Tag: poradnik

  • Praca z kanadyjskiej agencji? Czy warto pójść po pomoc do agencji Pracy?

    Pisanie o pracy w środku lata jest trochę okrutne. Urlop za pasem, albo właśnie się skończył, na trawkę trzeba iść, słoneczkiem kanadyjskim się cieszyć. A ja tutaj wyskakuję z postem ciężkim jak czołg – agencja pracy w Kanadzie. Agencja. No jak to brzmi?

    Ale cieszyć się, jak nie ma pracy, ciężko. Wiem.

    Na podstawie doświadczeń kilku moich koleżanek, oraz  pamiętając szukanie swojej pierwszej pracy w Vancouver, dziś napiszę, co może pomóc podczas tych poszukiwań. Jak korzystałam z usług agencji pracy w Kanadzie.

    Kiedy przylecieliśmy do Kanady, to przez pierwsze 6 miesięcy nie miałam pracy. Byłam na urlopie wychowawczym, udzielonym przez pracodawcę polskiego (mieliśmy wrócić zimą 2016 do Polski, a w maju 2016 powinnam była stawić się przy swoim polskim biurku na Torwarze). Zawsze to jakaś wymówka, żeby sobie wtedy pracą głowy nie zawracać.

    Może egoistycznie, ale gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, jeszcze z Polski – udało mi się w korporacji w Warszawie, to co ma mi się nie udać w Vancouver. Też w korporacji.

    To zbyt uproszczone rozumowanie i wyraz pewnej buty. Nie pomaga w szukaniu pracy. Niestety. I człowiek kończy jako rozczarowany emigrant.

    Podobno zajęcie zawsze można znaleźć. Zatem jak już na miejscu szukać pracy w Kanadzie?

    Są ludzie, którym udaje się znaleźć pracę w miarę szybko, na miejscu. I powiem Ci, że takich jest większość.

    Nie przeczytasz w tym poście o procedurze przyznawania pozwolenia na pracę.

    Zakładam, że masz otwarte pozwolenie na pracę. Bo na przyklad:

    • skorzystałeś z programu International Experience Canada i masz roczne pozwolenie na pracę
    • dostałeś czasowy work permit bo studiujesz
    • jesteś stałym rezydentem w Kanadzie (permanent resident) i nie potrzebujesz osobnego pozwolenia na pracę
    • jesteś obywatelem Kanady. I możesz pracować w dowolnym mieście i zawodzie

    Zaczynamy standardowo czyli od szukania oferty pracy

    Łatwiej napisać, trudniej zrobić. Szukanie pracy to też praca. I to w dodatku na cały etat!

    1. Od pierwszego dnia, a jeszcze lepiej zanim wylądujesz w Kanadzie pracuj nad swoimi papierami zawodowymi. Niektóre z nch przygotujesz jako część aplikacji o pozwolenie o pracę / na naukę.
    2. Podciągnij resume do standardów kanadyjskich.
    3. Przeglądaj oferty i aplikuj wszędzie tam, gdzie twoje doświadczenie/umiejętności pokrywają się z 60 % zawartości oferty.
    4. Rozważ skorzystanie z się agencji zatrudnienia.

    Jeśli jesteś na Working Holiday visa (czyli w ramach programu IEC) to pracę, to zacznij od agencji zatrudnienia (staffing agency / temporary job agency).

    Jeśli masz prawo do pobytu stałego, to zacznij od WorkBC, która nie jest typową agencją, ale strategie ma podobne.

    Szkodliwe mity o agencji pracy

    1. Praca z agencji, to nie jest praca, tylko taka “fake-job”.

    EEEEE, nawet jeśli, to i tak się liczy jako kanadyjskie doświadczenie. Nawet jeśli tylko na miesiąc, czy dwa, lepiej tak, niż wcale. I serio, są jeszcze osoby, które myślą, że raz rozpoczęta praca jest już na całe życie? Jeszcze jedno. Wielkie korporacje, te, które mają osoby zatrudnione na umowie o pracę, współpracują także z agencjami. Wiele firm wyprowadza pewne zajęcia do zewnętrznych podwykonawców (outsourcing) lub zatrudnia tych podwykonawców u siebie jako contract workers, a do poszukiwania takich pracowników wykorzystuje agencje zatrudnienia.

    2. Taka praca jest słabo płatna, bo jedyne zajęcie, które można przez nią znaleźć, to entry-level positions (pierwsza praca, zwykle oferowana absolwentom) lub surviving job (czyli mało prestiżowe zajęcia). 

    Znowu nie zgadzam się z tym do końca, bo agencjom zależy na tym, żeby obie strony były zadowolone. Dobry agent przypasuje Ciebie do pracy, a nie pracę do Ciebie.

    No dobrze, może ktoś zapytać, ale jeśli agencja akurat nie ma żadnej oferty dla mnie? Nie znalazłem nic na jej stronie, nie ma w żadnym agregatorze ofert.

    Jak zacząć kiedy nie widzę żadnej oferty pracy? I jak to zrobić, żeby nie tracić za dużo czasu?

    1. Wejdź na ten link z recenzjami agencji w Vancouver,  a potem na kartce napisz trzy najbliżej twojego domu.
    2. Zadzwoń do każdej z nich, zapytaj o procedury przyjęcia, powiedz, że jesteś specjalistą w tym i w tym i czy możesz podesłać swoje resume. Często zamiast resume proszą o wypełnienie aplikacji online, żeby od razu twoje dane trafiły do ich bazy.
    3. Zawsze proś o spotkanie. W Kanadzie wiele rzeczy załatwia się przez telefon, zdecydowanie więcej niż w Polsce, ale ja jestem zwolenniczką rozmowy twarzą w twarz. Nawet jeśli będzie to tylko 10 minut, to to już jest 10 minut więcej doświadczenia w kanadyjskim job hunting. 
    4. Kolejny plus agencji – poćwiczysz angielski, a może nawet przeprowadzą z tobą mock interview (czyli taką rozmowę kwalifikacyjną na sucho).
    5. Na koniec spotkania zabierz ulotki. Mimo że nie do końca przyjazne środowisku, mają aspekt psychologiczny, że ma się w ręku potwierdzenie swojego działania. A to zawsze pomaga.

    Refernecje czyli sprawdzanie

    Jedną z zasadniczych różnic w poszukiwaniu pracy pomiędzy Polską a Kanadą jest przygotowanie referencji. Ale nie wystarczy przygotować papierowych listów polecających z poprzednich, polskich miejsc pracy. Ja miałam takie papiery, przetłumaczone na angielski, z pieczątką działów kadrowych.

    Nie wystarczy.

    Kanadyjscy pracodawcy chcą uzyskać informacje u źródła, więc chcą często skontaktować się telefonicznie z osobami, które wskazaliśmy w referencjach. Ja prosiłam osoby z Polski na LinkedInie, czy mogę podzielić się kontaktem telefonicznym i wiem, że do niektórych moich byłych szefów dzwonili.

    Do instytucji finansowych popularne jest też przeprowadzanie wywiadu kryminalnego (criminal check).

