Kategoria: Dzieci na emigracji w Kanadzie

Sporo tutaj o naszych chłopakach. Znajdziecie posty o tym, jak uczeń szkoły podstawowej oraz przedszkolak dają sobie radę z kanadyjską oświatą.

Jest trochę lukru i trochę goryczy. Rzeczywistość każdego rodzica. I trochę o tym, jak pomóc dzieciom odnaleźć się na emigracji.

A jeśli wolisz oglądać, to październikowy live na Facebooku Kanada się nada też był o oświacie w BC:  żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej i szkole średniej.

  • Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

    Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).

    W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).

    Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”

    Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.

    W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.

    Zachęciłam, co?

    Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?

    Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.

    Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.

    W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.

    Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.

    Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki.  W tych dzielnicach.

    Wiele rodzin  stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo. Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.

    Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.

    I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?

    Szkoły są przepełnione.

    W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.

    Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.

    Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.

    Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.


    I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?

    Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.

    Pomogą Ci te pytania:

    Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?

    • Najwyższych wyników w rankingu?
    • Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
    • Małych klas?
    • Opieki przed- i poszkolnej?

    My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.

    Co lubię w naszej szkole?

    WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)

    Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.

    ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.

    Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).

    Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.

    Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…

    PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!

    Czego nie lubię w naszej szkole?

    POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.

    W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)

    To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…

    Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…

    Uważam  że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.

    Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.

    Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?

  • Matka Polka Kanadyjska to ja? – plusy i minusy bycia matką Polką w Kanadzie

    Jaka jest matka Polka w Kanadzie? Piszę, bo zaraz Dzień Matki! Może masz ochotę przeczytać, co myślę o byciu matką dwóch synów w Vancouver?

    Najpierw słówko o samym święcie. Matka Polka w Kanadzie zasługuje na co najmniej dwa!

    Dzień Matki to w Kanadzie święto ruchome. Wypada w niedzielę majową. W sumie dobrze. Co roku inaczej, trzeba być w gotowości!

    Jeśli będzie w niedzielę, to tylko lepiej – wtedy jest więcej czasu na świętowanie. Dziecko ma też więcej czasu na przygotowanie się w sobotę, jeśli jakieś wdzięcznie zapomni o mamie w natłoku obowiązków tygodnia.

    Ja to mam tak dobrze, że ucząc synów języka polskiego i polskich tradycji, mogę im o drugim Dniu Matki opowiedzieć i tym sposobem obchodzić moje święto dwa razy.

    Od 2015 r. skrupulatnie się tego trzymam i świętuje dwukrotnie!

    W 2017 kanadyjski Dzień Matki przypada w niedzielę 14. maja. A polski? No wiadomo, 26 maja. Dobry, majowy czas.

    Jestem matką Polką Kanadyjską a to oznacza dwa razy

    Dwa razy więcej proszenia synów o właściwe słowa. Najpierw po polsku, bo to język mojego serca i emocji, a potem po angielsku, bo to język naszego życiowego wyboru (tu i teraz). Dwa razy częściej nakłanianiam do mówienia, czytania i pisania, bo trzeba przećwiczyć i umieć w obu językach. Tak, żeby było sprawiedliwie, i choć to nie zawsze oznaczna w takiej samej ilości, to trzeba dwa razy poświęcić

    Matka Polka Kanadyjka ma dwa razy więcej roboty w objasnianiu życia.

    Podczas każdej rozmowy z dziećmi, na dowolny w zasadzie temat, pada pytanie: a jak to jest w Polsce? A jak w Kanadzie? Szczególnie dużo takich odniesień jest w rozmowach z nastolatkami. Demokracja w Polsce polega na tym i tamtym. A jak myślisz, Krzysiu, jak to jest w Kanadzie? Rozumiesz, synku, dlaczego Kanada jest państwem federalnym, a Polska unitarnym?

    Muszę być dwa razy bardziej cierpliwą matką polką kanadyjską. Bo wjeżdża życie i wychowanie kanadyjskie, którego nie znam z własnych przeżyć, więc nikt mi tej wiedzy nie przekazał. Wobec moich synów, Kanadyjczyków przecież, nie mogę wyskakiwać tylko z polskim wychowaniem. To nie jest takie proste. Więc dwa razy częściej zatrzymuję się i myślę, jak zareagowałaby matka kanadyjska. I że pewnie była by bardziej cierpliwa niż ja, matka polska.

    Matka Polka Kanadyjka to w końcu dwa raz mniej czasu, bo trzeba zmieścić dwa systemy, dwa kraje, dwie historie, a doba się wcale magicznie nie rozciągnęła do 48 godzin.

    Mogłabym tak ciągnąć tę matczyną matematykę. Wynik zwykle jest na plusie, choć czasami dzielenie zostaje z kwaśną resztą.

    Matka Polka na emigracji ma gorzej czy lepiej?

    Nie wiem, jak każda, wiem, jak ja. Co ze mnie w Kanadzie wyszło?

    Jako Matka Polka Kanadyjska mam lepiej czy gorzej?

    Minusy bycia Polką – matką w Kanadzie

    Trochę ich będzie. Ale nie przejmuj się za bardzo. Niektórych nie doświadczysz, a inne będą tylko niewielką przeszkodą. Ważne, żeby ufać sobie!

    Brak lokalnego systemu wsparcia i pomocy przy dziecku.

    Babcia, o ile jest, to zwykle jest w Polsce.

    Pisałam już na ten temat, jak bardzo kręgu kobiet mi brakuje.

    Brak najbliższych uwiera zwłaszcza na początku naszej emigracji, kiedy się nikogo nie znało, a nikt nie znał nas.

    Brakuje życzliwych, nieżyczliwych zresztą też. Z kim dziecko zostawić, kiedy drugie trzeba odwieźć do szpitala?

    Na początku emigracji Polkom, (nie tylko) matkom brakuje wiedzy o kanadyjskim życiu.

    Przylatujesz i nie wiesz nic.

    Jak działa szkoła, jakie lekarstwa podać, jakie prawo obowiązuje.

    W 2014 nie było tyle grup na facebooku, tyle blogów, nie było Polskich Babskich Spotkań i w sumie nie wiedziałam, kogo się zapytać. Ani o co dokładnie pytać

    [edit z 2019 roku] Dzisiaj już wiem dużo więcej i pozwalam synom na sporo samodzielności.

    Zuepłnie niespodziewanie wystąpił u mnie brak dojrzałości wewnętrznej.

    Ale wyszła ze mnie ograniczona wyobraźnia, jak w m….dę strzelił.

    Nie przypuszczałam, że powinnam mieć choć w ilościach szczątkowych umiejętności radzenia sobie z emocjami straty.

    Nie wiedziałam, jak sobie poradzić, a co dopiero dzeciom pomóc. Jak wspólnie ten trudny czas przejść.

    Cały czas podejrzewam, że nie jestem wystarczająco dorosła. To jak synom mam pokazać, co to znaczy dorastać w Kanadzie?

    Więcej o minusach nieprzygotowania się na emigrację z dziećmi do Kanady napisałam w roku 2017.

    Plusy bycia matką Polką na emigracji, w Kanadzie.

    Mogę eksperymentować z macierzyństwem.

    Nie mówię, że w innej sytuacji, czy innym kraju (Polsce) byłoby to niemożliwe.

    Mówię, że jak nie wyjdzie, to emigracja zawsze jest jakąś wymówką (wiem, mocno naciągam, ale coś w tym jest, c’nie?).

    I robię to, wiele rzeczy testuje. Obecnie jestem soccer mom oraz home-stayed mom. Jestem więcej czasu z dziećmi, zobaczymy, czy to wszystkim na dobre wyjdzie.

    Mogę łatwiej dzieci odwagi nauczyć.

    Na własnym przykładzie i hands on training!

    Chcemy, żeby chłopaki byli odważni i śmiało sięgali po swoje marzenia. Nawet, jak po drodze trudno.

