Blog

  • 5 sprawdzonych miejsc, gdzie jedliśmy w Vancouver i jak mnie Ceasar wkręcił

    Jedzenie to zawsze wdzięczny temat, każdego interesuje, prawda? I jakie ładnie historie można potem opowiadać, na przykład tę o chińskich pączkach Poniżej znajdziecie kilka słów o miejscach, gdzie jedliśmy w Vancouver.

    Lista wielce niekompletna, ale na początek się nada.

    Po kanadyjsku: jedyny taki, original & legendary, czyli White Spot Restaurant.

    Restauracja znanaod pokoleń mieszkańcom Kolumbii Brytyjskiej. Ludzie przychodzą całymi rodzinami, na codzień i od święta, na śniadania, lunch, kolacje.

    Często nawet nie patrzą w menu, bo od lat te same sprawdzone dania na pewno nie zawiodą.

    Nie zawiedliśmy się i my, ale też łał jakiegoś nie było. Dobre, szybko podane, przyjemna obsługa. Ceny trochę zawyżone, no ale hej, to jest restauracja. Jak się spóźnią z daniem, nie musisz za nie płacić, jak się pomylą w zamówieniu, nie musisz za nie płacić.

    Jest przyzwoicie. I dobre hamburgery. Ale nad ciastkiem z jagodami to musieliby jeszcze popracować.

    A jako opcję bardziej w stronę  fast foodową można wybrać się do Ricky’s All Day Grill, inny gastronomiczny rodzinny biznes z Kolumbii Brytyjskiej.

    Próbowaliśmy tam klasycznego burgera, smak okej, porcja niewyszukana jeśli chodzi o wielkość, dla chłopca lekko powyżej średniej może być niewystarczająca.

    Po japońsku, z lekka na wyrost, ale trzeba wspomnieć: sushi.

    Tutaj podobno najlepsze jest na Commercial Drive.

    Nam zdarzyło się parę razy zajść na sushi, do miejsca mniej wyszukanego, gdzie nie trzeba się wpisywać na listę oczekujących na stolik.

    Wybór ogromny, wystrój jak z popowej piosenki ze skośnookimi dziewczynkami, na talerzach sztuczne kwiaty i dymiący lód.  Sushi smaczne i niedrogie.

    Się nie znam zupełnie, bo w Warszawie może z dwa razy próbowałam, ale wydaje mi się, że tutaj receptura dania została trochę podrasowana, coby gustom miejscowym bardziej przypasować. Stąd majonez w sushi.

    Po żydowsku, czyli najdroższe drugie śniadanie w Vancity.

    Stęsknieni za prawdziwymi plackami ziemniaczanymi z kwaśną śmietaną, i skuszeni prawdziwym ogórkiem kiszonym (prawdziwym, a nie takim a’la pikle) zajechaliśmy kiedyś do Sally.

    Smacznie, ale porcje maluśkie, a ceny nie. Zatem placki musimy robić sami, a na rosół przyjdzie nam poczekać do wizyty w Polsce.

    Po kanadyjsku po raz drugi: restauracja/bar typu diner.

    Te najlepsze są oczywiście prz szosie 66 w Sanach.

    Ale chociaż szosa szerokim łukiem omija zarówno Vancouver, jak i resztę Kanady (ha ha ha), to jednak owe przybytki są i tutaj, i mają się dobrze, i serwują dużo, mało wyszukanie, na swojską nutę.

    Przy ulicy Głównej (ta część Main po stronie Mount Pleasant) jest ich całkiem sporo. Nasze ostatnie odkrycie i do tej pory bezapelacyjny zwycięzca w tej kategorii to Lucy’s Eastside Diner.

    Jeśli jesteś przypadkiem w Vancouver i na dodatek należysz do osób, które lubią jeść śniadanie na obiad, to na pewno musisz spróbować tutejszych zestawów brunchowych (czy tak to się pisze???). I potem rozpowiadać o tym znajomym, dziwiąc się, że jak to, mieszkają w Vancouver dłużej od Ciebie, a nie wiedzą co to jest Mac n Cheese and Pulled Pork Hoagie (CAD 9.5)?

    Kanapka grillowana z makaronem, serem i wieprzowiną zapycha skutecznie na wieeeeleeee godzin.

    No i jest jeszcze w Lucy zadanie:

    Wujek wyzywa na pojedynek, czyli Ty kontra 6 warstwowy megaburger & frytki & koktajl. Masz dwadzieścia minut, jak zjesz i się nie pochorujesz od razu, to Twoje zdjęcie ląduje na Ścianie Chwały i nie płacisz za jedzenie.

    A jak nie, no to mój drogi, czeka na Ciebie Wall of Shame, wstydź się, żeś myślał, że taki chojrak, a tutaj buła z mięsem Cię pokonała. Znacie kogoś, kto by się wyzwania podjął?

    I jeszcze ku przestrodze, bo oczywiście musiałam zaliczyć jakiś kulinarny wtop, a co.

    Dobrze, że świadkami była li i jedynie rodzina. Najbliższa.

    Więc tak, na każdym niemalże restauracyjnym stojaku z menu jest wypisane drukowanymi : CEASAR.  

    Myślę, wszędzie można sałatkę Ceasar zjeść, nie tylko w Macdonaldzie, ale wszędzie.

    Zatem zamawiam i kelnerka się pyta, czy  regular czy extra. Cena ta sama, zatem nie byłaby sobą i Polką, żeby nie zamówić extra (czyli w moim mniemaniu większą porcję).

    I za moment nastąpił opad szczęki, bo kelnerka przyniosła mi napój. CEASAR to jest drink.

    A konkretnie drink na “dzień po”.

    Stąd pewnie jego popularność i częstotliwość występowania w naszej okolicy.

    A Ceasar extra, to jest drink extra pieprzny, coby lepiej na nogi stawiał.

    Olaboga. Wypiłam, dobre, nie powiem, ale paliło w gardle niemiłosiernie. I mam nauczkę, że jak chcę sałatkę, to muszę poprosić o Ceasar salad.

    No to jak piszę o wtopach, to jeszcze się podzielę z tymi, co nie wiedzą

    Jak zamawiałam w Paryżu, wieki temu, bo w naszej podróży poślubnej, roast beef (czyli pieczoną wołowinkę).

    Zdziwienie wielkie nastąpiło, kiedy na talerzu przede mną wylądował…. tatar.

    Kelner mnie źle zrozumiał, albo mój angielski taki był słaby, ale nie, wolę zwalić winę na Francuzów, ja ich nie rozumiem, jak mówią po angielsku, więc pewnie nie(dosłyszący/douczony) kelner zamówienie przyjął na raw beef (czyli surowa wołowinka).

    I stąd zamiast pieczeni miałam tatara… Pewnie dobrze by się komponował z Ceasar’em do popicia…

    Na koniec jeszcze historia o chińskich pączkach. Chcielibyśmy o niej zapomnieć…

    W 2015 roku pojechaliśmy zbadać Kubę na ulicy Victoria.

    To wciąż w Vancouver, ale wybitnie azjatycka część, serio, zaczęliśmy nawet dla zabawy wyszukiwać na ulicy białego człowieka (trzech było).

    Klinikę znaleźliśmy, badania zrobione, ale ja nie wiem, co mnie podkusiło, żeby w tej dzielnicy zakupić celem popróbowania, wypieki chińskie.

    Weszłam do jednej piekarni, z szyldem, co to miał więcej znaczków chińskich niż ciastek na ladzie.

    Trzeba próbować nowych rzeczy, tej zasady się trzymamy, choć szczerze może ze 20% tego co do tej pory jedliśmyw  Vancouver, wzięlibyśmy jeszcze raz do ust.

    Ale ok, rozglądam się po chińskiej piekarni, nic, NIC, nie wygląda znajomo, ale się decyduję zakupić po trzy sztuki słodkie i słone (pani łamanym angielskim powiedziała mi o promocji- jak kupię 6 sztuk, nie naliczą mi tutejszego VATu).

    Przynajmniej w teorii różniły się smakami, w rzeczywistości chiński pączek nie smakował niczym, poza tłuszczem.

    I kształtem też pączka z Górczewskiej czy od Bliklego nie przypominał, albo chociaż poczciwego kanadyjskiego donata (pączka z dziurką).

    Długa, powyginana pałka, ociekająca tłuszczem.

    Na sześć ciastko-pączko-wypieków, JEDEN był jadalny. I to nie w całości (strasznie pikantny i tłusty).

    Reszta pęczniała w ustach, kawałki mięsa w nadzieniu miały dziwny kształt, fakturę, o smaku nie wspomnę, a po pierwszym gryzie wszystko wylądowało w śmietniku.