    Na koniec bonus: linki do znanych nam i polecanych agencji pracy w Vancouver:

    Więc nie odrzucaj z marszu agencji pracy. To jest jedno z dobrych miejsc, gdzie po wylądowaniu w Kanadzie można szukać pracy. A jeśli interesuje Cię więcej artykułów o pracy w Kanadzie i w Vanouver, zerknij na te wpisy. Zwłaszcza ostatni – o tym, jak czasami agencja pracy potrafi oszukać!

  • Czy ty się uczysz czy ty się bawisz? Czyli organizacja dnia w szkole kanadyjskiej

    Rok szkolny powoli się kończy, wakacje tuż za rogiem.

    Jeszcze chwila, jeszcze dwie, i wszystkie dzieci staną na uroczystym apelu, podekscytowane zbliżającym się magicznym momentem rozdania świadectw (albo znudzone tym faktem, zależy od wieku ucznia).

    Wróć….. wszystkie polskie dzieci. Bo w naszej kanadyjskiej szkole apelu nie było na rozpoczęcie i nie będzie na zakończenie.

    W naszej kanadyjskiej szkole wiele zagadnień wygląda inaczej niż po polsku.

    Inne są :

    • apele (brak),
    • prace domowe (minimalny zakres),
    • sprawdziany (brak),
    • wywiadówki,
    • podręczniki i przybory szkolne (nie trzeba nosić ze sobą z domu do szkoły).

    Kilka informacji i luźnych myśli  znajdziecie w tym poście, pisanym na początku roku szkolnego 2015/2016.

    Zobacz, jak wygląda codzienny dzień ucznia zwykłej szkoły rejonowej w Vancouver. Spisuję to, co Krzyś mi opowiada, zaglądając przez ramię

    Zanim do szczegółów, kilka uwag. Podczas rozmów z rodzicami z innych prowincji, a nawet innych dzielnic w Vancouver, dowiaduję się, że w ich szkole wiele rzeczy wygląda inaczej niż w naszej. Pamiętaj o tym, czytając ten artykuł. I poszukaj jeszcze innych źródeł informacji o szkole, do której poślesz dziecko w Kanadzie.

    Każda szkoła kanadyjska ma większą autonomię, niż polskie podstawówki. Widać to zwłaszcza w kalendarzu dni szkolnych i wolnych, zwanych tutaj Curriculum Days oraz Pro D Days. Bywa, że różne szkoły podstawowe różnie ustalają sobie inne godziny rozpoczęcia i dni przeznaczone na kształcenie zawodowe nauczycieli.

    Ogólnie panuje spora dowolność, co z jednej strony jest dobre (większa elastyczność dla rodzica), a z drugiej strony mocno dezorientujące dla nieobytych z systemem kanadyjskim.

    Organizacja dnia w szkole kanadyjskiej.

    Nasza szkoła to zwykła rejonówka, dwie ulice od naszego domu. Dzięki temu, zdarza się, że Krzysiek idzie sam. [według prawa dzieci od lat 9 mogą przebywać na ulicy bez opieki dorosłych].

    Każdy tydzień rozpoczynają od wspólnego apelu całej szkoły (Monday assembly). Wszyscy śpiewają hymn kanadyjski, a dyrektor(ka) opowiada o bieżących sprawach, składa urodzinowe życzenia dzieciom, które mają to święto w nadchdzącym tygodniu (tak, tak) i pokazuje memy z kotami na youtubie.

    1. Opieka przed szkołą i po szkole

    Dzień się zaczyna o 9, kończy o 15. Codziennie tak samo.

    Jeśli rodzice pracują w innych godzinach, dzieci należy zapisać na zajęcia przed szkołą (7:30-8) i po szkole (15- 17:30). W samej szkole nie ma świetlicy, gdzie młodsze dzieci spędzają czas. Before school care i after school care organizowane są poza szkołą, komercyjnie, płatne w zależności od rodzaju zajęć czy typu klubu.

    Opiekunowie (często młodzi, często wolontariusze) przyprowadzają i odprowadzają dzieci, bo takie kluby czasami działają spory kawałek od szkoły (np. nasz klub jest oddalony o dwie przecznice od szkoły).

    Ceny opieki mogą się bardzo różnić, od 100 CAD za cały rok, do kilkuset dolarów za miesiąc. Trzeba zrobić wywiad, zanim podejmie się decyzje.

    2. Początek dnia czyli kto się spóźni, to do pani.

    No dobrze, niezależnie od tego, o której szkoła się zaczyna, dziecko powinno być na czas. Temat punktualności opiszę kiedyś osobno, bo Kanadyjczycy mają ciekawe i niejednoznaczne podejście do czasu.

    Często widzę niespiesznie idących rodziców z dziećmi, kiedy już dawno po dzwonku, z rozbrajającym uśmiechem co robić, przecież dzisiaj poniedziałek. Ale w naszej szkole, jak się spóźnisz, to idziesz do pani, i potem na raporcie semestralnym pojawia się info, ile razy byłeś spóźniony i nieobecny.

    W szkole Krzysia są dwie przerwy – pierwsza przerwa około 10:30, na drugie śniadanie i potem  przerwa na lunch około 12-13.

    Dzieci w tym czasie mogą jeść w stołówce (musi mocno, mocno padać) lub na dworze (opcja preferowana).

    Później bawią się na najbliższym placu zabaw, w parku. Teren naszej szkoły nie jest ogrodzony, ani zamknięty, dzieci mają dużo większą swobodę w bieganiu.

    → Krzysiek każe mi dopisać, ze w warszawskiej szkole w ogóle nie wychodzili na przerwy. To nie do końca prawda, ale skoro tak to pamięta, to oznacza, że czasu na świeżym powietrzu dzieciaki miały stanowczo za mało.

    3. Jak wyglądają zajęcia dzieci w klasie?

    W klasie każde dziecko zaczyna zwykle od czytania książek, po cichu, przy stolikach, kilka-kilkanaście minut, ot taka rozgrzewka intelektualna.

    Wybór książeczek dowolny, Krzysiek często przynosi swoją (bywa, że i polską). Lektur obowiązkowych, takich samych dla wszystkich, nie ma. Za to w każdym tygodniu trzeba przeczytać dany rodzaj książki (fiction book, graphic novel, picture book, etc.). Później dzieci dostają kartki i muszą napisać, o czym książki były. Każdy sobie sam wybiera książkę danego typu z biblioteki szkolnej. Obecnie czyta się gazetki.

    → Wyobrażasz to sobie? Gazetki takie mega kolorowe z kiosku ruchu przerabiane w polskiej szkole? To dopiero byłby widok.

    Po takiej wstępnej rozgrzewce czytaniem, wciąż nie ma typowych lekcji (czytaj: według polskiego standardu).

    Niektóre dzieci są zbierane w jedną grupę, żeby wspólnie czytać, ewentualnie, żeby skończyć zadania z wczoraj. Inne w tym czasie odrabiają matematykę.

    Dzieci nie mają takich samych podręczników, tylko skoroszyty, do których wpinane są zadania odpowiadające umiejętnościom dziecka. Nie ma czytania na głos przez jedno dziecko, kiedy reszta klasy śledzi w skupieniu słowa w czytance. Każdy pracuje po swojemu, nad swoimi materiałami, w swoim tempie.

