Tag: pobyt

  • Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

    Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach bycia pracownikiem lokalnej agencji pracy, ówczesna firma (Accenture Canada) zatrudniła mnie na stałe. Do tego czasu szukanie pracy w Vancouver to było moje zajęcie dodatkowe, obok opiekowania się młodszym synem.

    Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

    Od tego czasu sporo się w moim życiu zmieniło – przeczytaj te dwa posty o tym, jak później wyglądało moje szukanie pracy w Vancouver

    Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

    Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) najłatwiej jest znaleźć pracę w Vancouver. Zresztą nie tylko w Vancouver – w całej Kanadzie brakuje programistów.

    Czasami wystarczy krótka rozmowa przez skype z pracodawcą kanadyjskim albo przez telefon jeszcze z Polski. Negocjujesz, podpisujesz i już możesz lecieć do Vancouver

    Większość formalności ( o ile nie wszystko) za Ciebie radośnie załatwia firma.

    Co się dzieje, jeśli to kanadyjska firma zaprasza Cię do pracy?

    Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LMIA.

    To rodzaj oświadczenia dla kanadyjskiego urzędu imigracyjnego, że pracodawca szukał na miejscu, ale nie było Kanadyjczyków (stałych rezydentów i obywateli) którzy się nadają do pracy.

    Firma gotowa jest zapłacić 1000 CAD, żeby wolno jej było pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej. Musi też umieścić ogłoszenie o pracy na stronie rządowej (jobbank).

    Do 2016 LMIA było szybkim sposobem na uzyskanie przewagi punktowej w systemie Express Entry (który to system z kolei pozwalał na otrzymanie wizy stałego pobytu). Obecnie ten proces może zająć kilka miesięcy.

    Kiedy my aplikowaliśmy, LMIA funkcjonowało pod inną nazwą: LMO (Labour Market Opinion).

    Po otrzymaniu listu potwierdzającego LMIA można pakować walizki.

    Samo pozwolenie na pracę (inaczej wizę pracowniczą) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

    Wszystko działa fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LMIAod początku.

    Często zdarza się, że pracodawcy owszem pomogą w zobyciu LMIA, ale całość papierów musisz ogranąć sam.

    Nie zawsze też potrzebujesz LMIA – zawsze sprawdzaj na stronie rządowej obecne wymagania.

    No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi.

    Czy małżonek (partner) osoby zaproszonej do Kanady, też ma pozolenie o pracę? Jak wygląda szukanie pracy w Vancouver w takim przypadku?

    Mowa jest oczywiście o mnie, bo dokument LMIA był wystawiony na Kubę, który jest programistą.

    Podczas rozmowy z przyszłą firmą, Kuba zaznaczył, że pozwolenie o pracę dla mnie jest warunkiem zawarcia umowy.

    Kanadyjski pracodawca przy okazji LMIA wystąpił też o open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy) dla mnie. Nasze dzieci dostały pozwolenie na naukę (work permit). Taki komplet dokumentów to zwykle standard w większych firmach, zwłaszcza technologicznych. Ale jeśli pracodawca stara się o LMIA dla Ciebie, a Ty masz rodzinę, upewnij się, czy i z tymi dokumentami Ci pomoże.

    Jakie miałam szanse na znalezienie pracy?

    Mój zawód wyuczony jest mocno nieprzydatny w Kanadzie. W Polsce studiowałam hungarystykę i finanse z rachunkowością. Moje doświadczenie zawodowe to kilka lat w korporacji, gdzie pracowałam z klientami z Węgier i Niemiec.

    Oczywiście w każdym amerykańskim mieście zawsze jest szansa na pracę w McDonalds czy Starbucks.

    Tylko, że ja tak pracowałam, kiedy byłam na studiach. Po studiach i mając już to doświadczenie z Polski, chciałam pracować nieco “amibitniej”.

    Szukanie porządnej pracy w Vancouver nie jest łatwe ani szybkie.

    Ale coś robić trzeba!

    Tak, sprzedawanie kanapek też. To się tutaj nazywa surviving job. Taka praca, byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się gdzieś zaczepić.

    Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

    Bibliotekę kocham miłością wielką. Znajdziesz tu:

    • darmowe kursy,
    • ocena CV i listu motywacyjnego,
    • warsztaty kariery.
    • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej.)

    Spotkania i warsztaty odbywają się w każdej bibliotece , a w Centralnej to nawet cyklicznie. W bibliotekach są warsztaty, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

    Wejdź do biblioteki najbliżej Twojego mieszkania w Vancouver i zapytaj, co możesz zrobić, żeby skorzystać z pomocy w szukaniu pracy w Vancouver.

    Wolisz, żeby szukanie pracy w Vancouver wspomógł Urząd Pracy?

    Jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych.

    Tylko nie oczekuj po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy.

    To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy.