    No jacie nie mogę, a mówią, że Polacy jedzą tłusto. BLEEEEEEEE, żadnych więcej piekarniczych specjałów kuchni azjatyckiej.

    Dobrze, że migusiem udaliśmy się gdzie indziej, gdzie przepłukałam sobie gardło poczciwą niezdrową coca colą.

    Ale to już poza azjatycką dzielnicą, bo w tej jedyny napój dostępny na każdym kroku to Bubble Tea, co jest chyba nawet jeszcze gorsze od tych nieszczęsnych pączków (mieszanka mleka, herbaty i ciągnący się, lepiących, supersłodkich kulek z żelatyny, omg).

    Finał dnia: potężne dolegliwości żołądkowe o ujściu dolnym i górnym.

    Inne kanadyjskie przysmaki, które warto spróbować:

    • Poutine czyli frytki polane sosem pieczeniowym (gravy) i posupane kawałkami sera. Występuje w różnych odmianach, ja np lubię wersję śniadanowią, czyli z jajecznicą i warzywami. Kanadyjskie danie narodowe
    • Tourtiere – rodzaj tarty z nadzieniem mięsnym
    • Bannock – wysmażany / wymiekany placek ala chlebek (trochę jak langos u południowych sąsiadów Polski). Najlepszy jaki jedliśmy, był w Mission, w lokalnej knajpce
    • Montreal smoked meat sandwich czyli kanapka przełożona górą mięsa – wołową wędliną, zapeklowaną i wędzoną. Występuje w towarzystwie ogórka (pickle) oraz musztardy
    • Lobster roll – czyli kanapka z pastą z łososia
    • Butter tarts vzyli kruche mini tarty z bardzo słodkim nadzieniem
    • skoro słodkie to Beaver Tails, bobrowe ogony. Podłużne placki ala pączki, usmażone i podane z dowolnym słodkim nadzieniem. Tak, jest też Nutella i cukierki orzechowe Reese’s. Polecamy ogonki na Grouse Mountain
    • lokalne Nanaimo bars, czyli supoer słodki przekładany batonik kokosowo-kakowo-orzechowy. W Nanaimo, na wyspie Vancouver jest cały szlak miejsc oferujących Nanaimo bars. Tak, występuje też w wersji z bekonem.
    • dziwne i dziwniejsze: czipsy ketczupowe, czipsy o smaku ogórków konserwowych (dill pickle chips), all dreesed chips czyli mieszanka kwaśno-słonych czipsów (ketchup, barbecue, kwaśna śmietana, cebóla, oraz octowe), popcorn karmelowo-serowy (I know!)
  • W Polskę jedziemy ! Pierwszy urlop w Polsce po roku w Kanadzie – co pokazaliśmy dzieciom

    Już dawno postanowiliśmy, że część naszego wrześniowego pobytu w Polsce, w roku 2015, przypadnie na tzw. urlop właściwy, czyli będziemy zwiedzać i wypoczywać, i byczyć się, i poznawać coś nowego.

    Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że przyjdzie nam mieszkać w Vancouver wiele lat i że z roku na rok coraz mniej będzie nam się chciało zwiedzać Polskę, a coraz więcej czasu spędzać z “naszymi” Polakami.

    Po pierwszym roku mieszkania w Kanadzie mieliśmy wielki niedosyt starówek, starych miast, zabytków starszych niż te z czasów, kiedy Ursynów budowano.

    Urlop w Polsce – robimy wycieczkę samochodem po polskich miastach

    Dlatego na pierwszy urlop w Polsce po roku w Kanadzie wybraliśmy wycieczkę objazdową w pożyczonym od rodziny samochodzie.

    Pomysł nie za szczęśliwy, bo nasze dzieci nie lubią podróżowania autem, no i polskie drogi, jakie są każdy widzi.

    Nasz pomysł na wycieczkę powstał przy założeniu, żeby wszyscy przetrwali, żeby się dało i trzylatka, i ośmiolatka zaciekawić.

    Szczegóły:

    • jedziemy do Wrocławia szukać krasnoludków,
    • potem do Krakowa smoka przywitać,
    • a na końcu w Toruniu pierniki upiec.
    • (bonus) – Biskupin

    Podczas wyjazdu miały być starówki i rynki jak się patrzy, tłumy turystów i odpustowe stragany.

    Jak to ogrom natury kanadyjskiej człowiekowi się na mózg rzuca, że chce mu się pod Sukiennice pchać, za wycieczkami szkolnymi w Wieliczce się ustawiać, czule głaskać chaty w Biskupinie…

    Taka nasza Polska była, mocno przesycona polskością właściwą, którą dla nas, nieco może naiwnie, właśnie miejskie starówki reprezentowały.

    Jak zorganizowałam wyjazd po polskich miastach?

    Jestem osobą dość zorganizowaną, ale kiedy przychodzi do urlopu, to planuje go minimalnie. Unikam przygotowania co do minuty. Zwiedzam bez szczegółowego zaznaczania w przewodniku: to jest must-seen, a to zobaczę tylko, kiedy mam czas.

    Nie chce mi się na wakacjach specjalnie wysilać. Mój pomysł na tamte wakacje to: polskie miasta, z ciekawymi starówkami, a na miejscu będziemy się zastanawiać, co robić i jak.

    Transport

    Dobrze, ze samochód był wygodny. Bo pożyczony.

    Oczywiście nie obyło się bez wtopy. Nie zorientowaliśmy się, że pomiędzy Łodzią a Toruniem jest wygodna autostrada. Efekt: jechaliśmy starą, krajową drogą. A potem spóźnienie i wkurzenie, że tyle lat mija, a drogi w Polsce wciąż badziewne.

    Noclegi i jedzenie

    Rezerwacje zrobiłam albo na booking.com albo na airbnb.

    Kryterium wyboru miejsca do spania miałam jedno – żeby było blisko tego, co chcemy zobaczyć.

    Ceny noclegów w 2015, koniec września, to około 350 zł za dwa dni w jednym mieście.

    Jedliśmy, co chcieliśmy (ja codziennie serniczek i drożdżówkę z makiem, a co!), oglądaliśmy bez spiny, co było po drodze.

    I to był strzał w dziesiątkę. Maciek, trzylatek, bez mrugnięcia okiem powie teraz, gdzie Smok Wawelski mieszka!

    Polecam najciekawsze miejsca z naszego urlopu w Polsce

    Wrocław – miasto krasnoludków i złego tygrysa

    Pierwsze zadanie we Wrocławiu – po przyjeździe nabywamy mapę krasnoludków ( kosztowała 7 pln, dostępna m.in w Informacji Turystycznej) i idziemy ich szukać po rynku.

    Dzieciaki są trwale zajęte, ganiają od krasnoludka do krasnoludka, więc jest szansa, że się zmęczą i pójdą spać. A to zawsze jest miłe, bo dorośli mogą wtedy posiedzieć na tarasie wieczorem.

    To jedna z moich zasad wyjazdów z dziećmi – zmęczyć synów tak, żeby szybko zasnęli. Jest tylko jeden problem – zwykle to one zmęczą nas, dorosłych. No ale próbować trzeba!

    We Wrocławiu zapomnieliśmy zjeść knyszę. Trzeba będzie wrócić w kolejnych latach (i zrobić zdjęcie na Instagrama ofkors). Kolega z pracy ostatnio odwiedził Wrocław i zajadał się pierogami.

    W 2015 roku nie wiedziałam jeszcze, że Ania z bloga simplyanna ma tyle świetnych artykułów o Wrocławiu! Koniecznie zajrzyj do niej, jeśli planujesz wycieczkę na Dolny Śląsk.

    Drugiego dnia we Wrocławiu poszliśmy odwiedzić zoo. Wychowałam się na programach: “Z kamerą wśród zwierząt”, więc tym bardziej cieszyłam się na ten spacer.

    ZOO we Wrocławiu jest świetne, wielkie, nowoczesne.

    Ale jest też wersja zoo = the zło! Gazety podawały, że dwa dni po naszym pobycie tygrys wymknął się z klatki. Ze skutkiem śmiertelnym dla opiekuna.

    Wrocławskie Afrykanarium przebija nawet Aquarium z Vancouver (tutaj nie mają hipcia takiego ogromnego). Zwierząt jest dużo i są blisko odwiedzających (tygrysy i lwy to nawet za blisko, jak się okazuje).

    Wejście taniej w poniedziałki, my byliśmy około 6 h i wciąż było mało. Przyzwoite jedzenie w restauracji.

