Blog

  • Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

    Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach bycia pracownikiem lokalnej agencji pracy, ówczesna firma (Accenture Canada) zatrudniła mnie na stałe. Do tego czasu szukanie pracy w Vancouver to było moje zajęcie dodatkowe, obok opiekowania się młodszym synem.

    Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

    Od tego czasu sporo się w moim życiu zmieniło – przeczytaj te dwa posty o tym, jak później wyglądało moje szukanie pracy w Vancouver

    Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

    Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) najłatwiej jest znaleźć pracę w Vancouver. Zresztą nie tylko w Vancouver – w całej Kanadzie brakuje programistów.

    Czasami wystarczy krótka rozmowa przez skype z pracodawcą kanadyjskim albo przez telefon jeszcze z Polski. Negocjujesz, podpisujesz i już możesz lecieć do Vancouver

    Większość formalności ( o ile nie wszystko) za Ciebie radośnie załatwia firma.

    Co się dzieje, jeśli to kanadyjska firma zaprasza Cię do pracy?

    Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LMIA.

    To rodzaj oświadczenia dla kanadyjskiego urzędu imigracyjnego, że pracodawca szukał na miejscu, ale nie było Kanadyjczyków (stałych rezydentów i obywateli) którzy się nadają do pracy.

    Firma gotowa jest zapłacić 1000 CAD, żeby wolno jej było pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej. Musi też umieścić ogłoszenie o pracy na stronie rządowej (jobbank).

    Do 2016 LMIA było szybkim sposobem na uzyskanie przewagi punktowej w systemie Express Entry (który to system z kolei pozwalał na otrzymanie wizy stałego pobytu). Obecnie ten proces może zająć kilka miesięcy.

    Kiedy my aplikowaliśmy, LMIA funkcjonowało pod inną nazwą: LMO (Labour Market Opinion).

    Po otrzymaniu listu potwierdzającego LMIA można pakować walizki.

    Samo pozwolenie na pracę (inaczej wizę pracowniczą) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

    Wszystko działa fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LMIAod początku.

    Często zdarza się, że pracodawcy owszem pomogą w zobyciu LMIA, ale całość papierów musisz ogranąć sam.

    Nie zawsze też potrzebujesz LMIA – zawsze sprawdzaj na stronie rządowej obecne wymagania.

    No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi.

    Czy małżonek (partner) osoby zaproszonej do Kanady, też ma pozolenie o pracę? Jak wygląda szukanie pracy w Vancouver w takim przypadku?

    Mowa jest oczywiście o mnie, bo dokument LMIA był wystawiony na Kubę, który jest programistą.

    Podczas rozmowy z przyszłą firmą, Kuba zaznaczył, że pozwolenie o pracę dla mnie jest warunkiem zawarcia umowy.

    Kanadyjski pracodawca przy okazji LMIA wystąpił też o open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy) dla mnie. Nasze dzieci dostały pozwolenie na naukę (work permit). Taki komplet dokumentów to zwykle standard w większych firmach, zwłaszcza technologicznych. Ale jeśli pracodawca stara się o LMIA dla Ciebie, a Ty masz rodzinę, upewnij się, czy i z tymi dokumentami Ci pomoże.

    Jakie miałam szanse na znalezienie pracy?

    Mój zawód wyuczony jest mocno nieprzydatny w Kanadzie. W Polsce studiowałam hungarystykę i finanse z rachunkowością. Moje doświadczenie zawodowe to kilka lat w korporacji, gdzie pracowałam z klientami z Węgier i Niemiec.

    Oczywiście w każdym amerykańskim mieście zawsze jest szansa na pracę w McDonalds czy Starbucks.

    Tylko, że ja tak pracowałam, kiedy byłam na studiach. Po studiach i mając już to doświadczenie z Polski, chciałam pracować nieco “amibitniej”.

    Szukanie porządnej pracy w Vancouver nie jest łatwe ani szybkie.

    Ale coś robić trzeba!

    Tak, sprzedawanie kanapek też. To się tutaj nazywa surviving job. Taka praca, byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się gdzieś zaczepić.

    Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

    Bibliotekę kocham miłością wielką. Znajdziesz tu:

    • darmowe kursy,
    • ocena CV i listu motywacyjnego,
    • warsztaty kariery.
    • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej.)

    Spotkania i warsztaty odbywają się w każdej bibliotece , a w Centralnej to nawet cyklicznie. W bibliotekach są warsztaty, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

    Wejdź do biblioteki najbliżej Twojego mieszkania w Vancouver i zapytaj, co możesz zrobić, żeby skorzystać z pomocy w szukaniu pracy w Vancouver.

    Wolisz, żeby szukanie pracy w Vancouver wspomógł Urząd Pracy?

    Jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych.

    Tylko nie oczekuj po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy.

    To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy.

    Wszystko oczywiście bezpłatne. Ale sprawdź, czy Twój status emigracyjny (rodzaj wizy) pozwala na skorzystanie z wszystkich opcji. Może będziesz mógł skorzystać z drukarki, ale na osobiste warsztaty ze specjalistą już się nie załapiesz.

    Szukanie pracy w Vancouver trwa, a ja jej ciągle nie mam.

    Popijam kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności???

    Tak trudno jet znaleźć pracę? I to zagranicą? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

    Emigrant z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

    A ludzie z Europy Zachodniej, myślisz, że ich tutaj nie ma?

    Błąd! Jest też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

    Co przydaje się w szukaniu pracy – najważniejszy jest networking

    Networking czyli budowanie sieci kontaktów, wymiany informacji. Przybiera różne formy i czym by nie był, zawsze się przydaje.

    To może być:

    • ściana płaczu z ogłoszeniami gdzieś w polskim sklepie/kościele,
    • znajomi zaczepieni na ulicy,
    • czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

    Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

    Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

    Czym zajmuję się w Vancouver w 2015 roku?

    To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

    Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

    Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą.

    Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem.

    Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych, na przykład płatnego urlopu.

    Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

    Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami.

    Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

    Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂

    Powodzenia!

    A jeśli chcesz wiedzieć więcej, przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

    1. Praca – poradnik
    2. Napisz CV czyli resume
    3. Słowo o agencji zatrudnienia
    4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
    5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
    6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  • Pierwszy kanadyjski kemping jupikajej ! Cultus Lake Provincial Park

    Obozować lubią tutaj wszyscy. Nawet zimową porą.

    Nic więc dziwnego, że i my się skusiliśmy. Być w Kanadzie, tej dzikiej Kanadzie i nie pojechać pod namiot? Nie zabezpieczyć jedzenia przed niedźwiedziami, wilkami, mrówkami i kto wie jeszcze, czym?

    Trzeba jechać na kemping! Padło na Cultus Lake Porvincional Park.

    Żeby wypróbować, czy nam takie wakacje pasują, wystarczy wypożyczyć namiot, śpiwory, karimaty i nawet czółno, jak ktoś ma na to ochotę, w bardzo fajnym sklepie MEC. Mają tam nawet darmowe warsztaty i prelekcję, jak zorganizować kemping. To mój ulubiony sklep, nie tylko zimą!

    Wypożyczenie namiotu na weekend: 30 CAD. Można też oczywiście niskobudżetowo nabyć wszystko z drugiej ręki (opcja preferowana przeze mnie) – używany namiot od 80 CAD. I już można ruszać.

    Ale lepiej wcześniej zarezerwować miejsce na kempingu, online i płacąc kartą, bo zdziwilibyście się jak wiele osób wybywa na weekend pod namiot. Albo z przyczepą. No i z grillem, ze składanymi krzesełkami i czasem nawet kamizelką ratunkową dla psa, żeby się nie potopił w trakcie spływu.

    Dzięki uprzejmości Z. udało się zrobić rezerwację w Cultus Lake Provincional Park. Cena za weekend dla dwóch namiotów, dwóch samochodów, 4 dorosłych i piątki dzieci to około 100 CAD. Na miejscu są łazienki z ciepłą wodą i toalety. Sklepu nie ma (zna ktoś kemping, gdzie jest? Z ciekawości pytam.) Pozostaje zaopatrzenie we własnym zakresie, i jeszcze trzeba zakupić drewno do ogniska, bo z parku nikt nie zabiera. Nie wolno zbierać i palić gałęzi z lasu i trzeba kupić (około 5 CAD za wiązkę).