    Wszystko oczywiście bezpłatne. Ale sprawdź, czy Twój status emigracyjny (rodzaj wizy) pozwala na skorzystanie z wszystkich opcji. Może będziesz mógł skorzystać z drukarki, ale na osobiste warsztaty ze specjalistą już się nie załapiesz.

    Szukanie pracy w Vancouver trwa, a ja jej ciągle nie mam.

    Popijam kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności???

    Tak trudno jet znaleźć pracę? I to zagranicą? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

    Emigrant z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

    A ludzie z Europy Zachodniej, myślisz, że ich tutaj nie ma?

    Błąd! Jest też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

    Co przydaje się w szukaniu pracy – najważniejszy jest networking

    Networking czyli budowanie sieci kontaktów, wymiany informacji. Przybiera różne formy i czym by nie był, zawsze się przydaje.

    To może być:

    • ściana płaczu z ogłoszeniami gdzieś w polskim sklepie/kościele,
    • znajomi zaczepieni na ulicy,
    • czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

    Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

    Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

    Czym zajmuję się w Vancouver w 2015 roku?

    To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

    Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

    Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą.

    Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem.

    Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych, na przykład płatnego urlopu.

    Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

    Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami.

    Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

    Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂

    Powodzenia!

    A jeśli chcesz wiedzieć więcej, przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

    1. Praca – poradnik
    2. Napisz CV czyli resume
    3. Słowo o agencji zatrudnienia
    4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
    5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
    6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  • Trawka czyli medyczna marihuana w Kanadzie i co miasto skręca

    Pierwszy post o sytuacji z legalizacją marihuany w Kanadzie opublikowałam w maju 2015. Rok później na łamach internetowego magazynu FUSS ukazał się dłuższy mój tekst, którego podstawą był tamten post. Postanowiłam zatem odświeżyć go, i zamienić oryginał na tekst z FUSS’a. Miłego czytania

    Przewałkowano ten temat w te i we wte. Najwyraźniej ojcowie miasta i mieszkańcy nie mają go jeszcze dość, jakieś regulacje i rozmowy w toku, co pobiorę darmową gazetkę uliczną Metro, to z pierwszej strony listek mruga znacząco.

    Można z gazetą w dłoni znaleźć miej­sca zie­lone, się leni­wie wycią­gnąć, towa­rzy­sko roz­ga­dać, usiąść z psem przy grillu.

    Można się maśla­nym wzro­kiem poga­pić na oto­cze­nie. Ręką trawę zie­loną leni­wie poma­cać. A drugą ręką trawę niezie­loną skrę­cić.

    Jak w Kanadzie wygląda medyczna marihuana?

    W Pol­sce jakieś nie­bo­tyczne lata wię­zie­nia cze­kają tego, kto maryśkę przy sobie posiada, bo wła­dza wni­kać nie będzie, na ile jest mu to potrzebne, by w cier­pie­niu ulżyć, o nie, ważne, że nie­le­galne, więc cap i mamy gostka.

    Medyczna mari­hu­ana jest legalna tak w Van­co­uver, w pro­win­cji Kolum­bia Bry­tyj­ska, jak i w całej Kana­dzie, gdzie dostęp do pro­ble­ma­tycz­nego leku i jego pro­duk­cja są ure­gu­lo­wane ustawą rzą­dową.

    Zostało wyraź­nie powie­dziane, ile można mieć na wła­sny uży­tek oraz co zro­bić, żeby dostać licen­cję pro­du­cen­ta­/sprze­dawcy.

    Mini­ster­stwo Zdro­wia wzbra­nia się co prawda przed nazwa­niem jej lekar­stwem, ale nie podważa prawa pacjen­tów do sto­so­wa­nia takiej formy tera­pii, o ile jest ona zale­cona przez wła­ściwą orga­ni­za­cję medyczną i zare­je­stro­wana we wła­ści­wym miej­scu.

    Nie­dawno mini­ster­stwo wydało naj­now­szą wer­sję prze­wod­nika po medycz­nej mari­hu­anie.

    Na ponad 150 stro­nach skru­pu­lat­nie opi­sano, jak sto­so­wać tę kon­tro­wer­syjną formę lecze­nia, a w sto­sunku do poprzed­niej wer­sji manu­ala dorzu­cono sporo nowych infor­ma­cji, m.in. o wpły­wie mari­hu­any na nie­które cho­roby umy­słowe czy jazdę samo­cho­dem.

    Rząd używa bar­dzo ostroż­nych sfor­mu­ło­wań, żeby broń boże nie zostać posą­dzo­nym o pro­pa­go­wa­nie zioła.

    Odno­szę wra­że­nie, że do obrotu maryśką Kanada podcho­dzi tak jak do sprze­daży alko­holu: nie pole­camy, ale nie zabra­niamy cał­ko­wi­cie, bo swój rozum macie, a poza tym wia­domo, że jak się cze­goś zabroni, to na pewno będzie to można dostać w inny spo­sób. Nie­le­galny i nie­bez­pieczny.