    Łatwiej odwagi się uczyć w sytuacji, kiedy trzeba odezwać się w nieznanym języku, do innych dzieci, w nowym otoczeniu.

    Mega trudne. Ale się trzeba odważyć. (Chociaż ja po angielsku wciąż się trochę boję mówić).

    Na emigracji mogę własne ograniczenia przekraczać.

    Raz pracę mam, a raz jej nie mam i muszę sobie z tym radzić.

    Cieszę się, a za chwilę najmniejszy drobiazg uwiera jak drzazga w bucie.

    Myślisz, że życie poukładane, że masz zarządzanie domem pod kontrolą, a tutaj wystarczy byle pro-D day, żeby plan się przekrzywił na boczek.

    I w takiej sytuacji elastyczność oraz improwizacja stają się przyjaciółmi każdej emigracyjnej mamy.

    Chcesz mieć święty spokój, a tu się nie da.

    Dwujęzyczność, a czasem i nauczanie domowe, dostajesz na emigracji w pakiecie.

    Ja spędzam z chłopakami większość czasu, więc siłą rzeczy w dwujęzyczności siedzę. I w nauczaniu domowym.

    Chcesz spróbować, jak to jest dzieci w domu uczyć? Polecam emigrację!

    Ja w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistkę, ale wiem o nauczaniu domowym znacznie więcej, niż wiedziałabym w Polsce.

    Kiedy Krzyś był w pierwszej klasie, w Warszawie, w ogóle się tym nie interesowałam. A teraz proszę bardzo – 3 rok uczymy się domowo języka polskiego


    Jak już to wszystkie punkty z gorszej listy przerobię, wtedy jest lepiej. A jaka satysfakcja! A jaka moc!

    Kończę oczywiście standardowym zawołaniem, żeby codziennie mamie miłość okazywać, a nie tylko od święta. I nie tylko mamie okazywać, tacie też. I bratu (jak to kiedyś przeczytasz, to do Ciebie jest, Synku!)

    Szczególnie ciepłe myśli przesyłam Polkom, które są matkami w Kanadzie (no muszę, wpis ma przecież tytuł Matka Polka Kanadyjska).

  • 8 stron internetowych które nas inspirują i pomagają ogarnąć dwujęzyczność w Kanadzie

    Lekcje polskiego online w czwartej klasie to nie przelewki. Skończyło się nauczanie początkowe, zaczęło się nauczanie końcowe [Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać od napisania tego, hihihi.]

    Wciąż nie mamy podręczników, które mają zostać przysłane nam na wypożyczenie, to na platformie ORPEG nauczycielki załączają całkiem sporo materiałów do pracy własnej.

    Wystarczy tylko wydrukować i już siadaj drogi synku i pisz, co to głoska, co litera, a co sylaba. Jest co robić i z czym pracować.

    Domyślasz się pewnie, że będzie to kolejny wpis opisujący dwujęzyczność dzieci w Kanadzie. Ano tak. Plus 8 wartościowych stron internetowych.

    Uzupełnię wcześniejsze notki o tym, jak to jest z mówieniem chłopaków po polsku i po angielsku. Staraliśmy się bez lukru opisywać, jak to wygląda.

    Jeśli śledzicie bloga od początku, to pewnie zauważyliście, że mam na tym punkcie lekkiego świra. Dwujęzyczności znaczy się.

    #kilka słów dla tych, co dopiero nas poznają. Czyli złe dobrego początki.

    Sytuacja po przyjeździe wyglądała pokrótce tak: Krzyś (wtedy 7 lat) niewiele umiał powiedzieć/napisać po angielsku, po polsku mówił dużo i poprawnie, gorzej z ortografią.

    Tak było w październiku 2014. Maciek (wtedy 2,5 roku) nie mówił po polsku, ani po angielsku. Teraz, po dwóch latach, sytuacja językowa wygląda już dużo lepiej, uff.

    Ponieważ wciąż nasze życie w Kanadzie ma charakter tymczasowy i założenie jest takie, że wracamy*  do polskiej szkoły/przedszkola [*czas przyszły nieokreślony, wiem, wiem, bo zaraz by się pojawiły pytania, kiedy wracamy] , najważniejsze jest dla nas, aby język polski (zagranicą mający status języka mniejszościowego) był przez chłopaków opanowany na poziomie rodzimego użytkownika.

    I o ile z Krzyśkiem nie będzie problemu z polską dykcją, to u Maćka wymowę trzeba ćwiczyć w większym zakresie.

    Nie zdziwicie się zatem, że często szukam pomocy i inspiracji w Internecie.

    Bardzo dziękuję logopedom, blogerom, słowem wszystkim, którzy się wiedzą dzielą 🙂

    #zebrałam linki do wartościowych blogów/stron/projektów, które pomagają nam z nauką polskiego. Oraz tłumaczą, jak emigracyjna rzeczywistość wpływa na dzieci, rodziców, komunikację i życie. O tak!

    • Blog bilingualhouse prowadzony przez polską logopedkę w Menchesterze. To  miejsce w internecie, opisujące doświadczenia rodziny dwujęzycznej. Aneta pisze ( i nagrywa filmiki) w prosty sposób o nauce języków, dwujęzyczności polsko-angielskiej. Znajdziesz tam ciekawie podane informacje naukowe oraz opisy codzienności. Bardzo podoba mi się również fanpage, na którym autorka poleca wartościowe treści innych logopedów, lingwistów czy wreszcie rodziców dzieci wielojęzycznych.
    • Serwis Dobra polska szkoła to polonijny portal informacyjny w Nowym Jorku.  Wbrew nazwie nie ogranicza się jedynie do tekstów informacyjnych czy promocyjnych dla Polonii w NYC. Ja często znajduje tam ciekawe refleksje, rady,  wzmianki o książkach dla dzieci wartych uwagi, czy linki do osób, które naukowo zajmują się dwujęzycznością. Jakoś tak ciepło mi się zrobiło w sercu, czytając, że projekt Cała Polska czyta dzieciom wsytępuje także w wersji Cała Polonia czyta dzieciom. Przyznam szczerze, że kiedy zaglądam na ten portal, to zazdroszczę rodakom, którzy mieszkają w miastach z liczniejszą Polonią. Tyle się dzieje….
    • Kasia w Anglii czyli mamaw.uk to bardzo ładny i wartościowy blog, na który zaglądam z przyjemnością. Czytam wpisy o wychowaniu dwujęzycznej córki w angielskiej rzeczywistości, która miejscami zdaje się być bardzo podobna do tej kanadyjskiej (rzeczywistość, nie córka). Kasia ma świetny dar plastycznego przekazywania informacji, nic więc dziwnego, że jej wpisy cieszą się dużą popularnością. Czekam na wpisy o tym, jak będzie im szła nauka w polskiej szkole online Libertus, bo my korzystamy z konkurencyjnego systemu ORPEG.
    • Kolejny blog logopedyczny, Dwujęzyczność i dwukulturowość, pisany przez Elżbietę. To z jej bloga ściągnęłam pomysł dzienniczka dla Krzyśka, zaraz na początku pobytu w Kanadzie. Podoba mi się również inicjatywa: Turnusy wakacyjne dla rodzin z dziećmi dwujęzycznymi. Świetna okazja, żeby wypocząć w gronie rodzin z podobnymi doświadczeniami i Polską się cieszyć.
    • [blog czasowo niedostępny] Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wpadłam na blog Mai lifeabroad.pl, byłam zdumiona, że jest gdzieś na świecie dziewczyna, która zna odpowiedź na wiele z moich eimgracyjnych pytań i wątpliwości matki-ekspatki. Maja pisze z południa Stanów Zjednoczonych, ale w jej artykułach znajdziesz zgrabnie przekazane uniwersalne porady i ciekawostki, przydatne niezależnie od kraju Twojej emigracji.
    • Strona (blog) Dzieci dwujęzyczne Faustyny. Tutaj znajdziesz kolejną porcję informacji i historii o dzieciach dwujęzycznych. Autorka dzieli się linkami do innych stron (będzie co czytać w długie zimowe wieczory)…
    • Link podesłany przez koleżankę z dawnej pracy (dzięki Marta Z.) czyli Centrum Głoska. Krótkie, treściwe posty, napisane zrozumiałym językiem. Ciekawa propozycja dla rodzin niemających dostępu do szkół polskich  – z Kasią dzieci mogą się uczyć czytać po polsku przez Skype’a.