    4. Plan lekcji ? Brak. Sprawdziany i dyktanda? Brak. To znaczy są, ale inne niż te, do których polska oświata nas przyzwyczaiła.

    Nie ma typowego tygodniowego planu lekcji. To znaczy jest napisane: poniedziałek: muzyka, środa: gym (w-f), czy piątek: biblioteka, ale nic poza tym. Zajęcia muzyczne to są nawet dwa razy: tańczą, grają na flecie (w poprzednim semestrze grali na ukulele). Plastyka nie ma swojego stałego czasu w planie zajęć.

    Organizuje się ją na zasadzie: jest potrzeba, jest działanie ( np. przygotowanie kartki na Dzień Matki ). Dzieci są zachęcane do rysowania również kiedy na dworze tak leje, że nikt nie ma serca kazać im wyjść na przerwę. Ale nie muszą wtedy rysować. Zamiast tego mogą oglądać rainy days’ films (czyli filmy na deszczowe dni), puszczane na korytarzu szkolnym.

    Nie ma sprawdzianów oprócz testu ze słówek (spelling test). Dwa razy był test z matematyki. Taki do zrobienia/odrobienia podczas zajęć, bez przygotowywania się. A test ze słówek ćwiczą w szkole przez cały tydzień poprzedzający piątkową kartkóweczkę.

    → Ciekawostka: nie wszystkie dzieci w klasie mają te same słówka do napisania podczas spelling test.

    Z cyklu ulubione: zajęcia sportowe – czyli gym – czyli wf.

    Dzieci się nie przebierają na w-f. Nie ma szatni dziewczyńskiej i chłopięcej.

    Jest wprawdzie sala gimnastyczna, ale jak tylko pogoda pozwoli, biegają na dworze.  Special helper, czyli na polskie dyżurny, sugeruje w jaką grę wszyscy się będą bawić. Ale nic nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza.

    5. Dzień szkolny kończy się czasem wolnym, czyli activity time.

    Dla Krzyśka oznacza to zabawę na dywanie z kolegami, klockami Lego. Klocki Lego to zresztą podstawowe wyposażenie jego plecaka. W zasadzie oprócz Lego, śniadaniówki, fletu (czasami) i dzienniczka ucznia (jak nie zapomni) nic więcej nie nosi.

    O 15:00 jest dzwonek. Część dzieci zabierana jest przez rodziców, inni od razu idą na plac zabaw przy szkole, żeby jeszcze tam chwilę się pobawić, a jeszcze inne dzieci zaprowadzane są w miejsca, gdzie mają opiekę po-szkolną.

    Dzień zajęć, organizacja szkolna wygląda inaczej niż w Polsce. Lepiej? Gorzej? Każdemu służy co innego, i ile rodziców, tyle zdań. Nasza kanadyjska szkoła nie jest tą, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, a uczniów wyłania się w drodze losowania. Ale jest blisko, wszyscy się znają, i to, co oferuje, wydaje się w tej chwili być dobrym dla Krzysia. Co będzie dalej? Będziemy się zastanawiać….

    No i co, chciałbyś chodzić do takiej szkoły? Albo posłać do niej dziecko?

  • Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

    Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej.

    Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

    Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

    Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy. (Edit z roku 2019: jesteśmy w trakcie aplikowania o kanadyjskie obywatelstwo, więc jestem pewna, że moje rady przydają się nie tylko przy wyjeździe tymczasowym)

    Mam nadzieję, że może coś przyda się i tobie

    O czym ten post NIE jest?


    Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, jedna, zasadnicza, najważniejsza uwaga:

    Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

    Właściwie nie ma co tego komentować.

    Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

    W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji 😉]. Działa to na naszą korzyść.

    Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba).

    Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

    Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.


    A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

    1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

    W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi.

    W takim miejscu pokierują na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

    Wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni.

    Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

    Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

    To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

    Co prowadzi do następnego zadania :

    2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

    Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań.

    Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego.

    Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver.

    Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa.

    Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

    Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

    Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

    I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

    Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

    Ponieważ my byliśmy świeżakami na rynku wynajmu kanadyjskiego, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki, Matylda!) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

    Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

    więcej wpisów o mieszkaniu w Vancouver? proszę bardzo

    Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

    3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

    Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

    Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe.

    Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

    Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać.

    Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

    Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

    • karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
    • świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
    • nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych). Przyda się do prawa jazdy.

    Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

    • nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
    • akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
    • prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
    • wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

    W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy.

    Tego nie da się w Kanadzie kupić.

    Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby. W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

    Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

    • upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

    4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

    Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

    Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie.

    No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. 

    Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką.

    UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

    Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

    5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

    Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy.

    Ale jeśli nie są super hiper cenne, to należy sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

    Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

    Co było w naszych walizkach?

    • Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
    • Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
    • Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
    • Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
    • Soczewki kontaktowe.
    • Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
    • Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
    • Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

    Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

    Kabanosów nie braliśmy 😉

    Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Jak napisać kanadyjskie CV…. wróć. Kanadyjskie resume znaczy się. I je wybielić.

    O raju, żebym wiedziała, że czytanie o pracy w Kanadzie cieszy się taką popularnością, zrobiłabym kurs doradcy zawodowego i coach’a kariery, zamiast raporty w Excelu obrabiać [żarcik].

    Prosiliście o wpis o kanadyjskim CV. No więc jest.

    Poniższe informacje pochodzą ze moich spotkań i warsztatów kariery. Takich w Vancouver nie brakuje, na pewno się na jakieś załapiesz. Nie wiesz, gdzie ich szukać? Warszaty organizowane są na przykład w bibliotece publicznej (i za to ją uwielbiam! Choć biblioteka ma też mnóstwo innych zalet, o których przeczytasz pod tym linkiem)

    Zupełne podstawy czyli resume. Czyli polskie CV

    Pewnie choć raz w życiu pisałeś CV, czyli życiorys. Taki dokument to obok rozprawki trzeba w szkole napisać. Może sobie prychniesz pod nosem, hę, w takim razie, co to za problem napisać CV pod wymagania kanadyjskie.

    Ale jeśli jeszcze nie pisałeś CV, to krótkie przypomnienie. CV (curriculum vitae) to dokument opisujący Twoją edukację, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe

    Najpierw o tym, gdzie będziesz potrzebował resume.

    • program emigracyjny, np. International Experience Canada – podczas aplikacji potrzebujesz załączyć resume, ale wstarczy wersja podstawowa. Wyjątkowość resume na tym etapie nie ma większeg znaczenia;
    • aplikacja o pracę – i tutaj w większości przypadków konieczne jest przygotwanie tzw. tailored resume, czyli dokumentu “szytego na miarę”. Przygotujesz je pod konkretnego pracodawcę i ofertę. Pod tym linkiem sprawdzisz, jak ja przygotowywałam swoje resume, żeby pokonać 300 innych osób do agencji interatkywnej w Vancouver;

    Zwykle mamy max 30 sekund, żeby czytającego nasze resume do siebie przekonać. W ciągu tego czasu zapada decyzja: zostawić czy do śmietnika.