    Zioło, dasz miastu zarobić?

    Mimo to jest obszar zwią­zany z tym bizne­sem, ukryty w wiel­kim limbo, który podniósł ciśnie­nie wło­da­rzom naszego mia­sta.

    Cho­dzi o tzw. pot shopy, w któ­rych sprze­daż lecz­ni­czej mari­hu­any nie jest w Kana­dzie ure­gu­lo­wana.

    W maju 2015 w Van­co­uver dzia­łało 85 takich przy­byt­ków. To spe­cy­ficzne apteki-kluby, które pró­bują orga­ni­zo­wać coś w rodzaju wspól­noty, gdzie zaku­pów mogą doko­ny­wać jedy­nie zare­je­stro­wani człon­ko­wie, teo­re­tycz­nie na pod­sta­wie recept.

    I to wła­śnie te sklepy były solą w oku rządu, a i mia­sto miało o czym myśleć.

    Temat punk­tów sprze­da­ją­cych mari­hu­anę, a kon­kret­nie tego, czy Van­co­uver ma coś zro­bić, żeby na nich zaro­bić, wał­ko­wano rok temu we wszyst­kich gaze­tach.

    Z pierw­szych stron listek mru­gał zna­cząco i tylko miej­scami poja­wiały się infor­ma­cje o trzę­sie­niu ziemi w Nepalu albo innym „pomniej­szym” wyda­rze­niu.

    Jest się nad czym zasta­na­wiać – biznes maryś­kowy wzrósł w prze­ciągu roku o jakieś 150%.

    W Van­co­uver chyba tylko branża budow­lana ma się lepiej.

    Sporo pie­nię­dzy z opłat licen­cyj­nych, z podat­ków wsze­la­kiego rodzaju, to nie jest takie hop siup, żeby się nad tym nie pochy­lić.

    Z dru­giej strony jed­nak nie­le­galne (zda­niem rządu kon­ser­wa­tyw­nego pre­miera Stephena Har­pera), nie­ure­gu­lo­wane (zda­niem mia­sta) były te skle­piki, to nie Amster­dam, pro­szę pana, coś trzeba zro­bić.

    I wtedy Van­co­uver jako pierw­sze kana­dyj­skie mia­sto wpro­wa­dziło miej­skie roz­po­rzą­dze­nie regu­lu­jące zasady, na jakich dzia­łać mają cof­fee shops.

    Że tylko z licen­cją, że w okre­ślo­nej odle­gło­ści od szkół i miejsc uży­tecz­no­ści publicz­nej, że tylko pewna liczba takich skle­pów, że trzeba zapła­cić wstępne do kasy mia­sta.

    Ale pew­nie nie­długo sklepy z maryśką będą cool.

    Wła­dzę w pań­stwie prze­jął Justin Trudeau i Kanada jest cool, bo nowy pre­mier chce zale­ga­li­zo­wać rekre­acyjne uży­wa­nie mari­hu­any, ure­gu­lo­wać nie­ure­gu­lo­wane.

    Jak to wygląda u nas, w dzielnicy Mount Pleasant?

    Miejsc, gdzie można kupić sobie zioło, w oko­licy jest sporo.

    Jedno mamy nawet w naszym budynku, obok anty­kwa­riatu i fran­cu­skiej pie­karni. Nie­malże na przy­stanku auto­bu­so­wym, dwa kroki od com­mu­nity cen­tre.

    Skle­pi­ków ład­niej­szych i brzyd­szych na sąsied­niej ulicy jest sporo. Nie­które to więk­sze biznesy, z całą paletą pro­duk­tów dodat­ko­wych, serią ubrań czy gadże­tów. Z pięk­nymi wysta­wami i rekla­mami.

    Kupić skręta może każdy.

    Tak mówią ludzie. Że reje­stra­cja to mit, że nikt nie spraw­dza.

    A co ja mam na to powie­dzieć jako matka dwóch synów, lat 4 i 9?

    Prze­szka­dza mi zapach trawki w pobliżu pla­có­wek szkol­nych.

    Nie­stety w pobliżu szkoły Krzyśka, w Parku Relak­su­ją­cych się Kolesi (tak, tak, jest taki park, Dude Chil­ling Park), owi kole­sie czę­sto relak­sują się nadmier­nie, zosta­wia­jąc po sobie śmiet­nik.

    Choć pew­nie sporo działo się pod wpły­wem leczniczego narkotyku, z miej­sca nie winię jego stosowania.

    Bo czy mnie oce­niać, na ile ktoś potrze­buje i czy w ogóle?

    Krzy­siek ma taki sto­su­nek jak do pala­czy papie­ro­sów, czyli że śmier­dzi. Dzieci pod wpły­wem w parku nie widzia­łam. Jed­no­cze­śnie dobrze, że nowa mini­ste­rialna publi­ka­cja o mary­śce zawiera mocno roz­bu­do­waną sek­cję o wpły­wie tejże na mło­dych.