    Wszystkie powyższe strony pełne są wskazówek znacznie ułatwiających codzienną naukę języka polskiego w naszym domu.

    Ale najważniejsze dla mnie jest poczucie, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych “zmaganiach” z językami.

    Uczenie się języka polskiego w Kanadzie to zajęcie czasochłonne.

    W dodatku ponieważ nauczycielem jestem najczęsciej ja, bywa, że mocno frustrujące (każdy kto mnie zna, powie, że cierpliwość nie jest moją największą zaletą).

    Bardzo mi wtedy pomaga czytanie postów innych mam-emigrantek, mam dzieci dwu- lub więcej- języcznych, które też czasami mają dość, brakuje im siły, pomysłu czy planu.


    Dziecku nie wystarczy powiedzieć:

    weź ucz się polskiego, bo to piękny język. Bo to nasz język. Bo jesteś Polakiem.


    Trzeba je cały czas zachęcać, motywować, zwłaszcza, że nie brakuje pokus spędzania czasu inaczej niż nad polską ortografią.

    Dwujęzyczność jest wspaniałym darem. Ale i sporo z nią roboty. Znasz nasze historie?

    Znasz dobry tekst o dwujęzyczności?  Podrzuć w komentarzu, a  ktoś Ci podziękuje!

  • Fajne miejsca dla dzieci czyli 5 darmowych (tanich) miejscówek w Vancouver dla nowoprzybyłych rodzin.

    Rodzina z dzieckiem/dziećmi i przeprowadzka zza ocean to zawsze jest ogromne wyzwanie organizacyjne. Nie zapomnij w gorączce przeprowadzki o emocjach dzieci (ja zapomniałam). W tym wpisie polecam miejsca dla dzieci w Vancouver.

    Często pada pytanie w mailach albo na facebooku o to, jak wygląda życie rodziców małych dzieci w Vancouver.

    Szukasz fajnego miejsca dla dzieci w Vancouver? 5 miejscówek dla nowoprzybyłych rodzin

    Do wszystkich tych miejsc chodziliśmy tam z Maćkiem, po przylocie w 2014 (czasami jeszcze tam zaglądamy).

    Nie są to przedszkola, ani żłobki, ani nawet klubiki malucha, czyli formy opieki nad dziećmi znane nam w Polski.

    Mogę porównać tutejsze zajęcia do tych z warszawskiego klubu Fundacji Sto Pociech, kto był, ten wie, o czym piszę.

    Czasy zamieszchłe, bo w 2007 i 2008 roku tam chodziliśmy, z malutkim Krzysiem. Teraz pewnie jest takich miejsc dużo więcej nie tylko w Warszawie 😀

    Wszystkie poniżej opisane zajęcia wymagają obecności rodzica.

    Ale w początkach emigracji to akurat jest bardzo dobre i potrzebne, szczególnie wrażliwszym czy młodszym dzieciom.

    Na czele mojej listy pt: miejsca dla dzieci w Vancouver jest biblioteka publiczna!

    Biblioteka Publiczna w Vancouver to jest świetne i bardzo przyjazne nowoprzybyłym miejsce.

    Każdy znajdzie coś dla siebie.

    Central Library, czyli Biblioteka Główna, w Downtown, ma bardzo dużą przestrzeń przeznaczoną dla dzieci w każdym wieku. Oprócz książek (oczywistość!) są również zabawki, kształtki, piankowe puzzle, kolejki drewnianie, teatrzyki. Dla starszych dzieci gry planszowe. Oraz Ipady!

    Uczestnictwo w zajęciach bibliotecznych jest bezpłatne, najczęściej na zasadzie drop in, czyli przychodzisz bez konieczności rejestracji.

    Nie musisz mieć nawet karty bibiotecznej.

    Przychodzisz z dzieckiem, uśmiechasz się do prowadzącej i innych rodziców, siadasz na dywanie i razem śpiewacie po angielsku piosenki. Prowadząca czyta książeczki, przedstawia krótkie animacje lalkowe, zachęca dzieci do rysowania. Wszystko razem trwa około 30-40 minut. Zajęcia odbywają się przedpołudniem i po południu też, więc można wpasować je w harmonogram drzemek malucha.

    Odbywają się cyklicznie lub jednorazowo we wszystkich oddziałach Biblioteki Publicznej. Można przyjść już z noworodkiem, wszędzie się da wjechać z wózkiem i z kawą.

    Są także czytanki w języku mandaryńskim czy hiszpańskim (w zależności od tego, jacy imigranci zamieszkują okolicę)

    Można zawsze zagadać do bibliotekarki, poradzić się innych mam, posłuchać angielskiego.

    Po kliknięciu w link www.vpl.ca, szukaj zajęć o nazwie: Mother Goose, Babytime, Toddler Time, Family Storytime, Man in the Moon (dla tatusiów). Możesz je filtrować po nazwach bibliotek, dniach, odpowiadającym Ci czasie.

    Jeśli zajęcia będą wymagać rejestracji, możesz to zrobić online.

    bezplatne-zajecia-dla-maluchow-i-rodzicow-w-vancouver_Kanada się nada_Blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Z ciekawostek: był taki typ zajęć, gdzie bibliotekarka co tydzień czytała dzieciom w pobliskim centrum handlowym. Szła z biblioteki do galerii handlowej z małymi dywanikami, na których siadały zasłuchane maluchy i przez 20-30 minut snuła opowieść. Oczywiście za darmo. Rodzice też słuchali, chociaż na chwilę oderwani od zakupów.

    Community center czyli na bank masz takie miejsca dla dzieci w Vancouver w swojej okolicy!

    Community centre, które bardzo często sa połączone z bibliotekami, lodowiskami czy basenami, to kolejne miejsce, gdzie można zacząć przychodzić z małym dzieckiem, poznawać innych rodziców z okolicy.

    Na początek zachęcam do przyjścia na zajęcia pod nazwą: Parent & Tot Gym, czyli hulanki-brykanki dzieci z rodzicami na sali gimnastycznej.

    W naszym community centre jest nawet drewniany mini małpi gaj, moc jeździków, klocków i zabawek dla dzieci, od takich pełzających do zerówkowiczów.

    Wstęp na dwugodziną zabawę kosztuje około 2 CAD (mniej niż kawa!), a w pakiecie 10 wejść nawet taniej.  

    Zajęcia odbywają się albo codziennie, albo kilka razy w tygodniu (także w weekendy).

    Tutaj mapa Vancouver z 24 community centres: po znalezieniu tego najbliżego, szukaj informacji na stronie o drop-in schedule w zakładkach family programs/ childcare programs.

    To, co warto wziąć pod uwagę – ponieważ te zajęcia to niczym nieskrępowana dziecięca wolność i zabawa, jest głośno i tłoczno. Nie wszystkie dzieci to lubią. I nie wszyscy dorośli.

    Kolejne na liście są Neighbourhood Houses!

    Domy Sąsiedzkie to miejsca prowadzone przez ogranizacje non profit, z ofertą zajęć i spotkań właśnie dla nowoprzybyłych.