    Dobre resume jest krótkie i treściwe. Ma być konkretne, czytelne, skromne, bez kłamstw. Owszem, ma być naszą reklamą jako potencjalnego pracownika, ale to taka trochę bardziej rozbudowana wizytówka. Mocno profesjonalna.

    Opowiadanie o sobie zostawimy na interview, tam przydadzą się umiejętności miękkie. W resume interesują nas (ich) twarde fakty !

    Różne typy kanadyjskiego resume:

    1. Chronologiczny, czyli robisz to, co robisz od zarania dziejów i historia twojej pracy jest solidna oraz  bogata. Lubisz i chcesz robić to dalej.
    2. Funkcjonalny, czyli popracowałeś trochę tu, trochę tam, a jeszcze gdzieś był rok przerwy na włóczęgę po Indiach. Ciągłość pracy zaburzona, ale za to masz masę innych doświadczeń, którymi nie omieszkasz się pochwalić. Lubisz robić coś i chcesz pokazać to pracodawcy.
    3. Mieszany, moim zdaniem typ najlepszy, bo z obu powyższych wzorów wyciągasz, co potrzebne i pod konkretne stanowisko przygotowujesz. Najbardziej pracochłonne, ale też pokazujące, że ci zależy. Bo przecież ci zależy, prawda?

    To teraz mała graficzka, poszalałam sobie 😉

    resume_Kanada_CV_ Kanada się nda

    Jak zbudowane jest kanadyjskie resume?

    Poniżej znajdziesz przygotowaną przeze mnie małą grafikę. Żeby odwzorować ten układ wystarczy, że wejdziesz na swoje konto Google ( a pewnie masz takie, bo kiedyś założyłeś pocztę na Gmailu, c’nie?).

    Na koncie Google, pod linkiem: https://docs.google.com/document/u/0/ wpisujesz Resume i już Ci się wyświetlają w pełni darmowe i edytowalne szablony dokumentów.

    Wchodzisz w dokument, dodajesz swoje dane według mojej ściągawki poniżej i zapiujesz w dwóch formatach: .doc i .pdf

    Łatwe? Tak. Ale czasochłonne!

    kanadyjskie resume

    Zdjęcia moich autentycznych resume, których używałam podczas szukania pracy znajdziesz w poście z 2018 roku.

    A teraz o co chodzi z tym wybielaniem z tytułu artykułu?

    Ale cicho sza, bo to niepoprawne politycznie jest.

    Jedna z pierwszych rad, jakie usłyszałam tutaj w temacie poszukiwania pracy? – Katarzyna? Katarzyna ?! Nie da się łatwo wymówić, zmień sobie !

    Ano tak. Smutna prawda. Do kanadyjskiego resume nie dodaje się zdjęć, nie załącza się informacji, które mogą cię zidentyfikować, jako człowieka o określonej rasie, matkę, starca, etc. No ale imię to zazwyczaj zostawiamy w papierach.

    I niestety mimo że nikt się nie przyzna (grozi pozwem), to nasze imię często decyduje, czy pracodawca kanadyjski (amerykański) zadzwoni. Bo co, jeśli nie chce się wysilać mówiąc “Katarzyna” [chlip, chlip]? Albo “Kaszia”?

    Badania pokazują, że problem występuje także w firmach, które chlubią się różnorodnością wśród pracowników (diversity). Nawet one nie są wolne od uprzedzeń rasowych, a osoby o obco brzmiących imionach/nazwiskach są zapraszane na rozmowę 2 – 2,5 raza rzadziej niż ci ze swojskim imieniem.

    Problem dotyczy zwłaszcza Azjatów, stąd sporo z nich zangielszcza/zmienia swoje imiona na bardziej lokalnie brzmiące. Wybiela się tym sposobem. Stąd pojęcie: wybielanie resume.

    A ja, chociaż Azjatką nie jestem, w swoim kanadyjskim resume występuję jako Kate. Na Linkedin mam wprawdzie Katarzyna, ale w linku do profilu jestem Kate.

    Chcesz zobaczyć mój profil na LinkedIn? Kliknij tutaj

    Przyznam się wam, że Kate ułatwia mi życie nie tylko podczas poszukiwania pracy. Ale to już temat na osobny post…

    Więcej informacji o pracy w Kanadzie, a w Vancouver w szczególności znajdziesz w tych wpisach:

    1. Jakie agencje-pośrednicy pracy pomogły mi w pierwszych latach emigracji?
    2. Czy brak wykształcenia kanadyjskiego oznacza brak szans na znalezienie pracy?
    3. Jak wolontariat może pomoc w zdobyciu pierwszego kanadyjskiego doświadczenia i networkingu?
  • Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

    Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

    To kolejny post, który piszę w odpowiedzi na wasze pytania mailowe o pracę w Kanadzie. Temat pracy jest jak rzeka, jak już wejdziesz, musisz płynąć 😉

    Wśród pytań często przewija się prośba, żebyśmy odnieśli do powyższego stwierdzenia, czyli w sumie potwierdzili, że brak kanadyjskiego wykształcenia oznacza niemożność dostania pierwszej pracy w Kanadzie.

    Jeszcze niedawno sama tak myślałam, ale teraz już wiem, że to nie takie oczywiste.

    Żadne z nas nie ma wykształcenia kanadyjskiego, a jednak dostaliśmy pracę w Kanadzie.

    Program IEC nie miałby racji bytu, bo większość ludzi, która z niego korzysta, przylatuje do Kanady  z wykształceniem zdobytym w innym kraju i bez ofert pracy na miejscu. A jednak pracują i dobrze się mają.

    Oczywiście musisz zweryfikować swoje oczekiwania względem nowej pracy w nowym kraju.

    Jeśli w Polsce pracowałeś na niższym stanowisku, to nikt w Kanadzie nie zrobi z ciebie od razu menadżera. A jeśli byłeś w Polsce menadżerem, a przyjeżdżasz bez zagwarantowanej pracy, to licz się z tym, że mogą ci zaproponować niższe stanowisko na początku.

    Taka sytuacja dotyczy większość imigrantów o zawodach mało wyspecjalizowanych ( to ja ) i nie ma w tym nic zdrożnego.

    Z czasem wyrobisz sobie i doświadczenie, i swoją markę na rynku kanadyjskim. A wykształcenie zawsze możesz nadgonić.

    Dotychczasowe doświadczenie zawodowe a brak kanadyjskiego wykształcenia

    A czy w Polsce każdy pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem? No pewnie, że nie.

    Ja z wykształcenia jestem filologiem węgierskim, a pracowałam w Warszawie w outsourcingu księgowym. Ale idąc tutaj na rozmowę o pracę przypomniałam sobie skrupulatnie wszystkich Kanadyjczyków, z którymi miałam okazję pracować z Polski (niewielu) i jak tylko nadarzyła się okazja podczas rozmowy z przyszłą szefową, to o tej współpracy powiedziałam. Zdanie zaledwie powiedziałam: że kiedy dzwoniłam do kontrahentów do Montrealu, to oni zawsze pytali o pogodę w Polsce.

    To wystarczyło, żeby pojawiła się malutka nić wiążąca mnie z Kanadą na gruncie biznesowym. Da się? Da się!