    Jest szansa, że leka­rze będą uświa­do­mieni, ostroż­niejsi, a w szkole zaczną się poga­danki na ten temat – o ile już takich się nie orga­ni­zuje.

    Mam (słabą) nadzieję, że nikt Krzyśka czy Maćka (omg) nie poczę­stuje, ale jeśli tak, to muszą wie­dzieć, co to jest i do czego służy.

    I nasza w tym głowa jako rodzi­ców, żeby im to obja­śnić. I o innych używ­kach też opowie­dzieć. O szyb­kich przy­jem­no­ściach, które spłaca się dłu­giem wobec sie­bie. Roz­ma­wiać o alko­holu, o papie­ro­sach i o mari­hu­anie też.

    Żaden rząd za nas tego nie zrobi, choćby nie wiem, ile naka­zy­wał i zaka­zy­wał.


     

  • Jesteśmy komjutersami – 6 ciekawostek zza szyby autobusu

    Od paru dni jeździmy całą rodziną autobusami, trolejbusami i kolejko-metrem po Vancouver i nawet do Burnaby (druga strefa biletowa).

    Ferie wiosenne w szkołach wymusiły taką oto aktywność naszą. Krzysiek uczestniczy w zajęciach pozaszkolnych w placówce YMCA (około 140 $ za cały tydzień od 9 do 17), zajęcia niestety są w sporej odległości od naszego domu, trzeba się przejechać do śródmieścia.

    A dodatkowo obecnie w Vancouver trwa kampania zachęcająca mieszkańców do głosowania za zwiększeniem wydatków na transport miejski, niestety kosztem podniesienia podatków, co jak możecie zgadnąć, wielkiej radości wśród ludzi nie budzi. Temat na czasie zatem 🙂

    Obserwowanie życia komjutersów to zajęcie fascynujące. 6 takich przemyśleń sobie spisałam:

    1. Wszyscy mają jakieś kubki, termosiki, czy wręcz kanistry z piciem, przysięgam widziałam panią ze słoikiem wody, w której pływał zielony ogórek pokrojony w plasterki, ot taka popitka ku zdrowotności.
    2. Trzeba mieć nie lada cierpliwość, żeby jeździć autobusami regularnymi, ledwo ruszy, już się zatrzymuje na następnym przystanku, ja rozumiem, że się nie chce nikomu za daleko chodzić, no ale żeby z przystanku było widać następny, to już chyba lekka przesada. Najlepiej jeździć ekspresowymi liniami.
    3. Do autobusu wsiada się przednim wejściem, uiszcza opłatę u kierowcy/kasuje bilet/pokazuje bilet/ uśmiecha się i mówi hałdujudu, po czym przesuwa się na tył autobusu (nie kierowcy). Jak się chce wysiąść, trzeba szarpnąć linkę biegnącą wzdłuż okien, wysiąść tylnym wyjściem, a wysiadając wypada podziękować i życzyć miłego dnia kierowcy (w końcu nas wpuścił, przewiózł i wypuścił). Na przystanku się czeka w kolejce, czasami wiją się owe w długich zawijasach (zwłaszcza na przystanku ekspresówki 99, przy stacji Commercial – Broadway), ale nie bój nic, są wymalowane pasy na chodniku, nie zginiesz w kolejce, która z składa się z przedkolejki, śródkolejki i tyłkolejki.
    4. Pojazd magiczny – SKYTRAIN, budzące bezustanną fascynację Maćka. Metro-kolejka, która jeździ sama, bez konduktora, bez maszynisty, ale miejsce dla konduktora i maszynisty posiada (czyli pojedyncze siedzenie tuż przy panoramicznej szybie przedniej). Jak się słusznie domyślacie miejsce to jest przedmiotem dzikiego pożądania i  chłopaki zawsze się o nie kłócą, no ale jest fajne, więc i ja czasami się przyłączam do wyścigu o nie.
    5. Koszt biletów zobacz na tej stronce, miesięczny od 99 do 150 $, pojedyncze w bloczkach (bilet jest ważny przez 90 minut) 2.10$ dla dorosłego, coś ponad 1.70$ dla Krzyśka.
    6. Moda moi drodzy, moda autobusowa, za bardzo się nie różni od mody ulicznej, ma być wygodnie. Jest jedna różnica – w autobusie da się wykonać makijaż, maznąć kreskę na zaspanym oku (ale tylko w pospiesznych, te regularne zbyt często się zatrzymują i można się nieźle dziabnąć w oko)

    i jeszcze nie mogłam się powstrzymać i linka podsyłam ….. choć autobusy w Vancity są niebieskie 🙂

    [symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

    PODZIEL SIĘ
  • Dragi i jak wygląda walk-in clinic czyli kanadyjska przychodnia

    Akcja odświeżania bloga 2017 i łączenia treści. Żeby było łatwiej czytać. Połączone dwa posty: o przychodni rejonowej Raven Song Health  Community Center oraz o przychodni typu walk-in. I trochę o aptece.