    Jeśli chcecie porozmawiać z rodzicami – emigrantami, to w domu sąsiedzkim znajdziecie ich najszybciej. Kanadyjscy rodzice również się pojawiają, ale jednak rzadziej niż w innych miejscach.

    Zajęcia dla dzieci i rodziców są często w języku innym niż angielski. Bywa, że zajęcia dla rodziców są w jednym pomieszczeniu, a w drugim maluchy mają zapewnioną opiekę. Godzina – dwie zajęć kosztuje niewiele, od 2-5 CAD.

    Bardzo lubiłam przychodzić na zajęcia z języka angielskiego, gdzie mogłam pogawędzić, kawy się napić, a Maciek w tym czasie skrupulatnie rysował coś w sali obok. Mógł w każdej chwili przyjść do mnie. Zajęcia były zupełnie bezpłatne, trzeba się było na nie jedynie zapisać.

    W jednym z postów zachęcałam do znalezienie któregoś z domów sąsiedzkich w okolicy, zaraz po wylądowaniu w Vancouver. To jedno z takich miejsc, gdzie nie będzie się totalnie anonimowym imigrantem. Dobrze robi na emocje.

    Na tej stronie dowiesz się więcej o Domach Sąsiedzkich i znajdziesz najbliższy w swojej okolicy.

    Nie zapomnij o tym miejscu dla dzieci w Vancouver: Family Places

    Kolejne miejsce warte polecenia to Centra dla Rodziny, czyli Family Places. Często za ich założeniem stoi grupka pasjonatów-rodziców czy opiekunów, którzy szukali ciekawych sposobów na zajęcie dzieci zabawą i nauką.

    W Family Place zajęcia są najczęściej odpłatne (lub w cenie rocznej opłaty członkowskiej). Otwarte dla wszystkich, dla dzieci w każdym wieku.

    Najbardziej popularne zajęcia to odbywające się przed południem i po południu dwugodzinne spotkania, które składają się z wolnej zabawy dzieci (w sali lub na podwórku; free play time), wspólnego śpiewania/czytania (tzw. circle time) i jedzenia wspólnie drugiego śniadania (snack time).

    Są to zajęcia nieco bardziej rozbudowane i zorganizowane. Są też świetnym przygotowaniem dzieci do rozkładu dnia w daycare czy preschool. Przypominają zajęcia ze Strong Start [więcej przeczytacie poniżej]

    Family place, które my znamy najlepiej to Mount Pleasant Family Place i je polecamy. A przy okazji pozdrawiamy panią nauczycielkę stamtąd, Ewę, która byłą pierwszą poznaną przez nas Polką z Vancouver, jeszcze we wrześniu 2014.

    Twoje dziecko nie musi być uczniem – centrum nauki i zabawy w szkołach, czyli Strong Start

    Na koniec zostawiłam centra Strong Start. Są to wydzielone miejsca w szkołach lub przy szkołach, prowadzone przez nauczycieli i podlegające tutejszemu kuratorium. Nie są w każdej szkole, ale u nas akurat tak [jupi !]

    Zajęcia zaczynają się o 9 rano, kończą w okolicach południa. Są zupełnie za darmo, jedynym wymogiem jest konieczność rejestracji. Nauczyciel prowadzący na zajęciach wita taką nową rodzinę(można przyjść bez zapowiedzi, po prostu wejść na któreś z zajęć)  i wręcza komplet dokumentów do wypełnienia [potrzebny paszport, niepotrzebna karta szczepień dziecka].

    Można przyjść z noworodkiem, można i z czterolatkiem. Miejsca i plan dnia wyglądają z grubsza tak samo w każdej szkole:

    1. 9:00-9:50 swobodna zabawa w sali z zabawkami, grami, a także korzystanie z przyborów plastycznych i zabawy artystyczne
    2. około 10 wspólne sprzątanie sali
    3. 10:15 tzw circle time, czyli nauczycielka zbiera dzieci wokół siebie i czyta/opowiada/gra/śpiewa. Dzieci pokazują na kalenadarzu, jaki jest dzień tygodnia, jaka pogoda za oknem, głośno liczą. Taka trochę nauka w formie zabawy. Rodzice/opiekunowie siedzą razem z dziećmi, pomagają, śpiewają, tulą. Jak dzieci chcą, mogę podejść bliżej nauczycielki, jak nie, to zostają w bezpiecznych ramionach mamy.
    4. Potem dzieci jedzą wspólnie zorganizowaną przekąskę (drugie śniadanie). Każde dziecko przynosi owoc/warzywo do wspólnego jedzenia, rodzice i nauczyciel je kroją i dzieci razem przy stolikach jedzą. Nauczyciel częstuje dzieci krakersami czy owsianymi ciasteczkami.
    5. Po drugim śniadaniu, około 11:00 jest czas na ciche czytanie dzieciom przez opiekunów. Siedzi się na dywanie, albo na krzesełkach i czyta maluchom dostępne książeczki.
    6. Następnie znowu jest czas na zabawę, czasami na dworze, często przynajmniej raz w tygodniu można pójść na salę gimnastyczną szkoły i tam hasać jeszcze przez 40-50 minut.

    Strong Start jest bardzo dobrym miejscem, żeby od początku przyzwyczajać dziecko do tego, jak wygląda nauka w kanadyjskiej podstawówce.

    Uczy się tutaj nie literek czy pisania, ale tego, jak funkcjonować w grupie, jak zwracać uwagę na to, co mówi nauczycielka, że po każdej zabawie jest sprzątanie, a przed jedzeniem mycie rąk.

    Rozkład przedpołudnia przypomina ten znany z zerówki (kindergarten).

    Ponieważ Strong Start mieszczą się w szkołach, dziecko, które chodzi tam na zajęcia, zna już budynek szkolny i łatwiej będzie mu zostać w zerówce bez rodziców.

    → wszystkie centra Strong Start znajdziecie pod tym linkiem.

    Myślę, że z powodzeniem znajdziesz tanie miejsca dla dzieci w każdym większym mieście Kanady.

    Mogą się różnić nazwą czy organizacją, ale generalnie chodzi o to samo.

    Kanada jako kraj nie ma zorganizowanego systemu przedszkolnego na stopniu ogólnokrajowym, więc warto pytać, co jest dostępne i gdzie.

    Przypomnę, że z Maćkiem “przerobiliśmy” już chyba większość dostępnych zajęć zorganizowanych dla żłobkowiczów/przedszkolaków, od całodniowych daycare do kilkugodzinnych preschool. Zającia wymienione w tym poście należą do jego ulubionych głównie ze względu na to, że ja z nim zostaję i że nie trwają bardzo długo, max 3 godziny.

    Ich dostępność jest jednocześnie ich wadą: bywa, że są to zatłoczone miejsca, o spokojnej atmosferze można pomarzyć, a dzieci i dorośli wciąż się zmieniają, więc trudno o trwałą relację.

    Jednak jako miejsca, gdzie można wpaść i dobrze spędzić przedpołudnie z dzieckiem, zdecydowanie są warte uwagi !

    Mam nadzieję, że z tym postem łatwiej Ci będzie zacząć oswajanie malucha z kanadyjską rzeczywistością!

    A jeśli nie wymieniłam jakiegoś miejsca, a myślisz, że powinnam, koniecznie daj mi znać!

  • Czy ty się uczysz czy ty się bawisz? Czyli organizacja dnia w szkole kanadyjskiej

    Rok szkolny powoli się kończy, wakacje tuż za rogiem.

    Jeszcze chwila, jeszcze dwie, i wszystkie dzieci staną na uroczystym apelu, podekscytowane zbliżającym się magicznym momentem rozdania świadectw (albo znudzone tym faktem, zależy od wieku ucznia).

    Wróć….. wszystkie polskie dzieci. Bo w naszej kanadyjskiej szkole apelu nie było na rozpoczęcie i nie będzie na zakończenie.

