządowym. W praktyce każda prowincja czy terytorium ma swój własny plan medyczny. W niektórych prowincjach jest on w całości finansowany z podatków mieszkańców. Ale w innych, niestety także w B.C., trzeba co miesiąc płacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne (medical insurance premiums). Opłacenie tej składki czasami proponuje pracodawca, w ramach świadczeń pracowniczych, więc podczas rozmowy o pracę możesz się zapytać, czy firma płaci za MSP (Medical Service Plan in B.C.)

Z płacenia podstawowej składki zdrowotnej zwolnieni są często seniorzy oraz rodziny o niskim dochodzie. Mitem jest jednak twierdzenie, że Kanada ma bezpłatną opiekę zdrowotną.

Koszt składki dla osób mieszkających w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz TUTAJ.

Podstawowe ubezpiecznie medyczne zapewnia dostęp do podstawowych usług medycznych. Np. wizyta u lekarza rodzinnego, prześwietlenia klatki piersiowej, nastawienie złamanej ręki. Po listę zabiegów zawartych w podstawowym ubezpieczeniu medycznym Kolumbii Brytyjskiej zajrzyj TUTAJ.

Rozszerzone ubezpiecznie medyczne dotyczy rzeczywiście dodatkowych zabiegów czy wizyt, nieujętych w programie podstawowym. Jest to na przykład wizyta/rehabilitacja u fizjoterapeuty czy badania laboratoryjne.

Wygląda to inaczej niż w Polsce, gdzie prywatne ubezpieczenie medyczne to zazwyczaj łatwiejszy dostęp do tych śwadczeń, które są i tak płacone przez NFZ. Myślałam na początku, przenosząc doświadczenia z Polski, że extended health care to coś właśnie jak abonament w Luxmedzie, gdzie ma się szybszy dostęp do lekarza pierwszego kontaktu czy pediatry. A to coś innego.


Kanadyjskie ubezpiecznie zdrowotne = MUSISZ MIEĆ plan podstawowy (albo finansowany przez prowincję, albo ty płacisz sam, albo pracodawca płaci za Ciebie jako bonus) + MOŻESZ MIEĆ plan rozszerzony (ty płacisz sam albo pracodawca płaci za Ciebie jako bonus pracowniczy, zwany z polska: benefitem)


2 # rozszerzone ubezpiecznie medyczne

Budżet prowincji ma wpływ na to, jakie usługi medyczne są wliczone w podstawowy pakiet medyczny. Za wszystkie inne przyjdzie Ci niestety zapłacić dodatkowo. W przypadku konieczności skorzystania z usługi medycznej niezawartej w podstawowym ubezpieczeniu zapłacisz z własnej kieszeni (out-of-packet payment) albo zostanie ona pokryta z ubezpieczenia dodatkowego (extended health care plan). Szczegóły poniżej:

[symple_column size=”one-half” position=”first” fade_in=”false”]Masz tylko podstawowe ubezpiecznie zdrowotne (MSP), a całość kosztów dodatkowych świadczeń sam płacisz  – to proste, dostajesz przy wyjściu fakturę i uiszczasz opłatę. Jeśli nie jest to sprawa zagrażająca życiu KONIECZNIE zapytaj najpierw o koszt usługi [wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć, bo może zaboleć]. Przykład: u dentysty koszt wizyty – i nie piszę tutaj o jakimś zaawansowanym plombowaniu – to około 200-300 CAD. Jak mówią internety, często bardziej opłaca się wylecieć do Polski i wyleczyć co trzeba. Z biletem lotniczym i tak wyjdzie taniej niż w Kanadzie[/symple_column]

[symple_column size=”one-half” position=”last” fade_in=”false”]Masz dodatkowe ubezpiecznie zdrowotne (extended health care plan zwany też third-party insurance), koszty dodatkowych świadczeń współpłacisz z ubezpieczycielem. Tutaj również możliwe są różne warianty:

