My slashies na emigracji. Czyli bycie A łamane na B w Vancouver.

Co za licho, slashies na emigracji? Rodzaj drinka? A nie, nie, chodzi o to, żeby być kim się chce. Nawet jak chce się być więcej niż 1 osobą.

Hę, ale że co? Jakie slashies na emigracji?

Eeeee, co za dziwaczny tytuł, tego posta to się pewnie nie da czytać.
Przekonasz się?

Rodzina u nas była z Polski, pisałam już o tym? No pewnie, że wiesz, prawda, przecież tyle o tym trąbiłam i się cieszyłam, że moi rodzice po raz drugi nas w Kanadzie odwiedzili.

Było zabawnie, bo w Vancouver cały czas lało (z przerwą na jeden piękny, słoneczny dzień, który spędziliśmy w Victorii).

Kiedy pada, dzieci się nudzą. Krzysiek byłby się chętnie ponudził, ale na jego (nie)szczęście, babcia Alina, była nauczycielka, z dziką ochotą wykorzystała ten czas, aby nadgonić trochę materiał z nauczania domowego języka polskiego. (Jeśli jeszcze nie wiesz, Krzysiek uczy się w czwartej klasie w systemie orpeg.pl; więcej o tym znajdziesz we wpisie o pierwszej lekcji polskiego w 2014)

Jak się domyślasz, dzieci nie były zachwycone dodatkową pracą i kilkakrotnie padło pytanie: po co ja się tego uczę?

Odpowiedź najprostsza: żeby wiedzieć, jakoś Krzyśka nie przekonuje.
Zatem temat rozwijamy: żeby dobrze czuć się w Polsce. Pytanie: Ale po co, skoro mieszkamy w Kanadzie?

I tutaj odpowiedź: bo jesteś Polakiem / (łamane na, slash) Kanadyjczykiem. (Już widzisz, skąd to slashies?)


Jesteś tym i tym. Nie tylko jedną, zamkniętą, określoną osobą. Spójną, zamkniętą, uporządkowaną osobą.
Jesteś synem/uczniem/budowniczym Lego/wymyślaczem komiksów/fanem Batmana i schabowego.
Jesteś Polakiem i Kanadyjczykiem. Zajmujesz się wieloma rzeczami w tym samym czasie. Jesteś wieloma osobami w jednym ciele.

Schizofrenią powiało… No wiem, ale co poradzić, ja już tak mam. Jak jeszcze tego nie wiesz, to znaczy, że nie czytałeś bloga 😉

Pytam samą siebie co i rusz, kim ja jestem w tej Kanadzie. Ale co tam, w tej Kanadzie, kim ja jestem w życiu, się pytam. I się co rusz nadziwić nie mogę, że odpowiedź za każdym razem jest inna. Ukośnikowata. Niepoukładana, nieperfekcyjna, nieostateczna.

Jestem slashy, jeśli chodzi o uczucia, nie tylko  o pracę, o zawód w tym momencie wykonywany.

I dobrze mi z tym. To jest prawdziwe, bo moje.

Jak zapytasz Krzyśka, kim chce zostać, odpowie: inżynierem i aktorem. Nie boi się łączyć dwóch zupełnie różnych dziedzin.

Podobno my, 2o-30 kilkulatkowie jesteśmy już całą generacją slashies. Zawsze to miłe jest, jak ktoś tak wszystkich wrzuci do worka i opisze, c’nie? [sarkazm]

Ludzie starsi niż nasz 10latek opisują siebie, jako kogoś łamanego na kogoś innego.

I na jeszcze kogoś, bo w sumie czemu nie?
Ba! Ja tak siebie opisuję (nie wierzysz? Zajrzyj na mój LinkedIn).

Jestem kobietą/Polką w Kanadzie/mamą/blogerką/byłą korpopracowniczką/organizatorką spotkań/programistką-in spe (to akurat czas przyszły mocno wątpliwy).

Wygląda na strasznie długi opis i pozornie nie do pogodzenia w jednej osobie.

Czy wiele twarzy, wiele zawodów, nie powoduje chaosu? Nie narzuca tego słynnego, wiele razy krytykowanego multitaskingu. Nie przeszkadza na życiu się skupić?

