Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.
po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.
Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.
I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.
Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.
Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.
Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.
Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak. A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.
W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.
Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.
Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?
My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores(herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.
Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.
Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.
Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie, które możesz robić będąc na kempingu:
pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!
Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech.
Dał o sobie znać w sobotę z rana.
Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, alesporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.
Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.
Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.
Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.
→ Jak Sechelt wygląda – link do miejskiej strony
Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.
Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.
I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.
A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.
Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].
Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!
Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!
Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.
Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉
Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.
Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.
Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli. Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.
Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).
Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!
Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove?
Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani zZatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.
Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.
Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.
Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.
Reasumując: ładnie było, ale pewnie minie sporo czasu, zanim się znowu wybierzemy. O ile w ogóle.
Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)
W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej.
Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.
Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).
I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.
Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty… Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.
Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:
nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]
Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo.
Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!
Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.
Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny.
Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej.
Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku.
Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.
Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.
Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.
Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.
Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.
Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.
Edit z 2019 – od kilku miesięcy pracuję a agencji interaktywnej i moja pensja to 45000 CAD rocznie.
Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?
1. Wydatki na mieszkanie
Gdzie mieszkamy?
Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.
Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.
Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.
Szukasz mieszkania w Vancouver? Przeczytaj te wpisy:
Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.
Wyposażenie mieszkania
Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo).
Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem.
Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.
Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).
Zakupy robimy:
w Ikea i Canadian Tire;
w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
na Craigslist(także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);
Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.
Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.
2. Jak kupujemy ubrania?
Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.
Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.
Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies (turystyczne) albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.
Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!
Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu.
W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )
3. Jedzenie i zakupy do domu
W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.
Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.
kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże. Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;
4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor
Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.
zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.
5. Szkoła i przedszkole
Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.
Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:
Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).
6. Inne wydatki:
Transport.
Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz. Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise. Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata. (Niestety, w styczniu 2019 jeden nam skradziono)
Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.
O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].
Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!
Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.
No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.
Ale co poradzić, jak mi się nie chce?
Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.
Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i z dzieckiem na plażę pójść.
Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)
Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.
I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.
Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.
Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.
Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).
A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?
Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.
W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).
Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.
Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?
Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.
Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.
Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.
Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park
W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!
Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.
Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).
W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać. To nie jest Garibaldi Park.
Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?
Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).
Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.
Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!
Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.
Bo tam rządzi zielone.
Bardzo rządzi !
Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: “Sekretne życie drzew“.
Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.
Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!
Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉
Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!
To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!
Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).
W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).
Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”
Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.
W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.
Zachęciłam, co?
Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?
Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.
Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.
W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.
Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.
Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki. W tych dzielnicach.
Wiele rodzin stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo.Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.
Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.
I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?
Szkoły są przepełnione.
W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.
Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.
Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.
Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.
I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?
Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.
Pomogą Ci te pytania:
Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?
Najwyższych wyników w rankingu?
Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
Małych klas?
Opieki przed- i poszkolnej?
My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.
Co lubię w naszej szkole?
WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)
Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.
ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.
Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).
Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.
Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…
PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!
Czego nie lubię w naszej szkole?
POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.
W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)
To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…
Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…
Uważam że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.
Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.
Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?
Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.
Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.
Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.
My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.
Dorzucimy do listy Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.
Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.
Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.
Ps. Nie jedz pizzy.
Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.
Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.
A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?
Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.
Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.
Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.
Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.
Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.
Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.
To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?
Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.
Eeeee, co za dziwaczny tytuł, tego posta to się pewnie nie da czytać.
Przekonasz się?
Rodzina u nas była z Polski, pisałam już o tym? No pewnie, że wiesz, prawda, przecież tyle o tym trąbiłam i się cieszyłam, że moi rodzice po raz drugi nas w Kanadzie odwiedzili.
Było zabawnie, bo w Vancouver cały czas lało (z przerwą na jeden piękny, słoneczny dzień, który spędziliśmy w Victorii).
Kiedy pada, dzieci się nudzą. Krzysiek byłby się chętnie ponudził, ale na jego (nie)szczęście, babcia Alina, była nauczycielka, z dziką ochotą wykorzystała ten czas, aby nadgonić trochę materiał z nauczania domowego języka polskiego. (Jeśli jeszcze nie wiesz, Krzysiek uczy się w czwartej klasie w systemie orpeg.pl; więcej o tym znajdziesz we wpisie o pierwszej lekcji polskiego w 2014)
Jak się domyślasz, dzieci nie były zachwycone dodatkową pracą i kilkakrotnie padło pytanie: “po co ja się tego uczę?”
Odpowiedź najprostsza: “żeby wiedzieć”, jakoś Krzyśka nie przekonuje.
Zatem temat rozwijamy: “żeby dobrze czuć się w Polsce”.
A wtedy pada yytanie: “Ale po co, skoro mieszkamy w Kanadzie?”
I tutaj odpowiedź: “bo jesteś Polakiem / (łamane na, slash) Kanadyjczykiem”. (Już widzisz, skąd to slashies?)
Jesteś tym i tym. Nie tylko jedną, zamkniętą, określoną osobą. Spójną, zamkniętą, uporządkowaną osobą.
Jesteś synem/uczniem/budowniczym Lego/wymyślaczem komiksów/fanem Batmana i schabowego.
Jesteś Polakiem i Kanadyjczykiem.
Zajmujesz się wieloma rzeczami w tym samym czasie. Jesteś wieloma osobami w jednym ciele.
Schizofrenią powiało… No wiem, ale co poradzić, ja już tak mam. Jak jeszcze tego nie wiesz, to znaczy, że nie czytałeś bloga 😉
Pytam samą siebie co i rusz, kim ja jestem w tej Kanadzie.
Ale co tam, w tej Kanadzie, kim ja jestem w życiu, się pytam. I się co rusz nadziwić nie mogę, że odpowiedź za każdym razem jest inna. Ukośnikowata. Niepoukładana, nieperfekcyjna, nieostateczna.
Jestem slashy, jeśli chodzi o uczucia, nie tylko o pracę, o zawód w tym momencie wykonywany.
I dobrze mi z tym. To jest prawdziwe, bo moje.
Jak zapytasz Krzyśka, kim chce zostać, odpowie: inżynierem i aktorem. Nie boi się łączyć dwóch zupełnie różnych dziedzin.
Podobno my, 2o-30 kilkulatkowie jesteśmy już całą generacją slashies. Zawsze to miłe jest, jak ktoś tak wszystkich wrzuci do worka i opisze, c’nie? [sarkazm]
Ludzie starsi niż nasz 10latek opisują siebie, jako kogoś łamanego na kogoś innego.
I na jeszcze kogoś, bo w sumie czemu nie?
Ba! Ja tak siebie opisuję (nie wierzysz? Zajrzyj na mój LinkedIn).
Jestem kobietą/Polką w Kanadzie/mamą/blogerką/byłą korpopracowniczką/organizatorką spotkań/programistką-in spe (to akurat czas przyszły mocno wątpliwy).
Wygląda na strasznie długi opis i pozornie nie do pogodzenia w jednej osobie.
Czy wiele twarzy, wiele zawodów, nie powoduje chaosu? Nie narzuca tego słynnego, wiele razy krytykowanego multitaskingu. Nie przeszkadza na życiu się skupić?
To już zależy od ciebie! (ale mądra jestem, prawda?).
Nie będę zanudzać cię zbyt długim moim wywodem, rodem z parku relaksujących się kolesi. Napiszę tylko, że bycie łamańcem czy też ukośnikiem to bardzo fajny pomysł, a testuję go właśnie w Kanadzie. W Polsce jakoś na to nie wpadłam. Albo czasu nie było.
Tu i teraz nasi synowie są łamańcami z naszego wyboru.
Teraz jeszcze w niewielkim stopniu decydują o sobie.
Chociaż wróć, pomyłka, właśnie, że decydują. Przecież w końcu Krzysiek jest i Batmanem, i gitarzystą, prawda?
Jednak to rodzic ma ostatnie słowo w temacie decyzji twardych i ukośnikowatości emigracyjnej, czyli: czy być Polakiem, czy Kanadyjczykim, czy Polako-Kanadyjczykiem, czy Kanadyjczyko-Polakiem.
To rodzic odpowiada na pytanie o proporcje powyższej mieszanki.
Ja z uporem maniaka walczę, żeby żyć na dwa kraje. Wierzę, że się da. Teraz walczę, choć przed emigracją mogłam się lepiej przygotować.
Dopóki decyduję ja, chłopaki będą na równi uczyli się polskiego i angielskiego.
Będę płacić 1600 CAD za bilet na lot ponad 24h z przesiadką w Toronto, byleby na dwa tygodnie do Polski polecieć (Kuba nie ma dłuższego urlopu).
Będziemy ich uczyć, żeby próbowali więcej. Żeby życie rozszerzali na dwa kraje.
A jak nie zechcą za jakiś czas? To wtedy będzie kolejny wpis 😉
Dwudziesto-, trzydziestolatkowie, a już tym bardziej nasze dzieci, próbujemy więcej, testujemy więcej. Przez to łatwiej też podejmujemy decyzję o wyjeździe do innego kraju i przewróceniu swojego życia do góry nogami. Patrzymy szeroko i równie szeroko sięgamy.
Nie wierzysz? Zobacz, jak rośnie grupa facebookowa Oh Kanada – codziennie pojawia się ktoś, a raczej wielu ktosiów, którzy chcą być nie tylko Polakami w Polsce.
Chcą próbować innego. Nawet, jeśli się nie uda, nawet jeśli koszty będą wysokie, warto.
Spróbuj zapytać swoich rodziców, jak oni się przedstawiają. Jestem prawie pewna, że użyją jednego, góra dwóch określeń na siebie.
Ciekawe, dlaczego? 😉 Pewnie dlatego, że kiedyś były inne czasy. Zdaniem wielu to były lepsze czasy. Niepokomplikowane i grzeczniejsze.
Nawet jeśli, to co?
Bądź sobie kim chcesz. Byleby uczciwie. Kanada i tak wyciągnie z ciebie prawdę.
