Ania z Zielonego Wzgórza w czerwcu. Bycie dzieckiem

Czerwiec, wakacje, beztroskie dziecięce zdziwienie światem. Wypisz wymaluj czas Ani z Zielonego Wzgórza.

Kolejny miesiąc ma się ku końcowi. Do bólu banalnie zdziwię się, jak ten czas leci. Jeszcze niedawno był Dzień Dziecka (w Kanadzie akurat nie świętują), później Dzień Ojca (19 czerwca tutaj, w Polsce 21.06). Lipiec zagląda przez okna (nieumyte)

Patrzymy na chłopaków, jak rosną. Zdziwienie odbiera mi mowę, kiedy myślę “Mam 9letniego syna !” I kiedy cieszę się, że wciąż chce się przytulać, a na niewinne podpytywanie, gdzie będzie mieszkał, jak dorośnie, prycha i mówi “z Tobą”.

Dla mnie  z wszystkich miesięcy w roku, to właśnie czerwiec najbardziej sprzyja byciu z dzieckiem. I byciu dzieckiem.

Dzieci i czerwiec to bardzo wdzięczne połączenie.

Szkoły już prawie nie ma, za to dni są długie, jak nigdy. Można do 21, 22 przesiadywać na dworze, budować bazy w drzewach, czy stawiać na plaży zamki z piasku. Albo w piaskownicy się bawić, z braku plaży. Gonić się do upadłego jako “policjanci i złodzieje”. Cieszyć się taką zwykłą, nieskrępowaną radością.

Żeby zwykły, przeciętnej  wielkości krzak zmienił się w sekretną bazę, trzeba wyobraźni. Tej dzieci mają w nadmiarze, nic tylko pożyczać od nich garściami.

W czerwcu wszystko jest takie ekscytujące, choćby było znane od dawna. Na przykład plac zabaw, niepozorny, od zawsze ukryty pomiędzy domami i w sumie dość daleko od nas.  Dzisiaj ten plac zmienił się w królestwo latających smoków, z zamkiem potworów i duchem otwierającym skrzypiące drzwi. Mimo, że nie przepadam za placem zabaw, to w czerwcu jakoś łatwiej daję się wciągnąć w ganianego, czy bujanie się na huśtawce.

Łatwiej mi w czerwcu być dzieckiem i jak dziecko cieszyć się czasem.

Ania z Zielonego Wzgórza nigdy nie przestała tak po dzięcięcemu dziwić  się światu. Nawet jako stateczna pani domu i matka dzieciom miała w sobie dziecięcy zachwyt codziennością.

Wiedziała, jaką wartością jest odkrywanie powolutku tego, co dla nas przygotowało życie. Dorastanie w odkrywaniu, uczenie się, podczas poznawania. Jej dziecięce zafascynowania, przyprawione odpowiednią porcją wyobraźni, pomagały widzieć świat innym, głębszym. Świat stojący otworem dla dzieci, a niestety często niedostępny dla dorosłych.

Bez wyobraźni takie odkrywanie stanie się zwyczajnym “przyjmowaniem na klatę” codzienności. A nie o to chodzi, o nie !

“Isn’t it splendid to think of all the things there are to find out about? It just makes me feel glad to be alive – it’s such an interesting world. It wouldn’t be half so interesting if we knew all about everything, would it? There’d be no scope for imagination then, would there?”

Ania z Zielonego Wzgórza

Dzieci i Ania umieją traktować życie, jak otwieranie ogromnej księgi, na której stronach kryje się największa ciekawostka świata.

Czerwiec jest rozkosznym miesiącem na zdziwienia. Nawet jeśli w tym roku w Vancouver pada znacznie częściej niż w zeszłym.

“I wonder what it would be like to live in a world where it was always June……”

Ania na uniwersytecie

Też myślicie, że czerwiec mógłby być więcej niż raz do roku?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

Co tu tak cicho ?! Jesteśmy na meczu hokejowym w Vancouver

Musi być choć jeden taki wpis na blogu o Kanadzie. Zatem choć się nie znamy, to o hokeju napisaliśmy.

