Tag: początki emigracji

  • Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

    Obiecuję, zero krwarych szczegółów. Wszystko jest ok. Dziś napiszę Ci, jak wygląda kanadyjski szpital. Jeśli czeka Cię przyjęcie do szpitala w Vancouver znajdziesz tutaj kilka wskazówek.

    A może rozśmieszą Cię nasze historie i poczujesz się lepiej? W końcu śmiech to zdrowie!

    Ten post powstał w roku 2016 i od tego czasu zepsuło się niemal wszystko w każdym z nas.

    Zdrowie się posypało, najmniej u Krzyśka, a najbardziej u mnie.

    Odwiedziliśmy wiekszość szpitali w Vancouver: General Hospital kilka razy, Mount Saint Joseph Hospital w naszej dzielnicy (nawet częściej niż Szpital miejski), Szpital na UBC (najnowocześniejszy, bo sam kompleks uniwersytecki UBC jest ciągle remontowany i rozbudowywany) i jeden z najstarszych szpitali, położony w samym Downtown – Szpitał Świętego Pawła.

    Na pogotowiu, czyli szpitlanym SORze wylądowaliśmy kilka razy podczas 6 lat pobytu w Vancouver. Na szczęście nie były to wypadki wymagające karetki.

    Chociaż raz juz byłam blisko wezwania jednej karetki do dziewczyny, która na moich oczach poślizgnęła się na przejściu dla pieszych i mocno łupnęła głową w chodnik. Zjechałam na pobocze, wyskoczyłam z auta i pytam, jak pomóc, jednocześnie myśląć, że o jezu, muszę do domu, bo chłopaki sami zostali.

    Dziewczyna mówi, że czuje się ok, ale no nie wyglądała tak,kiedy chwiejnie wstała. Ładuję ją w samochód, przy okazji mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo jest studentką. Więc myślę wtedy, że ją do szpitala odwiozę sama, żeby przynajmniej na koszcie tej karetki oszczędzić. Zajechałyśmy do General Hospital, a tam się już nią sanitariusze zajęli. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze. I że nie została z długiem szpitalnym do spłacenia przez resztę życia.

    Tyle anegdotki.

    Po pierwsze się nie stresuj – przypuszczalnie usłyszy albo przeczytasz, że służba zdrowia w Kanadzie jest okropna, słaba, że trudno o lekarza. Może też dopadnie Cię strach, że jak się po angielsku z nim dogadasz.

    Uspokoję. Nie jest cudownie, ale niech Cię to nie powstrzymuje przed zadbaniem o własne zdrowie.

    Rada ode mnie – jeśli się okaże, że musisz długo czekać na jakieś badanie, to idź do szpitalnej izby przyjęć i tam naświetl sprawę, przedstaw swoje schorzenia na tyle poważnie, żeby się Tobą zajęli od razu.

    My tak postąpilismy w przypadku interwencji chirurgicznej u Kuby. Wyznaczono mu odległy termin wycięcia znamienia. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, ale kiedy znamię znacząco urosło, natychmiast ruszliśmy do szpitala w Mount Pleasant. Zabieg miał jeszcze tego samego dnia.

    Rada numer dwa – jeśli musisz mieć badanie, na które się długo czeka, na przykład rezonas magentyczny (MRI), to spytaj, ćzy szpital nie robi takich badań w niestandardowych godzinach. Bo może nie musisz czekać kilku miesięcy, tylko kilka tygodni, jeśli zgodzisz się przyjść na badanie o drugiej nad ranem.

    Ja tak zrobiłam, i MRI głowy miałam robiony w nocy, w General Hospital. Zwiedzanie szpitala w nocy to jest doświadczenie samo w sobie. Pani rejestrująca dokładnie Ci powie, jak masz postąpić, i gdzie pójść, bo nad ranem spotkasz niewielu pacjentów na korytarzu.

    Ostatnia rada, skierowana do rodziców – ja bym z gorączkującym dzieckiem od razu szła do szpitalnej izby przyjęć. Zwłaszcza jeśli masz małe dziecko.

    Byłam świadkiem jak lekarz pierwszego kontaktu (family doctor) badał dziecko w korytarzu przychodni (walk in clinci)na Broadway, w sobotę rano. Dziecko gorączkujące, leje się przez ręce zrozpaczonego ojca, a sezon grypowy w pełni. Pediatra akurat nieobecny. Lekarz rodzinny dzwoni do szpitala, słucha instrukcji przez telefon i próbuje działać.

    Ale w końcu podejmuje najlepszą możliwą decyzję i po prostu wysyła tę rodzinę na SOR.

    A gdyby pojechali od razu, to byłoby mniej stresu dla wszystkich.

    Uprzedzę od razu wątpilowści niektórych czytających, że dziecko z gorączką może “zabrać” miejsce na izbie przyjęć człowiekowi, którego życie jest zagrożone. Nie przekonuje mnie ten argument. I nie chcę rozpoczynać dyskusji, które życie jest ważniejsze.

    Sam zdecyduj. A jeśli będziesz świadkiem, że do szpitala przyjmą najpierw rzucającego bluzgami, opierającego się narkomana z krwawiącą nogą, a nie Twoje cierpiące dziecko, napisz mi, jak to zrobiłeś, że się nie wkurzyłeś. Ja nie jestem taka szlachetna.

    Napisałam więcej o małych dzieciach i ciązy w Vancouver w tym wpisie.

    OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda szpital w Vancouver ?

    Najlepiej to kanadyjski szpital, każdy szpital w Vancouver wygląda od zewnątrz

    Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

    Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital.

    Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

    Moje wizyty na pogotowiu: złamany palec, zwichnięta na nartach noga, okropny ból ramienia. I badanie MRI w szpitalu.

    W drugim roku pobytu w Vancouver złamałam palec w bardzo głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki.

    Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Muszę iść do szpitala, bo co ja zrobię bez kciuka?

    Jak  szpital w Vancouver wyglądał w środku?

    Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

    Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była). Młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

    Nie powiem, miłe, że pielęgniarka się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

    Potem nadeszła druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

    Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało.

    Oczywiście się pytam, po co jej to.

    Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

    Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

    Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekałam, po chwili zawołano mnie już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

    Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nieporażające.

    Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać. Kanadyjski szpital nie mógłby wystąpić w serialu.

    Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

    Łóżka pacjentów znajdowały się za zasłonkami. Przestrzeń była mocno otwarta i wszyscy chodzili wokół wszystkich.

    Następnie wywiad o mnie zbiera lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

    Potem Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, kolejny lekarz patrzy i mówi: złamanie.

    Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe).

    Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

    Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.

    W wskazanym dniu idę do następnego kanadyjskiego szpitala.

    St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER.

    Też odnoszę wrażenie, że szpital jest mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

    Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać.

    Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie.

    Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

    Tyle o mnie. A teraz:

    Szpital kanadyjski po raz drugi czyli Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

    Maciek biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek.

    Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

    I znowu taka sama procedura:

    1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
    2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
    3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
    4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
    5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
    6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

    Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem.

    Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

    Na pogotowiu przydadzą Ci się też następujące informacje:

    1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
    2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
    3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

    Co ze szpitala w Vancouver pamiętam Najlepiej?

    Jedna myśl towarzyszy mi cały czas, kiedy wspomniam te wizyty i szpitale kanadyjskie.

    Przekonanie, że nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia.

    Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością.

    Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Zmierzyła Krzysiowi ciśnienie i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

    Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

    No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

  • Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

    Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

    To kolejny post, który piszę w odpowiedzi na wasze pytania mailowe o pracę w Kanadzie. Temat pracy jest jak rzeka, jak już wejdziesz, musisz płynąć 😉

    Wśród pytań często przewija się prośba, żebyśmy odnieśli do powyższego stwierdzenia, czyli w sumie potwierdzili, że brak kanadyjskiego wykształcenia oznacza niemożność dostania pierwszej pracy w Kanadzie.

    Jeszcze niedawno sama tak myślałam, ale teraz już wiem, że to nie takie oczywiste.

    Żadne z nas nie ma wykształcenia kanadyjskiego, a jednak dostaliśmy pracę w Kanadzie.

    Program IEC nie miałby racji bytu, bo większość ludzi, która z niego korzysta, przylatuje do Kanady  z wykształceniem zdobytym w innym kraju i bez ofert pracy na miejscu. A jednak pracują i dobrze się mają.

    Oczywiście musisz zweryfikować swoje oczekiwania względem nowej pracy w nowym kraju.

    Jeśli w Polsce pracowałeś na niższym stanowisku, to nikt w Kanadzie nie zrobi z ciebie od razu menadżera. A jeśli byłeś w Polsce menadżerem, a przyjeżdżasz bez zagwarantowanej pracy, to licz się z tym, że mogą ci zaproponować niższe stanowisko na początku.

    Taka sytuacja dotyczy większość imigrantów o zawodach mało wyspecjalizowanych ( to ja ) i nie ma w tym nic zdrożnego.

    Z czasem wyrobisz sobie i doświadczenie, i swoją markę na rynku kanadyjskim. A wykształcenie zawsze możesz nadgonić.

