Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

Siedzimy w samolocie do Vancouver. Znowu. Dobrze, że tym razem Lufthansa nie strajkuje. Ale jeśli myślicie, że będzie łatwo, to zapraszam do czytania.

Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

#1

Zacznę od lotu

 

Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

 

[Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

 

I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

[dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]
Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

 

Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

Macha ręką i możemy iść.

Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

 

Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!


a o naszym przekraczaniu granicy przeczytasz jeszcze → w poniższych wpisach kliknij w obrazek

Podróż do Kanady_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady.


 

#2

Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

Z rzeczy innych:

  1. walizki się odnalazły, jupikajej
  2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
  3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Garibaldi Provincional Park: Wedgemount Lake and Panorama Ridge

Najpiękniejszy szlak w naszym życiu. Chyba przeszliśmy go we śnie. Garibaldi Provincional Park i szczyt Panorama Ridge.

Napiszę tak: gdybym miała robić jakieś zestawienie najlepszych szlaków górskich, chociaż z góry dopuszczam zmienność takiego zestawienia i w ogóle ogarniam brak sensu robienia takiego, bo każdy szlak górski jest najlepszy w momencie, kiedy już na górę wejdziemy, niemniej jednak szlaki w Garibaldi Provincional Park, ooooo, moi drodzy, te szlaki są the best of the best.

Jak na razie w kategorii Dzika Kanada i #wgórachjestwszystkocokocham bezapelacyjnie wygrywa.

#1 Panorama Ridge

Wejście na Panorama Ridge (oraz współidący z nim szlak na Black Tusk) znajdują się w wielce popularnym parku regionalnym Garibald, na północ od Vancouver, drogą Sea to Sky.

Szlak na Panorama Ridge ma wszystko czego oczekuję od gór: 

  • → podejścia długiego, acz nieuciążliwego,
  • → najlepiej na początku i na końcu w lesie lub wśród drzew, coby za bardzo ze słońcem się nie zbratać.
  • → potem wyjścia na grzbiet, gdzie widoki są takie, że chce się piać z radości i nie wierzyć oczom.
  • → i jeszcze stopień trudności taki, że tylko niektórzy dają radę, żadnych tam niedzielnych turystów-gór zdobywców w japonkach i z reklamówkami (tak, tak, takie widoki panie tego, nie tylko pod Giewontem, również w B.C. uświadczysz).

A jezioro na końcu, taki oto bonus wcześniej mi nie znany z wyjść niekanadyjskich, och, to jezioro na końcu o barwie niedookreślenia, no nie znam takiego koloru po prostu, więc to jezioro to element magiczny. Jeziorko to kropka nad i ….. i szlaku dopełnienie.

Kilka wskazówek praktycznych:

Najwięcej ludzi wybiera się jednak nie w wyższe partie gór, czyli na Panorama Ridge czy Black Tusk, ale nad jezioro Garibaldi, to które na naszych zdjęciach tak zachwyca. Wtedy Grzbiet Panorama ogląda się z dołu.

Jak piszę najwięcej ludzi to mam na myśli tłumy, serio serio tłumy, którym nie straszne przejście 18 km z różnicą przewyższeń 800 m.

Przy jeziorze można się rozbić (za 15 dolarów od osoby bodajże) i jak już wszyscy sobie pójdą, w ciszy patrzeć na lodowce. Ach.

W parku można również rozbić namiot na drugim kempingu wysokogórskim, Taylor Meadowsrównie pięknym, choć nie nad jeziorem.

A na szczycie Inuksuk, przez kogoś dla kogoś zostawiony. To postać z kamienia, wywodząca się z kultury Inuitów, która oznacza: ktoś tu był oraz jesteś na właściwym szlaku?

Nic bardziej trafnego dla górskiego turysty!

Na zdjęciu naszym się niestety jakiś taki mały zrobił. Ale kto szuka, ten znajdzie. A jak trzeba będzie, wdrapiemy się na Panorama Ridge ponownie, żeby mu lepsze ujęcie cyknąć.

Miejsca na kempingach zapełniają się w okolicach 9 rano, co oznacza, że ludzie wychodzą na szlak najpóźniej o 6 rano, o brzasku, bladym świtem!

A nie jest rzadkością namawianie się na wyjazd z Vancouver o 3 w nocy, żeby namiocik w parku Garibaldi mieć szansę postawić.

No to chyba rozumiecie skalę popularności tegoż.

Oczywiście my pechowcy, za późno przybyliśmy na parking (10 rano była) i już od wjazdu pomocna strażniczka wybiła nam z głowy pomysł spania na górze.

