Strona główna » Trawka czyli medyczna marihuana w Kanadzie i co miasto skręca

Trawka czyli medyczna marihuana w Kanadzie i co miasto skręca

Pierwszy post o sytuacji z legalizacją marihuany w Kanadzie opublikowałam w maju 2015. Rok później na łamach internetowego magazynu FUSS ukazał się dłuższy mój tekst, którego podstawą był tamten post. Postanowiłam zatem odświeżyć go, i zamienić oryginał na tekst z FUSS’a. Miłego czytania

Przewałkowano ten temat w te i we wte. Najwyraźniej ojcowie miasta i mieszkańcy nie mają go jeszcze dość, jakieś regulacje i rozmowy w toku, co pobiorę darmową gazetkę uliczną Metro, to z pierwszej strony listek mruga znacząco.

Można z gazetą w dłoni znaleźć miej­sca zie­lone, się leni­wie wycią­gnąć, towa­rzy­sko roz­ga­dać, usiąść z psem przy grillu.

Można się maśla­nym wzro­kiem poga­pić na oto­cze­nie. Ręką trawę zie­loną leni­wie poma­cać. A drugą ręką trawę niezie­loną skrę­cić.

Jak w Kanadzie wygląda medyczna marihuana?

W Pol­sce jakieś nie­bo­tyczne lata wię­zie­nia cze­kają tego, kto maryśkę przy sobie posiada, bo wła­dza wni­kać nie będzie, na ile jest mu to potrzebne, by w cier­pie­niu ulżyć, o nie, ważne, że nie­le­galne, więc cap i mamy gostka.

Medyczna mari­hu­ana jest legalna tak w Van­co­uver, w pro­win­cji Kolum­bia Bry­tyj­ska, jak i w całej Kana­dzie, gdzie dostęp do pro­ble­ma­tycz­nego leku i jego pro­duk­cja są ure­gu­lo­wane ustawą rzą­dową.

Zostało wyraź­nie powie­dziane, ile można mieć na wła­sny uży­tek oraz co zro­bić, żeby dostać licen­cję pro­du­cen­ta­/sprze­dawcy.

Mini­ster­stwo Zdro­wia wzbra­nia się co prawda przed nazwa­niem jej lekar­stwem, ale nie podważa prawa pacjen­tów do sto­so­wa­nia takiej formy tera­pii, o ile jest ona zale­cona przez wła­ściwą orga­ni­za­cję medyczną i zare­je­stro­wana we wła­ści­wym miej­scu.

Nie­dawno mini­ster­stwo wydało naj­now­szą wer­sję prze­wod­nika po medycz­nej mari­hu­anie.

Na ponad 150 stro­nach skru­pu­lat­nie opi­sano, jak sto­so­wać tę kon­tro­wer­syjną formę lecze­nia, a w sto­sunku do poprzed­niej wer­sji manu­ala dorzu­cono sporo nowych infor­ma­cji, m.in. o wpły­wie mari­hu­any na nie­które cho­roby umy­słowe czy jazdę samo­cho­dem.

Rząd używa bar­dzo ostroż­nych sfor­mu­ło­wań, żeby broń boże nie zostać posą­dzo­nym o pro­pa­go­wa­nie zioła.

Odno­szę wra­że­nie, że do obrotu maryśką Kanada podcho­dzi tak jak do sprze­daży alko­holu: nie pole­camy, ale nie zabra­niamy cał­ko­wi­cie, bo swój rozum macie, a poza tym wia­domo, że jak się cze­goś zabroni, to na pewno będzie to można dostać w inny spo­sób. Nie­le­galny i nie­bez­pieczny.

Zioło, dasz miastu zarobić?

Mimo to jest obszar zwią­zany z tym bizne­sem, ukryty w wiel­kim limbo, który podniósł ciśnie­nie wło­da­rzom naszego mia­sta.

Cho­dzi o tzw. pot shopy, w któ­rych sprze­daż lecz­ni­czej mari­hu­any nie jest w Kana­dzie ure­gu­lo­wana.

W maju 2015 w Van­co­uver dzia­łało 85 takich przy­byt­ków. To spe­cy­ficzne apteki-kluby, które pró­bują orga­ni­zo­wać coś w rodzaju wspól­noty, gdzie zaku­pów mogą doko­ny­wać jedy­nie zare­je­stro­wani człon­ko­wie, teo­re­tycz­nie na pod­sta­wie recept.

I to wła­śnie te sklepy były solą w oku rządu, a i mia­sto miało o czym myśleć.

Temat punk­tów sprze­da­ją­cych mari­hu­anę, a kon­kret­nie tego, czy Van­co­uver ma coś zro­bić, żeby na nich zaro­bić, wał­ko­wano rok temu we wszyst­kich gaze­tach.