    Dotychczasowe doświadczenie zawodowe a brak kanadyjskiego wykształcenia

    A czy w Polsce każdy pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem? No pewnie, że nie.

    Ja z wykształcenia jestem filologiem węgierskim, a pracowałam w Warszawie w outsourcingu księgowym. Ale idąc tutaj na rozmowę o pracę przypomniałam sobie skrupulatnie wszystkich Kanadyjczyków, z którymi miałam okazję pracować z Polski (niewielu) i jak tylko nadarzyła się okazja podczas rozmowy z przyszłą szefową, to o tej współpracy powiedziałam. Zdanie zaledwie powiedziałam: że kiedy dzwoniłam do kontrahentów do Montrealu, to oni zawsze pytali o pogodę w Polsce.

    To wystarczyło, żeby pojawiła się malutka nić wiążąca mnie z Kanadą na gruncie biznesowym. Da się? Da się!

    Więc mała rada: może kiedyś w życiu spotkałeś się z kimś z Kanady, coś dla niego zrobiłeś? Przypomnij sobie i spróbuj o tym powiedzieć kilka słów na rozmowie.

    Nie musisz mieć wykształcenia ani doświadczenia kanadyjskiego, żeby znaleźć pierwszą pracę.

    Musisz za to ciągle się rozwijać, dokształcać, starać się, żeby znaleźć lepszą kanadyjską pracę. Taka sama reguła działa wszędzie.

    Warto mieć ze sobą swoje dyplomy, zaświadczenia, przetłumaczone na angielski, żeby w razie czego poprzeć się papierami. Nawet jeśli nie są one kanadyjskie, to powinny być po angielsku. Tak, żeby Kanadyjczyk zrozumiał.

    Brak kanadyjskiego wykształcenia, a co za tym idzie doświadczenia z Kanady, możesz zrekompensować umiejętnościami miękkimi. A nawet musisz !

    Na jednym z wielu spotkań w naszym domu sąsiedzkim miałam przyjemność rozmawiać z wielce inspirującą osobą: Rodrigo.

    Od niego dowiedziałam się, że powszechne stwierdzenie No Canadian experience = No Canadian job w rzeczywistości oznacza:

    Czyli to nie brak papierka z kanadyjską pieczątką uniemożliwia znalezienie pracy, ale ograniczają nas umiejętności nasze, inne niż techniczne, zdobyte wraz z wykształceniem.

    A jakie to są te pożądane w Kanadzie umiejętności miękkie? Ano takie:

    • Communication Skills
    • Local Language
    • Presentation Skills
    • Small Talk
    • Leadership and Initiative
    • Conflict Resolution and Negotiation
    • Accepting Constructive Criticism
    • Flexibility
    • Business Etiquette

    Najważniejsze soft skills potrzebne przy szukaniu pracy w Kanadzie to przede wszystkim umiejętności komunikacyjne!

    Rozmawianie, prezentowanie, angielski ( francuski w innych prowincjach) i oczywiście small talk.

    Warto poćwiczyć bycie liderem, najlepiej takim z inicjatywą, oraz rozwiązywanie konfliktów (tutaj doświadczenie z poligonu domowego dwójki synów mam ogromne).

    Kolejna umiejętność czyli akceptowanie konstruktywnej krytyki – to myślę taki obszar, nad którym całą Polska powinna popracować, c’nie? Zwłaszcza politycy.

    Poza tym musisz być elastyczny (wysportowany też, ale akurat nie o to chodzi tutaj), i oczywiście profesjonalny w zachowaniach biznesowych.

    Jeśli swobodnie działasz w tych obszarach, nie masz się co obawiać. Tego właśnie oczekują od imigrantów kanadyjscy pracodawcy.

    Poniższa tabelka na potwierdzenie.

    What Immigrants HaveWhat Employers Want
    soft skills10%60%
    technical skills90%90%

    Do Kanady zjeżdżają imigranci wyszkoleni, wyedukowani, z wiedzą szeroką, ale z niepasującymi do rynku kanadyjskiego umiejętnościami miękkimi. I to właśnie to niedopasowanie jest przyczyną początkowych porażek w poszukiwaniu pracy.

    To co? Polski dyplom zanieś do tłumacza, a przed lustrem poćwicz elevator speach.

    Szukasz więcej informacji o pracy? Zajrzyj pod te linki:

     
  • Wolontariat w Kanadzie czyli pomóż innym i sobie

    Czy wiesz, co charakteryzuje wolontariat w Kanadzie? Bo chyba czym jest wolontariat, nie trzeba wyjaśniać…

    Praca społeczna na rzecz społeczności (twojej po sąsiedzku i tej bardziej rozległej), kościoła czy instytucji charytatywnej jest w Kanadzie normą.

    Społecznie pracują Kanadyjczycy niezależnie od wieku, od nastolatków po emerytów. Specjalnie używam tutaj sformułowania społecznie pracują, właśnie po to, żeby słowo pracować nie kojarzyło się tylko z zarabianiem pieniędzy. Wolontariat to jest forma pracy, nieodpłatnej w przeważającej większości, ale wcale nie traktowanej gorzej. Pracy, którą w Kanadzie się ceni i w którą warto się angażować.

    Wolontariat jako praca na rzecz twojej społeczności. Nowej społeczności.

    Jak jest się na etapie wylądowałem w Kanadzie i co dalej, to przemyślany wolontariat może okazać się przepustką do nowego emigracyjnego życia. Bo dla Kanadyjczyków ( i Amerykanów też, żeby nie było) wolontariat jest ważnym świadectwem tego, jakim jesteś człowiekiem. Kanada to przede wszystkim społeczeństwo, i jeśli chcesz do niego dołączyć, chcesz, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie, najpierw ty zrób coś dla niego (tego społeczeństwa).

    Wolontariat to przede wszystkim giving back to the community.

    Tak rozumiany wolontariat, czyli służenie innym przybiera często formę zbiórek charytatywnych (więcej pisałam o tym tutaj), przygotowania i dystrybucji żywności dla potrzebujących, prac fizycznych czy nauczania. Popularny jest mentoring, czyli regularne spotkania z drugą osobą, celem wsparcia w różnych problemach i doświadczeniach. Mentoring nie ma w Vancouver tylko korporacyjnego znaczenia – tutaj możesz zostać mentorem w wieku lat nastu dla młodszego o kilka lat kolegi i na przykład pomagać mu w relacjach z rówieśnikami. Czasami wolontariat jest wręcz wymagany jako element edukacji social studies w szkole (ale szczegółów nie znam, bo Krzysiek jeszcze nie jest na tym etapie)

    Większość udziela się wolontaryjnie w sposób nieformalny. Możliwości są nieograniczone i nie ma miejsca użyteczności publicznej, które by nie organizowało takich programów. Najlepszym źródłem informacji jest tablica ogłoszeń czy też strona govolunteer.ca oraz oczywiście networking czyli wieść się niesie wśród bliższych i dalszych znajomych.

    Trzy przykłady mojego kanadyjskiego wolontariatu.

    Ludzie angażują się w wolontariat z różnych powodów. U mnie była to chęć pobycia wśród ludzi i nawiązania przyjaźni zaraz po przeprowadzce do Vancouver. Potrzebowałam (i nadal potrzebuję) poszerzyć grono znajomych, a nie pracując miałam ograniczone możliwości, za to sporo wolnego czasu, który mogłam z pożytkiem wykorzystać.

    Zaproponowałam nauczycielce Krzysia, że przyjdę i przeczytam dzieciom w klasie bajkę o Smoku Wawelskim oraz opowiem trochę o Polsce. Przygotowanie się i przeprowadzenia takiej lekcji zajęło mi może ze 4 godziny (korzystałam z tej książki ). Radość dzieciaków i duma w oczach syna – bezcenne 🙂

    Podobnie, bo również w szkole, zgłosiłam się do pomagania przy targach książki. Codziennie przez tydzień, około 40 minut dziennie. Niewielkim nakładem sił i czasu mogłam poobserwować, jak funkcjonuje biblioteka szkolna, jakie wydawnictwa i książki czytają dzieci kanadyjski, pogawędzić z bibliotekarką i rodzicami, którzy wraz z dziećmi odwiedzali targi. Ciekawe doświadczenie.

    Typowym giving back to community było poświęcenie pewnej soboty i przyjście na spotkanie dla imigrantów, żeby opowiedzieć im, jak znalazłam pierwszą pracę w Vancouver. Czułam się zaszczycona, że mogę w ten sposób spłacić swój dług w stosunku do tych, którzy mi pomogli, kiedy to ja szukałam pracy.

    Jak widzicie, te przykłady to tylko kilka godzin, góra cały dzień, który spędziłam próbując być pomocną dla innych. Kilkakrotnie rozmawiałam z osobami, które słysząc słowo wolontariat odrzucały ten pomysł na wejściu, wymawiając się brakiem czasu. Ok, rozumiem, ale, jak pokazuję to na swoim przykładzie, bycie wolontariuszem nie musi oznaczać pracy na cały etat za darmo. Nie w Kanadzie.

