Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

Post-interwencja pisany na żądanie i pod wpływem zasłyszanych historii. Czyli agencje obiecujące pracę w Kanadzie.

Jest taka sprawa, mocno nieciekawa.

Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

Dlaczego teraz taki wpis?

Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

First things first:

  1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
  2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

To teraz jeszcze:

  • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
  • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
  • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

 

Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo. Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie. Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

 

  • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
  • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
  • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

Ok, to co zrobić? Jak żyć?

Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

Przeznacz dużo czasu i przygotuj się. Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest. Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami. Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

grupa Oh Kanada – życie, emigracja i podróże po Kraju Klonowego Liścia

grupa e-kanada

Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim. Jak jesteś dziewczyną, przyjdź na Babskie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze. Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień. Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


Jak się NIE przygotowywać na emigrację z dzieckiem do Kanady.

To jest post-rozliczenie, co powinniśmy zrobić, żeby dobrze dzieci “wyemigrować”. Nam się udało tak se. Spisałam nasze błędy, żeby Tobie było łatwiej.

Emigracja To dla dziecka (szczególnie w wieku szkolnym) stres porównywalny z rozwodem rodziców. Wiedziałeś o tym?

Bo nam to nawet do głowy nie przyszło!

“Jakoś to będzie”, myśleliśmy.

No i było. Jakoś.

A głównie byle jak.

Dlatego dziś chcę trochę o tym napisać. Czego my nie zrobiliśmy, a powinniśmy. I jak już na miejscu radziliśmy sobie z oswajaniem kanadyjskich emocji u dziecka szkolnego.

Jak się NIE przygotowywać, a dobrze przygotować na emigrację z dzieckiem do Kanady.

Jest listopad 2017. Mijają trzy lata od momentu od naszego przyjazdu do Kanady. Trzy lata temu Krzysiek (starszy syn) zaczął kanadyjską podstawówkę.

Rozpoczęcie życia w Kanadzie nie przyszło Krzysiowi łatwo. Zupełnia zmiana miejsca zamieszkania, kontynentu, wyrwanie go z korzeniami z polskiej szkoły, którą już zdążył poznać.

Ogromny stres, bo język inny, koledzy wyglądają inaczej, nawet zwykły berek, to nie berek, tylko tag. Zwyczaje inne, jedzenie inne, mamo, co to są te paski zielonego papieru, które koledzy jedzą na przerwie?

Przeczytaj, co zrobiliśmy my, a Ty nie powinnieneś. I będzie Ci łatwiej z dzieckiem wyjechać.


#1 błąd- nie myśleliśmy, że to w ogóle jest jakiś temat do ogarnięcia, ta emigracja z dziećmi

 

Coraz częściej na emigrację decydują się rodziny z dziećmi starszymi. Te dzieci mają już swoje pooukładane życie. Tak, 7latek jak najbardziej ma swoje zdanie, przyzwyczajenia. Ba, nawet 3 latek je ma, ale jednak zmianę przeżyje trochę łagodniej (z naciskiem na trochę, bo wiadomo, zależy od dziecka)

U nas w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe było zero rozeznania w temacie, zero czytania blogów parentingowych rodziców od lat mieszkających za granicą.

Nie polecamy takiego podejścia.

Przygotuj się, przeczytaj co możesz o życiu z dzieckiem w kraju, do którego się wybierasz. Czytaj blogi i pytaj na forach / grupach facebookowych. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym większa szansa, że znajdziesz pomocną odpowiedź. Zamiast pisać: mam dziecko i chcę wyjechać do Kanady, warto?, lepiej zapytaj: mój syn ma 10lat, nie mówi po angielsku, chcemy się przeprowadzić do Vancouver, jaką dzielnicę i szkołę polecacie?


#2 błąd – nie przygotowaliśmy Krzyśka na język angielski

 

Pierwsza myśl w temacie emigracji do Kanady z dzieckiem była taka: ojeju co z angielskim Krzysia?

Latem 2014, powinnam była  wymyślić dla chłopaków jakieś krótkie półkolonie, zajęcia z angielskim. Jednak nie pociągnęłam tej myśli, taka uspokojona ogólnie panującym przekonaniem, że dziecko się samo języka nauczy.

I rzeczywiście się nauczył, ale jakim kosztem? Wielu emocji, wstydu, strachu, buntu, złości.

Zadbaj o angielski przed wyjazdem. Nawet jak dziecko miało angielski w szkole, spróbuj załatwić mu anglojęzycznego kolegę, może przez Skype, może pen-pala, a może zwyczajnie może z Tobą poćwiczyć kilka zdań.

Polecem szczególnie ćwiczyć różne pytania: Gdzie jest łazienka? Gdzie mogę się napić wody? oraz podstawowe zwroty: nie rozumiem, mam na imię, chcę się z Wami bawić, ale nie wiem, jak.

Nieznajomość języka boli tak samo dorosłego, który nie rozumie, co do niego mówi ekspedientka w sklepie, jak i dzieckO, które widzi rozbawienie na twarzy rówieśnika, bo na pytanie: What’s your name? odpowiedziało: yes, yes.


#3 błąd- nie rozmawialiśmy z Krzysiem o Kanadzie

 

Powinniśmy byli przeczytać o mieszkaniu w Vancouver. Sami nie wiedzieliśmy, kto tutaj mieszka, że jest tak liczna mniejszość azjatycka i co to oznacza.

A to oznacza np inne zwyczaje i święta w szkole, choćby Chiński Nowy Rok czy Halloween.