To już zależy od ciebie! (ale mądra jestem, prawda?) Nie będę zanudzać cię zbyt długim moim wywodem, rodem z parku relaksujących się kolesi. Napiszę tylko, że bycie łamańcem czy też ukośnikiem to bardzo fajny pomysł, a testuję go właśnie w Kanadzie. W Polsce jakoś na to nie wpadłam. Albo czasu nie było.

Tu i teraz nasi synowie są łamańcami z naszego wyboru. Teraz jeszcze w niewielkim stopniu decydują o sobie. Chociaż wróć, pomyłka, właśnie, że decydują. Przecież w końcu Krzysiek jest i Batmanem, i gitarzystą, prawda?

Jednak to rodzic ma ostatnie słowo w temacie decyzji twardych i ukośnikowatości emigracyjnej, czyli: czy być Polakiem, czy Kanadyjczykim, czy Polako-Kanadyjczykiem, czy Kanadyjczyko-Polakiem.

To rodzic odpowiada na pytanie o proporcje powyższej mieszanki.

Ja z uporem maniaka walczę, żeby żyć na dwa kraje. Wierzę, że się da. Dopóki decyduję ja, chłopaki będą na równi uczyli się polskiego i angielskiego. Będę płacić 1600 CAD za bilet na lot ponad 24h z przesiadką w Toronto, byleby na dwa tygodnie do Polski polecieć (Kuba nie ma dłuższego urlopu).

Będziemy ich uczyć, żeby próbowali więcej. Żeby życie rozszerzali na dwa kraje.

A jak nie zechcą za jakiś czas? To wtedy będzie kolejny wpis 😉

Dwudziesto-, trzydziestolatkowie, a już tym bardziej nasze dzieci, próbujemy więcej, testujemy więcej. Przez to łatwiej też podejmujemy decyzję o wyjeździe do innego kraju i przewróceniu swojego życia do góry nogami. Patrzymy szeroko i równie szeroko sięgamy.

Nie wierzysz? Zobacz, jak rośnie grupa facebookowa Oh Kanada – codziennie pojawia się ktoś, a raczej wielu ktosiów, którzy chcą być nie tylko Polakami w Polsce. Chcą próbować innego. Nawet, jeśli się nie uda, nawet jeśli koszty będą wysokie, warto.

Spróbuj zapytać swoich rodziców, jak oni się przedstawiają. Jestem prawie pewna, że użyją jednego, góra dwóch określeń na siebie.

Ciekawe, dlaczego? 😉 Pewnie dlatego, że kiedyś były inne czasy. Zdaniem wielu to były lepsze czasy. Niepokomplikowane i grzeczniejsze.

Nawet jeśli, to co?

Bądź sobie kim chcesz. Byleby uczciwie. Kanada i tak wyciągnie z ciebie prawdę. Emigracyjne emocje pokażą, kim jesteś, kim możesz być. I czy warto się starać. W Kanadzie, ale co ja piszę, nie tylko w Kanadzie, wszędzie, także w Polsce, można być kimś więcej.

Ale najlepiej przy tym wszystkim być sobą.

Fajnie, prawda?

PS. Jeśli jeszcze nie czytałeś, to u Patrycji jest szczery tekst o zostawieniu pracy w kanadyjskim korpo. Patrycję znam, i lubię, i polecam jej bloga. Polka-girl, jak to czytasz, napisz w komenatrzu, czy też jesteś ukośnikiem?

PS2. Tak, wiem, że definicja wyrażenia slashy to nie do końca to, co opisuję w tym poście, ale co tam. Zawłaszczam pojęcie, bo ukośnikowatość mi tutaj bardzo pasuje.

Serdeczności!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Matka Polka Kanadyjska to ja? – o Dniach Matki i jak mi raz prawie Child Protection Services synem się zainteresowało…

Z okazji Dni Matki (dwóch, a co!) zastanawiam się jaka jestem jako Matka Polka Kanadyjska. Czy mam lepiej czy gorzej, bo jestem na emigracji? Plus dwie anegdotki.

Dzień Matki to w B.C. (w Kanadzie) święto ruchome. W sumie dobrze. Co roku inaczej, trzeba być w gotowości!

Niech będzie w niedzielę, wtedy jest więcej czasu na świętowanie. Oraz więcej czasu na przygotowanie się w sobotę, jeśli jakieś dziecko wdzięcznie zapomni się w natłoku obowiązków tygodnia.