Musi być jeden taki post na kanadyjskim blogu. Musi być post o hokeju. Ale żadnych tam encyklopedycznych wywodów i historycznych danych. Proszę sobie samemu poszukać takich, jak kogo interesuje 😀

W tym poście będzie o meczu hokejowym w Vancouver.

Który to mecz został podsumowany przez wizytującą rodzinę słowami z tytułu:

Co tu tak cicho ?! Ej…. chyba coś jest nie tak ?! Gdzie komentator, gdzie kibice ?!

Zaczniemy od małego personalnego nakreślenia tła tej rozmowy.

Otóż mamy w rodzinę tę część, która sportem żyje [zainteresowani wiedzą, o kim piszę ]. Całe moje życie zastanawiałam się, czy ja aby nie jestem adoptowana, skoro zawody sportowe, mecze, memoriale, Polsat Sport i co tam jeszcze, więc te wszystkie akcje, jakoś mnie nie ruszają. Kuby też nie ruszają. Takie z nas leniwce wyrodne.

Ale reszta rodziny, jej część, kibicami jest,  pisanymi dużą literą. Dzięki temu Krzysiek jest w klubie przyjaciół Legii, był na zawodach siatkarskich i zanim jeszcze umiał się przedstawić, już seplenił: jak mec, to wsystko idzie prec.

Jeszcze tytułem wyjaśnienia – to nie jest tak, że nas sport guzik obchodzi.  W góry pójść? Zawsze. Na rower, na narty, na basen, a i owszem. Tylko coś sporty grupowe na nas nie działają, a już oglądanie tychże…. nie, nie nasza bajka. [to teraz z tych 300 obserwujących na fejsbuku połowa, albo i więcej nas odlubi, co ?]

Ale nie było takiej możliwości, żeby mieszkając w Kanadzie, nie obejrzeć meczu hokejowego. Trzeba.

Na Canucksów raz się trzeba wybrać, czy też Gigantów. Żeby poczuć, o co chodzi i żeby punkt z listy odhaczyć też.

Dla zupełnych świeżaków w temacie i tych, co chcą wiedzieć tycio, tycio : drużyna hokejowa Canucks to ci najważniejsi, pierwszoligowi czy też NHLigowi, chociaż (znowu) wypadli z Pucharu Stanleya, i stadion mają w Downtown. Giants grają we wschodnim Vancouver, młodziki, bilety tańsze 🙂

Różne głosy słyszeliśmy o meczu hokejowym, że trzeba pójść, to raz, ale że nie warto, to dwa. Bo krążek za mały, a bilety drogie. Mam cichą nadzieję, że się znawcy hokeja w Vancouver ujawnią w komentarzach i poprawią, co  źle napisałam.

Dotychczas redakcja Kanada się nada była w 1/2 osoboskładu na trzech meczach. Dwa razy byli to Giganci i raz Canucks.

Mecze Gigantów oglądaliśmy, bo szkoła Krzyśka wraz z wieloma innymi szkołami z regionu Vancouver, organizowała podczas meczu flash mob przeciwko przemocy w szkole.

Pierwszy raz wyjazd na mecz mieli w zeszłym roku.  Cała szkoła Krzyśka, jak zresztą inne szkoły z okolicy, pojechali na mecz hokejowy. Był to pierwszy w Krzyśkowym życiu flash mob, i od razu na różowo (tym kolorem protestowali przeciwko agresji w szkole)

Zakup biletów organizowała szkoła (koszt: 10 CAD). Kupiliśmy też koszulkę różowiutką za 15 CAD. Cel wyjazdu i meczu był szczytny, taniec wesoły, choć Kris wyraźnie oporny był podczas ćwiczeń, jakoś taniec go nie porywa ?  Antibullying day wypadało 25/2/2015. Wideo możecie obejrzeć pod tym linkiem.