    Przed dalszą trasą poszliśmy obejrzeć Panoramę Racławicką. Pokaz półgodzinny podobał się i dzieciom, i dorosłym. Przywołuję wspomnienia tej wizyty za każdym razem, kiedy Krzysiek jęczy, że musi się uczyć historii. Pomaga!

    Kraków – najbardziej znane miasto w Polsce Kanadzie

    Tak, tak, Kanadyjczycy mogą nie wiedzieć, że Warszawa jest stolicą Polski, ale Cracow znają świetnie! Miasto Smoka Wawelskiego należy do must-see miejsc podczas wędrówek Kanadyjczyków po Europie.

    Kanadyjczykom się podoba, no i nam się podoba również!

    Zaczęliśmy od spaceru po wiślanych bulwarach. Spaliśmy zaś i odwiedziliśmy piekarnie na Podgórzu (dopiero później nam powiedziano, że to dzielnica o specyficznej sławie, hmmm, kuzynka warszawskiej Pragi?).

    Chcieliśmy zobaczyć Wieliczkę. W Wieliczce byłam tylko raz, wieki temu. I pamiętam, że mi się podobało. Zresztą co ma się nie podobać? – przecież to świetna sprawa, taka kopalnia pod ziemią.

    Może zaskoczyć cię opłata 10 zł, jeśli chce się zdjęcia w kopalni robić (nie warto moim zdaniem.

    Pilnuj dzieci (albo i nie, hehe) – Maciek zawzięcie próbował, czy to rzeczywiście solne ściany. A jak próbował? Organoleptycznie oczywiście – czyli ścianę lizał.

    Po południu poszliśmy na krakowska starówka i Kazimierz, ale sławetne zapiekanki jakoś nas nie zachwyciły. Może dlatego, że pani-zapiekanka stanowczo odmówiła wydania Krzyśkowi butelki z keczupem do samodzielnego dozowania. Nie bo nie, należy się jedna porcja keczupu, i już!

    Zobaczyliśmy też Smoczą Jamę – mała bo mała, ale przyjemna.

    Jedziemy w stronę Torunia

    A po drodze, na spanie trafił nam się Piotrków Trybunalski. No to teraz pytanie – kto wie, co to za miasto?

    My nie wiedzieliśmy, a tymczasem miasto ma ładną starówkę, na której kręcono Vabank i W ciemnościach.

    Piotrków to miasto zdecydowanie do odkrycia. Maciek swoje już odkrył – zachwyciły go koty na piotrkowskim rynku.

    Welcome to Toruń

    Przyjemne mieszkanie na poddaszu zarezerwowałam przez airbnb. Mieszkaliśmy pomiędzy dwoma rynkami – urocze położenie! W rankingu Kuby toruńska starówka wygrywa !

    Jest też bardzo sensowny plac zabaw w odległości spaceru, w obrębie Starego Miasta. No proszę mi wskazać, gdzie jeszcze na polskich starówkach place zabaw są, hę? Pamiętam tylko jeden, w Warszawie, na Bugaju, ale poza tym mizernie.

    Toruń jest zacnie przygotowany na maluchy!

    Z jedzenia: Naleśniki w Manekinie takie se, ale żurek w chlebie pyszny!

    Hitem nad hity w Toruniu było Żywe Muzeum Piernika.

    Żeby wszystkie muzea tak wyglądały, żeby się tak muzealnikom chciało, jak tym młodym ludziom, historią czarować i ciekawić, toby się muzea od turystów nie opędziły.

    W muzeum jest genialny pokaz godzinny (rezerwujcie go sporo wcześniej !) Oczywiście jest i pieczenie własnych pierników. A pracownicy opowiadają o piernikach i Toruniu ze swadą i taką piękną polszczyzną, już tylko z książek znaną.

    Cudowne przeżycie, i reklamuję to muzeum, gdzie się da!

    Z Torunia do Biskupina

    Odwiedzin osady w Biskupinie nie planowaliśmy – w końcu miały być starówki.

    Ale szkoda bylo nie zajechać, skoro to po drodze. I świetnie nam się trafiło!

    Akurat trwał w Biskupinie Festiwal Smaków Dawnych.

    To oznacza, że było mnóstwo kociołków z bulgocącą zawartością. I stosy pajd ze smalcem, z ogórkiem kiszonym (za tym ogórkiem to ja bardzo tęsknię w Vancouver! Tak bardzo, że byłam skłonna całkiem sporo za niego zapłacić).

    Maciek wzgardził smalczykiem, za to pomny doświadczeń z Wieliczki, wziął się za lizanie ścian chat łużyckich. Ściany nie były słone. Za czyste też nie.

    Dla dzieci przygotowano ciekawe atrakcje – glinobabranie. Chłopaki brudni po pachy, ale zachwyceni. Kubeczkami zostali obdarowani wdzięczni (prawda?) dziadkowie.

    Urlop w Polsce po roku w Kanadzie – szeroko polecam!

    I już. To wszystko. Dużo? Mało? Moim zdaniem w sam raz.

    Plan był mocno dziecioprzyjazny. I nam, rodzicom też się podobało.

    A jeśli nie możesz pojechać do Polski na lato, to może swoje dzieci wysyłasz? Mt tak zrobiliśmy w 2019 roku i to było najlepsze lato ever! W poście przeczytasz, jakie są zalety wysyłania dzieci na urlop do Polski!

    A ty mieszkając w Kanadzie latasz do Polski na wakacje? Zwiedzasz ojczyznę czy raczej odwiedzasz rodzinę?

  • Pogadajmy o pieniądzach – za ile $/h da się przeżyć czyli płaca minimalna w Vancouver

    Ten post napisałam jesienią 2015 roku, ale zaglądam do niego regularnie i odświeżam, bo o pieniądze pytacie najczęściej.

    Jakie jest jedno z takich pytań od kogoś, kto rozważa przyjęcie oferty pracy w firmie w Vancouver:

    Nie jest łatwo odpowiedzieć na takie pytanie, bo każdy indywidualnie ustala sobie poziom życia i ile pieniędzy na niego potrzebuje.

    Pytania, na które Ty powinieneś znać odpowiedź to:

    • Jakie są Twoje cele finansowe (czy chcesz kupić nieruchomość w Kanadzie, odłożyć na naukę dla dzieci, czy na emeryturę)
    • Nie wiem, ile wydajesz (bo jadasz na mieście, a nie gotujesz, a jak gotujesz to tylko organic)
    • A ile oszczędzasz?
    • Czy lubisz ryzyko finansowe czy święty spokój? (inwestujesz na giełdzie, korzystasz z odliczeń)
    • Ile to dla Ciebie “dość” pieniędzy?

    Dzięki pieniądzom można wiele, ale jednak nie wszystko.

    Przez wiele lat mieszkania w Kanadzie wielokrotnie mówiłam i pisałam, że nam, rodzinie polskiej z dwójką dzieci szkolnych, lepiej się wiodło ekonomicznie w Warszawie.

    Pytacie, że skoro w Polsce zarabialiśmy więcej, to czemu nie wracamy do tego polskiego Eldorado.

    Na nasze życie w Kanadzie i decyzję, że staramy się o obywatelstwo ma wpływ bardzo wiele czynników, a pieniądze są tylko jednym z nich.

    My znamy pytanie, czy wystarczy nam na życie w Vancouver.

    Mam nadzieję, że pomogę Ci poszukać odpowiedzi, czy Ciebie będzie stać na Kanadę.

    Porozmawiajmy, jaka jest płaca minimalna w Vancouver. I czym się różni od stawki na życie.

    A zanim przejdziemy do Vancouver, to jeszcze słówko, a właściwie dwa, o innych miastach.

    • Płaca minimalna zależy od prowincji Jeśli czytasz ten post po 2020 to po pierwsze pozdrawiam Cię z przeszłości, a po drugiej zerknij na zaktualizowane stawki tutaj;
    • Płaca minimalna zależy też od branży w jakiej się pracuje. Bo np barmani dostają mniej od pracodwacy, za to więcej od klientów (napiwków);
    • Płaca minimalna zależy różnież od Twojego wieku.

    Czy w Kanadzie często rozmawia się ze znajomymi o pieniądzach.

    Nie wiem, czy ludzie rozmawiają o pieniądzach częściej niż w Polsce.

    Mamona to zawsze ekscytujący temat, ale to wcale nie oznacza, że śmiało dzielimy się informacjami finansowymi.

    Kiedy pisałam ten post, przeczytałam w lokalnej gazecie, że kobiety wciąż zarabiają mniej od mężczyzn właśnie dlatego, że za mało rozmawiają ze sobą o pieniądzach.