    Często od wolontariatu się zaczyna. Wolontariat może być pierwszym krokiem zawodowym, pozwolić na poznanie ludzi w branży i w końcu zdobycie pracy.

    Mamy tutaj do czynienia z drugim znaczeniem słowa wolontariat, rozumianym bardziej jako bezpłatna praktyka czy staż.

    Ale, ale, powtórzę to z pełną mocą – tak rozumiany wolontariat nadal powinien być przede wszystkim działaniem na rzecz innych, a nie tylko kolejnym punktem do odhaczenia na drodze do pracy. Uwierzcie mi, Kanadyjczycy to zaraz wyczują.

    Znam osoby, które swoją karierę zawodową rozpoczęły od wolontariatu, jednak znowu wypływał on przede wszystkim z chęci służenia innym. Takie podejście zostało docenione przez organizacje i rozwinęło się w konkretne propozycje etatu. Głównie w branży social services, na przykład ktoś za darmo prowadził stronę fundacji, i jego zaangażowanie tak się spodobało, że został wybrany jako social media coordinator, bez rekrutacji ogłaszanej na to stanowisko.

    Inna historia: dziewczyna zorganizowała na UBC pierwszy klub samotnej matki i po kilku latach rozwinęła go w prężnie działający program, finansowany ze środków uczelni. Ja wyciągnęłam z tych historii następujący wniosek o wolontariacie: pomysł na swój rozwój zawodowy (czy też startowanie od zera w nowym miejscu) za pomocą wolontariatu musi wypływać z pasji, chęci zrobienia czegoś dobrego dla innych, chęci zaproponowania innym nowych rozwiązań, ulepszeń, daniu innym czegoś z siebie. Dopiero na drugim miejscu jestem ja jako potencjalny pracownik. Pracodawcy kanadyjscy nie szukają niewolników do pracy za darmo, oni chcą kogoś autentycznie zaangażowanego, będącego częścią zespołu. Kiedy poczują, że jesteś dla nich kimś ważnym, być może zaproponują pracę, a na pewno rekomendacje. I zawsze będziesz o te doświadczenia bogatszy.

    Szukanie wolontariatu w Vancouver tak samo jak szukanie pracy warto zacząć wielowątkowo.

    Masz pomysł, gdzie ewentualnie chciałbyś pracować czy być wolontariuszem ale akurat nie mają żadnych ofert? Brak mi doświadczenia w pytaniu się o wolontariat czy też bezpłatne praktyki, tam, gdzie nie są one ogłaszane, ale nie ma powodu, dla którego nie można by było wejść do takich miejsc i zapytać.

    To co możesz zrobić od razu.

    Wypisz wszystkie miejsca w Vancouver, jakie znajdziesz i o których myślisz, że mógłbyś być dla nich cennym pracownikiem. Polub ich na Facebooku, Instagramie, Twitterze i zacznij komentować, przeznacz chociaż chwilkę dziennie. Żeby zostawić swój ślad u kogoś innego, żeby pokazać, że ci zależy. Każdy biznes ma swój profil w mediach społecznościowych, a jak nie ma, to tym bardziej się do nich zgłoś i zaproponuj, że powinni mieć i że masz pomysł, jak go poprowadzić. Pokaż, że chcesz pracować dla kogoś, a nie u kogoś (czujesz różnicę?). To w sumie dość banalne uwagi, ale mają znaczenie i warto o tym pamiętać.

    A potem trzeba działać osobiście. Pukać do drzwi i wracać oknem. Vancouver jest miastem bardzo przyjaznym dla energicznych.

    Nawet jeśli od razu nie będzie to dream job, tylko surviving job, to nic. Ważne, żeby zacząć.

    I do przodu !

  • Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

    Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

    I po co nam to w ogóle?

    No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

    Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

    Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

    Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

    A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

    Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

    Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

    Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

    Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

    • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
    • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

    [UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


     

    Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

    Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

    #1

    Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

    → Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

    → Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

    Po polsku info o wizie jest tu.

    → Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

    → Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

    → Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

    Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

    Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

    Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

    → Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

    Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

    → I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

    Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

    Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

    Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

    Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

    Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

    A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

    I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

    Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

    Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

    O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

    Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

    #2

    Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

    Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

    Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

    Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

    #3

    Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

    Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

    Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

    W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

    Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

    I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

    Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

    Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

    I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

    Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 

     


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Gdzie warto mieszkać w Vancouver – subiektywny przewodnik po dzielnicach

    Jak pokazują maile do nas oraz statystyki Googla, temat mieszkania w Vancouver cieszy się niesłabnącą popularnością blogo-czytaczy. Zycie vancouver – tak najczęściej wyszukują ten artykuł młode osoby z Warszawy, czytające nasz blog na komórkach.

    Nie dziwię się wcale: mieszkać każdy musi, najlepiej byłoby blisko, wygodnie, tanio i przyjemnie.

    Każdemu, wiadomo, pasuje coś innego. Każdy, też wiadomo, ma inną zasobność portfela, albo na inne rzeczy woli wydać pieniądze. Wygodne życie w Vancouver dla każdego może oznaczać coś innego.

    Jak więc odnaleźć się na mapie i gdzie warto mieszkać w Vancouver?

    Jest stronka , gdzie po wykonaniu szybkiego testu preferencji, system wskaże nam dzielnicę najlepszą dla nas.

    Oczywiście należy to potraktować jako sugestię i to w dodatku obarczoną brakiem zrozumienia ze strony bezdusznego algorytmu, który nam to wylicza. Na marginesie: nam wyrzuciło 5 dzielnic, z czego zaakceptowalibyśmy jedną. I to też nie bez oporów.

    Mieszkanie w tzw. residential areas, czyli dzielnicach domów jednorodzinnych, w domu, nawet dzielonym z jeszcze jedną rodziną, to już, moim zdaniem, jest następny etap.

    Trzeba wziąć mapę Vancouver i popatrzeć, jak się rozkłada siatka ulic.

    • To przy głównych ulicach będzie najwięcej punktów usługowych, sklepów, knajpek, galerii.
    • To przy głównych ulicach toczy się życie w małych blokowych mieszkaniach.

    Tuż za rogiem zaczynają się rzędy domów jednorodzinnych, niska zabudowa i tutaj oferty wynajmu to głównie mieszkania w piwnicach, często z właścicielami, którzy zajmują górne piętro.

    W samym Vancouver nie ma takich wielkich galerii handlowych, wokół których są osiedla mieszkaniowe. No dobra jest Metrotown w Burnaby, ale i tak występowanie takiego układu jest znikome w porównaniu z miastami w Polsce.

    Ok, czas na konkrety.

    Życie w Vancouver jest jakby lepsze im dalej na zachód. I jest czyściej.

    Niestety. East Van to ja tylko na zdjęciach oglądam.

    Downtown ach i och.

    Kiedy przylecieliśmy do Vancouver, w pracy Kuby dano nam taki mini poradnik przygotowany przez biuro, o tym, gdzie i jak szukać mieszkania.

    I oczywiście na pierwszym miejscu ich listy panoszyło się Downtown, czyli ta część Vancouver, która leży na półwyspie i składa się z dzielnic: West End, Coal Harbour, Yeltown, Chinatown, Gastown i pewnie jeszcze z kilku innych town.

    Z wszystkich powyższych polecałabym najbardziej mieszkanie na West Endzie. Bo to coś innego niż bezduszne i z lekka onieśmielające biurowce (jak Coal Harbour), ciasnota wielkich bloków z mini balkonikami i wielkim problemem parkowania (Yaletown), mała podaż mieszkań i nieco turystyczne obejście (Gastown) czy wątpliwy urok mieszkania w pobliżu ulic, gdzie rezydują ludzie, którym się w życiu nie udało (okolice Chinatown, a zwłaszcza ulica East Hastings, w ogóle większość East Downtown). West End ma wszystkie zalety Downtown i niewiele jego wad. Plus niedaleko na plażę i do Parku Stanley’a.

    Nie da się ukryć, mieszkanie w Downtown to jest coś. Blisko jest wszędzie, więc jak lubisz chodzić na piechotę, to jest to. Samochodu nie potrzebujesz (po co, jak jest car2go). Zamieszkasz w centrum Vancouver – cóż może być lepszego na początek, żeby poznać, o co w tym mieście chodzi.

    My wytrzymaliśmy w Downtown miesiąc. Ale to my.

    Kanada się nada

    Dzielimy torcik zwany Vancouver wzdłuż ulicy Głównej. Życie tutaj też jest przyjemne!

    Reguła ta ma zastosowanie w rejonie poza Downtown, gdzie nazwy ulicy są unikatowe, a nie w trybie: Pierwsza, Druga, Trzecia… Pięćdziesiąta Ósma, itd. I tak wszystko, co jest na zachód od Main Street, to jest część West, czyli wszystkie numeryczne nazwy ulic będą miały West w nazwie, np. 8th West Ave. Analogicznie wszystko, co jest na wschód to ulice East.