W tym roku znowu zatańczyli. I ja też pojechałam zobaczyć. Dobrze było zobaczyć dużą ilość dzieci zjednoczonych w takiej potrzebnej inicjatywie. Choć drużyna gospodarzy przegrała, sam mecz mi się podobał, emocje były. I koszulkę wygrałam, bo w czasie przerw organizowane są losowania różnych nagród albo pokazy, kto najładniej zatańczy, albo po prostu rzucanie fantów w publiczność (koszulek). Na wielkim telebimie wyświetlali zachęcające hasła oraz śmieszne filmiki.

Ponieważ to był mój pierwszy raz na meczu hokejowym, nie obyło się bez kilku zdziwień. Na przykład, że na mecz zabiera się niemowlęta. A żeby mogły spokojnie przysypiać w trakcie meczu, zakłada się im wielkie słuchawki-ochraniacze na uszy.

Kolejne zdziwienie uświadomili mi rodzice, kiedy wybraliśmy się wspólnie na mecz Canucks kontra drużyna z Colorado.

Kiedy czekaliśmy na autobus na lodowisko, widzieliśmy sporo kibiców. Przed wejściami kłębił się tłum. Usiedliśmy na swoich miejscach, wokół ludzi nawet całkiem sporo, większość w niebieskich koszulkach. “Będzie się działo !” pomyślałam. A tymczasem już chwilę po rozpoczęciu meczu, zaczęliśmy się zastanawiać, co tutaj tak cicho? Nie było komentatora, kibice dopingowali, a i owszem, ale jakoś tak łagodnie. Emocje wyważone. Iście kanadyjskie !

Podczas przerw ludzie okupowali stoiska z jedzeniem, popcornem, gadżetami. Było gwarnie i wesoło. A na meczu spokojnie. Nie wiem, może tak się trzeba zachować podczas hokeja? Trochę to jednak stało w sprzeczności z hasłami zagrzewającymi do dopingu, typu Make some noise.

Żeby nie było, że narzekam. Podobało nam się. Na pewno lepiej jest tak oglądać sport, niż przed telewizorem w domu. Co doświadczenie na żywo, to doświadczenie na żywo.  Zwłaszcza jeśli ceny biletów sezonowych zaczynają się od $55.

Jeszcze w temacie szczegółów technicznych. My kupiliśmy bilety tutaj. Nie kupiliśmy ich bezpośrednio na stronie Vancouver Canucks, tylko “z drugiej reki” korzystając właśnie z tego serwisu. Te same miejsca kosztowały nas 30 CAD, gdy tymczasem na stronie drużyny były po ponad 50 CAD. Zapłaciliśmy kartą, potwierdzenie przyszło na mail, wydrukowaliśmy, pokazaliśmy pani przy wejściu i już. Szybko i sprawnie.

Tyle o hokeju. Reszta to zdjęcia.

o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_1

o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_2

Mecz hokejowy w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie i polskiej rodzinie w Vancouver

o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_4o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_5

A Wy lubicie hokeja? Byliście na meczu? Komu kibicujecie? Dajcie znać, czy pisać więcej o sportowej stronie Kanady

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

AAAAA Rodzina z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować i ułatwić im przekroczenie granicy

Wizyta rodziny z Polski? Oj będzie się działo…. a może nie?

Jedna z wielu rozterek emigranta – odwiedziny (u) rodziny. Stres u nas był !

Powiem tak – temat: rodzina z Polski przyjeżdża, to nie jest błaha sprawa i sama intuicja nie zawsze wystarczy.

No bo jak to wygląda? Każdy mówi, że chciałby przyjechać, cię odwiedzić, ale jakoś zwykle tak wychodzi, że nie zawsze się da.

Odległość (za duża), pieniądze (za mało), czas (nie ma), język (się nie zna).