Ja to mam tak dobrze, że ucząc synów języka polskiego i polskich tradycji, mogę im o drugim Dniu Matki opowiedzieć i tym sposobem obchodzić moje święto dwa razy. I od 2015 r. skrupulatnie się tego trzymam.

W 2017 kanadyjski Dzień Matki przypada w niedzielę 14. maja. A polski? No wiadomo, 26 maja. Dobry, majowy czas.

Matka Polka Kanadyjska czyli ja

życzę Wszystkiego Najlepszego na Dni Matki!

Wszystkim Matkom!  A szczególnie Polkom, które są matkami w Kanadzie (no muszę, wpis ma przecież tytuł Matka Polka Kanadyjska).

Przy okazji naszego święta naszła mnie oczywiście refleksja (co poradzę, już tak mam.)


 

Matka na emigracji ma gorzej czy lepiej? Nie wiem, jak każda, wiem, jak ja. Co ze mnie w Kanadzie wyszło?

Zacznę anegdotką:

Początek maja, odbieram Maćka z preschool, rozglądam się, gdzie kurtkę posiał. Szukam na placu zabaw, pod ławką, na ławce, na zjeżdżalni, w plecaczku i jeszcze raz pod ławką (Pod ławką jest secret hideout dla patyków, kto wie, może kurtkę też tam ukrył?) Ale nie.

Kurtki nie ma.

Babcia koleżanki Maćka, Melanie, pochodzenie azjatyckie,  patrzy na mnie i dopytuje, co ja się tak miotam. Mówię, że nie wiem, gdzie jest kurtka Maćka. Babcia patrzy, patrzy…. śmiechem wybucha i mówi: What a mother?! Co za matka?!

No właśnie, co za matka ze mnie?

Ps. Kurtka została w domu. Winny Kuba, który kurtki nie zabrał, hehehe [mściwy chichocik].

Ok, koniec anegdotki, ad rem.

Jako Matka Polka Kanadyjska mam lepiej czy gorzej?

#Minusy

Brak systemu wsparcia.

Pisałam już na ten temat, jak bardzo kręgu kobiet mi brakuje. Uwiera zwłaszcza na początku naszej emigracji, kiedy się nikogo nie znało, a nikt nie znał nas. Brakuje życzliwych, nieżyczliwych zresztą też. Z kim dziecko zostawić, kiedy drugie trzeba odwieźć do szpitala?

Brak wiedzy o kanadyjskim życiu.

Przylatujesz i nie wiesz nic. Jak działa szkoła, jakie lekarstwa podać, jakie prawo obowiązuje. W 2014 nie było tyle grup na facebooku, tyle blogów, nie było Polskich Babskich Spotkań i w sumie nie wiedziałam, kogo się zapytać. Ani o co.

Do dziŚ nie wiem, ile musi mieć dziecko, żeby samo mogło pójść do sklepu po bułki. To teraz opowiem anegdotkę z tytułu:

Raz mi Krzyśka przyprowadzili z biblioteki, dokąd wybrał się za moją wiedzą. Wraca dziecko zapłakane do domu, prowadzone przez nastroszoną bibliotekarkę.

Tłumaczy mi przestraszonej: “Proszę pani, dziecko nie może samo chodzić do biblioteki! Dobrze, że syn znał adres i nas przyprowadził, bo inaczej musiałabym dzwonić po Child Services, że się dziecko bez opieki zostawiło”  [koniec cytatu pani bibliotekarki].

Ja oczy jak pięć złoty, buzia w ciup i się kajam, że nie wiedziałam, że dziecko już duże i odpowiedzialne, że to ostatni raz.

Aha, wyrodna matka, co o dziecko się nie boi. To ja.

Brak dojrzałości wewnętrznej.

Tego się zupełnie nie spodziewalam. Ograniczona wyobraźnia, jak w m….dę strzelił. Nie przypuszczałam, że powinnam mieć choć w ilościach szczątkowych umiejętności radzenia sobie z emocjami straty. Nie wiedziałam, jak sobie poradzić, a co dopiero dzeciom pomóc. Jak wspólnie ten trudny czas przejść.

Cały czas podejrzewam, że nie jestem wystarczająco dorosła. To jak synom mam pokazać, co to znaczy dorastać w Kanadzie?