    Im bardziej na wschód i południe, tym mieszkanie stają się tańsze, a towarzystwo sąsiadów bardziej zróżnicowane etnicznie. Z kolei jadąc na zachód, czyli bliżej do kampusu uniwersyteckiego UBC, wśród sąsiadów będzie się miało tych, co studiują i studentów uczą. Oczywiście upraszczam bardzo, ale w ten sposób chcę dać choćby minimalną wskazówkę tym, którzy zagubieni siadają nad mapą Vancity i szukają pierwszego mieszkania do wynajęcia.

    We wschodnim Vancouver są dwie dzielnice, gdzie mogłabym żyć i zamieszkać.

    Pierwsze to okolice wzdłuż Commercial Drive, właściwie od ulicy Pierwszej, idąc na południe. Na Commercial zawsze się coś dzieje (festiwal, targi), jest mnóstwo młodych ludzi i młodych rodzin, zatrzęsienie sklepików, knajpek, ośrodków jogi i fitnessu, oraz różnych innych alternatyw. Do centrum jeździ autobus, a na skrzyżowaniu z Broadway znajduje się najbardziej ruchliwa stacja kolejko-metra Skytrain. “Na dzielni” jest community centre z biblioteką, basenem i lodowiskiem (Britannia Community Centre). I podobno na Commercial jest najlepsze sushi w Vancouver. Rowerem da się dojechać do pracy w centrum, i dalej na wycieczki poza miasto czy do North Van też. Dużo wyluzowanych ludzi.

    Drugie miejsce w Vancouver wschodnim, gdzie moglibyśmy zamieszkać, to okolice Jeziora Pstrągowego (Trout Lake). Wprawdzie nie widziałam tam mieszkań z dwiema sypialniami, i trochę już daleko, żeby Kuba rowerem do pracy jeździł, ale rekompensuje to super community centre w parku wokół jeziora oraz szkoła podstawowa z programem French Immersion (czyli rozszerzoną nauką francuskiego już od zerówki). Od rodziców dzieci w wieku szkolnym słyszałam same dobre opinie o tym rejonie.

    Wioska w mieście czyli Olimpic Village

    Albo urzędowa nazwa dzielnic, czyli False Creek (choć po prawdzie False Creek to więcej niż sama Wioska)

    To takie trochę Downtown, które przeskoczyło na drugą stronę zatoki. Pomiędzy ulicami Main i Cambie, od ulicy Pierwszej do Ósmej. Największa zaleta – mieszkania tam są nowe, nowiuśkie, piękne wprost. Z widokiem na zatokę, góry i Science World. W końcu Wioska nie na darmo Olimpijską się nazywa – boom budowlany w tym rejonie zaczął się od Olimpiady 2010. I trwa nadal, więc place budowy nie należą w tej dzielnicy do rzadkości. Inne minusy: mało zieleni (ale dużo wody), jeden plac wybetonowany jako serce dzielnicy (ale z dobrą knajpą), małe community centre (choć prężnie działa i ma wi-fi) i całkowity, dyskwalifikujący dla nas, brak szkół . Sory Gregory. Jednak dla młodych ludzi bez dzieci w wieku szkolnym, czemu nie?

    Jeszcze tytułem dodania: Te powyższe to jest opis Olimpic Village, samo False Creek, ciągnące się na zachód od Wioski (acha, na zachód, widzicie) ma moim zdaniem więcej do zaoferowania. Przede wszystkim przy Wyspie Granville jest park, nawet z parkiem wodnym połączony, jest i community centre oraz sporo małych sklepów na Wyspie Granville. Dla rodziny z dziećmi ta część False Creek jest lepsza do zamieszkania. I szkoła też jest. Wioska to trochę nuworyszowska dzielnica, ale ja ją lubię. I często tam filmy kręcą, jak trzeba żeby Vancity udawało New York City 😀

    Kanada sie nada

    I love Kits. Czyli wszyscy kochają Kitsilano i dlaczego.

    No właśnie. Jeszcze nie miałam okazji się przekonać, dlaczego Kitsilano uchodzi za najlepsze, bo bywam w tamtych rejonach tylko przejazdem. No ale to jest część zachodnia Vancouver i w pobliżu znajduje się bardzo prestiżowe sąsiedztwo domów a’la rezydencja Carringtonów, które kosztują tyle pieniędzy, że nawet nie patrz w ich stronę. Jednocześnie w Kits da się znaleźć mieszkanie jedno-  czy dwupokojowe, za cenę wyższą niż w dzielnicach wschodnich, no ale płacisz za adres na ulicy z West w nazwie. Jedziemy na zachód, najlepiej Czwartą. Ulica Czwarta w części Kitsilano to jeden z bardziej pożądanych adresów. To kolejna ulica, gdzie jest wszystko i dla wszystkich. I chyba nawet więcej, bo z tego co pamiętam gdzieś tam jest nawet Safeway, czyli duży sklep spożywczy typu supermarket. Blisko na plaże, nie tak zatłoczone jak te na West Endzie, blisko na uniwerek, po Czwartej i po Broadway jeżdżą autobusy. Jest klimatycznie i sympatycznie. Dzielnica jest dość homogeniczna jeśli chodzi o mieszkańców, i chyba się domyślacie dlaczego.

    Kitsilano bez plaży czyli Kerrisdale.

    Kolejne, młode i wibrujące miejsce, dobre dla szukających mieszkania w pojedynkę czy sparowanych, ale także dla młodych rodzin z dzieckiem. Centrum dzielnicy to okolice ulicy 41. (czyli daaaaleeeekoooo od Downtown) oraz West Boulevard. To również jedna z takich dzielnic, które mają swoją, rozpoznawalną w Vancity, tożsamość. Sporo w niej studentów, bo na kampus jest już naprawdę blisko. Blisko też do największego parku w obrębie Vancouver, czyli Pacific Spirit Park. W centralnej części dzielnicy są sklepy, punkty usługowe, kawiarnie, droższe butiki. Autobus dowiezie do stacji metro-kolejki Canada Line przy Oakridge (a przy okazji jest tutaj centrum handlowe). Rzecz ważna dla rodziców: przy pobliskiej szkole podstawowej realizującej jako jedna z nielicznych program Montessori, jest community centre oraz basen, oraz lodowisko. Czyli jest jak dzieciom zapełnić czas. Minus dzielnicy: zdecydowanie za daleko. No chyba że pracujesz w domu, albo w różnych miejscach Vancouver i przemieszczasz się autem. I mieszkania w blokach zdecydowanie trochę starszych (podobnie jak w Kits), zdarza się, że standard odbiega od naszych wyobrażeń o podstawowym minimum. Ceny wynajmu na szczęście trochę niższe niż w centrum. Sporo Azjatów.

    Kanada sie nada

    I na końcu Mount Pleasant czyli gdzie my mieszkamy.

    Każda pliszka swój ogonek chwali. Sporo w tym prawdy. Jednak możecie mi uwierzyć, za rejonem Mount Pleasant nie przemawia ślepa miłość do akurat tej części miasta. Wręcz przeciwnie, mieszkanie tutaj to wynik chłodnej kalkulacji i trochę lenistwa. Bo jak już znaleźliśmy mieszkanie w miarę blisko pracy Kuby (dojeżdża rowerem do Downtown), wynajmowane bezpośrednio od właściciela, z widokiem na góry, w sąsiedztwie szkoły, i NIE JEST to piwnica, to ciężko zabrać się do szukania alternatywy.

    Samo Mount Pleasant rozciąga się od zachodu (od ulicy Cambie) na wschód (Mount Pleasant Neighbourhood House stoi jeszcze za ulicą Fraser). My mieszkamy tuż przy Kingsway oraz Ósmej wschodniej. Jako część centralną naszej dzielnicy wyróżnia się właśnie skrzyżowanie Kingsway, Main oraz Broadway, więc poczucie, że mieszkamy w centrum jest :D.

    Mount Pleasant jest często określana jako najbardziej hipsterska część miasta. I coś w tym jest. Wystarczy przejść się po Main, zajrzeć do rozlicznych wege, bio, organic, local knajpek czy sklepów, żeby zobaczyć brodaczy z laptopem z jabłuszkiem, czy dziewczyny nad sałatką z jarmuża. W wielu plebiscytach to właśnie miejscówki z Mount Pleasant wygrywają miano: the best bagle place czy the-best-hot-yoga-place-for-mom. Jeden z okolicznych parków został na wniosek mieszkańców nazwany Parkiem Relaksujących się Kolesi (Dude Chilling Park).  Rzeczywiście do chillax’owania się nasza dzielnica jest bardzo odpowiednia. Co najmniej trzy duże parki, gdzie można zalec na trawie i pogapić się na góry, albo we freesbie pograć. Jednak jest też druga strona medalu: sporo wyluzowanych państwa pod wpływem maryśki, którą łatwo dostać w wielu okolicznych sklepach, tak wyluzowanych, że wyglądających i zachowujących się tak, że ręce opadają. Niestety.