Emigracyjne emocje pokażą, kim jesteś, kim możesz być. I czy warto się starać. W Kanadzie, ale co ja piszę, nie tylko w Kanadzie, wszędzie, także w Polsce, można być kimś więcej.
Ale najlepiej przy tym wszystkim być sobą.
Fajnie, prawda?
PS. Jeśli jeszcze nie czytałeś, to u Patrycji jest szczery tekst o zostawieniu pracy w kanadyjskim korpo. Patrycję znam, i lubię, i polecam jej bloga. Polka-girl, jak to czytasz, napisz w komenatrzu, czy też jesteś ukośnikiem?
PS2. Tak, wiem, że definicja wyrażenia slashy to nie do końca to, co opisuję w tym poście, ale co tam. Zawłaszczam pojęcie, bo ukośnikowatość mi tutaj bardzo pasuje.
Jaka jest matka Polka w Kanadzie? Piszę, bo zaraz Dzień Matki! Może masz ochotę przeczytać, co myślę o byciu matką dwóch synów w Vancouver?
Najpierw słówko o samym święcie. Matka Polka w Kanadzie zasługuje na co najmniej dwa!
Dzień Matki to w Kanadzie święto ruchome. Wypada w niedzielę majową. W sumie dobrze. Co roku inaczej, trzeba być w gotowości!
Jeśli będzie w niedzielę, to tylko lepiej – wtedy jest więcej czasu na świętowanie. Dziecko ma też więcej czasu na przygotowanie się w sobotę, jeśli jakieś wdzięcznie zapomni o mamie w natłoku obowiązków tygodnia.
Ja to mam tak dobrze, że ucząc synów języka polskiego i polskich tradycji, mogę im o drugim Dniu Matki opowiedzieć i tym sposobem obchodzić moje święto dwa razy.
Od 2015 r. skrupulatnie się tego trzymam i świętuje dwukrotnie!
W 2017 kanadyjski Dzień Matki przypada w niedzielę 14. maja. A polski? No wiadomo, 26 maja. Dobry, majowy czas.
Jestem matką Polką Kanadyjską a to oznacza dwa razy
Dwa razy więcej proszenia synów o właściwe słowa. Najpierw po polsku, bo to język mojego serca i emocji, a potem po angielsku, bo to język naszego życiowego wyboru (tu i teraz). Dwa razy częściej nakłanianiam do mówienia, czytania i pisania, bo trzeba przećwiczyć i umieć w obu językach. Tak, żeby było sprawiedliwie, i choć to nie zawsze oznaczna w takiej samej ilości, to trzeba dwa razy poświęcić
Matka Polka Kanadyjka ma dwa razy więcej roboty w objasnianiu życia.
Podczas każdej rozmowy z dziećmi, na dowolny w zasadzie temat, pada pytanie: a jak to jest w Polsce? A jak w Kanadzie? Szczególnie dużo takich odniesień jest w rozmowach z nastolatkami. Demokracja w Polsce polega na tym i tamtym. A jak myślisz, Krzysiu, jak to jest w Kanadzie? Rozumiesz, synku, dlaczego Kanada jest państwem federalnym, a Polska unitarnym?
Muszę być dwa razy bardziej cierpliwą matką polką kanadyjską. Bo wjeżdża życie i wychowanie kanadyjskie, którego nie znam z własnych przeżyć, więc nikt mi tej wiedzy nie przekazał. Wobec moich synów, Kanadyjczyków przecież, nie mogę wyskakiwać tylko z polskim wychowaniem. To nie jest takie proste. Więc dwa razy częściej zatrzymuję się i myślę, jak zareagowałaby matka kanadyjska. I że pewnie była by bardziej cierpliwa niż ja, matka polska.
Matka Polka Kanadyjka to w końcu dwa raz mniej czasu, bo trzeba zmieścić dwa systemy, dwa kraje, dwie historie, a doba się wcale magicznie nie rozciągnęła do 48 godzin.
Mogłabym tak ciągnąć tę matczyną matematykę. Wynik zwykle jest na plusie, choć czasami dzielenie zostaje z kwaśną resztą.
Matka Polka na emigracji ma gorzej czy lepiej?
Nie wiem, jak każda, wiem, jak ja. Co ze mnie w Kanadzie wyszło?
Jako Matka Polka Kanadyjska mam lepiej czy gorzej?
Minusy bycia Polką – matką w Kanadzie
Trochę ich będzie. Ale nie przejmuj się za bardzo. Niektórych nie doświadczysz, a inne będą tylko niewielką przeszkodą. Ważne, żeby ufać sobie!
Brak lokalnego systemu wsparcia i pomocy przy dziecku.
Brak najbliższych uwiera zwłaszcza na początku naszej emigracji, kiedy się nikogo nie znało, a nikt nie znał nas.
Brakuje życzliwych, nieżyczliwych zresztą też. Z kim dziecko zostawić, kiedy drugie trzeba odwieźć do szpitala?
Na początku emigracji Polkom, (nie tylko) matkom brakuje wiedzy o kanadyjskim życiu.
Przylatujesz i nie wiesz nic.
Jak działa szkoła, jakie lekarstwa podać, jakie prawo obowiązuje.
W 2014 nie było tyle grup na facebooku, tyle blogów, nie było Polskich Babskich Spotkań i w sumie nie wiedziałam, kogo się zapytać. Ani o co dokładnie pytać
Nie mówię, że w innej sytuacji, czy innym kraju (Polsce) byłoby to niemożliwe.
Mówię, że jak nie wyjdzie, to emigracja zawsze jest jakąś wymówką (wiem, mocno naciągam, ale coś w tym jest, c’nie?).
I robię to, wiele rzeczy testuje. Obecnie jestem soccer mom oraz home-stayed mom. Jestem więcej czasu z dziećmi, zobaczymy, czy to wszystkim na dobre wyjdzie.
Mogę łatwiej dzieci odwagi nauczyć.
Na własnym przykładzie i hands on training!
Chcemy, żeby chłopaki byli odważni i śmiało sięgali po swoje marzenia. Nawet, jak po drodze trudno.
Łatwiej odwagi się uczyć w sytuacji, kiedy trzeba odezwać się w nieznanym języku, do innych dzieci, w nowym otoczeniu.
Na emigracji mogę własne ograniczenia przekraczać.
Raz pracę mam, a raz jej nie mam i muszę sobie z tym radzić.
Cieszę się, a za chwilę najmniejszy drobiazg uwiera jak drzazga w bucie.
Myślisz, że życie poukładane, że masz zarządzanie domem pod kontrolą, a tutaj wystarczy byle pro-D day, żeby plan się przekrzywił na boczek.
I w takiej sytuacji elastyczność oraz improwizacja stają się przyjaciółmi każdej emigracyjnej mamy.
Chcesz mieć święty spokój, a tu się nie da.
Dwujęzyczność, a czasem i nauczanie domowe, dostajesz na emigracji w pakiecie.
Ja spędzam z chłopakami większość czasu, więc siłą rzeczy w dwujęzyczności siedzę. I w nauczaniu domowym.
Chcesz spróbować, jak to jest dzieci w domu uczyć? Polecam emigrację!
Ja w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistkę, ale wiem o nauczaniu domowym znacznie więcej, niż wiedziałabym w Polsce.
Kiedy Krzyś był w pierwszej klasie, w Warszawie, w ogóle się tym nie interesowałam. A teraz proszę bardzo – 3 rok uczymy się domowo języka polskiego
Jak już to wszystkie punkty z gorszej listy przerobię, wtedy jest lepiej. A jaka satysfakcja! A jaka moc!
Kończę oczywiście standardowym zawołaniem, żeby codziennie mamie miłość okazywać, a nie tylko od święta. I nie tylko mamie okazywać, tacie też. I bratu (jak to kiedyś przeczytasz, to do Ciebie jest, Synku!)
Szczególnie ciepłe myśli przesyłam Polkom, które są matkami w Kanadzie (no muszę, wpis ma przecież tytuł Matka Polka Kanadyjska).
Hahaha, nie ma to jak osoba bezrobotna (czyli ja) opisuje pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie. Nie bój nic, poprzednie posty o pracy napisałam (w większości) będąc pełnoetatowym pracownikiem Accenture Canada, więc się mogłam wymądrzać.
Ten post to historyczne czasy, wspomnienie z 2015. Przypominam sobie, jak znalazłam pierwszą kanadyjską pracę.
Nasz młodszy syn, Maciek od miesiąca był w daycare (kanadyjski żłobek; więcej w temacie znajdziesz we wpisie o daycare/preschool).
Ja rozsyłałam swoje CV…. wróć, swoje resume, bez większego przekonania, ale nadrabiając nadzieją.
Od początku moje poszukiwanie pracy w Kanadzie miało bardziej wymiar życzeniowy niż było konkretnym planem.
Ciężko nawet powiedzieć, dlaczego? Czyżby z powodu stanu “tymczasowości”? Wciąż byliśmy pod wpływem myśli, że wracamy latem 2015 do Warszawy.
Dość, że wysiłki w kierunku znalezienia pracy podejmowałam nieregularnie, a jak już do nich dochodziło, to działy się rzeczy co najmniej dziwne.
Może ciśnie ci się na usta pytanie: to jak Kasia wylądowałaś jako AP Analyst w Burnaby? Spróbuję sobie przypomnieć.
Napiszę ci też, co to ten szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie.
W skrócie: Udając studentkę University of B.C. wpadłam na wydarzenie organizowane przez firmę rekrutującą absolwentów. Zrobiłam klasyczne: crash the party, zjadłam dwa kawałki pizzy, udawałam mądrzejszą niż jestem w rzeczywistości (łatwizna), zdobyłam wizytówkę. (Pamiętaj, że wizytówki to cel każdego networkingowego spotkania, im więcej, tym lepiej, bierz, jak leci. Stop. To żart jest. Nie bierz, jak leci. )
Pracy oczywiście nie dostałam.