  1. Płacisz całość kwoty u lekarza, u dentysty czy okulisty (up-front payment) i później fakturę wysyłasz do ubezpieczyciela (towarzystwa ubezpieczeniowego), który zwraca Ci całą lub część tej kwoty na konto/czekiem. Sposób mniej przyjazny dla ciebie, bo oznacza konieczność wysłania dokumentów (extended health care claim) do ubezpieczyciela (pocztą lub emailem) i czasami dodatkowych wyjaśnień czy dyskusji o ten wydatek medyczny.
  2. Płacisz część opłaty (w zależności od Twojego planu może to być np. 20% całej kwoty, nie słyszałam o extended health care pokrywającym 100% wydatków medycznych). O resztę klinika/szpital/dentysta czy inna placówka medyczna występuje sama do ubezpieczyciela. Nie musisz się właściwie o nic martwić, pokazujesz tylko swoją kartę, że masz dodatkową opiekę medyczną i koniec formalności.[/symple_column]

Trochę informacji o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym znajdziesz w artykule z Vancouver Sun [ang]

Towarzystwa ubezpieczeniowe, w których mamy/mieliśmy dodatkowe ubezpiecznie extended health care plan:

  • SunLife – nasz obecny ubezpieczyciel (z firmy Kuby). Obsługa telefoniczna w miarę ok (czasami sobie zaprzeczają, więc zawsze notujemy imię konsultatnta, żeby nie było potem niedomówień), czas oczekiwania na połączenie z konsultantem w kanadyjskiej normie. Największy minus – przyjmują wnioski tylko w formie papierowej, więc musisz nadać list z rachunkami (koszt normalnego około 2 CAD)
  • Maunlife – poprzedni ubezpieczyciel (z firmy Kasi). Jakoś tak wyszło, że wszystkie opłaty dodatkowe za usługi medyczne były bezpośrednio ściągane przez przychodnie, więc nie mamy osobistych doświadczeń w kontakcie.

Co warto wiedzieć: jeśli dwie soby mają w rodzinie ubezpieczenie od innych ubezpieczycieli (bo np. takie mają przyznane w ramach bonusów od pracodawców) to często można kumulować zwrot za usługi medyczne bądź podwyższać sumę świadczeń. Nigdy tak jeszcze nie robiliśmy, ale wiemy, ze można. I wtedy można dostać nawet 100% zwrotu zaplombowanie czy okulary.

#3 – oczekiwanie na ubezpieczenie i aplikowanie o nie

Wiesz już, że musisz być w jakiś sposób objęty ubezpieczeniem medycznym. Ponieważ to kanadyjskie nie przysługuje automatycznie, trzeba o nie wystapić. Dokumenty aplikacyjne są dostępne w przychodniach, szpitalach, a najlepiej rozejrzeć się online.

Kanadyjskie ubezpieczenie zdrowotne zależy od Twojego statusu tutaj. Niebędąc rezydentem czy obywatelem niekoniecznie przysługuje Ci ubezpieczenie (znowu zależy od prowincji), a jeśli tak, to zwykle jest ono ważne tak długo, jak Twoja wiza.

Okres oczekiwania na rozpoczęcie okresu ubezpieczeniowego może wynosić nawet 3 miesięce. Na ten czas musisz mieć ubezpieczenie komercyjne. Najczęściej kupione jeszcze w Polsce, polecam z jak najszerszym pakietem. [Uwaga: zapoznaj się dokładnie z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczeń i upewnij, że nie dotyczy ono tylko pobytu turystycznego, ale także pobytu na wizie pracowniczej, czyli zwrócą Ci za ewentualny wypadek przy pracy].