    Więc mała rada: może kiedyś w życiu spotkałeś się z kimś z Kanady, coś dla niego zrobiłeś? Przypomnij sobie i spróbuj o tym powiedzieć kilka słów na rozmowie.

    Nie musisz mieć wykształcenia ani doświadczenia kanadyjskiego, żeby znaleźć pierwszą pracę.

    Musisz za to ciągle się rozwijać, dokształcać, starać się, żeby znaleźć lepszą kanadyjską pracę. Taka sama reguła działa wszędzie.

    Warto mieć ze sobą swoje dyplomy, zaświadczenia, przetłumaczone na angielski, żeby w razie czego poprzeć się papierami. Nawet jeśli nie są one kanadyjskie, to powinny być po angielsku. Tak, żeby Kanadyjczyk zrozumiał.

    Brak kanadyjskiego wykształcenia, a co za tym idzie doświadczenia z Kanady, możesz zrekompensować umiejętnościami miękkimi. A nawet musisz !

    Na jednym z wielu spotkań w naszym domu sąsiedzkim miałam przyjemność rozmawiać z wielce inspirującą osobą: Rodrigo.

    Od niego dowiedziałam się, że powszechne stwierdzenie No Canadian experience = No Canadian job w rzeczywistości oznacza:

    Czyli to nie brak papierka z kanadyjską pieczątką uniemożliwia znalezienie pracy, ale ograniczają nas umiejętności nasze, inne niż techniczne, zdobyte wraz z wykształceniem.

    A jakie to są te pożądane w Kanadzie umiejętności miękkie? Ano takie:

    • Communication Skills
    • Local Language
    • Presentation Skills
    • Small Talk
    • Leadership and Initiative
    • Conflict Resolution and Negotiation
    • Accepting Constructive Criticism
    • Flexibility
    • Business Etiquette

    Najważniejsze soft skills potrzebne przy szukaniu pracy w Kanadzie to przede wszystkim umiejętności komunikacyjne!

    Rozmawianie, prezentowanie, angielski ( francuski w innych prowincjach) i oczywiście small talk.

    Warto poćwiczyć bycie liderem, najlepiej takim z inicjatywą, oraz rozwiązywanie konfliktów (tutaj doświadczenie z poligonu domowego dwójki synów mam ogromne).

    Kolejna umiejętność czyli akceptowanie konstruktywnej krytyki – to myślę taki obszar, nad którym całą Polska powinna popracować, c’nie? Zwłaszcza politycy.

    Poza tym musisz być elastyczny (wysportowany też, ale akurat nie o to chodzi tutaj), i oczywiście profesjonalny w zachowaniach biznesowych.

    Jeśli swobodnie działasz w tych obszarach, nie masz się co obawiać. Tego właśnie oczekują od imigrantów kanadyjscy pracodawcy.

    Poniższa tabelka na potwierdzenie.

    What Immigrants HaveWhat Employers Want
    soft skills10%60%
    technical skills90%90%

    Do Kanady zjeżdżają imigranci wyszkoleni, wyedukowani, z wiedzą szeroką, ale z niepasującymi do rynku kanadyjskiego umiejętnościami miękkimi. I to właśnie to niedopasowanie jest przyczyną początkowych porażek w poszukiwaniu pracy.

    To co? Polski dyplom zanieś do tłumacza, a przed lustrem poćwicz elevator speach.

    Szukasz więcej informacji o pracy? Zajrzyj pod te linki:

     
  • Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

    Dentysta ogólnie

    dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

    Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

    Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

    My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

    W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

    Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

    Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

    Dentysta dziecięcy

    Boli ząb

    Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

    Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

    Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

    U dentysty nr 1

    Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

    Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

    Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

    Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

    Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

    U dentysty nr 2

    Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

    Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

    Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

    Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

    Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

    A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

    U dentysty nr 3

    Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

    I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

    Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

    A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

    Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

  • House hunting czyli mieszkanie w Vancouver. Jak (nie) zamieszkać (pod mostem)

    Mieszkać każdy musi. Się nie da inaczej. Podstawowa rzecz, czyli dach nad głową. Niestety w Vancouver choć ten dach ze złota nie jest, płacisz za niego, jak za zboże.

    Jak chcesz zamieszkać w Vancouver nie ma bata, czeka cię szukanie domu. A jeśli dodatkowo planujesz kupno nieruchomości to przygotuj się jak na wyprawę na grubego zwierza, czyli house hunting.

    Ciekawą rzecz zaobserwowałam. Ostatnio temat mieszkaniowy pojawia się w rozmowach częściej niż zwykle. Oczywiście nie tak często jak Mikołaj, Święta, politycy i czemu tak pada, ale zawsze.

    Znajomi szukają nowego mieszkania, sąsiedzi się wyprowadzają, a posty nasze (dwa) o mieszkaniu w Vancouver wzbudzają zainteresowanie odwiedzających tego bloga (wiem, bo sobie zainstalowałam wtyczkę Google Analytics hehehe).

    Nas też od czasu do czasu napada chęć aby wyruszyć na house hunting, poszukać sobie innego mieszkania.

    Zwłaszcza jak odwiedzamy tych, co to wnętrza mają śliczne i oświetlone odpowiednią ilością lamp.

    Skoro temat ważny, to go pociągnę. Jak to czytasz, bo myślisz o wyjeździe do Kanady i ci się podoba, co piszę, podziel się wpisem, dobrze?

    Jak kupić dom w Kanadzie?

    1. Określ swoją zdolność kredytową

      I czy cię stać na spłatę kredytu – koszty miesięczne nie powinny przekraczać 35% twoich dochodów miesięcznych. W Kanadzie sprawdzisz to w tzw. credit report, który możesz sobie zamówić.

    2. Przygotuj spis agencji, które wystawiają domy na sprzedaż

      Wpisujesz w wyszukiwarkę: real estate agents in Vancouver i szukasz, czytasz, porównujesz. Szukaj też pod hasłami “home hunting” lub “home feature”. Pomocna wyszukiwarka to https://www.realtor.ca/mls

    3. Zobacz, czy w interesującej Cię okolicy nie ma sprzedaży bezpośredniej domu czy mieszkania

      To nie jest model tak popularny, jak w Polsce, ale co ci szkodzi się rozejrzeć? Wsiądź w samochód i poszukaj znaku “For Sale” przed domem.

    4. Obejrzyj dom / mieszkanie dokładnie

      Pytaj i zapisuj odpowiedzi. Swoje uwagi notuj. Może się przydać, kiedy będziesz negocjować cenę. Choć o negocjowaniu czegokolwiek w Vancouver to raczej zapomnij – wszystkie domy i mieszkania sprzedają się od razu.