    Do odwiedzenia pielęgniarki szykowałam się od początku pobytu.

    Bardziej, żeby się zorientować, o co chodzi, niż z rzeczywistej potrzeby.

    Przychodnia społeczna, czyli Raven Song community health centre, jest na szczęście blisko naszego mieszkania. Spacerkiem 5 minut.

    Pierwsze wrażenie było miłe, bo zadzwoniła do nas pielęgniarka, wypytywała o sporo rzeczy przez telefon, umówiła nam wizytę. Na miejscu też wszyscy bardzo mili i pomocni, kolejek dużych nie ma, choć widać że to przychodnia dla tych z mniej zasobnym portfelem.  Sam budynek, jego wyposażenie, no cóż pamięta pewnie lepsze czasy, powiem szczerze, że lekko się zdziwiłam, kiedy Maćka zmierzono na korytarzu, bo tam ustawiono te przyrządy, a nie w gabinecie. Dobra, wiem, że nie należy sądzić po pozorach, po prostu mi się zatęskniło za kolorową poczekalnią prywatnych Luxmedów i innych Medicaverów, gdzie był ful zabawek, a komputer doktora nie wyglądał jak z epoki kamienia łupanego. Tak to tylko piszę, żeby Wam dać jako taki obraz 🙂

    Ciekawostka – tutaj zwracają pacjentom opłatę parkingową, ha!

    Z kolei po porównaniu kalendarzy szczepień wyszło, że wszystkie szczepionki, które w Polsce są dodatkowe (i mocno bijące po kieszeni, kto szczepił, ten wie), no więc te wszystkie szczepienia są tutaj opłacone przez Medical Service Plan, czyli tym ubezpieczeniem medycznym, który jest podstawowy i my go mamy 🙂

    Maćka czeka szczepienie przeciwko menigokokom, którego w Polsce nie robiliśmy (koszt chyba z 1000 pln). Poza tym waży w normie, wysoki jest z lekka poniżej średniej. Idziemy na wizytę za tydzień.

    Możemy się też bezpłatnie zaszczepić na grypę – co tydzień jest tzw. Tuesday Flu Clinic, gdzie przychodzisz z ulicy i możesz się zaszczepić. Zaszczepić się też możesz w wielu tzw. supermarketach aptecznych (drug store, ja to nazywam supermarket apteczny, bo jest skrzyżowaniem Żabki, Rossmana i apteki, oraz w przypadku sklepu najbliżej nas, również poczty!). Szczepienia oferowane są także w community centre, wszystko, żeby ludziom życie ułatwić i zapobiec rozprzestrzenianiu się paskudztwa.

    Dla przypomnienia nasza sytuacja ze służbą zdrowia wyglądała tak – dzieci były zapisane do państwowej przychodni na ul. Płockiej w Warszawie, do pediatry. Maciek został dopisany do pacjentów tylko dlatego, że od 2007 Krzysiek był pacjentem doktora Łodygi, bo tak to lista była pełna.W sumie ok, lekarz sensowny, przychodnia blisko, tłumnie, numerki na godziny wydawane z rana, najlepiej się osobiście rejestrować. Powiedziałabym, standard.

    Oprócz tego korzystaliśmy z abonamentów firmowych najpierw w Luxmedzie (lepiej), potem w Medicoverze (gorzej) – dało radę,szczególnie ze specjalistami, chociaż czasami terminy takie że zapomnij. Standard.

    Więc nasze pierwsze zderzenie ze standardem w Vancouver wygląda tak, że po dwóch miesiącach dostaliśmy karty zdrowia i możemy się leczyć niejako państwowo.

    Do tej pory mieliśmy ubezpieczenie wykupione w Polsce, turystyczne, ale najbardziej rozszerzone (chyba ze 3 000 zł nas kosztowało), ale to konieczność,

    bo jak nie masz kanadyjskiego ubezpieczenia zdrowotnego, to nie ma bata, w razie choroby bankrutujesz, płacąc za wszystko z własnej kieszeni. Zdrowie w Kanadzie kosztuje.

    serio
    Podobno są nawet negocjatorzy, którzy w razie takich sytuacji negocjują spłatę świadczenia medycznego (sic!) pomiędzy nieszczęśnikiem a szpitalem.

    Ubezpieczenie to MUS.

    Do nas przyszły eleganckie karty BC Health Cards i teraz szukam dla nas lekarza rodzinnego, czyli takiego, który będzie dla całej rodziny pierwszym kontaktem.

    Nie ma podziału na to, czy to pediatra, czy też internista dla dorosłych; przynajmniej tak mi się wydaje……

    Korzystam z takiej strony szukając lekarza, którzy przyjmują nowych pacjentów. Jak znajdę, to nas zapiszę.