#4 – co NIE jest zawarte w bezpłatnym planie medycznym

Poniżej najważniejsze trzy usługi okołomedyczne, za które w większości miejsc zapłacisz z własnej kieszeni całość kosztów:

1. DENTYSTA: Praktycznie cała opieka stomatologiczna w Kanadzie jest prywatna. Oczywiście są miejsca, gdzie możesz zbadać czy leczyć zęby za darmo, ale są one dla ludzi o bardzo niskim dochodzie, albo tylko dla dzieci, albo tylko dla seniorów. W Polsce też teoretycznie usługi dentystyczne są płacone przez NFZ. A w praktyce? No właśnie, i tak wszyscy chodzimy leczyć zęby prytwanie (pozdrowienia dla naszej Pani Dentystki z Mcza, dr B. Ż !)


Crime story pt: “My kontra dentyści w Vancouver“. Z litości nie wspominam o kosztach!


2. OKULISTA i OPTYK: W B.C. dzieci i seniorzy mają prawo do bezpłatnego badania wzroku raz do roku. Za okulary się płaci dodatkowo. Dorośli płacą za wszystko. Koszt badania w Vancouver to około 70 CAD, koszt okularów 200-300 CAD.

3. LEKI: lekarstwa (poza tymi, które dostaniesz w szpitalu, podczas hospitalizacji*) nie są zawarte w ogólnym, podstawowym planie medycznym. Dostajesz receptę, idziesz do apteki i płacisz. Częściowe współpłacenie jest możliwe z rozszerzonym ubezpieczeniem. Dla osób bez dodatkowego ubezpieczenia, które potrzebują stałych leków, rządy prowincji oferują pomoc finansową. O szczegóły musisz zapytać farmaceutę. W Kolumbii Brytyjskiej jest program PharmaCare dla osób o niewielkim dochodzie. Szczegóły TUTAJ.

*może się zdażyć, że będzie wersja bezpłatna i płatna, np. zwykły gips jest bezpłatny, a ten wodoodporny lub termoplastyczny kosztuje. Jeśli się na niego zdecydujesz i przyjdzie Ci zapłacić, sprawdź czy dodatkowe ubezpiecznie medyczne Ci za to nie zwraca.

Gdzie znaleźć aptekę? Pytaj Googla o Drugstores czy Pharmacies. 

  • My mamy najbliższą w Shopper’sie.
  • Możesz kupić lekarstwa bez recepty (non-prescription drugs lub over-the-counter drugs), stojące na regałach w sklepie, tak jak ogólnodostępne leki w polskich supermarketach.
  • Jeśli lekarz wypisze Ci leki na receptę (prescription), wtedy przynosisz ją do okienka z napisem drop off, gdzie zostawiasz receptę farmaceucie.
  • On przygotuje dla Ciebie lekarstwa (zwykle czeka się kilkanaście minut) i możesz je odebrać w następnym okienku (pick up).
  • Jeśli lekarstwa będziesz musial przyjmować stale, farmaceuta ustali z Tobą system uzupełniania zapasów (częstotliwość, jak je będziesz odbierał, czy farmaceuta ma dzwonić z przypomnieniem itd.).
  • Część ubezpieczycieli zwraca pewną kwotę także za lekarstwa, więc sprawdź czy masz to w swoim extended health care plan‘ie.

CIEKAWOSTKA: Marihuana lecznicza jest legalna w Kanadzie. Napisałam kiedyś do Magazynu Fuss, jak wygląda sytuacja zioła w Vancouver. Chcesz poczytać?


#5 – Jesteś chory, masz chore dziecko, co robić wtedy?