    5. Idziesz do banku po kredyt

      Musisz mieć przygotowany wkład własny, czyli down payment (im większy, tym lepiej, minumum 5% kosztu domu). Będziesz też potrzebował CMHC Mortgage Loan Insurance oraz inne ubezpieczenia (np na życie, czy od utraty pracy)

    6. Składasz ofertę kupna

      Jeśli pomaga ci agent, to on przygotuje ten dokument: Offer to Purchase. Możesz też skonsultować ją z prawnikiem (lub notariuszem). Warto skorzystać z ich pomocy, żeby sprawdzili dokumenty własności.W ofercie kupna powinno być:
      ■ Kwota kaucji.
      ■ Dodatkowe przedmioty, takie jak zasłony , lodówka, kuchenka, pralka i suszarka, którą możesz zechcesz przejąć wraz z domem (zwane również ruchomościami).
      ■ Dzień zamknięcia (data przejęcia domu) – zwykle 30 do 60 dni od daty zawarcia umowy.
      ■ Prośba o aktualne dokumenty opisujące stan nieruchomości.
      ■ Data ważności oferty.
      ■ Wszelkie inne warunki związane z ofertą, w tym potwuerdzenie jak będzie wyglądało„finansowanie hipoteczne” i skończony dokument „inspekcji domu”

    7. Negocjujesz cenę

      Eh. W Vancouver niestety nie ma negocjacji, a bardzo często oferty kupna licytują się między sobą, oferując więcej pieniędzy niż cena podana przez kupującego (sold over asking price)

    Ustalmy sobie, że house hunting to zasadniczo szukanie domu. W Vancouver.

    Ale jeszcze częściej szukanie domu pod Vancouver.

    Spytasz dlaczego pod?

    Ceny, moi kochani ceny.

    Słynna na wiosnę 2015 kampania Nie mam miliona (#DontHave1Million), rozpoczęta przez mieszkankę Vancouver, taką zwykłą trzydziestokilkulatkę, z pracą normalną, odbiła się szerokim echem w całej Kanadzie i nawet na chwilę obudziła rządzących, którzy problem niebotycznych cen nieruchomości znają, ale nie garną się, żeby coś z tym zrobić.

    Młodzi ludzie, którzy mają pracę (dochód jednej osoby to około 40 tys. CAD na rok ) i myślą o założeniu rodziny, nie mają szans na kupno domu w Vancouver.

    Możesz pomyśleć, ej no halo, a kto ma szansę, my w Polsce też raczej jako trzydziestolatkowie domów w mieście nie kupimy.

    Ale trzeba tutaj o jednej rzeczy napisać: ci kanadyjscy trzydziestolatkowie w sporej części wychowali się właśnie w domach jednorodzinych, z ogródkiem z tyłu, trawnikiem z przodu, położonych wcale nie tak daleko od centrum, w tzw. residential areas, gdzie ruch jest mniejszy, dzieci bawią się na ulicy, a Downtown widać z górnego piętra.

    Rzadko kto z tych trzydziestolatków wychowywany był w wieżowcach w śródmieściu (zresztą nie jestem pewna, czy takowe już wtedy były???).

    Dość, że teraz jako dorośli szukając dla swojej rodziny podobnych warunków, jakie zapewnili im ich rodzice, mają ogromny problem. Kupno domu przerasta ich możliwość finansowe.

    Stąd kampania, stąd rozgoryczenie.

    Żeby kupić dom wolnostojący, na działce, w Vancouver trzeba mieć co najmniej 1 milion dolarów kanadyjskich (a to i tak w dzielnicy raczej na wschodzie niż na zachodzie, i dom to raczej klocek dość brzydki i do remontu).

    Więc jeśli rodzina decyduje się na kredyt hipoteczny i chce kupić dom, tak, żeby dzieci miały huśtawkę z opony przed wejściem, to niestety musi się z Vancouver wyprowadzić.

    I kupić dom pod. np. w Port Moody (byliśmy, ładnie tam, zielono, blisko do szlaków, ale komunikacja dość słaba).

    Nie mam miliona i w sumie to nie potrzebuję dużego domu. Kto to będzie sprzątał, co?

    Można jeszcze pomyśleć o (nieco) tańszej alternatywie, jaką są tzw. townhouses, czyli domki-szeregowce, jakie są budowane przez deweloperów albo w osobnych inwestycjach, albo jako przyklejone domki do bloków mieszkalnych.

    Zwykle w dzielnicach bliżej śródmieścia, lub nawet w samym centrum.

    Za cenę niewiele niższą niż dom wolnostojący, właściciel ma namiastkę domu i dostęp do wszelkich dóbr jakie niesie życie w centrum (nie pytajcie mnie, jakich, bo za nic bym w centrum mieszkać nie chciała).

    My  mieszkamy w bloku, który ma 5 takich szeregowych domków. I mamy z nimi wspólne patio.

    Takie domki mają:

    • swoje niewielkie ogródeczki,
    • osobne wejścia na ulicę,
    • a wspólny z nami parking i zarządzających.

    W środku nie ma co marzyć o sporej przestrzeni, jest dość wąsko (wiem, bo odwiedzaliśmy sąsiadów), ale jest to dom. Twój. Osobny. I ma ogródeczek. Na grilla. I żeby dziecko wypuścić na pohasanie.

    I właśnie do takiego miejskiego domku przeprowadzają się nasi znajomi z położonej nad zatoką i z widokiem na centrum Wioski Olimpijskiej, gdzie mieli mieszkanie dwupokojowe w nowoczesnym wieżowcu.

    Zamieniają mieszkanie na domek szeregowy z trawnikiem wielkości chusteczki, sporo większą przestrzenią mieszkalną. Będą mieszkać dalej od centrum (około 20 minut dojazdu).

    A cena jest o 1000 CAD niższa !

    Stąd mój wniosek – Kanadyjczycy z rodziną są przyzwyczajeni i chcą przestrzeni (kto by nie chciał) więc wolą mieszkać nawet dalej, byle ją mieć.

    To jest trochę pytanie w stylu: mieszkanie w centrum czy domek pod miastem? Pamiętam jak wielu z naszych warszawskich kolegów zadawało sobie te pytania i teraz dojeżdżają z Mysiadła pod Piasecznem.

    Nie przeczę, trawnik dobra rzecz. Ale ja wybieram mieszkanie w (prawie) centrum.

    Tylko cena za tę przyjemność zwala z nóg 🙁

    Mieszkanie w centrum Vancouver a potrzeby życiowe rodziny z dziećmi.

    Ok, temat dom(k)ów trochę ruszyliśmy, to jeszcze wrócę na chwilę do tego, dlaczego nie chciałabym mieszkać w Downtown, w Vancouver.

    Mogę się wypowiedzieć, bo mieszkaliśmy tam na początku naszego pobytu w Kanadzie. Krótko bo krótko, ale zawsze.

    Zacznę od tego, ze znam tylko jedną rodzinę, która z dwójką dzieci mieszka w Śródmieściu. Inne rodziny jakie widzę na ulicach w centrum, to są młodzi ludzie z malutkimi dziećmi, zwykle jednym, zwykle niemowlakiem.

    Takich rodzin z kilkulatkami, młodszą czy trochę starszą młodzieżą, nie widuję za dużo, z powodów wymienionych powyżej (przestrzeń, chęć wychowywania dzieci w spokojnych dzielnicach).

    W Centrum jest tłoczno, głośno, z parków to tylko ci, co mieszkają na West Endzie mogą w miarę wygodnie skorzystać (blisko do Parku Stanleya).