Niby dzieci wiedzą, o co chodzi, ale czy Ty wiesz, na czym polega trick-or-treat? I gdzie dziecko poprowadzić, jak? I jak ma poprosić o cukierek?

Wszystkie te drobiazgi, które kanadyjskie dzieci wyssały z mlekiem matki, dla 7atka są nowe. A skoro nowe, to budzące niepokój i bunt. A szkoda, żeby mieszkając w Kanadzie, dziecko nie miało doświadczeń właściwych kanadyjskim dzieciom.

W końcu także o to chodzi w emigracji, prawda? Żeby innego życia spóbować.

Zatem o tym innym życiu trzeba z dziećmi rozmawiać wcześniej.

Nasza ulubiona pomoc teraz: książka Mapy (żałuję, że nie zaczęliśmy rozmawiać o tej książce przed przyjazdem). Strony z Polską i Kanadą są już tak wytarte i popisane, że pewnie przyjdzie czas na nowy egzemplarz.

Przygotowujesz się na re-emigrację do Polski z dzieckiem, które nie mówi po polsku? Wiesz, że Mapy są też po angielsku? Polecam z pełnym przekonaniem!

Jeśli jesteś w Kanadzie, możesz ją zamówić na Amazonie


#4 błąd – nie ustaliliśmy zawartości walizki, co się przeprowadza, a co zostaje i co z tym robimy?

 

W walizce chłopaków przyleciały tylko klocki Lego. A mogły na przykład zdjęcia ze wspólnych wakacji z dziadkami, czy pościel pachnąca warszawskim domem (nasze chłopaki są mocno wrażliwe na zapachy). Wystarczyło się zapytać, a nie autorytatywnie zdecydować (to ja decydowałam, czyli zero cierpliwości, bo pakowanie jest be i byle szybciej), to warto, bo dobra, droga zabawka (zestaw drewnianych kolejek).

Część zabawek po prostu rozdałam. Nie zawsze informując chłopaków, co się z nimi stało. Kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. No bo co zrobić, kiedy po roku padnie pytanie o ulubiony jeździk? Dziecko pamięta, że był, nie pamięta, że się z nim rozstał.

Lepiej wspólnie zdecydujcie, co się dzieje z wszystkimi rzeczami dziecka przed emigracją. Dyskusja z dwulatkiem nad każdym samochodzikiem nie jest łatwa, ale przynajmniej niech wie, co się stanie z rzeczami, które mają dla niego większe znaczenie.

Jeśli masz zwierzaka, warto dołożyć wszyskich starań, żeby przeprowadził się z Wami. To w końcu domownik, prawda? Rozstanie z nim dodatkowo przygnębi dzieci i mało przychylnie nastroi do wyjazdu. Pomocne informacje o przewozie zwierząt do Kanady znajdziesz pod tym linkiem.


#5 błąd – średnio trafiliśmy z czasem przeprowadzki

 

Myślałam, że jak przyjedziemy na tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, to będzie wystarczająco dużo czasu na ogarnięcie się i ogarnięcie emocji.

I znowu zonk – za mało było wspólnych dni, żeby Vancouver choć trochę poznać, niespiesznie się rozejrzeć, powoli zaprzyjaźnić.

Jeśli wiesz, że taktyka rzucania na głęboką wodę dobrze zrobi Twojemu dziecku, nie ma znaczenia, kiedy zacznie szkołę. Ale mało znam takich dzieci.

Dzisiaj wiem, że lepiej byśmy zrobili przylatując na wakacje do Kanady i dając chłopakom więcej czasu na spokojne rozejrzenie się po nowym otoczeniu.

Przekonałam się, że w przypadku naszej rodziny robienie wszystkiego od razu i jak najszybciej nie zdaje egzaminu, bo w dłuższej perspektywie płaci się wyższe koszty. Tak było z zapisaniem Maćka do żłobka daycare – zaczął chodzić niemalże od początku pobytu w Vancouver, na cały dzień. Przyzwyczaił się, bo człowiek się może przyzwyczaić do wszystkiego, ale dobrze mu to nie zrobiło. Dopiero po roku, kiedy zamieniliśmy całodniowy daycare na kilkugodzinne preschool dwa razy w tygodniu, Maciek wyraźnie poweselał.

Mogłabym tak jeszcze tę listę wydłużać, ale co się będę jako rodzic biczować ;). Było, minęło. Chętnie za to posłucham, jakie Ty masz doświadczenia w emigracji z dziećmi. Daj znać w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje.

A jeśli dopiero myślisz o wyjeździe, pytaj.

I powodzenia!

PS. W tym wpisie testuję linki afiliacyjne, żeby ułatwić Ci znalezienie rzeczy, o których piszę i które polecam.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Rekrutacja na najemcę i master of Craigslist czyli jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

Pełen spis naszych doświadczeń lokatorskich czyli polowanie na mieszkanie w Vancouver. Mnóstwo linków i wspomnień!

to jest post z 2014 odświeżony i uzupełniony

Kilka razy w życiu wynajmowaliśmy mieszkanie. Kilka razy dawaliśmy nasze mieszkanie do wynajmu. Zdarzyło się nawet nam mieszkanie sprzedać.
Wszystko w Polsce. A więc z lekka inaczej niż w Kanadzie. Bo jakże by inaczej 🙂

A w Vancouver dobrze mieszkać, to jak? Da się znaleźć mieszkanie? – często w emailach pytacie o mieszkanie. 

Dlatego dziś znowu o mieszkaniu. Jak to u nas wyglądało. I trochę wskazówek plus linków.