# Plusy

Mogę eksperymentować z macierzyństwem.

Nie mówię, że w innej sytuacji, czy innym kraju (Polsce) byłoby to niemożliwe. Mówię, że jak nie wyjdzie, to emigracja zawsze jest jakąś wymówką (wiem, mocno naciągam, ale coś w tym jest, c’nie?).

I robię to, wiele rzeczy testuje. Obecnie jestem soccer mom oraz home-stayed mom. Jestem więcej czasu z dziećmi, zobaczymy, czy to wszystkim na dobre wyjdzie. (Pisałam co nieco wcześniej)

Mogę łatwiej dzieci odwagi nauczyć.

Na własnym przykładzie i hands on training! Chcemy, żeby chłopaki byli odważni i śmiało sięgali po swoje marzenia. Nawet, jak po drodze trudno. Łatwiej odwagi się uczyć w sytuacji, kiedy trzeba odezwać się w nieznanym języku, do innych dzieci, w nowym otoczeniu. Mega trudne. Ale się trzeba odważyć. (Chociaż ja po angielsku wciąż się trochę boję mówić).

Mogę własne ograniczenia przekraczać.

Pracę mam, pracy nie mam. Cieszę się, a za chwilę najmniejszy drobiazg uwiera jak drzazga w bucie. Myślisz, że życie poukładane, że masz zarządzanie domem pod kontrolą, a tutaj wystarczy byle pro-D day, żeby plan się przekrzywił na boczek. I w takiej sytuacji elastyczność oraz improwizacja stają się przyjaciółmi każdej emigracyjnej mamy.

Chcesz mieć święty spokój, a tu się nie da.

Dwujęzyczność, a czasem i nauczanie domowe, dostajesz na emigracji w pakiecie.

Ja spędzam z chłopakami większość czasu, więc siłą rzeczy w dwujęzyczności siedzę. I w nauczaniu domowym. Chcesz spróbować, jak to jest dzieci w domu uczyć? Polecam emigrację! Ja w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistkę, ale wiem znacznie więcej, niż wiedziałabym w Polsce. Kiedy Krzyś był w pierwszej klasie, w Warszawie, w ogóle się tym nie interesowałam. A teraz proszę bardzo – 3 rok uczymy się domowo języka polskiego. A angielski to stały temat na blogu, poczytaj więcej.


Jak już to wszystkie punkty z gorszej listy przerobię, wtedy jest lepiej. A jaka satysfakcja! A jaka moc!

Kończę oczywiście standardowym zawołaniem, żeby codziennie mamie miłość okazywać, a nie tylko od święta. I nie tylko mamie okazywać, tacie też. I bratu (jak to kiedyś przeczytasz, to do Ciebie jest, Synku!)

Co Ty zrobisz dla swojej Mamy? Jeśli jesteś Mamą, możesz też przecież zrobić coś dla siebie. Bo w sumie dlaczego nie, kurcze blade.

PS. Patrycja podsuwa listę pomysłów na prezent dla Mamy na Polki.ca.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

O pomocy, chorobie i babci – Ewa z fundacji Babci Aliny wpada w gości

Historia Ewy i fundacji , którą założyła, żeby pomagać. Bo ktoś kiedyś pomógł jej i jej babci. Wzruszająco o fundacji Babci Aliny!

Jeśli czytasz blog już jakiś czas, wiesz, że chętnie nagłaśniamy sprawy polonijne i nie tylko. Słuchamy historii i przekazujemy dalej. Opisujemy nie tylko nasze życie. Zapraszamy do nas gości!

Historie Polaków w Kanadzie pisane przez życie są przeciekawe!

Dziś zapraszam cię do przeczytania historii Ewy z Vancouver, która wraz z tatą założyła fundację pomagającą chorym na raka.

Poznałam Ewę na Polskich Babskich Spotkaniach, i od razu wiedziałam, że jej historia to świetny przykład tego, jak w Kanadzie działa giving back to community. To właśnie esencja kanadyjskiej społeczności,  działanie na rzecz innych.

Nie wiem, jak ty, ale mnie wciąż nie dość sluchania do tym.

Ewa opowiada o sobie:

Urodziłam się w Polsce, w Bielsku-Białej. Mieszkałam w Krakowie, a w 1991 r. wyjechałam z rodzicami do Anglii. Tam skończyłam szkołę i uniwersytet, potem pracowałam w Londynie jako prawnik dla organizacji charytatywnych.