    No więc dobrze, my samochód też wypożyczyliśmy, załadowaliśmy po dach i hej w drogę. Oczywiście się zgubiliśmy przy zjeździe (a może to był wjazd?) na autostradę (jechaliśmy bez gpsa), ale co tam, widoki rekompensują czas w samochodzie, a i dzieci odwykłe od jazdy, jakoś tak w milczeniu kontemplują. Kuba z nowiutkim prawkiem za kierownicą toyoty z automatyczną skrzynią biegów, ja nieudolnie próbująca znaleźć muzykę country w radiu, i tak sobie jechaliśmy.

    A potem to już standard kempingowy z pieczeniem kiełbasek, parówek i pianek (o dziwo na prawdę świetnie smakują z ogniska te białe gumowate ciągutki).

    Kąpiele zaliczone w jeziorze, widoki pyszne, spacery po lesie miłe, a sąsiedzi na kempingu nieuciążliwi. Dziwnym trafem podczas tego wyjazdu rzeczy zmieniały swoje położenie lub właścicieli,  ale komentowaliśmy to tylko słowami rakuny zeżarły, albo dwóch takich na drążku poniosło, ewentualnie kąpielówki poszły na spacer. Jakby ktoś widział szopy pracze niosące w tobołku na drążku nasz chlebek bananowy albo kąpielówki, prosimy o zgłoszenie!

    Zdjęcia zrobione przez nas i (te ładniejsze) przez Z. Wiadomo już kto ogarnia gotowanie, a kto bawi się w Hobita z Gandalfem.

    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Maciek śpi na kempingu nad jeziorem Cultus Lake
    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Niech Was nie zwiedzie słońce – kanadyjskie jeziora są bardzo zimne
    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Camplife
    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Ogarnianie, spacerowanie i kempingowy bałagan

    A jak Ty? Lubisz jeździć pod namiot?


  • Poza Vancouver. Taaaaaakaaaaa ryba czyli wycieczka do Steveston

    Ten wpis jest z roku 2015. Od tego czasu zdążyliśmy być w Steveston już kilkukrotnie. Żeby się nie dublować, co ciekawsze zdjęcia z kolejnych odwiedzin też wrzucamy do tego posta.

    Vancouver, a właściwie okolice, czyli Lower Mainland, nie przestaje nas zaskakiwać różnorodnością krajobrazu.

    Wydawać by się mogło, że po lasach deszczowych, imponujących górach oraz oceanie po horyzont, wiemy już, orientujemy się mniej więcej, w jakich to okolicznościach przyrody przyszło nam mieszkać.

    Ale wystarczy wybrać się nieco na południe, za Richmond, w stronę US, żeby poczuć inni klimat, rybno-słono-kutrowo-nadmorski.

    droga rowerowa do Steveston

    Całej trasy nie przejechaliśmy rowerem, o co to to nie [jeszcze nie :)]

    Najpierw metrem do Richmond (Canada Line, rowery jeżdżą za friko, dzieci do wieku szkolnego też, ładne szerokie wagony, nie co to te wysłużone pociągi na wschód wysyłane, Millenium Line znaczy się, do Burnaby).

    A potem pedałowaliśmy wybrzeżem, mając po prawo rzekę, a po lewo trochę miasta, trochę domów jednorodzinnych.

    Sama trasa rowerowa nie jest wymagająca. Dość krótka, z minimalnymi podjazdami, a za to malownicza, Po drodze zatrzymaj się na świetnym, wielkim placu zabaw Terra Nova. Jest ona tak pomyślany, żeby było jak najmniej plastiku, a jak najwięcej naturalnych rzeczy do zabawy – wielkich bali drewna do wspinania się, lin do huśtania, piasku do przesypywania. Polecamy dużym i małym.

    Mała uwaga: nie grajcie piłką w pobliżu rzeczki, bo choć strumień może i mikry, to zimny i nieprzyjemny. Kuba wie coś o tym, bo mu przyszło w 2016 wyławiać z wody niefrasobliwie rzucony bumerang [pamiątka po wyjeździe do Australii]

    A jak już dojedziesz rowerem i wciąż Ci mało, to w parku Garry Point jest niewielka utwardzona pętelka wokół półwyspu. Świetna na treningi rowerowe najmłodszych. A po drodze może zobaczysz gęsi, albo nawet i orła!

    Ps. Do Steveston możesz dojechać komunikacją miejską. Sprawdź, jak.

    samo Steveston jest bardzo urokliwe

    spacer przed jedzeniem

    Ja to najbardziej lubię zwiedzać bez zwiedzania, czyli sobie chodzę bez planu. Po Steveston się da, bo jest trochę jak Niechorze, a trochę jak Hel, a trochę jak wioski na Bornholmie. Czujesz, że zza rogu ktoś zawoła komu świeżą rybkę, komu? Oficjalna nazwa to Steveston Historic Village, także nie ma to tamto

    Miasteczko bywa z racji święta zatłoczone, więc nie polecamy wtedy spokojnego zwiedzania. Ale z drugiej strony, w czasie świąt jest też więcej atrakcji, np. parada z okazji Dnia Kanady.

    W mieście jest główna ulica, a przy mniej niewielkie domy i sklepiki z lokalnymi [i nie tylko] artykułami. Przespacerowanie się zajmie około godziny, po płaskim, wózek spokojnie można pchać.

    Po zejściu z głównej ulicy, wybierz się na nadbrzeże, na targ, do Fisherman Warf. My rybek nie kupowaliśmy, ani tym bardziej tych najeżonych kulek, ale sądząc po kolejkach do straganów, są to rzeczy jak najbardziej jadalne, a nawet smaczne.

    Z pomostu można obserwować podpływające lwy morskie (ogromne morskie ssaki, pokroju morsów).

    Pomost jest malutki i nieco się chybocze, więc trzeba pilnować maluchów, żeby nie wiknęli za burtę.

    Chcesz pójść dalej? Świetnie, bo nadbrzeże jest urokliwym miejscem na spacer.

    jedzenie

    W Steveston jest oczywiście miejsce kultowe z frytkami i rybką smażoną, gdzie musisz być, kupić porcję i zrobić sobie z nią zdjęcie na Instagrama. Jako główny krytyk kulinarny redakcji Kanada się nada napiszę, że dla mnie smakują one tak samo, jak wszędzie indziej. No, ale ja się nie znam 😉

    koniec jedzenia, znowu spacer

    Będzie propozycja dla rodzin, chociaż i bezdzietnym może się spodobać kopanie w piasku (w sumie czemu nie?).

    Trochę historycznego zwiedzania:

    • W Steveston jest muzeum Steveston Museum (jeszcze nie byliśmy) oraz budynek z tramwajem the Steveston Interurban Tram. Ten tramwaj drewniany to wielka dziecięca atrakcja, radocha na maksa. Możesz zbierać punkciki za odwiedziny i za którymś razem dostać drewianiy konduktorski gwizdek. How awesome is that?
    • Znamy jeszcze Gulf of Georgia Cannery National Historic Site, które możesz zwiedzić za darmo na przykład podczas Canada Day, czyli 1 lipca (sprawdzone info).

    A obok tramwaju jest ogromny plac zabaw, świetny, czyli Steveston Community Park. W lecie działa również park fontaniany, czyli sprinkle park. I to jest bardzo dobre rozwiązanie, bo jak się dziecko piachem obsypie, to można jes zaraz podstawić pod prysznic, hihi.

    Jest zjeżdżalnia, łódki, woda, sikawki, czyli jeśli Twoje dziecko ma akurat fazę na piratów, koniecznie zobaczcie to miejsce.

    Polecamy, miasteczko jest git!

    Steveston przypomina nam trochę inne niewielkie miasteczko w okolicy, Deep Cove. Chociaż są inaczej położone, to atmosfera w nich podobna. I styl życia pewnie też. Czas wolniej płynie.

    A z dalszych miejscówek przychodzi mi na myśl też Victoria, stolica B.C.

    Pewnie dlatego, że to miejsca klimatyczne.

    Więc jeśli takich szukasz, odwiedź Steveston koniecznie.

     

    CIEKAWOSTKA, ale lekko mrożąca krew w żyłach.

    W  2017 roku lew morski ściągnął dziewczynkę do wody z nadbrzeża w Steveston. Obserwujący to zajście mężczyzna nakręcił film, który okazał się być najczęściej oglądanym video na you tube w Kanadzie, w 2017.