    Z wyjątkiem Downtown oraz Olimpic Village w większości opisanych przeze mnie dzielnic można wynająć dwa pokoje od 1600 CAD, w zależności od standardu (wiek budynku, wyposażenie mieszkania, czy media zawarte są w cenie, a pralka jest w łazience, czy na piętrze). Niestety rynek mieszkaniowy w Vancouver jest szalony, ceny rosną, ludzie płaczą i płacą.

    Wszystkie treści na blogu są pisane na podstawie naszego doświadczenia i zasłyszanych opowieści.
    Będzie super, jeśli podzielisz się swoją historią w komentarzu. Jak twoim zdaniem wygląda życie w Kanadzie?
    Osoba, która myśli o wyjeździe do Kanady podziękuje ci za twój komentarz.

  • Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

    Dentysta ogólnie

    dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

    Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

    Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

    My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

    W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

    Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

    Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

    Dentysta dziecięcy

    Boli ząb

    Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

    Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

    Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

    U dentysty nr 1

    Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

    Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

    Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

    Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

    Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

    U dentysty nr 2

    Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

    Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

    Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

    Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

    Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

    A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

    U dentysty nr 3

    Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

    I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

    Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

    A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

    Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

  • House hunting czyli mieszkanie w Vancouver. Jak (nie) zamieszkać (pod mostem)

    Mieszkać każdy musi. Się nie da inaczej. Podstawowa rzecz, czyli dach nad głową. Niestety w Vancouver choć ten dach ze złota nie jest, płacisz za niego, jak za zboże.

    Jak chcesz zamieszkać w Vancouver nie ma bata, czeka cię szukanie domu. A jeśli dodatkowo planujesz kupno nieruchomości to przygotuj się jak na wyprawę na grubego zwierza, czyli house hunting.

    Ciekawą rzecz zaobserwowałam. Ostatnio temat mieszkaniowy pojawia się w rozmowach częściej niż zwykle. Oczywiście nie tak często jak Mikołaj, Święta, politycy i czemu tak pada, ale zawsze.

    Znajomi szukają nowego mieszkania, sąsiedzi się wyprowadzają, a posty nasze (dwa) o mieszkaniu w Vancouver wzbudzają zainteresowanie odwiedzających tego bloga (wiem, bo sobie zainstalowałam wtyczkę Google Analytics hehehe).

    Nas też od czasu do czasu napada chęć aby wyruszyć na house hunting, poszukać sobie innego mieszkania.

    Zwłaszcza jak odwiedzamy tych, co to wnętrza mają śliczne i oświetlone odpowiednią ilością lamp.

    Skoro temat ważny, to go pociągnę. Jak to czytasz, bo myślisz o wyjeździe do Kanady i ci się podoba, co piszę, podziel się wpisem, dobrze?

    Jak kupić dom w Kanadzie?

    1. Określ swoją zdolność kredytową

      I czy cię stać na spłatę kredytu – koszty miesięczne nie powinny przekraczać 35% twoich dochodów miesięcznych. W Kanadzie sprawdzisz to w tzw. credit report, który możesz sobie zamówić.

    2. Przygotuj spis agencji, które wystawiają domy na sprzedaż

      Wpisujesz w wyszukiwarkę: real estate agents in Vancouver i szukasz, czytasz, porównujesz. Szukaj też pod hasłami “home hunting” lub “home feature”. Pomocna wyszukiwarka to https://www.realtor.ca/mls

    3. Zobacz, czy w interesującej Cię okolicy nie ma sprzedaży bezpośredniej domu czy mieszkania

      To nie jest model tak popularny, jak w Polsce, ale co ci szkodzi się rozejrzeć? Wsiądź w samochód i poszukaj znaku “For Sale” przed domem.

    4. Obejrzyj dom / mieszkanie dokładnie

      Pytaj i zapisuj odpowiedzi. Swoje uwagi notuj. Może się przydać, kiedy będziesz negocjować cenę. Choć o negocjowaniu czegokolwiek w Vancouver to raczej zapomnij – wszystkie domy i mieszkania sprzedają się od razu.

    5. Idziesz do banku po kredyt

      Musisz mieć przygotowany wkład własny, czyli down payment (im większy, tym lepiej, minumum 5% kosztu domu). Będziesz też potrzebował CMHC Mortgage Loan Insurance oraz inne ubezpieczenia (np na życie, czy od utraty pracy)

    6. Składasz ofertę kupna

      Jeśli pomaga ci agent, to on przygotuje ten dokument: Offer to Purchase. Możesz też skonsultować ją z prawnikiem (lub notariuszem). Warto skorzystać z ich pomocy, żeby sprawdzili dokumenty własności.W ofercie kupna powinno być:
      ■ Kwota kaucji.
      ■ Dodatkowe przedmioty, takie jak zasłony , lodówka, kuchenka, pralka i suszarka, którą możesz zechcesz przejąć wraz z domem (zwane również ruchomościami).
      ■ Dzień zamknięcia (data przejęcia domu) – zwykle 30 do 60 dni od daty zawarcia umowy.
      ■ Prośba o aktualne dokumenty opisujące stan nieruchomości.
      ■ Data ważności oferty.
      ■ Wszelkie inne warunki związane z ofertą, w tym potwuerdzenie jak będzie wyglądało„finansowanie hipoteczne” i skończony dokument „inspekcji domu”

    7. Negocjujesz cenę

      Eh. W Vancouver niestety nie ma negocjacji, a bardzo często oferty kupna licytują się między sobą, oferując więcej pieniędzy niż cena podana przez kupującego (sold over asking price)

    Ustalmy sobie, że house hunting to zasadniczo szukanie domu. W Vancouver.

    Ale jeszcze częściej szukanie domu pod Vancouver.

    Spytasz dlaczego pod?

    Ceny, moi kochani ceny.

    Słynna na wiosnę 2015 kampania Nie mam miliona (#DontHave1Million), rozpoczęta przez mieszkankę Vancouver, taką zwykłą trzydziestokilkulatkę, z pracą normalną, odbiła się szerokim echem w całej Kanadzie i nawet na chwilę obudziła rządzących, którzy problem niebotycznych cen nieruchomości znają, ale nie garną się, żeby coś z tym zrobić.

    Młodzi ludzie, którzy mają pracę (dochód jednej osoby to około 40 tys. CAD na rok ) i myślą o założeniu rodziny, nie mają szans na kupno domu w Vancouver.

    Możesz pomyśleć, ej no halo, a kto ma szansę, my w Polsce też raczej jako trzydziestolatkowie domów w mieście nie kupimy.

    Ale trzeba tutaj o jednej rzeczy napisać: ci kanadyjscy trzydziestolatkowie w sporej części wychowali się właśnie w domach jednorodzinych, z ogródkiem z tyłu, trawnikiem z przodu, położonych wcale nie tak daleko od centrum, w tzw. residential areas, gdzie ruch jest mniejszy, dzieci bawią się na ulicy, a Downtown widać z górnego piętra.

    Rzadko kto z tych trzydziestolatków wychowywany był w wieżowcach w śródmieściu (zresztą nie jestem pewna, czy takowe już wtedy były???).

    Dość, że teraz jako dorośli szukając dla swojej rodziny podobnych warunków, jakie zapewnili im ich rodzice, mają ogromny problem. Kupno domu przerasta ich możliwość finansowe.

    Stąd kampania, stąd rozgoryczenie.

    Żeby kupić dom wolnostojący, na działce, w Vancouver trzeba mieć co najmniej 1 milion dolarów kanadyjskich (a to i tak w dzielnicy raczej na wschodzie niż na zachodzie, i dom to raczej klocek dość brzydki i do remontu).

    Więc jeśli rodzina decyduje się na kredyt hipoteczny i chce kupić dom, tak, żeby dzieci miały huśtawkę z opony przed wejściem, to niestety musi się z Vancouver wyprowadzić.

    I kupić dom pod. np. w Port Moody (byliśmy, ładnie tam, zielono, blisko do szlaków, ale komunikacja dość słaba).

    Nie mam miliona i w sumie to nie potrzebuję dużego domu. Kto to będzie sprzątał, co?

    Można jeszcze pomyśleć o (nieco) tańszej alternatywie, jaką są tzw. townhouses, czyli domki-szeregowce, jakie są budowane przez deweloperów albo w osobnych inwestycjach, albo jako przyklejone domki do bloków mieszkalnych.

    Zwykle w dzielnicach bliżej śródmieścia, lub nawet w samym centrum.

    Za cenę niewiele niższą niż dom wolnostojący, właściciel ma namiastkę domu i dostęp do wszelkich dóbr jakie niesie życie w centrum (nie pytajcie mnie, jakich, bo za nic bym w centrum mieszkać nie chciała).

    My  mieszkamy w bloku, który ma 5 takich szeregowych domków. I mamy z nimi wspólne patio.

    Takie domki mają:

    • swoje niewielkie ogródeczki,
    • osobne wejścia na ulicę,
    • a wspólny z nami parking i zarządzających.