→ przeczytaj inne posty - poradniki: o pracy, o zdrowiu

Jak znaleźć mieszkanie w Vancouver –  myślicie, że łatwo było? Nie było.

Ustaliliśmy od początku, ze Kuba przylatuje do Kanady sam, w lipcu 2104 i będzie szukał dla nas mieszkania. W sierpniu mieliśmy do niego dołączyć.

Dlaczego taka decyzja? No cóż, chciałam się jeszcze nasycić się latem w Polsce, u rodziców, a poza tym zapewniłam sobie jako taki bufor bezpieczeństwa.

Jakby Kubie nie wyszło, nie podobało mu się już na wejściu, to zawsze łatwiej się spakować i wrócić w pojedynkę, niż całą rodzinę w te i we wte ciągnąć.

→ więcej naszej historii przeczytasz w poście o przyznaniu pobytu stałego.

Pracodawca Kuby zapewniał mu mieszkanie przez miesiąc, wynajęte w odległości spaceru od pracy. Kuba przyleciał pod koniec lipca 2014, więc miał czynsz opłacony niemal do końca sierpnia. Za te kilka ostatnich dni to my płaciliśmy wynajmującej agencji.

Tymczasowe lokum nie jest takie złe na początek mieszkania w Vancouver

Niewątpliwa zaleta takiego tymczasowego mieszkania (oprócz tego, że za nie płaciliśmy, tak, ma się czasem w życiu szczęście), to możliwość zapoznania się z dzielnicą.

Po kilku dniach już wiedziałam, że Downtown, czyli śródmieście Vancouver, to zdecydowanie nie moja bajka, i nie chcę tam z dziećmi mieszkać.

→ gdzie mieszkać: nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

Polecam poszukanie sobie tymczasowego lokum, może hostel, może mieszkanie kątem u kogoś, ewentualnie najem krótkoterminowy (airbnb).

Wiem, że jest to bardziej skomplikowane i kosztowniejsze, niż wprowadzenie się od razu do mieszkania docelowego, ale nie wyobrażam sobie inaczej, kiedy jest się nowym w mieście.

Lepiej sobie oszczędzić frustracji całorocznej, kiedy przyjdzie nam przez rok mieszkać z grzybem, czy też w lokalizacji, która dobija hałasem 24/7.

Więc lepiej przemyśl i wypróbuj,  która dzielnica podpasuje Ci najbardziej.

#Jak na Craiglist czytać ogłoszenia o wynajmie?

Ogłoszenia o wynajmie mieszkania – apartment listing,  pojawiają się na ogół na miesiąc, dwa miesiące przed wprowadzeniem się. To standardowy okres wypowiedzenia, więc licz się z tym, że trudniej znaleźć mieszkanie z dnia na dzień.

Poszukiwania mieszkania w Vancouver zaczęliśmy od  Craiglist (coś jak nasze gumtree, alegratka, najpopularniejszy serwis ogłoszeń w tej części Kanady). Tam, w opcji housing masz całkiem sporo opcji do wyboru:

apts / housing 

housing swap

housing wanted

office / commercial

parking / storage

real estate for sale

rooms / shared

rooms wanted

sublets / temporary

vacation rentals

 

Nas interesował pierwszy typ: apts / housing, bo to tam jest najwięcej mieszkań dla rodzin z dziećmi.

Nasza rodzina według standardów kanadyjskich potrzebuje przynajmniej mieszkania z dwiema sypialniami, nie mniej niż 70 m2, więc przy naszym budżecie pozostawały nam odległe lokalizacje, coś jak warszawskie Bemowo lub nawet Mysiadło.

Niepokoiliśmy się, że jak nawet zamieszkamy, to jak się będziemy przemieszczać. Samochód kupiliśmy prawie 2,5 roku po przeprowadzce do Vancouver.

Wśród ogłoszeń można znaleźć enigmatyczne anonse bez zdjęć albo podania lokalizacji map (w stylu: chyba wynajmę pół mojego domu, czyli super przytulne mieszkanie w piwnicy ale tylko jak ktoś jest cichy, bez zwierząt i bez skłonności) ale i, na szczęście dla nas, normalne ofert wynajmu.

Inne miejsca, gdzie możesz szukać mieszkania, a także jego wyposażenia to:

  • Bunz
  • Kijiji 
  • Padmaper – sprytnie zaczynasz poszukiwania od mapy
  • Rentseeker
  • Viewit
  • Navut 
  • Polacy i polskie media (gazety, radio, sklepy)
  • Jak chodzisz po okolicy, szukaj znaku apt for rent i dopytuj się telefonicznie.
  • Czytaj tablice ogłoszeń w community centre, bibliotekach oraz miejscach dla nowoprzybyłych (settelment agencies, trochę o nich pisałam wcześniej)
  • Grupy na facebooku: ogólne i lokalne (nie tylko polskie)

UWAGA: bądź podwójnie czujny, jeśli ogłoszenie jest mega atrakcyjne, a tanie, właściciel wygląda podejrzanie i w ogóle intuicja ci mówi, że coś nie halo. Przekręty na mieszkaniach są wcale nierzadkie. (ang. scams).

Właściciel może chcieć podpisać mowę wynajmu na rok z góry, ale nie może również zarządać płatności z góry (pre-pay) za okres wynajmu. Może za to wymagać czeków z datą realizacji na pierwszy dzień miesiąca.

My wysyłamy czeki na pół roku płatności, a nasza właścicielka je sobie “keszuje” (to cash, realizuje/deponuje czeki), w danym miesiącu.

Niestety płatność czekami sprawia, że nigdy nie wiemy, kiedy pobierze te 1850 CAD z konta, więc muszą one tam być przez cały miesiąc (utrudnia to zarządzanie finansami).