    Do kanadyjskich znajomych jakoś wciąż nie mam śmiałości uderzyć z pytankiem: no, a przy okazji, to ile zarabiasz? (No dobra, wiem, ile jedna moja koleżanka zarabia, ale z nią już chyba z pięć kaw wypiłam i mamy najdłuższy staż znajomościowy).

    W obecnej ofercie pracy mam zapis, że nie mogę rozmawiać o pensji z kolegami.

    Stawka minimalna w Vancouver wynosi 13.85 CAD [od czerwca 2019]

    Kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, najmniejsza kwota godzinowa to było 10 dolarów. Bardzo mało. Najmniej w Kanadzie.

    To jest bardzo niewiele, dlatego w kwietniu 2016 ówczesny burmistrz Vancouver zapowiedział, że pracownicy miejscy będą zarabiać około 20 dolarów za godzinę, gdyż to jest tzw. living wage, czyli stawka, która pozwala żyć, rachunki płacić, jedzenie kupić i mieć dzieci.

    Ja w pierwszej kanadyjskiej pracy nie zarabiałam 20 dolarów na godzinę. Byłam zatrudniona jako analityk accounts payable w dziale księgowym, pracującym dla największego dostarczyciela energii w prowincji, BC Hydro.

    living wage, czyli stawce pozwalającej na godne życie dowiedziałam się więcej rozmawiając z menadżerką tej kampanii w marcu 2016.

    Kolumbia Brytyjska oprócz niechlubnego tytułu prowincji, gdzie płacą najmniej, ma również najwyższy wskaźnik biedy wśród dzieci [podaję za stroną kampanii living wage for families].

    Większość takich dzieci jest w rodzinach, gdzie oboje rodziców pracuje. Ale mimo że dorośli często pracują na cały etat lub też na dwa etaty, to ich pensja nie pozwala im na życie, a jedynie na przeżycie.

    Stawka na życie to wynik kalkulacji dla rodziny czteroosobowej, gdzie rodzice pracują na pełen etat.

    Jeden dorosły powinien zarabiać 20.68 CAD na godzinę, czyli jak łatwo policzyć, dwa razy więcej niż obecna stawka minimalna.

    Co zawiera się w tej kwocie?

    20.68 CAD zawiera podstawowe wydatki na wynajem mieszkania (największy koszt budżetu domowego)

    • opiekę nad dzieckiem (drugi największy koszt dla rodzin);
    • jedzenie,
    • transport,
    • ubranie,
    • wydatki na urządzenia domowe,
    • MSP (Medical Service Plan) – podstawowe ubezpieczenie zdrowotne plus rozszerzone ubezpieczenie zdrowotne,
    • dokształcanie się,
    • i w końcu pewne formy rekreacji, czyli np. uczestniczenie w zajęciach w community centre czy wyjście na pizzę raz na jakiś czas.

    Taka stawka nie pozwala na spłacenie długów, oszczędzanie na emeryturę czy wkład własny na mieszkanie, odkładanie na fundusz w razie wypadków.

    Według specjalistów nie jest to również kwota wystarczająca na godne życie rodziny z osobą niepełnosprawną czy zniedołężniałą.

    Każdorazowo z  20.68 CAD rodzina 4 dolary przeznacza na child care, czyli zapewnieni opieki dziecku, które jeszcze nie chodzi do szkoły.

    Ani Kanada jako kraj, ani Kolumbia Brytyjska jako prowincja nie mają ogólnokrajowego/ogólnoprowincjonalnego programu opieki nad dziećmi przedszkolnymi (ale np. Quebec ma taki program), co oznacza w dużym uproszczeniu wolną amerykankę cenową i brak regulacji tego segmentu.

    Przeczytaj inne posty o wychowywaniu dzieci w Vancouver


    Przykłady innych działań na rzecz podniesienia stawki godzinowej czy obniżenia kosztów życia w B.C.:

    Fight for 15 CAD

    Ponad połowa ogłoszeń o pracę z 2015 przeanalizowanych przez animatorów kampanii proponowała stawki poniżej 15 CAD/h. Ta kampania chce to zmienić i wywindować stawkę minimalną do poziomu co najmniej 15 CAD za godzinę

    $10 a Day child care

    Twórcy tej kampanii społecznej apelują do rządu prowincji o ustalenie kosztu opieki nad dziećmi na nie więcej niż 10 dolarów za dzień. Biorąc pod uwagę fakt, że przedszkoli i żłobków jest niewiele i są one mocno oblegane, te które są , często dyktują bardzo wysokie ceny i nie ma żadnych regulacji prowincjalnych w tym zakresie. Rodzice płaczą i płacą, a potem zarabiają na to, pracując na dwóch etatach.

    Stawki w innych prowincjach – czy jest lepiej?

    Każda prowincja i terrytorium to inny świat. Żartuję, ale nie do końca.

    I pewnie teraz chcesz wiedzieć, w której prowincji zarabia się najlepiej i właśnie tam się udać? Pomysł dobry w zasadzie, w praktyce lepiej skup się na tym, gdzie łatwiej zdobędziesz pobyt stały niż więcej zarobisz.

    Ale żeby nie było – stawki minimalne, czyli ile dostaniesz za godzinę pracy w brutto (czyli odjąć musisz podatki).

    Alberta$15.00
    $13.00 uczący się, do 18 lat
    British Columbia
    $14.60
    $13.95 pracownicy serwujący alkohol
    Saskatchewan$11.45
    Manitoba$11.90
    $12.50 pracownicy ochrony
    Ontario$15.70 pracownicy home worker
    $14.25
    $12.45 pracownicy serwujący alkohol 
    $13.40 uczący się, do 18 lat
    Quebec$13.10
    $10.45 jeśli występują napiwki
    New Brunswick$11.70
    Nova Scotia$12.55
    Prince Edward Island$12.85
    Newfoundland & Labrador$12.15
    Yukon$13.71
    Northwest Territories$13.46
    Nunavut$13.00
    źródło tabelki -> https://nethris.com/legislation/minimum-wage/

    Czy za 13 dolarów na godzinę da się godnie żyć?

    Przy dwóch osobach, które zarabiają po 13 CAD za godzinę,  nie da się wynająć mieszkania w Vancouver (1750 CAD za miesiąc) i zapłacić za żłobek  (825 CAD za miesiąc). To są dane z 2015 roku, więc koniecznie sprawdź, jak to wygląda dzisiaj!

    Pewnie, że jeśli się kształcisz, zdobywasz tutejsze uprawnienia, w końcu stawka godzinowa idzie w górę. Ale na początku stoi w miejscu. A rachunki się muszą zapłacić.

    Przeczytaj inne posty o pracy w Vancouver.

    Więc już do znudzenia napiszę – proszę, zrób podstawowe wyliczenia, zanim kupisz one way ticket do kraju klonowego liścia.

    W podjęciu decyzji co do wyjazdu pomoże Ci też odpowiedź na te 4 pytania: dlaczego właśnie Kanada? Z kim wyjeżdżasz, na jak długo i do którego miejsca w Kanadzie? Więcej na ten temat napisałam w poście z maja 2020.

    Dobry plan pomaga uniknąć rozczarowania Kanadą, kiedy po okresie zachwytu początkami emigracji (tzw. efekt miesiąca miodowego), spojrzysz realistycznie na swoje życie.

    Zajrzyj wtedy do innych postów na blogu, zwłaszcza tych, które poruszają emocje emigracyjne. Mam nadzieję, że pomoże!

    Powodzenia z planami na Kanadę!

    Ten post jest najczęściej czytaną treścią na blogu. Masz pytanie o pieniądze? Daj znać w komentarzu!

  • Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

    Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

    #1

    Zacznę od lotu

    Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

    Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

    Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

    [Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

    Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

    Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

    Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

    My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

    I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

    Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

    No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

    I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

    Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

    Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

    [dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]

    Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

    Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

    Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

    Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

    W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

    Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

    Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

    Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

    Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

    Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

    Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

    Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

    Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

    Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

    Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

    Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

    Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

    Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

    Macha ręką i możemy iść.

    Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

    Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

    Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

    Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

    Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

    Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

    To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

    Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

    Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

    Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

    Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

    Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

    Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

    Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!

    #2

    Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

    Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

    Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

    Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

    Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

    Z rzeczy innych:

    1. walizki się odnalazły, jupikajej
    2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
    3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

    Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤

  • Garibaldi Provincional Park: Wedgemount Lake and Panorama Ridge

    Napiszę tak: gdybym miała robić jakieś zestawienie najlepszych szlaków górskich, chociaż z góry dopuszczam zmienność takiego zestawienia i w ogóle ogarniam brak sensu robienia takiego, bo każdy szlak górski jest najlepszy w momencie, kiedy już na górę wejdziemy, niemniej jednak szlaki w Garibaldi Provincional Park, ooooo, moi drodzy, te szlaki są the best of the best.