     

  • Jak się macie wiosną 2015? Krótko, co u chłopaków i w jakim języku mówią.

    u Krzysia wiosną 2015 :

    Krzyś wyliczył skrupulatnie, ze ma więcej przyjaciół w Vancouver niż w Wawie.

    Dokładnie to Keana, Logana i Vincenta i paru pomniejszych też. Więcej niż ty masz mamusiu i nie każdy kolega to przyjaciel. Aha, bystre dziecko 🙂

    Nie ma problemów z językiem, z włączeniem się do zabawy, właściwie w niczym nie odstaje od swoich rówieśników tutaj. Program kanadyjski nadgonił i myślę, że od przyszłego roku pójdzie do trzeciej klasy tutejszej podstawówki. Mogę go spokojnie zaprowadzić na zajęcia czy zabawę u kolegów, zostawić i wybyć. Nie zginie, nie zapłacze się, może czasami mu trudniej, no ale każdemu bywa trudniej, nawet w miejscu, które zna od urodzenia.

    Czyli cel: żeby był odważny i umiał zamówić wodę w sklepie, osiągnięty. Jupikajej.

    u Maćka wiosną 2015:

    Maciek jest super dumny ze swojego przedszkola.

    Zawsze, kiedy koło niego przechodzimy, pokazuje na siebie i na budynek, żebyśmy broń boże nie minęli bez komentarza : tak, tak, to twoje miejsce Maciusiu. A jak zobaczy gdzieś kolegę z grupy, to nie spocznie, dopóki nie podbiegnie i niemalże palcem nie dźgnie tegoż, że oto właśnie jest kolega Maćkowy, mamo patrz, patrz tutaj.

    Rozumie dzieci, wchodzi w interakcje z nimi – dzisiejszy hit zabawowy to skakanie wraz z 4letnią Leilą z 3 schodka na stos poduszek, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Mówi, pokazuje, jest zadowolony. Chociaż oczywiście za uszami też ma, ale to akurat taki wiek, a nie taki kraj ma na to wpływ.

    Co ja dzisiaj usłyszałam od Maćka? Mama, more pić.

    Czyli cel: żeby był odważny i umiał mówić, osiągnięty. Jupikajej po raz drugi.

    I jeszcze więcej w temacie językowym:

    Maciek po trzech miesiącach czekania zaczął zajęcia logopedyczne z kanadyjską terapeutką.

    Dostaliśmy od niej materiały, ulotki, mamy ćwiczyć wyrazy z s i sz, np. (auto)bus. Poza tym przebywanie z dziećmi kanadyjskimi wyraźnie wpływa na język Maćka, jego koledzy chwalą się, że Maciek z nimi rozmawia. Trochę martwi fakt, że nie wszystkie osoby prowadzące zajęcia z chłopakami, znają angielski jako pierwszy język (w końcu to imigrancka Kanada, no i ta bardziej azjatycko-filipińska jej część), no ale przynajmniej ich rówieśnicy mówią dobrym angielskim.  Maciek używa m.in.: here, the book, me, no, up, down, go, stop. A po polsku mówi Mama daj mi! Bardzo ciekawie jest z alfabetem, niektóre litery nazywa po angielsku, więc na e mówi i, ale na w mówi i abjlju i wu. Miesza i wybiera.

    Czytamy z nim książeczki przesłane przez Ciocię Dorotę, opisujące metodę uczenia polskiego sylabami.

    Bo podobno szybciej dzieciaki uczą się języka kiedy czytają mu jako mu a nie emu,  a widzę, że Maćkowi właśnie takie rozróżnienie sprawia trudność.

    Logopedka mówiła nam jak ważne jest Keep Your First Language czyli o podejściu do utrzymania języka ojczystego w rodzinie, żeby do babci w Polsce nie mówić: Go here, żeby nie zapomnieć, i żeby się go uczyć. Ja zmuszam Krzyśka do dyktand z polskiego i będę to robić nadal.

    więc tak

    tendencja wzrostowa, są szczęśliwi, jest dobrze

    🙂

  • Co można robić na Grouse Mountain – szczyt szczytów i szlak Grouse Grind

    Mam do Grouse Mountain stosunek zmiennocieplny. Raz zachwyca taką oczywistością, że nie ma co dyskutować. Innym razem myślę sobie “eh, serio?! To już? To tyle?!”

    Ale nie da się ukryć, że Grouse Mountain i prowadzący nań szlak Grouse Grind to ikona Vancouver.

    Największa zaleta góry Grouse jest taka, że to jedyna góra w pobliżu Vancouver, do której dojeżdża komunikacja miejska i potem gondola wynosi na szczyt.

    Inne szczyty, piękne wprost, dostępne są już tylko, kiedy masz samochód lub też szlakiem pieszym.

    Jeśli ktoś jest tylko przejazdem w Vancouver, samochodem nie dysponuje, to Grouse Mountain jest dla niego!

    Musisz tam pójść. Albo wjechać.

    I to niezależnie od pory roku.

    Ale się nie bój, opowiemy dokładnie co i jak.

    Co robić wiosną na Grouse Mountain?

    Pójść na najsłynniejszy szlak Vancouver, czyli Groud Grind!

    To szlak krótki ale intensywny! Zaczyna się przy dolnej stacji gondoli, koło parkingu.

    Jeśli chcesz wejść na górę wiosną, najpierw sprawdź, czy szlak Grouse Grind jest otwarty.

    Bo my nie sprawdziliśmy za pierwszym razem, w kwietniu 2015.

    Myśleliśmy sobie: “to tylko 853 metry podejścia, przecież to niższe niż Śnieżka, niż Tarnica, a od Lackowej nieznacznie wyższy, no a wiadomo, kto Lackową od zachodniej ściany zdobył, temu już nic nie straszne.”

    Chcieliśmy otworzyć w ten sposób wiosenny sezon ( w miarę) wysokogórskich wycieczek.  Z przytupem zacząć.

    O słodka naiwności, jak to życie uczy pokory i podwójnego, a nawet poczwórnego przygotowywania się do zdobycia góry, nawet tej leżącej w granicach miasta i na pierwszy rzut oka, całkiem oswojonej.

    Zaczyna się niewinnie, normalnie, chociaż może powinniśmy zwrócić uwagę na wielkie tablice informujące, że szlak jest zamknięty.

    A na tablicy informacja, że szlak zamknięty bo jakieś roboty trwają, bo wciąż warunki zimowe, bo coś jeszcze.

    Tablica wyglądała na dość starawą, więc pierwsza myśl, że może nieaktualna.

    To się przejęliśmy tylko trochę, nawet nas wstrzymało, coby się zastanowić, iść czy nie iść.

    Ale inni idą, tłumy idą, serio serio, część to nawet nie idzie, tylko biegnie, znaczy się kardio robi na szlaku.

    Ważna informacja, zanim postanowisz zignorować dobre rady na tablicy i swoje przeczucia: szlak jest jednokierunkowy, czyli jak wejdziesz to idziesz na górę, no matter what, nie ma zawracania.

    Idziemy, idziemy, trochę dziwi, że choć sporo ludzi na szlaku, dzieci oprócz naszych żadnych nie widać….

    I już wiemy dlaczego dzieci nie ma. BO JEST ŚNIEG !!!

    Tak mniej więcej od połowy szlaku. I nie żeby jakieś powalające ilości, ale śliski jest, mokry, zadziorny. Nie żebyśmy byli zupełnie nieprzygotowani, ale jednak mentalnie nienastawieni.

    Buty Krzyśka, choć z porządną podeszwą, słabo się sprawdziły, więc Maciek w nosidle został przejęty przez Kubę, a ja ślizgami na lodo-śniegu próbowałam Krzyśka asekurować.

    Po dwóch godzinach, jednej płaczo-przerwie i niewidzeniu żadnego misia, doszliśmy do górnej stacji kolejki, zadowoleni, choć mokrzy (zwłaszcza skarpetki).

    Dobrze, że w schronisku na gorze dają jeść i pić na górze (masz do wyboru coffee-bar, alb bar-bar z typowym szybkim jedzeniem)

    Na szczycie jest co robić, gdzie pójść, ale te mokre skarpetki jednak nie zachęcają i tak postanawiamy rekonesans przełożyć na kiedy indziej i teraz wrócić na dół po pańsku gondolą (10 CAD od głowy).

    Są ludzie, którzy nie chcą płacić 10 dolarów za zjazd i wolą szlakiem zawrócić (chociaż to niedozwolone).


    # lato na Grouse

    Jak się Peak of Vancouver prezentuje latem?

