Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

Ćwiczyć czy nie ćwiczyć, oto jest pytanie. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak być fit w Kanadzie, mam dla ciebie krótką listę. Spodoba się.

 

Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

Kto ze mną?

Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

[ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

  • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

 

  • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

 

  • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

  • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
  • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

 

  • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

  •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
  •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
  •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
  •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
  •  → przy Marpole Community Centre;

Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

 

  • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

  • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
  • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
  • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

Rejestracja na zajęcia to jest osobny temat. Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

Sprawdzone przez nas miejsca:

  • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
  • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

Przykładowy cennik:

  • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
  • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
  • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

Znajdź najbliższe community centre!

  • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest. Przypominam jedynie, że listę naszych wyjść w okolicy obejrzysz po kliknięciu kategorii WYCIECZKI w menu na stronie głównej.

I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

Także tak.

Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉


***

PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

Ps2. Dwa polecenia, bo znam fajne Polki, które w Vancouver zaproszą Cię do ruchu:

***


Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

BYOB czyli kanadyjskie imprezowanie. Alkohol w Vancouver

In vino veritas. Ale co robić, jeśli dostęp do źródeł prawdy jest mocno ograniczany?

Ok. To najpierw tak. Uprasza się, żeby osoby poniżej 18 lat nie czytały tekstu poniżej. Nie żebym namawiała do czego złego, czy coś. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości jest? Jest! No. Poniżej jest post pt. Alkohol w Vancouver.

Imprezy, z ludźmi przebywanie czyli alkohol potrzebny od zaraz. Jakoś tak wychodzi, że na spotkaniach towarzyskich łatwiej wchodzi. Się w klimat, w rozmowę się wchodzi, procenty pomagają.

Niektórzy lubią mniej, niektórzy więcej. My tak sobie. W Kanadzie lubimy cydr z Okanagan, z sokiem jabłkowym.

Lato, czyli sezon ogórkowy, czyli taki temat musi być. Wróć, już kiedyś był! To co przeczytasz poniżej, to rozbudowany tekst z maja 2o15, uzupełniony i przygotowany specjalnie na akcję Blogerów kulturowych i językowych pt. Alkohol w kraju X.  LINK DO WPISU

I jeszcze jedno – żadna ze mnie znawczyni salonów i bywalczyni domówek, więc śmiało pisz swoje uwagi, jak gdzieś za bardzo w temacie popłynę.

#1 tytułem wstępu

Gotowi na trochę kanadyjskiej historii?→

→ Wcale nie tak dawno niemożliwym było zakupienie napoju alkoholowego w supermarkecie.

Do kwietnia 2015 r. alkohol w Kolumbii Brytyjskiej był sprzedawany jedynie w miejscach do tego wyznaczonych, licencjonowanych, takich jak np sieć BC Liquor Stores.

Przepisy się zmieniły  i od kwietnia 2015 można kupić wino w supermarkecie. Pierwszy sklep w prowincji, który się na to odważył jest w Surrey (klik TU). Koło nas, najbliższy Buy Low Food nie ma. Jeszcze.

Żeby nie było, że można wszystko, o tak dobrze to nie ma. Jest prawo, jest strona regulująca spożycie / użycia czy nadużycie.

Przydatne uwagi i jeden smaczek:

  • ✔ Nie możesz pić w parkach, na plażach czy w górach. Ale możesz na swoim miejscu kempingowym.
  • ✔ Możesz mieć w samochodzie zamknięty alkohol, ale nie możesz otwartej puszeczki.
  • ✔ Możesz przynieść swoje wino do restaurcaji i kelner musi ci je polać.  A jak zostanie, to oddać resztę. Ale korkowe też może pobrać przy okazji. Czyli wszyscy w sumie zadowoleni.

W Polsce co i rusz gazeta.pl testuje wina za 10 zł z Biedronki czy innego Lidla vs. wino z piwniczki renomowanego salonu, a tutaj posucha.

Posucha taka nie do końca, napojów bezalkoholowych w naszym najbliższym supermarkecie jest bez liku, przy czym nam w oko wpadło wino ODALKOHOLIZOWANE, białe lub czerwone w cenie 8 $ za flaszkę.  Nie żebym się czepiała, ale polski gugle pokazuje mi taki obrazek, jak wpisuję odalkoholizowane (bo to przecież coś innego niż bezalkoholowe).

Piłam to odalkoholizowane wino, no i tak….. mnie smakuje jak wino bez wina. Dobre średnio, średnio daje radę. W sumie nie wiem, po co to wyprodukowali?

Są jeszcze jakieś takie napoje, jakby oranżady, też bez alkoholu, ale nie napiszę więcej, bo nie próbowałam. Kolorowe bardzo, jakoś nie wzbudzają mojego zaufania. [na skali hipstera 1-10 mam teraz coś pewnie minus 3]

#2 BYOB czyli na bring your own beer. I może kanapkę też, na wszelki wypadek

 

Zaczynamy od imprezy proszonej, czyli skrzykujemy się na domówkę u kogoś. Przewaga nie-Polaków. Tak jakoś w pierwszym roku pobytu w Vancouver zostałam zaproszona na wieczorne spotkanie, imienin świętowanie u koleżanki koleżanki mojej koleżanki. Ja i koleżanka to były jedyne Polki.

Przed imieninami dostałam emaila, że uprasza się o przyniesienie swojego alkoholu. Ha!

Na początku zdziwko, ale potem zrozumienie, jak zobaczyłam, ile wino kosztuje. Na imprezie każdy sobie pije swoje, ile chce, jakie chce. Zadowoleni wszyscy. Oczywiście nikt nie powiedział, że nie można się dzielić

Taki zwyczaj, wcześniej mi z Polski nie znany.

Byliśmy też kilkakrotnie na imprezach integracyjnych, pracowych kanadyjskich. I takie spotkanie też inaczej wygląda niż w Polsce. Dostaliśmy po dwa bilety-karneciki na alkohol (dwie lampki lub dwa drinki na głowę), reszta była do zakupu samodzielnego na barze. Do tego mini kanapeczki i mini paszteciki. W ogóle mini, mini, tycie, tyciuteńkie. Nie mówię, że do dobrej imprezy potrzebne jest morze alkoholu i fura żarcia. Mówię, że w Kanadzie wygląda tak. A w Polsce, no to sam wiesz. Więc czuj się ostrzeżony 😉

 

#3 Jak dostać alkohol czyli tour-the-beer

Alkohol możesz dostać na dwa sposoby: kupić w sklepie i wypić poza sklepem, albo kupić gdzie indziej (pub, restauracja, bar) i wypić na miejscu. Hehe, nie mogłam się powstrzymać, musiałam to napisać 😉

W sklepie w B.C. zobaczysz ludzi grzecznie stojących do kas z sześciopakami w ręku. Albo z większą ilością. Zagęszcza się w weekendy, bo sklepy nie są całodobowe i trzeba zrobić zapasy. Nie wiem, czy wszystkie tak mają – ten najbliżej nas nie jest cały czas otwarty.

Co do piwa, to w naszej dzielnicy radośnie hipsterskiej, czyli na Mount Pleasant, są malutkie browary, gdzie równie tłumnie bywa, jak w sklepach monopolowych.

Ja nie wiem, czy to przystoi, dobra, wiem, że nie za bardzo przystoi pisać tak o warzelniach piwa (???), ale te tutaj są… urocze. Czyściutkie, lśniące pojemniki – beczki, z leciutchną nutką drewna. Industrialnie, ale nie za bardzo.

A przed kasą każdy stoi ze swoim bukłaczkiem po tzw. refill, czyli ponowne napełnienie piwną cieczą (wychodzi taniej niż za każdym razem kupować nową butlę, a jak ekologicznie!)