Do Kanady przyjechałam na trzy miesiące – mieszkałam w Whistler i zdobyłam kwalifikację jako instruktor snowboardowy. Wróciłam do Londynu i 9 miesięcy później wróciłam do Kanady, z wizą i pracą w organizacji charytatywnej dla osób niepełnosprawnych.

Znowu miało być na trzy miesiące, ale wyszło pięć, sześć, rok… cztery lata później ciągle tu jestem, mam prawo stałego pobytu, kupiłam mieszkanie i nostryfikuję kwalifikacje aby zacząć nową pracę jako prawnik dla rdzennych mieszkańców Kanady.

Zakochałam się w tutejszych górach, w bieganiu ranem nad brzegiem oceanu, w stylu życia, gdzie po pracy mogę jeździć na nartach z widokiem na miasto, a weekend bawić się na falach w Tofino.

Historia mojej Babci Aliny czyli jak powstała Fundacja 

W 2009 r. moja babcia Alina zachorowała na raka. Nie mieliśmy pojęcia, jak zaopiekować się ciężko chorą osobą, a nie było miejsc na oddziale paliatywnym lokalnego szpitala. W domu tapczan był za niski, materac przemakał, łazienka była za daleko od sypialni… Nie wiedząc co zrobić, zwróciliśmy się z prośbą o pomoc do lokalnego hospicjum.

Pożyczyli nam niezbędny sprzęt, dzięki któremu mogliśmy zapewnić babci komfort. Codziennie przychodzili wolontariusze, dzięki którym osoba opiekująca się babcią mogła ugotować jedzenie, wykąpać się, albo po prostu wyjść z mieszkania na pięć minut.

Przychodziła pani doktor. Z początku byłam zła, bo przychodziła zawsze późno w nocy, kiedy babcia właśnie zasypiała. Ale potem zrozumiałam, że pani doktor także przychodziła jako wolontariusz – po długim dniu pracy w szpitalu, wieczorem i często po nocy odwiedzała pacjentów w ich domach i pomagała rodzinom.


Bez pomocy wolontariuszy hospicyjnych nie dalibyśmy rady. Szczególnie że mieszkaliśmy już w Anglii – przylatywaliśmy kiedy mogliśmy na tydzień, dwa, aby opiekować się babcią, na zmianę z resztą rodziny. Przedtem nie wiedziałam nic o działalności hospicjów i nagle zrozumiałam, jak bardzo ważna jest ich pomoc.


Kiedy przyszedł czas, aby oddać sprzęt do hospicjum, zdałam sobie sprawę, jak dysponując bardzo niewielkimi zasobami, hospicjum okazało nam bezcenną pomoc. Z malutkiego pomieszczenia przy kościele i garażu, wolontariusze robili co mogli, aby pomóc chorym i ich rodzinom.

Poprosiliśmy znajomych, aby nie kupowali kwiatów na pogrzeb Babci, i zamiast tego przekazali fundusze na cele hospicjum. Po powrocie do Anglii przebiegłam pół-maraton, aby zebrać dodatkowe fundusze. Zebrałam dużo więcej niż spodziewałam się, i kupiłam nowy sprzęt dla dwóch hospicjów – w Gdańsku i Bielsku. Bardzo chciałam odwiedzić te hospicja, i rok później namówiłam ośmiu znajomych, aby przejechali ze mną 1000km z Gdańska do Bielska – na rowerze.

Po drodze odwiedziliśmy hospicja i przekazaliśmy sprzęt. Było to w dniach przed GPS – jechaliśmy z wielką papierową mapą, którą trzeba było rozwijać na każdym zakręcie, zgubiliśmy kamerę i laptop, reporterzy czekali na wywiady o 7 rano, a my gubiliśmy się po drodze, nasz wóz techniczny (pożyczony samochód, którym jechał brat kolegi) utknął pod niskim mostem…

Ale po każdej przygodzie w następnym hospicjum czekały na nas uśmiechy, powitanie i poczęstunki od podopiecznych, pracowników i wolontariuszy. W jednym hospicjum poczęstowano nas górami ciasteczek upieczonych przez wolontariuszy, w następnym czekała na nas orkiestra dęta. Ale to co zrobiło na nas największe wrażenie, to okazja aby spotkać ekipę hospicjum i osobiście podziękować za to, co oni robią codziennie.