    Oprócz tego są jeszcze tzw. walk in clinic, czyli przychodnie, gdzie możesz skorzystać z porady lekarza na miejscu, nawet jak nie jesteś do niego przypisanym pacjentem.

    Trudno jest zapisać się do lekarza rodzinnego. Kiedy jesteś “na chwilę” w Vancouver, pozostaje kanadyjska przychodnia dostępna dla wszystkich, na zasadzie, kto pierwszy, ten krócej czeka.

    Postanowiłam korzystać z faktu, ze mam elastyczny czas pracy (hęhę) i mimo długiego oczekiwania wybrać się na wizytę do walk-in clinic, czyli przychodni, gdzie nie trzeba się wcześniej umawiać na wizyty.

    Poszłam do tej, kilka osób mi o niej mówiło, trzeba było spróbować. Weszłam, przedstawiłam się, pani wzięła moją kartę BC Health Card, przejechała tą kartą w czytniku i mówi, że niestety czas oczekiwania na wizytę to prawie dwie godziny i żebym sobie poszła gdzieś coś pozałatwiać albo na kawę i wróciła. No ale dobra, na kawę się nie wybieram, postanowiłam zostać i poobserwować.

    Pierwsza obserwacja – lekarze nie noszą fartuchów, przynajmniej nie wszyscy, druga obserwacja – lekarze cały czas są w ruchu, serio, przemieszczają się wszyscy, a nie że tylko recepcjonistka lata.

    Jakieś to inne od polskich przychodni, gdzie z reguły jak się ktoś biega, to to na bank pacjent, poddenerwowany, że no co kurcze blade, co tak długo.

    Czekam i czekam, standardowy czas wizyty to około 10-15 min, choć widziałam jak mały chłopiec co się ojcu lał przez ręce, chyba z 40 minut był badany, a na końcu przyjechała po niego karetka 🙁

    No ale dobra, wchodzę i ja, 2 godziny odczekałam, mówię co i jak, doktórka o azjatyckich rysach zadaje pytanie, czy mam rozszerzony plan medyczny, żebym mogła pójść na masaż, bo to zwichnięcie ramienia, noż jasna cholera! Nie wiem, czy mam, więc na wszelki wypadek mówię, że nie mam. Muszę sprawdzić. Receptę dostaję, wychodzę po 15 minutach. Źle nie było, ale się naczekałam. Może trzeba było jednak pójść na tę kawę.

    Potem apteka.

    Są albo takie osobne apteki (koło nas jakaś taka niepozorna, chybaby się bała do niej wejść), albo kombajny apteczne, czyli np. Shoppers Drug Mart, apteko-drogerio-spożywczak w pobliżu. Idę i mówię, że ja pierwszy raz, i żeby mi wytłumaczyli co mam robić, bo mam tylko tę kartkę A4 z wypisanymi lekarstwami. No to się mnie pytają czy mam rozszerzone ubezpieczenie, sic, no widzicie sami, wszędzie to samo! Ale tutaj już jestem mądrzejsza i szybko wyciągam coś, co mi kiedyś Kuba dał, kartę znaczy się jakąś na której jest napisane insurance. Widzę błysk zadowolenia w oczach farmaceutki, znaczy się jest dobrze, trafiłam z tą kartą. Mogę albo poczekać na leki 20 minut (o nienienie), albo przyjść później. No to przyszłam później, leki w pełni spersonalizowane i po obniżce (część pewnie pokryło mi to ubezpieczenie, co to nie wiem, czy je mam, a jak je mam, to od czego).

    Łykam dragi i się leczę, proszę się nie martwić 🙂

  • My zdies emigranty czyli nasz status Emigracyjny po trzech miesiącach w Vancouver

    Dzisiaj opowiadam, kim byliśmy w Vancouver w 2014, zanim zostaliśmy obywatelami Kanady w 2020. Nasz początkowy status emigracyjny w Kanadzie nie był najprostszy i wtedy wcale nie było oczywiste, że będziemy mogli zostać na dłużej (na stałe).

    Piszę o tym dlatego, że wielu z Was zastanawia się, jak wyjechać do Kanady, jak wyjazd zorganizować, a jeśli jest to wyjazd tymczasowy, to jak go przedłużyć.

    Napisałam jakiś czas temu krótką ściągę – mapę, która pokazuje najbardziej podstawową wersję możliwości emigracyjnych. Znajdziesz ją pod linkiem Newsletter czyli List z Kanady. Po zapisaniu się na osobiste listy, które nieregularnie wysyłam, dostaniesz dostęp do pdf.

    Dlaczego piszę: my zdies emigranty? Może znacie tę książkę Manueli Gretkowskiej o jej paryskim życiu? Stamtąd ściągnęłam frazę otwierającą tytuł. Bo ładna jest. Po za tym mam z nią osobiste wspomnienie, bo to jedna (jeśli nie jedyna) książka o emigracji, którą przeczytałam, zanim wyjechaliśmy z Polski.