    Jak na razie w kategorii Dzika Kanada i #wgórachjestwszystkocokocham bezapelacyjnie wygrywa.

    Szlak na Panorama Ridge w Garibaldi Provincional Park

    Wejście na Panorama Ridge (oraz współidący z nim szlak na Black Tusk) znajdują się w wielce popularnym parku regionalnym Garibaldi, na północ od Vancouver, drogą Sea to Sky.

    Szlak na Panorama Ridge ma wszystko czego oczekuję od gór: 

    • podejścia długiego, acz nieuciążliwego,
    • najlepiej na początku i na końcu w lesie lub wśród drzew, coby za bardzo ze słońcem się nie zbratać.
    • potem wyjścia na grzbiet, gdzie widoki są takie, że chce się piać z radości i nie wierzyć oczom.
    • i jeszcze stopień trudności taki, że tylko niektórzy dają radę, żadnych tam niedzielnych turystów-gór zdobywców w japonkach i z reklamówkami (tak, tak, takie widoki panie tego, nie tylko pod Giewontem, również w B.C. uświadczysz).

    A to jezioro na końcu o barwie niedookreślenia, no nie znam takiego koloru po prostu, więc to jezioro to element magiczny.

    Jeziorko to kropka nad i ….. i szlaku dopełnienie.

    Kilka wskazówek praktycznych o szlaku na Panorama Ridge

    Najwięcej ludzi wybiera się jednak nie w wyższe partie gór, czyli na Panorama Ridge czy Black Tusk, ale nad jezioro Garibaldi, to które na naszych zdjęciach tak zachwyca.

    Wtedy Grzbiet Panorama ogląda się z dołu.

    Jak piszę: najwięcej ludzi, to mam na myśli tłumy, serio serio tłumy, którym nie straszne przejście 18 km z różnicą przewyższeń 800 m.

    Przy jeziorze można się rozbić namiotem (za 15 dolarów od osoby bodajże) i jak już wszyscy sobie pójdą, w ciszy patrzeć na lodowce.

    Ach.

    W parku można również rozbić namiot na drugim kempingu wysokogórskim, Taylor Meadows, równie pięknym, choć nie nad jeziorem.

    Na szczycie stoi Inuksuk, przez kogoś dla kogoś zostawiony.

    To postać z kamienia, wywodząca się z kultury Inuitów, która oznacza: ktoś tu był oraz jesteś na właściwym szlaku?

    Nic bardziej trafnego dla górskiego turysty!

    Na zdjęciu naszym się niestety jakiś taki mały zrobił.

    Ale kto szuka, ten znajdzie. A jak trzeba będzie, wdrapiemy się na Panorama Ridge ponownie, żeby mu lepsze ujęcie cyknąć.

    Miejsca na kempingach zapełniają się w okolicach 9 rano, co oznacza, że ludzie wychodzą na szlak najpóźniej o 6 rano, o brzasku, bladym świtem!

    A nie jest rzadkością namawianie się na wyjazd z Vancouver o 3 w nocy, żeby namiocik w parku Garibaldi mieć szansę postawić.

    No to chyba rozumiecie skalę popularności tegoż.

    Oczywiście my pechowcy, za późno przybyliśmy na parking (10 rano była) i już od wjazdu pomocna strażniczka wybiła nam z głowy pomysł spania na górze.

    Na szczęście Kuba wypatrzył tuż przy drodze kemping prowadzony na ziemi Indian i przez Indian, więc koniec końców było się gdzie rozbić.

    Plan nasz pierwotny zakładał, ze idziemy w góry, rozbijamy się na Taylor Meadows, idziemy na Black Tusk, wracamy na kemping i śpimy, następnego dnia idziemy na Panorama Ridge i schodzimy.

    Ale ponieważ spaliśmy na dole, a nie na górze, sił, czasu i światła dziennego mieliśmy tylko na jeden z tych szlaków.

    Wyszliśmy o 8 rano, na Panorama Ridge byliśmy około 14.

    Wodę trzeba mieć ze sobą i dużo jedzenia, bo pod drodze miejscami jest sucho i pyliście.

    Gdybym nie wiedziała, gdzie kręcili Władcę Pierścieni, z łatwością mogliby mi wmówić, że to tam. O ile komuś by się chciało sprzęt taszczyć na wysokość ponad 2500 m npm.

    Zatem panie i panowie, na szlak namawiamy serdecznie, acz przestrzegamy uczciwie, że trudny.

    Garibaldi Lake to nie jedyne take magiczne jeziorko w Parku Prowincjonalnym Garibaldi.

    Szlakiem nieco dalej na północ dojdzie się do to fajnego jeziorka!

    To fantastyczne miejsce: Wedgemount Lake

    Historia naszego wyjścia w kilku punktach:

    • Mimo że bez chłopaków, a więc bagaż ograniczony do minimum oraz tempo szybsze, niż wolniejsze, no więc mimo tego, że teoretycznie powinno być łatwiej, nie było.
    • Było trudno, bo to szlak dla zaawansowanych, cały czas pod górę, z ponad 1000 metrowym przewyższeniem,
    • …. ale za to jakie widoki, jaka radocha, jaka satysfakcja na szczycie. Na górze można także przenocować w blaszanej chacie za $15 albo w swoim namiocie za 10$.
    • i oczywiście zrobić zdjęcia na Instagrama
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    Jeziorko jest, jak widać, po 3 h wchodzenia cały czas pod górę, pionową bardzo, jeziorko to miły akcent końcowy.

    Niektórzy nawet się kąpali. Ale nie ja.

    Ja głośno narzekałam w języku moim ojczystym, jakie to buty mam niesprawne i że za mało jedzenia wzięłam.

    Na moje utyskiwania z drugiego kamienia pada dźwięczne: o rety, Polaków się tutaj nie spodziewałam.

    I w taki oto sposób poznaliśmy Justynę, Gorzowiankę, wraz z mężem Irlandczykiem, mieszkających w Vancity [pozdrawiamy!.

    To żywy dowód, nic nie zmyślam, serio serio, że jak ci kolegów w Kanadzie brakuje, to trzeba się wybrać w góry.

    Nie chcesz samotnie chodzić po górach? Spróbuj tego:

    • Na Facebooku jest lokalna grupa, która się organizuje co i rusz na wspólne hajki.
    • Albo zapytaj wśród Polek na którymś z Polskich Babskich Spotkań.

    Wycieczka pyszna, ale następnego dnia chodziliśmy z lekka jak marynarze. Na szeroko rozstawionych nogach. I wolno. Czyli jak zmęczeni marynarze po wieczorze w tawernie.

    Czyli jak to w B.C. – morze i góry w jednym. Pięknie wprost!

    Kto był w Parku Garibaldi i poleca inne szlaki? 

  • Po pierwszym roku o szkole rozważania.

    Tak sobie myślę, że jednak jak rodzina zjeżdża na emigrację, to głównym znakiem zapytania jest, jak się dzieci dostosują. I jak wygląda kanadyjska szkoła podstawowa, tudzież inne przybytki oświaty kanadyjskiej.

    Pytanie o szkołę jest nawet ważniejsze, niż o matko, co z pracą, albo gdzie ja znajdę mieszkanie, które nie jest trochę bardziej posprzątaną piwnicą.

    Zatem jak się zaczynało bloga emigracyjnego rok temu, to siłą rzeczy pierwsze posty były głównie o naszych dzieciach, a jak się zaczęła szkoła, to głównie o dzieciach w szkole.

    Jeśli ktoś nie wierzy, zerknijcie na posty z września/października 2014 gdzie Krzyśkowo-Maćkowe emocje w placówkach wychowawczych są myślą przewodnią. I to jest naturalne, w końcu to dzieci, i to nasze. Więc pisać o nich będziemy dużo.

    Szkoła w Vancouver się wtedy zaczęła, jesienią, tak jak wszędzie. Wróć, jednak nie tak, jak wszędzie, bo później, gdyż na początke czekał nas strajk nauczycyieli.

    W postach blogowych przewijało się moje ach i och wymieszane z rozczarowaniem, żeby za słodko nie było (bo nie było). Ciężkie chwile wynikały bardziej z faktu, że to początki życia w Kanadzie, niż kanadyjską szkoła jako taką.

    A w czerwcu 2015 zapytaliśmy Krzyśka którą szkołę woli: warszawską czy tutejszą. Zdecydować nie umiał. Przynajmniej nie tak jednoznacznie, na 100%.  Z słów jego wyłapaliśmy najważniejszą przewagę kanadyjskiej: miał więcej kolegów.