→ mieszkanie to nasz największy wydatek – chcesz wiedzieć o innych? przeczytaj post o wydatkach

# Na co zwrócić uwagę wybierając mieszkanie/dom (spis rzeczy nieoczywistych):

  • → Jakie jest wyposażenie – i czy zostaje po wyprowadzce poprzednich najemców. Większość mieszkań wynajmowana jest bez mebli.

 

  • → Czy jest pralka (washing maschine) /  pralko-suszarka / pralka i suszarka.

Taki urok Ameryki, że wciąż w wielu miejscach pralek nie ma w mieszkaniu (no laundry on site), ba, nie ma nawet przyłączy na pralkę (w/d hookups). I pranie robi się w publicznych pralniach miejskich lub w pralniach w budynku (laundry in building).  Jeśli masz dziecko, zastanów się dwa razy, zanim wynajmiesz mieszkanie bez pralki.

My mamy pralkę i suszarkę (dwa osobne urządzenia), i bardzo sobie to chwalę. Ale znamy rodziny, które obywają się bez pralki i też jest ok.

Jak nie masz pralki, ustaw sobie na półce słoik na 25centówki. Tymi monetami płaci się w publicznych pralniach najczęściej.

 

  • → Czy jest zmywarka – dla nas tak samo “cenna” jak pralka. Wiem, rozpuszczona jestem i mam za wysokie wymagania 😉

 

  • → Jakie są kaloryfery – często są elektryczne i niskoosadzone.

Nie żeby było specjalnie zimno w Vancouver. Raczej chodzi o bezpieczeństwo małych paluszków oraz brak możliwości wysuszenia czegokolwiek na kaloryferze.

A potrafią mieć taką moc, że raz nam stopiły buty. Serio! Buty narciarskie stojące w pobliżu nadtopiły się.

  • → Ile jest sypialni, pomieszczeń, szaf czy składzików.

Pomysłowość właścicieli nie zna granic! W ogłoszeniach znajdziesz informację, że mieszkanie ma pojemny den, który możesz przeznaczyć na osobną sypialnie. Den to właściwie taka większa szafa, w różnym miejscu w mieszkaniu. Den może być także zabudowanym balkonem.

Co ciekawe, żeby pomieszczenie było sypialnią, wcale nie musi mieć okna! Musi mieć za to szafę. Najczęściej wbudowaną, typu walk-in, czyli dużą i pustą w środku (często bez półek czy szuflad wewnętrznych).

  • → Będzie widok z okna? A drzwi od której strony?

W Vancouver najchętniej by się chciało na góry popatrzeć. Za taki widok cena mieszkania może być nawet o 50 CAD wyższa niż za to na niższym piętrze. Odpowiednio drożej trzeba zapłacić za widok w miejscowościach wokół Fraser River.

Mieszkanie (ale znacznie częściej dom) może być też opisane jako laneway, czyli w bocznej uliczce.  I niestety, przynajmniej w Vancouver, nie jest to ładna uliczka, tylko dojazd z tyły domu, pomiędzy parkingami (parking on rear), koszami na śmieci i wszelkiego rodzaju rupieciami.

Czasami z takiego mieszkania widok jest zerowy, bo znajduje się ono w piwnicy (basement, poniżej więcej w temacie)

  • →  Ile pokoi ma mieszkanie?  – w skrócie: dwie sypialnie to zwykle mieszkanie z dwoma pokojami do spania, salonem (living room), częścią na jadalnie (dinnig), kuchnią i łazienką.

 

  • →  1,5 łazienki czy 1,5 pokoju? I na takie cuś można trafić przeglądając ogłoszenia. Łazienka po połowie będzie oznaczała taką bez wanny. Podobno jest też 3/4 oraz 1.5 bathroom, ale się nie spotkałam.  Jest za to w google 😉

# Czy apartment to apartament? Penthouse prawie?

Często w ogłoszeniach spotkasz nazwy suite / condo / apartment. Nie umiem jednoznacznie określić, jaka jest między nimi różnica (ktoś mądry w komentarzu niech się wypowie).

Z grubsza znaczą one mniej więcej to samo: mieszkanie. Nie dom. I niekoniecznie apartament rozumiany jako mieszkanie o podwyższonym standardzie. Zwykłe mieszkanie.

      • →  może być w budynku (building  rental – building), gdzie część (większość) mieszkań wynajmuje agencja, a część jest własnościowa, czyli ma osobnych właścicieli.

Jeśli będzie to condo, możesz spodziewać się, że będzie sala gimnastyczna, pokój wspólny z fotelami, czasami biblioteka albo basen dla mieszkańców. W takich budynkach bywają również portierzy.

      • →  może być w czyimś wolnostojącym domu (detached house), bliźniaku (duplex, nie do końca to samo, co w Polsce), rzadziej w szeregowcu (townhouse).

Sporo właścicieli mieszkań ma pozwolenie na stworzenie tzw. secondary unit, którym jest właśnie dodatkowe mieszkanie, do wynajęcia. I, jak nazwa wskazuje, to mieszkanie bywa takie trochę drugorzędne. Czyli na przykład w piwnicy (basement). Znajdziesz mnóstwo takich ogłoszeń. Często wynajmując takie mieszkanie, nie będziesz mieć własnej pralki, tylko współdzieloną z właścicielem. Który będzie mieszkał nad tobą. I miał na wszystko oko. Możesz jednak trafić na własny kawałek trawnika i super ludzi, z którymi się zaprzyjaźnisz. Bo w sumie czemu nie?