    W naszej kanadyjskiej szkole wiele zagadnień wygląda inaczej niż po polsku.

    Inne są :

    • apele (brak),
    • prace domowe (minimalny zakres),
    • sprawdziany (brak),
    • wywiadówki,
    • podręczniki i przybory szkolne (nie trzeba nosić ze sobą z domu do szkoły).

    Kilka informacji i luźnych myśli  znajdziecie w tym poście, pisanym na początku roku szkolnego 2015/2016.

    Zobacz, jak wygląda codzienny dzień ucznia zwykłej szkoły rejonowej w Vancouver. Spisuję to, co Krzyś mi opowiada, zaglądając przez ramię

    Zanim do szczegółów, kilka uwag. Podczas rozmów z rodzicami z innych prowincji, a nawet innych dzielnic w Vancouver, dowiaduję się, że w ich szkole wiele rzeczy wygląda inaczej niż w naszej. Pamiętaj o tym, czytając ten artykuł. I poszukaj jeszcze innych źródeł informacji o szkole, do której poślesz dziecko w Kanadzie.

    Każda szkoła kanadyjska ma większą autonomię, niż polskie podstawówki. Widać to zwłaszcza w kalendarzu dni szkolnych i wolnych, zwanych tutaj Curriculum Days oraz Pro D Days. Bywa, że różne szkoły podstawowe różnie ustalają sobie inne godziny rozpoczęcia i dni przeznaczone na kształcenie zawodowe nauczycieli.

    Ogólnie panuje spora dowolność, co z jednej strony jest dobre (większa elastyczność dla rodzica), a z drugiej strony mocno dezorientujące dla nieobytych z systemem kanadyjskim.

    Organizacja dnia w szkole kanadyjskiej.

    Nasza szkoła to zwykła rejonówka, dwie ulice od naszego domu. Dzięki temu, zdarza się, że Krzysiek idzie sam. [według prawa dzieci od lat 9 mogą przebywać na ulicy bez opieki dorosłych].

    Każdy tydzień rozpoczynają od wspólnego apelu całej szkoły (Monday assembly). Wszyscy śpiewają hymn kanadyjski, a dyrektor(ka) opowiada o bieżących sprawach, składa urodzinowe życzenia dzieciom, które mają to święto w nadchdzącym tygodniu (tak, tak) i pokazuje memy z kotami na youtubie.

    1. Opieka przed szkołą i po szkole

    Dzień się zaczyna o 9, kończy o 15. Codziennie tak samo.

    Jeśli rodzice pracują w innych godzinach, dzieci należy zapisać na zajęcia przed szkołą (7:30-8) i po szkole (15- 17:30). W samej szkole nie ma świetlicy, gdzie młodsze dzieci spędzają czas. Before school care i after school care organizowane są poza szkołą, komercyjnie, płatne w zależności od rodzaju zajęć czy typu klubu.

    Opiekunowie (często młodzi, często wolontariusze) przyprowadzają i odprowadzają dzieci, bo takie kluby czasami działają spory kawałek od szkoły (np. nasz klub jest oddalony o dwie przecznice od szkoły).

    Ceny opieki mogą się bardzo różnić, od 100 CAD za cały rok, do kilkuset dolarów za miesiąc. Trzeba zrobić wywiad, zanim podejmie się decyzje.

    2. Początek dnia czyli kto się spóźni, to do pani.

    No dobrze, niezależnie od tego, o której szkoła się zaczyna, dziecko powinno być na czas. Temat punktualności opiszę kiedyś osobno, bo Kanadyjczycy mają ciekawe i niejednoznaczne podejście do czasu.

    Często widzę niespiesznie idących rodziców z dziećmi, kiedy już dawno po dzwonku, z rozbrajającym uśmiechem co robić, przecież dzisiaj poniedziałek. Ale w naszej szkole, jak się spóźnisz, to idziesz do pani, i potem na raporcie semestralnym pojawia się info, ile razy byłeś spóźniony i nieobecny.

    W szkole Krzysia są dwie przerwy – pierwsza przerwa około 10:30, na drugie śniadanie i potem  przerwa na lunch około 12-13.

    Dzieci w tym czasie mogą jeść w stołówce (musi mocno, mocno padać) lub na dworze (opcja preferowana).

    Później bawią się na najbliższym placu zabaw, w parku. Teren naszej szkoły nie jest ogrodzony, ani zamknięty, dzieci mają dużo większą swobodę w bieganiu.

    → Krzysiek każe mi dopisać, ze w warszawskiej szkole w ogóle nie wychodzili na przerwy. To nie do końca prawda, ale skoro tak to pamięta, to oznacza, że czasu na świeżym powietrzu dzieciaki miały stanowczo za mało.

    3. Jak wyglądają zajęcia dzieci w klasie?

    W klasie każde dziecko zaczyna zwykle od czytania książek, po cichu, przy stolikach, kilka-kilkanaście minut, ot taka rozgrzewka intelektualna.

    Wybór książeczek dowolny, Krzysiek często przynosi swoją (bywa, że i polską). Lektur obowiązkowych, takich samych dla wszystkich, nie ma. Za to w każdym tygodniu trzeba przeczytać dany rodzaj książki (fiction book, graphic novel, picture book, etc.). Później dzieci dostają kartki i muszą napisać, o czym książki były. Każdy sobie sam wybiera książkę danego typu z biblioteki szkolnej. Obecnie czyta się gazetki.

    → Wyobrażasz to sobie? Gazetki takie mega kolorowe z kiosku ruchu przerabiane w polskiej szkole? To dopiero byłby widok.

    Po takiej wstępnej rozgrzewce czytaniem, wciąż nie ma typowych lekcji (czytaj: według polskiego standardu).

    Niektóre dzieci są zbierane w jedną grupę, żeby wspólnie czytać, ewentualnie, żeby skończyć zadania z wczoraj. Inne w tym czasie odrabiają matematykę.

    Dzieci nie mają takich samych podręczników, tylko skoroszyty, do których wpinane są zadania odpowiadające umiejętnościom dziecka. Nie ma czytania na głos przez jedno dziecko, kiedy reszta klasy śledzi w skupieniu słowa w czytance. Każdy pracuje po swojemu, nad swoimi materiałami, w swoim tempie.

    4. Plan lekcji ? Brak. Sprawdziany i dyktanda? Brak. To znaczy są, ale inne niż te, do których polska oświata nas przyzwyczaiła.

    Nie ma typowego tygodniowego planu lekcji. To znaczy jest napisane: poniedziałek: muzyka, środa: gym (w-f), czy piątek: biblioteka, ale nic poza tym. Zajęcia muzyczne to są nawet dwa razy: tańczą, grają na flecie (w poprzednim semestrze grali na ukulele). Plastyka nie ma swojego stałego czasu w planie zajęć.

    Organizuje się ją na zasadzie: jest potrzeba, jest działanie ( np. przygotowanie kartki na Dzień Matki ). Dzieci są zachęcane do rysowania również kiedy na dworze tak leje, że nikt nie ma serca kazać im wyjść na przerwę. Ale nie muszą wtedy rysować. Zamiast tego mogą oglądać rainy days’ films (czyli filmy na deszczowe dni), puszczane na korytarzu szkolnym.

    Nie ma sprawdzianów oprócz testu ze słówek (spelling test). Dwa razy był test z matematyki. Taki do zrobienia/odrobienia podczas zajęć, bez przygotowywania się. A test ze słówek ćwiczą w szkole przez cały tydzień poprzedzający piątkową kartkóweczkę.

    → Ciekawostka: nie wszystkie dzieci w klasie mają te same słówka do napisania podczas spelling test.

    Z cyklu ulubione: zajęcia sportowe – czyli gym – czyli wf.

    Dzieci się nie przebierają na w-f. Nie ma szatni dziewczyńskiej i chłopięcej.