    W środku nie ma co marzyć o sporej przestrzeni, jest dość wąsko (wiem, bo odwiedzaliśmy sąsiadów), ale jest to dom. Twój. Osobny. I ma ogródeczek. Na grilla. I żeby dziecko wypuścić na pohasanie.

    I właśnie do takiego miejskiego domku przeprowadzają się nasi znajomi z położonej nad zatoką i z widokiem na centrum Wioski Olimpijskiej, gdzie mieli mieszkanie dwupokojowe w nowoczesnym wieżowcu.

    Zamieniają mieszkanie na domek szeregowy z trawnikiem wielkości chusteczki, sporo większą przestrzenią mieszkalną. Będą mieszkać dalej od centrum (około 20 minut dojazdu).

    A cena jest o 1000 CAD niższa !

    Stąd mój wniosek – Kanadyjczycy z rodziną są przyzwyczajeni i chcą przestrzeni (kto by nie chciał) więc wolą mieszkać nawet dalej, byle ją mieć.

    To jest trochę pytanie w stylu: mieszkanie w centrum czy domek pod miastem? Pamiętam jak wielu z naszych warszawskich kolegów zadawało sobie te pytania i teraz dojeżdżają z Mysiadła pod Piasecznem.

    Nie przeczę, trawnik dobra rzecz. Ale ja wybieram mieszkanie w (prawie) centrum.

    Tylko cena za tę przyjemność zwala z nóg 🙁

    Mieszkanie w centrum Vancouver a potrzeby życiowe rodziny z dziećmi.

    Ok, temat dom(k)ów trochę ruszyliśmy, to jeszcze wrócę na chwilę do tego, dlaczego nie chciałabym mieszkać w Downtown, w Vancouver.

    Mogę się wypowiedzieć, bo mieszkaliśmy tam na początku naszego pobytu w Kanadzie. Krótko bo krótko, ale zawsze.

    Zacznę od tego, ze znam tylko jedną rodzinę, która z dwójką dzieci mieszka w Śródmieściu. Inne rodziny jakie widzę na ulicach w centrum, to są młodzi ludzie z malutkimi dziećmi, zwykle jednym, zwykle niemowlakiem.

    Takich rodzin z kilkulatkami, młodszą czy trochę starszą młodzieżą, nie widuję za dużo, z powodów wymienionych powyżej (przestrzeń, chęć wychowywania dzieci w spokojnych dzielnicach).

    W Centrum jest tłoczno, głośno, z parków to tylko ci, co mieszkają na West Endzie mogą w miarę wygodnie skorzystać (blisko do Parku Stanleya).

    Gdzie dzieciak ma jeździć na rowerze, hę? Więc ja się bardzo cieszę, że w centrum nie mieszkamy, i do naszego parku relaksujących się kolesi Maciek spokojną uliczką pomyka na biegówce.

    → Gdzie mieszkać: sprawdź nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

    Masz już za sobą kupno nieruchomości w Kanadzie? Podziel się swoim doświadczeniem, a ktoś ci za to podziękuje!

  • Pogadajmy o pieniądzach – za ile $/h da się przeżyć czyli płaca minimalna w Vancouver

    Ten post napisałam jesienią 2015 roku, ale zaglądam do niego regularnie i odświeżam, bo o pieniądze pytacie najczęściej.

    Jakie jest jedno z takich pytań od kogoś, kto rozważa przyjęcie oferty pracy w firmie w Vancouver:

    Nie jest łatwo odpowiedzieć na takie pytanie, bo każdy indywidualnie ustala sobie poziom życia i ile pieniędzy na niego potrzebuje.

    Pytania, na które Ty powinieneś znać odpowiedź to:

    • Jakie są Twoje cele finansowe (czy chcesz kupić nieruchomość w Kanadzie, odłożyć na naukę dla dzieci, czy na emeryturę)
    • Nie wiem, ile wydajesz (bo jadasz na mieście, a nie gotujesz, a jak gotujesz to tylko organic)
    • A ile oszczędzasz?
    • Czy lubisz ryzyko finansowe czy święty spokój? (inwestujesz na giełdzie, korzystasz z odliczeń)
    • Ile to dla Ciebie “dość” pieniędzy?

    Dzięki pieniądzom można wiele, ale jednak nie wszystko.

    Przez wiele lat mieszkania w Kanadzie wielokrotnie mówiłam i pisałam, że nam, rodzinie polskiej z dwójką dzieci szkolnych, lepiej się wiodło ekonomicznie w Warszawie.

    Pytacie, że skoro w Polsce zarabialiśmy więcej, to czemu nie wracamy do tego polskiego Eldorado.

    Na nasze życie w Kanadzie i decyzję, że staramy się o obywatelstwo ma wpływ bardzo wiele czynników, a pieniądze są tylko jednym z nich.

    My znamy pytanie, czy wystarczy nam na życie w Vancouver.

    Mam nadzieję, że pomogę Ci poszukać odpowiedzi, czy Ciebie będzie stać na Kanadę.

    Porozmawiajmy, jaka jest płaca minimalna w Vancouver. I czym się różni od stawki na życie.

    A zanim przejdziemy do Vancouver, to jeszcze słówko, a właściwie dwa, o innych miastach.

    • Płaca minimalna zależy od prowincji Jeśli czytasz ten post po 2020 to po pierwsze pozdrawiam Cię z przeszłości, a po drugiej zerknij na zaktualizowane stawki tutaj;
    • Płaca minimalna zależy też od branży w jakiej się pracuje. Bo np barmani dostają mniej od pracodwacy, za to więcej od klientów (napiwków);
    • Płaca minimalna zależy różnież od Twojego wieku.

    Czy w Kanadzie często rozmawia się ze znajomymi o pieniądzach.

    Nie wiem, czy ludzie rozmawiają o pieniądzach częściej niż w Polsce.

    Mamona to zawsze ekscytujący temat, ale to wcale nie oznacza, że śmiało dzielimy się informacjami finansowymi.

    Kiedy pisałam ten post, przeczytałam w lokalnej gazecie, że kobiety wciąż zarabiają mniej od mężczyzn właśnie dlatego, że za mało rozmawiają ze sobą o pieniądzach.

    Do kanadyjskich znajomych jakoś wciąż nie mam śmiałości uderzyć z pytankiem: no, a przy okazji, to ile zarabiasz? (No dobra, wiem, ile jedna moja koleżanka zarabia, ale z nią już chyba z pięć kaw wypiłam i mamy najdłuższy staż znajomościowy).

    W obecnej ofercie pracy mam zapis, że nie mogę rozmawiać o pensji z kolegami.

    Stawka minimalna w Vancouver wynosi 13.85 CAD [od czerwca 2019]

    Kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, najmniejsza kwota godzinowa to było 10 dolarów. Bardzo mało. Najmniej w Kanadzie.

    To jest bardzo niewiele, dlatego w kwietniu 2016 ówczesny burmistrz Vancouver zapowiedział, że pracownicy miejscy będą zarabiać około 20 dolarów za godzinę, gdyż to jest tzw. living wage, czyli stawka, która pozwala żyć, rachunki płacić, jedzenie kupić i mieć dzieci.

    Ja w pierwszej kanadyjskiej pracy nie zarabiałam 20 dolarów na godzinę. Byłam zatrudniona jako analityk accounts payable w dziale księgowym, pracującym dla największego dostarczyciela energii w prowincji, BC Hydro.

    living wage, czyli stawce pozwalającej na godne życie dowiedziałam się więcej rozmawiając z menadżerką tej kampanii w marcu 2016.

    Kolumbia Brytyjska oprócz niechlubnego tytułu prowincji, gdzie płacą najmniej, ma również najwyższy wskaźnik biedy wśród dzieci [podaję za stroną kampanii living wage for families].

    Większość takich dzieci jest w rodzinach, gdzie oboje rodziców pracuje. Ale mimo że dorośli często pracują na cały etat lub też na dwa etaty, to ich pensja nie pozwala im na życie, a jedynie na przeżycie.

    Stawka na życie to wynik kalkulacji dla rodziny czteroosobowej, gdzie rodzice pracują na pełen etat.

    Jeden dorosły powinien zarabiać 20.68 CAD na godzinę, czyli jak łatwo policzyć, dwa razy więcej niż obecna stawka minimalna.

    Co zawiera się w tej kwocie?

    20.68 CAD zawiera podstawowe wydatki na wynajem mieszkania (największy koszt budżetu domowego)

    • opiekę nad dzieckiem (drugi największy koszt dla rodzin);
    • jedzenie,
    • transport,
    • ubranie,
    • wydatki na urządzenia domowe,
    • MSP (Medical Service Plan) – podstawowe ubezpieczenie zdrowotne plus rozszerzone ubezpieczenie zdrowotne,
    • dokształcanie się,
    • i w końcu pewne formy rekreacji, czyli np. uczestniczenie w zajęciach w community centre czy wyjście na pizzę raz na jakiś czas.

    Taka stawka nie pozwala na spłacenie długów, oszczędzanie na emeryturę czy wkład własny na mieszkanie, odkładanie na fundusz w razie wypadków.