      • może być w spółdzielni mieszkaniowej, czyli w co-op.

To jest opcja tzw. affordable housing, czyli ceny wynajmu mieszkań są niższe niż średnia rynkowa, bo takie mieszkania są nastawione na tworzenie wspólnot sąsiedzkich. Mając mieszkanie w takiej wspólnocie, przygotuj się na dzielenie części wspólnych oraz obowiązki na rzecz wspólnoty. Co-op‘y mają długie listy oczekujących. Czasami trzeba wykupić udział w budynku, co może być dużym wydatkiem na początek.

Lista dostępnych spółdzielni mieszkaniowych TUTAJ

Kiedy w naszej okolicy pojawiło się ogłoszenie, że co-op przyjmuje zgłoszenia i można przyjść zobaczyć mieszkanie, poszliśmy i my, a co! My i jakieś 2 000 innych mieszkańców Vancouver. Nawet w wiadomościach była informacja- sensacja: z mieszkaniami w mieście jest tak strasznie, że na jedno apartament viewing stawia się cała dzielnica.

A co jeśli to nadal nie opcja dla Ciebie? Możesz wtedy wynająć stancję, czyli room rental u kogoś w mieszkaniu lub wspólnie z innymi wynająć mieszkanie – shared apartment.

Możesz skorzystać z usług agencji wynajmu (lub brokera). My nie korzystaliśmy, więc nie polecimy. Strony agencyjne z ogłoszeniami znajdziesz w poście Moniki.


# Jak Kuba rowerem jeździł i mieszkania oglądał czyli rekrutacja na najemcę

Na początku pobytu nie mieliśmy samochodu (dorobiliśmy się go dopiero w ostatni dzień 2016 roku).

Kuba nie miał lekko z poszukiwaniem mieszkania dla nas.

Dzwonił po właścicielach z ogłoszeń na craigslist, jeździł rowerem (tak, także do Burnaby, nie, nie wiedział wtedy, że rower można przewieźć kolejką Sky Train), oglądał mieszkania, aplikował z CV swoim i moim też (że pracuję m.in. dla klienta z Kanady i jakby co to znam kogo trzeba) i z informacją, że chociaż mamy dwoje małych dzieci, to nasze dzieci ciche som!

Piszę właściciele mieszkań, ale równie często są to agencje, które w imieniu właścieli nimi zarządzają. Zasady aplikowania o wynajem są takie same.

Aplikowanie to wypełnianie papierków i wykazywanie swoich dochodów, a czasami także zaświadczenie od niekaralności (criminal check).

Po aplikowaniu pozostaje czekać, aż właściciel mieszkania nas wybierze z tłumu kandydatów. Niestety nie ma wymogu kto pierwszy, ten lepszy ( first in, first served)

Ale może pomóc, jeśli masz od razu pieniądze na depozyt lub czek, żeby go wypisać.

Tak pokażesz właścicielowi, że jesteś poważnym wynajmującym.

Preferowani najemcy to :

      1. Kanadyjczycy.
      2. Najemcy z historią wynajmu (czyli referencje od poprzednich właścicieli, najlepiej kanadyjskich). My mieliśmy referencje od naszych sąsiadów z Polski (taki list, bez określonej urzędowej formy, napisany po angielsku i podpisany przez sąsiadów, dzięki M.). Nie musi pomóc, ale nie zaszkodzi.
      3. Najemcy z historią kredytową (ale nie liczy się ta z polskiego BIKu, buu). Chodzi o credit score, który dla nowych w Kanadzie wynosi 0.
      4. Najemcy z potwierdzeniem, że pracują i ich będzie stać na mieszkanie (employment letter – umowa / oferta pracy, payslips / pay stubs czy rozliczenie podatkowe tax return).

Czasami, żeby wynająć mieszkanie,  trzeba mieć po prostu szczęście. Albo ziomków w okolicy. Polityka wynajmu i ceny mieszkań sprawiają, że wielu imigrantów zmieszkuje koło siebie, tworząc getta, zamykając się w swoich społecznościach.

I tak Richmond jest chińską enklawą, Hindusi zamieszkują w Surrey, a Żydzi w Oakridge.

Nie wpływa to dobrze na różnorodność społeczności i nie jest bez znaczenia dla ogólnego dobrobytu. Ale co robić? Jakiś pomysł?

Jeśli w oczach właściciela jesteś raczej mało atrakcyjny jako najemca, możesz zaproponować wyższą cenę wynajmu, albo większą kaucję (deposit). Licytacje mieszań w porządanych lokalizacjach są od jakiegoś czasu powszechne w mieście.

Dla fanów serialu Friends – pamiętasz, jak Ross próbował przejąć umowę wynajmu mieszkania po Ugly Naked Guy? Opowiadał,  że wykazał się daleko idącym sprytem i przekupił właściciela koszyczkiem babeczek. Po czym okazało się, że jego koszyk był najmniejszy z trzech, przysłanych przez innych “licytujących się” najemców. No właśnie. Myślisz, że takie rzeczy tylko w NYC? No to cię zaskoczę!

A gdzie szukać mieszkania pytasz? Jaka dzielnica najlepsza? Tu już musisz sobie odpowiedzieć na kilka pytań:

  • czy blisko do pracy? (a może wciąż pracy szukasz? Agencja pomoże)
  • czy blisko do kolejki?( a jak się nią jeździ?)
  • czy blisko do przyrody? (outdoor ❤)
  • czy blisko do rozrywek wielkomiejskich? (dla niektórych to ważne)
  • czy blisko do szkoły? (trochę o tym pisałam tutaj)
  • czy …. najważniejsze właściwie…. czy cię stać (bo my nie mamy miliona na domek)

My mieszkamy na Mount Pleasant, rejon cały nazywa się Uptown.