Z pierw­szych stron listek mru­gał zna­cząco i tylko miej­scami poja­wiały się infor­ma­cje o trzę­sie­niu ziemi w Nepalu albo innym „pomniej­szym” wyda­rze­niu.

Jest się nad czym zasta­na­wiać – biznes maryś­kowy wzrósł w prze­ciągu roku o jakieś 150%.

W Van­co­uver chyba tylko branża budow­lana ma się lepiej.

Sporo pie­nię­dzy z opłat licen­cyj­nych, z podat­ków wsze­la­kiego rodzaju, to nie jest takie hop siup, żeby się nad tym nie pochy­lić.

Z dru­giej strony jed­nak nie­le­galne (zda­niem rządu kon­ser­wa­tyw­nego pre­miera Stephena Har­pera), nie­ure­gu­lo­wane (zda­niem mia­sta) były te skle­piki, to nie Amster­dam, pro­szę pana, coś trzeba zro­bić.

I wtedy Van­co­uver jako pierw­sze kana­dyj­skie mia­sto wpro­wa­dziło miej­skie roz­po­rzą­dze­nie regu­lu­jące zasady, na jakich dzia­łać mają cof­fee shops.

Że tylko z licen­cją, że w okre­ślo­nej odle­gło­ści od szkół i miejsc uży­tecz­no­ści publicz­nej, że tylko pewna liczba takich skle­pów, że trzeba zapła­cić wstępne do kasy mia­sta.

Ale pew­nie nie­długo sklepy z maryśką będą cool.

Wła­dzę w pań­stwie prze­jął Justin Trudeau i Kanada jest cool, bo nowy pre­mier chce zale­ga­li­zo­wać rekre­acyjne uży­wa­nie mari­hu­any, ure­gu­lo­wać nie­ure­gu­lo­wane.

Jak to wygląda u nas, w dzielnicy Mount Pleasant?

Miejsc, gdzie można kupić sobie zioło, w oko­licy jest sporo.

Jedno mamy nawet w naszym budynku, obok anty­kwa­riatu i fran­cu­skiej pie­karni. Nie­malże na przy­stanku auto­bu­so­wym, dwa kroki od com­mu­nity cen­tre.

Skle­pi­ków ład­niej­szych i brzyd­szych na sąsied­niej ulicy jest sporo. Nie­które to więk­sze biznesy, z całą paletą pro­duk­tów dodat­ko­wych, serią ubrań czy gadże­tów. Z pięk­nymi wysta­wami i rekla­mami.

Kupić skręta może każdy.

Tak mówią ludzie. Że reje­stra­cja to mit, że nikt nie spraw­dza.

A co ja mam na to powie­dzieć jako matka dwóch synów, lat 4 i 9?

Prze­szka­dza mi zapach trawki w pobliżu pla­có­wek szkol­nych.

Nie­stety w pobliżu szkoły Krzyśka, w Parku Relak­su­ją­cych się Kolesi (tak, tak, jest taki park, Dude Chil­ling Park), owi kole­sie czę­sto relak­sują się nadmier­nie, zosta­wia­jąc po sobie śmiet­nik.

Choć pew­nie sporo działo się pod wpły­wem leczniczego narkotyku, z miej­sca nie winię jego stosowania.

Bo czy mnie oce­niać, na ile ktoś potrze­buje i czy w ogóle?

Krzy­siek ma taki sto­su­nek jak do pala­czy papie­ro­sów, czyli że śmier­dzi. Dzieci pod wpły­wem w parku nie widzia­łam. Jed­no­cze­śnie dobrze, że nowa mini­ste­rialna publi­ka­cja o mary­śce zawiera mocno roz­bu­do­waną sek­cję o wpły­wie tejże na mło­dych.

Jest szansa, że leka­rze będą uświa­do­mieni, ostroż­niejsi, a w szkole zaczną się poga­danki na ten temat – o ile już takich się nie orga­ni­zuje.

Mam (słabą) nadzieję, że nikt Krzyśka czy Maćka (omg) nie poczę­stuje, ale jeśli tak, to muszą wie­dzieć, co to jest i do czego służy.

I nasza w tym głowa jako rodzi­ców, żeby im to obja­śnić. I o innych używ­kach też opowie­dzieć. O szyb­kich przy­jem­no­ściach, które spłaca się dłu­giem wobec sie­bie. Roz­ma­wiać o alko­holu, o papie­ro­sach i o mari­hu­anie też.

Żaden rząd za nas tego nie zrobi, choćby nie wiem, ile naka­zy­wał i zaka­zy­wał.