Albo z innej strony. Jakiś niewyjaśniony żal tu i tam, który nie pozwala wizytą się cieszyć.

Ale jak rodzina z Polski już się zdecyduje przylecieć, to radość oczekiwania przeplata się ze zdenerwowaniem, jak tu zrobić, żeby wyszło.

Wiem, co piszę. Dwa razy to przerabiałam. Nawet na grupie fejsbukowej szukałam inspiracji i pocieszenia, kiedy mnie panika dopadła.

Teraz już wiem, że:

Podstawą udanej wizyty jest jak zawsze plan. Nie musi być w Excelu, może być spisany na luźnej kartce.

Tak, brzmi jak dodatkowa robota, a i bez tego jesteśmy w  ciągłym niedoczasie. Więc po co wyskakuję z tym planem?

Po pierwszej wizycie rodziców [Mama i Tata J. pozdrawiamy], pozostało w nas wrażenie niedosytu i zbyt błahego przygotowania się do wizyty, a co za tym idzie, mniej świadomego przeżycia tejże.

Może gdybyśmy więcej zaplanowali, radość z wizyty byłaby większa?

Plan się przydaje, bo:

  • Pomaga pozbyć się wszystkich pomysłów z głowy  – spisujemy jak leci, co potrzeba przed wizytą załatwić, a co już podczas wizyty.

Odpowiednio wcześniej można zdecydować: gdzie kto będzie spał (u nas czy w hotelu), kto z gospodarzy bierze wolne z pracy i czy w ogóle (polecam zwłaszcza podczas pierwszej wizyty nie zostawiać rodziny samej sobie).

Warto też porozmawiać o kosztach wizyty, tak żeby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo.

  •  Spisując plan, można zobaczyć, ile Vancouver ma do zaoferowania.

Atrakcje, wycieczki, miejsca warte odwiedzenia układam potem jak puzzle, żeby nie było za dużo jednego dnia.

Grupuję wyjścia na takie, które można zrobić w deszczu, albo takie, które wymagają samochodu (bo w 2015 i 2016 musieliśmy na wizytę rodziny samochód wypożyczyć)

  • Na podstawie planu ogólnego, warto przygotować plan dnia.

Polecam zrobić albo dzień wcześniej, albo przy śniadaniu – od razu można skonsultować z rodziną, zobaczyć, jakie są nastroje i czy nie warto dzisiaj wyluzować.

  • Plan pozwala przyjrzeć się na spokojnie, czy aby nie wpadliśmy w pułapkę wizyta rodziny=100% turystyka.

Może się zdarzyć, że wizyta rodziny wygląda jak objazdówka z biura podróży, zorganizowana do ostatniej minuty, i w gruncie rzeczy mało osobista, za to bardzo męcząca.

Nie idźcie tą drogą! Nie samym zwiedzaniem rodzina żyje, a na pierwszej wizycie  turystyka powinna moim zdaniem zająć nie więcej niż 60-70 % wspólnego czasu. Tak żeby starczyło jeszcze na zwyczajne bycie ze sobą.

I to jest właśnie ten zasadniczy powód, dla którego rodzina z Polski przyjeżdża. Bo chcą być z Wami. A Wy chcecie być z nimi.


Dzięki planowi panujemy nad czasem, ale jak tutaj zapanować nad emocjami?

Psychologiczne przygotowanie się do wizyty streszczę banalnie: wyluzować.

Wizyta teściowej czy mamy w Vancouver w gruncie rzeczy nie różni się od wizyty w Warszawie.

Jeśli będzie powód do niesnasek, to położenie geograficzne jest tutaj jedynie katalizatorem.

Oczywiście może tak być, że rodzina z Polski przyjeżdża i zupełnie nie rozumie emigracyjnej rzeczywistości wokół. Są niezadowoleni, rozczarowani i ciągle porównują, jak to tutaj jest źle, a tam lepiej.