→ zobacz przewodnik po naszej, mocno hipsterskiej dzielnicy [ENG]

Mieszkamy i mimo bardzo przeszkadzającego zapachu marihuany, zamierzamy na razie zostać tutaj. Ale nasza koleżanka – sąsiadka Marijanna już nie. Dlaczego? Zobacz, co ją wkurza, i będziesz wiedzieć.

# Tak pisałam o pierwszym wrażeniu z naszego docelowego mieszkania w 2014

Do przeprowadzenia się z mieszkania tymczasowego potrzebowaliśmy spakować nasz, wydawałoby się niewielki, dobytek.

Ale wyszło sporo, bo pakowanie 5 waliz, 2 walizek, walizeczki, plecaka, gitary, dwóch rowerów oraz krzesełka dziecięcego Urban, nie było zajęciem łatwym, zwłaszcza, że pogoda się popsuła.

Oczywiście przyoszczędziliśmy na ciężarówce przeprowadzkowej, w końcu te wszystkie rzeczy  to nic, prawda? Dzieci się nimi objuczy najwyżej.

Żart. Ciężarówki wprawdzie nie mieliśmy, ale załadowaliśmy się elegancko do taksówki. Rowery podprowadziliśmy pieszo.

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. No więc, eeeeeee, pierwsze kanadyjskie mieszkanie słabe jakieś takie.

Jesteśmy, w wielkim, pustym mieszkaniu. Co ciekawe, nie ma ono prawie wcale lamp górnych, więc musimy zakupić sobie nastrojowe światło stojące. Nie wiem, ale jakoś mnie to zdziwiło, że lamp nie ma.

Są za to czujniki dymy, łypiące czerwonym okiem sygnalizacyjnym. Te czujniki dymu to samo zło! Nie zliczę, ile razy zawyły przeraźliwie, a tylko piekarnik był lekko uchylony. Mocno wrażliwe cholery z nich. Raz nas nawet przez nie wyciągnięto z domu, w środku nocy, cały blok ewakuowano, straż przyjechała i dopiero wtedy zamilkły. A niech je!

Mamy pralko-suszarkę (stareńką jednak i ledwie dychająca, mają wymienić), lodówkę , kuchenkę elektryczną (kiedyś zrobię jej zdjęcie – jest ogromna), zmywarkę, mikrofalówkę, dwudziestoletnie łóżko półpiętrowe dla Krzyśka i materac dmuchany dla Maćka. I kilka rzeczy kuchennych, np. obierak do warzyw. Albo zestaw noży do steków, w eleganckim pudełku, po poprzednim właścicielu.

Nabytki nasze – stół, trzy krzesła, taboret, taboreciki, łóżko z materacem rozmiar queen, sztućce Ikea, dwie szklanki Ikea, talerze Ikea, ręczniki Ikea.

[edit w 2016 r.] Rzeczy nam niewiele więcej przybyło i  jakoś wciąż nie mamy śmiałości wbijać gwoździ w ściany. Chłopaki nie mają takich dylematów, tzn. gwoździami się nie interesują, ale podłoga nadaje się do wyścigów wyśmienicie, i nic to, że ryski będą.

[edit w 2017] Zaczęliśmy wbijać gwoździe, obrazki na ścianie pozwalają bardzo dom osowić, a  plakaty przyklejone na plaster w 214 już się zaczęły odlepiać. Przybyło nam też mebli: dwie komody w Ikea i łóżko piętrowe z Ikea. Poza tym kupiliśmy używany rzutnik do płyt, wypożyczanych z bliblioteki i dwa używane biurka.

Nie mamy żadnych rzeczy w wielkich rozmiarach, które przewieźlibyśmy z Polski. Nie wynajmowaliśmy kontenera na meble czy książki, wszystko albo zostało sprzedane, albo po prostu zostało.

Wyszliśmy z założenia, że w Kanadzie kupimy, co będzie trzeba. I mieliśmy rację, wszystko jest. A że teraz trzeba nam mniej? To tylko dobrze!

# Najśmieśniejsze jest (choć to raczej wzgardliwy chichocik), że wciąż tutaj mieszkamy. Głównie ze względu na cenę.

Dynamika cenowa w Vancouver jest taka sama jak w każdym innym mieście – im dalej od centrum, tym taniej. W Vancity jest jeszcze jeden wskaźnik – im bardziej na wschód, tym taniej.

Część mieszkańców kierunek “na wschód” traktuje bardzo serio i przeprowadzają się na …. Wyspę Księcia Edwarda, atlantycką część Kanady, na drugą stronę kontynentu. Istnieje już nawet nazwa dla takiego zjawiska – eastsizing.

Ciekawe, prawda? Zwykle ludzie migrują “na Zachód” w poszukiwaniu lepszych możliwości, a tutaj proszę, trend zupełnie odwrotny.

W lipcu 2017 padł rekord – średnia miesięczna rata za wynajem mieszkania z jedną sypialnią (one-bedroom apt.) w mieście Vancouver wyniosła 2000 CAD!