Wcale nie rzadko stoi się też z dzieckiem (albo i dwójką) – nie wiem, czy mają wstęp do środka, czy tak się tylko oko na to przymyka, bo raz mieliśmy sytuację, że nas z chłopcami nie wpuszczono do baru-pubu na śniadanie. Powód: serwowano tam alkohol i dzieci musiały być w pewnej odległości od nalewaka. Do środka nie wolno było, ale w ogródku już tak. Podstawy prawnej nie znam – ktoś pomoże?

Próbowałam kilka takich craft sample beer w okolicy. Dobre. Na desce stoi od 5 do więcej malutkich szklaneczek z piwem i sobie próbujesz. Piwo to chyba można ze sobą mieszać? #nieznamsiealesiewypowiem

Masz ochotę na wycieczkę po tutejszych browarach?

Ostrzeżenie, czyli serio ktoś do piwa je smażone ogórki?

Najdziwiejsza rzecz, jaką nam zaserwowano do piwa to były smażone w panierce pikle czyli fried pickles.

Jesteśmy pierwsi do próbowania, ale to niedobre było. Serio. W dwóch miejscach jedliśmy i dwa razy bee. No wiem, ja na małosolnych chowana, a do alkoholu to tylko kwaszony (taka tradycja). Ktoś jadł dobre fried pickels?

Ps. Znasz historię, jak pomyliłam najsłynniejszy kanadyjski drink Ceasar z sałatką? LINK

To co, na zdrowie?


→ Zobacz, co inny blogerzy napisali o alkoholu w ich krajach LINK do kulturowojęzykowi. Chcesz dołączyć do grupy? Napisz na blogi.jezykowe1@gmail.com


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park

Faza”Nie chce mi się” ale jak widzę zielone zdjęcia, to bardzo chce mi się znowu w góry. Albo do lasu. Wspomnienie pierwszego kanadyjskiego kempingu w sezonie 2017.

Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.

No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.

Ale co poradzić, jak mi się nie chce?

Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.

Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i  z dzieckiem na plażę pójść.

Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)

Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.

I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.

Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.

Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.

Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).

A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?

Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.

W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).

Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.

Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero  spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?

Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.

Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.

Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.

Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park

W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!

Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.

Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać.  To nie jest Garibaldi Park.

Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?

Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).

Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 7

Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!

Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.

Bo tam rządzi zielone.

Bardzo rządzi !

Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: Sekretne życie drzew.

Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.

Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 8

 

Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 9

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 10

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 11

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 12

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 13

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 14

Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!

To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

 

Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

Mokre zdjęcia z krótkiego spaceru na Quarry Rock. Oraz czy ja lubię Deep Cove (nie lubię).

Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

Sam zobacz.

Colorfull fall has arrived… #vancouver #vancity #beautiful #canada

Post udostępniony przez by Kasia Kate Jeziorska (@kanada_sie_nada)


Nasze okoliczne wyjścia w góry. Spokojnie dasz radę zrobić je w każdym wieku i z dzieckiem.

  1. Grouse Mountain
  2. Dog Mountain
  3. Lynn Canyon
  4. Rice Lake
  5. Buntzen Lake
  6. Belcarra Park
  7. Capilano Bridge
  8. Lynn Headwater Park
  9. Burnaby Mountain

Dorzucimy do listy następną propozycję: Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

 

Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

Ps. Nie jedz pizzy.

Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

Są za to góry. I chmury. I woda.

No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

 

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Wiesz,  gdzie jeszcze pójść z dziećmi na szlak w okolicy Vancouver? Daj znać w komentarzu!
Bo w lipcu planujemy już Garibaldi Park. A tam, wiadomo, GÓRY!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Matka Polka Kanadyjska to ja? – o Dniach Matki i jak mi raz prawie Child Protection Services synem się zainteresowało…

Z okazji Dni Matki (dwóch, a co!) zastanawiam się jaka jestem jako Matka Polka Kanadyjska. Czy mam lepiej czy gorzej, bo jestem na emigracji? Plus dwie anegdotki.

Dzień Matki to w B.C. (w Kanadzie) święto ruchome. W sumie dobrze. Co roku inaczej, trzeba być w gotowości!

Niech będzie w niedzielę, wtedy jest więcej czasu na świętowanie. Oraz więcej czasu na przygotowanie się w sobotę, jeśli jakieś dziecko wdzięcznie zapomni się w natłoku obowiązków tygodnia.

Ja to mam tak dobrze, że ucząc synów języka polskiego i polskich tradycji, mogę im o drugim Dniu Matki opowiedzieć i tym sposobem obchodzić moje święto dwa razy. I od 2015 r. skrupulatnie się tego trzymam.

W 2017 kanadyjski Dzień Matki przypada w niedzielę 14. maja. A polski? No wiadomo, 26 maja. Dobry, majowy czas.

Matka Polka Kanadyjska czyli ja

życzę Wszystkiego Najlepszego na Dni Matki!

Wszystkim Matkom!  A szczególnie Polkom, które są matkami w Kanadzie (no muszę, wpis ma przecież tytuł Matka Polka Kanadyjska).

Przy okazji naszego święta naszła mnie oczywiście refleksja (co poradzę, już tak mam.)


 

Matka na emigracji ma gorzej czy lepiej? Nie wiem, jak każda, wiem, jak ja. Co ze mnie w Kanadzie wyszło?

Zacznę anegdotką:

Początek maja, odbieram Maćka z preschool, rozglądam się, gdzie kurtkę posiał. Szukam na placu zabaw, pod ławką, na ławce, na zjeżdżalni, w plecaczku i jeszcze raz pod ławką (Pod ławką jest secret hideout dla patyków, kto wie, może kurtkę też tam ukrył?) Ale nie.

Kurtki nie ma.

Babcia koleżanki Maćka, Melanie, pochodzenie azjatyckie,  patrzy na mnie i dopytuje, co ja się tak miotam. Mówię, że nie wiem, gdzie jest kurtka Maćka. Babcia patrzy, patrzy…. śmiechem wybucha i mówi: What a mother?! Co za matka?!

No właśnie, co za matka ze mnie?

Ps. Kurtka została w domu. Winny Kuba, który kurtki nie zabrał, hehehe [mściwy chichocik].

Ok, koniec anegdotki, ad rem.

Jako Matka Polka Kanadyjska mam lepiej czy gorzej?

#Minusy

Brak systemu wsparcia.

Pisałam już na ten temat, jak bardzo kręgu kobiet mi brakuje. Uwiera zwłaszcza na początku naszej emigracji, kiedy się nikogo nie znało, a nikt nie znał nas. Brakuje życzliwych, nieżyczliwych zresztą też. Z kim dziecko zostawić, kiedy drugie trzeba odwieźć do szpitala?

Brak wiedzy o kanadyjskim życiu.

Przylatujesz i nie wiesz nic. Jak działa szkoła, jakie lekarstwa podać, jakie prawo obowiązuje. W 2014 nie było tyle grup na facebooku, tyle blogów, nie było Polskich Babskich Spotkań i w sumie nie wiedziałam, kogo się zapytać. Ani o co.

Do dziŚ nie wiem, ile musi mieć dziecko, żeby samo mogło pójść do sklepu po bułki. To teraz opowiem anegdotkę z tytułu:

Raz mi Krzyśka przyprowadzili z biblioteki, dokąd wybrał się za moją wiedzą. Wraca dziecko zapłakane do domu, prowadzone przez nastroszoną bibliotekarkę.

Tłumaczy mi przestraszonej: “Proszę pani, dziecko nie może samo chodzić do biblioteki! Dobrze, że syn znał adres i nas przyprowadził, bo inaczej musiałabym dzwonić po Child Services, że się dziecko bez opieki zostawiło”  [koniec cytatu pani bibliotekarki].

Ja oczy jak pięć złoty, buzia w ciup i się kajam, że nie wiedziałam, że dziecko już duże i odpowiedzialne, że to ostatni raz.