Albo porównują w drugą stronę, maskując słabo skrywaną zazdrością.

Cóż, niewiele można poradzić, bo na pewno odległość  nie pomoże w wyprostowaniu takich emocji.

Może w takim razie warto zaprosić tylko część rodziny, tę, o której wiecie, że się będzie lepiej czuła?

Emocji będzie sporo, więc trzeba na nie znaleźć miejsce i czas.

Mówiąc miejsce mam na myśli fizyczną przestrzeń. Po dwóch-trzech tygodniach nawet najbardziej kochające się osoby mogą mieć siebie dość.

I co wtedy?

Spacer! Niech goście pójdą na chwilkę na pobliski skwerek, sami. Albo niech wyjdą gospodarze.

To jest zły pomysł, żeby podczas wizyty rodziny z Polski być ze sobą 24/7. Choćbyśmy nie wiem jak byli stęsknieni, trzeba mieć przestrzeń wokół siebie.

I jeszcze o emocjach podczas wizyty.

Przygotowując się na przyjazd rodziny myślałam, że będziemy prowadzić długaśne Polaków rozmowy do późna w nocy. Jakoś do głowy mi nie przyszło, że byłoby to trochę dziwne, skoro takich rozmów nie prowadziliśmy w Polsce.

Nie wiem, może myślałam, że emigracja zmienia również i takie zachowanie?

Okazało się, że czas na rozmowy znalazł się sam, niewymuszony, nienachalny, odpowiadający obu stronom. Nic nie było na siłę. Trzeba dać czasowi czas.  Nie spinać się i nie wymagać zbyt wiele.

[Ale tego nauczyła mnie dopiero druga wizyta]
I nie przejmować się, że rodzice jako główne danie z Vancouver poznali poutine.

Cóż robić, dzieci niespecjalnie chciały pójść na sushi 🙂

Na koniec wskazówki praktyczne. To, co najważniejsze !

  • Język angielski. Tak, to bywa problemem.

Z dobrych rad (dzięki Ewa B.): warto przygotować dla rodziny mini słowniczek z podstawowymi zwrotami po angielsku, zwłaszcza z terenu lotniska: czyli np. gate=bramka do wejścia, departures=odloty, itd. Żeby rodzina czuła się w miarę komfortowo podczas rozmowy z celnikiem.

  • A jak mają rozmawiać z celnikiem na granicy? Co mają powiedzieć?

Jeśli znają angielski, to rozmowa powinna być krótka i bez ściemniania. Skoro przyjeżdżają w odwiedziny, to to właśnie trzeba powiedzieć.

Jak padnie pytanie, z czego się utrzymują w Polsce, trzeba mieć odpowiedź przygotowaną.

Nie mówić, że jest się bezrobotnym (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć). Ogólnie nie mówić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, że się nie chce odwiedzać, tylko pracować w Kanadzie. Nielegalnie.

Mówić mniej niż więcej.

Jak do czegoś nieprzyjemnego dojdzie, nie awanturować się, tylko poprosić o pomoc.

Kanadyjczycy są spokojni, krzykiem się nic nie wskóra (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć).  Tłumacz zwykle jest, a obywatele polscy mają zagwarantowaną pomoc konsula zagranicą.

  • Podczas przylotu do Kanady wymagane jest wystąpienia o eTA – wszystko o obowiązkowym elektronicznym zgłoszeniu swojego przylotu do Kanady przeczytacie na blogu Moniki

 

  • Ponieważ nie ma bezpośrednich lotów do Vancouver z Polski, pozostaje wybrać przesiadkę.

Stanowczo odradzamy fundowanie rodzinie międzylądowania w Kanadzie, czy w Stanach. Chcecie wiedzieć dlaczego? Tutaj opisaliśmy swoje przeżycia z drugiego przylotu przez Toronto.

Najlepiej wybrać lotnisko w takim z europejskich miast, gdzie rodzina się może dogadać lub gdzie mieszka ktoś, kto w razie czego mógłby pomóc na lotnisku.