Na koniec trochę heheszków, czyli beka z ogłoszeń. Kto wynajmował choć raz w życiu stancję czy mieszkanie w Polsce, temu sentymentalnie zakręci się łza w oku, bo Kanadyjczycy podchodzą do tematu z naszą ułańską fantazją. Ale internet nie zapomina i najśmieszniejsze ogłoszenia znajdziesz pod tym linkiem

 


Jeśli znasz jakieś dobre strony pomocne przy wynajmnie mieszkania w Vancouver, albo sam zajmujesz się Real Estate, daj znać w komenatrzu. Inni ci za to podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak Vancouver wkurza Marijannę – 3 największe rozczarowania miastem

Mam koleżankę w Vancouver, a ta koleżanka jest wkurzona. Spisałam trzy rzeczy, które ją najbardziej wkurzają w mieście. A ciebie też denerwują?

Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, czy jakoś tak. Owszem, owszem, nie żebym się nie zgadzała.

Zgadzam się też, na ogół, z corocznie powtarzaną opinią o Vancouver – że to najlepsze miejsce do życia, albo przynajmniej w pierwszej dziesiątce.

Marijanna też się z tym zgadza. Choć ten jeden raz się zgodziła jakby mniej. Eeeee, co ci będę ściemniać. Wcale się nie zgodziła, tylko się na miasto obraziła. 

Vancouver wkurzyło Marijannę i zaraz mi opowiedziała swoje trzy największe rozczarowania miastem.

Marijanna to moja dobra koleżanka – sąsiadka, Serbka, od 3 lat mieszkająca w Vancouver. Mąż i dziecko obywatele kanadyjscy, ona sama ma prawo do stałego pobytu. Wykształcenie wyższe, pracowała w finansach w Belgradzie, zanim przenieśli się z mężemdo Kanady.

Jakiś czas temu poszłyśmy na kawę, do Starbucksa na rogu 15tej i Main, który po remoncie nie wygląda jak Starbucks [nie jest zielony, tylko czarno-brązowy oraz organizuje kursy baristy. Taki trochę Starbucks plus, widzę pierwszy raz na oczy].

Nad kawą, która, choć w innym (ładniejszym) kubku, smakowała tak samo, Marjanna powiedziała mi, że się wyprowadzają na jakiś czas z miasta.

Rozmowa naturalnie skręciła w stronę wymieniania plusów nowego miejsca (nie byle jakiego, bo wyjeżdżają do Nowej Zelandii).

Żeby były plusy, muszą być minusy, więc ponarzekałyśmy sobie trochę na Vancouver, ona nawet bardziej niż ja, bo ja to przynajmniej mam blog do wylewania żali, a ona ma tylko mnie.

Postanowiłam te 3 grzechy główne miasta Vancouver według Marijanny spisać* i zapytać was, co o tym myślicie. Może was też wkurzają?

*w  tekście wykorzystałam też  post o śmieciach sprzed kilku lat

#1 bezdomni i brak pomysłu miasta na rozwiązanie problemu.

Marijanna ma córkę w daycare (wiesz, co to jest?→LINK) w okolicach Chinatown. Codziennie odbiera ją stamtąd, około 18. Codziennie wsiada z małą do autobusu, żeby z centrum miasta dojechać na naszą przyjemną górę.

Jej spostrzeżenia o ludziach, których najczęściej wtedy spotyka – bezdomnych.

Nie płacą za bilety. Nie zachowują się normalnie. Straszą dzieci. Przy Science World walają się strzykawki. Community Centre publicznie dziękuje rodzicom, że oczyszczają na bieżąco plac zabaw ze strzykawek pozostawionych tam przez narkomanów.

Mocne? Nawet bardzo.

Na ulicach miasta, w parkach, na dworcach, pod witrynami sklepowymi. Są. Śpią, rozmawiają, wreszcie handlują. Ludzi, którym się w życiu noga powinęła, jest w mieście sporo.

Chodzą pogłoski, że w czasie surowych zim w innym prowincjach kanadyjskich, władze oferują tamtejszym bezdomny one-way ticket do wspaniałego i ciepłego Vancouver.

Są takie miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać samemu. Ulice żyjące własnym życiem przez całą dobę. Jeśli spacerujesz po historycznej części Śródmieścia – Gastown, wystarczy zrobić krok dalej, a zobaczysz inną twarz Vancouver. Ludzi, którzy z przypadku lub wyboru żyją zupełnie innym “Canadian dream”

Problem bezdomności jest także wynikiem nieprzemyślanego traktowania przez lata rdzennych mieszkańców Kanady. Pisałam już, dlaczego, kiedy widzę Indianina, wolę przejść na drugą stronę ulicy.

Podobno na czas igrzysk 2010, miasto zapakowało ludzi z ulicy w autobusy i wywiozło, żeby nie kłuć problemem w oczy turystów.

Więc jeśli masz przed oczyma dziką Kanadę, taką od Arkadego Fiedlera i “Ostatniego Mohikanina”, to wiedz, że jest i taka Kanada.

 


#2 śmieci

Śmieci w Vancouver są, wysypują się z przepełnionych pojemników, walają po ulicach, parkach, przystankach autobusowych.

Nieważne jaka dzielnica- czy centrum Vancouver, czy też spokojna uliczka z domkami jednorodzinnymi. Różne rodzaje śmieci: kubki po kawie, opakowania, resztki jedzenia, czy tzw. gabaryty, czyli stare meble, a nawet elementy łazienki!

Nie wiem w sumie dlaczego, ale jakoś tak tkwiło w nas przekonanie, że Kanada, piękna, dzika przyroda, niczym nie zmącona, czysta, dziewicza natura, a ludzie sprzątający po sobie, kulturalni, mający na względzie innych.