  • Jeśli jesteś chory, najpierw idziesz do swojego lekarza rodzinnego (jak  go masz), albo do przychodni (walk in clinic). Tam Cię zbadają i w razie konieczności dostaniesz skierowanie do lekarza specjalisty (także pediatry) czy na dodatkowe badania. Wizytę u lekarza rodzinnego zwykle rezerwujesz wcześniej, powinni Cię przyjąć w przeciągu kilku dni. Do przychodni, jak nazwa wskazuje, możesz wejść z ulicy i odczekać swoje w kolejce. Uwaga na odwoływanie wizyt: większość praktyk lekarskich stosuje (late) cancellation fee, jeśli za późno odwołasz wizytę lub w ogóle się na nią nie stawisz.
  • Nie ma limitu wizyt w przychodni czy u swojego lekarza rodzinnego. Nie jest łatwo znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów. Przed wizytą należy podać powód tejże (jeden problem medyczny na wizytę!). Nie musisz mieć ani lekarza rodzinnego, ani ubezpieczenia, żeby zostać przyjętym do szpitala w razie zagrożenia życia.
  • Zajrzyj pod ten link, żeby się dowiedzieć, w której przychodni (walk in clinic) są najkrótsze kolejki!
  • Jeśli spotkał Cię wypadek, dzwonisz na 911 lub idziesz do najbliższego szpitala.
  • Jeśli nie wiesz, co robić, dzwonisz na 811. Porozmawiasz z pielęgniarką, która Cię pokieruje, co robić, da adres do lekarza, wskaże przychodnię. Miej przy sobie numer karty zdrowia (BC Health Care Card). Zadzwoń tam, jeśli masz dziecko z gorączką i nie wiesz, czy ktoś może przyjść obejrzeć je w domu. Wizyty domowe w Kanadzie nie są w standardzie !

Zagrożenie życia – jedziesz do szpitala

Brak bezpośredniego zagrożenia życia – jedziesz do przychodni / swojego lekarza rodzinnego.


#6 różne ważne info

 A co jak wyjeżdżasz z Vancouver, albo z Kanady? Plan ubezpieczenia zdrowotnego zależy od prowincji/terytorium i wyjeżdżając z niej jesteś wprawdzie ubezpieczony, ale zorientuj się, czy nie jest wymagana dodatkowa rejestracja albo spełnienie innych warunków (out of province health care). Najczęściej ubezpiecznie jest ważne do sześciu miesięcy poza Kanadą. I pokrywa wydatki do wysokości kwot kanadyjskich (tzw. table-rates). Czyli np. w USA w razie wypadku zostaniesz poproszony o dopłacenie różnicy za usługi medyczne, które są tam droższe niż w Kanadzie.

Sprawdź swoją polisę dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego ! Może masz coś, co możesz wykorzystać, np. wizyty u masażysty? Niewykorzystane w danym roku zabiegi nie przechodzą na następny rok i nie kumulują się. Jeśli korzystasz z wizyt u lekarza/masażysty/psychiatry, zorientuj się, czy mają zarejestrowaną praktykę medyczną (jesli nie, może być Ci trudniej odzyskać zwrot kosztów leczenia od ubepzieczyciela)

Trzymaj rachunki od lekarza ! Ponieważ jak się zdążyłeś zorientować dostarczycieli usług medycznych jest kilku, a każdy rządzi się trochę innymi prawami, zawsze trzymaj wszystkie rachunki medyczne i faktury, żeby w razie czego móc wystąpić o zwrot kosztów leczenia. W Kanadzie służba zdrowia w dużo większym stopniu niż w Polsce opiera się na strategii biznesowej.

Szczepionki. Kto nie ma dzieci, temu może wcale do głowy nie przyjść, że szczepienia to temat kontrowersyjny. Zdania rodziców co do szczepień dzieci Co do edukacji przed-szkolnej, to zależy od typu placówki (trzeba się informować u źródeł). Kalendarz szczepień dla dzieci w B.C. znajdziesz TUTAJ. O naszym doświadczeniu ze szczepionkami TUTAJ. Dobry wpis na blogu Polityki o szczepionkach w Kanadzie i nie tylko.