    Żeby się przekonać, można iść szlakiem Grouse Grind (albo wbiec w czasie poniżej 40 minut, zobacz szczegóły wyżej), ale my wybraliśmy wersję „na lenia”, czyli wjechaliśmy gondolą. Na górze byliśmy wczesnym popołudniem, w sam raz, żeby zrobić miniaturowy spacer, 10 minut dosłownie z wypłaszczenia zwanego plateu na szczyt  z Eye of the Wind (wieża widokowa, wejście dodatkowo płatne 15 CAD, dzieci do lat 12 za darmo).

    Najlepsze podczas tego spaceru nie były, o dziwo, widoki tylko przedstawienia. Birds in motion jak nazwa wskazuje dotyczył ptaków, drapieżników, które w liczbie sztuk cztery kołowały, pikowały, wznosiły się i opadały na rozkaz opiekunki. I to wszystko nad głowami zachwyconych widzów. Jak się nie schylić to taka sówka mogłaby niechcący pazurkiem zaczepić, albo sokół łypnąć z bliska i przestraszyć.

    Mnie oczarowało. Nie widziałam nigdy ptaków, które, choć wytresowane, miałyby w sobie więcej wolności.

    Drugi, genialny i prześmieszny show był o drwalach. Aha, dobrze czytacie, zacierałam rączki z uciechy, że sobie chłopców jak dęby pooglądam! Drwali było dwóch, w porywach trzech i tak sobie dogadywali, rzucali siekierami do celu, rąbali na czas i wspinali się na niebezpiecznie wysokie pale. Bardzo zabawne dla dorosłych, bardzo emocjonujące dla dzieci. Polecamy !

    Uwaga – dobra nowina – oba przedstawienia zawarte w cenie biletów.

    I jeszcze nie sposób nie napisać – miśki się już obudziły i łaziły sobie po swoim wybiegu. Ich fanem absolutnym zastał Maciek. Właściwie dla tych niedźwiedzi tylko szedł. No i dla frytek z bistro. Tak frytki i miśki – zestaw obowiązkowy.

    Grouse-Mountain_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady-siatka-dziewieciu-zdjec-lato


    #zima na Grouse

     

    Ten tekst napisał Krzyś, kiedy wraz z babcią uczyli się języka polskiego, w czasie ferii zimowych 2016.

    W ćwiczeniach dla klasy trzeciej trzeba było napisać relację z pierwszego dnia wiosny. Zmodyfikowaliśmy nieco polecenie i w efekcie mamy gotowy tekst na blog, a co.

    W oryginale nie ma funkcji autokorekty, ale ku zadowoleniu Krzysia, podczas przepisywania wyrazów, komputer wskazywał mu błędy, wraz z poprawną formą. Ach, żeby tak było na dyktandach [westchnięcie Krzyśka]

    Do Krzyśkowego posta doaliśmy zdjęcia i voila. Przeczytajcie, jak wyglądał: “Jeden dzień ferii zimowych 2016”

    Dnia 28 Marca 2016 roku pojechałem w góry z Mamą, dziadkami i Maćkiem. Pogoda była ładna. Świeciło słońce. Było dużo śniegu, więc wybraliśmy się na rakiety. Jeździliśmy też na łyżwach. Przejechaliśmy się wielkimi saniami. Kiedy zgłodnieliśmy poszedłem po frytki, a później zjedliśmy Kanadyjski przysmak czyli słodkie “bobrowe ogony”. Góra nazywa się Grouse Mountain czyli szczyt wszystkiego. Wycieczka mi się podobała, chociaż chciałbym zjeżdżać na nartach.

    tyle Krzyś.

    I jeszcze poniżej dodane [by Kasia] informacje praktyczne

    Od czasu pierwszego wiosennego naszego wejścia, Grouse Mountain sterczała sobie dostojnie, niezadeptywana przez nas wcale.

    Kiedy jednak podczas świąt okazało się, że można kupić roczny rodzinny bilet wstępu na Grouse za pół ceny, nie wahaliśmy się ani chwili. W efekcie byliśmy na Grouse wielokrotnie w sezonie narciarskim 2015-2016.

    Jednorazowy wjazd dla rodziny na Grouse to wydatek 114 $, bilet roczny 279$. Można kupić taki bilecik na jeden raz, a wracając poprosić, żeby został wliczony w cenę rocznego, jeśli się na niego zdecydujemy [bardzo podoba mi się takie “niekupowanie kota w worku”, tak robią we wszystkich ciekawych miejscach w Vancouver].

    Co można robić na górze zimą?

    Zimą, jak pokazują nasze zdjęcia poniżej i kilka innych, Grouse Mountain jest najlepsze dla początkujących narciarzy. Trasy są krótkie i niewymagające, ośla górka jak najbardziej przyjazna maluchom.

    A widok z The Cut jest niezapomniany (prosta i szeroka nartostrada, widoczna doskonale z wielu miejsc w mieście). Dla bardziej doświadczonych narciarzy (tak napiszę o nas w następnym sezonie) nartostrady na Grouse będą z lekka nudne (słowa Krzyśka).

    Oprócz nart, w końcu nie każdy lubi (są tacy, serio?), można na szczycie (peak chalet, zawsze podśmiechujki uprawiamy, jak nazwę wypowiedzą głośno) jeździć na łyżwach (wypożyczenie płatne), pójść na krótszy lub dłuższy spacer pętelką na rakietach śnieżnych (wypożyczenie płatne), pozjeżdżać na dwutorowych torze saneczkarskim (płatny i mikry ten tor, nie zachęca).

    Dla tych, co to już w ogóle nie mają ochoty na żaden sport (serio, są tacy?), jeździ pług śnieżny, który króciutko wywozi na stok.

    Podążając za zapachem wanilii i cukru, można wysiąść przy budce z napisem Beavertails (to są właśnie te bobrze ogony).

    Taki ogonek to jest kawałek ciasta pieczony w głębokim tłuszczu, ni to pączek, ni to langosz (taki słowacko-węgierski placek), serwowany na słodko.  Dobry, ale szału nie było (około 7 CAD za sztukę).

    Małe co nieco można zjeść w bistro (niezłe frytki i megadolewka), w kawiarni (polecamy ciasto marchewkowe) oraz w restauracji (za wysokie progi jak na nasze nogi, więc nie próbowaliśmy). Przedtem lub potem pospacerować, popatrzeć, pooddychać.

    Zejdzie ze 4 godziny na górze.

    Kto lubi Grouse i dlaczego nie?

  • Vancouver is awesome?! Powiedz nam, jakie jesteś Vancouver?

    Ten post najpierw ukazał się na portalu Klub Polek na Obczyźnie.

    Jakie jesteś Vancouver? Nasze-nie-nasze?

    Zachęcamy do obejrzenia tego filmiku, tak na dobry początek. W filmie w zabawny sposób pokazani są mieszkańcy Vancouver. A kto, jak nie mieszkańcy, najlepiej odpowie na pytanie, czym jest miasto i czy Vancouver jest wspaniałe.

    Poniżej, w wyliczance,  znajdziecie sporo punktów opisanych na podstawie tego filmu. So true!

    Nie jest to typowa lista plusów i minusów, chociaż na dole trochę będzie o tym, czy mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi. A warszawiacy są?

    Jakie jesteś, Vancouver? Zaczynamy wyliczankę

    W Vancouver mieszkańcy narzekają na pogodę.

    Jak deszcz, to źle, jak słońce, to za gorąco. Miasto z racji położenia nad Pacyfikiem, z górami za plecami, ma dość łagodny klimat jak na kanadyjskie standardy. Stąd często pada.

    I dlatego Vancouverczycy  mogą poszczycić się sporą kolekcją parasoli, a na tutejszym uniwersytecie pojawił się biznes w postaci wypożyczalni parasoli poprzez aplikację na smartfonie. Nie ma co, bez parasola ani rusz w mieście, które z powodu deszczu otrzymało ksywkę Raincouver.

    Jak pada, to pada, stąd dzieci z Vancouver mają niewielkie szanse na White Christmas.

    Ale nie ma co płakać, śniegu można szukać na któreś z okolicznych gór: Grouse Mountain, Seymour Mountain czy Cypress Mountain.

    Funkcjonują tam przyjemne kurorty narciarskie, gdzie każdy może poznać uroki szusowania.