Ale i tak było warto.
Jak do tego doszło? Ale o co chodzi? To jak dostałaś pracę, Kate?
Poniżej znajdziesz spis wydarzeń.
Dowiedziałam się z tablicy ogłoszeń na ścianie, w community center, że jest warsztat współprowadzony przez firmę Accenture. Na kartce było napisane, że warsztat tylko dla osób z PR (wtedy byłam na wizie pracowniczej), ale się nie przejęłam. Napisałam emaila do prowadzącego, czy mogę przyjść i zostałam zaproszona bez zbędnego wnikania w mój status wizowy.
Zupełnie darmowe warsztaty odbywały się przez trzy soboty, kilka godzin przedpołudniem. Dwie soboty w styczniu, jedna w lutym.
Kiedy przyszłam po raz pierwszy, byłam jedną z nielicznych dziewczyn. Rasy kaukaskiej. Oprócz mnie była jeszcze jedna dziewczyna, więc siłą rozpędu usiadłam obok, zagadałam (znacz cykl Rozmówki kanadyjskie ?), zaprzyjaźniłyśmy się. Yulianna jest z Armenii, pracowała w dziale finansowym dla tamtejszej Coca-Coli, trzy tygodnie wcześniej przeniosła się do Vancouver i wtedy szukała pierwszej pracy. Na tym spotkaniu zadano nam pracę domową – napisać kanadyjskie resume oraz przygotować się do ćwiczebnej rozmowy kwalifikacyjnej (czyli do mock interview).
Kolejnej soboty nie byłam już tak zestresowana – bo znałam Yuliannę 😉 Przyniosłam też ze sobą resume. Moderator przydzielił nas do różnych mentorów z Accenture i zaczęło się ćwiczenie rozmowy kwalifikacyjnej po kanadyjsku. I tutaj zadziałało szczęście – trafiłam do pary ze starszym Azjatą o przebogatym życiu zawodowym. Ha, myślisz, przecież to żadne szczęście, nie mam szansy przy takim VIP. Ale, ale rywal mój się nie przygotował. Zero, nul, nic. Nie przyniósł resume, nie przećwiczył pytań, słowem, dał ciała. Naszym mentorem była Amanda, HR manager. Ponieważ kolega z ławki nie odrobił zadania, pani pytała tylko mnie.
Amanda mnie zapamiętała, po spotkaniu wysłałam jej podziękowanie na LinkedIn oraz prośbę o nawiązanie kontaktu.
A pod koniec lutego napisała do mnie, że dział AP w Accenture w Burnaby szuka pracowników i żebym przesłała swoje resume. Przesłałam jej, ona przesłała komuś innemu, ten ktoś pokierował mnie do agencji (na początku taka była moja forma zatrudnienia).
Miałam trzy rozmowy kwalifikacyjne i dostałam pracę w ciągu tygodnia.
Przed wysłanie tego resume, wysłałam jeszcze trzy inne, na które nie dostałam żadnej odpowiedzi.
Chwila przerwy, bo w lutym 2015 działy się inne rzeczy, które wprawdzie pracy mi nie dały, ale dodały śmiałości!
Czytasz te wszystkie rady, jak zacząć szukać pracy, prawda? Ja też czytałam, głównie po angielsku. I wszędzie jest napisane: wykaż zainteresowanie, inicjatywę, daj się zapamiętać.
Postanowiłyśmy z Yulianną dać się zapamiętać. Ustaliłyśmy, które firmy (finansowo-księgowe) nas interesują. Dużo było (jest) ofert pracy dla juniorów w start-upach. Nas interesowały te, które pomagają małym biznesom prowadzić księgowość. Takie firmy fajne są, zobacz sam.
Polubiłyśmy firmowe profile na Facebooku, Twitterze, LinkedInie i tadadam, jakoś w połowie lutego 2015 jedna z firm się ogłasza, że robi wydarzenie rekrutacyjne. To wydarzenie nie było oficjalne, tylko takie swobodne, coś właśnie jak recruitment party. Miejsce: UBC, zaproszeni goście: Accounting and Finance students.
Żeby uczestniczyć w wydarzeniu trzeba było być członkiem koła naukowego albo przynajmniej mieć indeks UBC. Nie jestem członkiem (ale stwierdzenie, c’nie?) i nie mam (już) indeksu, a z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej to już w ogóle.
Poszłam tak czy inaczej, no bo co mi sie może stać? Najwyżej mnie nie wpuszczą i stracę 2.75 CAD za bilet w jedną stronę. Yulianna tym razem wymiękła, więc chcąc niechcąc stawiłam się na spotkanie sama.
Dojechałam na kampus, podeszłam do wejścia i mówię, że ja też na to spotkanie. A jesteś na liście? Nie jestem, tak jakoś wyszło, ale czy mogę wejść? Zależy mi bardzo. Pozwolili, a mogli nie pozwolić, więc miałam tego dnia szczęście.
Już na sali wykładowej HR dziewczyny ze startupu opowiadały i zachęcały studentów, żeby aplikować nawet jak stanowisko wydaje się nie dla nas. Często są takie ogłoszenia: Awesome? Apply here! – w ten sposób firmy budują sobie bazę przyszłych pracowników.
Dziewczynom z HR można było zadać im pytania. Przygotowałam sobie jedno pytanie, mądre, żeby wypaść profesjonalnie. Chyba coś o zamknięciu miesiąca w aplikacji finansowej. Było to, nieskromnie mówiąc, jedno z nielicznych pytań merytorycznych.
To też sposób, żeby dać się zapamiętać w gąszczu pytań o elastyczny czas pracy, czy ile jest przerw na jogę. Nie mówię, że jedyny słuszny, mówię, że warty wypróbowania.
W międzyczasie podano pizzę i się już w ogóle zrobiła imprezowa atmosfera, gdzie ja z moimi latami 30plus, czułam się trochę jak dinozaur (a rzadko się tak czuję). Szybko więc umknęłam. Z wizytówką i anegdotką, którą mogę dziś opisać.
Gdybym jednak kiedyś przyszła na rozmowę rekrutacyjną do tej firmy, to wspomnę tamto wydarzenie, wizytówkę mam, kontakt na LinkedIn też, więc znowu jest większa szansa, że będę kimś bardziej znanym niż aplikant “z ulicy”.
Postów o pracy jest całkiem sporo na blogu – znasz te?
Zimą, 11 lutego napisałam na Facebooku: Dokonało się! Tak z lekka pompatycznie, wręcz z biblijnym zawołaniem. Coś w tym jest, że trzeba tak głośno zakrzyknąć: Mamy prawo do pobytu stałego w Kanadzie!
Opowiemy Wam dzisiaj jak wygladłaa nasza do Kanady z Polski.
O ile sami nie wyjedziemy, nie obowiązują nas żadne ograniczenia czasowe. Kuba może zmienić pracodawcę. Możemy się przeprowadzić w dowolne miejsce w Kanadzie.
I za jakiś czas możemy się postarać o pobyt stały w Kanadzie, a kilka lat później o kanadyjskie obywatelstwo.
przeprowadzka do kanady nie oznacza otrzymania pobytu stałego!
Droga do pobytu stałego wcale wcale nie zaczęła się od dnia zero, czyli od 26 lipca 2014, kiedy Kuba wylądował na YVR.
I sama chęć przeprowadzki do Kanady, nie gwarantuje, że mieszkanie na stałe bedzie możliwe.
Ba, nie wiadomo nawet, czy zostaniemy wpuszczeni do Kanady, ale o tym innym razem.
Podejrzewam, że część z Was zna naszą historię, to jednak przedstawię ją jeszcze raz. Zobaczysz, jak nasz plan “czasowej przeprowadzki do Kanady” przełożył się na zdobycie pobytu stałego.
Sytuacja od 26 lipca 2014 do 11 lutego 2017
Nie przyjechaliśmy z zamiarem emigracji na stałe. Nie byliśmy przygotowani. I nie zadawaliśmy sobie pytania, co będzie, jak wiza się skończy. Jeszcze nie wtedy.
Pierwszy kanadyjski pracodawca Kuby – stracona szansa na pobyt stały w Kanadzie?
Przylecieliśmy do Kanady na zaproszenie pracodawcy Kuby, który załatwił za nas wszystkie papiery. Latem 2014 wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na rok do Vancouver. I tylko na rok.
Szukanie pracy w Kanadzie skwituję jednym słowem: profil na LinkedIn.
Hej, stop, trochę już o tym pisałam, zerknij niżej:
To rodzaj zaświadczenie-opinia z urzędu imigracyjnego, że kanadyjski pracodawca potrzebuje ściągnąć pracownika spoza kraju.
Wszystkie papiery przygotowała firma, my je tylko wydrukowaliśmy i z jednym kompletem Kuba przyleciał w lipcu, z drugim kompletem, plus dwójką dzieci doleciałam ja, 22 sierpnia 2014.
Pozwolenie na pracę dostaliśmy ważne do lipca 2017. Oferta pracy dla Scanline była ważna rok, czyli do lipca 2015.
Wtedy nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym, co zrobimy, jak Kubie skończy się kontrakt , bo i tak mieliśmy zostać tylko rok w Vancouver. Nie sprawdzaliśmy, czy mamy możliwość na pobyt stały w Kanadzie.
Uprzedzając pytania: nie wiemy, dlaczego przyznano nam Work Permit dłuższy niż oferta pracy (umowa o pracę była na czas określony, na rok, a w papierach adwokat firmy nie zaznaczył na ile ma być przyznany Work Permit).
Kuba dostał pozwolenie na pracę z zaznaczeniem, że pracuje tylko dla tego jednego pracodawcy (job-specific) i jeśli przestanie dla niego pracować, to Work Permit nam się kończy i musimy opuścić Kanadę.
Moja sytuacja na początku naszego pobytu w Vancouver.