    Gdzie dzieciak ma jeździć na rowerze, hę? Więc ja się bardzo cieszę, że w centrum nie mieszkamy, i do naszego parku relaksujących się kolesi Maciek spokojną uliczką pomyka na biegówce.

    → Gdzie mieszkać: sprawdź nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

    Masz już za sobą kupno nieruchomości w Kanadzie? Podziel się swoim doświadczeniem, a ktoś ci za to podziękuje!

  • Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

    Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach bycia pracownikiem lokalnej agencji pracy, ówczesna firma (Accenture Canada) zatrudniła mnie na stałe. Do tego czasu szukanie pracy w Vancouver to było moje zajęcie dodatkowe, obok opiekowania się młodszym synem.

    Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

    Od tego czasu sporo się w moim życiu zmieniło – przeczytaj te dwa posty o tym, jak później wyglądało moje szukanie pracy w Vancouver

    Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

    Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) najłatwiej jest znaleźć pracę w Vancouver. Zresztą nie tylko w Vancouver – w całej Kanadzie brakuje programistów.

    Czasami wystarczy krótka rozmowa przez skype z pracodawcą kanadyjskim albo przez telefon jeszcze z Polski. Negocjujesz, podpisujesz i już możesz lecieć do Vancouver

    Większość formalności ( o ile nie wszystko) za Ciebie radośnie załatwia firma.

    Co się dzieje, jeśli to kanadyjska firma zaprasza Cię do pracy?

    Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LMIA.

    To rodzaj oświadczenia dla kanadyjskiego urzędu imigracyjnego, że pracodawca szukał na miejscu, ale nie było Kanadyjczyków (stałych rezydentów i obywateli) którzy się nadają do pracy.

    Firma gotowa jest zapłacić 1000 CAD, żeby wolno jej było pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej. Musi też umieścić ogłoszenie o pracy na stronie rządowej (jobbank).

    Do 2016 LMIA było szybkim sposobem na uzyskanie przewagi punktowej w systemie Express Entry (który to system z kolei pozwalał na otrzymanie wizy stałego pobytu). Obecnie ten proces może zająć kilka miesięcy.

    Kiedy my aplikowaliśmy, LMIA funkcjonowało pod inną nazwą: LMO (Labour Market Opinion).

    Po otrzymaniu listu potwierdzającego LMIA można pakować walizki.

    Samo pozwolenie na pracę (inaczej wizę pracowniczą) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

    Wszystko działa fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LMIAod początku.

    Często zdarza się, że pracodawcy owszem pomogą w zobyciu LMIA, ale całość papierów musisz ogranąć sam.

    Nie zawsze też potrzebujesz LMIA – zawsze sprawdzaj na stronie rządowej obecne wymagania.

    No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi.

    Czy małżonek (partner) osoby zaproszonej do Kanady, też ma pozolenie o pracę? Jak wygląda szukanie pracy w Vancouver w takim przypadku?

    Mowa jest oczywiście o mnie, bo dokument LMIA był wystawiony na Kubę, który jest programistą.

    Podczas rozmowy z przyszłą firmą, Kuba zaznaczył, że pozwolenie o pracę dla mnie jest warunkiem zawarcia umowy.

    Kanadyjski pracodawca przy okazji LMIA wystąpił też o open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy) dla mnie. Nasze dzieci dostały pozwolenie na naukę (work permit). Taki komplet dokumentów to zwykle standard w większych firmach, zwłaszcza technologicznych. Ale jeśli pracodawca stara się o LMIA dla Ciebie, a Ty masz rodzinę, upewnij się, czy i z tymi dokumentami Ci pomoże.

    Jakie miałam szanse na znalezienie pracy?

    Mój zawód wyuczony jest mocno nieprzydatny w Kanadzie. W Polsce studiowałam hungarystykę i finanse z rachunkowością. Moje doświadczenie zawodowe to kilka lat w korporacji, gdzie pracowałam z klientami z Węgier i Niemiec.

    Oczywiście w każdym amerykańskim mieście zawsze jest szansa na pracę w McDonalds czy Starbucks.

    Tylko, że ja tak pracowałam, kiedy byłam na studiach. Po studiach i mając już to doświadczenie z Polski, chciałam pracować nieco “amibitniej”.

    Szukanie porządnej pracy w Vancouver nie jest łatwe ani szybkie.

    Ale coś robić trzeba!

    Tak, sprzedawanie kanapek też. To się tutaj nazywa surviving job. Taka praca, byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się gdzieś zaczepić.

    Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

    Bibliotekę kocham miłością wielką. Znajdziesz tu:

    • darmowe kursy,
    • ocena CV i listu motywacyjnego,
    • warsztaty kariery.
    • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej.)

    Spotkania i warsztaty odbywają się w każdej bibliotece , a w Centralnej to nawet cyklicznie. W bibliotekach są warsztaty, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

    Wejdź do biblioteki najbliżej Twojego mieszkania w Vancouver i zapytaj, co możesz zrobić, żeby skorzystać z pomocy w szukaniu pracy w Vancouver.

    Wolisz, żeby szukanie pracy w Vancouver wspomógł Urząd Pracy?

    Jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych.

    Tylko nie oczekuj po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy.

    To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy.

    Wszystko oczywiście bezpłatne. Ale sprawdź, czy Twój status emigracyjny (rodzaj wizy) pozwala na skorzystanie z wszystkich opcji. Może będziesz mógł skorzystać z drukarki, ale na osobiste warsztaty ze specjalistą już się nie załapiesz.

    Szukanie pracy w Vancouver trwa, a ja jej ciągle nie mam.

    Popijam kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności???

    Tak trudno jet znaleźć pracę? I to zagranicą? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

    Emigrant z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

    A ludzie z Europy Zachodniej, myślisz, że ich tutaj nie ma?

    Błąd! Jest też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

    Co przydaje się w szukaniu pracy – najważniejszy jest networking

    Networking czyli budowanie sieci kontaktów, wymiany informacji. Przybiera różne formy i czym by nie był, zawsze się przydaje.

    To może być:

    • ściana płaczu z ogłoszeniami gdzieś w polskim sklepie/kościele,
    • znajomi zaczepieni na ulicy,
    • czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

    Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

    Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

    Czym zajmuję się w Vancouver w 2015 roku?

    To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

    Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

    Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą.

    Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem.

    Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych, na przykład płatnego urlopu.

    Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

    Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami.

    Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

    Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂

    Powodzenia!

    A jeśli chcesz wiedzieć więcej, przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

    1. Praca – poradnik
    2. Napisz CV czyli resume
    3. Słowo o agencji zatrudnienia
    4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
    5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
    6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  • Vancouver is awesome?! Powiedz nam, jakie jesteś Vancouver?

    Ten post najpierw ukazał się na portalu Klub Polek na Obczyźnie.

    Jakie jesteś Vancouver? Nasze-nie-nasze?

    Zachęcamy do obejrzenia tego filmiku, tak na dobry początek. W filmie w zabawny sposób pokazani są mieszkańcy Vancouver. A kto, jak nie mieszkańcy, najlepiej odpowie na pytanie, czym jest miasto i czy Vancouver jest wspaniałe.