Po dziewięciu dniach tego pierwszego rajdu byłam wykończona, ale szczęśliwa – udało się, koniec rajdu, zebraliśmy $12,000.

Ale kiedy wróciłam do Anglii w skrzynce czekały już emaile od kolarzy, którzy chcieli zgłosić się na następny rajd, wspaniałe zdjęcia i wiadomości od nowych znajomych i hospicjów. Więc razem z tatą, Januszem, założyłam Fundację Babci Aliny i coroczny rajd “Przez Polskę dla polskich hospicjów”. W tym roku będzie to nasz 8 rajd.

Dotychczas Fundacja zebrała ponad $250,000 i przekazała sprzęt 43 hospicjom dla dzieci i dorosłych.

Przekazaliśmy zarówno rzeczy bardzo podstawowe (opatrunki, cewniki, lekarstwa), jak i specjalistyczny sprzęt (łóżka rehabilitacyjne, materace przeciwodleżynowe, wózki inwalidzkie i podnośniki). Pokryliśmy również koszty szkolenia wolontariuszy, którzy odgrywają kluczową rolę w ruchu hospicyjnym. Razem z tatą prowadzimy rajd i Fundację jako wolontariusze i pokrywamy wszelkie koszty administracyjne, aby wszystkie dary były używane na zakup sprzętu dla hospicjów. Co roku spotykamy podopiecznych hospicjów, i wiemy że ta pomoc jest niezbędna.

Myślę, że Babcia Alina byłaby dumna z tego co osiągneliśmy. [No pewnie! przyp. Kasia]


 

Chcesz pomóc?

Kolarze potrzebni!

W tym roku rajd “Przez Polskę dla polskich hospicjów” prowadzi 1100km z Warszawy do Gdańska przez Toruń, Kaszuby, Malbork i Mazury 24 czerwca – 2 lipca.

Po drodze odwiedzi 7 hospicjów, gdzie kolarze osobiście przekażą niezbędny sprzęt.

Szukamy kolarzy, którzy chcieliby pojechać z nami na całą trasę albo odcinek. Rajd to wyzwanie, ale jest w ramach możliwości przeciętnego rowerzysty.

Dla osób mieszkających w Kanadzie jest to wspaniała okazja aby wrócić do kraju i zobaczyć piękne zakątki Polski, spotkać ciekawych ludzi, i pomóc chorym i ich rodzinom – czyli połączyć przyjemne z pożytecznym!

Organizatorzy rajdu to wolontariusze i utrzymujemy koszt jak najniżej – w tym roku to $900 CAD, które pokrywa wóz techniczny który wozi bagaże, noclegi i posiłki, transport z lotniska, koszty organizacyjne oraz wysokiej jakości koszulkę kolarską z imieniem uczestnika, zaprojektowaną specjalnie na ten rajd.

Więcej informacji na stronie  i chętnie odpowiem na jakiekolwiek pytania:

(info@fundacjababcialiny.org.pl albo 604 6449210)

Fundusze potrzebne!

Zawsze szukamy wsparcia w formie darowizn na cele Fundacji Babci Aliny – fundusze można łatwo przekazać na stronie internetowej. A może wśród czytelników jest ktoś chętny pomóc zorganizować imprezą fundraisingową dla Fundacji w Kanadzie? Zawsze jesteśmy otwarci na pomysły, a ja chętnie spotkam się z osobami albo grupami zainteresowanymi działalnością Fundacji i rajdem.

[Nie wiesz, jak (nie tylko) w Kanadzie można zebrać pieniądze? Przeczytaj ten wpis! przyp. Kasia]

 

Sharing is caring czyli lajki potrzebne!

Ludzie z fundacji są wdzięczni za każdy like i share na Facebook. Jeśli znasz kogoś kto mógłby być zainteresowany udziałem w rajdzie albo wsparciem Fundacji, prosimy przekaż im informacje.

Masz pytania do Ewy?  Robi niesamowitą robotę! Ja dziękuję Ci, Ewa!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

Szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie czyli kamon barbi letsgoł parti!