Ja dostałam Open Work Permit (non-job specific), czyli miałam lepiej niż Kuba, bo mogłam pracować, gdzie tylko chcę. Byle bym nie pracowała z dziećmi, nie w szkolnictwie i nie w sex biznesie (omg).
Chłopaki dostali pozwolenie na naukę (w paszporcie mają wpisane: Visitor Record, ale paszport wystarczył, żeby ich zarejestrować i o Study Permit poprosił adwokat firmy w naszych dokumentach. Nie wiem jednak, czy wszystkie dzieci rodziców z Work Permit z automatu dostają pozwolenie na naukę).
W lipcu 2015 minął nam rok w Kanadzie, umowa Kuby została przedłużona, ja znalazłam pracę w Accenture Canada, chłopaki na wakacje polecieli do dziadków, do Polski.
Ktoś może w tym miejscu zapytać: zaraz, zaraz, a dlaczego wtedy nie rozpoczęliście procedury starania się o pobyt stały?
System Express Entry już wtedy działał, Kuba miał rok przepracowany u kanadyjskiego pracodawcy.
Wtedy, w lipcu 2015 nie wystąpiliśmy po pobyt stały z jednego powodu – po roku w Kanadzie nie byliśmy przekonani, że chcemy zostać tutaj na dłużej.
Także po roku pracy w Scanline, Kuba nie wiedział, czy następną ofertę pracy dostanie już na czas nieokreślony i jakie będą warunki zatrudnienia (dopiero w sierpniu podpisał nową umowę). Ponieważ jego Work Permit było ważne aż do lipca 2017, postanowiliśmy wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji.
Ktoś może dodać: no ale chyba lepiej mieć PR (Permanent Residency) niż nie mieć?
Tak, zgadzamy się, ale ponownie napiszę: wtedy mieliśmy inne powody i przemyślenia. Część naszych wątpliwości opisałam w różnych emocjonalnych postach.
W październiku 2015, po pierwszym powrocie z Polski, byliśmy zdecydowani zostać w Kanadzie do czerwca 2016, tak, żeby Krzysiek skończył rok szkolny.
To był również ten czas, kiedy zdecydowałam się zrezygnować z pracy na cały etat dla Accenture Canada.
Skoro i tak mieliśmy w planach wrócić do Polski, chciałam resztkę tego czasu spędzić z chłopakami, pooglądać Vancouver i Kanadą “się nacieszyć”.
Drugi kanadyjski pracodawca Kuby -druga szansa na pobyt stały w Kanadzie?
W lutym 2016 Kuba poszedł na rozmowę kwalifikacyjną w innej firmie z branży VFX – AnimalLogic (sprawdź ich stronę, może akurat potrzebują ciebie?).
Po co, może ktoś zapytać, skoro i tak wracamy do Polski?
No cóż, była okazja, poszedł, dostał pracę, i w ramach szkolenia wyjechał do Australii.
Piszę Wam to nie po to, żeby się jakoś specjalnie chwalić. Nie.
Chodzi o to, że w życiu możesz podjąć wiele decyzji, które wydają się “na stałe”, “na zawsze”, “na pewno”. A potem może wydarzyć się coś takiego, jak ta nieoczekiwana i nieplanowana rozmowa kwalifikacyjna.
Albo inne zdarzenie, okazja, która wywróci twój plan do góry nogami.
I tak właśnie było z drugim kanadyjskim pracodawcą Kuby.
Czerwiec 2016 jako data powrotu do Polski przestał mieć rację bytu.
Poniżej znajdziesz jeszcze trochę informacji o kwestii pracowych. Przydadzą się przy aplikowaniu o pobyt stały.
Drugi kanadyjski pracodawca Kuby również działa w branży Visual Effects. W Vancouver jest całkiem sporo liczących się na świecie firm, które zajmują się efektami specjalnymi.
I tak, zdarza się, że ściągają programistów na krótki czas, tylko do projektu. Potrafią szybko rozbudować zespół, a potem równie szybko go zamknąć.
Możesz pracować w Kanadzie i nie mieć w planach osiedlenia się w tym kraju na zawsze. Doświadczyć życia ekspata a nie emigranta. Kto wie, może to wybór dla ciebie?
Jeśli ktoś z Polski szuka pracy w obszarze IT, to w Vancouver wciąż jest spora szansa na ofertę pracy popartą oświadczeniem LMIA (następca LMO w prawniczym żargonie imigracyjnym), która daje prawo do wystąpienia o (czasowe) pozwolenie na pracę.
A potem można aplikować o pobyt stały w Kanadzie.
Kiedy to piszę (wiosną 2017) najwięcej Polaków do Vancouver ściąga Amazon. Jesteś programist(k)ą?
Drugi pracodawca Kuby również wystąpił do Social Development Canada (ESDC) o wydanie zaświadczenia LMIA, które miało być podstawą nowego pozwolenia na pracę.
Ponownie mieliśmy to szczęście, że wszystkie dokumenty za nas załatwili prawnicy firmy. Nam pozostało jedynie pojechanie na granicę, przekroczenie jej i aktywowanie nowego Work Permit.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że można również umówić się w biurze imigracyjnym na miejscu (jak komuś się uda dodzwonić na infolinię cic.gc.ca).
Zaczynamy na poważnie myśleć, jak zabrać się za zorganizowanie naszego pobytu stałego w Kanadzie.
Po powrocie Kuby z Australii (kwiecień 2016) zaczęliśmy ponownie rozmawiać o tym, czy wystąpić o pobyt stały. Do tego momentu nie byliśmy jeszcze przekonani – Kuba chciał sprawdzić, jak będzie w nowej pracy.
Nie bez znaczenia była także wizyta moich rodziców, w marcu 2016, i ich bardzo pomocne podejście do naszego, dłuższego niż początkowo planowany, pobytu w Kanadzie.
W maju 2016 zaczęliśmy przygotowania do wystąpienia o pobyt stały.
Nasze przygotowania. Najpierw research. Poszukiwania samodzielne i bez konsultanta.
Działaliśmy zgodnie z zasadą:jak nie ma w ‘gogle’, nie ma ‘wogle’. Czyli jeśli nie ma odpowiedzi na nasze pytania, to znaczy, że kwestia jest nieistotna.
Umówiliśmy się, że kwestie obczajenia, co i jak z pobytem stałym w Kanadzie, biorę na siebie.
Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy konsultantów, bo znaliśmy inne rodziny w podobnej sytuacji, które uzyskały PR samodzielnie.
Żadne z nas nie miało nigdy problemów z prawem czy odmową wjazdu do jakiegokolwiek kraju.
Samodzielne przygotowanie się na stałą emigrację do Kanady jest jak najbardziej do ogarnięcia, niemniej jednak każda sytuacja jest inna.
Znamy równie dużo historii, gdzie kompetentny urzędnik pomógł dostać stały pobyt, jak i takich, które ostrzegają przed naciągaczami.
Konsultant emigracyjny wskaże i pomoże, ale nie przygotuje za ciebie dokumentów np. od twojego pracodawcy z Polski, nie wystąpi o zaświadczenie o niekaralności, ani nie załatwi badań medycznych. Przynajmniej my nie znamy takich. Pamiętaj, że często koszt konsultacji podwaja całość wydatków, a ten już na starcie jest niemały!
Przygotowanie się do pobytu stałego samodzielnie zaowocuje w przyszłości!
Gdzieś przeczytałam zdanie, że jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć choćby podstaw tego, jak wyemigrować do Kanady i musisz być prowadzony za rękę, to jak sobie poradzisz później, już na miejscu?
Jest w tym ziarnko prawdy.
Pobyt stały w Kanadzie, mieszkanie na stałe w innym kraju, to nie jest bułka z masłem!
Ogrom informacji, które musisz przeczytać i przyswoić, na pewno onieśmiela i zniechęca, ale jest dobrym testem na to, czy jesteś gotowy na jeszcze większe wyzwanie – czyli znalezienie pracy, mieszkania, słowem dobre życie, już w Kanadzie.
Wiem, że łatwo mi tak pisać, bo przyjechaliśmy na “gotowe” – na początku nie musieliśmy sami wyszukiwać, jak wyemigrować, z jakiego programu skorzystać. Dostaliśmy listę dokumentów do przygotowania, ofertę pracy, bilety lotnicze i już.
Latem 2014 nie wiedziałam nawet, jakie są sposoby na wyjechanie i pracę w Kanadzie. Nie interesowaliśmy się tym.
Do Kanady nie da się wjechać i pracować, bo tak chcesz. Przeprowadzka do Kanady to nie to samo, co przeprowadzka w obrembie Unii Europejskiej.
Nawet jeśli masz furę pieniędzy i wieloletnie doświadczenie. To nie Unia Europejska bez granic i z wolnym rynkiem pracy. (Ale jakoś pocieszające jest, że nie tylko dla Polaków Kanada jest taka szczelna, inne narodowości też muszą przejść procedurę wjazdu).
Dziś już wiem, że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej.
Być lepiej przygotowanym niż my. Oszczędzi się sobie stresu, kiedy już nie będzie konsultanta imigracyjnego na wyciągnięcie ręki.
Dobrze przygotowany imigrant to pewny siebie imigrant 😉
Szukaj informacji o tym, jak wygląda przeprowadzka do Kanady. Czytaj, googlaj, pytaj
Z dnia na dzień przybywa miejsc w sieci, gdzie można przeczytać o tym, jak proces wygląda, zasięgnąć rady, czy nawet dołączyć do grupy osób, które aplikowały o różne rodzaje wiz w tym samym czasie.
Strony w internecie, gdzie możesz szukać informacji
Jeśli korzystasz z usług doradcy imigracyjnego, to przed pierwszą wizytą sprawdź sobie chociaż to narzędzie na stronie rządowej [eng]. Będziesz lepiej przygotowany do wizyty. Pamiętaj, że to od Ciebie zależy, jak będzie wygladała Twoja przeprowadzka do Kanady i czy w ogóle będzie możliwa.