Na szczęście Kuba wypatrzył tuż przy drodze kemping prowadzony na ziemi Indian i przez Indian, więc koniec końców było się gdzie rozbić.

Plan nasz pierwotny zakładał, ze idziemy w góry, rozbijamy się na Taylor Meadows, idziemy na Black Tusk, wracamy na kemping i śpimy, następnego dnia idziemy na Panorama Ridge i schodzimy.

Ale ponieważ spaliśmy na dole, a nie na górze, sił, czasu i światła dziennego mieliśmy tylko na jeden z tych szlaków. Wcześniej zrobiliśmy tylko krótki szlak do jeziorek.

Wyszliśmy o 8 rano, na Panorama Ridge byliśmy około 14.

Wodę trzeba mieć ze sobą i dużo jedzenia, bo pod drodze miejscami jest sucho i pyliście.

Gdybym nie wiedziała, gdzie kręcili Władcę Pierścieni, z łatwością mogliby mi wmówić, że to tam. O ile komuś by się chciało sprzęt taszczyć na wysokość ponad 2500 m npm.

Zatem panie i panowie, na szlak namawiamy serdecznie, acz przestrzegamy uczciwie, że trudny.

 

Garibaldi Lake to niejedyne magiczne jeziorko w parku prowincjonalnym Garibaldi.

Szlakiem nieco dalej na północ dojdzie się do ↓↓↓

#2 Wedgemount Lake

Historia naszego wyjścia:

  • → Mimo że bez chłopaków, a więc bagaż ograniczony do minimum oraz tempo szybsze, niż wolniejsze, no więc mimo tego, że teoretycznie powinno być łatwiej, nie było.
  • → Było trudno, bo to szlak dla zaawansowanych, cały czas pod górę, z ponad 1000 metrowym przewyższeniem,
  • …. ale za to jakie widoki, jaka radocha, jaka satysfakcja na szczycie. Na górze można także przenocować w blaszanej chacie za $15 albo w swoim namiocie za 10$.
  • i oczywiście zrobić zdjęcia na Instagrama

Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3

Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

Jeziorko jest, jak widać, po 3 h wchodzenia cały czas pod górę, pionową bardzo, jeziorko to miły akcent końcowy.

Niektórzy nawet się kąpali. Ale nie ja.

Ja głośno narzekałam w języku moim ojczystym, jakie to buty mam niesprawne i że za mało jedzenia wzięłam.

Na moje utyskiwania z drugiego kamienia pada dźwięczne: o rety, Polaków się tutaj nie spodziewałam.

I w taki oto sposób poznaliśmy Justynę, Gorzowiankę, wraz z mężem Irlandczykiem, mieszkających w Vancity [pozdrawiamy!.

To żywy dowód, nic nie zmyślam, serio serio, że jak ci kolegów w Kanadzie brakuje, to trzeba się wybrać w góry.

Boisz się samotnie?

Wycieczka pyszna, ale następnego dnia chodziliśmy z lekka jak marynarze. Na szeroko rozstawionych nogach. I wolno. Czyli jak zmęczeni marynarze po wieczorze w tawernie.

Czyli jak to w B.C. – morze i góry w jednym. Pięknie wprost!

Kto był w Parku Garibaldi i poleca inne szlaki? 


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Po pierwszym roku o szkole rozważania.

Na rozpoczęcie nowego roku szkolnego, nieco przekornie, a co,  teraz będzie o tym roku szkolnym, co się skończył. Różnice i podobieństwa będą.

Tak sobie myślę, że jednak jak rodzina zjeżdża na emigrację, to głównym znakiem zapytania jest, jak się dzieci dostosują. I jak wygląda kanadyjska szkoła podstawowa tudzież inne przybytki oświaty kanadyjskiej.

Chyba nawet bardziej palące to pytanie, niż o matko, co z pracą, albo gdzie ja znajdę mieszkanie, które nie jest trochę bardziej posprzątaną piwnicą.

Zatem jak się zaczynało bloga emigracyjnego rok temu, to siłą rzeczy pierwsze posty były głównie o naszych dzieciach, a jak się zaczęła szkoła, to głównie o dzieciach w szkole.

Jeśli ktoś nie wierzy, zerknijcie na posty z września/października 2014 gdzie Krzyśkowo-Maćkowe emocje w placówkach wychowawczych są myślą przewodnią. I to jest naturalne, w końcu to dzieci, i to nasze. Więc pisać o nich będziemy dużo.

Szkoła się wtedy zaczęła (jesienią, tak jak wszędzie. Wróć, jednak nie tak, jak wszędzie, bo później), w postach przewijało się moje ach i och wymieszane z rozczarowaniem, żeby za słodko nie było (bo nie było). Ciężkie chwile wynikały bardziej z faktu, że to początki życia w Kanadzie, niż kanadyjską szkoła jako taką.