Aha, wyrodna matka, co o dziecko się nie boi. To ja.

Brak dojrzałości wewnętrznej.

Tego się zupełnie nie spodziewalam. Ograniczona wyobraźnia, jak w m….dę strzelił. Nie przypuszczałam, że powinnam mieć choć w ilościach szczątkowych umiejętności radzenia sobie z emocjami straty. Nie wiedziałam, jak sobie poradzić, a co dopiero dzeciom pomóc. Jak wspólnie ten trudny czas przejść.

Cały czas podejrzewam, że nie jestem wystarczająco dorosła. To jak synom mam pokazać, co to znaczy dorastać w Kanadzie?

# Plusy

Mogę eksperymentować z macierzyństwem.

Nie mówię, że w innej sytuacji, czy innym kraju (Polsce) byłoby to niemożliwe. Mówię, że jak nie wyjdzie, to emigracja zawsze jest jakąś wymówką (wiem, mocno naciągam, ale coś w tym jest, c’nie?).

I robię to, wiele rzeczy testuje. Obecnie jestem soccer mom oraz home-stayed mom. Jestem więcej czasu z dziećmi, zobaczymy, czy to wszystkim na dobre wyjdzie. (Pisałam co nieco wcześniej)

Mogę łatwiej dzieci odwagi nauczyć.

Na własnym przykładzie i hands on training! Chcemy, żeby chłopaki byli odważni i śmiało sięgali po swoje marzenia. Nawet, jak po drodze trudno. Łatwiej odwagi się uczyć w sytuacji, kiedy trzeba odezwać się w nieznanym języku, do innych dzieci, w nowym otoczeniu. Mega trudne. Ale się trzeba odważyć. (Chociaż ja po angielsku wciąż się trochę boję mówić).

Mogę własne ograniczenia przekraczać.

Pracę mam, pracy nie mam. Cieszę się, a za chwilę najmniejszy drobiazg uwiera jak drzazga w bucie. Myślisz, że życie poukładane, że masz zarządzanie domem pod kontrolą, a tutaj wystarczy byle pro-D day, żeby plan się przekrzywił na boczek. I w takiej sytuacji elastyczność oraz improwizacja stają się przyjaciółmi każdej emigracyjnej mamy.

Chcesz mieć święty spokój, a tu się nie da.

Dwujęzyczność, a czasem i nauczanie domowe, dostajesz na emigracji w pakiecie.

Ja spędzam z chłopakami większość czasu, więc siłą rzeczy w dwujęzyczności siedzę. I w nauczaniu domowym. Chcesz spróbować, jak to jest dzieci w domu uczyć? Polecam emigrację! Ja w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistkę, ale wiem znacznie więcej, niż wiedziałabym w Polsce. Kiedy Krzyś był w pierwszej klasie, w Warszawie, w ogóle się tym nie interesowałam. A teraz proszę bardzo – 3 rok uczymy się domowo języka polskiego. A angielski to stały temat na blogu, poczytaj więcej.


Jak już to wszystkie punkty z gorszej listy przerobię, wtedy jest lepiej. A jaka satysfakcja! A jaka moc!

Kończę oczywiście standardowym zawołaniem, żeby codziennie mamie miłość okazywać, a nie tylko od święta. I nie tylko mamie okazywać, tacie też. I bratu (jak to kiedyś przeczytasz, to do Ciebie jest, Synku!)

Co Ty zrobisz dla swojej Mamy? Jeśli jesteś Mamą, możesz też przecież zrobić coś dla siebie. Bo w sumie dlaczego nie, kurcze blade.

PS. Patrycja podsuwa listę pomysłów na prezent dla Mamy na Polki.ca.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Poza Vancouver. Jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

W Victorii świeciło słońce i było miło. Jak to się mówi: fine.

Coś ostatnio mało zdjęć jest na blogu. Nie żebym się czuła odpowiedzialna (no może troszkę), raczej winię pogodę.

Wstręciucha – deszczowa pogoda, nie pozwoliła na zrealizowanie bardzo wielu wycieczkowych planów.

Wyobraź sobie, że płacisz 5 tysięcy za wycieczkę zagraniczną, a tam pada cały czas. No właśnie!Dobrze, że dla rodziców to był drugi pobyt w Kanadzie, mogli sobie odpuścić wiele zwiedzania bez większego żalu. Ale co tu kryć, lekki żal był, że spacery mikre, że deszcz w kółko, że gór nie widać.

Jeśli były zdjęcia, to mokre. Przykład z FB podaję poniżej.

Żeby nie było tak całkiem niefajnie, że deszcz i wiecie, mokro ogólnie, podrzucam kilka zdjęć lutowo-marcowych. Góry,…

Opublikowany przez Kanada się nada 3 kwietnia 2017

Na szczęście jedna niedziela była słoneczna, jedna taka, z trzech tygodni wizyty. Jak tylko prognoza pokazała, że się da, wyruszyliśmy samochodem w szóstkę poza Vancouver.

Tam słońce było! Fajna okazała się ta nasza jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

Victoria nam się spodobała, serio.  Jednak chyba za wiele się nasłuchaliśmy achów i ochów o tym mieście, by tym naszym wyśróbowanym wymaganiom biedna stolica Kolumbii Brytyjskiej mogła sprostać.

PS. Czy we wszystkich prowincjach jest tak, że największe miasto regionu NIE jest stolicą? Paweł, jak jest w Manitobie?

Victoria jest ładna. Tyle, ile mogliśmy w jeden dzień zobaczyć. Zresztą wydaje mi się, że dwa dni na stolicę to sporo, zwłaszcza jak masz tydzień na całą B.C. W jeden dzień ogarniesz najważniejsze.

Ale zacznę od początku.

Na początku jest prom. W tym roku pierwszy raz płynęliśmy kanadyjskimi promami, to trochę o nich napiszę.

Brzmi ciekawie? Ha, nie da się ukryć, że jest to atrakcja. Jak jest pogoda i można się pogapić zza burty. Ale jak nie ma pogody, to masz poczucie, że te 120 CAD za samochód i 6 ludzi w jedną stronę, to jednak spory wydatek.

BC Ferries są drogie. Z Vancouver wypływają z dwóch portów: na południu z Tsawwassen i z Horseshoe Bay na w Wschodnim Vancouver na North Shore. Jak płynęliśmy do Nanaimo (żeby na nartach pojeździć), to startowaliśmy z Horseshoe Bay, jak do Victorii, to z Tsawassen.

Procedury są takie same: podjeżdżasz samochodem do okienka, uiszczasz opłatę, wjedżasz na prom, zostawiasz samochód. Potem możesz zostać w aucie i spać, albo wyjść na pokład, posiedzieć.

Dla dzieci jest kącik, są też stanowiska do pracy, z gniazdkiem. Na promie jest co robić, a zawsze i tak najtłoczniej jest w restauracji  – chyba podróż tak wpływa na ludzi ;).

Zjeść możesz jeszcze zanim wjedziesz na prom , bo samochody czekają w długiej kolejce. Można wysiąść z auta, łazienkę zaliczyć, albo plac zabaw (wiadomo!) i w sklepikach pobuszować. Trochę jak na lotnisku.

Nie bój się, zawołają, jak trzeba będzie wracać do samochodów.

A, jeszcze jedno – jak wybierasz się we popularne turystyczne dni, to warto wcześniej zrobić rezerwację. Niestety mówi ona jasno, że i tak musisz pojawić się najpóźniej godzinę przed startem, żeby rezerwacja była honorowana. Kosztuje 18 CAD w jedną stronę.

Raz przyjechaliśmy 15 minut przed odpłynięciem i niestety nie wjechaliśmy już na prom. Mimo kupionego biletu. Ale nie mieliśmy rezerwacji.

Victoria 2017_prom_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Victoria 2017_prom_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Obie przystanie promowe są osiągalne także dla ludzi bez samochodu!