    Poniżej, w wyliczance,  znajdziecie sporo punktów opisanych na podstawie tego filmu. So true!

    Nie jest to typowa lista plusów i minusów, chociaż na dole trochę będzie o tym, czy mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi. A warszawiacy są?

    Jakie jesteś, Vancouver? Zaczynamy wyliczankę

    W Vancouver mieszkańcy narzekają na pogodę.

    Jak deszcz, to źle, jak słońce, to za gorąco. Miasto z racji położenia nad Pacyfikiem, z górami za plecami, ma dość łagodny klimat jak na kanadyjskie standardy. Stąd często pada.

    I dlatego Vancouverczycy  mogą poszczycić się sporą kolekcją parasoli, a na tutejszym uniwersytecie pojawił się biznes w postaci wypożyczalni parasoli poprzez aplikację na smartfonie. Nie ma co, bez parasola ani rusz w mieście, które z powodu deszczu otrzymało ksywkę Raincouver.

    Jak pada, to pada, stąd dzieci z Vancouver mają niewielkie szanse na White Christmas.

    Ale nie ma co płakać, śniegu można szukać na któreś z okolicznych gór: Grouse Mountain, Seymour Mountain czy Cypress Mountain.

    Funkcjonują tam przyjemne kurorty narciarskie, gdzie każdy może poznać uroki szusowania.

    A do miejscowości Whistler, mekki snowboardzistów, gdzie odbyła się olimpiada w 2010, jedzie się niecałe dwie godziny, w bonusie otrzymując przepiękną widokowo drogę Sea to Sky.

    Olimpiada 2010

    To jest takie wydarzenie, które na stałe wpisało się w historię miasta.

    Najlepszy czas ever dla wielu Vancouverczyków. Dowodem niech będzie nieustająca miłość do tamtych chwil, czule pielęgnowane wspomnienia, obecność olimpijskich gadżetów w ofercie sklepów i oblężenie Wioski Olimpijskiej w Whistler. Trudno się dziwić – Kanadyjczycy zdobyli wtedy 14 złotych medali, co sprawia, że są rekordzistami w tej kategorii.

    Oprócz tematu Olimpiady emocje sięgają zenitu, kiedy Vancouverczycy rozmawiają o hokeju.

    Logo drużyny Vancouver Canucks jest obecne wszędzie, od przedmiotów użytku codziennego, po deklaracje na autobusach w dniu meczu: Go Canucks, go! Każdy mieszkaniec ma swoich ulubionych zawodników, a kiedy w Rogers Arena odbywają się mecze, to korki wieczorową porą gwarantowane!

    O korkach i jakości jazdy w mieście też można sporo powiedzieć.

    Korki skutecznie utrudniają funkcjonowanie w wąskim Downtown. Stąd plany Urzędu Miasta i zachęta burmistrza, żeby przesiadać się na rower.

    Miasto oferuje dobrze rozwiniętą siatkę ścieżek rowerowych, które pozwolą przebić się przez Śródmieście, świetne trasy nadmorskie oraz możliwość przewożenia rowerów w autobusach i metrze. Zatem zamiast kisić się w samochodach,

    Vancouverczycy przemieszczają się rowerami, jakże zdrowym środkiem transportu.

    A zdrowie, zdrowe rzeczy, to jest to, co tutejsi mieszkańcu lubią najbardziej.

    W Vancouver każdy biega, chodzi na siłownie, jeździ na rowerze, nartach, pływa po Pacyfiku kajakiem czy paddle board (rodzaj łódki z wiosłem, na której się stoi) czy praktykuje jogę w którymś z licznych parków.

    Mieszkańcy dzielą się przepisami na sałatkę z jarmużem czy polecają sobie rodzaje wody kokosowej, rzucając hasłami: shop organic i shop local.

    Dobrze jest być w Vancouver hipsterem, w któreś z rozlicznych kafejek, pochylonym nad laptopem z jabłuszkiem.

    Miasto jest mekką dla młodych ciałem i duchem, otwartym na wszelkie pomysły i inicjatywy.

    A jeśli jeszcze do tego jesteś specjalistą w IT, Vancouver jest miastem idealnym.

    Przygarnie cię któryś ze start up’ów technologicznych, wyrastających tutaj jak grzyby po deszczu, czy odział firmy z Doliny Krzemowej, przeniesiony do Vancouver ze względu na tańsze podatki i tę samą strefę czasową.

    Pracę da się znaleźć.

    Ale tanie mieszkanie już niekoniecznie.

    Na wiosnę echem w całej Kanadzie odbiła się akcja mieszkanki Vancouver #DontHave1Million, nagłaśniająca problem młodych ludzi , których nie stać na mieszkania, bo ceny tychże sięgają kosmicznego pułapu.

    Rynek nieruchomości skutecznie zniechęca do pozostania w Vancouver, stąd wielu młodych przenosi się do miejscowości ościennych: BurnabySurreyRichmond. Zresztą nie tylko młodych.

    Jak pokazują badania urzędu statystycznego StatCan, Vancity niestety najmniej szczęśliwym miastem w Kanadzie.

    Jak to, zjawiskowe położenie, pomiędzy górami a oceanem, ulice z kwitnącymi wiśniami, jak to możliwe, że tak urokliwe okoliczności przyrody nie wzbudzają zachwytu i poziom szczęścia nie oscyluje gdzieś w granicach kosmosu?

    → Mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi, bo nie ma szansy na kupno mieszkania w Vancouver.

    Większość milleniasów (czyli około 30stki) albo wynajmuje, albo mieszka w miejscowościach ościennych, no ale znowu w takim Surrey, to strach się bać mieszkać, bo tam od marca trwa wojna  hindusko-somalijsko-kanadyjskich gangów narkotykowych i już 12 osób straciło życie w strzelaninach.

    Nie stać cię na mieszkanie, a na dodatek cały czas pada, więc jak, jak panie premierze Harperze, żyć i być szczęśliwym?

    Odkąd jesteśmy tutaj, deszczu nie było wcale więcej niż w Polsce. [edit z 2016-2017 – padało przez 5 miesięcy, średnio 28 dni w miesiącu. Taaaaa]

    Zatem mimo, że mieszkamy w najmniej szczęśliwym mieście Kanady, to mamy szczęście, że nie padało tej jesieni-zimy-wiosny tak jak padać powinno.

    Badania pokazały, że najszczęśliwsi Kanadyjczycy mieszkają w Quebecu, w miastach poniżej 250 tys. mieszkańców. 

    Oczywiście oficjele na wieść o raporcie nie mogli się powstrzymać od podsumowania, że nawet jeśli mieszkańcy są nieszczęśliwi, to i tak szczęśliwsi od statystycznego obywatela innego kraju niż Kanada. Prawda to?

    Vancouver a Warszawa

    Jeszcze jedno ciekawe info  z kwietnia 2015:

    Warszawa w pierwszej piętnastce najlepszych miast do życia dla 30latków. A Vancouver za nią ! Na 17. miejscu.

    Toronto na 6. miejscu, najwyżej w Kanadzie.

    Pytać? Nie pytać? Dobra, zapytam 🙂 – Jak myślicie, które miasto lepsze?