    Jest wprawdzie sala gimnastyczna, ale jak tylko pogoda pozwoli, biegają na dworze.  Special helper, czyli na polskie dyżurny, sugeruje w jaką grę wszyscy się będą bawić. Ale nic nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza.

    5. Dzień szkolny kończy się czasem wolnym, czyli activity time.

    Dla Krzyśka oznacza to zabawę na dywanie z kolegami, klockami Lego. Klocki Lego to zresztą podstawowe wyposażenie jego plecaka. W zasadzie oprócz Lego, śniadaniówki, fletu (czasami) i dzienniczka ucznia (jak nie zapomni) nic więcej nie nosi.

    O 15:00 jest dzwonek. Część dzieci zabierana jest przez rodziców, inni od razu idą na plac zabaw przy szkole, żeby jeszcze tam chwilę się pobawić, a jeszcze inne dzieci zaprowadzane są w miejsca, gdzie mają opiekę po-szkolną.

    Dzień zajęć, organizacja szkolna wygląda inaczej niż w Polsce. Lepiej? Gorzej? Każdemu służy co innego, i ile rodziców, tyle zdań. Nasza kanadyjska szkoła nie jest tą, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, a uczniów wyłania się w drodze losowania. Ale jest blisko, wszyscy się znają, i to, co oferuje, wydaje się w tej chwili być dobrym dla Krzysia. Co będzie dalej? Będziemy się zastanawiać….

    No i co, chciałbyś chodzić do takiej szkoły? Albo posłać do niej dziecko?

  • Polski silny, angielski stabilny – znowu o językach chłopaków na wiosnę 2016

    O językach chłopaków, czyli kolejny raport lingwistyczny dla wszystkich zainteresowanych

    Wierszyki przez Skypa poopowiadali, a kto nie słyszał, temu…. kiedyś nagramy 😉

    A tymczasem, jak to z językami wygląda.

    Maciek to żongler słówek i zdań, jakby się bawił językami

    Pytanie logopedyczne, czy to norma, że zamienia spółgłoski/dodaje dodatkowe w polskich wyrazach np zamiast lew, mówi wlew ? [Ciocia Dorota?]

    Po angielsku mówi niewyraźnie i ciszej, tak jakby niechętnie usta otwierał, w ogóle mam wrażenie, że nie chce mu się po angielsku mówić, coś tak bąknie pod nosem, coś wymruczy. To w stosunku do dorosłych, którzy do niego po angielsku zagajają. Ale, ale, w stosunku do tych, co po polsku go zaczepią (mniej ich jest), też nie jest jakoś specjalnie wylewny. Ogólnie z obcymi dorosłymi najchętniej by nie gadał. Inaczej rzecz ma się z dziećmi – tutaj nie ma znaczenia, czy po polsku, czy po angielsku, rozmowa się toczy, nawoływania i zapraszania.

    Ciekawostka patriotyczna : konsekwentnie każe sobie czytać książki po polsku, niezależnie czy oryginał jest angielski czy polski. W przypadku łatwych książeczek po angielsku nie ma większego problemu. Ale niech tylko Kuba inaczej przetłumaczy niż ja wcześnie, a będzie sprzeciw. Trochę upierdliwe to jest.

    Czasami da się przekonać, żeby książkę angielską po angielsku przeczytać (chodzi przede wszystkim o te encyklopedyczne książki o Lego, których Krzysiek ma sporo). To dość ciekawe, bo w stosunku do filmów kryterium języka nie gra żadnej roli.

    Poza tym bezbłędnie odróżnia wyrazy angielskie od polskich, i wie, do kogo, w jakim języku powiedzieć. Mocniejszy jest w polskim.

    U Krzyśka nie ma większych zmian, angielski i polski w użyciu naprzemiennie, bez mieszania.

    Niewątpliwie Krzysiek czuje się najmocniejszy z angielskiego z całej rodziny i śmiało krytykuje naszą wymowę. I bardzo nas to cieszy, niech się czuje super pewnie w angielskim. Polski mówiony i pisany jak dla mnie jest na poziomie polskiego chłopca mieszkającego na stałe w Polsce.  Także ortografia jest w normie. Przekonamy się podczas lipcowego egzaminu w Polsce.

    Ostatnio dwujęzyczność i jej zalety wypłynęły nam w luźnej rozmowie o bogactwie. Krzysiowi się oczy zaświeciły, kiedy zrozumiał, że dzięki znajomości angielskiego łatwiej otrzyma wymarzoną pracę [aktualnie: konstruktor klocków Lego] i będzie mógł poprosić o taką pensję, która wystarczy na kupno Lego Millennium Falcon. No co, dzieciom potrzeba argumentów dostosowanych do wieku 😉

    A dalej o tym, jak sobie razem gaworzymy. Niekoniecznie o bogactwie.

    Moja strategia na rozmowy z nimi: w towarzystwie mieszanym językowo, prawie zawsze mówię do nich po angielsku, a potem powtarzam to samo po polsku.

    Niezależnie czy są to znajomi, czy zupełnie obcy nam ludzie, których więcej nie spotkamy.  Jeśli nie są to Polacy, mówię po angielsku, a potem po polsku, rzadziej odwrotnie.

    Np. w windzie, kiedy jedzie ktoś inny jeszcze, mówię do Krzyśka: please press the P3 button, a za chwilę: wciśnij P3 proszę.  Albo tłumaczę im, kiedy koniecznie coś potrzebują ode mnie, a ja z kimś rozmawiam: please wait, I am talking to this lady, a potem: poczekaj proszę, teraz rozmawiam z tą panią, zaraz mi powiesz, o co chodzi.

    Nie mówię obcym, że teraz będę mówić do dzieci po polsku, że jesteśmy z Polski. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie zapytał, co też ja mówię po polsku do nich, więc zakładam (może błędnie), że ta osoba czuje, że mówię to samo po angielsku i po polsku.

    Wiem, że rodzice mieszkający zagranicą mają kilka strategii na swoje rozmowy z dziećmi. Jedni mówią tylko po polsku, inni z kolei, żeby nie mieszać, rozmawiają po angielsku. Jestem zdania, że każda rodzina wie najlepiej, co u nich się sprawdza i mądre głowy mogą jedynie sugerować recepty pomocnicze, a nie 100% rozwiązania.

    Ja mówię tak, żeby pokazać chłopakom, że żyjemy w rzeczywistości dwujęzycznej, polsko-angielskiej, takiej, gdzie oba te języki mają tak samo ważny status i używane są w zależności od wymagań sytuacji. Zaczynam od angielskiego z szacunku do osoby, która z nami przebywa. Dlaczego tak zaczęłam robić? Nie wiem, samo wyszło, wydawało mi się najwłaściwsze. Czy skuteczne i nieprzeszkadzające w rozwoju polskiego/angielskiego? To się okaże.

    Ufam w ich rozsądek i na bieżąco przyglądam się temu, jak sobie z językową rzeczywistością dają radę. Zachęcam, żeby sami odpowiedzieli na postawione przez obcych pytania, jeśli widzę, że Maciek nie rozumie, to powtarzam pytanie.

    Zdarzyło się, że na pytanie What’s your name? padła odpowiedź Four [ i nie, Maciek nie czytał “Divergent” ;)].

    Sami się uczą swojego small talku.

  • Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

    Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej.

    Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

    Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

    Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy. (Edit z roku 2019: jesteśmy w trakcie aplikowania o kanadyjskie obywatelstwo, więc jestem pewna, że moje rady przydają się nie tylko przy wyjeździe tymczasowym)

    Mam nadzieję, że może coś przyda się i tobie

    O czym ten post NIE jest?


    Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, jedna, zasadnicza, najważniejsza uwaga:

    Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

    Właściwie nie ma co tego komentować.

    Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

    W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji 😉]. Działa to na naszą korzyść.

    Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba).

    Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

    Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.