Dojeżdżają autobusy miejskie, więc jak nie masz auta, też skorzystasz. W dodatku, jak masz samochód, a chcesz co nieco zaoszczędzić, możesz samochód zostawić na parkingu i wsiąść na prom jako pieszy pasażer. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, jak to działa, ale jak będziemy płynąć na Bowen Island, to pewnie tak zrobimy.

Połowa posta, a o Victorii dopiero zaczynam pisać.

Wjechaliśmy w rogatki miasta i pierwsze zdziwko, co tutaj tyle hoteli. Sporo większych i mniejszych. Dla zamożnych turystów i dla tych z chudszym portfelem.

My spać nie zamierzaliśmy, więc tylko ruszyliśmy w kierunku centrum. Nie nastawialiśmy się na mocne zwiedzanie. Nasze chłopaki i tak z zabytków najbardziej lubią oglądać Lego Store 😉 Nie jeździliśmy również na rowerze po Victorii, ale widać, że jest to bardzo dobry sposób na jej zwiedzanie. Sporo rowerzystów, w różnym wieku.

My chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć, czym Victoria różni się od innych kanadyjskich miast. I zobaczyliśmy. To właśnie ta inność, obecność dużej ilości historycznych budynków, klimat z lekka europejski sprawia, że Victoria nam się spodobała. Chociaż wygląda na senne miasteczko, to jednak jest to miasteczko inne niż Vancouver, Seattle czy New York City (te amerykańskie miasta znamy, fakt nie za dobrze, ale wydają się nam dość podobne do siebie, takie wiecie, na jedno kopyto.) A Victoria jest inna. Myślę, że Monteal i Quebeck też nas zachwycą swoim klimatem, jak już kiedyś tam zawitamy.

Było zwiedzanie zza szyby samochodu oraz spacerowanie po ulicach w sąsiedztwie Parlamentu (zamknięty do zwiedzania w weekend).

Victoria 2017_Parlament_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Victoria 2017_Parlament_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

 

Przeszliśmy się też słynną wąziutką uliczką w najstarszym kanadyjskim Chinatown. Nie mam za dużo doświadczenia z chińskimi dzielnicami. Ta w Vancouver, choć odwiedzona przez nas zaraz na początku pobytu, nie doczekała się nawet wzmianki na blogu (ani zdjęcia w pierwszym blogowym poście). Nie podpasowało nam.

Ale Chinatown w Victorii to całkiem przyjemnie miejsce. Nawet z lekka romantyczne. (No dobra, przesadzam trochę, ale na spacer jak najbardziej polecam)Victoria Chinatown 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

 Victoria Chinatown 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_brama do Chinatown

Spacerowaliśmy po uroczej wiosce pływających domków Fisherman’s Wharfs. Chłopakom się bardzo podobało bo te domki są niewiele większe od pudełka z zapałkami. I w dodatku na wodzie! Przyglądając się niektórym ciężko było nie kwestionować gustu ich właścicieli, no ale o gustach się nie dyskutuje. Podobno 😉

Victoria- Fisherman 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Victoria-Fisherman-2017_Kanada-się-nada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady_6

Victoria- Fisherman 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

A na koniec zjedliśmy szeroko sławione fish and chips (smażony kawałek ryby plus frytki plus mini sałatka), które smakowało tak samo jak popularne (GO Fish) and chips w False Creek w Vancouver, do którego kiedyś staliśmy ponad 40 minut w kolejce (ja mam niepotwierdzone przekonanie, że wszystkie fish and chips smakują tak samo, nieważne jak sławne by były!)

Kilka godzin w słonecznym, spokojnym mieście dobrze nam zrobiło. Victoria to dobre miejsce na jednodniowy getaway (wycieczka za miasto, dosł. ucieczka ;))


Chętnie poczytamy inne pomysły na jednodniowe wycieczki poza miasto. A jeśli byliście w Victorii, napiszcie, co jeszcze zobaczyć!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

Wyjścia w góry, ale w sumie bez chodzenia po górach. Da się? Pewnie! Post in progress

Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

→ sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

#1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

Z innych ciekawych rzeczy:

  1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
  2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
  3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
  4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#2 Admiralty Point Trail

Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#3 pętelka wokół Sasamat Lake

Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

Na szczęście 🙂

Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Kemping na Deception Pass i Ameryka przykurzona

Ameryka pod namiotem. W środku zdjęcia porzuconych pojazdów, Dead End i Zwodnicza Babcia, czyli klimat z lekka przykurzony. A także plaże, jezioro, skałki.

To kto pierwszy zapyta:

Dlaczego Ameryka przykurzona?

Nie bój nic, jak mów Złomek, Ameryka ma się w porządku.  Tytuł stąd, że do dzisiejszego posta wybrałam zdjęcia, które zrobiliśmy, podczas jednego, zwykłego spaceru podczas wyjazdu majówkowego. Na tym spacerze, zupełnie przypadkiem i całkiem znienacka, wylądowaliśmy na cmentarzysku starych pojazdów. Ha ! Tak, jak w amerykańskim filmie grozy. Była cisza, skrzypiąca na wietrze tabliczka i napis Dead End.  Mało ludzi, dużo drzew. Wielka, przerdzewiała karuzela dla dzieci.

Kiedy przeglądałam te zdjęcia, od razu przyszło mi do głowy lekko je “przykurzyć”, żeby pokazywały Amerykę bez lukru i różowych okularów. Bo taka była ta nasza amerykańska miejscowość, z kategorii “dziura na końcu drogi”, zwykłe domy, zwykłe życie, zero atrakcji turystycznych.

[dodam, że na obróbkę czeka jeszcze druga porcja zdjęć,ale one pokażą nieco inne okoliczności przyrody]

ale zanim do zdjęć, to

Skąd Ameryka w ogóle?

Zachciało nam się na weekend pojechać na kemping. Nie żeby pomysł przyszedł nam w dniu przyjazdu, o nie. My się solidnie zaczęliśmy zastanawiać jakoś w styczniu, gdzie pojechać pod namiot w trakcie Victoria-Day-Long-Weekend. W marcu, kiedy byliśmy zdecydowani na 110%, okazało się, że miejsc kempingowych nie ma wolnych w całej Kolumbii Brytyjskiej. [no chyba, że gdzieś bardzoo dalekoo na północy].

Pozostały nam Stany, a konkretnie najbliższy, po sąsiedzku leżący Stan Waszyngton.  Udało się zarezerwować ostatnie, ostatniuśkie miejsce na kempingu Deception Pass.

Opłaty i rezerwacja na dwa samochody, dwa namioty i osób maks 8, zamknęły się do $200.

Uff, można jechać, zastanawiając się jedynie na granicy z USA, czy da się wwieźć jakieś jedzenie. Dało się.

Celnik zapytał się nas: Do you have any food? To odpowiadam, że tak, Snacks. Snacks to pojemna kategoria, więc można od biedy podciągnąć pod nią kostkę masła i bochenek chleba też, c’nie? Najwyżej się powie, że synowie szybko głodni są w drodze.

To on się pyta, czy mamy jabłka i pomarańcze. Mówię nie. Bo mieliśmy banany i winogrona. Ale o nie już nie zapytał, a ja niepytana, grzecznie nie zaczepiam człowieka w mundurze.

I wjechaliśmy….. A tutaj o tym, jak wizę do Ameryki załatwialiśmy.

Najpierw zerknij na przykurzone zdjęcia

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Samochody, traktory i inne pojazdy. Dodam, że kiedy przedzieraliśmy się przez te gęstwiny, oczywiście wypadł na ganek właściciel z pytaniem Can I help you? , tłumaczone na  A wy tu czego się kręcicie?.  Pierwsze co przyszło nam do głowy, to czy w stanie Waszyngton zalegalizowana jest broń (nie wiemy), i czy w związku z tym, że wtargnęliśmy na jego prywatne podwórko, gospodarz może nas pogonić ze strzelbą.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

 

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Plaża na Deception Pass – tutaj w deszczu.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

I jeszcze widok na jezioro, nieco ponurawe pierwszego dnia, ale nie bój nic, jak mówi Złomek, dalej jest lepiej.