  • Warto przygotować dokument a’la letter of invitation do pokazania celnikowi w Kanadzie.

Nie jest to dokument wymagany, Polacy podczas wjazdu do Kanady dostaną wizę turystyczną, ale wszystko i tak zależy od decyzji celnika na lotnisku.

A jak się dogadać, kiedy rodzina z Polski akurat po angielsku nic nie powie? Przyda się wydrukowana kartka.

Co my napisaliśmy na naszym zaproszeniu dla rodziny z Polski (kartka A4)?

  • List rozpoczęliśmy prośbą o pomoc podczas wjazdu do Kanady, ponieważ rodzice nie mówią po angielsku;
  • Imiona i nazwiska rodziców, daty urodzenia, numery paszportów, telefon i adres w Polsce;
  • Kim dla nas są, po co przyjeżdżają, jak długo zostaną (u nas po angielsku było o tym, że to są dziadkowie, którzy nie widzieli swoich wnuków od 6 miesięcy i przyjechali na ferie wiosenne, na trzy tygodnie);
  • Gdzie się zatrzymają i kto będzie za to płacił;
  • Nasze dane osobowe, gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy (dobrze jest podać telefon do pracodawcy, jakby celnik chciał potwierdzić) i jaki jest nasz obecny status w Kanadzie (czyli, że mamy dwuletnie pozwolenie o pracę). Ksero naszych pozwoleń rodzice dołączyli do listu;
  • Na końcu były nasze numery telefonów z informacją, że czekamy na lotniksu i jeśli celnik chce nas wezwać na rozmowę, to jesteśmy w pobliżu;
  • I podziękowanie za pomoc.

I tyle. Nie było żadnych problemów na granicy. Celnik spojrzał na list, nie zadał żadnych pytań, wziął paszporty, oddał paszporty.

To co teraz?

Udanej wizyty! Cieszcz się rodziną, albo przyjaciółmi i pokaż im swój obecny dom! W końcu o to chodzi! Potrzebujesz więcej informacji? Daj znać!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Czy ty się uczysz czy ty się bawisz? Czyli organizacja dnia w szkole kanadyjskiej

Uwaga, dzwonek ! Trzeba pobiec do szkoły w radosnych podskokach 🙂

Rok szkolny powoli się kończy, wakacje tuż za rogiem.

Jeszcze chwila, jeszcze dwie, i wszystkie dzieci staną na uroczystym apelu, podekscytowane zbliżającym się magicznym momentem rozdania świadectw (albo znudzone tym faktem, zależy od wieku ucznia).

Wróć….. wszystkie polskie dzieci. Bo w naszej kanadyjskiej szkole apelu nie było na rozpoczęcie i nie będzie na zakończenie.

W kanadyjskiej szkole wiele zagadnień wygląda inaczej niż po polsku.

Inne są apele (brak), prace domowe (minimalny zakres), sprawdziany (brak), wywiadówki (szczegółowo opisane w tym poście), podręczniki i przybory szkolne (nie trzeba nosić ze sobą z domu do szkoły). Inna jest też relacja pomiędzy nauczycielami, dziećmi i rodzicami.

Kilka informacji i luźnych myśli  znajdziecie w tym poście, pisanym na początku roku szkolnego 2015/2016.

Zobacz, jak wygląda codzienny dzień ucznia zwykłej szkoły rejonowej w Vancouver. Spisuję to, co Krzyś mi opowiada, zaglądając przez ramię


Zanim do szczegółów, jedna uwaga.

Każda szkoła kanadyjska ma większą autonomię, niż polskie podstawówki. Widać to zwłaszcza w kalendarzu dni szkolnych i wolnych, zwanych tutaj Curriculum Days oraz Pro D Days.

Bywa, że różne szkoły podstawowe różnie ustalają sobie inne godziny rozpoczęcia i dni przeznaczone na kształcenie zawodowe nauczycieli.