Szpital. Wszelkie lekarstwa, procedury (zabiegi, znieczulenia, operacje, zdjęcia, testy laboratoryjne, poród, prowadzenie ciąży, opieka poporodowa) są zawarte w podstawowym planie medycznym. Badania zlecone dodatkowo przez inne instytucje (np. do prawa jazdy, do ubezpieczenia, do celów imigracyjnych) są płatne przez Ciebie. Uwaga: w wielu prowincjach transport karetką jest dodatkowo płatny, nieujęty w podstawowym ubezpieczeniu zdrowotnym.

 

Mam nadzieję, że teraz wiesz już więcej o tym, jak wygląda służba zdrowia w Kanadzie.

Podsumowując moje odczucia: po dwóch latach mieszkania w Vancouver, widzę, że najlepiej nam było z abonamentami w Medicover czy Luxmedzie.

Byliśmy szczęściarzami, mając do nich dostęp w Polsce. Ale w Vancouver też nie narzekamy, a w porównaniu z bardzo niedofinansowaną publiczną polską służbą zdrowia, bardziej nam się podoba publiczny system kanadyjski.

I jest bardziej życzliwy, choć zaskakuje mnie wciąż…

To co kochani ? Na zdrowie !


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [ część I ] Z czym ja miałam problem? No dobra, wciąż mam….

Moje główne grzechy komunikacyjne w rozmowie z Kanadyjczykami. I nie, nie jest to nieznajomość języka angielskiego.

 

Najpierw tytułem wstępu. Kto mnie zna, wie, co studiowałam. Kto mnie zna lepiej, wie, co teraz myślę o takim wyborze studiów [dyskretny chichocik w tym miejscu]. Ale, ale zawsze lubiłam język i wielu się uczyłam (zważ na różnicę: uczyłam, a nie na-uczyłam).

Wiele rzeczy, jeśli nie wszystkie w życiu, zależą od naszej umiejętności komunikowania się. Nie bój się, nie ja to wymyśliłam, więc gwarancja jest, że ktoś mądry już tę prawidłość udowodnił. Ja co najwyżej mogę się podpisać wszystkimi czterema kończynami pod tym stwierdzeniem, zwłaszcza po dwóch latach mieszkania w kraju, którego język wciąż jest dla mnie obcym.

Często myśląc o tym, co stanowi  naszym powodzeniu na emigracji, nie poświęcamy za dużo uwagi komunikowaniu się czy językowi. Naturalnym jest myślenie o pracy, mieszkaniu, aklimatyzacji. Gdzieś może się zawahamy, co do angielskiego, no ale proszę Cię, angielski ?! Ja nie dam rady? Kto, jak nie ja?

Sama tak myślałam. Błąd ! I mimo że nie obawiałam się o swój angielski, to z zaskoczeniem zobaczyłam, że się z Kanadyjczykami nie dogaduję.

Zaczęłam się zastanawiać i lojalnie uprzedzam drodzy czytelnicy, że będzie na blogu seria postów pt. Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Bo mam potrzebę wygadania się na ten temat. I zapisania ku przestrodze i ku pamięci [mojej głównie]

To zaczynamy:

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Moje grzechy komunikacyjne

 

1. grzech główny – długość wypowiedzi

Ja jestem gaduła, serio mogę zagadać każdego. Więc moja największą bolączką nie jest to, że kogoś nie interesuje, co mam do powiedzenia. Mnie nie interesuje, że jego nie interesuje, byleby słuchał.

Kanadyjczycy, naród mający opinię grzecznych i uprzejmych ludzi. Myślisz, że stali i słuchali, jak Kasia nawija? O nie ! Kanadyjczycy nie będą słuchać, oni dadzą jasno do zrozumienia, że nie mają czasu na dłuższą rozmowę. Taktownie ją skończą, ale skończą definitywnie. I mogą zacząć unikać rozmowy ze mną od tej pory, bo właśnie dostałam łatkę gaduły i zanudzacza. Trudno o drugą szansę. Oczywiście nadal będą uprzejmi, ale będzie to uprzejmość podszyta lekką nutką niecierpliwości i dystansu.