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Sam kemping nie urywa. Wyposażenie, infrastruktura, ogólnie rzecz biorąc, nie zachwyciło nas. Położenie cudne, ale kemping, well good enough (jak by powiedział grzeczny Kanadyjczyk).

Jest jedna zasadnicza rzecz, na którą trzeba się przygotować, jadąc pod namiot na taki kemping (dotyczy także B.C.). A mianowicie, że większość rzeczy przywozi się ze sobą. Na wyjazd zabiera się dobytku bez liku, począwszy od najbardziej podstawowych, a skończywszy na zapakowaniu wszystkich możliwych sprzętów ułatwiających życie, typu przenośny telewizor. Tylko, że inaczej niż z rzeczami, które w Polsce zwozi się na działkę,  przedmioty zabierane przez Kanadyjczyków są takiej jakości, jak te zostawione w domu. Drugi zestaw wszystkiego do życia,  po prostu.

Mimo że namiot mamy spory, to prezentował się nad wyraz skromnie przy wielkich przyczepach Kanadyjczyków, lśniących barbekjujach, luksusowych fotelach składanych. Nie ma co kryć, zazdrość brała. Zwłaszcza jak przez szybkę zerknęłam i widzę kuchnie ładniejszą i bardziej funkcjonalną niż mam w mieszkaniu. Normalnie chcę żyć w przyczepie !

Dobra, koniec z zazdrością. No co, stać ich, to sobie kupują, potrzebują, to sobie kupują, luz.

Ponieważ Kanadyjczycy wszystko przywożą ze sobą, na miejscu nie ma np. ogólnodostępnej kuchni czy pokoju wspólnego, na wypadek deszczu. Placu zabaw nie ma. Byliśmy zawiedzeni, bo rozpieściły nas kempingi na Bornholmie. Lodówka, patelnia i prysznic wliczone. Na amerykańskim Deception Pass nic z tych rzeczy.

Nie zrozumcie nas źle. Wiemy, ze przyjechaliśmy do lasu i z takim typem biwakowania jesteśmy jak najbardziej zaprzyjaźnieni. Że nie ma nic, gary się myje w strumieniu, głowę raz na tydzień, a na obiad jest mielonka z ogniska. Lubim to !

Ale, ale, jak już każą nam słono zapłacić za miejsce na kempingu, które trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to jednak oczekiwania są. Że będzie trochę wygodniej. I że nie trzeba będzie ze sobą wszystkiego, WSZYSTKIEGO, wieźć.

Mimo tego, drobnego w sumie, minusa, kemping czy ten, czy nasz poprzedni, udały się i jest, co wspominać. Pogoda była miejscami gorsza, raz bardziej łaskawa, kilka fotek zrobiliśmy, możecie sami ocenić, czy warto.

Z naszej plaży przez krótką chwilę widać było pasmo gór w Parku Narodowym Olimpic. To tam gdzie wampiry rezydują :). Ale nie dlatego chcemy się tam kiedyś wybrać, hehe. Ludzie polecają, więc coś jest na rzeczy. Pojedziemy, zobaczymy.

Położenie kempinu Deception Pass

Sam kemping jest bardzo ładnie położony, z szeroką, piaszczystą plażą, zachęcającą do spacerów. My pierwszego dnia przeszliśmy się w drobnym deszczyku, oglądając most wiszący, wpisany na listę zabytków USA [z mostu widoki zachwycające :D]. Dla dzieci gratka co niemiara, bo ogromne głazy i wiele kłód wyrzuconych na piasek.

Więc na takiej plaży można:

  • wejść na wielkie kamienie i piszczeć z radości, jak zaczyna podmywać głaz
  • budować szałasy i bazy z wielkich, ogromnych kłód i patyków wyrzuconych przez Pacyfik (nigdzie indziej na świecie nie widziałam tyle drewna na plaży. Ale inna sprawa, że w niewielu miejscach byliśmy)
  • można z licznych kamyczków i muszelek robić ogródki, domki, Inokshuki, drogi, a  wszystko to, aby plażę przyozdobić !
  • w temacie zdobienia jeszcze: można w końcu kreatywnie pisać mądrość na kamieniach: Be u, Love yourself i inne, pomocne hasła, a potem taką małą pamiątkę zabrać ze sobą 🙂

Plaża sama w sobie przypomina te vankuweryjskie, np. Wreck Beach czy plaże wokół Parku Stanley’a. Jest co robić. Ta na Deception Pass ma jeszcze dodatkową zaletę w postaci małych grilli terenowych, dostępnych dla wszystkich.

Można grillować przy plaży, a można i nad jeziorem, bo tuż obok jest jezioro. Jest okazja do pływania (spory wydzielony brodzik dla młodzików), kajakowania i łowienia ryb.

Droga z kempingu na plażę nie jest specjalnie długa, a nam w przewożeniu całego majdanu pomógł wózek z Costco (70 CAD). Da się załadować młodzież i potrzebne rzeczy w ilościach hurtowych.

Na zdjęciach wózka nie ma, ale jest cała reszta.

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada VII_blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Zakład, że wiem, o co pytał Krzysiek? Hej Ty, a wiesz, kiedy będzie kolacja?

W 2017 jesteśmy już zaznajomieni z systemem rezerwacji kempingów w B.C. więc będzie bardziej lokalnie.

Masz jakieś doświadzczenia z amerykańskimi kempingami?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Garibaldi Provincional Park: Wedgemount Lake and Panorama Ridge

Najpiękniejszy szlak w naszym życiu. Chyba przeszliśmy go we śnie. Garibaldi Provincional Park i szczyt Panorama Ridge.

Napiszę tak: gdybym miała robić jakieś zestawienie najlepszych szlaków górskich, chociaż z góry dopuszczam zmienność takiego zestawienia i w ogóle ogarniam brak sensu robienia takiego, bo każdy szlak górski jest najlepszy w momencie, kiedy już na górę wejdziemy, niemniej jednak szlaki w Garibaldi Provincional Park, ooooo, moi drodzy, te szlaki są the best of the best.

Jak na razie w kategorii Dzika Kanada i #wgórachjestwszystkocokocham bezapelacyjnie wygrywa.

#1 Panorama Ridge

Wejście na Panorama Ridge (oraz współidący z nim szlak na Black Tusk) znajdują się w wielce popularnym parku regionalnym Garibald, na północ od Vancouver, drogą Sea to Sky.

Szlak na Panorama Ridge ma wszystko czego oczekuję od gór: 

  • → podejścia długiego, acz nieuciążliwego,
  • → najlepiej na początku i na końcu w lesie lub wśród drzew, coby za bardzo ze słońcem się nie zbratać.
  • → potem wyjścia na grzbiet, gdzie widoki są takie, że chce się piać z radości i nie wierzyć oczom.
  • → i jeszcze stopień trudności taki, że tylko niektórzy dają radę, żadnych tam niedzielnych turystów-gór zdobywców w japonkach i z reklamówkami (tak, tak, takie widoki panie tego, nie tylko pod Giewontem, również w B.C. uświadczysz).

A jezioro na końcu, taki oto bonus wcześniej mi nie znany z wyjść niekanadyjskich, och, to jezioro na końcu o barwie niedookreślenia, no nie znam takiego koloru po prostu, więc to jezioro to element magiczny. Jeziorko to kropka nad i ….. i szlaku dopełnienie.