    Jak wygląda nasz status emigracyjny od strony papierkowej?

    Kiedy przylecieliśmy w 2014, Kuba miał kontrakt z pracodawcą na rok (roczną umowę o pracę) i pozwolenie na pracę na 3 lata.

    Ja dostałam status osoby towarzyszącej, która ma open work permit (otwarte pozwolenie na pracę). Nasze dzieci miały study permit (pozwolenie na naukę).

    Apetyt rośnie w miarę jedzenia i mimo, że sytuacja jest dobra jak na początki w nowym kraju, to ja bym chciała już, zaraz, natychmiast starać się o status rezydenta.

    Przed wyjazdem nie myśleliśmy w ogóle o pozostaniu dłużej niż zakładany rok (przygody) w Kanadzie. Ale pierwsze trzy miesiące w Vancouver, kilka rozmów z tutejszą Polonią, kazały nam zastanowić się, co dalej.

    Ty bądź mądrzejszy! Jeśli myślisz o Kanadzie, przeczytaj naszą historię o otrzymaniu statusu stałego rezydenta. A jeszcze lepiej, zacznij od zadania sobie ważnych pytań związanych z emigracją.

    Odpowiedzi na pytanie, czy Kanada chce ciebie zatrzymać na dłużej najlepiej szukać na tej stronie.

    Każda sytuacja jest inna, i już tylko się uśmiecham, kiedy słyszę od Polaków tutaj, że znajomy znajomych powiedział, że dostał status rezydenta od ręki, a inny, że się super długo czeka i że w ogóle to niemożliwe.

    Byłoby super, gdyby status emigracyjny po prostu nam się pojawił, wraz z zasiedzeniem. Ale to już nie te czasy.

    Kiedy będziesz się starał uporządkować swój status emigracyjny, nie słuchaj bezkrytycznie innych, nie szukaj pomocy podejrzanych biur oferujących pomoc w legalizacji pobytu, tylko zrób porządny research na jedynej właściwej stronie, czyli rządowej: Canada immigration.

    Zwłaszcza teraz, kiedy od nowego roku ma wejść nowy program imigracyjny, a przepisy już istniejących szybko się zmieniają.

    Kanada to ogromny kraj, podzielony na prowincje i terytoria. A każdy z tych obszarów to osobne państwo w państwie. Różnią się nie tylko pogodą, ale też przepisami emigracyjnymi (taki na przykład Quebec ma swój własny program emigracyjny).

    Na stronie do której zalinkowała wyżej, zrobiłam szybką ankietę. Podałam kilka odpowiedzi, o pracę o wiek, o rodzinę w Kanadzie, o intencje itd, itp.

    I na końcu pojawiła się informacja, że niestety nie jesteśmy uprawnieni do starania się o status rezydenta.

    Czyli nie jest tak łatwo. Czyli nie jest to takie oczywiste, że przylecisz do Kanady nawet z pracą w ręku, z dobrym językiem, z długim doświadzczeniem zawodowym i pełen chęci. Jeśli nie zakwalifikujesz się na jakiś program emigracyjny, nie ma zmiłuj. Kanada się magicznie nie otworzy.

    W takim przypadku masz dwie możliwości – albo planować Kanadę dalej, albo spróbować wyjechać do kraju Unii Europejeskiej (łatiwje, taniej i bliżej).

    Nasz obecny status w Kanadzie: bulaaa, i weź zapomnij

    Dwie główne przeszkody: jesteśmy za krótko (odpada program Canadian Experience Class) oraz Kuba ma pracę kontraktową z wskazaną datą zakończenia na lipiec 2015 (zatem nie może ubiegać się o nominację prowincji BCPNP ani wykorzystać ścieżkę programu Federal Skilled Workers).

    więc tak…… trzeba czekać……… ehhhhhhh


    Jak się czujemy po trzech miesiącahc w Vancouver?

    22 listopada minęły trzy miesiące, od kiedy chłopaki i ja wylądowaliśmy na lotnisku w Vancouver.

    Oczywiście muszę napisać, że czas minął, jak z bicza trzasnął, chociaż wciąż jeszcze nie czujemy się w pełni swobodnie, jak w domu.

    Ale czujemy się szczęśliwi, miasto otwiera się przed nami i jest dobrze, mimo że wszyscy, WSZYSCY mówią nam, ze pogoda jest do bani, albo za chwilę będzie.

    Jest takie uczucie, które pojawia się i znika, a które jest nieodłączną składową każdej zmiany. To rozczarowanie.

    Kanada nie jest rajem na ziemi. Żaden kraj nie jest. Najlepiej przyzwyczaić się do tej myśli, zanim się podejmie decyzje o wyjeździe i wyda (za) dużo na bilet. Właśnie po to, żeby rozczarowanie było mniejsze. Bo potem, na miejscu, kiedy jest się jeszcze samotnym wśród tłumów, okazuje się, że nawet drobne niedoskonałości mogą odebrać radość ze zmiany i zepsuć humory na długo.