    Rok szkolny 2020/2021 zaczynamy w Polsce. Dlatego zerknęłam do tego posta, powspominałam i go trochę wygładziłam. Mam nadzieję, że aktualizacje przydadzą się Wam podczas planowania życia w kraju klonowego liścia.

    Wszystkie posty o doświadczeniach z kanadyjską edukacją znajdziesz w kategorii Dzieci w Vancouver

    W kanadyjskiej klasie Krzysia dzieci były wymieszane rocznikowo

    Był w klasie z dziećmi młodszymi od niego (klasa pierwszo-druga). W Warszawie był w klasie pierwszej jako sześciolatek, głównie z siedmiolatkami. I było mu tam ciężej, ze starszymi od niego.

    Rok różnicy w górę robi różnicę, się okazuje.

    Nie tylko w kontaktach międzydziecięcych było ciężej, także z nauką nie było za lekko.

    Większe wymagania akademickie czyli w Polsce się trzeba uczyć

    Zdaniem Krzyśka, z nauką nie było lekko w klasie pierwszej, w 2013/2014, bo w polskiej szkole tej nauki było po prostu za dużo jak na przeciętnego sześciolatka.

    Wiedzy było za dużo, zadań domowych za dużo, wymagań za dużo. Ruchliwy sześciolatek musiał siedzieć w ławce grzecznie, czytać z książeczki ładnie i pisać czcionką polską jedyną właściwą. O polskim zwyczaju pisania tzw pisanką polską (któż nie pamięta tych szlaczków) rozmawiałam zresztą z kanadyjską nauczycielką Krzyśka. Biedna, miała trudności z odcyfrowaniem, o jaką literę chodzi.

    Podręczniki, zadania domowe i cięzkie plecaki

    W podstawówce w Vancouver zadań domowych nie miał w ogóle. Choć to z kolei też nieokreślony niepokój we mnie wzbudzało, no bo jak to, choćby zdanka, ćwiczonka, nie? Z zadań domowych to Krzysiek miał czytanie książeczek, ale nie żeby lektury obowiązkowe, i później test ze znajomości tychżetylko takie zwykłe książki o zwykłym życiu, czasami tekturowe, czasami broszurowe, z dużą czcionką i kilkoma zdaniami.

    W Polsce dla jednego dziecka komplecik na rok to około 300 zł, na dwoje to już 600 zł, uchu.

    W Vancouver zapłaciliśmy na początku 25 CAD za wszystko, WSZYSTKO, serio, nic nie musieliśmy kupić, ni ołóweczka najmarniejszego, żadnego zeszytu.

    Na koniec roku Krzysiek przyniósł stertę prac plastycznych, kartek z pisaniem, matematyką, wszystko, co w szkole zrobili.

    Okazuje się, że dzieci wcale nie muszą mieć takich super wypasionych, podręczników, żeby się uczyć, no nie muszą.  

    Tak sobie myślę, że te nasze polskie kolorowe bardziej przeszkadzają, bo za dużo opowiadają, odkrywają, podają na tacy, ograniczając wyobraźnię.

    A pusta biała kartka, czyste formy, to wszystko aż kusi, żeby napisać więcej, pokolorować bardziej. I tutaj w księgarni kolorowych podręczników nie znajdziesz. Są czarno-białe, często na kartkach z recyklingu, ekologicznie uświadamiając jednocześnie dzieciaki.

    Nie ma podręczników, zatem odpada problem ciężkiego plecaka.

    Krzysiek w plecaku nosił te książeczki do domowego czytania (waga piórkowa) i pudełko śniadaniowe. I dwa razy w tygodniu strój na wf.

    Plecaki zostawały na wieszakach wraz z kurtkami, butami na zmianę (jak ktoś chciał i miał, nie żeby kacie szkolne były wymagane), parasolkami.

    Wieszaki są tuż przy wejściu do klas, nie ma żadnej groźnej woźnej co to wszystko wie i wszystko może, a najbardziej to zrugać uczniaka, że u kurtki urwany jest ten dzyndzel, co się za niego wiesza (kurtkę, nie ucznia).

    Groźnego to ja nie spotkałam w szkole nikogo.

    A wierzcie mi, przez rok w polskiej szkole zdarzało mi się, dorosłej, bać rozmowy z ciałem pedagogicznym. Groźne było miejscami to ciało, tak jakoś na mnie z góry patrzące, że co ja tutaj z czym do ludzi, a w ogóle to muszę napisać podanie.

    Nauczycieli Krzysia tutaj bardzo lubię, szanuję, z jego wychowawczynią mogłabym się zakumplować. Bo i takoż mnie, jako rodzica, po ludzku traktują bardzo, że się nie boję wcale. A przecież powodów do strachu było – czy się zaaklimatyzuje, czy mówić będzie po angielsku, czy zda do następnej klasy.

    Nasza szkoła jest jakaś inna?

    Napisałam ten post, wspominając pierwszy rok szkolny. Potem napisałam jeszcze całkiem sporo szczegółowych tekstów o szkole, żłobku i przedszkolu w Vancouver. Dzisiaj to na Instagramie zamieszczam większość relacji z polskiej szkoły chłopaków i opowieści o tym, jak się żyje na dwa kraje. Dołącz do nas na Instagramie, żeby być na bieżąco!

    A jeśli masz pytania, śmiało pisz tutaj. Prędzej czy później, ale odpowiem 😀

  • 5 rzeczy, o które jestem mądrzejsza po roku w Kanadzie

    Dziś, po roku w Kanadzie i mieszkania w Vancouver, wiem o sobie i o naszej rodzinie więcej. Trochę Ci o tym poopowiadam, dobrze?

    Czuję, jak mi poziom mądrości życiowej się podniósł, z jednoczesnymi wahnięciami szczęścia to w górę, to w dół.

    Najważniejsze: istnieje więcej niż jeden sposób na życie. I żaden nie jest “równiejszy” od innych.

    Myśli nieuczesane o Kanadzie. Czy warto wyjechać? Czy żałujemy?

    Kanada jest najbardziej imigranckim krajem świata. Dzięki imigracji rozwija gospodarkę. Prawo imigracyjne zachęca do łączenia rodzin oraz zaprasza tych, których zawody są potrzebne.

    Mój wyjek wyemigrował do Kanady w latach około stanu wojennego. Czasami myślę, jak jego życie wyglądałby gdyby po porstu mógł się na Kanadę zdecydować. Bez przymusu. Z otwartą furtką na powrót.

    Czy czułby Kanadę inaczej? A Polskę? Który kraj rozumiałby lepiej?

    Kanada często zachęca do wyjazdu kolorowymi stronami internetowymi, miłymi politykami i ogólną atmosferą. Że tam jest jakoś tak normalniej, lepiej, fajniej.

    Po roku mieszkania w Kanadzie wciąż tego nie wiem.

    Ale czuję, że już na zawsze zostaniemi rozdarci na dwa kraje. Choćby decyzje poniosły nas w inne kąty, nie wyplenimy Kanady z nas. I Polski też nie porzucimy.

    No nie da się, i już.

    Co wiem o sobie i naszej rodzinie po roku w Kanadzie?

    1. Mniej rzeczy znaczy więcej wolności.

    Gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, że życie to mieszkanie, praca, kupowanie, bo dzieci potrzebują, bo w domu brak, bo trzeba.

    Przeprowadzka i życie tutaj skutecznie wyleczyło z takiego myślenia.

    Dookoła wciąż mam przykłady ludzi, którzy skądś przybyli i dokądś zmierzają, wzięli rok wolnego, żeby wyjechać do Nowej Zelandii albo Holandii, czy robią wyprzedaż garażową ze względu na wyprowadzkę do Meksyku.

    Ludzie zabierają, co najważniejsze, rzeczy materialne nie trzymają ich na miejscu.

    Nie przywiązują się do nich, pozbywają się ich równie często, jak kupują nowe.

    Stąd pewnie popularność sklepów z używanymi rzeczami.

    Mniej rzeczy to zatem nie tylko więcej wolności, to również recycling, drugie i kolejne życie.

    2. Praca, pomysły, pieniądze, nic nie jest na zawsze. Ani po roku w Kanadzie, ani nawet po dwóch.

    To, co powinno być na zawsze, to odrobina wewnętrznej pokory i przekory. Wobec życia i wobec ludzi.

    Taka postawa sprawiła, że było mi łatwiej i ciekawiej.

    Znam swoje ograniczenia, a jednocześnie jestem wolna i pełna nadziei.

    Bo skoro wczoraj byłam w Polsce i wiodłam poukładane życie, a dziś jestem w Kanadzie, i wciąż się udaje, to nie ma się czego bać. I nie ma na co czekać, ani czego żałować.