Kilka wskazówek praktycznych:

Najwięcej ludzi wybiera się jednak nie w wyższe partie gór, czyli na Panorama Ridge czy Black Tusk, ale nad jezioro Garibaldi, to które na naszych zdjęciach tak zachwyca. Wtedy Grzbiet Panorama ogląda się z dołu.

Jak piszę najwięcej ludzi to mam na myśli tłumy, serio serio tłumy, którym nie straszne przejście 18 km z różnicą przewyższeń 800 m.

Przy jeziorze można się rozbić (za 15 dolarów od osoby bodajże) i jak już wszyscy sobie pójdą, w ciszy patrzeć na lodowce. Ach.

W parku można również rozbić namiot na drugim kempingu wysokogórskim, Taylor Meadowsrównie pięknym, choć nie nad jeziorem.

A na szczycie Inuksuk, przez kogoś dla kogoś zostawiony. To postać z kamienia, wywodząca się z kultury Inuitów, która oznacza: ktoś tu był oraz jesteś na właściwym szlaku?

Nic bardziej trafnego dla górskiego turysty!

Na zdjęciu naszym się niestety jakiś taki mały zrobił. Ale kto szuka, ten znajdzie. A jak trzeba będzie, wdrapiemy się na Panorama Ridge ponownie, żeby mu lepsze ujęcie cyknąć.

Miejsca na kempingach zapełniają się w okolicach 9 rano, co oznacza, że ludzie wychodzą na szlak najpóźniej o 6 rano, o brzasku, bladym świtem!

A nie jest rzadkością namawianie się na wyjazd z Vancouver o 3 w nocy, żeby namiocik w parku Garibaldi mieć szansę postawić.

No to chyba rozumiecie skalę popularności tegoż.

Oczywiście my pechowcy, za późno przybyliśmy na parking (10 rano była) i już od wjazdu pomocna strażniczka wybiła nam z głowy pomysł spania na górze.

Na szczęście Kuba wypatrzył tuż przy drodze kemping prowadzony na ziemi Indian i przez Indian, więc koniec końców było się gdzie rozbić.

Plan nasz pierwotny zakładał, ze idziemy w góry, rozbijamy się na Taylor Meadows, idziemy na Black Tusk, wracamy na kemping i śpimy, następnego dnia idziemy na Panorama Ridge i schodzimy.

Ale ponieważ spaliśmy na dole, a nie na górze, sił, czasu i światła dziennego mieliśmy tylko na jeden z tych szlaków. Wcześniej zrobiliśmy tylko krótki szlak do jeziorek.

Wyszliśmy o 8 rano, na Panorama Ridge byliśmy około 14.

Wodę trzeba mieć ze sobą i dużo jedzenia, bo pod drodze miejscami jest sucho i pyliście.

Gdybym nie wiedziała, gdzie kręcili Władcę Pierścieni, z łatwością mogliby mi wmówić, że to tam. O ile komuś by się chciało sprzęt taszczyć na wysokość ponad 2500 m npm.

Zatem panie i panowie, na szlak namawiamy serdecznie, acz przestrzegamy uczciwie, że trudny.

 

Garibaldi Lake to niejedyne magiczne jeziorko w parku prowincjonalnym Garibaldi.

Szlakiem nieco dalej na północ dojdzie się do ↓↓↓

#2 Wedgemount Lake

Historia naszego wyjścia:

  • → Mimo że bez chłopaków, a więc bagaż ograniczony do minimum oraz tempo szybsze, niż wolniejsze, no więc mimo tego, że teoretycznie powinno być łatwiej, nie było.
  • → Było trudno, bo to szlak dla zaawansowanych, cały czas pod górę, z ponad 1000 metrowym przewyższeniem,
  • …. ale za to jakie widoki, jaka radocha, jaka satysfakcja na szczycie. Na górze można także przenocować w blaszanej chacie za $15 albo w swoim namiocie za 10$.
  • i oczywiście zrobić zdjęcia na Instagrama

Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3

Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

Jeziorko jest, jak widać, po 3 h wchodzenia cały czas pod górę, pionową bardzo, jeziorko to miły akcent końcowy.

Niektórzy nawet się kąpali. Ale nie ja.

Ja głośno narzekałam w języku moim ojczystym, jakie to buty mam niesprawne i że za mało jedzenia wzięłam.

Na moje utyskiwania z drugiego kamienia pada dźwięczne: o rety, Polaków się tutaj nie spodziewałam.

I w taki oto sposób poznaliśmy Justynę, Gorzowiankę, wraz z mężem Irlandczykiem, mieszkających w Vancity [pozdrawiamy!.

To żywy dowód, nic nie zmyślam, serio serio, że jak ci kolegów w Kanadzie brakuje, to trzeba się wybrać w góry.

Boisz się samotnie?

Wycieczka pyszna, ale następnego dnia chodziliśmy z lekka jak marynarze. Na szeroko rozstawionych nogach. I wolno. Czyli jak zmęczeni marynarze po wieczorze w tawernie.

Czyli jak to w B.C. – morze i góry w jednym. Pięknie wprost!

Kto był w Parku Garibaldi i poleca inne szlaki? 


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

Jedno z takich miejsc, które trzeba odwiedzić. Zdecydowanie. A jak się mieszka w Vancouver, to należy kupić bilet roczny. Bo taniej. A na jednej wizycie się nie skończy.

Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

Jak dojechać do Aquarium?

Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

Hity Aquarium w Vancouver

Aquarium po godzinach 

Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

Clownfish Cove

To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.

W okresie świątecznym oprócz nurkującego Mikołaja, puszczają w kinie 20 minutową wersję Expressu Polarnego. Krótki film plus kilka efektów dodatkowych, czyli para z góry, trzęsące się fotele i drobinki śnigo-lodu na twarz spodobają się dzieciom. I oczywiście temu wewnętrznemu dziecku, które jest w każdym dorosłym też!

Osobisty hit Maćka, który po Aquarium biegnie przed siebie i żadne delfiny, rekiny, ośmiornice i kałamarnice go po drodze ciekawią, to frytki z zestawu fish & chips.

Na zdjęciach zobaczysz, jak Maciek z upodobaniem wyjadał je towarzyszącemu nam koledze Piotrkowi – za zrozumienie dla skrytożercy Maćka i podzielenie się frytami serdecznie dziękujemy 🙂

Kuba i ja nie jesteśmy jakimiś wielkimi fanami tego przysmaku, ale jeśli lubisz, to w Vancouver musisz spróbować rybki z False Creek (Go Fish), a odwiedzając Victorię, tego w pływającej wiosce.

 

Kity, a właściwie kit (jeden) Aquarium w Vancouver

Półkolonie czyli Summer Camp

To jest opinia mocno subiektywna, bo równie dobrze Summer Camp mogło okazać się wielkim hitem! Weź na to poprawkę. Aquarium jest ciekawe, położone w środku wielkiego lasu, blisko do plaży, placów zabaw oraz parku wodnego z niewielkimi zabawkami wodnymi. Czyli w teorii wymarzone miejsce na wakacje.

A jednak u nas się nie udało.

Zapisaliśmy Krzysia na półkolonie letnie w lipcu 2015, na tydzień. Codziennie była świetna pogoda. Zajęcia rozplanowano tak, żeby popołudnia dzieci spędzały na dworze. Krzyś już po dwóch dniach znał Aquarium na wylot i nie ciekawiły go inne zajęcia. Być może był za mały na niektóre eksperymenty i badania (miał prawie 8 lat). Możliwe, że czuł się nie do końca miło, nieznając nikogo i właściwie nie mając szansu na nawiązanie znajomości. PS. To jest spora wada summer camps, czy też półkolonii wogóle, ale o tym kiedy indziej.

Od tamtego czasu Krzysiek nie wykazuje entuzjazmu, kiedy wybieramy się do Aquarium.