Zbieraj wszystkie dokumentu, emaile dotyczące pracy, pracodawcy, oferty. Na późniejszych etapach aplikacji o pobyt stały pojawiła się konieczność dostarczenia oferty pracy, którą Kuba dostał od pierwszego i drugiego kanadyjskiego pracodawcy.
Nie wiem, czy jest to ścieżka łatwiejsza niż pozostałe, czy szybciej dostaje się pobyt stały Kanadzie.
U nas głównym aplikantem był Kuba i to na jego ofercie pracy, doświadczeniu z Polski oraz znajomości języka oparliśmy system punktowy Express Entry.
Musisz to mieć podczas aplikacji: Test językowy – IELT
Zdecydowaliśmy, że tylko Kuba (jako główny aplikant) podejdzie do testu językowego. Dlaczego tak?
Podczas podliczania, czy mamy wymaganą ilość punktów, żeby zostać wylosowanymi, wyszło nam, że moje wyniki z egzaminu językowego nie są konieczne. Tak samo, jak ewaluacja naszych dyplomów z uczelni.
Znamy przypadki, że test językowy zdawały dwie osoby z rodziny – właśnie po to, żeby mieć więcej punktów i większą szansę na otrzymanie zaproszenia do aplikowania.
Szczegóły testu językowego IELTS
Zdecydowaliśmy się na IELTS, General, bo ma większą rozpoznawalność i uznawalność poza Kanadą. Do celów emigracyjnych można również zdawać kanadyjski CELPIP.
Jest wiele ośrodków, gdzie można podejść do egzaminu językowego. My wyszukaliśmy w google, porównaliśmy ceny testów (nieznacznie się różniły, serio, sama byłam zdziwiona, myślałam, że jest to odgórnie ustalone), i koniec końców stanęło na British Council.
Cały test, część pisemna, słuchanie, czytanie i mówienie trwało kilka godzin. Nawet osoby, dla których angielski jest językiem ojczystym, radziły wcześniej zrobić przykładowy test.
Informacje o wyniku egzaminu przyszły po kilku dniach pocztą oraz emailem.
Jeśli brakuje Ci jakiś punktów do Express Entry, to właśnie wynik egzaminu językowego może to zmienić.
Jak zmienia się punktacja w Express Entry?
System Express Entry ma 4 kluczowe wskaźniki: wiek (tego raczej nie zmienisz, a właściwie tylko pogorszysz), wykształcenie, doświadczenie zawodowe i znajomość angielskiego/francuskiego.
Zmieniając któryś z tych wskaźników, możesz podnieść swoją sumę punktów w systemie.
My mieliśmy wystarczająco dużo punktów, żeby spokojnie wystąpić o pobyt stały w Kanadzie. Mieliśmy ich tyle po po przeprowadzce do Kanady, a nie przed.
Ale jeśli punktów ci zabraknie, to sprawdź, czy ewaluacja twojego wykształcenia coś zmieni i może być łatwiej o pobyt stały w Kanadzie!
Tworzenie profilu w Express Entry
Do tego momentu nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty będą nam potrzebne, więc żadnych nie przygotowywaliśmy. Z lenistwa trochę też. Och zemści się to, zemści później…
Nie jest to najlepsze rozwiązanie, więc nie idź tą drogą! 😀
Bo później ma się tylko określony czas na dostarczenie dokumentów (90 dni).
Jakie dokumenty potrzebne do pobytu stałego możesz przygotować wcześniej?
Nie wszystkie da się mieć wcześniej, bo tracą ważność np. po upływie roku.
Możesz wcześniej (ale nie za wcześnie) wystąpić o zaświadczenia o niekaralności z krajów, gdzie byłeś 6 miesięcy i dłużej.
Na niektóre z dokumentów czeka się dłużej (wyobrażasz to sobie? – prosisz o coś FBI?!), a czas na ich dostarczenie niepokojąco się kurczy.
Nie będę się rozpisywała, jakie są po kolei kroki w wpisywaniu informacji, bo system sam podpowiada dość wyraźnie, co i jak masz teraz wpisać czy dołączyć. A jak są wątpliwość, to pytaj w internecie.
Już po wpisaniu wszystkich informacji osobistych do Express Entry (a trochę ich jest), pojawiło się info o punktach przyznanych za każdy z elementów składowych. U nas było ich około 800 (sama oferta pracy z LMIA dawała 600 punktów, do listopada 2016).
W czerwcu 2016 ITA (Invitation to Apply, zaproszenie do składania wniosku o pobyt stały) przyznawane były od około 500 punktów.
Wiedzieliśmy więc od początku, że powinniśmy dostać zaproszenie (które oczywiście wcale nie gwarantuje, że urzędnik pozytywnie rozpatrzy naszą późniejszą aplikację o pobyt stały).
Czas leci, czas leci jak szalony. Na aplikowanie o pobyt stały w Kanadzie masz tylko określoną ilość czasu
W teorii większość aplikacji złożonych przez Express Entry powinna być rozpatrzona do 6 miesięcy.
W praktyce, dolicz jeszcze te dwa-trzy miesiące potrzebne na zebranie papierów, zanim prześlesz kompletną aplikację.
Po tygodniu od założenia profilu odbyło się losowanie i 29. czerwca przyszła automatyczna wiadomość, że zostało nam przyznane zaproszenie i mamy kilkadziesiąt dni na uzupełnienie dokumentów, skompletowanie papierów i przesłanie wszystkiego elektronicznie.
Tik-tak, zaczęło się odliczanie.
Główny aplikant to Kuba i to od niego wymagana była większość dokumentów.
Na szczęście Kuba nigdzie nie mieszkał poza Polską dłużej niż 6 miesięcy, więc odpadło nam uzyskiwanie zaświadczenia o niekaralności dla niego z różnych ciekawych krajów.
Jakie dokumenty do pobytu stałego w Kanadzie były wymagane ode mnie?
Ja z kolei, 30. czerwca spotkałam się spotkanie z konsulem honorowym Węgier, celem autoryzacji mojego podpisu. Musiałam wystąpić do urzędu w Budapeszcie o wydanie mi zaświadczenia o niekaralności.
Dlaczego? Dlatego, że studiowałam na Węgrzech przez półtora roku. I żeby dostać taki papier, będąc w Vancouver, musiałam poprosić o pośrednictwo konsula, a potem ambasadę Węgier w Ottawie. Papier zdobyłam, nadałam kurierem (bo akurat Canada Post zapowiedziała na ten czas strajk).
W tym miejscu chcę serdecznie podziękować bratankom- Węgrom, bo konsul nie wziął ode mnie pieniędzy za podpis notarialny, a kazał iść do domu i kibicować polskim piłkarzom (akurat w czerwcu/lipcu 2016 jakieś zawody były).
I teraz już widzisz, dlaczego warto zadbać przynajmniej o niektóre dokumenty wcześniej? (Ale znów nie za wcześnie, bo niektóre mają termin ważności, i muszą być aktualne w trakcie przyznawania statusu stałego rezydenta).
Zaświadczenia o niekaralności były wymagane od nas, dorosłych.
Zaświadczenia o niekaralności z Polski.
Dołączyliśmy zaświadczenia z Polski (wydane nam w Warszawie od ręki) oraz węgierskie dla mnie.
Jak możesz uzyskać takie zaświadczenie?
Poprosić kogoś w Polsce, żeby załatwił i wysłał (może być potrzebne notarialne upoważnienie dla tej osoby).
Wysłać pocztą wniosek i dowód opłaty do urzędu w Polsce (np. do głownego biura na Czerniakowskiej w Warszawie) i poprosić o wysyłkę do Kanady.
NIE załatwiaj zaświadczenia przez profil zaufny/ePuap bo te elektronicznie wygenerowane zaświadczenia nie sa akceptowane przez kanadyjski urząd imigracyjny.
Nie musieliśmy załączać zaświadczenia o niekaralności z Kanady.
Przy polskim zaświadczeniu mieliśmy zagwozdkę, czy dodać gdzieś info, do czego to potrzebujemy ten papier. W końcu dopisaliśmy już na dokumencie: do wizy stałego pobytu w Kanadzie, i tak nam przetłumaczyła tłumaczka.
Wymagana wizyta u lekarza, specjalnie dedykowanego do wiz pobytu stałego
Cała rodzina musiała stadnie udać się na badania lekarskie, ale nie do pierwszego lepszego lekarza, czy nawet lekarza rodzinnego, o nie.
Trzeba umówić wizytę u lekarza uprawnionego do wykonywania badań do celów imigracyjnych (panel physician).
I sporo za to zapłacić. Data badania też nie może być przypadkowa – są one ważne przez 12 miesięcy i muszą być ważne w momencie, kiedy fizycznie stawisz się na granicy po uruchomienie stałego pobytu. Dlatego najlepiej wykonać je, jak już otrzymasz ITA.
U lekarza pobrano nam krew, zrobiono prześwietlenie klatki piersiowej, badanie moczu i oczu, oraz ogólnie wywiad.
Przy rejestracji potrzebny był paszport, ale same wyniki badań zostały przesłane bezpośrednio do urzędu imigracyjnego.
Kilka miesięcy później dostaliśmy informacje w emailu, że zaliczyliśmy te badania.
Wydrukowane kartki od lekarza (w zamkniętej kopercie), na których zresztą niewiele było napisane, zabraliśmy ze sobą na granicę, kiedy aktywowaliśmy status Permanent Resident. Może o nie zapytać oficer imigracyjny, więc ich nie zgub przez te kilka miesięcy czekania.
Tłumaczenia wszystkich potrzebnych dokumentów na angielski zrobiliśmy w Warszawie – znowu skorzystaliśmy z opcji: tanio i blisko, na Woli.
Najwięcej zachodu przysporzyło nam zdobycie wszystkich zaświadczeń od wszystkich naszych pracodawców.