    3. Przyjaciele i rodzina – absolutny must have.

    Bardzo ważny jest (nie tylko) emocjonalny system wsparcia.

    Nie ma opcji, żeby się obyć bez ludzi wokoło.

    Czasami, w tych podłych chwilach, kiedy wszystko idzie źle, nawet najodleglejsze wspomnienie pomoże, gdzieś przywołana z zakamarków pamięci moment z rodziną postawi nas do pionu.

    Coś tak drobnego, jak uśmiech sąsiada, doda otuchy w emigracyjnej samotności. 

    Teraz, po roku, mam koleżanki tutaj, nawet coś na kształt kobiecego kręgu. [edit z 2019: od października 2016 prowadzę comiesięczne otwarte spotkania dla Polek w Vancouver. Czekamy tylko na ciebie!]

    Mamy znajomych, takich co to na kawę, albo z kawą podejdą, i co dziecka popilnują też.

    Z drugiej strony niestety przekonałam się na własnej skórze najboleśniej jak dotąd w życiu, że nie wystarczy mówić po polsku, aby się z Polakiem dogadać.

    Prawdziwe i w ojczyźnie, i na obczyźnie.

    I jeszcze jedno: nigdy nie wiesz, kiedy uda ci się spotkać kogoś, z kim da się porozmawiać w innym języku niż angielski i polski. Mi udało się powiedzieć po węgiersku (dwa razy) i po niemiecku (dwa zdania).

    4. Na emigracji zaufaj swoim dzieciom.

    One wiedzą, nie wiem, jakim szóstym zmysłem, ale wiedzą, jak się przystosować, nawet kiedy wokół wszystko, WSZYSTKO jest inne.

    Patrzę na naszych synków i oczom nie wierzę, jak się przez ten rok zmienili, jak wielu rzeczy mnie nauczyli.

    Na emigracji nasza rodzina jest mocniejsza, silniejsza, bardziej siebie słuchamy.

    W końcu przez ten rok mieliśmy tylko siebie, nie rozpraszaliśmy się, było więcej czasu na te najważniejszą relację. Na nas.

    Skutki emigracyjnej decyzji mogą ujawnić się dopiero za czas jakiś. Jakie będą? Się okaże….. ale żalu nie ma i nie będzie.

    Ale jeśli chcesz zminimalizować ryzyko, przeczytaj naszą listę o tym, jak się NIE przygotowywać na emigrację z dziećmi do Kanady.

    i punkt ostatni, bonusowy i z innej beczki:

    5. Dziś wiem, że chodzenie po górach to sport.

    I to wyczynowy. Ale to już chyba wiecie z innych naszych wpisów.

    [update z 2019 ]Łazimy po górach wciąż tak samo zachwyceni! Lubimy zimę w Vancouver i dziękujemy Kanadzie, że nauczyła nas jeździć na nartach!

    A co Ty pamiętasz najlepiej po pierwszym roku swojej emigracji w Kanadzie?

  • Kayaking

    Niejako w opozycji do łażenia po górach 😉

    Namówieni przez znajomych wypożyczyliśmy kajaki na plaży English Bay. Malutka wypożyczalnia, 60 $ za dwie godziny za kajak rozmiar dwójka, nie prosili nas o zaświadczenie o umiejętności pływania, choć chyba przy takich falach nie zaszkodziłoby się upewnić. Podpisaliśmy jednak dokumencik, że na własną odpowiedzialność wsiadamy w kajaki. I nawet twarzowe kapoki dostaliśmy. Z kieszonkami i z gwizdkiem. Krótkie szkolenie na sucho i proszę państwa voila, możecie zabierać bardzo ciężkie kajaki z plaży i wodować do Pacyfiku.

    No i oczywiście byłam cała mokra zanim kajak w ogóle zakołysał się na falach.

    A potem nie było wcale łatwiej – te fale to ogromne, ogromne były, dla nieprzyzwyczajonych niezłe wyzwanie. Ale widzieliśmy i takich, co z gracją pomykali po falach. My po dwóch godzinach byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni, że spróbowaliśmy, a co 🙂

    kayaking August 2015 Vancouver
    kayaking August 2015 Vancouver
  • If it is not broken, do not fix it it – co ci powie kanadyjski lekarz rodzinny aka lekarz pierwszego kontaktu w kanadzie

    To będzie wpis z cyklu Przychodzi polska baba (z polskim chłopem) do kanadyjskiego doktora i nie wiedzą,czego się spodziewać. Orginał tego wpisu powstał w 2015 roku, ale przejrzałam go i zaktualizowałam w 2019. Daj znać, czy masz jakieś pytania o lekarza w Kanadzie. We wpisie znajdziesz też linki do innych, obszerniejszych artykułów o służbie zdrowia wVancouver.

    Do doktora poszliśmy razem z Kubą, chcąc odhaczyć kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w wakacje 2015, kiedy nasi synowie po raz pierwszy spędzali wakacje w Polsce, z dziadkami.

    Myślimy sobie, trzeba zajrzeć do lekarza, porobić badania krwi, oczy zbadać oraz narząd programisty nadmiernie eksploatowany – rękę.

    Żeby w Kanadzie skorzystać z darmowej (publicznej służby zdrowia), musisz być ubezpieczony. Jak się ubezpieczyć? Sprawdź, bo wymagania zależą od Twojego statusu w Kanadzie oraz od prowincji, w której mieszkasz. Więcej na ten temat pisałam w tekście o kanadyjskiej służbie zdrowia.

    Chcieliśmy sprawdzić, jak będzie nam się rozmawiało z Kanadyjskim lekarzem

    Mamy różne doświadczenia z lekarzami polskimi. Nie ukrywam, prywatne ubezpieczenie medyczne Medicover i Luxmed w Warszawie nas mocno rozpieściło. W latach 2009-2014 łatwo i szybko można było dostać się do przychodni, na specjalistyczne badania.

    Myśleliśmy, że w Vancouver będziemy mogli skorzystać z podobnych “przywilejów pracowniczych”, bo w kontrakcie Kuby (job offer) był zapis o extended medical benefits. Wiemy już, że to nie jest to samo i prywatny abonament w Polsce to coś innego niż dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne oferowane przez kanadyjskich pracodawców.

    Chcieliśmy dać się zbadać kompleksowo, wypadałoby chyba raz do roku, c’nie? Plus oczywiście nasze doświadczenie z kanadyjską służbą zdrowia jest niewielkie, więc trzeba się uczyć.

    Nie możesz w Kanadzie pójść sobie ot tak, do lekarza przyjmującego prywatnie. Albo do punku pobrania (laboratorium). Albo na tomograf komputerowy. Nie ma takiego zwyczaju, jak w Polsce. Że płacisz i masz prywatne zabiegi / badania, podobne do tych w państwowym Narodowym Funduszu Zdrowia.

    Zazwyczaj health card (czyli prowincjonalne ubezpieczenie zdrowotne) nie przysługuje osobom o statusie imigracyjnym innym niż pozwolenie o pracę (work permit), pobyt stały (permanent residency) czy obywatelstwo. Nie zawsze ubezpieczenie przysługuje małżonkowi / partnerowi czy dzieciom osoby ubezpieczonej. Nie jest tak, że kiedy mąż ma pozwolenie o pracę i ubezpieczenie, to jego rodzina dostaje to z automatu. Koniecznie sprawdź, jak to działa w prowincji, do której się wybierasz.

    Załóżmy, że masz taką sytuację, że nie masz ubezpieczenia z prowincji (w Kolumbii Brytyjskiej bedzie to MSP, w Toronto OHIP). A chcesz sobie zbadać krew. Co wtedy?

    Najpierw sprawdź tak orientacyjnie chociaż ceny zabiegów w takich przychodniach. Tutaj masz przykładowy cennik z przychodni Appletree w Ontario, z cenami ważnymi na maj 2020 roku. Sama wizyta, bez żadnych dodatkowych badań, pobrań krwi, etc. kosztuje 85 dolarów.

    Jak wykonać badanie specjalistyczne w Kanadzie, kiedy nie jesteś ubezpieczony?

    1. Idziesz do przychodni, czyli walk-in clinic

      Możesz wybrać dowolną przychodnię. Może być ta najbliżej, lub polecana. A może ta, która ma najkrótszą kolejkę pacjentów danego dnia? Sprawdź w internecie szczegóły.

    2. W recepcji mówisz, że nie masz ubezpieczenia, a potrzebujesz lekarza

      Możesz powiedzieć, że potrzebujesz porady lekarza (family doctor), który da Ci skierowanie na badanie krwi, prześwietlenie, tomograf. Recepcjonistka powie ci, ile to będzie kosztowało.