Przejadło mu się? To trochę tak, jak z moim stosunkiem do lodów. Kuba kiedyś, w początkach naszej znajomości kupił mi wszystkie smaki owocowe Zielonej Budki z placu Unii Lubelskiej. Ponad dziesięć kulek. Zjadłam… i od tego czasu nie ciągnie mnie do lodów.

Podobnie ma Krzysiek i Aquarium. Z tamtego tygodnia najlepiej pamięta drogę powrotną rowerami przez miasto w popołudniowym słońcu. Pewnie dlatego, że zatrzymywaliśmy się na lody 😉

PS2. Lody w Aqarium mają dobre.


Zdjęcia mamy słabe, z 2015. Nie znaliśmy wtedy tego artykułu:  8 Tips for Shooting Indoors at the Vancouver Aquarium 😉

Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015

Daj znać, co jeszcze można zrobić w Aquarium, albo w okolicy. A może wiesz, jak jest w Vancouver Zoo?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Pierwszy kanadyjski kemping jupikajej ! Cultus Lake Provincial Park

To jest super uczucie, móc wsiąść do samochodu i po chwili być na wakacjach. A najlepsze są oczywiście wakacje pod namiotem. Z konserwą turystyczną. Albo paprykarzem. No dobra, paprykarza nie mieliśmy. Ale inne dobra były 😀

Obozować lubią tutaj wszyscy. Nawet zimową porą.

Nic więc dziwnego, że i my się skusiliśmy. Być w Kanadzie, tej dzikiej Kanadzie i nie pojechać pod namiot? Nie zabezpieczyć jedzenia przed niedźwiedziami, wilkami, mrówkami i kto wie jeszcze, czym?

Trzeba jechać na kemping! Padło na Cultus Lake Porvincional Park.

Żeby wypróbować, czy nam takie wakacje pasują, wystarczy wypożyczyć namiot, śpiwory, karimaty i nawet czółno, jak ktoś ma na to ochotę, w bardzo fajnym sklepie MEC. Mają tam nawet darmowe warsztaty i prelekcję, jak zorganizować kemping. To mój ulubiony sklep, nie tylko zimą!

Wypożyczenie namiotu na weekend: 30 CAD. Można też oczywiście niskobudżetowo nabyć wszystko z drugiej ręki (opcja preferowana przeze mnie) – używany namiot od 80 CAD. I już można ruszać.

Ale lepiej wcześniej zarezerwować miejsce na kempingu, online i płacąc kartą, bo zdziwilibyście się jak wiele osób wybywa na weekend pod namiot. Albo z przyczepą. No i z grillem, ze składanymi krzesełkami i czasem nawet kamizelką ratunkową dla psa, żeby się nie potopił w trakcie spływu.

Dzięki uprzejmości Z. udało się zrobić rezerwację w Cultus Lake Provincional Park. Cena za weekend dla dwóch namiotów, dwóch samochodów, 4 dorosłych i piątki dzieci to około 100 CAD. Na miejscu są łazienki z ciepłą wodą i toalety. Sklepu nie ma (zna ktoś kemping, gdzie jest? Z ciekawości pytam.) Pozostaje zaopatrzenie we własnym zakresie, i jeszcze trzeba zakupić drewno do ogniska, bo z parku nikt nie zabiera. Nie wolno zbierać i palić gałęzi z lasu i trzeba kupić (około 5 CAD za wiązkę).

No więc dobrze, my samochód też wypożyczyliśmy, załadowaliśmy po dach i hej w drogę. Oczywiście się zgubiliśmy przy zjeździe (a może to był wjazd?) na autostradę (jechaliśmy bez gpsa), ale co tam, widoki rekompensują czas w samochodzie, a i dzieci odwykłe od jazdy, jakoś tak w milczeniu kontemplują. Kuba z nowiutkim prawkiem za kierownicą toyoty z automatyczną skrzynią biegów, ja nieudolnie próbująca znaleźć muzykę country w radiu, i tak sobie jechaliśmy.

A potem to już standard kempingowy z pieczeniem kiełbasek, parówek i pianek (o dziwo na prawdę świetnie smakują z ogniska te białe gumowate ciągutki).

Kąpiele zaliczone w jeziorze, widoki pyszne, spacery po lesie miłe, a sąsiedzi na kempingu nieuciążliwi. Dziwnym trafem podczas tego wyjazdu rzeczy zmieniały swoje położenie lub właścicieli,  ale komentowaliśmy to tylko słowami rakuny zeżarły, albo dwóch takich na drążku poniosło, ewentualnie kąpielówki poszły na spacer. Jakby ktoś widział szopy pracze niosące w tobołku na drążku nasz chlebek bananowy albo kąpielówki, prosimy o zgłoszenie!

Zdjęcia zrobione przez nas i (te ładniejsze) przez Z. Wiadomo już kto ogarnia gotowanie, a kto bawi się w Hobita z Gandalfem.

Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015 Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015 Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015 Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015A jak Ty? Lubisz jeździć pod namiot?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

Szczyt szczytów – cztery pory roku na Grouse Mountain i szlak Grouse Grind

Najpopularniejszy szlak Vancouver czyli harówka. Musisz go przejść !

Mam do Grouse Mountain stosunek zmiennocieplny. Raz zachwyca taką oczywistością, że nie ma co dyskutować. Innym razem myślę sobie “eh, serio?! To już? To tyle?!”

Ale nie da się ukryć, że Grouse Mountain i prowadzący nań szlak Grouse Grind to ikona Vancouver.

Największa zaleta Grouse jest taka, że to jedyna góra w pobliżu Vancouver, do której dojeżdża komunikacja miejska i potem gondola wynosi na szczyt.

Inne szczyty, piękne wprost, dostępne są już tylko, kiedy masz samochód lub też szlakiem pieszym. Jeśli ktoś jest tylko przejazdem w Vancouver, samochodem nie dysponuje, to Grouse Mountain jest dla niego!

Musisz tam pójść. Albo wjechać.

I to niezależnie od pory roku.

Ale się nie bój, opowiemy dokładnie co i jak.

# wiosna na Grouse

 

To jest bezsprzecznie najsłynniejszy szlak Vancouver, krótki, acz intensywny, zaczyna się przy dolnej stacji gondoli.

Jeśli chcesz wejść na górę wiosną, sprawdź, czy szlak Grouse Grind jest otwarty.

Bo my nie sprawdziliśmy za pierwszym razem, w kwietniu 2015. Myśleliśmy sobie: “to tylko 853 metry podejścia, przecież to niższe niż Śnieżka, niż Tarnica, a od Lackowej nieznacznie wyższy, no a wiadomo, kto Lackową od zachodniej ściany zdobył, temu już nic nie straszne.”

Chcieliśmy otworzyć w ten sposób wiosenny sezon ( w miarę) wysokogórskich wycieczek.  Z przytupem zacząć.

O słodka naiwności, jak to życie uczy pokory i podwójnego, a nawet poczwórnego przygotowywania się do zdobycia góry, nawet tej leżącej w granicach miasta i na pierwszy rzut oka, całkiem oswojonej.

Zaczyna się niewinnie, normalnie, chociaż może powinniśmy zwrócić uwagę na wielkie tablice informujące, że szlak jest zamknięty. Bo jakieś roboty na nim, bo warunki zimowe, bo coś jeszcze. Tablica wyglądała na dość starawą, więc pierwsza myśl, że może nieaktualna. To się przejęliśmy tylko trochę, nawet nas wstrzymało, coby się zastanowić, iść czy nie iść. Ale inni idą, tłumy idą, serio serio, część to nawet nie idzie, tylko biegnie, znaczy się kardio robi na szlaku.

I jeszcze jedno, szlak jest jednokierunkowy, czyli jak wejdziesz to idziesz na górę, no matter what, nie ma zawracania.

Idziemy, idziemy, trochę dziwi, że choć sporo ludzi na szlaku, dzieci oprócz naszych żadnych nie widać….