    Według specjalistów nie jest to również kwota wystarczająca na godne życie rodziny z osobą niepełnosprawną czy zniedołężniałą.

    Każdorazowo z  20.68 CAD rodzina 4 dolary przeznacza na child care, czyli zapewnieni opieki dziecku, które jeszcze nie chodzi do szkoły.

    Ani Kanada jako kraj, ani Kolumbia Brytyjska jako prowincja nie mają ogólnokrajowego/ogólnoprowincjonalnego programu opieki nad dziećmi przedszkolnymi (ale np. Quebec ma taki program), co oznacza w dużym uproszczeniu wolną amerykankę cenową i brak regulacji tego segmentu.

    Przeczytaj inne posty o wychowywaniu dzieci w Vancouver


    Przykłady innych działań na rzecz podniesienia stawki godzinowej czy obniżenia kosztów życia w B.C.:

    Fight for 15 CAD

    Ponad połowa ogłoszeń o pracę z 2015 przeanalizowanych przez animatorów kampanii proponowała stawki poniżej 15 CAD/h. Ta kampania chce to zmienić i wywindować stawkę minimalną do poziomu co najmniej 15 CAD za godzinę

    $10 a Day child care

    Twórcy tej kampanii społecznej apelują do rządu prowincji o ustalenie kosztu opieki nad dziećmi na nie więcej niż 10 dolarów za dzień. Biorąc pod uwagę fakt, że przedszkoli i żłobków jest niewiele i są one mocno oblegane, te które są , często dyktują bardzo wysokie ceny i nie ma żadnych regulacji prowincjalnych w tym zakresie. Rodzice płaczą i płacą, a potem zarabiają na to, pracując na dwóch etatach.

    Stawki w innych prowincjach – czy jest lepiej?

    Każda prowincja i terrytorium to inny świat. Żartuję, ale nie do końca.

    I pewnie teraz chcesz wiedzieć, w której prowincji zarabia się najlepiej i właśnie tam się udać? Pomysł dobry w zasadzie, w praktyce lepiej skup się na tym, gdzie łatwiej zdobędziesz pobyt stały niż więcej zarobisz.

    Ale żeby nie było – stawki minimalne, czyli ile dostaniesz za godzinę pracy w brutto (czyli odjąć musisz podatki).

    Alberta$15.00
    $13.00 uczący się, do 18 lat
    British Columbia
    $14.60
    $13.95 pracownicy serwujący alkohol
    Saskatchewan$11.45
    Manitoba$11.90
    $12.50 pracownicy ochrony
    Ontario$15.70 pracownicy home worker
    $14.25
    $12.45 pracownicy serwujący alkohol 
    $13.40 uczący się, do 18 lat
    Quebec$13.10
    $10.45 jeśli występują napiwki
    New Brunswick$11.70
    Nova Scotia$12.55
    Prince Edward Island$12.85
    Newfoundland & Labrador$12.15
    Yukon$13.71
    Northwest Territories$13.46
    Nunavut$13.00
    źródło tabelki -> https://nethris.com/legislation/minimum-wage/

    Czy za 13 dolarów na godzinę da się godnie żyć?

    Przy dwóch osobach, które zarabiają po 13 CAD za godzinę,  nie da się wynająć mieszkania w Vancouver (1750 CAD za miesiąc) i zapłacić za żłobek  (825 CAD za miesiąc). To są dane z 2015 roku, więc koniecznie sprawdź, jak to wygląda dzisiaj!

    Pewnie, że jeśli się kształcisz, zdobywasz tutejsze uprawnienia, w końcu stawka godzinowa idzie w górę. Ale na początku stoi w miejscu. A rachunki się muszą zapłacić.

    Przeczytaj inne posty o pracy w Vancouver.

    Więc już do znudzenia napiszę – proszę, zrób podstawowe wyliczenia, zanim kupisz one way ticket do kraju klonowego liścia.

    W podjęciu decyzji co do wyjazdu pomoże Ci też odpowiedź na te 4 pytania: dlaczego właśnie Kanada? Z kim wyjeżdżasz, na jak długo i do którego miejsca w Kanadzie? Więcej na ten temat napisałam w poście z maja 2020.

    Dobry plan pomaga uniknąć rozczarowania Kanadą, kiedy po okresie zachwytu początkami emigracji (tzw. efekt miesiąca miodowego), spojrzysz realistycznie na swoje życie.

    Zajrzyj wtedy do innych postów na blogu, zwłaszcza tych, które poruszają emocje emigracyjne. Mam nadzieję, że pomoże!

    Powodzenia z planami na Kanadę!

    Ten post jest najczęściej czytaną treścią na blogu. Masz pytanie o pieniądze? Daj znać w komentarzu!

  • Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

    Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

    #1

    Zacznę od lotu

    Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

    Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

    Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

    [Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

    Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

    Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

    Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

    My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

    I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

    Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

    No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

    I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

    Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

    Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

    [dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]

    Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

    Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

    Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

    Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

    W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

    Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

    Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

    Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

    Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

    Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

    Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

    Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

    Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

    Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

    Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

    Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

    Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

    Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

    Macha ręką i możemy iść.

    Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

    Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

    Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

    Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

    Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

    Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

    To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

    Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

    Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

    Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

    Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

    Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

    Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

    Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!

    #2

    Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

    Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

    Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

    Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

    Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

    Z rzeczy innych:

    1. walizki się odnalazły, jupikajej
    2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
    3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

    Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤

  • If it is not broken, do not fix it it – co ci powie kanadyjski lekarz rodzinny aka lekarz pierwszego kontaktu w kanadzie

    To będzie wpis z cyklu Przychodzi polska baba (z polskim chłopem) do kanadyjskiego doktora i nie wiedzą,czego się spodziewać. Orginał tego wpisu powstał w 2015 roku, ale przejrzałam go i zaktualizowałam w 2019. Daj znać, czy masz jakieś pytania o lekarza w Kanadzie. We wpisie znajdziesz też linki do innych, obszerniejszych artykułów o służbie zdrowia wVancouver.

    Do doktora poszliśmy razem z Kubą, chcąc odhaczyć kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w wakacje 2015, kiedy nasi synowie po raz pierwszy spędzali wakacje w Polsce, z dziadkami.

    Myślimy sobie, trzeba zajrzeć do lekarza, porobić badania krwi, oczy zbadać oraz narząd programisty nadmiernie eksploatowany – rękę.

    Żeby w Kanadzie skorzystać z darmowej (publicznej służby zdrowia), musisz być ubezpieczony. Jak się ubezpieczyć? Sprawdź, bo wymagania zależą od Twojego statusu w Kanadzie oraz od prowincji, w której mieszkasz. Więcej na ten temat pisałam w tekście o kanadyjskiej służbie zdrowia.

    Chcieliśmy sprawdzić, jak będzie nam się rozmawiało z Kanadyjskim lekarzem

    Mamy różne doświadczenia z lekarzami polskimi. Nie ukrywam, prywatne ubezpieczenie medyczne Medicover i Luxmed w Warszawie nas mocno rozpieściło. W latach 2009-2014 łatwo i szybko można było dostać się do przychodni, na specjalistyczne badania.

    Myśleliśmy, że w Vancouver będziemy mogli skorzystać z podobnych “przywilejów pracowniczych”, bo w kontrakcie Kuby (job offer) był zapis o extended medical benefits. Wiemy już, że to nie jest to samo i prywatny abonament w Polsce to coś innego niż dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne oferowane przez kanadyjskich pracodawców.

    Chcieliśmy dać się zbadać kompleksowo, wypadałoby chyba raz do roku, c’nie? Plus oczywiście nasze doświadczenie z kanadyjską służbą zdrowia jest niewielkie, więc trzeba się uczyć.

    Nie możesz w Kanadzie pójść sobie ot tak, do lekarza przyjmującego prywatnie. Albo do punku pobrania (laboratorium). Albo na tomograf komputerowy. Nie ma takiego zwyczaju, jak w Polsce. Że płacisz i masz prywatne zabiegi / badania, podobne do tych w państwowym Narodowym Funduszu Zdrowia.

    Zazwyczaj health card (czyli prowincjonalne ubezpieczenie zdrowotne) nie przysługuje osobom o statusie imigracyjnym innym niż pozwolenie o pracę (work permit), pobyt stały (permanent residency) czy obywatelstwo. Nie zawsze ubezpieczenie przysługuje małżonkowi / partnerowi czy dzieciom osoby ubezpieczonej. Nie jest tak, że kiedy mąż ma pozwolenie o pracę i ubezpieczenie, to jego rodzina dostaje to z automatu. Koniecznie sprawdź, jak to działa w prowincji, do której się wybierasz.

    Załóżmy, że masz taką sytuację, że nie masz ubezpieczenia z prowincji (w Kolumbii Brytyjskiej bedzie to MSP, w Toronto OHIP). A chcesz sobie zbadać krew. Co wtedy?

    Najpierw sprawdź tak orientacyjnie chociaż ceny zabiegów w takich przychodniach. Tutaj masz przykładowy cennik z przychodni Appletree w Ontario, z cenami ważnymi na maj 2020 roku. Sama wizyta, bez żadnych dodatkowych badań, pobrań krwi, etc. kosztuje 85 dolarów.