    A do miejscowości Whistler, mekki snowboardzistów, gdzie odbyła się olimpiada w 2010, jedzie się niecałe dwie godziny, w bonusie otrzymując przepiękną widokowo drogę Sea to Sky.

    Olimpiada 2010

    To jest takie wydarzenie, które na stałe wpisało się w historię miasta.

    Najlepszy czas ever dla wielu Vancouverczyków. Dowodem niech będzie nieustająca miłość do tamtych chwil, czule pielęgnowane wspomnienia, obecność olimpijskich gadżetów w ofercie sklepów i oblężenie Wioski Olimpijskiej w Whistler. Trudno się dziwić – Kanadyjczycy zdobyli wtedy 14 złotych medali, co sprawia, że są rekordzistami w tej kategorii.

    Oprócz tematu Olimpiady emocje sięgają zenitu, kiedy Vancouverczycy rozmawiają o hokeju.

    Logo drużyny Vancouver Canucks jest obecne wszędzie, od przedmiotów użytku codziennego, po deklaracje na autobusach w dniu meczu: Go Canucks, go! Każdy mieszkaniec ma swoich ulubionych zawodników, a kiedy w Rogers Arena odbywają się mecze, to korki wieczorową porą gwarantowane!

    O korkach i jakości jazdy w mieście też można sporo powiedzieć.

    Korki skutecznie utrudniają funkcjonowanie w wąskim Downtown. Stąd plany Urzędu Miasta i zachęta burmistrza, żeby przesiadać się na rower.

    Miasto oferuje dobrze rozwiniętą siatkę ścieżek rowerowych, które pozwolą przebić się przez Śródmieście, świetne trasy nadmorskie oraz możliwość przewożenia rowerów w autobusach i metrze. Zatem zamiast kisić się w samochodach,

    Vancouverczycy przemieszczają się rowerami, jakże zdrowym środkiem transportu.

    A zdrowie, zdrowe rzeczy, to jest to, co tutejsi mieszkańcu lubią najbardziej.

    W Vancouver każdy biega, chodzi na siłownie, jeździ na rowerze, nartach, pływa po Pacyfiku kajakiem czy paddle board (rodzaj łódki z wiosłem, na której się stoi) czy praktykuje jogę w którymś z licznych parków.

    Mieszkańcy dzielą się przepisami na sałatkę z jarmużem czy polecają sobie rodzaje wody kokosowej, rzucając hasłami: shop organic i shop local.

    Dobrze jest być w Vancouver hipsterem, w któreś z rozlicznych kafejek, pochylonym nad laptopem z jabłuszkiem.

    Miasto jest mekką dla młodych ciałem i duchem, otwartym na wszelkie pomysły i inicjatywy.

    A jeśli jeszcze do tego jesteś specjalistą w IT, Vancouver jest miastem idealnym.

    Przygarnie cię któryś ze start up’ów technologicznych, wyrastających tutaj jak grzyby po deszczu, czy odział firmy z Doliny Krzemowej, przeniesiony do Vancouver ze względu na tańsze podatki i tę samą strefę czasową.

    Pracę da się znaleźć.

    Ale tanie mieszkanie już niekoniecznie.

    Na wiosnę echem w całej Kanadzie odbiła się akcja mieszkanki Vancouver #DontHave1Million, nagłaśniająca problem młodych ludzi , których nie stać na mieszkania, bo ceny tychże sięgają kosmicznego pułapu.

    Rynek nieruchomości skutecznie zniechęca do pozostania w Vancouver, stąd wielu młodych przenosi się do miejscowości ościennych: BurnabySurreyRichmond. Zresztą nie tylko młodych.

    Jak pokazują badania urzędu statystycznego StatCan, Vancity niestety najmniej szczęśliwym miastem w Kanadzie.

    Jak to, zjawiskowe położenie, pomiędzy górami a oceanem, ulice z kwitnącymi wiśniami, jak to możliwe, że tak urokliwe okoliczności przyrody nie wzbudzają zachwytu i poziom szczęścia nie oscyluje gdzieś w granicach kosmosu?

    → Mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi, bo nie ma szansy na kupno mieszkania w Vancouver.

    Większość milleniasów (czyli około 30stki) albo wynajmuje, albo mieszka w miejscowościach ościennych, no ale znowu w takim Surrey, to strach się bać mieszkać, bo tam od marca trwa wojna  hindusko-somalijsko-kanadyjskich gangów narkotykowych i już 12 osób straciło życie w strzelaninach.

    Nie stać cię na mieszkanie, a na dodatek cały czas pada, więc jak, jak panie premierze Harperze, żyć i być szczęśliwym?

    Odkąd jesteśmy tutaj, deszczu nie było wcale więcej niż w Polsce. [edit z 2016-2017 – padało przez 5 miesięcy, średnio 28 dni w miesiącu. Taaaaa]

    Zatem mimo, że mieszkamy w najmniej szczęśliwym mieście Kanady, to mamy szczęście, że nie padało tej jesieni-zimy-wiosny tak jak padać powinno.

    Badania pokazały, że najszczęśliwsi Kanadyjczycy mieszkają w Quebecu, w miastach poniżej 250 tys. mieszkańców. 

    Oczywiście oficjele na wieść o raporcie nie mogli się powstrzymać od podsumowania, że nawet jeśli mieszkańcy są nieszczęśliwi, to i tak szczęśliwsi od statystycznego obywatela innego kraju niż Kanada. Prawda to?

    Vancouver a Warszawa

    Jeszcze jedno ciekawe info  z kwietnia 2015:

    Warszawa w pierwszej piętnastce najlepszych miast do życia dla 30latków. A Vancouver za nią ! Na 17. miejscu.

    Toronto na 6. miejscu, najwyżej w Kanadzie.

    Pytać? Nie pytać? Dobra, zapytam 🙂 – Jak myślicie, które miasto lepsze?

  • Trawka czyli medyczna marihuana w Kanadzie i co miasto skręca

    Pierwszy post o sytuacji z legalizacją marihuany w Kanadzie opublikowałam w maju 2015. Rok później na łamach internetowego magazynu FUSS ukazał się dłuższy mój tekst, którego podstawą był tamten post. Postanowiłam zatem odświeżyć go, i zamienić oryginał na tekst z FUSS’a. Miłego czytania

    Przewałkowano ten temat w te i we wte. Najwyraźniej ojcowie miasta i mieszkańcy nie mają go jeszcze dość, jakieś regulacje i rozmowy w toku, co pobiorę darmową gazetkę uliczną Metro, to z pierwszej strony listek mruga znacząco.

    Można z gazetą w dłoni znaleźć miej­sca zie­lone, się leni­wie wycią­gnąć, towa­rzy­sko roz­ga­dać, usiąść z psem przy grillu.

    Można się maśla­nym wzro­kiem poga­pić na oto­cze­nie. Ręką trawę zie­loną leni­wie poma­cać. A drugą ręką trawę niezie­loną skrę­cić.

    Jak w Kanadzie wygląda medyczna marihuana?

    W Pol­sce jakieś nie­bo­tyczne lata wię­zie­nia cze­kają tego, kto maryśkę przy sobie posiada, bo wła­dza wni­kać nie będzie, na ile jest mu to potrzebne, by w cier­pie­niu ulżyć, o nie, ważne, że nie­le­galne, więc cap i mamy gostka.

    Medyczna mari­hu­ana jest legalna tak w Van­co­uver, w pro­win­cji Kolum­bia Bry­tyj­ska, jak i w całej Kana­dzie, gdzie dostęp do pro­ble­ma­tycz­nego leku i jego pro­duk­cja są ure­gu­lo­wane ustawą rzą­dową.

    Zostało wyraź­nie powie­dziane, ile można mieć na wła­sny uży­tek oraz co zro­bić, żeby dostać licen­cję pro­du­cen­ta­/sprze­dawcy.

    Mini­ster­stwo Zdro­wia wzbra­nia się co prawda przed nazwa­niem jej lekar­stwem, ale nie podważa prawa pacjen­tów do sto­so­wa­nia takiej formy tera­pii, o ile jest ona zale­cona przez wła­ściwą orga­ni­za­cję medyczną i zare­je­stro­wana we wła­ści­wym miej­scu.

    Nie­dawno mini­ster­stwo wydało naj­now­szą wer­sję prze­wod­nika po medycz­nej mari­hu­anie.