    Krótka lista hitów i kitów.

    HIT: wszyscy są pozytywni, nawet jeśli to sztuczne, nawet jeśli uśmiechy są przyklejone, mnie to uspokaja i pociesza, jak widzę jakieś 99% ludzi zadowolonych, przynajmniej na twarzy.

    KIT: no ale może to zadowolenie ma swoją, wcale nie naturalną, przyczynę? Sporo ludzi pali marihuanę, widać ich ze skrętem w dłoni. Zapach wszechobecny także w pobliżu szkół, niestety.

    HIT: chociaż z trzeciej strony, nie od dzisiaj wiadomo, ze endorfiny płyną ze sportu, zatem to może fitnessmania odpowiada za zadowolenie napotkanych lokalesów?

    KIT: no ale jak już ćwiczą, to chyba nie powinni pozostawiać swoich ubrań, gdzie popadnie? Jak odpowiedzieć Krzyśkowi dlaczego, skąd i po co, na liniach wysokiego napięcia wiszą adidasy? Kto je tam (po)rzucił? Zabijcie mnie, nie wykoncypię.

    HIT: Kuby praca, zawód potrzebny od zaraz

    KIT: moje bliżej niesprecyzowane wykształcenie powoduje, że z pracą dla będzie ciężko.

    I w zasadzie tyle. Zobaczymy, co dalej.

    Serdeczności!

  • Rozmiar ma znaczenie czyli ( się przebrała ) kanadyjska miarka

    Tak, rozmiar ma znaczenie, zwłaszcza jak się dopiero co przyleciało do tego ogromnego kraju.

    Jaka jest kanadyjska miarka na pierwszy rzut oka?

    Pierwsze zakupy dały nam do myślenia, jak tu trafić z rozmiarem materaca. Chyba ze względu na miłość do monarchii (Kanada podlega formalnie królowej brytyjskiej), rozmiary materacy (i łóżek) to queen, king a potem już bardziej swojsko nazwane double, twin i full.

    Niełatwo było się w tym rozeznać, przyznam szczerze, jak byście się mnie teraz zapytali, to i tak coś pomieszam, ale na pewno największe są te królewskie 🙂

     Nasze łóżko podobno jest queen, ale Kanadyjczycy uważają taki rozmiar za łóżko co najwyżej dla gości, używane okazjonalnie, takie codzienne to powinno być king.
    Queen jest mniejsza niż 140 cm na 200 cm, dokładnie to trzebaby sobie policzyć, bo wymiary zwykle podawane są w calach (1 inch  równa się około 2,5 cm). Chłopaki mają dwa twiny, hehehe (dla nieanglojęzycznych twin oznacza bliźniaka, ciekawe dlaczego również rozmiar materaca).

    Dla zakupów (nie tylko materacowych) najlepsza jest Ikea – mają tam przeliczniki cali na cm, i odwrotnie, a ich słynne miarki, które chłopaki pobierają za każdym razem nieważne czy w Warszawie czy w V., mają oba systemy metryczne.

    Drugie zaskoczenie rozmiarowe – nasze plastikowe koszulki A4 z segregatorów nie pasują na tutejsze A4 (a może to wcale nie A4?) w każdym razie na nowe dokumenty nie pasują, jeap, musi być inaczej, muszą się Amerykanie odróżniać od Europejczyków w rozmiarze kartki papieru, a co :).

    Trzecia uwaga: Kanadyjczycy nie są plus size, zresztą ciężko żeby byli, jak każdy biega, albo po parku, albo z wózkiem, albo biega na gym i z powrotem, nieważne deszcz, słońce, ulica, stare buty, plac zabaw. Biegają. Tak, czasami biegają z kubkiem kawy w ręku.
    Wszystkie burgery, pizze, casserole, pasty, spalają w trymiga, gimnastykując się  wytrwale.

    Jedzenie za to jest jak najbardziej dostępne w plus size, big pack – wielkie paczki rodzinne, family size  lub też jumbo pack. I wszystko, co jest tak pakowane, jest rzeczywiście tańsze niż jakbyś kupował to samo w dwóch mniejszych opakowaniach, znacznie tańsze, a nie tak, jak w Polsce, że tam różnica jest 10 groszy, albo wręcz większe wychodzi drożej, choć napis krzyczy, że to promocja. Tutaj: 450 g masła orzechowego 4,99 $, 1 kg tegoż masła  bez promocji 7,99 $, na promocji 5,99$.

    Tak więc rozmiar ma znaczenie!

    u nas dochodzi 15, idziemy zaraz z Maćkiem po Krzysia do szkoły, a potem na plac zabaw, a co, nie pada 🙂
    trzeba spalić te kilogramy masła orzechowego 🙂


    Podobało się? Kliknij  ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać