Blog

  • 8 stron internetowych które nas inspirują i pomagają ogarnąć dwujęzyczność w Kanadzie

    Lekcje polskiego online w czwartej klasie to nie przelewki. Skończyło się nauczanie początkowe, zaczęło się nauczanie końcowe [Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać od napisania tego, hihihi.]

    Wciąż nie mamy podręczników, które mają zostać przysłane nam na wypożyczenie, to na platformie ORPEG nauczycielki załączają całkiem sporo materiałów do pracy własnej.

    Wystarczy tylko wydrukować i już siadaj drogi synku i pisz, co to głoska, co litera, a co sylaba. Jest co robić i z czym pracować.

    Domyślasz się pewnie, że będzie to kolejny wpis opisujący dwujęzyczność dzieci w Kanadzie. Ano tak. Plus 8 wartościowych stron internetowych.

    Uzupełnię wcześniejsze notki o tym, jak to jest z mówieniem chłopaków po polsku i po angielsku. Staraliśmy się bez lukru opisywać, jak to wygląda.

    Jeśli śledzicie bloga od początku, to pewnie zauważyliście, że mam na tym punkcie lekkiego świra. Dwujęzyczności znaczy się.

    #kilka słów dla tych, co dopiero nas poznają. Czyli złe dobrego początki.

    Sytuacja po przyjeździe wyglądała pokrótce tak: Krzyś (wtedy 7 lat) niewiele umiał powiedzieć/napisać po angielsku, po polsku mówił dużo i poprawnie, gorzej z ortografią.

    Tak było w październiku 2014. Maciek (wtedy 2,5 roku) nie mówił po polsku, ani po angielsku. Teraz, po dwóch latach, sytuacja językowa wygląda już dużo lepiej, uff.

    Ponieważ wciąż nasze życie w Kanadzie ma charakter tymczasowy i założenie jest takie, że wracamy*  do polskiej szkoły/przedszkola [*czas przyszły nieokreślony, wiem, wiem, bo zaraz by się pojawiły pytania, kiedy wracamy] , najważniejsze jest dla nas, aby język polski (zagranicą mający status języka mniejszościowego) był przez chłopaków opanowany na poziomie rodzimego użytkownika.

    I o ile z Krzyśkiem nie będzie problemu z polską dykcją, to u Maćka wymowę trzeba ćwiczyć w większym zakresie.

    Nie zdziwicie się zatem, że często szukam pomocy i inspiracji w Internecie.

    Bardzo dziękuję logopedom, blogerom, słowem wszystkim, którzy się wiedzą dzielą 🙂

    #zebrałam linki do wartościowych blogów/stron/projektów, które pomagają nam z nauką polskiego. Oraz tłumaczą, jak emigracyjna rzeczywistość wpływa na dzieci, rodziców, komunikację i życie. O tak!

    • Blog bilingualhouse prowadzony przez polską logopedkę w Menchesterze. To  miejsce w internecie, opisujące doświadczenia rodziny dwujęzycznej. Aneta pisze ( i nagrywa filmiki) w prosty sposób o nauce języków, dwujęzyczności polsko-angielskiej. Znajdziesz tam ciekawie podane informacje naukowe oraz opisy codzienności. Bardzo podoba mi się również fanpage, na którym autorka poleca wartościowe treści innych logopedów, lingwistów czy wreszcie rodziców dzieci wielojęzycznych.
    • Serwis Dobra polska szkoła to polonijny portal informacyjny w Nowym Jorku.  Wbrew nazwie nie ogranicza się jedynie do tekstów informacyjnych czy promocyjnych dla Polonii w NYC. Ja często znajduje tam ciekawe refleksje, rady,  wzmianki o książkach dla dzieci wartych uwagi, czy linki do osób, które naukowo zajmują się dwujęzycznością. Jakoś tak ciepło mi się zrobiło w sercu, czytając, że projekt Cała Polska czyta dzieciom wsytępuje także w wersji Cała Polonia czyta dzieciom. Przyznam szczerze, że kiedy zaglądam na ten portal, to zazdroszczę rodakom, którzy mieszkają w miastach z liczniejszą Polonią. Tyle się dzieje….
    • Kasia w Anglii czyli mamaw.uk to bardzo ładny i wartościowy blog, na który zaglądam z przyjemnością. Czytam wpisy o wychowaniu dwujęzycznej córki w angielskiej rzeczywistości, która miejscami zdaje się być bardzo podobna do tej kanadyjskiej (rzeczywistość, nie córka). Kasia ma świetny dar plastycznego przekazywania informacji, nic więc dziwnego, że jej wpisy cieszą się dużą popularnością. Czekam na wpisy o tym, jak będzie im szła nauka w polskiej szkole online Libertus, bo my korzystamy z konkurencyjnego systemu ORPEG.
    • Kolejny blog logopedyczny, Dwujęzyczność i dwukulturowość, pisany przez Elżbietę. To z jej bloga ściągnęłam pomysł dzienniczka dla Krzyśka, zaraz na początku pobytu w Kanadzie. Podoba mi się również inicjatywa: Turnusy wakacyjne dla rodzin z dziećmi dwujęzycznymi. Świetna okazja, żeby wypocząć w gronie rodzin z podobnymi doświadczeniami i Polską się cieszyć.
    • [blog czasowo niedostępny] Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wpadłam na blog Mai lifeabroad.pl, byłam zdumiona, że jest gdzieś na świecie dziewczyna, która zna odpowiedź na wiele z moich eimgracyjnych pytań i wątpliwości matki-ekspatki. Maja pisze z południa Stanów Zjednoczonych, ale w jej artykułach znajdziesz zgrabnie przekazane uniwersalne porady i ciekawostki, przydatne niezależnie od kraju Twojej emigracji.
    • Strona (blog) Dzieci dwujęzyczne Faustyny. Tutaj znajdziesz kolejną porcję informacji i historii o dzieciach dwujęzycznych. Autorka dzieli się linkami do innych stron (będzie co czytać w długie zimowe wieczory)…
    • Link podesłany przez koleżankę z dawnej pracy (dzięki Marta Z.) czyli Centrum Głoska. Krótkie, treściwe posty, napisane zrozumiałym językiem. Ciekawa propozycja dla rodzin niemających dostępu do szkół polskich  – z Kasią dzieci mogą się uczyć czytać po polsku przez Skype’a.

    Wszystkie powyższe strony pełne są wskazówek znacznie ułatwiających codzienną naukę języka polskiego w naszym domu.

    Ale najważniejsze dla mnie jest poczucie, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych “zmaganiach” z językami.

    Uczenie się języka polskiego w Kanadzie to zajęcie czasochłonne.

    W dodatku ponieważ nauczycielem jestem najczęsciej ja, bywa, że mocno frustrujące (każdy kto mnie zna, powie, że cierpliwość nie jest moją największą zaletą).

    Bardzo mi wtedy pomaga czytanie postów innych mam-emigrantek, mam dzieci dwu- lub więcej- języcznych, które też czasami mają dość, brakuje im siły, pomysłu czy planu.


    Dziecku nie wystarczy powiedzieć:

    weź ucz się polskiego, bo to piękny język. Bo to nasz język. Bo jesteś Polakiem.


    Trzeba je cały czas zachęcać, motywować, zwłaszcza, że nie brakuje pokus spędzania czasu inaczej niż nad polską ortografią.

    Dwujęzyczność jest wspaniałym darem. Ale i sporo z nią roboty. Znasz nasze historie?

    Znasz dobry tekst o dwujęzyczności?  Podrzuć w komentarzu, a  ktoś Ci podziękuje!

  • Poradnik – służba zdrowia w Kanadzie

    Często dostajemy od Was w mailach ogólne pytania o emigracyjne życie w Kanadzie. O to, jak wygląda służba zdrowia czy szkoła kanadyjska. Postanowiłam więc przygotować serię postów poradnikowych, kompleksowo ujmujących jakiś temat, taki trochę post- filar.

    To będzie pierwszy z nich.

    Po tym, co się ostatnio dzieje w moim życiu, stwierdzam, wcale nie odkrywczo, że zdrowie jest najważniejsze. A jak się przyjeżdża do innego kraju (szczególnie z rodziną, szczególnie z małymi dziećmi) to warto jest mieć choć ogólne rozeznanie, jak to wygląda.

    To zaczynamy!

    Służba zdrowia w Kanadzie jest podobna do tej, którą mamy w Polsce. Czyli powszechna, ogólnie dostępna i przynajmniej w założeniu bezpłatna.

    Poniżej postaram się w miarę czytelnie opisać, jak wygląda, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską.

    1 # powszechność i finansowanie służby zdrowia

    Kanada ma ogólnokrajowy system opieki medycznej (Medicare), finansowany w znacznej mierze z budżetu i administrowany na szczeblu samorządowym.

    W praktyce każda prowincja czy terytorium ma swój własny plan medyczny. W niektórych prowincjach jest on w całości finansowany z podatków mieszkańców.

    Ale w innych, niestety także w B.C., trzeba co miesiąc płacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne (medical insurance premiums). Opłacenie tej składki czasami proponuje pracodawca, w ramach świadczeń pracowniczych, więc podczas rozmowy o pracę możesz się zapytać, czy firma płaci za MSP (Medical Service Plan in B.C.)

    Z płacenia podstawowej składki zdrowotnej zwolnieni są często seniorzy oraz rodziny o niskim dochodzie. Mitem jest jednak twierdzenie, że Kanada ma bezpłatną opiekę zdrowotną.

    Koszt składki dla osób mieszkających w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz TUTAJ.

    Od 2020 o ile przysługuje Ci ubezpieczenie, nie trzeba opłacać składki zdrowotnej w BC

    Podstawowe ubezpiecznie medyczne zapewnia dostęp do podstawowych usług medycznych:

    • wizyta u lekarza rodzinnego, prześwietlenia klatki piersiowej, nastawienie złamanej ręki
    • wizyta w przychodni, czyli walk-in clinic
    • pobyt w szpitalu – zagrożenie życia i zdrowa lub po skierowaniu od lekarza rodzinnego
    • badanie wzroku dzieci i osób starszych
    • aborcja

    Po listę zabiegów zawartych w podstawowym ubezpieczeniu medycznym Kolumbii Brytyjskiej zajrzyj TUTAJ.

    Rozszerzone ubezpiecznie medyczne dotyczy rzeczywiście dodatkowych zabiegów czy wizyt, nieujętych w programie podstawowym. Jest to na przykład wizyta/rehabilitacja u fizjoterapeuty czy badania laboratoryjne.

    Wygląda to inaczej niż w Polsce, gdzie prywatne ubezpieczenie medyczne to zazwyczaj łatwiejszy dostęp do tych śwadczeń, które są i tak płacone przez NFZ. 

    Myślałam na początku, przenosząc doświadczenia z Polski, że extended health care to coś właśnie jak abonament w Luxmedzie, gdzie ma się szybszy dostęp do lekarza pierwszego kontaktu czy pediatry. A to coś innego.

     

    2 # rozszerzone ubezpiecznie medyczne

    Budżet prowincji ma wpływ na to, jakie usługi medyczne są wliczone w podstawowy pakiet medyczny. Za wszystkie inne przyjdzie Ci niestety zapłacić dodatkowo. W przypadku konieczności skorzystania z usługi medycznej niezawartej w podstawowym ubezpieczeniu zapłacisz z własnej kieszeni (out-of-packet payment) albo zostanie ona pokryta z ubezpieczenia dodatkowego (extended health care plan). Szczegóły poniżej:

    Masz tylko podstawowe ubezpiecznie zdrowotne (MSP), a całość kosztów dodatkowych świadczeń sam płacisz  – to proste, dostajesz przy wyjściu fakturę i uiszczasz opłatę. Jeśli nie jest to sprawa zagrażająca życiu KONIECZNIE zapytaj najpierw o koszt usługi [wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć, bo może zaboleć]. Przykład: u dentysty koszt wizyty – i nie piszę tutaj o jakimś zaawansowanym plombowaniu – to około 200-300 CAD. Jak mówią internety, często bardziej opłaca się wylecieć do Polski i wyleczyć co trzeba. Z biletem lotniczym i tak wyjdzie taniej niż w Kanadzie

    Masz dodatkowe ubezpiecznie zdrowotne (extended health care plan zwany też third-party insurance), koszty dodatkowych świadczeń współpłacisz z ubezpieczycielem. Tutaj również możliwe są różne warianty:

    1. Płacisz całość kwoty u lekarza, u dentysty czy okulisty (up-front payment) i później fakturę wysyłasz do ubezpieczyciela (towarzystwa ubezpieczeniowego), który zwraca Ci całą lub część tej kwoty na konto/czekiem. Sposób mniej przyjazny dla ciebie, bo oznacza konieczność wysłania dokumentów (extended health care claim) do ubezpieczyciela (pocztą lub emailem) i czasami dodatkowych wyjaśnień czy dyskusji o ten wydatek medyczny.
    2. Płacisz część opłaty (w zależności od Twojego planu może to być np. 20% całej kwoty, nie słyszałam o extended health care pokrywającym 100% wydatków medycznych). O resztę klinika/szpital/dentysta czy inna placówka medyczna występuje sama do ubezpieczyciela. Nie musisz się właściwie o nic martwić, pokazujesz tylko swoją kartę, że masz dodatkową opiekę medyczną i koniec formalności.

    Trochę informacji o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym znajdziesz w artykule z Vancouver Sun [ang]

    Towarzystwa ubezpieczeniowe, w których mamy/mieliśmy dodatkowe ubezpiecznie extended health care plan:

    • SunLife – nasz obecny ubezpieczyciel (z firmy Kuby). Obsługa telefoniczna w miarę ok (czasami sobie zaprzeczają, więc zawsze notujemy imię konsultatnta, żeby nie było potem niedomówień), czas oczekiwania na połączenie z konsultantem w kanadyjskiej normie. Największy minus – przyjmują wnioski tylko w formie papierowej, więc musisz nadać list z rachunkami (koszt normalnego około 2 CAD)
    • Maunlife – poprzedni ubezpieczyciel (z firmy Kasi). Jakoś tak wyszło, że wszystkie opłaty dodatkowe za usługi medyczne były bezpośrednio ściągane przez przychodnie, więc nie mamy osobistych doświadczeń w kontakcie.

    Co warto wiedzieć: jeśli dwie soby mają w rodzinie ubezpieczenie od innych ubezpieczycieli (bo np. takie mają przyznane w ramach bonusów od pracodawców) to często można kumulować zwrot za usługi medyczne bądź podwyższać sumę świadczeń. Nigdy tak jeszcze nie robiliśmy, ale wiemy, ze można. I wtedy można dostać nawet 100% zwrotu zaplombowanie czy okulary.

    #3 – oczekiwanie na ubezpieczenie i aplikowanie o nie

    Wiesz już, że musisz być w jakiś sposób objęty ubezpieczeniem medycznym. Ponieważ to kanadyjskie nie przysługuje automatycznie, trzeba o nie wystapić. Dokumenty aplikacyjne są dostępne w przychodniach, szpitalach, a najlepiej rozejrzeć się online.

    Kanadyjskie ubezpieczenie zdrowotne zależy od Twojego statusu tutaj. Niebędąc rezydentem czy obywatelem niekoniecznie przysługuje Ci ubezpieczenie (znowu zależy od prowincji), a jeśli tak, to zwykle jest ono ważne tak długo, jak Twoja wiza.

    Okres oczekiwania na rozpoczęcie okresu ubezpieczeniowego może wynosić nawet 3 miesięce. Na ten czas musisz mieć ubezpieczenie komercyjne. Najczęściej kupione jeszcze w Polsce, polecam z jak najszerszym pakietem. [Uwaga: zapoznaj się dokładnie z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczeń i upewnij, że nie dotyczy ono tylko pobytu turystycznego, ale także pobytu na wizie pracowniczej, czyli zwrócą Ci za ewentualny wypadek przy pracy].

    #4 – co NIE jest zawarte w bezpłatnym planie medycznym

    Poniżej najważniejsze trzy usługi okołomedyczne, za które w większości miejsc zapłacisz z własnej kieszeni całość kosztów:

    1. DENTYSTA: Praktycznie cała opieka stomatologiczna w Kanadzie jest prywatna. Oczywiście są miejsca, gdzie możesz zbadać czy leczyć zęby za darmo, ale są one dla ludzi o bardzo niskim dochodzie, albo tylko dla dzieci, albo tylko dla seniorów. W Polsce też teoretycznie usługi dentystyczne są płacone przez NFZ. A w praktyce? No właśnie, i tak wszyscy chodzimy leczyć zęby prytwanie (pozdrowienia dla naszej Pani Dentystki z Mcza, dr B. Ż !)


    Crime story pt: “My kontra dentyści w Vancouver“. Z litości nie wspominam o kosztach!


    2. OKULISTA i OPTYK: W B.C. dzieci i seniorzy mają prawo do bezpłatnego badania wzroku raz do roku. Za okulary się płaci dodatkowo. Dorośli płacą za wszystko. Koszt badania w Vancouver to około 70 CAD, koszt okularów 200-300 CAD.

    3. LEKI: lekarstwa (poza tymi, które dostaniesz w szpitalu, podczas hospitalizacji*) nie są zawarte w ogólnym, podstawowym planie medycznym. Dostajesz receptę, idziesz do apteki i płacisz. Częściowe współpłacenie jest możliwe z rozszerzonym ubezpieczeniem. Dla osób bez dodatkowego ubezpieczenia, które potrzebują stałych leków, rządy prowincji oferują pomoc finansową. O szczegóły musisz zapytać farmaceutę. W Kolumbii Brytyjskiej jest program PharmaCare dla osób o niewielkim dochodzie. Szczegóły TUTAJ.

    *może się zdażyć, że będzie wersja bezpłatna i płatna, np. zwykły gips jest bezpłatny, a ten wodoodporny lub termoplastyczny kosztuje. Jeśli się na niego zdecydujesz i przyjdzie Ci zapłacić, sprawdź czy dodatkowe ubezpiecznie medyczne Ci za to nie zwraca.

    Gdzie znaleźć aptekę? Pytaj Googla o Drugstores czy Pharmacies. 

    • My mamy najbliższą w Shopper’sie.
    • Możesz kupić lekarstwa bez recepty (non-prescription drugs lub over-the-counter drugs), stojące na regałach w sklepie, tak jak ogólnodostępne leki w polskich supermarketach.
    • Jeśli lekarz wypisze Ci leki na receptę (prescription), wtedy przynosisz ją do okienka z napisem drop off, gdzie zostawiasz receptę farmaceucie.
    • On przygotuje dla Ciebie lekarstwa (zwykle czeka się kilkanaście minut) i możesz je odebrać w następnym okienku (pick up).
    • Jeśli lekarstwa będziesz musial przyjmować stale, farmaceuta ustali z Tobą system uzupełniania zapasów (częstotliwość, jak je będziesz odbierał, czy farmaceuta ma dzwonić z przypomnieniem itd.).
    • Część ubezpieczycieli zwraca pewną kwotę także za lekarstwa, więc sprawdź czy masz to w swoim extended health care plan‘ie.

    CIEKAWOSTKA: Marihuana lecznicza jest legalna w Kanadzie. Napisałam kiedyś do Magazynu Fuss, jak wygląda sytuacja zioła w Vancouver. Chcesz poczytać?

    #5 – Jesteś chory, masz chore dziecko, co robić wtedy?

    • Jeśli jesteś chory, najpierw idziesz do swojego lekarza rodzinnego (jak  go masz), albo do przychodni (walk in clinic). Tam Cię zbadają i w razie konieczności dostaniesz skierowanie do lekarza specjalisty (także pediatry) czy na dodatkowe badania. Wizytę u lekarza rodzinnego zwykle rezerwujesz wcześniej, powinni Cię przyjąć w przeciągu kilku dni. Do przychodni, jak nazwa wskazuje, możesz wejść z ulicy i odczekać swoje w kolejce. Uwaga na odwoływanie wizyt: większość praktyk lekarskich stosuje (late) cancellation fee, jeśli za późno odwołasz wizytę lub w ogóle się na nią nie stawisz.
    • Nie ma limitu wizyt w przychodni czy u swojego lekarza rodzinnego. Nie jest łatwo znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów. Przed wizytą należy podać powód tejże (jeden problem medyczny na wizytę!). Nie musisz mieć ani lekarza rodzinnego, ani ubezpieczenia, żeby zostać przyjętym do szpitala w razie zagrożenia życia.
    • Zajrzyj pod ten link, żeby się dowiedzieć, w której przychodni (walk in clinic) są najkrótsze kolejki!
    • Jeśli spotkał Cię wypadek, dzwonisz na 911 lub idziesz do najbliższego szpitala.
    • Jeśli nie wiesz, co robić, dzwonisz na 811. Porozmawiasz z pielęgniarką, która Cię pokieruje, co robić, da adres do lekarza, wskaże przychodnię. Miej przy sobie numer karty zdrowia (BC Health Care Card). Zadzwoń tam, jeśli masz dziecko z gorączką i nie wiesz, czy ktoś może przyjść obejrzeć je w domu. Wizyty domowe w Kanadzie nie są w standardzie !

    #6 różne ważne info

     A co jak wyjeżdżasz z Vancouver, albo z Kanady? Plan ubezpieczenia zdrowotnego zależy od prowincji/terytorium i wyjeżdżając z niej jesteś wprawdzie ubezpieczony, ale zorientuj się, czy nie jest wymagana dodatkowa rejestracja albo spełnienie innych warunków (out of province health care). Najczęściej ubezpiecznie jest ważne do sześciu miesięcy poza Kanadą. I pokrywa wydatki do wysokości kwot kanadyjskich (tzw. table-rates). Czyli np. w USA w razie wypadku zostaniesz poproszony o dopłacenie różnicy za usługi medyczne, które są tam droższe niż w Kanadzie.

    Sprawdź swoją polisę dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego ! Może masz coś, co możesz wykorzystać, np. wizyty u masażysty? Niewykorzystane w danym roku zabiegi nie przechodzą na następny rok i nie kumulują się. Jeśli korzystasz z wizyt u lekarza/masażysty/psychiatry, zorientuj się, czy mają zarejestrowaną praktykę medyczną (jesli nie, może być Ci trudniej odzyskać zwrot kosztów leczenia od ubepzieczyciela)

    Trzymaj rachunki od lekarza ! Ponieważ jak się zdążyłeś zorientować dostarczycieli usług medycznych jest kilku, a każdy rządzi się trochę innymi prawami, zawsze trzymaj wszystkie rachunki medyczne i faktury, żeby w razie czego móc wystąpić o zwrot kosztów leczenia. W Kanadzie służba zdrowia w dużo większym stopniu niż w Polsce opiera się na strategii biznesowej.

    Szczepionki. Kto nie ma dzieci, temu może wcale do głowy nie przyjść, że szczepienia to temat kontrowersyjny. Zdania rodziców co do szczepień dzieci Co do edukacji przed-szkolnej, to zależy od typu placówki (trzeba się informować u źródeł). Kalendarz szczepień dla dzieci w B.C. znajdziesz TUTAJ. O naszym doświadczeniu ze szczepionkami TUTAJ. Dobry wpis na blogu Polityki o szczepionkach w Kanadzie i nie tylko.

    Szpital. Wszelkie lekarstwa, procedury (zabiegi, znieczulenia, operacje, zdjęcia, testy laboratoryjne, poród, prowadzenie ciąży, opieka poporodowa) są zawarte w podstawowym planie medycznym. Badania zlecone dodatkowo przez inne instytucje (np. do prawa jazdy, do ubezpieczenia, do celów imigracyjnych) są płatne przez Ciebie. Uwaga: w wielu prowincjach transport karetką jest dodatkowo płatny, nieujęty w podstawowym ubezpieczeniu zdrowotnym.

    Planujesz ciążę w Vancouver? Przeczytaj te dwa posty, które napisałam wspólnie z dziewczynami z Polskich Babskich Spotkań:

    1. prowadzenie ciąży w Vancouver
    2. małe dziecko i urlop macieżyński w Vancouver

    Mam nadzieję, że teraz wiesz już więcej o tym, jak wygląda służba zdrowia w Kanadzie.

    Podsumowując moje odczucia: po dwóch latach mieszkania w Vancouver, widzę, że najlepiej nam było z abonamentami w Medicover czy Luxmedzie.

    Byliśmy szczęściarzami, mając do nich dostęp w Polsce. Ale w Vancouver też nie narzekamy, a w porównaniu z bardzo niedofinansowaną publiczną polską służbą zdrowia, bardziej nam się podoba publiczny system kanadyjski.

    I jest bardziej życzliwy, choć zaskakuje mnie wciąż…

    To co kochani ? Na zdrowie !

  • Wycieczki po Okanagan: Osoyoos, Mount Kobau, Spotted Lake, Skaha Bluffs, Kelowna i Myra Canyon

    Nasze pierwsze wrażenie? Jedziemy, jedziemy, nie ma lasów. Jest piach. I ciepło, a miejscami bardzo ciepło. Słońce jest tutaj bliżej ziemi. Brązowy, złoty, żółty w różnych odcieniach – to kolory tego regionu Kolumbie Brytyjskiej. Witamy w Okangan!

    Pierwszy raz pojechaliśmy do Okanagan jesienią 2016 roku.

    A potem już co roku odwiedzaliśmy ten region i jego miasta: Kelownę, Kamloops, Osoyos, Pendincton. Świetne i niezbyt wymagające okolice, idealne do wycieczek z dziećmi, na rowerach i na nartach, i pod namioty też!

    Okanagan, Osoyoos, Pendincton, Kelowna, Lake Country, Peachland, Skaha Bluffs…. nie wiem, jak Wam, ale mi wymawianie tych nazw sprawia jakąś nieokreśloną przyjemność. Smakowicie brzmią, są soczyste, dźwięczne. Trochę magiczne i mocno zachęcające.

    Nas zachęciły!

    Przed wycieczką do Okanagan nie wiedzieliśmy o tym regionie za wiele

    Tak, tak, to już u nas tradycja, na prawdę słabo przygotowujemy się do naszych wycieczek i później nas musi Google ratować…. albo i nie. W sumie nie ma się co chwalić publicznie. My w ogóle mało planujemy nasze wycieczki, bo … co ma być, to będzie. Albo nie będzie 😉

    Przed wyjazdem ten region Kolumbii Brytyjskiej kojarzył nam się z dwiema rzeczami: cydrem z BC liquor store oraz pustynią.

    Mam koleżankę z pracy, której miastem rodzinnym jest Osoyoos, położone właśnie w tym regionie. I to by było na tyle w temacie naszej wiedzy krajoznawczej o Okanagan.

    Okanagan to region, dolina, obszar, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi i sąsiednią kanadyjską prowincją, Albertą.

    Podróż samochodem do Okanagan

    Można pojechać autostradą nr 3. I po drodze zatrzymać się w urokliwym Parku Prowincjonalnym Manning. Można też pojechać bardziej na północ, autostradą nr 5, przez Meritt. Jechaliśmy i tak

    To tylko 5 godzin jazdy na wschód od Vancouver. Droga wije się coraz wyżej i wyżej, i zupełnie, ale to zupełnie, się nie nudzi. Bo widoki są.

    Oczywiście dzieciom się nudzi, ale na szczęście długi audiobook na ogół załatwia sprawę. W 2016 roku słuchaliśmy “Baśnioboru” (prawie 10 godzin ) i ta lektura nieźle uzupełniała, a właściwie kontrastowała z oglądanymi z samochodu wyżowymi, pustynnymi krajobrazami.

    Te widoki nawet trochę księżycowe są, jak to mówi moja koleżanka Harriett z Kelowny. (patrzcie państwo, znam coraz więcej osób stamtąd)

    Kiedy jechać do Okanagan – może jesienią?

    Trafiła nam się boska pogoda, złota jesień roku 2016, miejscami bardzo ciepła, a miejscami bardzo zimna.

    Ale ponieważ tym razem był to wypad nie-pod-namiotowy, więc pogoda mogła nam nadmuchać. I czasami dmuchała nieźle.

    Podobno jest to najcieplejsze miejsce w Kanadzie (agencje turystyczne używają hasła pustynia, jako wabika na turystów). A staruszkowie zmęczeni tempem Vancouver (a może cenami nieruchomości), wybierają życie w Okanagan na emeryturze (jesieni życia).

    Odwiedziny w Osoyos

    W 2016 roku zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu. Bez szczególnego rozglądania się, wynajęliśmy pokój w hotelu znalezionym na booking.com [hotel standard ok, miał jacuzzi]

    Jeśli wolisz namiot to pole namiotowe w Osoyoos znajduje się w  Haynes Point Provincinal Park (dzięki Monika, za namiar na tę miejscówkę), na wąziutkim półwyspie jeziora Osoyoos.

    Kilka informacji o miejscu noclegowym:

    • Półwysep ma swój wdzięczny urok, ale miejsca kempingowe są dość łysawe;
    • Chociaż widok na jezioro i zachody słońca, zdaje się, rekompensują tę niedogodność.
    • Rezerwacja na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, więc warto mieć w obwodzie plan B.

    Samo Osoyoos ma trochę do zaoferowania, a największą atrakcją jest jezioro! Można po nim i w nim pływać.

    My jak zwykle wybraliśmy spacerowanie i górołażenie. Miasteczko nie jest specjalnie duże, ale rozległe, położone rozkosznie pomiędzy wzgórzami.

    Gdzie by się nie obrócić, widać góry. Suche i pustynne, podobno przypominają Arizonę (nie wiem, nie byliśmy, ale wierzymy na słowo).

    Co zobaczyć w okolicy Osoyoos ?

    Wjazd samochodem na Mount Kobau

    Można wybrać się długą i krętą drogą na Mount Kobau. Dojazd tylko samochodem. I też, lepiej, żeby był sprawny, bo czeka na 20 kilometrów piaszczystych wrażeń.

    Widoki z drogi są zacne, choć nieco przygnębiające (te tereny wielokrotnie były nękane pożarami).

    Po dojechaniu na samą górę, samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu.

    Dosłownie kilka metrów podejścia od samochodu niekrępującym i niewymagającym szlakiem i jest się na szczycie Mount Kobau. Dzieci dadzą radę. Nasz wózek z Costco też dał radę (ale jednak nie polecamy).

    Na szczycie, ku zaskoczeniu, było bardzo zimno. Jednak warto wejść. Gdzie się obrócisz, masz widok na wszystkie cztery strony świata. Dookoła są Góry Kaskadowe a miasto Osoyoos widać w dole.

    Może zainteresuje Cię ścieżka przy parkingu, prowadząca do jakiś zabudowań. To miało być drugie największe obserwatorium astronomiczne na świecie. NA ŚWIECIE!

    Ale z powodu kosztów nie doszło do otwarcia. Szkoda.

    No nic, jedziemy dalej i zjeżdżamy z Mount Kobau.

    Odwiedziny nad jeziorkiem Spotted Lake.

    Znajdziesz je przy drodze do/z Mount Kobou więc można spokojnie sobie zaplanować odwiedzenie tych dwóch miejsc na jeden wycieczkowy dzień. A nawet pół dnia, jeśli planujesz znowu leniwie spędzić popołudnie w Osoyoos.

    Jeziorko jest całe w plamy, stąd jego nazwa: Spotted Lake.

    Parkujesz samochód tuż przy drodze i schodzisz do jeziora. Zejście zajmuje około 10 minut.

    Samo jezioro wygląda niesamowicie. Dla dzieci to niemała frajda biegać tak po zaschniętych skorupach …. no właśnie czego?! Soli? Solo-błota?

    Ciekawe miejsce, choć teraz pewnie oblegane przez ludzi robiących zdjęcia, bo Spotted Lake jest mocno “instagramowe”.

    Inne możliwości wycieczek w okolicy Osoyoos znajdziesz na stronie Hello BC.

    W Osoyoos i w okolicy można zbierać jabłka. Oraz próbować lokalnych win!

    Okanagan, a zwłaszcza Osoyoos, uważane jest za zagłębie jabłkowe (jabłczane?!) całej Kolumbii Brytyjskiej.

    Mimo pustynnego charakteru, a może właśnie dzięki niemu, w Osoyoos zobaczysz ciągnące się po horyzont sady jabłkowe.

    W większości sadów można umówić się na jabłkowe you-pick, czyli pozbierać i pozrywać różne rodzaje jabłek na własny użytek.

    My mieliśmy szczęście, bo wyżej wspomniana koleżanka, a właściwie jej rodzina, sad jabłkowy w Osoyoos ma (a nawet dwa).

    Mogliśmy więc pochrupać świeże jabłuszka, porównać różne, bardzo wyraziste niekiedy smaki i dowiedzieć się co nieco o uprawie.

    Zgłosiliśmy nasze najstarsze dzieci do prac sadowniczych w przyszłości (a co, niech już sobie organizują junior summer jobs 😉

    Wycieczki na wieś, gdzie uprawia się różne owoce i warzywa, są bardzo popularne nie tylko wśród rodzin z dziećmi.

    Osoyoos i Okanagan to również raj dla miłośników wina. Winiarni jest równie dużo, co sadów z jabłkami. Przy winnicach są małe, rodzinne winiarnie, gdzie możesz spróbować różnych win w niewygórowanych cenach. A potem kupić butelkę lub dwie.

    Alkohol bywa problemem, jeśli nie ma kierowcy-abstynenta, więc dla większej grupy warto umówić wycieczkę busem. Szukaj w internecie pod nazwą: wine tours (albo po polsku: wycieczki degustacyjne, haha, też się uśmiałam).

    Zerknij na mapę, żeby zobaczyć miejsca, które polecamy.

    Nie wracaliśmy do Vancouver drogą numer 3, tylko pojechaliśmy na północ, do Penticton.

    Co zobaczyć w okolicy Penticton?

    Hiking w Skaha Bluffs Provincional Park.

    Koniecznie musimy znowu przyjechać do parku Skaha Bluffs, bo nie przeszliśmy całości szlaku. Maciek wolał pogapić się z góry, pobuszować po kamieniach i ogólnie nie wysilać się.

    Sam szlak nie jest specjalnie wymagający – to właściwie system ścieżek doprowadzających w różne wyjścia dla wspinaczy skałkowych. Potrzeba około 1,5 do 2 godzin potrzeba, żeby zrobić pętelkę w parku.

    Z Penticton wróciliśmy na autostradę 3 drogą lekko zwalającą z nóg (przez ośrodek narciarski Apex), której, jak donosi bardziej zorientowana część grupy, zimą się raczej nie da przejechać. A latem się dało.

    W 2016 w październiku mieliśmy świetną pogodę. Kiedy wróciliśmy do Vancouver zaczął padać deszcz. I skończył się w marcu 2017. Just sayin’.

    Narty w okolicy Penticton czyli Okanagan zimą

    W kolejnych latach odwiedzaliśmy Okanagan tylko zimą, kiedy jeździliśmy na weekendowe wycieczki do ośrodka narciarskiego Apex. Polecamy jeśli masz już dość zjazdów po górach wokół Vancouver: Seymour (przy zakupie biletu sezonowego masz dwa dni w Apex za friko), Grouse czy Cypress. Ale jeśli nie masz ochoty jechać tak daleko, to przyjemne trasy na narty są przy drodze nr 3, w parku Manning.

    Święto Dziękczynienia w Kelownie

    W 2018 roku chcieliśmy Święto Dziękczynienia spędzić w okolicach Kelowny. Pamiętaliśmy, że jesień jest kolorowa i pachnąca w Okanagan i tym razem, że starszymi dziećmi, chcieliśmy jej doświadczyć na rowerach.

    Droga do Kelowny

    Do Kelowny proponujemy pojechać autostradą nr 5. Dlaczego? Bo po drodze jest zupełnie nudne i zwyczajne miasteczko Meritt, a w nim świetna lokalna knajpka. I to tutaj, pośrodku niczego, czyli pustynnego Okanagan, zjedliśmy przepyszne bannock’i, czyli tradycyjne kanadyjskie jedzenie (tak, tak, ciężko znaleźć takie, ale najwyraźniej pośrodku niczego zawsze coś jest 😀 )

    Spanie w Kelownie, a właściwie w Lake Country

    Tym razem wynajęliśmy dom ze znajomymi, korzystając w airbnb. Położony na wysokiej skarpie, miał strome zejście do jeziora. Lake Country to niewielka miejscowość na północ od Kelowny.

    Szlak Myra Canyon czyli część Kettle Valley

    Myra Canyon to część dawnej trasy kolejowej Kettle Valley Railroad, która miała połączyć Vancouver z resztą Kanady. Żeby puścić pociągi poprzez góry i doliny, inżynierowie budowali podkłady, kładki, mosty, wykuwali tunele i kładli szerokie ścieżki.

    Do 1989 roku pociągi jeździły niektórymi fragmentami trasy, ale dzisiaj jest to wyłącznie świetna atrakcja turystyczna.

    Nie musisz jechać do Kelowny, możesz część Kettle Valley zobaczyć w okolicach Hope, zwiedzając Tunelle Othello. O całej trasie poczytasz na stronie BC Rail Trail.

    Szlak Myra Canyon można przejść pieszo, ale na rowerach jest fajniej. Nie ma żadnych podjazdów, więc przyczepka rowerowa z maluchem też da radę.

    Trasa nie jest pętlą, więc będziecie musieli wrócić do samochodu tą samą drogą. Co wcale nie zmniejsza jej uroku, serio, serio!

    Nie masz roweru? – Nie ma problemu! Jest kilka wypożyczalni, a Google pokazuje na przykład tę: Myra Canyon Bike Rental.

    Na szlaku jest kilka toalet i miejsc, gdzie można przysiąść i pogapić się na tory. Wyobrazić sobie pociąg do Hogwartu, albo wręcz przeciwnie, pomyśleć o tych wszystkich marzycielach, którzy koleją po lepsze życie (i złoto) do Ameryki.

    Myra Canyon to świetne miejsce na jesienne rozbudzenie wyobraźni u całej rodziny!

    Trasa rowerowa z Lake Country do Vernon

    Nie sugeruj się Google Maps, bo ten pokieruje Cię na autostradę, a przecież nie będziesz z dziećmi jechał rowerami po Okanagan Highway, c’nie? (zresztą bez dzieci też jest nieprzyjemnie).

    Równolegle do autostrady, tuż przy jeziorze Kalamalka, prowadzi bardzo przyjemna i płaska trasa spacerowo-rowerowa. Po jednej stronie masz wabiące jezioro Kalamalka (nazwa świetna, myślę, że gdybym miała psa-suczkę, to nazwałabym ją właśnie tak!), po drugiej stronie są głazy i roztocza. Na trasie nie ma łazienek, ale od Lake Country do Vernon nie jest tak daleko. Da radę!

    Żeby wjechać na trasę, możesz podjechać na dowolny parking przy autostradzie, rozładować rowery i szus, ruszaj w drogę.

    W Vernon, tuż przy plaży miejskiej jest urocza kawiarnia, a w niej smaczne ciastka.

    Wracasz tą samą drogą (no bo przecież nie autostradą).


    Teraz, jak to czytam, to gęba mi się uśmiecha do tych miłych wspomnień z Okanagan. Na pierwszy rzut oka wydawało się nieciekawe i zbyt pustynne, ale niech Cię to nie zwiedzie.

    Zwyczajność i spokój to dzisiaj towar deficytowy. I może dlatego Okanagan zachwyca i pozwala wypocząć.

    Ktoś z Was był w Okanagan? Albo się wybiera? Wrzuć link w komentarzu, a następna osoba planująca wycieczkę w ten region Ci za to podziękuje !

  • Polskie Babskie Spotkania

    Najpierw tło sytuacyjne: za oknem leje deszcz, sąsiad w windzie, w ramach optymistycznego small talku, rzucił tylko: eeee, jutro to dopiero będzie gorszy sztorm. Optymista, nie ma co…..

    [ to jest post z akcentem kobiecym, ale oczywiście panów też zapraszam do czytania :D]

    To jest taki dzień, kiedy chcesz się przykryć kocem po czubek głowy, jedną rękę ewentualnie wystawić po kubek z herbatą, może jakaś dobra dusza naleje.

    Dzień ponury, smutny i zimny.

    W takie dni, jak ten, emigracja ciąży jak kamień u szyi [w miejsce słowa: emigracja wstaw zamiennie: praca, drożyzna, niewdzięczne dzieci, zapracowany mąż i wszystko inne, co akurat dzisiaj humor psuje]

    Jeśli więc siedzisz z nosem spuszczonym na kwintę, to zaraz Ci humor poprawię.

    A czym?

    Ano wspomnieniem Polskiego Babskiego Spotkania w Vancouver.


    Najpierw podziękowania. Muszę, bo się uduszę.

    DZIEWCZYNY DZIĘKUJĘ WAM!!! BRAWO WY!


    Nie wymyśliłyśmy nic nowego. Bo przecież człowiek jest istotą społeczną, lubi się spotykać. Polka lubi i Polak lubi. W Polsce i w Kanadzie.

    Kiedy tydzień temu zapytałam w internetach, czy Polki mają ochotę na spotkanie w kobiecym kręgu, nie przypuszczałam, że tyle nas będzie.

    Że przyjdą dziewczyny nowe w Vancouver i dziewczyny, które mieszkają tutaj od 20 lat. Same się dziwiłyśmy odkrywając, że wiele z nas mieszka koło siebie. Albo że pochodzi z tych samych miejscowości w Polsce. Miłe, ciepłe poczucie bliskości i odnalezienia się 10 000 km dalej.

    Nie miałyśmy żadnego planu spotkania, określonego celu. Chciałyśmy po prostu pobyć razem. W kobiecym kręgu, z dziewczynami/kobietami/babami o różnym stażu emigracyjnym.

    Coś jak spotkania koła gospodyń wiejskich, które dawniej odbywały się w jesienne ponure wieczory, z robótką, albo i bezczynnie.

    Zawsze wyobrażałam sobie, że oprócz dobrego plotkowania i wspólnej pracy, takie spotkania to była świetna lekcja życia i o życiu. Nie wiem, jak Wy, ale mi wciąż na emigracji nie dość takich lekcji.

    Wiem, że wszystkiego się można nauczyć samemu, mozolnie, krok po kroku, dzień po dniu, szukać ludzi, poznawać, i z tymi, którzy są “naszymi ludźmi” wchodzić w głębsze relacje.

    Że nie każda Polka i nie każdy Polak w Vancouver okaże się najlepszym przyjacielem. I wcale nie o to chodzi. Chodzi o stworzenie czasu i możliwości, żeby posłuchać innych i powiedzieć o sobie. Tyle.

    2 godziny spotkania to za krótko, żeby się polubić. Za krótko, żeby się nagadać. Ale dość, żeby choć na moment poczuć, że nie jestem tu sama. Że są inne dziewczęta, które być może przechodzą to samo. Albo odwrotnie, mają więcej doświadczeń i mogą doradzić, pocieszyć. Czasami sprowadzić na ziemię.

    Były wśród nas przedstawicielki organizacji polonijnej, więc jeśli któraś chce, może się zaangażować w promocje polskiej kultury.

    Padła propozycja zorganizowania się w polską grupę zabawową, dla matek z małymi dziećmi.

    Wiele było pytań o to doświadczenie emigracyjne, pobyt stały, pracę, przyszłość w Kanadzie.

    Po spotkaniu napisałam posta ze zdjęciem [jednym, reszta wyszła zamazana, bo z emocji ręce mi drżały]. Podzieliłam się zdjęciem na 6 grupach facebookowych, w tym m.in. Polki w Kanadzie. Ponad 50 Polek w Kanadzie lajkami powiedziało nam: Brawo dziewczyny z B.C. ! Koleżanki ze Szwecji przesłały w odpowiedzi swoje zdjęcie kobiecego spotkania. Wszędzie kobiety, wszędzie Polki potrzebują tego samego 🙂

    Jedna z nas powiedziała:

    Mieszkam tutaj już jakiś czas, mówię po angielsku, ale jestem sobą po polsku. Dlatego przyszłam na to spotkanie.

    Ktoś mądry powiedział, że każdy człowiek jest wypadkową pięciu innych osób. Wierzę, że w Vancouver znajdziesz i 5, i 10, i nawet 15 takich Polek, przy których będziesz sobą. Po polsku.

    Serdeczności!

  • Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [ część I ] Z czym ja miałam problem? No dobra, wciąż mam….

    Najpierw tytułem wstępu. Kto mnie zna, wie, co studiowałam. Kto mnie zna lepiej, wie, co teraz myślę o takim wyborze studiów [dyskretny chichocik w tym miejscu. Studiowałam hungarystykę].

    Zawsze lubiłam język i wielu się uczyłam (zważ na różnicę: uczyłam, a nie na-uczyłam).

    Wiele rzeczy, jeśli nie wszystkie w życiu, zależą od naszej umiejętności komunikowania się.

    Nie bój się, nie ja to wymyśliłam, więc gwarancja jest, że ktoś mądry już tę prawidłość udowodnił.

    Ja co najwyżej mogę się podpisać wszystkimi czterema kończynami pod tym stwierdzeniem, zwłaszcza po dwóch latach mieszkania w kraju, którego język wciąż jest dla mnie obcym.

    Często myśląc o tym, co stanowi  naszym powodzeniu na emigracji, nie poświęcamy za dużo uwagi komunikowaniu się czy językowi.

    Naturalnym jest myślenie o pracy, mieszkaniu, aklimatyzacji. Gdzieś może się zawahamy, co do angielskiego, no ale proszę Cię, angielski?! Ja nie dam rady? Kto, jak nie ja?

    Sama tak myślałam.

    Błąd! I mimo że nie obawiałam się o swój angielski, to z zaskoczeniem zobaczyłam, że się z Kanadyjczykami nie dogaduję.

    Zaczęłam się zastanawiać i lojalnie uprzedzam drodzy czytelnicy, że będzie na blogu seria postów pt. Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Bo mam potrzebę wygadania się na ten temat.

    I zapisania ku przestrodze i ku pamięci [mojej głównie]

    To zaczynamy:

    Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Moje grzechy komunikacyjne

    1. grzech główny – długość wypowiedzi

    Ja jestem gaduła, serio mogę zagadać każdego.

    Więc moja największą bolączką nie jest to, że kogoś nie interesuje, co mam do powiedzenia. Mnie nie interesuje, że jego nie interesuje, byleby słuchał.

    Kanadyjczycy to naród mający opinię grzecznych i uprzejmych ludzi.

    Myślisz, że stali i słuchali, jak Kasia nawija? O nie !

    Kanadyjczycy nie będą słuchać, oni dadzą jasno do zrozumienia, że nie mają czasu na dłuższą rozmowę. Taktownie ją skończą, ale skończą definitywnie.

    I mogą zacząć unikać rozmowy ze mną od tej pory, bo właśnie dostałam łatkę gaduły i zanudzacza.

    Trudno o drugą szansę.

    Oczywiście nadal będą uprzejmi, ale będzie to uprzejmość podszyta lekką nutką niecierpliwości i dystansu.

    Nie polecam !

    2. grzech główny, wypływający z 1. – monopol na rozmowę

    Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że jako gaduła podpadam dodatkowo pod kategorię monopolista rozmowy.

    Ciężko się samemu zdiagnozować, bo miałam święte przekonanie, że robię dobrze społeczeństwu, bo przecież podtrzymuję konwersację. I wchodziłam głębiej i głębiej w temat, obierając go jak cebulę z warstw i nie patrząc, że innym już od niej lecą łzy z oczu.

    I Kanadyjczycy mi pokazali (grzecznie, a jakże !), jak pohamować zapędy takiej monopolistki i gaduły . Mówili na przykład tak:

    Wow Kate, that’s amaizing that you you had a great time on camping. Before you continue I need to let you know that in few minutes I have to get back to…..

    Well, Kate that’s really something. I have to take care of…. right now. Maybe we can catch up later.

    A skoro o przerywaniu mowa….

    3. grzech główny – przerywam wypowiedzi innnych

    Niegrzeczne i wyjątkowo źle widziane w Kanadzie.

    Z wyjątkiem sytuacji opisanych powyżej, czyli przerywanie celem zatrzymania słowotoku, nie ma usprawiedliwienia.

    A ja? Przerywam komuś wpół zdania, zanim ktoś skończy, bo myślę, że wiem, co on chce powiedzieć i nie chce mi się czekać tych dwóch minut, żeby mógł skończyć.

    Nie będziemy tracić czasu, przecież jest tyle do obgadania.

    Albo uważam, że ta osoba się myli i przecież moim najświętszym obowiązkiem jest wyprowadzić ją z błędu.

    O rany….. (nawet jak o tym piszę, to się rumienię ze wstydu)

    Kończąc tę samokrytykę, chcę jeszcze napisać o dwóch postawach komunikacyjnych, które są równie źle odbierane.

    U mnie też występują (pocieszam się, że w mniejszym natężeniu), a przyszły mi do głowy podczas rozmów w gronie emigrantów. I nie, nie tylko Polaków 😀

    Grzech poboczny – ja mam gorzej i to nic nowego

    Po angielsku taka postawa nazywa się: the one upper – czyli ja narzekanie, że ja to mam gorzej/lepiej. Typowy wyścig na opowieści.

    W gronie kobiecym wygląda naprzebijanie się historiami negatywnymi i o dzieciach. Wśród panów występują przechwałki. Wybaczcie uproszczenie.

    Taki przykład. Ktoś z emigrantów dzieli się swoimi wrażeniami z poszukiwania pracy, a ktoś inny przebija to opowiadając, jak mu było ciężko, ale się udało, i żeby się nie przejmował. Jednocześnie nieofiarując tej osobie uznania jej opowieści, żadnych słów wsparcia, współczucia. Niegrzeczne i smutne.

    Najgorsze, kiedy przebijacz historiami myśli, że przerywając wyświadcza przysługę, bo oznacza to, że słuchał i niejako w odpowiedzi na wysłuchaną historię, musi dorzucić swoją.

    Can you top my story? Nie? Eeee, to spadaj.

    Lekka modyfikacja powyższego zachowania: zrównanie czyjeś historii z ziemią.  

    Czyli wysyłanie całym swoim ciałem i słowami komunikatu: A weź ty już lepiej nie opowiadaj, bo to odgrzewane kotlety i nic nowego, a właściwie nudne i oszczędź nam tej opowieści. Ja też tam byłem, też tak miałam, a nawet gorzej… (vide: przebijacz).

    Morał: mówić (nie tylko po angielsku) to można umieć, ale rozmawianie (nie tylko z Kanadyjczykami) to jest wyższa szkoła jazdy

    A Tobie się rozmawia z Kanadyjczykami? Luzik czy stresy są? Co pomaga, a co przeszkadza? Napisz w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje za radę !

  • Fajne miejsca dla dzieci czyli 5 darmowych (tanich) miejscówek w Vancouver dla nowoprzybyłych rodzin.

    Rodzina z dzieckiem/dziećmi i przeprowadzka zza ocean to zawsze jest ogromne wyzwanie organizacyjne. Nie zapomnij w gorączce przeprowadzki o emocjach dzieci (ja zapomniałam). W tym wpisie polecam miejsca dla dzieci w Vancouver.

    Często pada pytanie w mailach albo na facebooku o to, jak wygląda życie rodziców małych dzieci w Vancouver.

    Szukasz fajnego miejsca dla dzieci w Vancouver? 5 miejscówek dla nowoprzybyłych rodzin

    Do wszystkich tych miejsc chodziliśmy tam z Maćkiem, po przylocie w 2014 (czasami jeszcze tam zaglądamy).

    Nie są to przedszkola, ani żłobki, ani nawet klubiki malucha, czyli formy opieki nad dziećmi znane nam w Polski.

    Mogę porównać tutejsze zajęcia do tych z warszawskiego klubu Fundacji Sto Pociech, kto był, ten wie, o czym piszę.

    Czasy zamieszchłe, bo w 2007 i 2008 roku tam chodziliśmy, z malutkim Krzysiem. Teraz pewnie jest takich miejsc dużo więcej nie tylko w Warszawie 😀

    Wszystkie poniżej opisane zajęcia wymagają obecności rodzica.

    Ale w początkach emigracji to akurat jest bardzo dobre i potrzebne, szczególnie wrażliwszym czy młodszym dzieciom.

    Na czele mojej listy pt: miejsca dla dzieci w Vancouver jest biblioteka publiczna!

    Biblioteka Publiczna w Vancouver to jest świetne i bardzo przyjazne nowoprzybyłym miejsce.

    Każdy znajdzie coś dla siebie.

    Central Library, czyli Biblioteka Główna, w Downtown, ma bardzo dużą przestrzeń przeznaczoną dla dzieci w każdym wieku. Oprócz książek (oczywistość!) są również zabawki, kształtki, piankowe puzzle, kolejki drewnianie, teatrzyki. Dla starszych dzieci gry planszowe. Oraz Ipady!

    Uczestnictwo w zajęciach bibliotecznych jest bezpłatne, najczęściej na zasadzie drop in, czyli przychodzisz bez konieczności rejestracji.

    Nie musisz mieć nawet karty bibiotecznej.

    Przychodzisz z dzieckiem, uśmiechasz się do prowadzącej i innych rodziców, siadasz na dywanie i razem śpiewacie po angielsku piosenki. Prowadząca czyta książeczki, przedstawia krótkie animacje lalkowe, zachęca dzieci do rysowania. Wszystko razem trwa około 30-40 minut. Zajęcia odbywają się przedpołudniem i po południu też, więc można wpasować je w harmonogram drzemek malucha.

    Odbywają się cyklicznie lub jednorazowo we wszystkich oddziałach Biblioteki Publicznej. Można przyjść już z noworodkiem, wszędzie się da wjechać z wózkiem i z kawą.

    Są także czytanki w języku mandaryńskim czy hiszpańskim (w zależności od tego, jacy imigranci zamieszkują okolicę)

    Można zawsze zagadać do bibliotekarki, poradzić się innych mam, posłuchać angielskiego.

    Po kliknięciu w link www.vpl.ca, szukaj zajęć o nazwie: Mother Goose, Babytime, Toddler Time, Family Storytime, Man in the Moon (dla tatusiów). Możesz je filtrować po nazwach bibliotek, dniach, odpowiadającym Ci czasie.

    Jeśli zajęcia będą wymagać rejestracji, możesz to zrobić online.

    bezplatne-zajecia-dla-maluchow-i-rodzicow-w-vancouver_Kanada się nada_Blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Z ciekawostek: był taki typ zajęć, gdzie bibliotekarka co tydzień czytała dzieciom w pobliskim centrum handlowym. Szła z biblioteki do galerii handlowej z małymi dywanikami, na których siadały zasłuchane maluchy i przez 20-30 minut snuła opowieść. Oczywiście za darmo. Rodzice też słuchali, chociaż na chwilę oderwani od zakupów.

    Community center czyli na bank masz takie miejsca dla dzieci w Vancouver w swojej okolicy!

    Community centre, które bardzo często sa połączone z bibliotekami, lodowiskami czy basenami, to kolejne miejsce, gdzie można zacząć przychodzić z małym dzieckiem, poznawać innych rodziców z okolicy.

    Na początek zachęcam do przyjścia na zajęcia pod nazwą: Parent & Tot Gym, czyli hulanki-brykanki dzieci z rodzicami na sali gimnastycznej.

    W naszym community centre jest nawet drewniany mini małpi gaj, moc jeździków, klocków i zabawek dla dzieci, od takich pełzających do zerówkowiczów.

    Wstęp na dwugodziną zabawę kosztuje około 2 CAD (mniej niż kawa!), a w pakiecie 10 wejść nawet taniej.  

    Zajęcia odbywają się albo codziennie, albo kilka razy w tygodniu (także w weekendy).

    Tutaj mapa Vancouver z 24 community centres: po znalezieniu tego najbliżego, szukaj informacji na stronie o drop-in schedule w zakładkach family programs/ childcare programs.

    To, co warto wziąć pod uwagę – ponieważ te zajęcia to niczym nieskrępowana dziecięca wolność i zabawa, jest głośno i tłoczno. Nie wszystkie dzieci to lubią. I nie wszyscy dorośli.

    Kolejne na liście są Neighbourhood Houses!

    Domy Sąsiedzkie to miejsca prowadzone przez ogranizacje non profit, z ofertą zajęć i spotkań właśnie dla nowoprzybyłych.

    Jeśli chcecie porozmawiać z rodzicami – emigrantami, to w domu sąsiedzkim znajdziecie ich najszybciej. Kanadyjscy rodzice również się pojawiają, ale jednak rzadziej niż w innych miejscach.

    Zajęcia dla dzieci i rodziców są często w języku innym niż angielski. Bywa, że zajęcia dla rodziców są w jednym pomieszczeniu, a w drugim maluchy mają zapewnioną opiekę. Godzina – dwie zajęć kosztuje niewiele, od 2-5 CAD.

    Bardzo lubiłam przychodzić na zajęcia z języka angielskiego, gdzie mogłam pogawędzić, kawy się napić, a Maciek w tym czasie skrupulatnie rysował coś w sali obok. Mógł w każdej chwili przyjść do mnie. Zajęcia były zupełnie bezpłatne, trzeba się było na nie jedynie zapisać.

    W jednym z postów zachęcałam do znalezienie któregoś z domów sąsiedzkich w okolicy, zaraz po wylądowaniu w Vancouver. To jedno z takich miejsc, gdzie nie będzie się totalnie anonimowym imigrantem. Dobrze robi na emocje.

    Na tej stronie dowiesz się więcej o Domach Sąsiedzkich i znajdziesz najbliższy w swojej okolicy.

    Nie zapomnij o tym miejscu dla dzieci w Vancouver: Family Places

    Kolejne miejsce warte polecenia to Centra dla Rodziny, czyli Family Places. Często za ich założeniem stoi grupka pasjonatów-rodziców czy opiekunów, którzy szukali ciekawych sposobów na zajęcie dzieci zabawą i nauką.

    W Family Place zajęcia są najczęściej odpłatne (lub w cenie rocznej opłaty członkowskiej). Otwarte dla wszystkich, dla dzieci w każdym wieku.

    Najbardziej popularne zajęcia to odbywające się przed południem i po południu dwugodzinne spotkania, które składają się z wolnej zabawy dzieci (w sali lub na podwórku; free play time), wspólnego śpiewania/czytania (tzw. circle time) i jedzenia wspólnie drugiego śniadania (snack time).

    Są to zajęcia nieco bardziej rozbudowane i zorganizowane. Są też świetnym przygotowaniem dzieci do rozkładu dnia w daycare czy preschool. Przypominają zajęcia ze Strong Start [więcej przeczytacie poniżej]

    Family place, które my znamy najlepiej to Mount Pleasant Family Place i je polecamy. A przy okazji pozdrawiamy panią nauczycielkę stamtąd, Ewę, która byłą pierwszą poznaną przez nas Polką z Vancouver, jeszcze we wrześniu 2014.

    Twoje dziecko nie musi być uczniem – centrum nauki i zabawy w szkołach, czyli Strong Start

    Na koniec zostawiłam centra Strong Start. Są to wydzielone miejsca w szkołach lub przy szkołach, prowadzone przez nauczycieli i podlegające tutejszemu kuratorium. Nie są w każdej szkole, ale u nas akurat tak [jupi !]

    Zajęcia zaczynają się o 9 rano, kończą w okolicach południa. Są zupełnie za darmo, jedynym wymogiem jest konieczność rejestracji. Nauczyciel prowadzący na zajęciach wita taką nową rodzinę(można przyjść bez zapowiedzi, po prostu wejść na któreś z zajęć)  i wręcza komplet dokumentów do wypełnienia [potrzebny paszport, niepotrzebna karta szczepień dziecka].

    Można przyjść z noworodkiem, można i z czterolatkiem. Miejsca i plan dnia wyglądają z grubsza tak samo w każdej szkole:

    1. 9:00-9:50 swobodna zabawa w sali z zabawkami, grami, a także korzystanie z przyborów plastycznych i zabawy artystyczne
    2. około 10 wspólne sprzątanie sali
    3. 10:15 tzw circle time, czyli nauczycielka zbiera dzieci wokół siebie i czyta/opowiada/gra/śpiewa. Dzieci pokazują na kalenadarzu, jaki jest dzień tygodnia, jaka pogoda za oknem, głośno liczą. Taka trochę nauka w formie zabawy. Rodzice/opiekunowie siedzą razem z dziećmi, pomagają, śpiewają, tulą. Jak dzieci chcą, mogę podejść bliżej nauczycielki, jak nie, to zostają w bezpiecznych ramionach mamy.
    4. Potem dzieci jedzą wspólnie zorganizowaną przekąskę (drugie śniadanie). Każde dziecko przynosi owoc/warzywo do wspólnego jedzenia, rodzice i nauczyciel je kroją i dzieci razem przy stolikach jedzą. Nauczyciel częstuje dzieci krakersami czy owsianymi ciasteczkami.
    5. Po drugim śniadaniu, około 11:00 jest czas na ciche czytanie dzieciom przez opiekunów. Siedzi się na dywanie, albo na krzesełkach i czyta maluchom dostępne książeczki.
    6. Następnie znowu jest czas na zabawę, czasami na dworze, często przynajmniej raz w tygodniu można pójść na salę gimnastyczną szkoły i tam hasać jeszcze przez 40-50 minut.

    Strong Start jest bardzo dobrym miejscem, żeby od początku przyzwyczajać dziecko do tego, jak wygląda nauka w kanadyjskiej podstawówce.

    Uczy się tutaj nie literek czy pisania, ale tego, jak funkcjonować w grupie, jak zwracać uwagę na to, co mówi nauczycielka, że po każdej zabawie jest sprzątanie, a przed jedzeniem mycie rąk.

    Rozkład przedpołudnia przypomina ten znany z zerówki (kindergarten).

    Ponieważ Strong Start mieszczą się w szkołach, dziecko, które chodzi tam na zajęcia, zna już budynek szkolny i łatwiej będzie mu zostać w zerówce bez rodziców.

    → wszystkie centra Strong Start znajdziecie pod tym linkiem.

    Myślę, że z powodzeniem znajdziesz tanie miejsca dla dzieci w każdym większym mieście Kanady.

    Mogą się różnić nazwą czy organizacją, ale generalnie chodzi o to samo.

    Kanada jako kraj nie ma zorganizowanego systemu przedszkolnego na stopniu ogólnokrajowym, więc warto pytać, co jest dostępne i gdzie.

    Przypomnę, że z Maćkiem “przerobiliśmy” już chyba większość dostępnych zajęć zorganizowanych dla żłobkowiczów/przedszkolaków, od całodniowych daycare do kilkugodzinnych preschool. Zającia wymienione w tym poście należą do jego ulubionych głównie ze względu na to, że ja z nim zostaję i że nie trwają bardzo długo, max 3 godziny.

    Ich dostępność jest jednocześnie ich wadą: bywa, że są to zatłoczone miejsca, o spokojnej atmosferze można pomarzyć, a dzieci i dorośli wciąż się zmieniają, więc trudno o trwałą relację.

    Jednak jako miejsca, gdzie można wpaść i dobrze spędzić przedpołudnie z dzieckiem, zdecydowanie są warte uwagi !

    Mam nadzieję, że z tym postem łatwiej Ci będzie zacząć oswajanie malucha z kanadyjską rzeczywistością!

    A jeśli nie wymieniłam jakiegoś miejsca, a myślisz, że powinnam, koniecznie daj mi znać!

  • Co wychodzi ze mnie po pobycie w ojczyźnie? Jak widzę Polskę na wakacjach?

    Odkąd mieszkamy w Vancouver, staram się latem latać do Polski z synami. Nie zawsze mogę sobie pozwolić na dłuższe wakacje ( mam w kontrakcie wpisane 10 dni urlopu wypoczynkowego).

    Co roku obserwuję, jak zmienia się Polska i jak zmienia się mój stosunek do ojczyzny. A właściwie, stosunek do jednej z ojczyzn, bo już za chwilę uzyskamy kanadyjskie obywatelstwo.

    Od lat powtarzam, że nie brakuje mi tak bardzo Polski – szalenie brakuje mi “naszych” Polaków, czyli rodziny i znajomych.

    Odwiedziny u nich to clue wyjazdów i moje ulubione chwile.

    Mimo różowych, urlopowych okularów na nosie, widzę to i tamto.

    Wspomnień i przemyśleń jest dość.

    Spiszę je tutaj, żeby pamiętać, a nie żeby oceniać.

    Jedzenie polskie uwielbiam! Zaraz po przylocie żarłocznie rzucam się na przysmaki polskie!

    Zwłaszcza te zawierające twaróg.

    Nadziwić się sobie nie mogę, bo zachowuję się się jak wypuszczona (wyposzczona) z kraju, gdzie ludzkie oko nie widziało twarogu.

    Spieszę więc donieść, że w Vancouver można kupić twaróg (w polskim sklepie lub też w Costco; dane z Kolumbii Brytyjskiej, r.2019)

    Kupno twarogu nie jest to tak oczywista sprawa, jak w, nieprzymierzając, Warszawie.

    W Polsce wszędzie dostaniesz drożdżówkę z serem, a sernik (koniecznie z rodzynkami !) to niemalże polskie ciasto narodowe (chyba, że się mylę i jednak szarlotka?).

    W każdym spożywczym jest kostka twarogu, a jego cena nie przyprawia o zawał.

    Jak to człowiek się nad twarogiem z szacunkiem nie pochylił, kiedy go miał. A jak go nie ma, to sami widzicie, co się dzieje !

    Dostępność białego sera w Polsce ogłupia mnie zupełnie, więc jem go przy każdej okazji.

    Druga bliska sercu naszemu sprawa, to dostępność ludzi i dla ludzi. Naszych ludzi.

    Bardzo nas cieszy ludzka dostępność. Przylatujemy, dzwonimy, umawiamy się. Oczywiście, że jest łatwiej, bo wszyscy są w trybie wakacyjnym. Ktoś może powiedzieć, ej, Kaśka, spróbuj codziennie się tak z Polakami zadawać, zobaczysz, że już nie jest tak różowo.

    Być może. Ale ja wykorzystuję wszystkie przywileje lata i bezwstydnie ludzi namawiam na spotkania. Bez znaczenia, czy to Lubuskie, czy Warszawa.

    Jestem ogromnie wdzięczna tym, którzy odpowiedzieli na nasz głód spotkań, nasze niewidzenie się  i długie milczenie, bo mimo najlepszych chęci nie zawsze się dało porozumieć przez cały ocean i 9 godzin różnicy w czasie.

    W Polsce wciąż łatwiejsze jest dla nas prowadzenie życia grupowego.

    Zwłaszcza wśród ludzi wypróbowanych przez lata. I to właśnie tak nas zachwyca i syci przez te wszystkie dni krótkiego wypoczynku w Polsce.

    Wciąż jeszcze mogę znienacka wprosić się do polskiej koleżanki na przenocowanie, paznokcie zrobić, na balkonie się pogapić. 

    Tak mało, a tak dużo.

    Uprawianie życia grupowego najczęściej polegało na wspólnym gadaniu. Tego nigdy dość !

    Widzę, rzecz jasna, różnice w przyjaźniach, kontaktach, rozmowach. Jednak wciąż są one szczere i mocne (a może po prostu mam szczęście? )

    To, co często mi się zdarza w Kanadzie, czyli trema, dystans, zmieszanie, brak tematów, w Polsce jest mniejsze. Za tym tęsknię!


    Dobrze, to teraz trochę o negatywach.

    Sprawa przykra, co roku niestety przykrzejsza. Polityka i podziały zniszczyły rozmowę!

    Mam serdecznie dość tego, jak rozmawiają Polacy ze sobą. Ogólnie, a zwłaszcza w dyskursie politycznym.

    Spokojnie, nie będzie tutaj tekstów o jedynej sprawiedliwej linii politycznej i za kim głosować.

    Sluchając ludzi, z reguły mądrzejszych ode mnie (bo przecież i dziennikarz, i eksperci, i politycy wybrani głosami wyborców) cieszę się, że jestem już w Kanadzie.

    W Kanadzie ludzie na ogół są bardziej otwarci na innych ludzi, nie skazują innych na bycie w drużynie przegranych tylko dlatego, że są odmiennych poglądów.

    W zwykłym, codziennym życiu, dobrze jest jak wszyscy czują się chociaż trochę wygrani, a przynajmniej nie są etykietkowani, jako ci gorsi czy też ostatniego sortu.

    W Kanadzie sposób komunikacji to rozmowa – dialog. Raz ty mówisz, raz ja mówię. Słuchamy siebie.

    A w Polsce zabrali nam rozmowę. Przemawia tylko jedna ze stron.

    Głośno, niezrozumiale dla mnie (choć maturę mam i studia nawet też). Jedna strona zawłaszczyła rozmowę, a co za tym idzie, ta jedna strona ma tylko rację.

    Ponieważ Kanada to nations of immigrants, w komunikacji wzajemnie się na siebie uważa. Patrzy się na siebie. Łatwiej się słucha siebie. I stara się, przynajmniej się stara, zwracać uwagę na racje innych.

    Ta otwartość na innych, na inność, w komunikacji, i w codziennym życiu to jest jedna z ważniejszych, jeśli nie najważniejsza, z zalet kraju klonowego liścia.

    A w tym wpisie znajdziesz całą listę moich powodów, dla których lubię Kanadę!

    Customer service w Polsce to wciąż temat do poprawy

    Eh, jakże to przykre.

    Ja doskonale rozumiem, że każdy może mieć gorszy dzień! I że praca na infolinii nie jest spełnieniem marzeń!

    I oczywiście, że generalizuję. Na pewno znasz przypadki wspaniałych zachowań Polaków, pracujących w usługach.

    Doświadczyłam i ja uprzejmości Polaków. Przykład pierwszy z brzegu: przemiła pani z cukierni na krakowskim podgórzu, która dała nam popróbować chleba, bo miała go za dużo na kolację dla siebie tylko.

    Ale wciąż ta uprzejmość i kultura w usługach nie jest standardem w Polsce. Ton rozmowy w stylu sławnej: jem przecież! to wciąż codzienność, a nie śmieszne wspomnienia z filmów Barei.

    Kiedy załatwiam sprawę, zwykle nie czuję, że ktoś chce mi w Polsce pomóc.

    To ogromny kontrast z kanadyjską codziennością!

    Przeczytaj post o tym, co lubię w Kanadyjczykach i mieszkaniu w Vancouver.

  • Kanada jest piękna, a emigracja jest trudna. Dwa lata później i 3 rady jak dać radę

    Dwa lata nam stuknęły w Vancouver

    O matko. Albo innymi słowy: omg (o my god). Minęły zachwyty, minęły rozczarowania. Ale podstawowe emocje nie minęły, siedzą i co jakiś czas wyglądają ukradkiem zza bloga.

    Wiemy, że chcecie czytać, jak jest na emigracji w Kanadzie. Ten post pobił rekordy popularności na blogu. To będzie kolejny post w tym klimacie. Trochę słodko-gorzki.

    To lecimy z emigracyjnym kołczowaniem.

    Pełna dezorientacja jeśli chodzi o tę Kanadę

    Mówią, że Kanada miodem i mlekiem płynąca.

    Dobra, nie wszyscy mówią, na forum polskim  czarnowidzkie wizje przeplatają się z realistycznymi opisami dni tych, co już w Kanadzie są.

    Optymistów również nie brakuje (pisząca te słowa zalicza się do nich, chociaż mój optymizm jest sceptycyzmem podszyty).

    Kogo słuchać? W ogóle słuchać innych?

    Mówią, Kolumbia Brytyjska taka piękna.

    Góry, ocean, wszystko na jednym obrazku. Chcesz, idziesz na snowboard, chcesz, idziesz na kajak, orka przemknie koło ciebie, albo inny niedźwiedź.

    Wszystko ładnie, pięknie, ale co, jeśli zapierniczasz na dwie zmiany, overtajmy robisz, i zwyczajnie zmęczony nieziemsko nie masz czasu i chęci tym pięknem się zachwycać.

    Góry masz w nosie, bardziej Cię interesuje, czy te mieszkania to przestaną w końcu drożeć …

    Może tak jak my, już wiesz, że położenie, i praca, i możliwości, i lepsza przyszłość dla dzieci to nie wszystko.

    Jak by to najlepiej opisać, co nam po głowach chodzi? Chyba tym słowem: Confused

    Nie żałujemy przyjazdu do Kanady, ale żałujemy wyjazdu z Polski.

    Wiem, mało sensu, ale tak to mniej więcej wygląda. A podczas tegorocznego, dłuższego pobytu w Polsce, wszystkie te myśli zogniskowały się na nowo.

    Jest w nas żal. Emocje związane ze stratą. Nasza żałoba po tym, co zostało w Polsce. Ludzie, wspomnienia, miejsca. I także to, czego nie będzie nam dane doświadczyć.

    W Kanadzie podejmuję się walki o to, co miało znaczenie, ale w Polsce nigdy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. Zwłaszcza ludzi z Polski żal. Przyjaciół i rodziny.

    Emigracja to ciągłe przekładanie planów na kiedy indziej i odczuwanie straty, po tym, czego nie doświadczymy w tej samej formie już nigdy.

    Once emigrant, always emigrant

    Szczerze napiszemy – nie wiemy, jak to z nami będzie.

    Dlatego tak trudno nam odpowiedzieć na pytanie: (kiedy i czy w ogóle) wracacie?

    Trudno nam, emigrantom, jest pozwolić sobie na żal, na odpuszczenie wspomnień.Trzeba sobie na tę emocję pozwolić. Swoje od-żałować i przeżyć. Dla jedynych to będzie rok, dwa na emigracji. I zrobi się miejsce na nowe. Inni potrzebują więcej czasu, żeby żal za Polską przeboleć. A jeszcze inni całe życie go będą zagłuszać. Są straty, na które czas nie pomaga.
    Jak żalowi pomóc? Spisałam trzy rady, które przyszły na myśl po wielu godzinach rozmów z życzliwymi ludźmi. Może i Tobie się przydadzą.

    3 rady, jak sobie dać radę

    • Znajdź czas na wakacje – wiem, że są tacy, co pracują na okrągło i są bardzo szczęśliwi. Nie chcą i nie potrzebują czasu wolnego. Ale w przypadku emigracji zatrzymanie się na chwilę, co jakiś czas, to jest sprytne rozwiązanie, żeby zregenerować siły. Bardzo istotne.
    • Znajdź czas dla swojej drugiej połowy. Nie ma co być twardszym od skały, kiedy emocje biorą górę, tylko szukać pocieszenia i zrozumienia u tej drugiej, najważniejszej osoby. Nie zakładaj z góry, że tylko tobie jest źle. Pociesz, przytul, opiekuj się. Na zmianę.
    • Nie staraj się jak najszybciej odtworzyć życia sprzed emigracji. Przyznam, że to mój największy problem. Mamy tendencję do powtarzania zachowań, zwłaszcza jeśli okazały się skuteczne przed wyjazdem. Tutaj wszystko może potoczyć się inaczej. Ryzykuj, ale i przyjmuj z pokorą nowe doświadczenie. Łatwiej się żyje.

    Więc bądź dla siebie, drogi kolego emigrancie i koleżanko emigrantko, dobry/dobra. I napisz swoje rady w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Karma wraca 😀

  • Praca z kanadyjskiej agencji? Czy warto pójść po pomoc do agencji Pracy?

    Pisanie o pracy w środku lata jest trochę okrutne. Urlop za pasem, albo właśnie się skończył, na trawkę trzeba iść, słoneczkiem kanadyjskim się cieszyć. A ja tutaj wyskakuję z postem ciężkim jak czołg – agencja pracy w Kanadzie. Agencja. No jak to brzmi?

    Ale cieszyć się, jak nie ma pracy, ciężko. Wiem.

    Na podstawie doświadczeń kilku moich koleżanek, oraz  pamiętając szukanie swojej pierwszej pracy w Vancouver, dziś napiszę, co może pomóc podczas tych poszukiwań. Jak korzystałam z usług agencji pracy w Kanadzie.

    Kiedy przylecieliśmy do Kanady, to przez pierwsze 6 miesięcy nie miałam pracy. Byłam na urlopie wychowawczym, udzielonym przez pracodawcę polskiego (mieliśmy wrócić zimą 2016 do Polski, a w maju 2016 powinnam była stawić się przy swoim polskim biurku na Torwarze). Zawsze to jakaś wymówka, żeby sobie wtedy pracą głowy nie zawracać.

    Może egoistycznie, ale gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, jeszcze z Polski – udało mi się w korporacji w Warszawie, to co ma mi się nie udać w Vancouver. Też w korporacji.

    To zbyt uproszczone rozumowanie i wyraz pewnej buty. Nie pomaga w szukaniu pracy. Niestety. I człowiek kończy jako rozczarowany emigrant.

    Podobno zajęcie zawsze można znaleźć. Zatem jak już na miejscu szukać pracy w Kanadzie?

    Są ludzie, którym udaje się znaleźć pracę w miarę szybko, na miejscu. I powiem Ci, że takich jest większość.

    Nie przeczytasz w tym poście o procedurze przyznawania pozwolenia na pracę.

    Zakładam, że masz otwarte pozwolenie na pracę. Bo na przyklad:

    • skorzystałeś z programu International Experience Canada i masz roczne pozwolenie na pracę
    • dostałeś czasowy work permit bo studiujesz
    • jesteś stałym rezydentem w Kanadzie (permanent resident) i nie potrzebujesz osobnego pozwolenia na pracę
    • jesteś obywatelem Kanady. I możesz pracować w dowolnym mieście i zawodzie

    Zaczynamy standardowo czyli od szukania oferty pracy

    Łatwiej napisać, trudniej zrobić. Szukanie pracy to też praca. I to w dodatku na cały etat!

    1. Od pierwszego dnia, a jeszcze lepiej zanim wylądujesz w Kanadzie pracuj nad swoimi papierami zawodowymi. Niektóre z nch przygotujesz jako część aplikacji o pozwolenie o pracę / na naukę.
    2. Podciągnij resume do standardów kanadyjskich.
    3. Przeglądaj oferty i aplikuj wszędzie tam, gdzie twoje doświadczenie/umiejętności pokrywają się z 60 % zawartości oferty.
    4. Rozważ skorzystanie z się agencji zatrudnienia.

    Jeśli jesteś na Working Holiday visa (czyli w ramach programu IEC) to pracę, to zacznij od agencji zatrudnienia (staffing agency / temporary job agency).

    Jeśli masz prawo do pobytu stałego, to zacznij od WorkBC, która nie jest typową agencją, ale strategie ma podobne.

    Szkodliwe mity o agencji pracy

    1. Praca z agencji, to nie jest praca, tylko taka “fake-job”.

    EEEEE, nawet jeśli, to i tak się liczy jako kanadyjskie doświadczenie. Nawet jeśli tylko na miesiąc, czy dwa, lepiej tak, niż wcale. I serio, są jeszcze osoby, które myślą, że raz rozpoczęta praca jest już na całe życie? Jeszcze jedno. Wielkie korporacje, te, które mają osoby zatrudnione na umowie o pracę, współpracują także z agencjami. Wiele firm wyprowadza pewne zajęcia do zewnętrznych podwykonawców (outsourcing) lub zatrudnia tych podwykonawców u siebie jako contract workers, a do poszukiwania takich pracowników wykorzystuje agencje zatrudnienia.

    2. Taka praca jest słabo płatna, bo jedyne zajęcie, które można przez nią znaleźć, to entry-level positions (pierwsza praca, zwykle oferowana absolwentom) lub surviving job (czyli mało prestiżowe zajęcia). 

    Znowu nie zgadzam się z tym do końca, bo agencjom zależy na tym, żeby obie strony były zadowolone. Dobry agent przypasuje Ciebie do pracy, a nie pracę do Ciebie.

    No dobrze, może ktoś zapytać, ale jeśli agencja akurat nie ma żadnej oferty dla mnie? Nie znalazłem nic na jej stronie, nie ma w żadnym agregatorze ofert.

    Jak zacząć kiedy nie widzę żadnej oferty pracy? I jak to zrobić, żeby nie tracić za dużo czasu?

    1. Wejdź na ten link z recenzjami agencji w Vancouver,  a potem na kartce napisz trzy najbliżej twojego domu.
    2. Zadzwoń do każdej z nich, zapytaj o procedury przyjęcia, powiedz, że jesteś specjalistą w tym i w tym i czy możesz podesłać swoje resume. Często zamiast resume proszą o wypełnienie aplikacji online, żeby od razu twoje dane trafiły do ich bazy.
    3. Zawsze proś o spotkanie. W Kanadzie wiele rzeczy załatwia się przez telefon, zdecydowanie więcej niż w Polsce, ale ja jestem zwolenniczką rozmowy twarzą w twarz. Nawet jeśli będzie to tylko 10 minut, to to już jest 10 minut więcej doświadczenia w kanadyjskim job hunting. 
    4. Kolejny plus agencji – poćwiczysz angielski, a może nawet przeprowadzą z tobą mock interview (czyli taką rozmowę kwalifikacyjną na sucho).
    5. Na koniec spotkania zabierz ulotki. Mimo że nie do końca przyjazne środowisku, mają aspekt psychologiczny, że ma się w ręku potwierdzenie swojego działania. A to zawsze pomaga.

    Refernecje czyli sprawdzanie

    Jedną z zasadniczych różnic w poszukiwaniu pracy pomiędzy Polską a Kanadą jest przygotowanie referencji. Ale nie wystarczy przygotować papierowych listów polecających z poprzednich, polskich miejsc pracy. Ja miałam takie papiery, przetłumaczone na angielski, z pieczątką działów kadrowych.

    Nie wystarczy.

    Kanadyjscy pracodawcy chcą uzyskać informacje u źródła, więc chcą często skontaktować się telefonicznie z osobami, które wskazaliśmy w referencjach. Ja prosiłam osoby z Polski na LinkedInie, czy mogę podzielić się kontaktem telefonicznym i wiem, że do niektórych moich byłych szefów dzwonili.

    Do instytucji finansowych popularne jest też przeprowadzanie wywiadu kryminalnego (criminal check).

    Na koniec bonus: linki do znanych nam i polecanych agencji pracy w Vancouver:

    Więc nie odrzucaj z marszu agencji pracy. To jest jedno z dobrych miejsc, gdzie po wylądowaniu w Kanadzie można szukać pracy. A jeśli interesuje Cię więcej artykułów o pracy w Kanadzie i w Vanouver, zerknij na te wpisy. Zwłaszcza ostatni – o tym, jak czasami agencja pracy potrafi oszukać!

  • 3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

    Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

    Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

    Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

    Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

    Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

    Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

    → sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

    #1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

    Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

    Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

    Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

    Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

    Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

    My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

    Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

    Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

    Z innych ciekawych rzeczy:

    1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
    2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
    3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
    4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

    Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

    Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #2 Admiralty Point Trail

    Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

    Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

    Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

    Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #3 pętelka wokół Sasamat Lake

    Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

    Na szczęście 🙂

    Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

    Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

    Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

    Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

    A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

    Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

    Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

    I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

    Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

    SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


    Przeczytaj jeszcze:

    [symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.