Zdecydowaliśmy się poprosić o te zaświadczenia wszystkich pracodawców, choć czytaliśmy też rady, żeby nie wszystkich wymieniać. Zwłaszcza tych, u których się pracowało za czasów dinozaurów 😉 Canadian Experience Class wymagało udowodnienia jedynie roku pracy u kanadyjskiego pracodawcy.
Ale jeśli dostaniesz punkty za doświadczenie zawodowe, musisz je udowodnić dokumentami.
I oczywiście z pracodawcami z Polski mieliśmy najwięcej problemów.
Jak szukaliśmy pomocy w zdobyciu dokumentów na pobyt stały w Kanadzie wśród dawnych polskich pracodawców.
Czyli pokłosie dobrej zmiany w TVP.
Nie pracuje tam już nikt, kto przed dziesięciu laty znał Kubę. Odbyło się wielkie poszukiwanie po mediach społecznościowych kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś. A na końcu ten ktoś niestety nie mógł swoim nazwiskiem poświadczyć faktu zatrudnienia Kuby. Jedyne, co dostaliśmy to wyciągi z księgowości, pokazujące przelew pensji na konto. I zero informacji o tym, za co, w jakim wymiarze, na jakim stanowisku.
Wszystko to opisaliśmy w liście dodatkowym (letter of explanation) dołączonym do dokumentów w naszym profilu Expres Entry.
Letter of Explanation to zresztą twój przyjaciel – możesz go wykorzystać do wyjaśnienia wszystkich kwestii niejasnych w dokumentach.
Dla przykładu: CIC chciał ode mnie dokumentu potwierdzającego zmianę nazwiska. Bo przecież przed ślubem byłam Ignatowicz, a po ślubie Jeziorska. Konia z rzędem temu, kto taki dokument wydaje 😉 Ja dołączyłam akt małżeński oraz właśnie letter of explanation, gdzie napisałam coś w stylu: w Polsce zwyczajowo kobieta przyjmuje nazwisko męża po ślubie i wiele z tych nazwisk ma formę żeńską i męską. I przeszło.
Załączyliśmy również proof of funds, czyli wyciąg z konta.
Teoretycznie nie jest to potrzebne, jeśli masz pracę na cały etat i na czas nieokreślony oraz jesteś już w Kanadzie. W praktyce dostaliśmy od ręki taki papier w TD Canada, więc czemu nie dodać?
Jak zorganizować tę górę dokumentów?
Jednym z czynników, które przemawiają za tym, aby skorzystać z usług doradcy, jest konieczność zajęcia się całą papierkologią.
Bardzo dużo wypełniania online, załączania pdfów w jednym pliku, odhaczania, co jeszcze zostało do zrobienia, pilnowania terminów.
My zrobiliśmy to sami i piszę te słowa już jako stały rezydent, ale jak najbardziej rozumiem potrzebę wynajęcia kogoś do pomocy.
Papiery spływały z różnych źródeł, my większość dostawaliśmy jako skany. Wszystkie zaświadczenia od pracodawców z Polski dostaliśmy jako skany (oryginały papierowe czasami nam wysyłali na adres polski, ale nikt w Kanadzie nie kazał nam ich przedstawiać, wystarczyły te skany)
Trello plus Google Calendar plus Google Drive
Jest taki program- aplikacja do zarządzania notatkami, Trello. Wersja podstawowa bezpłatna. To rodzaj tablicy, na której przypinasz informacje, notatki, luźne myśli. W naszym przypadku było to wszystko, ale to wszystko, o Permanent Residency. Screeny ze strony Immigration Canada, linki, daty, komentarze.
Do kart na tablicy możesz dołączyć dokumenty, pliki, zdjęcia, a wszystko to zsynchronizować z kalendarzem.
Stworzyliśmy jedną tablicę Trello, którą mogliśmy wspólnie edytować. Trello można zintegrować z kalendarzem Google, skąd otrzymywaliśmy powiadomienia o nadchodzących terminach.
Zerknij, jak to wyglądało.
Tablica współdzielona Trello
Aby wszystkie dokumenty zeskanowane przechowywać w jednym miejscu i mieć do nich dostęp, użyliśmy dysku w chmurze czyli Google Drive.
Na zdjęciu zobaczysz nasz system folderów. Również do nich mieliśmy dostęp ze wszystkich urządzeń i naszej poczty emailowej.
Foldery na Google Drive
Ok, dobrnęliśmy do prawie końca.
Nasza aplikacja o pobyt stały się procesowała, a my czekaliśmy
Co jakiś czas przychodził automatyczny email, który pokazywał status aplikacji.
W pewnym momencie poproszono nas o wpłatę, co do której byliśmy przekonani, że już ją uiściliśmy. Zatem niefrasobliwie napisaliśmy, że ale halo, macie błąd w papierach! Okazało się po dwóch dniach, że zapłaciliśmy, ale za coś innego (opłata za procesowanie aplikacji dla naszej czwórki: 1400 CAD), a nie opłatę za PR (980 CAD).
Lekkie przerażenie w oczach, że teraz to już na pewno nas odrzucą, ale nie, dopuścili email wyjaśniający i potwierdzenie przelewu. Więc nie takie straszne CIC, jak je malują 😉 Tam też pracują ludzie.
W ostatnim tygodniu stycznia 2017 dostaliśmy informację, że aplikacja została przeprocesowana. Done.
Na granicy ze Stanami, czyli jak zrobiliśmy fizyczny landing
Trochę ogólnych informacji o tym, jak wystąpić o pobyt stały na granicy.
Nie musisz jechać na granicę, możesz umówić się w biurze CIC w Vancouver i tak zrobić tzw. landing.
Być może spotkasz się z terminem: flagpole, czyli akcją, że nie musisz wjeżdżać do USA, tylko zostać zawróconym z granicy (dostać odmowę wjazdu do USA) i wrócić do Kanady.
Nie wjeżdżając do USA, robisz właśnie taki objazd słupa z flagą (choć oczywiście nie jest to tylko objazd, musisz z samochodu wysiąść, przynajmniej w tym punkcie granicznym, gdzie my się stawiliśmy).
W internecie przeczytasz, że flagpole to najprostsza metoda przekroczenia granicy, aby wrócić do Kanady jako stały rezydent.
Podobno nie potrzeba mieć wtedy wizy turystycznej do USA, bo skoro i tak celnik odmawia ci wjazdu, to po co wiza?
Pojawiają się jednak opinie, że odmowa wjazdu do Stanów może zaważyć na twoich następnych próbach wjechania do USA.
Musisz sam zdecydować, jak chcesz to rozwiązać. Być może wizyta w biurze CIC w twoim mieście wystarczy?
Nasza wycieczka do USA, żeby wystąpić na granicy o pobyt stały w Kanadzie
Dlatego 11 lutego 2017 wyruszyliśmy na granice z USA, do Peace Arch.
I to był błąd.
Bo 11 lutego to była sobota tuż przed Family Day, kiedy setki mieszkańców B.C. wyruszyło poza miasto, także do południowych sąsiadów. Sznur samochodów do granicy skutecznie nas otrzeźwił i zmusił do podjęcia decyzji: zostawiamy auto, idziemy pieszo.
Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu tuż przy budynku kanadyjskiego urzędu imigracyjnego.
Mijamy więc najpierw celników kanadyjskich, którzy oczywiście hałdujudu i co my tutaj robimy?
Odpowiadamy, że musimy zrobić landing for PR, ale samochodów tyle, że idziemy pieszo.
Celnik macha ręką w stronę majaczącego w oddali budynku amerykańskiego urzędu imigracyjnego, że mamy iść tam i dostać papier, że weszliśmy do USA (albo, że nie weszliśmy do USA, ale przynajmniej wyszliśmy z Kanady, o matko bosko i córko!).
Idziemy, dobrze, że słońce świeci, ale jest zimno i trawa jest mokra. Chodnik kończy się przy fladze amerykańskiej, w USA to już na chodnik nie starczyło? [żart]
Wchodzimy do budynku amerykańskiego urzędu, a tam tłok większy niż na arabskim bazarze. Ja już się ustawiam w kolejkę, która wije się z wszystkich możliwych stron, ale Kuba puka się w głowę i zarządza: zawracamy.
Oczywiście wracamy przez trawnik (ziemia niczyja?), bez żadnych dokumentów od urzędnika USA. Nikt nas nie zatrzymuje, nikogo nie interesuje, czego my tak sobie spacerujemy pomiędzy Kanadą a USA.
Zasieki niby są, celnicy nas mijają, ale nikt o nic nie pyta. Dochodzimy do budynku kanadyjskiego i już sobie układam w głowie, co powiem, jak mnie jednak zapytają, dlaczego wchodzę do Kanady [hehehe].
Kanadyjska urzędniczka pyta, to zgodnie z prawdą odpowiadamy, że próbowaliśmy wejść do Stanów, żeby dostać odmowę wejścia do Stanów, żeby móc wejść do Kanady. [uwielbiam to zdanie, serio, chyba je sobie na jakimś plakacie wydrukuję!]
Ale nam się nie udało (nie)wejść do Stanów, bo ludzi za dużo. Dlatego przepraszamy ale na dziś wystarczy, kiedy indziej przyjedziemy zrobić landing.
No to jak w końcu? Udało się dostać ten pobyt stały?
Ta historia brzmi surrealistycznie i pewnie tak jest, bo celniczka patrzy na nas, później na sznur samochodów, coś tam pisze i mówi: idźcie do okienka B, zróbcie landing, widziałam Was, jak przez trawnik szliście z USA (sic!).
Dalej to już nuda, zero kolejek przed kanadyjskim celnikiem, kilka pytań, kilka zapewnień (także takich, że karty stałego obywatela czyli PR Cards mogą przyjść nawet po 4 miesiącach. To dość istotne, bo bez takiej karty nie możemy wrócić do Kanady, eh).