Nie polecam !

2. grzech główny, wypływający z 1. – monopol na rozmowę

Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że jako gaduła podpadam dodatkowo pod kategorię monopolista rozmowy. Ciężko się samemu zdiagnozować, bo miałam święte przekonanie, że robię dobrze społeczeństwu, bo przecież podtrzymuję konwersację. I wchodziłam głębiej i głębiej w temat, obierając go jak cebulę z warstw i nie patrząc, że innym już od niej lecą łzy z oczu.

I Kanadyjczycy mi pokazali (grzecznie, a jakże !), jak pohamować zapędy takiej monopolistki i gaduły . Mówili na przykład tak:

Wow Kate, that’s amaizing that you you had a great time on camping. Before you continue I need to let you know that in few minutes I have to get back to…..

Well, Kate that’s really something. I have to take care of…. right now. Maybe we can catch up later.

 

A skoro o przerywaniu mowa….

3. grzech główny – przerywam

Niegrzeczne i wyjątkowo źle widziane w Kanadzie. Z wyjątkiem sytuacji opisanych powyżej, czyli przerywanie celem zatrzymania słowotoku, nie ma usprawiedliwienia.

A ja? Przerywam komuś wpół zdania, zanim ktoś skończy, bo myślę, że wiem, co on chce powiedzieć i nie chce mi się czekać tych dwóch minut, żeby mógł skończyć. Nie będziemy tracić czasu przecież jest tyle do obgadania. Albo co gorsza ta osoba się myli i przecież moim najświętszym obowiązkiem jest wyprowadzić ją z błędu.

O rany….. (nawet jak o tym piszę, to się rumienię ze wstydu)

Kończąc tę samokrytykę, chcę jeszcze napisać o dwóch postawach komunikacyjnych, które są równie źle odbierane. U mnie też występują (pocieszam się, że w mniejszym natężeniu), a przyszły mi do głowy podczas rozmów w gronie emigrantów. I nie, nie tylko Polaków 😀

Grzech poboczny – ja mam gorzej i to nic nowego

Po angielsku taka postawa nazywa się: the one upper – czyli ja to mam gorzej/lepiej, czyli wyścig na opowieści. W gronie kobiecym zwykle przebijanie się historiami negatywnymi i o dzieciach, w gronie męskim przechwałki. Wybaczcie uproszczenie.

Taki przykład. Ktoś z emigrantów dzieli się swoimi wrażeniami z poszukiwania pracy, a ktoś inny przebija to opowiadając, jak mu było ciężko, ale się udało, i żeby się nie przejmował. Jednocześnie nieofiarując tej osobie uznania jej opowieści, żadnych słów wsparcia, współczucia. Niegrzeczne i smutne. Najgorsze, kiedy przebijacz historiami myśli, że przerywając wyświadcza przysługę, bo oznacza to, że słuchał i niejako w odpowiedzi na wysłuchaną historię, musi dorzucić swoją.

Can you top my story? eeee, to spadaj.

Lekka modyfikacja powyższego zachowania: zrównanie czyjeś historii z ziemią.  Czyli wysyłanie całym swoim ciałem i słowami komunikatu: A weź ty już lepiej nie opowiadaj, bo to odgrzewane kotlety i nic nowego, a właściwie nudne i oszczędź nam tej opowieści. Ja też tam byłem, też tak miałam, a nawet gorzej… (vide: przebijacz).

Morał: mówić (nie tylko po angielsku) to można umieć, ale rozmawianie (nie tylko z Kanadyjczykami) to jest wyższa szkoła jazdy

A Tobie się rozmawia z Kanadyjczykami? Luzik czy stresy są? Co pomaga, a co przeszkadza? Napisz w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje za radę !
<hr />

<h4 style=”text-align: center;”>Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcesz czytać !</h4>

<hr />