    A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

    1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

    W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi.

    W takim miejscu pokierują na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

    Wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni.

    Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

    Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

    To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

    Co prowadzi do następnego zadania :

    2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

    Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań.

    Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego.

    Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver.

    Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa.

    Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

    Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

    Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

    I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

    Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

    Ponieważ my byliśmy świeżakami na rynku wynajmu kanadyjskiego, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki, Matylda!) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

    Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

    więcej wpisów o mieszkaniu w Vancouver? proszę bardzo

    Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

    3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

    Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

    Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe.

    Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

    Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać.

    Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

    Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

    • karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
    • świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
    • nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych). Przyda się do prawa jazdy.

    Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

    • nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
    • akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
    • prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
    • wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

    W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy.

    Tego nie da się w Kanadzie kupić.

    Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby. W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

    Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

    • upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

    4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

    Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

    Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie.

    No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. 

    Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką.

    UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

    Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

    5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

    Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy.

    Ale jeśli nie są super hiper cenne, to należy sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

    Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

    Co było w naszych walizkach?

    • Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
    • Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
    • Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
    • Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
    • Soczewki kontaktowe.
    • Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
    • Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
    • Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

    Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

    Kabanosów nie braliśmy 😉

    Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Hello everybody czyli Maciek idzie do preschool. Jak wygląda kanadyjskie przedszkole ?

    Napiszę tak. Najpiękniejsze chwile w życiu na emigracji są wtedy, kiedy czuję, że to jest moje miejsce i mój czas. Nasze miejsce i nasz czas. Taki nagły, ulotny moment, coś jak dreszcz na plecach, czy nagła łza w oku. Wiecie, o co mi chodzi, prawda? [bo coś się wysłowić nie mogę].

    Poczułam coś takiego, kiedy to usłyszałam z ust Maćka owe: Hello everybody wypowiedziane ze odwagą i uśmiechem w stronę nowych kolegów przedszkolnych, w nowym preschool.

    Nasz mały Maciek, spłoszony i nieśmiały podczas emigracyjnych początków, teraz z rozmachem i angielskim na ustach otwiera drzwi nowym wyzwaniom. Ani łezki nie uronił, nawet się nie zawahał. Trochę mniej chętnie poszedł do preschool w następnym tygodniu, ale mam nadzieję, że to chwilowy spadek formy 🙂

    Dorósł, dojrzał, zakanadyjczykował się. W sumie wiedziałam i widziałam takie zachowanie już u niego wcześniej, ale zawsze jestem poruszona, kiedy widzę, jak chłopaki sobie dobrze radzą z kanadyjską rzeczywistością. Jakaś część mnie wtedy oddycha z ulgą, że emigracja ich nie zepsuła……

    Ad rem.

    To jakie jest to preschool? I co to w ogóle preschool? Zaraz, zaraz, a to Maciek nie był w daycare?

    Obiecuję, że napiszę taki zbiorczy poradnikowy post o formach opieki nad małymi dziećmi w Vancouver, bo widzę z maili, że jesteście chętni na takie informacje.

    A na razie będzie o preschool naszym.

    Preschool, jak nazwa wskazuje, to przed-szkole. Ale do przedszkola w polskim rozumieniu tego słowa niezbyt podobne.

    Żeby było jasne, co ja rozumiem jako polskie przedszkole. Uogólnimy sobie trochę.

    Takie polskie przedszkole to placówka, państwowa lub prywatna, gdzie dzieci w wieku od lat 3 do lat 5-6 mogą przebywać bez rodziców, w grupach rówieśniczych, przez cały dzień. Rodzic jest wtedy w pracy. Dziecko się bawi, uczy, je i śpi w przedszkolu. To tak z grubsza.

    A kanadyjskie przedszkole wygląda trochę inaczej.

    Nie ma obowiązku posyłania dziecka do przedszkola. I nie każde dziecko ma miejsce w przedszkolu zagwarantowane (w Polsce jest tak, nawet jeśli tylko w deklaracjach kuratorium)

    Nasze preschool znajduje się przy budynku szkoły podstawowej, w pięknym parku.

    Przyprowadzam tam Maćka dwa razy w tygodniu na dwugodzinne zajęcia popołudniowe, na których go zostawiam. Podczas tych zajęć bawi się, uczy, czyta książeczki, rysuje, śpiewa i inne rzeczy też robi.

    Takie zajęcia byłyby w polskim przedszkolu gdzieś po 10 rano, po swobodnej zabawie dzieci, a przed zupką, ewentualnie po południu, zanim się dzieci do domu rozejdą. 

    W takiej formie realizowane jest kanadyjskie curriculum, czyli na polskie: podstawa programowa wychowania przedszkolnego.

    Preschool ma różne programy, można wybierać np. pomiędzy zajęciami w przedszkolu leśnym, albo według Montessori, albo prowadzonymi po francusku. Rodzic decyduje.

    Na stronie kuratorium piszą, żeby przy wyborze preschool kierować się odległością od domu, godzinami zajęć, ceną, no ale przede wszystkim określić, jak chcemy, żeby nasze dziecko było wychowywane i uczone.

    W kanadyjskim preschool w Vancouver nie ma leżakowania, w większości nie ma też gotowanych posiłków. Preschool nie prowadzi całodniowej opieki nad dzieckiem, ma za to do zaoferowania różnej długości zajęcia, w różnych dniach tygodnia, z których, na upartego, dałoby się sklecić cały dzień, z przerwą na lunch.

    Do daycare chodził Maciek, kiedy pracowałam na cały etat. Teraz, kiedy moja sytuacja zawodowa wygląda inaczej, wolimy, żeby chodził tylko na określone zajęcia i godziny. 

    Rodzice decydują się na preschool również dlatego, że jest ono tańsze niż całodniowy daycare. My za nasze zajęcia na miesiąc płacimy 140 CAD, dla porównania nasze daycare kosztowało około 800 CAD.

    Nasze preschool uczy dzieci, jak będzie wyglądała szkoła, bo zajęcia są bardzo podobne do tych ze szkolnej zerówki. Dzieci uczą się samoobsługi w grupie, poznają literki, cyferki, i inne takie. Wspólnie jedzą przekąski (snack) przyniesione w małym plecaku z domu. Preschool pracuje tak jak szkoła, czyli jest zamknięte w wakacje i dni kształcenia zawodowego (przynajmniej raz w miesiącu). Zapisy prowadzone są na rok szkolny.

    W odróżnieniu od daycare, grupy w preschool są bardziej jednorodne wiekowo, co ma, jak wiadomo, swoje plusy i minusy. Bardzo nam się podobało, że w daycare Maciek miał starszych kolegów, to bardzo mu pomogło w początkach emigracyjnych (znalazł sobie takiego “starszego brata”, na wzór Krzyśka).

    Ale teraz, po 18 miesiącach, widzę, że Maćka najbardziej cieszy przebywanie z dziećmi w tym samym wieku, chociażby dlatego, że podobnie rozmawiają i siebie rozumieją. Podobnie rysują. I nie ma argumentu: weź mu ustąp, bo młodszy, weź zachowuj się, bo jesteś starszy

    Po pierwszym dniu w preschool koledzy Maćka znają jego imię, a on zna ich.  Jest podekscytowany i szczęśliwy, kiedy idziemy do preschool.

    Do daycare był przyzwyczajony, lubił je, ale entuzjazmu nadmiernego nie wykazywał. Pewnie ze względu na ilość czasu, jaką tam spędzał. W preschool jest krócej, więc bardziej mu się podoba. Upewnia się jak zawsze, czy to tam, gdzie go zostawię na zajęcia i po chwili wrócę po niego.

    Jest dobrze.

    Serdeczności!


  • Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

    Obiecuję, zero krwarych szczegółów. Wszystko jest ok. Dziś napiszę Ci, jak wygląda kanadyjski szpital. Jeśli czeka Cię przyjęcie do szpitala w Vancouver znajdziesz tutaj kilka wskazówek.