To również ten czas, kiedy deklarujesz majątek, jaki wwozisz do Kanady. Żeby ci potem nie naliczyli podatku czy cła.
Ważna sprawa, jeśli np. przyjeżdżasz wyładowanym po brzegi autem i robisz landing.
Cały nasz kanadyjski majątek ruchomy to mały miki, więc nie było co deklarować.
I jeszcze na granicy były proporczyki kanadyjskie dla chłopaków i Welcome to Canada. Oraz: nie zgubcie kartki, bo od teraz liczy się wasza rezydentura w Kanadzie, potrzebna do obywatelstwa.
Ale to jeszcze minimum 4 lata.
Uff.
PS. Karty plastikowe przyszły po trochę ponad miesiącu.
Podsumowanie całego naszego wpisu o tym, jak w Vancouver aplikowaliśmy o pobyt stały!
Mieliśmy całą górę przygody: Po drodze były zagubione i zawrócone dokumenty, wystąpienie do MSP o zwrot kosztów badania imigracyjnego, zastanawianie się, czy na zaświadczeniu o niekaralności powinno być napisane, że jest do wizy, czy że nie powinno?
A i tak nie przewidzieliśmy wszystkiego, bo i wszystkiego nie da się przewidzieć! Przyjęliśmy taktykę: według naszej najlepszej wiedzy jest tak…. i po prostu liczyliśmy, że jak będą pytania (np. o tę nieszczęsną współpracę z Telewizją Polską), to urzędnik się do nas zwróci.
Nic takiego nie nastąpiło. Jest więc duża szansa, że u ciebie będzie podobnie. Może potrwa to dłużej, może będzie wymagać więcej wysiłku, ale jeśli chcesz zostać stałym rezydentem Kanady, to pewnie się uda! Tego ci życzymy!
Powodzenia i do zobaczenia w Kanadzie!
Ten artykuł ma ponad 4 tysiące słów. Sporo nad nim pracowałam. Jeśli przydał ci się choć oddrobinę, będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz. Dziękuję!
Pytanie na rozgrzewkę – co jest stolicą Kanady? Jak odpowiesz, że Ottawa to brawo, pakuj walizki i jedź do Kanady (just kidding). Ale być może powiesz: Toronto.
I tu Cię mam! Toronto to największe i najludniejsze miasto Kanady, ale stolicą kraju wcale nie jest. Jest za to stolicą swojej prowincji, Ontario.
Ale żeby Ci jeszcze bardziej namieszać w głowie, powiem, że Vancouver, trzecie co do wielkości miasto Kanady (a największe nad Pacyfikiem) wcale nie jest stolicą prowincji, Kolumbii Brytyjskiej.
Nie wiesz o co chodzi? Przecież artykuł miał być o Victorii! Spokojnie, dalej będzie wystarczająco dużo przewodnikowej treści, podlanej wskazówkami od Tess, mojej kanadyjskiej koleżanki.
Co jest stolicą Kolumbii Brytyjskiej? To mniejsza, senniejsza i nieco nudniejsza Victoria. To tu jest siedziba rządu, w pięknie stylizowanym na europejski, budynku Parlamentu. Victoria jest położona na Wyspie Vancouver, więc wycieczka wymaga przeprawy portowej.
co zobaczyć, jak sie pójdzie od budynku parlamentu w lewo
a co, jak pójdziesz w prawo
gdzie wypić wysoką herbatkę
a gdzie inne, nie tak dystyngowane napoje
gdzie dobrze zjeść
W 2019 zapytałam Tess, co poleca w Victorii. Dodaję do posta jej rekomendacje oraz wskazówki z komentarzy.
Mam nadzieję, że post przyda Ci się przy planowaniu wycieczki do Victorii. Jeśli tak, podziel się nim na swoich kanałach w social media, a ktoś planujący wycieczkę do Kanady Ci za to podziękuje!
Fajna okazała się ta nasza jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.
Victoria jako spodobała się nam. Jednak chyba za wiele się nasłuchaliśmy achów i ochów o tym mieście, by tym naszym wyśróbowanym wymaganiom biedna stolica Kolumbii Brytyjskiej mogła sprostać.
Victoria jest ładna. Tyle, ile mogliśmy w jeden dzień zobaczyć. Myślę, że dwa dni na stolicę to sporo, zwłaszcza jeśli jesteś w Vancouver tylko kilka dni. W jeden dzień ogarniesz najważniejsze miejsca w Victorii, a w polecanych miejscach zjesz i wypijesz jak mieszkaniec tego nieco sennego, ale uroczego miasta.
Ale zacznę od początku.
Na początku jest prom. W 2016 roku pierwszy raz płynęliśmy kanadyjskimi promami, to trochę o nich napiszę.
Brzmi ciekawie? Ha, nie da się ukryć, że jest to atrakcja. Wycieczka do Victorii, nabiera innego wymiaru. To już cała wyprawa, c’nie?
Ile kosztuje prom i jak się na niego dostać?
Jak jest pogoda i można się pogapić zza burty wycieczka promem jest całkiem, całkiem. Ale jak nie ma pogody, to masz poczucie, że te 120 CAD za samochód i 6 ludzi w jedną stronę, to jednak spory wydatek.
Z Vancouver promy prowincjonalnego przewoźnika BC Ferries wypływają z dwóch portów: na południu z Tsawwassen i z Horseshoe Bay na w Wschodnim Vancouver na North Shore.
Jak płynęliśmy do Nanaimo, to startowaliśmy z Horseshoe Bay, jak do Victorii, to z Tsawassen.
Obie przystanie promowe są osiągalne także dla ludzi bez samochodu!
Dojeżdżają autobusy miejskie, więc jak nie masz auta, też skorzystasz. Autobusy do portu Tsawwassen odjeżdżają z przystanku Bridgeport linii metra Canada Line. Staraj się złapać taki autobus, który jest w Tsawwassen przynajmniej 15 minut przed wypłynięciem promu. Po co się stresować i spieszyć.
W dodatku, jak masz samochód, a chcesz co nieco zaoszczędzić, możesz samochód zostawić na parkingu i wsiąść na prom jako pieszy pasażer. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, jak to działa, ale jak będziemy płynąć na Bowen Island, to pewnie tak zrobimy.
Procedury dla zmotoryzowanych są takie:
Podjeżdżasz samochodem do okienka.
Uiszczasz opłatę albo pokazujesz papier – potwierdzenie rezerwacji.
Czekasz w kolejce, aż zaczną wpuszczać na prom. Można wysiąść z auta, łazienkę zaliczyć, albo plac zabaw (wiadomo!) i w sklepikach pobuszować. Moższesz coś zjeść lub wipić kawę ze Starbucksa. Trochę jak na lotnisku.
Wjedżasz na prom (zamachają na Ciebie i , zawołają, jak trzeba będzie wracać do samochodów).
Parkujesz samochód (albo rower, ale z rowerem nie czekasz w kolejce aut, tylko podążasz jak pokazują znaki. Najczęściej wejście na prom jest wraz z pieszymi)
Potem możesz zostać w aucie i spać, albo wyjść na pokład, posiedzieć. Dla dzieci jest kącik, są też stanowiska do pracy, z gniazdkiem. Na promie jest co robić, a zawsze i tak najtłoczniej jest w restauracji – chyba podróż tak wpływa na ludzi ;).
Jak wybierasz się we popularne turystyczne dni, to warto wcześniej zrobić rezerwację obejmującą samochód. Niestety, mówi ona jasno, że i tak musisz pojawić się najpóźniej godzinę przed startem, żeby rezerwacja była honorowana. Kosztuje 18 CAD w jedną stronę.
Raz przyjechaliśmy 15 minut przed odpłynięciem i niestety nie wjechaliśmy już na prom. Mimo kupionego biletu. Ale nie mieliśmy rezerwacji.
Prom przybija do portu, ale Victorii jeszcze nie widać
Z przystani promowej Swartz Bay Ferry Terminal jest to Victorii jeszcze spoty kawałek. Ale jak nie masz samochodu, to kieruj się na autobus. Koleżanka Kanadyjka mówi, żeby jechać autobusem 70 Express, a nie 72 – jadą tą samą trasą, ale expresowy jest znacznie szybszy. To jedyne dwa autobus, które Cię dowiozą do Victorii.
Jeśli masz możliwość, siadaj na górnym pokładzie (double decker bus).
Autobusy zawiozą Cię do centrum Victorii, do portu, czy w pobliże hotelu. Ustal to z kierowcą autobusu podczas wsiadania.
Wjechaliśmy w rogatki miasta i pierwsze dopadło nas pierwsze zdziwienie: Dlaczego jest tutaj tyle hoteli?
W Victorii jest ich na prawdę sporo, większych i mniejszych. Dla zamożnych turystów i dla tych z chudszym portfelem.
Nie planowaliśmy spać, więc tylko ruszyliśmy w kierunku centrum. Nie nastawialiśmy się na mocne zwiedzanie. Nasze chłopaki i tak z zabytków najbardziej lubią oglądać Lego Store.
Nie jeździliśmy również na rowerze po Victorii, ale widać, że jest to bardzo dobry sposób na jej zwiedzanie. Sporo rowerzystów, w różnym wieku.
Chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć, czym Victoria różni się od innych kanadyjskich miast. I zobaczyliśmy. To właśnie ta inność, obecność dużej ilości historycznych budynków, klimat z lekka europejski sprawia, że Victoria nam się spodobała.
Chociaż Victoria wygląda na senne miasteczko, to jednak jest to miasteczko inne niż Vancouver, Seattle czy New York City (te amerykańskie miasta znamy, fakt nie za dobrze, ale wydają się nam dość podobne do siebie, takie wiecie, na jedno kopyto.) A Victoria jest inna. Myślę, że Monteal i Quebec też nas zachwycą swoim klimatem, jak już kiedyś tam zawitamy.