I już wiemy dlaczego dzieci nie ma. BO JEST ŚNIEG !!!

Tak mniej więcej od połowy szlaku. I nie żeby jakieś powalające ilości, ale śliski jest, mokry, zadziorny. Nie żebyśmy byli zupełnie nieprzygotowani, ale jednak mentalnie nienastawieni.

Buty Krzyśka, choć porządna podeszwa, słabo się sprawdziły, więc Maciek został przejęty z nosidłem przez Kubę, a ja ślizgami na lodo-śniegu próbuję Krzyśka asekurować.

 

Po dwóch godzinach, jednej płaczo-przerwie i niewidzeniu żadnego misia, jesteśmy przy górnej stacji kolejki, zadowoleni, choć mokrzy. Zwłaszcza skarpetki mokre, brrrr, dobrze, że dają jeść i pić na górze (masz do wyboru coffee-bar, alb bar-bar; co dają, zobaczysz na zdjęciach)

 

 

Na szczycie jest co robić, gdzie pójść, ale te mokre skarpetki jednak nie zachęcają i tak postanawiamy rekonesans przełożyć na kiedy indziej i teraz wrócić po pańsku gondolą (10 CAD od głowy). Widoki ładne, choć widoczność słaba.

Wrócimy latem!


# lato na Grouse

 

Jak się Peak of Vancouver prezentuje latem?

Żeby się przekonać, można iść szlakiem Grouse Grind (albo wbiec w czasie poniżej 40 minut, zobacz szczegóły wyżej), ale my wybraliśmy wersję „na lenia”, czyli wjechaliśmy gondolą. Na górze byliśmy wczesnym popołudniem, w sam raz, żeby zrobić miniaturowy spacer, 10 minut dosłownie z wypłaszczenia zwanego plateu na szczyt  z Eye of the Wind (wieża widokowa, wejście dodatkowo płatne 15 CAD, dzieci do lat 12 za darmo).

Najlepsze podczas tego spaceru nie były, o dziwo, widoki tylko przedstawienia. Birds in motion jak nazwa wskazuje dotyczył ptaków, drapieżników, które w liczbie sztuk cztery kołowały, pikowały, wznosiły się i opadały na rozkaz opiekunki. I to wszystko nad głowami zachwyconych widzów. Jak się nie schylić to taka sówka mogłaby niechcący pazurkiem zaczepić, albo sokół łypnąć z bliska i przestraszyć.

Mnie oczarowało. Nie widziałam nigdy ptaków, które, choć wytresowane, miałyby w sobie więcej wolności.

Drugi, genialny i prześmieszny show był o drwalach. Aha, dobrze czytacie, zacierałam rączki z uciechy, że sobie chłopców jak dęby pooglądam! Drwali było dwóch, w porywach trzech i tak sobie dogadywali, rzucali siekierami do celu, rąbali na czas i wspinali się na niebezpiecznie wysokie pale. Bardzo zabawne dla dorosłych, bardzo emocjonujące dla dzieci. Polecamy !

Uwaga – dobra nowina – oba przedstawienia zawarte w cenie biletów.

I jeszcze nie sposób nie napisać – miśki się już obudziły i łaziły sobie po swoim wybiegu. Ich fanem absolutnym zastał Maciek. Właściwie dla tych niedźwiedzi tylko szedł. No i dla frytek z bistro. Tak frytki i miśki – zestaw obowiązkowy.

Grouse-Mountain_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady-siatka-dziewieciu-zdjec-lato


#zima na Grouse

 

Ten tekst napisał Krzyś, kiedy wraz z babcią uczyli się języka polskiego, w czasie ferii zimowych 2016.

W ćwiczeniach dla klasy trzeciej trzeba było napisać relację z pierwszego dnia wiosny. Zmodyfikowaliśmy nieco polecenie i w efekcie mamy gotowy tekst na blog, a co.

W oryginale nie ma funkcji autokorekty, ale ku zadowoleniu Krzysia, podczas przepisywania wyrazów, komputer wskazywał mu błędy, wraz z poprawną formą. Ach, żeby tak było na dyktandach [westchnięcie Krzyśka]

Do Krzyśkowego posta doaliśmy zdjęcia i voila. Przeczytajcie, jak wyglądał: “Jeden dzień ferii zimowych 2016”

Dnia 28 Marca 2016 roku pojechałem w góry z Mamą, dziadkami i Maćkiem. Pogoda była ładna. Świeciło słońce. Było dużo śniegu, więc wybraliśmy się na rakiety. Jeździliśmy też na łyżwach. Przejechaliśmy się wielkimi saniami. Kiedy zgłodnieliśmy poszedłem po frytki, a później zjedliśmy Kanadyjski przysmak czyli słodkie “bobrowe ogony”. Góra nazywa się Grouse Mountain czyli szczyt wszystkiego. Wycieczka mi się podobała, chociaż chciałbym zjeżdżać na nartach.

tyle Krzyś.

I jeszcze poniżej dodane [by Kasia] informacje praktyczne

Od czasu pierwszego wiosennego naszego wejścia, Grouse Mountain sterczała sobie dostojnie, niezadeptywana przez nas wcale.

Kiedy jednak podczas świąt okazało się, że można kupić roczny rodzinny bilet wstępu na Grouse za pół ceny, nie wahaliśmy się ani chwili. W efekcie byliśmy na Grouse wielokrotnie w sezonie narciarskim 2015-2016.

Jednorazowy wjazd dla rodziny na Grouse to wydatek 114 $, bilet roczny 279$. Można kupić taki bilecik na jeden raz, a wracając poprosić, żeby został wliczony w cenę rocznego, jeśli się na niego zdecydujemy [bardzo podoba mi się takie “niekupowanie kota w worku”, tak robią we wszystkich ciekawych miejscach w Vancouver].

Co można robić na górze zimą?

Zimą, jak pokazują nasze zdjęcia poniżej i kilka innych, Grouse Mountain jest najlepsze dla początkujących narciarzy. Trasy są krótkie i niewymagające, ośla górka jak najbardziej przyjazna maluchom.

A widok z The Cut jest niezapomniany (prosta i szeroka nartostrada, widoczna doskonale z wielu miejsc w mieście). Dla bardziej doświadczonych narciarzy (tak napiszę o nas w następnym sezonie) nartostrady na Grouse będą z lekka nudne (słowa Krzyśka).

Oprócz nart, w końcu nie każdy lubi (są tacy, serio?), można na szczycie (peak chalet, zawsze podśmiechujki uprawiamy, jak nazwę wypowiedzą głośno) jeździć na łyżwach (wypożyczenie płatne), pójść na krótszy lub dłuższy spacer pętelką na rakietach śnieżnych (wypożyczenie płatne), pozjeżdżać na dwutorowych torze saneczkarskim (płatny i mikry ten tor, nie zachęca).

Dla tych, co to już w ogóle nie mają ochoty na żaden sport (serio, są tacy?), jeździ pług śnieżny, który króciutko wywozi na stok.

Podążając za zapachem wanilii i cukru, można wysiąść przy budce z napisem Beavertails (to są właśnie te bobrze ogony).

Taki ogonek to jest kawałek ciasta pieczony w głębokim tłuszczu, ni to pączek, ni to langosz (taki słowacko-węgierski placek), serwowany na słodko.  Dobry, ale szału nie było (około 7 CAD za sztukę).

Małe co nieco można zjeść w bistro (niezłe frytki i megadolewka), w kawiarni (polecamy ciasto marchewkowe) oraz w restauracji (za wysokie progi jak na nasze nogi, więc nie próbowaliśmy). Przedtem lub potem pospacerować, popatrzeć, pooddychać.

Zejdzie ze 4 godziny na górze.

Kto lubi Grouse i dlaczego nie?

 

 

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.