    Na ponad 150 stro­nach skru­pu­lat­nie opi­sano, jak sto­so­wać tę kon­tro­wer­syjną formę lecze­nia, a w sto­sunku do poprzed­niej wer­sji manu­ala dorzu­cono sporo nowych infor­ma­cji, m.in. o wpły­wie mari­hu­any na nie­które cho­roby umy­słowe czy jazdę samo­cho­dem.

    Rząd używa bar­dzo ostroż­nych sfor­mu­ło­wań, żeby broń boże nie zostać posą­dzo­nym o pro­pa­go­wa­nie zioła.

    Odno­szę wra­że­nie, że do obrotu maryśką Kanada podcho­dzi tak jak do sprze­daży alko­holu: nie pole­camy, ale nie zabra­niamy cał­ko­wi­cie, bo swój rozum macie, a poza tym wia­domo, że jak się cze­goś zabroni, to na pewno będzie to można dostać w inny spo­sób. Nie­le­galny i nie­bez­pieczny.

    Zioło, dasz miastu zarobić?

    Mimo to jest obszar zwią­zany z tym bizne­sem, ukryty w wiel­kim limbo, który podniósł ciśnie­nie wło­da­rzom naszego mia­sta.

    Cho­dzi o tzw. pot shopy, w któ­rych sprze­daż lecz­ni­czej mari­hu­any nie jest w Kana­dzie ure­gu­lo­wana.

    W maju 2015 w Van­co­uver dzia­łało 85 takich przy­byt­ków. To spe­cy­ficzne apteki-kluby, które pró­bują orga­ni­zo­wać coś w rodzaju wspól­noty, gdzie zaku­pów mogą doko­ny­wać jedy­nie zare­je­stro­wani człon­ko­wie, teo­re­tycz­nie na pod­sta­wie recept.

    I to wła­śnie te sklepy były solą w oku rządu, a i mia­sto miało o czym myśleć.

    Temat punk­tów sprze­da­ją­cych mari­hu­anę, a kon­kret­nie tego, czy Van­co­uver ma coś zro­bić, żeby na nich zaro­bić, wał­ko­wano rok temu we wszyst­kich gaze­tach.

    Z pierw­szych stron listek mru­gał zna­cząco i tylko miej­scami poja­wiały się infor­ma­cje o trzę­sie­niu ziemi w Nepalu albo innym „pomniej­szym” wyda­rze­niu.

    Jest się nad czym zasta­na­wiać – biznes maryś­kowy wzrósł w prze­ciągu roku o jakieś 150%.

    W Van­co­uver chyba tylko branża budow­lana ma się lepiej.

    Sporo pie­nię­dzy z opłat licen­cyj­nych, z podat­ków wsze­la­kiego rodzaju, to nie jest takie hop siup, żeby się nad tym nie pochy­lić.

    Z dru­giej strony jed­nak nie­le­galne (zda­niem rządu kon­ser­wa­tyw­nego pre­miera Stephena Har­pera), nie­ure­gu­lo­wane (zda­niem mia­sta) były te skle­piki, to nie Amster­dam, pro­szę pana, coś trzeba zro­bić.

    I wtedy Van­co­uver jako pierw­sze kana­dyj­skie mia­sto wpro­wa­dziło miej­skie roz­po­rzą­dze­nie regu­lu­jące zasady, na jakich dzia­łać mają cof­fee shops.

    Że tylko z licen­cją, że w okre­ślo­nej odle­gło­ści od szkół i miejsc uży­tecz­no­ści publicz­nej, że tylko pewna liczba takich skle­pów, że trzeba zapła­cić wstępne do kasy mia­sta.

    Ale pew­nie nie­długo sklepy z maryśką będą cool.

    Wła­dzę w pań­stwie prze­jął Justin Trudeau i Kanada jest cool, bo nowy pre­mier chce zale­ga­li­zo­wać rekre­acyjne uży­wa­nie mari­hu­any, ure­gu­lo­wać nie­ure­gu­lo­wane.

    Jak to wygląda u nas, w dzielnicy Mount Pleasant?

    Miejsc, gdzie można kupić sobie zioło, w oko­licy jest sporo.

    Jedno mamy nawet w naszym budynku, obok anty­kwa­riatu i fran­cu­skiej pie­karni. Nie­malże na przy­stanku auto­bu­so­wym, dwa kroki od com­mu­nity cen­tre.

    Skle­pi­ków ład­niej­szych i brzyd­szych na sąsied­niej ulicy jest sporo. Nie­które to więk­sze biznesy, z całą paletą pro­duk­tów dodat­ko­wych, serią ubrań czy gadże­tów. Z pięk­nymi wysta­wami i rekla­mami.

    Kupić skręta może każdy.

    Tak mówią ludzie. Że reje­stra­cja to mit, że nikt nie spraw­dza.

    A co ja mam na to powie­dzieć jako matka dwóch synów, lat 4 i 9?

    Prze­szka­dza mi zapach trawki w pobliżu pla­có­wek szkol­nych.

    Nie­stety w pobliżu szkoły Krzyśka, w Parku Relak­su­ją­cych się Kolesi (tak, tak, jest taki park, Dude Chil­ling Park), owi kole­sie czę­sto relak­sują się nadmier­nie, zosta­wia­jąc po sobie śmiet­nik.

    Choć pew­nie sporo działo się pod wpły­wem leczniczego narkotyku, z miej­sca nie winię jego stosowania.

    Bo czy mnie oce­niać, na ile ktoś potrze­buje i czy w ogóle?

    Krzy­siek ma taki sto­su­nek jak do pala­czy papie­ro­sów, czyli że śmier­dzi. Dzieci pod wpły­wem w parku nie widzia­łam. Jed­no­cze­śnie dobrze, że nowa mini­ste­rialna publi­ka­cja o mary­śce zawiera mocno roz­bu­do­waną sek­cję o wpły­wie tejże na mło­dych.

    Jest szansa, że leka­rze będą uświa­do­mieni, ostroż­niejsi, a w szkole zaczną się poga­danki na ten temat – o ile już takich się nie orga­ni­zuje.

    Mam (słabą) nadzieję, że nikt Krzyśka czy Maćka (omg) nie poczę­stuje, ale jeśli tak, to muszą wie­dzieć, co to jest i do czego służy.

    I nasza w tym głowa jako rodzi­ców, żeby im to obja­śnić. I o innych używ­kach też opowie­dzieć. O szyb­kich przy­jem­no­ściach, które spłaca się dłu­giem wobec sie­bie. Roz­ma­wiać o alko­holu, o papie­ro­sach i o mari­hu­anie też.

    Żaden rząd za nas tego nie zrobi, choćby nie wiem, ile naka­zy­wał i zaka­zy­wał.


     

  • Zdjęć garstka – wiosenne rowelove i kwitnące wiśnie w Vancouver. Cherry blossom festival

    Holandia ma tulipany, a Vancouver ma kwitnące wiśnie. Tak, dobrze czytacie, Vancouver aka mała Japonia 😉

    Kanada to nie tylko kraj klonowego liścia, okazuje się. Co roku, na wiosnę, na wielu ulicach i pomniejszych uliczkach zakwitają na różowo drzewa wiśni. Mniejsze, większe, pochyłe i rozłożyste. Na Instagramie szał kwiatów. [czekam tylko, aż ktoś ustawi hashtag na #robięzdjęcieludziomrobiącymzdjęciekwitnącymwiśniom ;)]

    Ok, ładnie, ale skąd one się tutaj wzięły? Kwitnące wiśnie w Vancouver to od zawsze tak?

    Też byłam ciekawa, zwłaszcza jak już przestałam się na nie gapić z otwartymi ustami [na rowerze nie polecam, bo muchy wpadają]. Skąd te drzewka tutaj? Poszperałam i oto jest proszę państwa :

    Vancouver cherry blossom festival 

    czyli taki czas w marcu i kwietniu, kiedy się o kwitnących wiśniach opowiada, dostojnie pomiędzy nimi przechadza (tree talks and walks), jeździ pomiędzy nimi na rowerze, spotyka z sąsiadami i przyjaciółmi i w ogóle co się da. Idea jest taka, żeby uświadomić mieszkańcom miasta, że drzewka wiśniowe to takie samo dziedzictwo jak zabytkowe domy, że trzeba je chronić i dbać o to, żeby miały swoje stałe miejsce na turystycznej mapie Vancouver.