Plan naszej jednodniowej wycieczki w Victorii
Zaczęliśmy od spaceru po śródmieściu, czyli Downtown, w okolicach Parlamentu (który niestety był zamknięty do zwiedzania w weekend).
Z okolic Parlamentu można iść nadbrzeżem w prawo albo w lewo (stojąc twarzą w stronę wody).
Jeśli wybierzesz lewo, to przejedziesz się niedaleko kolorowych domków Fisherman’s Wharfs. A jeśli już dopadł Cię głód, to polecaną miejscówką na każdy apetyt jest Nourish Kitchen & Cafe.
Fisherman’s Wharfs
Spacerowaliśmy po uroczej wiosce pływających domków Fisherman’s Wharfs. Chłopakom się bardzo podobało, bo te domki są niewiele większe od pudełka z zapałkami. I w dodatku na wodzie! Przyglądając się niektórym posiadłościom ciężko było nie kwestionować gustu ich właścicieli, no ale o gustach się nie dyskutuje.
Co można tutaj zrobić oprócz spacerowania? Stąd startują wycieczki przygodowe: whale watching, kayaking and harbour boat tours, więc jeśli to Twoja bajka, to tu znajdziesz coś dla siebie.
A na koniec zjedliśmy szeroko sławione fish and chips(smażony kawałek ryby plus frytki plus mini sałatka), które smakowało tak samo jak popularne (GO Fish) and chips w False Creek w Vancouver, do którego kiedyś staliśmy ponad 40 minut w kolejce. Ja mam niepotwierdzone przekonanie, że wszystkie fish and chips smakują tak samo, nieważne jak sławne by były!
Jeśli chcesz spalić smażeninowe węglowodany, to proponujemy kontynuować spacer w ulicą Dallas Road, w stronę Beacon Hill park.
Ogden Point Beach
Podczas spaceru zatrzymaj się w Ogden Point Beach. Oglądanie zachódu słońca to jest to. Jest tam też latarnia. Bywa, że są trafisz na tłumy turystów ze statków wycieczkowych, ale może akurat wtedy ich nie będzie.
Beacon Hill Park
Majestatyczne pawie i przyjemny park czyli Beacon Hill Park . Dla dzieci są place zabaw, jest splashing park (czyli wybetonowane miejsce z sikawkami). Entuzjaści historii zatrzymają się pewnie przy First Nations Longhouse, czyli miejscu szczególnie ważnym dla rdzennych mieszkańców Kanady (służyło im m.in. do spotkań rdzennych społeczności).
Idąc w górę Dallas Road, dojdziesz w końcu do Cook Sterr Village. “Kawiarnie, uroczy klimat i pełno drzew” tak Tess, moja kanadyjska koleżnka opisuje dzielnicę swojego dzieciństwa. Tess poleca Moka House coffee, a niesamowita babeczka czekoladowa z quinoa, z Bubby Rose’s cafe, śni się je po nocach. Na większy głód wpadnij do Pizzeria Prima Strada.
Inner Harbour
A co jeśli od Parlamentu chcesz pójść w prawo (patrząc w stronę wody?)
Dobrze! Po drodze jest Inner Harbour, a na końcu całkiem miłe Chinatown.
Lot wodolotem pomiędzy Victorią a Vancouver to przeżycie samo w sobie. Możesz skorzystać z usług Harbour Air Seaplanes. Jeśli zapiszesz się do newslettera firmowego, dostaniesz informacje o zniżkach. Podobno podczas lotu pozwalają czasami usiąść w fotelu co-pilota!
W okolicy Inner Harbour warto odwiedzić:
księgarnię Munro’s Books (zachwycający budnek i wiele niezależnych publikacji);
Bard and Banker Pub – must stop, żeby napić się piwa;
w czasie weekendu mały targ i miłe dla oka budynki: Bastion Square;
Royal BC Museum czyli miejsce pełne kanadyjskich treści (i w dodatku niezbyt duże).
Victoria Chinatown
Polecamy spacer słynną wąziutką uliczką w najstarszym kanadyjskim Chinatown. Fan Tan Alley jest solidnie ukryta (jak nie możesz znaleźć, pytaj ludzi), ale warto jej poszukać, bo jest urocza.
Nie mam za dużo doświadczenia z chińskimi dzielnicami. Ta w Vancouver, choć odwiedzona przez nas zaraz na początku pobytu, nie doczekała się nawet wzmianki na blogu.
Nie lubię Chinatown w Vancouver.
Ale Chinatown w Victorii to całkiem przyjemnie miejsce. Nawet z lekka romantyczne. (No dobra, przesadzam trochę, ale na spacer jak najbardziej polecam).
Jeśli chcesz spróbować chińskiej herbaty, lokalesi polecają to miejsce: Silk Road Tea. A jeśli akurat masz ochotę na kawę, to zamów kubek “z przyjemnym widokiem” z patio kawiarni Union Pacific Coffee Shop.
To o co chodzi z tą wysoką herbatką, Kate? Ą i ę podczas high tea w hotelu Fairmont Empress to punkt do zaliczenia podczas wycieczki do Victorii
Dochdzimy do sedna sprawy! Jak mieszkasz w Vancouver dłużej, być może słyszałeś (a właściwie slyszałaś, bo to taka bardziej babska sprawa) o High Tea.
Spotkania przy High Tea to często urodziny w babskim gronie, babyshower, czy spotkania statecznych panien wczesnym popołudniem. Wiem, bo mam przybytek serwujący High Tea w moim bloku.
Ale High Tea z Victorii to jest inna sprawa.
To popularne wydarzenie, nie tylko wśród turystów. W mojej kanadyjskiej agencji dziewczyny organizują wyjścia z przyjaciółkami zwykle w dwa miejsca: Scandinave Spa w Whistler i właśnie High Team w Fairmont w Victorii.
High Tea rodzaj spotkania, podwieczorku angielskiego, five o’clocka w eleganckiej formie.
A żeby wypić herbatę i zjeść minikanapeczki z serkiem Philadelphia i ogórkiem w hotelu Fairmont musisz:
zrobić rezerwację wcześniej i być na określoną godzinę, bo jak przegapisz, nie ma zmiłuj, zostaną Ci tylko drinki przy barze;
odpowiednio się ubrać (obowiązuje smart casual, więc lepiej poszarpane szorty zostaw na inną okazję);
przeczytać wszystkie powieści Jane Austin i sióstr Bronte (no dobra, z tym to żartowałam);
trzymać filiżankę herbaty z odchylonym paluszkiem (nie mogłam się powstrzymać). Podręczniki etykiety mówią, że absolutely no pinkies up!
wlać najpierw mleko do filiżanki, a potem herbatę;
wlać najpierw herbatę do filiżanki, a potem mleko (niestety, nie ma zgodności co do kolejności. Obie opcje mają swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników. Moja rada – rozejrzyj się dyskretnie wkoło i zrób, jak sąsiedzi. Będzie tak samo smakowało, a co masz czuć się głupio!)
Podczas wysokiej herbatki próbuj przepysznych ciepłych ciastek jodowych, tzw. scones. Najlepiej z dżemem.
Wiem, wiem, jakie jeszcze pytanie Ci chodzi po głowie – czy w herbacie można maczać ciastko? Ja bym tego na Twoim miejscu nie robiła. Zwłaszcza w hotelu ze słowem Imperator w nazwie.
I co? Tess zapytałaby: that’s your thang? (= thing, w slangu). Czy high tea to jest właśnie to? Coś, co lubisz i się na tym znasz?
Bo jeśli nie, to poniżej znajdziesz inne, polecane miejscówki z jedzeniem i piciem.
Więcej polecanych miejsc, gdzie zjesz i wypijesz jak mieszkaniec Victorii
Tess podesłała mi całą listę. A ufam jej bardzo w kwestii jedzenia, bo na niejednym lunchu firmowym byłyśmy 😉
Te miejsca są trochę na uboczu turystycznych tras spacerowych. To tylko lepiej, prawda?
Makaron z charakterem, mniam, mniam. Miejsce zatłoczone, muzyka na żywo i cały chleb świata (all you can eat bread) w Pagliacci’s;
Dope cocktails (legit mixologists / interesting drinks) czyli coś dobrego do wypicia plus tapas do przegryzienia: drogi, ale dobry Veneto Kitchen + Bar;
Może mały hike? Zacznij spacer na parkingu China Beach i idź w stronę Mystic Beach. To sympatyczny szlak i po drodze jest mały zgrabny most zwodzony (nie tak oblegany, jak Capilano Suspension Bridge). Resztę dnia możesz spędzić na któreś z plaż wzdłuż szlaku: Juan de Fuca.
Prawie jak Ogród Van Dusen. A może nawet lepiej, czyli Ogrody The Butchart Gardens. Jedno z tych miejsc, dzięki któym Victoria ma ksywkę: Canada’s city of gardens. O innych polecanych ogrodach w Victorii i okolicach przeczytasz w tym wpisie na stronie Tourism in Victoria.
Kilka godzin w słonecznym, spokojnym mieście dobrze nam zrobiło.
Podobał Ci się wpis? Masz ochotę na więcej? Wiele takich nieoczywistych wiadomości przesyłam w newsleterze podlanym syropem klonowym.
Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie Ci informacji o postach i promocjach Kanada się nada. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać, a szczegóły związane z przetwarzaniem Twoich danych osobowych znajdziesz w polityce prywatności.
Victoria to dobre miejsce na jednodniowy getaway (wycieczka za miasto, dosł. ucieczka ).
Dla niektórych wciąż będzie nudnym miastem emerytów. Znam młode osoby, które zaczęły swój pobyt International Experience Canada właśnie tam, ale szybko przeniosły się do Vancouver.
Mam nadzieję, że mój post zachęcił Cię do odwiedzenia Victorii. I zobaczysz, że jej zakamarki (zwłaszcza te polecane przez Tess) są jak najbardziej hip!