    A może rozśmieszą Cię nasze historie i poczujesz się lepiej? W końcu śmiech to zdrowie!

    Ten post powstał w roku 2016 i od tego czasu zepsuło się niemal wszystko w każdym z nas.

    Zdrowie się posypało, najmniej u Krzyśka, a najbardziej u mnie.

    Odwiedziliśmy wiekszość szpitali w Vancouver: General Hospital kilka razy, Mount Saint Joseph Hospital w naszej dzielnicy (nawet częściej niż Szpital miejski), Szpital na UBC (najnowocześniejszy, bo sam kompleks uniwersytecki UBC jest ciągle remontowany i rozbudowywany) i jeden z najstarszych szpitali, położony w samym Downtown – Szpitał Świętego Pawła.

    Na pogotowiu, czyli szpitlanym SORze wylądowaliśmy kilka razy podczas 6 lat pobytu w Vancouver. Na szczęście nie były to wypadki wymagające karetki.

    Chociaż raz juz byłam blisko wezwania jednej karetki do dziewczyny, która na moich oczach poślizgnęła się na przejściu dla pieszych i mocno łupnęła głową w chodnik. Zjechałam na pobocze, wyskoczyłam z auta i pytam, jak pomóc, jednocześnie myśląć, że o jezu, muszę do domu, bo chłopaki sami zostali.

    Dziewczyna mówi, że czuje się ok, ale no nie wyglądała tak,kiedy chwiejnie wstała. Ładuję ją w samochód, przy okazji mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo jest studentką. Więc myślę wtedy, że ją do szpitala odwiozę sama, żeby przynajmniej na koszcie tej karetki oszczędzić. Zajechałyśmy do General Hospital, a tam się już nią sanitariusze zajęli. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze. I że nie została z długiem szpitalnym do spłacenia przez resztę życia.

    Tyle anegdotki.

    Po pierwsze się nie stresuj – przypuszczalnie usłyszy albo przeczytasz, że służba zdrowia w Kanadzie jest okropna, słaba, że trudno o lekarza. Może też dopadnie Cię strach, że jak się po angielsku z nim dogadasz.

    Uspokoję. Nie jest cudownie, ale niech Cię to nie powstrzymuje przed zadbaniem o własne zdrowie.

    Rada ode mnie – jeśli się okaże, że musisz długo czekać na jakieś badanie, to idź do szpitalnej izby przyjęć i tam naświetl sprawę, przedstaw swoje schorzenia na tyle poważnie, żeby się Tobą zajęli od razu.

    My tak postąpilismy w przypadku interwencji chirurgicznej u Kuby. Wyznaczono mu odległy termin wycięcia znamienia. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, ale kiedy znamię znacząco urosło, natychmiast ruszliśmy do szpitala w Mount Pleasant. Zabieg miał jeszcze tego samego dnia.

    Rada numer dwa – jeśli musisz mieć badanie, na które się długo czeka, na przykład rezonas magentyczny (MRI), to spytaj, ćzy szpital nie robi takich badań w niestandardowych godzinach. Bo może nie musisz czekać kilku miesięcy, tylko kilka tygodni, jeśli zgodzisz się przyjść na badanie o drugiej nad ranem.

    Ja tak zrobiłam, i MRI głowy miałam robiony w nocy, w General Hospital. Zwiedzanie szpitala w nocy to jest doświadczenie samo w sobie. Pani rejestrująca dokładnie Ci powie, jak masz postąpić, i gdzie pójść, bo nad ranem spotkasz niewielu pacjentów na korytarzu.

    Ostatnia rada, skierowana do rodziców – ja bym z gorączkującym dzieckiem od razu szła do szpitalnej izby przyjęć. Zwłaszcza jeśli masz małe dziecko.

    Byłam świadkiem jak lekarz pierwszego kontaktu (family doctor) badał dziecko w korytarzu przychodni (walk in clinci)na Broadway, w sobotę rano. Dziecko gorączkujące, leje się przez ręce zrozpaczonego ojca, a sezon grypowy w pełni. Pediatra akurat nieobecny. Lekarz rodzinny dzwoni do szpitala, słucha instrukcji przez telefon i próbuje działać.

    Ale w końcu podejmuje najlepszą możliwą decyzję i po prostu wysyła tę rodzinę na SOR.

    A gdyby pojechali od razu, to byłoby mniej stresu dla wszystkich.

    Uprzedzę od razu wątpilowści niektórych czytających, że dziecko z gorączką może “zabrać” miejsce na izbie przyjęć człowiekowi, którego życie jest zagrożone. Nie przekonuje mnie ten argument. I nie chcę rozpoczynać dyskusji, które życie jest ważniejsze.

    Sam zdecyduj. A jeśli będziesz świadkiem, że do szpitala przyjmą najpierw rzucającego bluzgami, opierającego się narkomana z krwawiącą nogą, a nie Twoje cierpiące dziecko, napisz mi, jak to zrobiłeś, że się nie wkurzyłeś. Ja nie jestem taka szlachetna.

    Napisałam więcej o małych dzieciach i ciązy w Vancouver w tym wpisie.

    OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda szpital w Vancouver ?

    Najlepiej to kanadyjski szpital, każdy szpital w Vancouver wygląda od zewnątrz

    Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

    Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital.

    Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

    Moje wizyty na pogotowiu: złamany palec, zwichnięta na nartach noga, okropny ból ramienia. I badanie MRI w szpitalu.

    W drugim roku pobytu w Vancouver złamałam palec w bardzo głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki.

    Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Muszę iść do szpitala, bo co ja zrobię bez kciuka?

    Jak  szpital w Vancouver wyglądał w środku?

    Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

    Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była). Młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

    Nie powiem, miłe, że pielęgniarka się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

    Potem nadeszła druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

    Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało.

    Oczywiście się pytam, po co jej to.

    Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

    Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

    Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekałam, po chwili zawołano mnie już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

    Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nieporażające.

    Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać. Kanadyjski szpital nie mógłby wystąpić w serialu.

    Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

    Łóżka pacjentów znajdowały się za zasłonkami. Przestrzeń była mocno otwarta i wszyscy chodzili wokół wszystkich.

    Następnie wywiad o mnie zbiera lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

    Potem Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, kolejny lekarz patrzy i mówi: złamanie.

    Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe).

    Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

    Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.

    W wskazanym dniu idę do następnego kanadyjskiego szpitala.

    St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER.

    Też odnoszę wrażenie, że szpital jest mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

    Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać.

    Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie.

    Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

    Tyle o mnie. A teraz:

    Szpital kanadyjski po raz drugi czyli Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

    Maciek biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek.

    Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

    I znowu taka sama procedura:

    1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
    2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
    3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
    4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
    5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
    6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

    Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem.

    Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

    Na pogotowiu przydadzą Ci się też następujące informacje:

    1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
    2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
    3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

    Co ze szpitala w Vancouver pamiętam Najlepiej?

    Jedna myśl towarzyszy mi cały czas, kiedy wspomniam te wizyty i szpitale kanadyjskie.

    Przekonanie, że nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia.

    Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością.

    Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Zmierzyła Krzysiowi ciśnienie i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

    Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

    No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

  • Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

    To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

    Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

    Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

    #1 Historia angielskiego po polsku

    W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

    A później zaczął szkołę podstawową, polską.

    Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

    Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

    Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

    Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

    A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

    #2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

    Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

    Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

    W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

    A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

    Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

    Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

    Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

    • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
    • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
    • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
    • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

     


    Zorganizowane study hours. By matka

    Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

    Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

    Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

    Zła byłam. Na siebie. Na niego.

    Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

    Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

    Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

    Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

    Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


    Nauka angielskiego teraz

    Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

    Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

    W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

    Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

    Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

    Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

    • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
    • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
    • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
    • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

     

    Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

    Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

    Much to learn you still have. Yoda


    Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!