    Historycznie, jednym słowem, je potraktować. Pierwsze drzewka pojawiły się w Vancouver w latach trzydziestych, podarowane, oczywiście, przez zaprzyjaźnione japońskie miasta. Od tamtego czasu, na przestrzeni lat, to dosadzano, to znów usuwano drzewka, żeby mieszkańcom się ładnie i wygodnie żyło (klik po więcej historii). Obecnie jest ich 130,000 ! Sporo. I dobrze 🙂

    Ładnie wyglądają na zdjęciach. Te poniżej są z 2015 i 2016, z naszych rowerowych wycieczek i spacerów po okolicy.

    wiosenne rowelove April 2015
    kwitnące wiśnie
    Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada
    Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada
    Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada

    do miłego !

  • MOA – Muzeum Antropologiczne w Vancouver. Jacy są Indianie kanadyjscy. Howgh!

    Ten post początkowo dotyczył naszej pierwszej wycieczki do MOA, na wiosnę 2015.  Latem 2016 roku napisałam krótki tekst o trudnej sytuacji Indian kanadyjskich dla internetowego magazynu FUSS. Postanowiłam wtedy połączyć ten post, inny, niewielki blogowy wpis o szkołach rezydencjalnych oraz artykuł z Fuss’a. I tak powstał poniższy post, na który zapraszam.

    Wstyd się przy­znać, że przed emi­gra­cją cała moja wie­dza o rdzen­nych miesz­kań­cach Kanady ogra­ni­czała się do mgli­stych wyobra­żeń czer­wo­no­skó­rych, poważ­nych twa­rzy i sze­lesz­czą­cych pió­ro­pu­szy.

    Prze­cież wiem, jak wygląda India­nin – w książ­kach napi­sali, westerny się oglą­dało, znaki dymne, tipi, toma­hawki i w ogóle. Cepe­lia from Kanada i drżyj­cie blade twa­rze.

    Teraz wiem wię­cej. Wciąż nie­wiele.

    Kilka wyrwa­nych z szer­szego kon­tek­stu infor­ma­cji, parę postron­nych i obar­czo­nych subiek­tyw­nym odczu­ciem obser­wa­cji na ulicy, coś tam, co Krzyś od czasu do czasu napo­mknie po lek­cji social stu­dies. Nic szcze­gól­nego.


    Wiosną 2015 byli­śmy w Muzeum Antro­po­lo­gicz­nym na tere­nie Uni­wer­sy­tetu Kolum­bii Bry­tyj­skiej, ale jak to z dziećmi bywa, prze­mknę­li­śmy po kory­ta­rzach, kątem oka zer­ka­jąc na wystawy.

    Muzeum Antropologiczne w Vancouver jest bardzo nowoczesne, na samiusieńkim końcu wybrzeża, bogate w zbiory, chociaż może niekoniecznie dla najmłodszych.

    Maciek prędko się znudził, a ciężkie szuflady przyprawiały mnie o bezustanny niepokój, czy nie przytrzaśnie sobie palca.

    A kawiarnia zamknięte w godzinach działania muzeum, o nienienienie, tak się nie bawimy 🙁

    Pojechaliśmy na festiwal tańców Indian z zachodniego  wybrzeża i ten pokaz, to był strzał w dziesiątkę

    Dosłownie opadły nam szczęki z zachwytu na widok tańczących, staranności z jaką wykonane są ich stroje i rekwizyty [zerknijcie na zdjęcia w dalszej części posta]. Było tak niewymuszenie uroczyście. Chłopcom też udzielił się ten nastrój i w skupieniu oglądali godzinny pokaz. Krzysiek komentował historie na scenie – raz w tygodniu mają w szkole zajęcia rdzennych mieszkańcach Kanady.


    Kim są rdzenni mieszkańcy Kanady?

    Mówi się na nich Abo­ri­gi­nal Peoples lub Indi­ge­nous Peoples, a sta­no­wią około 4% popu­la­cji kraju. Czyli nie­wiele. Kana­dyj­ska kon­sty­tu­cja uznaje 3 grupy rdzen­nych miesz­kań­ców. Pierw­sza z nazwy to First Nations. To o nich napi­sano książki, nakrę­cono filmy i opo­wia­dano dzie­ciom histo­rie – to są India­nie, cho­ciaż „Indians” to okre­śle­nie potoczne, nie używa się go w sytu­acjach i doku­men­tach urzę­do­wych. Póź­niej mamy Mety­sów (Métis), potom­ków Indian i pierw­szych euro­pej­skich osad­ni­ków, oraz Inu­itów (Inuit), czyli miesz­kań­ców ark­tycz­nych rejo­nów Kanady.

    Trochę historii kolonizacji Kanady

    Pierwsi Euro­pej­czycy przy­byli do wschod­niej Kanady na początku XVII wieku i zaczęli han­dlo­wać z tubyl­cami. Na han­dlu się nie skoń­czyło. Kolo­ni­za­to­rzy zaczęli zagar­niać dla sie­bie coraz wię­cej bogactw natu­ral­nych i ziemi, zmu­sza­jąc Abo­ri­gi­nal Peoples do zamiesz­ka­nia w rezer­wa­tach. Nie­ła­twe sto­sunki mię­dzy osad­ni­kami a miesz­kań­cami pró­bo­wał (nie­udol­nie) ure­gu­lo­wać rząd kana­dyj­ski, który w 1876 roku wydał Indian Act, zachę­ca­jąc, a wła­ści­wie naka­zu­jąc, żeby tubylcy porzu­cili swoje zwy­czaje i sta­rali się zasy­mi­lo­wać z przy­by­łymi z Europy osad­ni­kami. Na mocy tego aktu praw­nego roz­wi­nęła się sieć tzw. resi­den­tial scho­ols, szkół z inter­na­tem zało­żo­nych przez bia­łych osad­ni­ków celem naucze­nia rdzen­nych miesz­kań­ców Ame­ryki, czym jest praw­dziwa cywi­li­za­cja. Rdzenna kul­tura kana­dyj­ska opie­rała się na prze­ka­zie ust­nym (oral history).

    System szkół rezydencjalnych czyli wstydźcie się Europejczycy

    Nie­stety, dla Euro­pej­czy­ków tra­dy­cja nie­spi­sana w księ­gach była mniej warta, uznano ją za pry­mi­tywną.

    Dla­tego też tysiące dzieci zostało ode­bra­nych rodzi­com i umiesz­czo­nych w szko­łach, gdzie miały nauczyć się euro­pej­skiego – lep­szego – postrze­ga­nia świata.

    Ten sys­tem edu­ka­cyjny funk­cjo­no­wał w Kana­dzie aż do 1996. 

    Spe­cjalna komi­sja rewi­zyjna wio­sną 2015 podzie­liła się rezul­ta­tem swo­ich badań. Doli­czyli się 150 tysięcy dzieci, które uczyły się w tych szko­łach.

    Ogromna, przy­tła­cza­jąca liczba. Dzieci, które dzi­siaj są doro­słymi nie­ra­dzą­cymi sobie ze swoją prze­szło­ścią i teraź­niej­szo­ścią. Powoli prze­ła­mują mil­cze­nie, doma­gają się wyja­śnień i zado­śćuczy­nie­nia.

    W szko­łach rezy­den­cjal­nych dopusz­czano się wielu podłych rze­czy wobec indiań­skich dzieci: nie wolno było mówić w języku ple­mie­nia, reli­gia i prak­tyki reli­gijne inne niż chrze­ści­jań­skie nie miały prawa bytu, część dzieci wyste­ry­li­zo­wano i dopusz­czano się wobec nich nad­użyć na tle sek­su­al­nym.

    Linki do artykułów po angielsku: pierwszydrugi. I jeszcze artykuł z New York Times

    Tajemnicze zaginięcia tubylczych kobiet

    Reper­ku­sje na tle raso­wym przy­bie­rają nawet współ­cze­śnie formy bar­dzo opre­syjne.

    W naszym com­mu­nity cen­tre wisi tablica „Mis­sing Abo­ri­gi­nal Woman”. Jest o zagi­nio­nych i zamor­do­wa­nych auto­chto­nicz­nych kobie­tach, któ­rych ginie pra­wie 5 razy wię­cej niż innych Kana­dy­jek.

    Dla­czego? Nikt nie potrafi do końca wytłu­ma­czyć powo­dów prze­mocy, a śledz­twa kana­dyj­skiej poli­cji nie dają peł­nego obrazu tego, jak wygląda codzienne życie rdzen­nych miesz­kań­ców, ich codzienne wybory, które dla ponad 1000 kobiet skoń­czyły się tra­gicz­nie.