Jak pracy w Vancouver szukałam (śmiesznie, ale skutecznie)

Hahaha, nie ma to jak osoba bezrobotna (czyli ja) opisuje pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie. Nie bój nic, poprzednie posty o pracy napisałam (w większości) będąc pełnoetatowym pracownikiem Accenture Canada, więc się mogłam wymądrzać.

Dzisiejszy post to historyczne czasy, wspomnienie z 2015. Nasz młodszy syn, Maciek od miesiąca był w daycare (kanadyjski żłobek; więcej w temacie znajdziesz we wpisie o daycare/preschool) Ja rozsyłałam swoje CV…. wróć, swoje resume, bez większego przekonania, ale nadrabiając nadzieją.

Od początku moje poszukiwanie pracy w Kanadzie miało bardziej wymiar życzeniowy niż było konkretnym planem.  Ciężko nawet powiedzieć, dlaczego? Czyżby z powodu stanu “tymczasowości”? Wciąż byliśmy pod wpływem myśli, że wracamy latem 2015 do Warszawy.

Dość, że wysiłki w kierunku znalezienia pracy podejmowałam nieregularnie, a jak już do nich dochodziło, to działy się rzeczy co najmniej dziwne. Może ciśnie ci się na usta pytanie: to jak Kasia wylądowałaś jako AP Analyst w Burnaby? Spróbuję sobie przypomnieć.

Napiszę ci też, co to ten szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie.

W skrócie: Udając studentkę University of B.C. wpadłam na wydarzenie organizowane przez firmę rekrutującą absolwentów. Zrobiłam klasyczne: crash the party, zjadłam dwa kawałki pizzy, udawałam mądrzejszą niż jestem w rzeczywistości (łatwizna), zdobyłam wizytówkę. (pamiętaj, że wizytówki to cel każdego networkingowego spotkania, im więcej, tym lepiej, bierz, jak leci. Stop. To żart jest. Nie bierz, jak leci. O tym, jak się zachować, napiszę innym razem)

Pracy oczywiście nie dostałam.

Ale i tak było warto.

Jak do tego doszło? Ale o co chodzi? To jak dostałaś pracę, Kate?

Poniżej znajdziesz spis wydarzeń.

  • Dowiedziałam się z tablicy w community center, że jest  warsztat współprowadzony przez Accenture. Na kartce było napisane, że tylko dla osób z PR (wtedy byłam na wizie pracowniczej), ale się nie przejęłam. Napisałam do prowadzącego i zostałam zaproszona.

 

  • Warsztaty były przez trzy soboty, kilka godzin przedpołudniem. Dwie soboty w styczniu, jedna w lutym.

 

  • Kiedy przyszłam po raz pierwszy, byłam jedną z nielicznych dziewczyn. Rasy kaukaskiej. Oprócz mnie była jeszcze jedna dziewczyna, więc siłą rozpędu usiadłam obok, zagadałam (znacz cykl Rozmówki kanadyjskie ?), zaprzyjaźniłyśmy się. Yulianna jest z Armenii, pracowała w dziale finansowym dla tamtejszej Coca-Coli, trzy tygodnie wcześniej przeniosła się do Vancouver i wtedy szukała pierwszej pracy. Na tym spotkaniu zadano nam pracę domową  – napisać kanadyjskie resume oraz przygotować się do ćwiczebnej rozmowy kwalifikacyjnej (czyli do mock interview).

 

  • Kolejnej soboty nie byłam już tak zestresowana  – bo znałam Yuliannę 😉 Przyniosłam też ze sobą resume.  Moderator przydzielił nas do różnych mentorów z Accenture i zaczęło się ćwiczenie rozmowy kwalifikacyjnej po kanadyjsku.  I tutaj zadziałało szczęście – trafiłam do pary ze starszym Azjatą o przebogatym życiu zawodowym. Ha, myślisz, przecież to żadne szczęście, nie mam szansy przy takim VIP. Ale, ale rywal mój się nie przygotował. Zero, nul, nic. Nie przyniósł resume, nie przećwiczył pytań, słowem, dał ciała. Naszym mentorem była Amanda, HR manager. Ponieważ kolega z ławki nie odrobił zadania, pani pytała tylko mnie 😉

 

  • Amanda mnie zapamiętała, po spotkaniu wysłałam jej podziękowanie na LinkedIn oraz prośbę o nawiązanie kontaktu. A pod koniec lutego do mnie napisała, że dział AP w Accenture w Burnaby szuka pracowników i żebym przesłała swoje resume. Przesłałam jej, ona przesłała komuś innemu, ten ktoś pokierował mnie do agencji (na początku taka była moja forma zatrudnienia). O samej rozmowie kwalifikacyjnej, a właściwie trzech, napiszę osobno. Kiedyś.