A w czerwcu było pytanie do Krzysia, którą szkołę woli: warszawską czy tutejszą. Zdecydować nie umiał. Przynajmniej nie tak jednoznacznie, na 100%.  Z słów jego wyłapaliśmy najważniejszą przewagę kanadyjskiej: miał więcej kolegów.

Był w klasie z dziećmi młodszymi od niego (klasa pierwszo-druga). W Warszawie był w klasie pierwszej jako sześciolatek, głównie z siedmiolatkami. I było mu tam ciężej, ze starszymi od niego.

Rok różnicy w górvę robi różnicę, się okazuje.

Nie tylko w kontaktach międzydziecięcych było ciężej, także z nauką nie było za lekko.

W takim sensie, że w polskiej szkole tej nauki było po prostu za dużo jak na przeciętnego sześciolatka.

Nauki było za dużo, zadań domowych za dużo, wymagań za dużo. Żeby siedział w ławce grzecznie, czytał z książeczki ładnie i pisał czcionką polską jedyną właściwą. W podstawówce w Vancouver zadań domowych nie miał w ogóle. Choć to z kolei też nieokreślony niepokój we mnie wzbudzało, no bo jak to, choćby zdanka, ćwiczonka, nie? Z zadań domowych to Krzysiek miał czytanie książeczek, ale nie żeby lektury obowiązkowe, i później test ze znajomości tychżetylko takie zwykłe książki o zwykłym życiu, czasami tekturowe, czasami broszurowe, z dużą czcionką i kilkoma zdaniami.

Lecimy dalej: podręczniki.

W Polsce dla jednego dziecka komplecik na rok to około 300 zł, na dwoje to już 600 zł, uchu. W Vancouver zapłaciliśmy na początku 25 CAD za wszystko, WSZYSTKO, serio, nic nie musieliśmy kupić, ni ołóweczka najmarniejszego, żadnego zeszytu. Na koniec roku Krzysiek przyniósł stertę prac plastycznych, kartek z pisaniem, matematyką, wszystko, co w szkole zrobili. Okazuje się, że dzieci wcale nie muszą mieć takich super wypasionych, podręczników, żeby się uczyć, no nie muszą.  Tak sobie myślę, że te nasze polskie kolorowe bardziej przeszkadzają, bo za dużo opowiadają, odkrywają, podają na tacy, ograniczając wyobraźnię. A pusta biała kartka, czyste formy, to wszystko aż kusi, żeby napisać więcej, pokolorować bardziej. I tutaj w księgarni kolorowych podręczników nie znajdziesz. Są czarno-białe, często na kartkach z recyklingu, ekologicznie uświadamiając jednocześnie dzieciaki.

Nie ma podręczników, zatem odpada problem ciężkiego plecaka.

Krzysiek w plecaku nosił te książeczki do domowego czytania (waga piórkowa) i pudełko śniadaniowe. I dwa razy w tygodniu strój na wf. Plecaki zostawały na wieszakach wraz z kurtkami, butami na zmianę (jak ktoś chciał i miał, nie żeby kacie szkolne były wymagane), parasolkami. Wieszaki są tuż przy wejściu do klas, nie ma żadnej groźnej woźnej co to wszystko wie i wszystko może, a najbardziej to zrugać uczniaka, że u kurtki urwany jest ten dzyndzel, co się za niego wiesza (kurtkę, nie ucznia).

Groźnego to ja nie spotkałam w szkole nikogo.

A wierzcie mi, przez rok w polskiej szkole zdarzało mi się, dorosłej, bać rozmowy z ciałem pedagogicznym. Groźne było miejscami to ciało, tak jakoś na mnie z góry patrzące, że co ja tutaj z czym do ludzi, a w ogóle to muszę napisać podanie. Nauczycieli Krzysia tutaj bardzo lubię, szanuję, z jego wychowawczynią mogłabym się zakumplować. Bo i takoż mnie, jako rodzica, po ludzku traktują bardzo, że się nie boję wcale. A przecież powodów do strachu było – czy się zaaklimatyzuje, czy mówić będzie po angielsku, czy zda do następnej klasy.

Nasza szkoła jest jakaś inna?

Nie ma jako takich sal szkolnych, w ogóle niewiele jest ścian, cała przestrzeń szkoły jest podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
Widać, że w szkole niejeden rocznik już skończył naukę, plac przed szkołą prosił się o remont

ale tadadam, zdane, i w Kanadzie, i w Polsce. High five synku !

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.