    3. Zawsze bierz rachunek, potwierdzenie płatności.

      Nawet jesli teraz nie masz ubezpieczenia prowincjonalnego, powinieneś mieć jakieś ubezpieczenie. Może uda się odzyskać część kosztów.

    4. Mówisz lekarzowi rodzinnegu, co potrzebujesz.

      I prosisz np o badania krwi. Jeśli lekarz wystawi skierowanie, to recepcjonistka od razu umówi cię w laboratorium. Lub powie, że zadzwoni do ciebie, kiedy będzie wizyta. Na zelceniu będzie napisane, że nie masz ubezpieczenia (MSP / OHIP coverage).

    5. Idziesz do laboratorium i jeśli to konieczne, znowu do lekarza, z wynikami.

      My korzystaliśmy z Lifelabs, bo mają tam możliwość zobaczenia wyników jak i całej historii. O wszystkim poinformują telefonicznie.

    Jak wybraliśmy kanadyjskiego lekarza pierwszego kontaktu?

    Chciałabym powiedzieć, że z polecenia. Ktoś nam polecił jakiegoś lekarza i do niego poszliśmy. O nienienie, to tak nie działa.

    Po pierwsze, pisząc “kanadyjski lekarz” nie myślę tylko o lekarzu, który jest Kanadyjczykiem. W Vancouver leczą lekarze wielu narodowości, także Polacy. Nie zależało nam specjalnie na lekarzu mówiącym po polsku, ale wiem, że dla wielu pacjentów ta kwetia jest ważna i podnosi ich komfort.

    Pytałam znajomych i nieznajomych o lekarzy rodzinnych, którzy przyjmują w naszej dzielnicy (Mount Pleasant) i przyjmują nowych pacjentów. Dostałam kilka(naście) nazwisk i wierząc, że lepiej pokazać się niż przez telefon prosić, poszłam do większości z tych miejsc. Poszłam i dowiedziałam się, że lekarz nie przyjmuje nowych pacjenów. Nawet z polecenia obecnych pacjentów. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak ważny jest networking w Kanadzie i że to, kogo się zna, bardzo często zdecyduje o jakości życia.

    W 2014 nie było jeszcze grup na Facebooku, na których możnaby zapytać o lekarza, przeczytać opinie z pierwszej ręki, ewentualnie poprosić o szepnięcie dobrego słowa na recepcji, żeby może znalazło się miejsce.

    Koniec końców zdecydowaliśmy, że jedziemy do walk in clinic. To przychodnia, co to już kilka razy w niej byłam.

    Ta przychodnia była najbliżej naszego domu i to zdecydowało. Wtedy nie mieliśmy innego pomysłu do kogo pójść, a wciąż nie mieliśmy doktora pierwszego kontaktu (family doctor).

    Jak próbowaliśmy rozmawiać z kanadyjskim lekarzem o badaniach okresowych.

    Będzie trochę śmiesznie, a trochę nie.

    Zajeżdżamy, fajnie, tylko godzina czekania, no i próbuję wytłumaczyć recepcjonistce z czym ja przyszłam. Że to nie jestem chora ani cierpiąca tylko tak profilaktycznie chcę zobaczyć doktora, ginekologa może (cytologia i te sprawy).

    I co się okazuje?

    • Że po pierwsze to od takich spraw jest lekarz rodzinny, jak nie mam, to ona mi da kontakty do tych co akurat przyjmują nowych pacjentów (fajnie).
    • A po drugie, owszem mogą w tej klinice mnie zbadać też, ale mam się zdecydować na jeden powód wizyty, słownie JEDNĄ dolegliwość. Jak mam dwie, to muszę przyjść na  kolejną wizytę, bo mi ubezpieczenie (Medical Service Plan) tego nie pokrywa. No ok, dziwne, ale ok, ja mówię, że idę po konsultację ginekologiczną, a K. że po zbadanie krwi.

    Dalej będzie o tym, co nam doktor powiedział w gabinecie, ale bez drastycznych szczegółów.

    Zaczął od tego, że on nie jest zwolennikiem badania osób zdrowych, czyli nas, bo  jak się coś znajdzie, to dopiero będziemy mieć problemy.

    Przede wszystkim się zestresujemy niepotrzebnie, a poza tym bank nam nie da kredytu na mieszkanie, albo polisy na życie, bo już będziemy mieć w medycznych papierach, że coś nam zdrowie szwankuje. No i w ogóle, twierdzi, jak się szuka, to się znajdzie, a po co? Lepiej się nie przejmować, lepiej nie naprawiać czegoś, co popsute nie jest (vide tytuł posta). Moja reakcja –  SZOK. Pytam o profilaktykę, o badania przesiewowe, o standardy. I co się okazuje? Że w Kolumbii Brytyjskiej sytuacja wygląda inaczej niż bym to sobie wyobrażała. Na przykład – nie robią kobietą USG piersi (podobno szkodliwe). Aha, no a jak to się ma do tych wszystkich różowo-wstążkowych marszów i nawoływania do zwiększenia świadomości na temat raka piersi? No nijak się ma, nie ma takich badań i już.

    Dalej w temacie kobiecych badań – cytologia owszem jest , co roku, a w takim np. Ontario podobno rzadziej (słowa lekarza).

    Kiwa głową ze zrozumieniem i tłumaczy, że muszę zweryfikować swoje oczekiwania wobec tutejszej służby zdrowia, bo oni co i rusz mają jakieś audyty, a za zlecanie badań zdrowym ludziom dostają po łapkach.

    OK, to może chociaż tabletki dostanę? I tu pozytywne zaskoczenie – są refundowane częściowo, jupikajej (w Polsce chyba nadal nie są?).

    Co do badań męskich, się nie będę rozwodzić, Kuba dostał skierowania gdzie trzeba, więc się zbada. P0 raz kolejny się przekonaliśmy, że służba zdrowia działa tutaj na innych zasadach, nie piszę specjalnie  gorszych – lepszych, tylko innych, trzeba się przyzwyczaić.

    Podsumowując tę scenkę rodzajową dzisiejszą, chcę napisać o naszych przemyśleniach już po wyjściu od doktora (skąd inąd miły był i powiedział, że Polacy robią najlepszą kapustę na świecie i że on nie tyka nawet kijem bigosu przygotowanego przez nie-Polaka).

    ✔ wpis – poradnik o służbie zdrowia → KLIK

    ✔ wpis – o kanadyjskim dentyście → KLIK


    Rozmawialiśmy sobie z K., że w sumie takie podejście –  zostawmy jak jest, póki nie jest zepsute (albo chore) – już kilka razy dało nam się zauważyć w kontaktach z Kanadyjczykami.

    Weźmy na przykład sprawę naszej pralki. Właścicielka mieszkania jeszcze we wrześniu mówiła, że pralkę nam wymienią. Dawaliśmy znać, że głośno chodzi, że jakieś tam elementy powyginane są, ale temat się urwał, powiedziała: skoro pracuje, to niech będzie. No i proszę ze trzy tygodnie temu, K. daje jej znać, ze pralka cieknie. Nie mija nawet tydzień, kiedy podłoga w sypialni przylegającej do łazienki puchnie. A kulminacją był nocny alarm pożarowy, który zerwał WSZYSTKICH mieszkańców z łóżek o 2 nad ranem. Staliśmy sobie wszyscy na ulicy (dobrze, ze ciepło było), koło wozów strażackich i słyszymy, że alarm spowodowało spięcie instalacji elektrycznej, na którą skądś kapała woda. Aha, no możecie się domyślić, co nam przyszło do głowy – yeap, pralka zawiniła. No i teraz właścicielka mieszkania ma ze trzy razy większy (i kosztowniejszy) problem niż gdyby nam tę  18letnią pralkę wymieniła zeszłej jesieni. No ale nie chciała, bo przecież pralka działała.

    Więc jak działa, to nie ruszać.

    W pracy też to mamy – proces jest do dupy, ale nikogo nie interesuje, żeby go usprawnić, żeby życie ułatwić. Działało tak zawsze, zostawmy, aż się nie wywali. A wywali się NA PEWNO, i wtedy dopiero będzie.

    No więc tak, refleksją się podzieliłam. Zdrówka!

  • Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

    Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

    Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

    W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

    Jak dojechać do Aquarium?

    Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

    Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

    Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

    Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

    Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

    Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

    Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

    Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

    W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

    Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

    Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

    Hity Aquarium w Vancouver

    Aquarium po godzinach 

    Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

    Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

    W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

    Clownfish Cove

    To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

    Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

    Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

    Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

    Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

    A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.