    Niek­tó­rzy winią nar­ko­tyki, inni kon­tekst spo­łeczny.

    Co robić jak się spotka w VancouverIndianina?

    Zda­niem Abo­ri­gi­nal People ani kon­sty­tu­cja, ani Indian Act, ani tym bar­dziej nie­sku­teczne dzia­ła­nia rządu nie służą ochro­nie inte­re­sów rdzen­nych miesz­kań­ców Kanady.

    Mimo że na pierw­szy rzut oka wydaje się, że tubylcy nie powinni narze­kać.

    Mają szer­sze upraw­nie­nia niż „zwy­kli” Kana­dyj­czycy – nie płacą podat­ków, stu­diują za darmo (kre­dyt na naukę na uczelni wyż­szej to pokaźny dług, z któ­rym absol­wenci zaczy­nają swoje doro­słe życie), a w niektó­rych zakła­dach pracy mają prio­ry­tet pod­czas zatrud­nie­nia.

    Mam wra­że­nie, że mia­sto im nie służy.

    Dla­tego szanse natknięcia się na India­nina w Van­co­uver są nie­wiel­kie, mimo że nie wszy­scy miesz­kają w rezer­wa­tach.

    Ale jak się już wpada na India­nina, naj­czę­ściej prze­cho­dzi się na drugą stronę ulicy.

    Tak, wiem, jak to brzmi.

    Wygląda jesz­cze gorzej.

    Ale tak wła­śnie jest i żadne zakli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści tego nie zmieni.

    Czę­sto bywają zanie­dbani, gło­śni, zma­gają się z oty­ło­ścią, spra­wiają wra­że­nie nie­za­rad­nych. Wyglą­dają na ludzi, któ­rym się w życiu nie udało.

    W niczym nie przy­po­mi­nają Indian z ksią­żek Karola Maya, ale nie to mnie smuci.

    W Kana­dzie nie poru­sza się tego tematu, cho­dzi się koło niego z nadzieją, że nikt nic nie powie. India­nie są więc niewi­doczni.

    Z rzadka sły­szy się o nich pod­czas pro­te­stów czy gorą­cych dys­ku­sji, kiedy przedmio­tem sporu staje się rzeka, zie­mia, tama.

    Sły­szy się o nich czę­ściej pod­czas uro­czy­sto­ści, kiedy sta­no­wią atrak­cję tury­styczną, bo prze­cież to wszystko takie kolo­rowe i piękne.

    Sami popatrzcie na zdjęcia – na pierwszy rzut oka można myśleć, że co jak co, ale Indianinem dobrze być !

    Indianie kanadyjscy_2_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie i emigracji do Kanady
    Indianie kanadyjscy_1_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie i emigracji do Kanady

    Z ksią­żek o India­nach wyła­nia się obraz dum­nego, odważ­nego i chcą­cego sta­no­wić samemu o sobie narodu.

    Dzi­siaj są jed­nak mocno potur­bo­wani. Na siłę dopa­so­wy­wani do stan­dar­dów euro­pej­skich, zostali pozba­wieni cią­gło­ści histo­rycz­nej, spo­łecz­nej i emo­cjo­nal­nej.

    Dzi­siaj India­nie kana­dyj­scy, mimo że byli tutaj od zawsze, zma­gają się czę­sto z wyzwa­niami więk­szymi niż nowo przy­byli.

    Histo­rii nie da się tak łatwo odkrę­cić. Nie wystar­czy powie­dzieć „prze­pra­szam”. Mleko się roz­lało i zapa­szek cią­gnie się przez lata.

    O dzi­siej­szych India­nach nikt nie napi­sze pory­wa­ją­cych ksią­żek, nie nakręci bra­wu­ro­wych fil­mów akcji.

    Żyją „gor­szym” życiem, mimo uła­twień nie­do­stęp­nych innym Kana­dyj­czy­kom.

    To, jak obe­szła się z nimi histo­ria pisana ręką bia­łego czło­wieka, z pew­no­ścią wpły­nęło na ich teraź­niej­szość.

    Dzi­siaj są nie­przy­sto­so­wani, nie pasują do wize­runku mia­sta sta­wia­ją­cego na mło­dych, wyspor­to­wa­nych, zarad­nych i ener­gicz­nych.

    Miesz­kam teraz w ich kraju, na ich ziemi. Nazwa „Canada” pocho­dzi z ich języka – kanata to wio­ska­/sie­dziba w mowie ple­mion zamiesz­ku­ją­cych oko­lice Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca.

    Patrzę na te same góry, na które oni patrzyli, czuję ten sam wiatr od Pacy­fiku.

    I jest mi żal.

  • Jesteśmy komjutersami – 6 ciekawostek zza szyby autobusu

    Od paru dni jeździmy całą rodziną autobusami, trolejbusami i kolejko-metrem po Vancouver i nawet do Burnaby (druga strefa biletowa).

    Ferie wiosenne w szkołach wymusiły taką oto aktywność naszą. Krzysiek uczestniczy w zajęciach pozaszkolnych w placówce YMCA (około 140 $ za cały tydzień od 9 do 17), zajęcia niestety są w sporej odległości od naszego domu, trzeba się przejechać do śródmieścia.

    A dodatkowo obecnie w Vancouver trwa kampania zachęcająca mieszkańców do głosowania za zwiększeniem wydatków na transport miejski, niestety kosztem podniesienia podatków, co jak możecie zgadnąć, wielkiej radości wśród ludzi nie budzi. Temat na czasie zatem 🙂

    Obserwowanie życia komjutersów to zajęcie fascynujące. 6 takich przemyśleń sobie spisałam:

    1. Wszyscy mają jakieś kubki, termosiki, czy wręcz kanistry z piciem, przysięgam widziałam panią ze słoikiem wody, w której pływał zielony ogórek pokrojony w plasterki, ot taka popitka ku zdrowotności.
    2. Trzeba mieć nie lada cierpliwość, żeby jeździć autobusami regularnymi, ledwo ruszy, już się zatrzymuje na następnym przystanku, ja rozumiem, że się nie chce nikomu za daleko chodzić, no ale żeby z przystanku było widać następny, to już chyba lekka przesada. Najlepiej jeździć ekspresowymi liniami.
    3. Do autobusu wsiada się przednim wejściem, uiszcza opłatę u kierowcy/kasuje bilet/pokazuje bilet/ uśmiecha się i mówi hałdujudu, po czym przesuwa się na tył autobusu (nie kierowcy). Jak się chce wysiąść, trzeba szarpnąć linkę biegnącą wzdłuż okien, wysiąść tylnym wyjściem, a wysiadając wypada podziękować i życzyć miłego dnia kierowcy (w końcu nas wpuścił, przewiózł i wypuścił). Na przystanku się czeka w kolejce, czasami wiją się owe w długich zawijasach (zwłaszcza na przystanku ekspresówki 99, przy stacji Commercial – Broadway), ale nie bój nic, są wymalowane pasy na chodniku, nie zginiesz w kolejce, która z składa się z przedkolejki, śródkolejki i tyłkolejki.
    4. Pojazd magiczny – SKYTRAIN, budzące bezustanną fascynację Maćka. Metro-kolejka, która jeździ sama, bez konduktora, bez maszynisty, ale miejsce dla konduktora i maszynisty posiada (czyli pojedyncze siedzenie tuż przy panoramicznej szybie przedniej). Jak się słusznie domyślacie miejsce to jest przedmiotem dzikiego pożądania i  chłopaki zawsze się o nie kłócą, no ale jest fajne, więc i ja czasami się przyłączam do wyścigu o nie.
    5. Koszt biletów zobacz na tej stronce, miesięczny od 99 do 150 $, pojedyncze w bloczkach (bilet jest ważny przez 90 minut) 2.10$ dla dorosłego, coś ponad 1.70$ dla Krzyśka.
    6. Moda moi drodzy, moda autobusowa, za bardzo się nie różni od mody ulicznej, ma być wygodnie. Jest jedna różnica – w autobusie da się wykonać makijaż, maznąć kreskę na zaspanym oku (ale tylko w pospiesznych, te regularne zbyt często się zatrzymują i można się nieźle dziabnąć w oko)

    i jeszcze nie mogłam się powstrzymać i linka podsyłam ….. choć autobusy w Vancity są niebieskie 🙂

    [symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

    PODZIEL SIĘ