Ogólnie panuje spora dowolność, co z jednej strony jest dobre (większa elastyczność dla rodzica), a z drugiej strony mocno dezorientujące dla nieobytych z systemem kanadyjskim.

Organizacja dnia w szkole kanadyjskiej.

 

Nasza szkoła to zwykła rejonówka, dwie ulice od naszego domu. Dzięki temu, zdarza się, że Krzysiek idzie sam. [według prawa dzieci od lat 9 mogą przebywać na ulicy bez opieki dorosłych]

#1

Opieka przed szkołą i po szkole

 

Dzień się zaczyna o 9, kończy o 15. Codziennie tak samo.

Jeśli rodzice pracują w innych godzinach, dzieci należy zapisać na zajęcia przed szkołą (7:30-8) i po szkole (15- 17:30). W samej szkole nie ma świetlicy, gdzie młodsze dzieci spędzają czas. Before school care i after school care organizowane są poza szkołą, komercyjnie, płatne w zależności od rodzaju zajęć czy typu klubu.

Opiekunowie (często młodzi, często wolontariusze) przyprowadzają i odprowadzają dzieci, bo takie kluby czasami działają spory kawałek od szkoły (np. nasz klub jest oddalony o dwie przecznice od szkoły).

Ceny opieki mogą się bardzo różnić, od 100 CAD za cały rok, do kilkuset dolarów za miesiąc. Trzeba zrobić wywiad, zanim podejmie się decyzje.

#2

Początek dnia czyli kto się spóźni, to do pani.

 

No dobrze, niezależnie od tego, o której szkoła się zaczyna, dziecko powinno być na czas. Temat punktualności opiszę kiedyś osobno, bo Kanadyjczycy mają ciekawe i niejednoznaczne podejście do czasu.

Często widzę niespiesznie idących rodziców z dziećmi, kiedy już dawno po dzwonku, z rozbrajającym uśmiechem co robić, przecież dzisiaj poniedziałek. Ale w naszej szkole, jak się spóźnisz, to idziesz do pani, i potem na raporcie semestralnym pojawia się info, ile razy byłeś spóźniony i nieobecny.

W szkole Krzysia są dwie przerwy – pierwsza przerwa około 10:30, na drugie śniadanie i potem  przerwa na lunch około 12-13.

Dzieci w tym czasie mogą jeść w stołówce (musi mocno, mocno padać) lub na dworze (opcja preferowana).

Później bawią się na najbliższym placu zabaw, w parku. Teren naszej szkoły nie jest ogrodzony, ani zamknięty, dzieci mają dużo większą swobodę w bieganiu.

→ Krzysiek każe mi dopisać, ze w warszawskiej szkole w ogóle nie wychodzili na przerwy. To nie do końca prawda, ale skoro tak to pamięta, to oznacza, że czasu na świeżym powietrzu dzieciaki miały stanowczo za mało.

#3

Jak wyglądają zajęcia dzieci w klasie?

 

W klasie każde dziecko zaczyna zwykle od czytania książek, po cichu, przy stolikach, kilka-kilkanaście minut, ot taka rozgrzewka intelektualna.

Wybór książeczek dowolny, Krzysiek często przynosi swoją (bywa, że i polską). Lektur obowiązkowych, takich samych dla wszystkich, nie ma. Za to w każdym tygodniu trzeba przeczytać dany rodzaj książki (fiction book, graphic novel, picture book, etc.). Później dzieci dostają kartki i muszą napisać, o czym książki były. Każdy sobie sam wybiera książkę danego typu z biblioteki szkolnej. Obecnie czyta się gazetki.

→ Wyobrażasz to sobie? Gazetki takie mega kolorowe z kiosku ruchu przerabiane w polskiej szkole? To dopiero byłby widok.

Po takiej wstępnej rozgrzewce czytaniem, wciąż nie ma typowych lekcji (czytaj: według polskiego standardu).