 

  • Dostałam pracę w ciągu tygodnia.

 

Chwila przerwy, bo w lutym 2015 działy się inne rzeczy, które wprawdzie pracy mi nie dały, ale dodały śmiałości! Czyli owe kamon barbi letsgo parti.

Czytasz te wszystkie rady, jak zacząć szukać pracy, prawda? Ja też czytałam, głównie po angielsku. I wszędzie jest napisane: wykaż zainteresowanie, inicjatywę, daj się zapamiętać.

Postanowiłyśmy z Yulianną dać się zapamiętać. Ustaliłyśmy, które firmy (finansowo-księgowe) nas interesują. Dużo było (jest) ofert pracy dla juniorów w start-upach. Nas interesowały te, które pomagają małym biznesom prowadzić księgowość. Takie firmy fajne są, zobacz sam.

Polubiłyśmy  firmowe profile na Facebooku, Twitterze, LinkedInie i tadadam, jakoś w połowie lutego 2015 jedna z firm się ogłasza, że robi wydarzenie rekrutacyjne, ale takie swobodne, coś właśnie jak recruitment party.  Miejsce: UBC, zaproszeni goście: Accounting and Finance students.

Żeby uczestniczyć w wydarzeniu trzeba było być członkiem koła naukowego albo przynajmniej mieć indeks UBC. Nie jestem członkiem (ale stwierdzenie, c’nie?) i nie mam (już) indeksu, a z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej to już w ogóle.

Poszłam tak czy inaczej, no bo co mi sie może stać? Najwyżej mnie nie wpuszczą i stracę 2.75 CAD za bilet w jedną stronę. Yulianna tym razem wymiękła 😉

Dojechałam na kampus, podeszłam do wejścia i mówię, że ja też na to spotkanie. A jesteś na liście? Nie jestem, tak jakoś wyszło, ale czy mogę wejść? Zależy mi bardzo. Pozwolili, a mogli nie pozwolić, więc szczęście 🙂

Już na sali wykładowej HR dziewczyny ze startupu opowiadały i zachęcały studentów, żeby aplikować nawet jak stanowisko wydaje się nie dla nas. Często są takie ogłoszenia: Awesome? Apply here! – w ten sposób firmy budują sobie bazę przyszłych pracowników.

Dziewczynom z HR można było zadać im pytania. Przygotowałam sobie jedno pytanie, mądre, żeby wypaść profesjonalnie. Chyba coś o zamknięciu miesiąca w aplikacji finansowej. Było to, nieskromnie mówiąc, jedno z nielicznych pytań merytorycznych.

To też sposób, żeby dać się zapamiętać w gąszczu pytań o elastyczny czas pracy czy ile jest przerw na jogę. Nie mówię, że jedyny słuszny, mówię, że warty wypróbowania.

W międzyczasie podano pizzę i się już w ogóle zrobiła imprezowa atmosfera, gdzie ja z moimi latami 30plus, czułam się trochę jak dinozaur (a rzadko się tak czuję). Szybko więc umknęłam. Z wizytówką i anegdotką, którą mogę dziś opisać.

Gdybym jednak kiedyś przyszła na rozmowę rekrutacyjną do tej firmy, to wspomnę tamto wydarzenie, wizytówkę mam, kontakt na LinkedIn też, więc znowu jest większa szansa, że będę kimś bardziej znanym niż aplikant “z ulicy”. Że będziemy mieć coś wspólnego, jakiś punkt wyjścia do rozmowy.

I że praca się znajdzie.

Życzę ci, żebyś takich punktów wyjścia i znajomości miał jak najwięcej.  Zrób coś nieoczywistego, daj się zapamiętać, albo przynajmniej przygotuj się.

Włóż trochę wysiłku.

Najwyżej zostaniesz tylko z dobrą historią. I z wyższym poziomem śmiałości. A to w Ameryce jest solidna waluta 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się. Wtedy wiem, co lubisz czytać!