    Jak wykonać badanie specjalistyczne w Kanadzie, kiedy nie jesteś ubezpieczony?

    1. Idziesz do przychodni, czyli walk-in clinic

      Możesz wybrać dowolną przychodnię. Może być ta najbliżej, lub polecana. A może ta, która ma najkrótszą kolejkę pacjentów danego dnia? Sprawdź w internecie szczegóły.

    2. W recepcji mówisz, że nie masz ubezpieczenia, a potrzebujesz lekarza

      Możesz powiedzieć, że potrzebujesz porady lekarza (family doctor), który da Ci skierowanie na badanie krwi, prześwietlenie, tomograf. Recepcjonistka powie ci, ile to będzie kosztowało.

    3. Zawsze bierz rachunek, potwierdzenie płatności.

      Nawet jesli teraz nie masz ubezpieczenia prowincjonalnego, powinieneś mieć jakieś ubezpieczenie. Może uda się odzyskać część kosztów.

    4. Mówisz lekarzowi rodzinnegu, co potrzebujesz.

      I prosisz np o badania krwi. Jeśli lekarz wystawi skierowanie, to recepcjonistka od razu umówi cię w laboratorium. Lub powie, że zadzwoni do ciebie, kiedy będzie wizyta. Na zelceniu będzie napisane, że nie masz ubezpieczenia (MSP / OHIP coverage).

    5. Idziesz do laboratorium i jeśli to konieczne, znowu do lekarza, z wynikami.

      My korzystaliśmy z Lifelabs, bo mają tam możliwość zobaczenia wyników jak i całej historii. O wszystkim poinformują telefonicznie.

    Jak wybraliśmy kanadyjskiego lekarza pierwszego kontaktu?

    Chciałabym powiedzieć, że z polecenia. Ktoś nam polecił jakiegoś lekarza i do niego poszliśmy. O nienienie, to tak nie działa.

    Po pierwsze, pisząc “kanadyjski lekarz” nie myślę tylko o lekarzu, który jest Kanadyjczykiem. W Vancouver leczą lekarze wielu narodowości, także Polacy. Nie zależało nam specjalnie na lekarzu mówiącym po polsku, ale wiem, że dla wielu pacjentów ta kwetia jest ważna i podnosi ich komfort.

    Pytałam znajomych i nieznajomych o lekarzy rodzinnych, którzy przyjmują w naszej dzielnicy (Mount Pleasant) i przyjmują nowych pacjentów. Dostałam kilka(naście) nazwisk i wierząc, że lepiej pokazać się niż przez telefon prosić, poszłam do większości z tych miejsc. Poszłam i dowiedziałam się, że lekarz nie przyjmuje nowych pacjenów. Nawet z polecenia obecnych pacjentów. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak ważny jest networking w Kanadzie i że to, kogo się zna, bardzo często zdecyduje o jakości życia.

    W 2014 nie było jeszcze grup na Facebooku, na których możnaby zapytać o lekarza, przeczytać opinie z pierwszej ręki, ewentualnie poprosić o szepnięcie dobrego słowa na recepcji, żeby może znalazło się miejsce.

    Koniec końców zdecydowaliśmy, że jedziemy do walk in clinic. To przychodnia, co to już kilka razy w niej byłam.

    Ta przychodnia była najbliżej naszego domu i to zdecydowało. Wtedy nie mieliśmy innego pomysłu do kogo pójść, a wciąż nie mieliśmy doktora pierwszego kontaktu (family doctor).

    Jak próbowaliśmy rozmawiać z kanadyjskim lekarzem o badaniach okresowych.

    Będzie trochę śmiesznie, a trochę nie.

    Zajeżdżamy, fajnie, tylko godzina czekania, no i próbuję wytłumaczyć recepcjonistce z czym ja przyszłam. Że to nie jestem chora ani cierpiąca tylko tak profilaktycznie chcę zobaczyć doktora, ginekologa może (cytologia i te sprawy).

    I co się okazuje?

    • Że po pierwsze to od takich spraw jest lekarz rodzinny, jak nie mam, to ona mi da kontakty do tych co akurat przyjmują nowych pacjentów (fajnie).
    • A po drugie, owszem mogą w tej klinice mnie zbadać też, ale mam się zdecydować na jeden powód wizyty, słownie JEDNĄ dolegliwość. Jak mam dwie, to muszę przyjść na  kolejną wizytę, bo mi ubezpieczenie (Medical Service Plan) tego nie pokrywa. No ok, dziwne, ale ok, ja mówię, że idę po konsultację ginekologiczną, a K. że po zbadanie krwi.

    Dalej będzie o tym, co nam doktor powiedział w gabinecie, ale bez drastycznych szczegółów.

    Zaczął od tego, że on nie jest zwolennikiem badania osób zdrowych, czyli nas, bo  jak się coś znajdzie, to dopiero będziemy mieć problemy.

    Przede wszystkim się zestresujemy niepotrzebnie, a poza tym bank nam nie da kredytu na mieszkanie, albo polisy na życie, bo już będziemy mieć w medycznych papierach, że coś nam zdrowie szwankuje. No i w ogóle, twierdzi, jak się szuka, to się znajdzie, a po co? Lepiej się nie przejmować, lepiej nie naprawiać czegoś, co popsute nie jest (vide tytuł posta). Moja reakcja –  SZOK. Pytam o profilaktykę, o badania przesiewowe, o standardy. I co się okazuje? Że w Kolumbii Brytyjskiej sytuacja wygląda inaczej niż bym to sobie wyobrażała. Na przykład – nie robią kobietą USG piersi (podobno szkodliwe). Aha, no a jak to się ma do tych wszystkich różowo-wstążkowych marszów i nawoływania do zwiększenia świadomości na temat raka piersi? No nijak się ma, nie ma takich badań i już.

    Dalej w temacie kobiecych badań – cytologia owszem jest , co roku, a w takim np. Ontario podobno rzadziej (słowa lekarza).

    Kiwa głową ze zrozumieniem i tłumaczy, że muszę zweryfikować swoje oczekiwania wobec tutejszej służby zdrowia, bo oni co i rusz mają jakieś audyty, a za zlecanie badań zdrowym ludziom dostają po łapkach.

    OK, to może chociaż tabletki dostanę? I tu pozytywne zaskoczenie – są refundowane częściowo, jupikajej (w Polsce chyba nadal nie są?).

    Co do badań męskich, się nie będę rozwodzić, Kuba dostał skierowania gdzie trzeba, więc się zbada. P0 raz kolejny się przekonaliśmy, że służba zdrowia działa tutaj na innych zasadach, nie piszę specjalnie  gorszych – lepszych, tylko innych, trzeba się przyzwyczaić.

    Podsumowując tę scenkę rodzajową dzisiejszą, chcę napisać o naszych przemyśleniach już po wyjściu od doktora (skąd inąd miły był i powiedział, że Polacy robią najlepszą kapustę na świecie i że on nie tyka nawet kijem bigosu przygotowanego przez nie-Polaka).

    ✔ wpis – poradnik o służbie zdrowia → KLIK

    ✔ wpis – o kanadyjskim dentyście → KLIK


    Rozmawialiśmy sobie z K., że w sumie takie podejście –  zostawmy jak jest, póki nie jest zepsute (albo chore) – już kilka razy dało nam się zauważyć w kontaktach z Kanadyjczykami.

    Weźmy na przykład sprawę naszej pralki. Właścicielka mieszkania jeszcze we wrześniu mówiła, że pralkę nam wymienią. Dawaliśmy znać, że głośno chodzi, że jakieś tam elementy powyginane są, ale temat się urwał, powiedziała: skoro pracuje, to niech będzie. No i proszę ze trzy tygodnie temu, K. daje jej znać, ze pralka cieknie. Nie mija nawet tydzień, kiedy podłoga w sypialni przylegającej do łazienki puchnie. A kulminacją był nocny alarm pożarowy, który zerwał WSZYSTKICH mieszkańców z łóżek o 2 nad ranem. Staliśmy sobie wszyscy na ulicy (dobrze, ze ciepło było), koło wozów strażackich i słyszymy, że alarm spowodowało spięcie instalacji elektrycznej, na którą skądś kapała woda. Aha, no możecie się domyślić, co nam przyszło do głowy – yeap, pralka zawiniła. No i teraz właścicielka mieszkania ma ze trzy razy większy (i kosztowniejszy) problem niż gdyby nam tę  18letnią pralkę wymieniła zeszłej jesieni. No ale nie chciała, bo przecież pralka działała.

    Więc jak działa, to nie ruszać.

    W pracy też to mamy – proces jest do dupy, ale nikogo nie interesuje, żeby go usprawnić, żeby życie ułatwić. Działało tak zawsze, zostawmy, aż się nie wywali. A wywali się NA PEWNO, i wtedy dopiero będzie.

    No więc tak, refleksją się podzieliłam. Zdrówka!