Niektóre dzieci są zbierane w jedną grupę, żeby wspólnie czytać, ewentualnie, żeby skończyć zadania z wczoraj. Inne w tym czasie odrabiają matematykę.

Dzieci nie mają takich samych podręczników, tylko skoroszyty, do których wpinane są zadania odpowiadające umiejętnościom dziecka. Nie ma czytania na głos przez jedno dziecko, kiedy reszta klasy śledzi w skupieniu słowa w czytance. Każdy pracuje po swojemu, nad swoimi materiałami, w swoim tempie.

Może tak to podsumuję: dzieci pracują nad tym samym zagadnieniem, ale nie tak samo. Rozumiecie, o co nam chodzi, prawda?

#4

Plan lekcji ? Brak. Sprawdziany i dyktanda? Brak. To znaczy są, ale inne niż te, do których polska oświata nas przyzwyczaiła.

 

Nie ma typowego tygodniowego planu lekcji. To znaczy jest napisane: poniedziałek: muzyka, środa: gym (w-f), czy piątek: biblioteka, ale nic poza tym. Zajęcia muzyczne to są nawet dwa razy: tańczą, grają na flecie (w poprzednim semestrze grali na ukulele). Plastyka nie ma swojego stałego czasu w planie zajęć.

Organizuje się ją na zasadzie: jest potrzeba, jest działanie ( np. przygotowanie kartki na Dzień Matki ). Dzieci są zachęcane do rysowania również kiedy na dworze tak leje, że nikt nie ma serca kazać im wyjść na przerwę. Ale nie muszą wtedy rysować. Zamiast tego mogą oglądać rainy days’ films (czyli filmy na deszczowe dni), puszczane na korytarzu szkolnym.

Nie ma sprawdzianów oprócz testu ze słówek (spelling test). Dwa razy był test z matematyki. Taki do zrobienia/odrobienia podczas zajęć, bez przygotowywania się. A test ze słówek ćwiczą w szkole przez cały tydzień poprzedzający piątkową kartkóweczkę.

→ Ciekawostka: nie wszystkie dzieci w klasie mają te same słówka do napisania podczas spelling test.

Z cyklu ulubione: zajęcia sportowe – czyli gym – czyli wf.

Dzieci się nie przebierają na w-f. Nie ma szatni dziewczyńskiej i chłopięcej.

Jest wprawdzie sala gimnastyczna, ale jak tylko pogoda pozwoli, biegają na dworze.  Special helper, czyli na polskie dyżurny, sugeruje w jaką grę wszyscy się będą bawić. Ale nic nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza.

#5

Dzień szkolny kończy się czasem wolnym, czyli activity time.

 

Dla Krzyśka oznacza to zabawę na dywanie z kolegami, klockami Lego. Klocki Lego to zresztą podstawowe wyposażenie jego plecaka. W zasadzie oprócz Lego, śniadaniówki, fletu (czasami) i dzienniczka ucznia (jak nie zapomni) nic więcej nie nosi.

O 15:00 jest dzwonek. Część dzieci zabierana jest przez rodziców, inni od razu idą na plac zabaw przy szkole, żeby jeszcze tam chwilę się pobawić, a jeszcze inne dzieci zaprowadzane są w miejsca, gdzie mają opiekę po-szkolną.

Dzień zajęć, organizacja szkolna wygląda inaczej niż w Polsce. Lepiej? Gorzej? Każdemu służy co innego, i ile rodziców, tyle zdań. Nasza kanadyjska szkoła nie jest tą, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, a uczniów wyłania się w drodze losowania. Ale jest blisko, wszyscy się znają, i to, co oferuje, wydaje się w tej chwili być dobrym dla Krzysia. Co będzie dalej? Będziemy się zastanawiać….

No i co, chciałbyś chodzić do takiej szkoły? Albo posłać do niej dziecko?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.