Najbardziej zadziwiające jest, że ludzie potrafią przesiadywać na trawie, na leżaku, na plaży, a tuż obok walają się stosy śmieci. Nie wiem, nie przeszkadza im to, że w parku jest taki bałagan? I choć starają się sprzątać regularnie, to i tak jest niefajnie.

Są śmieci, bo nie ma śmietników!

Nie ma śmietników, no na prawdę nie wiemy z Marijanną, jak to jest możliwe, żeby nie było koszy na ulicach.

Prędzej znajdziesz Starbucksa niż kosz. Nawet jakby się chciało wyrzucać śmieci przepisowo, to i tak nie ma do czego.

I koło się zamyka.

Jedyne, czego nie doświadczysz na chodnikach i ulicach to psie wiadomo-co. Mieszkańcy Vancouver sprzątają po swoich zwierzakach. Ale jak nie ma śmietnika, gdzie by się niewygodnej torebeczki pozbyć, to niestety ląduje ona na ziemi. I jest nawet gorzej, niż gdyby nie było sprzątnięte, c’nie? Przecież plastik to wiadomo jak długo się (nie)rozkłada.


#3 rynek mieszkaniowy – bardzo gęsta dżungla, pełna dzikich zwierząt!

Calkiem niedawno pisałam o naszym wydawaniu pieniędzy. I żeby nie było, że z nas burżuje, które niewiadomo jakiego mieszkania by chcieli, a w ogóle to by pewnie chcieli na własność (nie chcemy, dziękujemy, własne mieszkanie to masa kłopotów). Pisałam, że naszą największą oszczędnością jest brak przeprowadzek, o zakupie nieruchomości nawet nie myślimy.

W Vancouver nie ma mieszkań do wynajmu ani kupna.

Moje najdziwniejsze doświadczenia?

  • Widziałam ludzi koczujących przed biurem sprzedaży mieszkań w wieżowcu w naszej okolicy. Na dwa lata zanim budynek powstał, tfuu… przecież on wciąż powstaje.
  • Pamiętam to nieśmiałe zaglądanie przez szybkę do biura sprzedaży w Kerrisdale, gdzie buty jednej klientki były warte tyle, ile miesięczna wypłata na kredyt (mortage)

Pamiętam też, jak mi Marijanna opowiedziała, że oni nawet odłożyliby na wkład własny (downpayment), ale co z tego. Z jednego biura sprzedaży została delikatnie wyproszona, bo mieszkania już i tak zaklepane dla konkretnych klientow (glównie azjatyckich) lub agentów nieruchomości. Zdaniem Marijanny nie ma co nawet myśleć o kupnie bez skorzystania z usług agenta.

Jeśli już są mieszkania, zwykle super drogie.

Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie się licytują, oferując dużo powyżej ceny wyjściowej (asking price).  Są skłonni na kompromisy w innych dziedzinach życia, byleby tylko mieć gdzie mieszkać [no jacha!].

Przeprowadzają się coraz bardziej na wschód Vancouver.


Poczytaj więcej o mieszkaniu w Vancouver [kliknij w obrazek]

......


Marijanna wraz z rodziną wyjeżdża z Vancouver. Nie wiem, czy wróci, czy będzie żałować, w końcu, jak wygląda to miejsce, gdzie zamieszka. Śmieci, ludzie żyjący na ulicy oraz wariactwo na rynku nieruchomości, to trzy poważne, jej zdaniem, zarzuty wobec miasta. A próby rozwiązania tych problemów nie przynoszą rezultatów.

To ją wkurza.

A czym ciebie Vancouver, albo Kanada, rozczarowała?

 

Ps. Spodziewam się przynajmniej jednego komentarza w stylu: jak ci się nie podoba, to wracaj do Polski. Tyle, ile się naczytałam, przy okazji wywiadu w  → Bankier.pl, to moje.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Lepszy, lepsiejszy, najlepsiejszy (i/e)migrant czyli ja się znam na Kanadzie, a ty nie!

Takie tam rozkminy na trzecie urodziny i czy po 3 latach jesteśmy wystarczająco dobrymi emigrantami w Kanadzie.

Ta jest, trzy lata w Kanadzie! Stuknęło, huknęło, przeleciało. Wymądrzam się i piszę wciąż, chociaż tego pierwszego posta blogowego już nie ma (ale nie żałuj, to były trzy zdania w stylu: juhuuu, ja tutaj piszę i paczę, czy działa)

To lecimy z rocznicowym postem, ok?


Znasz wcześniejsze posty o emocjach?  → (kliknij w obrazek)

….....


Trzy lata później chodzi za mną pytanie: “Kto się zna na Kanadzie?” i odpowiedź:  “Ja?!”

Tak sobie zaglądam na Facebook, dobra, często zaglądam, nie będę udawać, że nie, że ja cię proszę wcale nie jestem jakaś uzależniona. Feed skroluję (omg) i czytam, i widzę, i się cieszę.

Że jest coraz więcej ciekawych treści o Kanadzie, o życiu w różnych kanadyjskich miastach (dwa dni temu wpadłam na blog polski z Halifaxu), o polskich doświadczeniach i spostrzeżeniach. [Ok, wiem, że to ten niecny algorytm Facebooka mi tak podsuwa te właśnie teksty, ale zgodzicie się chyba, że coraz więcej osób pisze o Kanadzie.]

I dobrze!

Ja na każdym Polskim Babskim Spotkaniu się zastanawiam, czemu te wszystkie super dziewczyny, wy wszystkie nie piszecie bloga. Wiem, nie każdy chce być blogerem, ale serio szkoda, że wiele kanadyjskich historii słyszy się tylko w wąskim gronie.

Dlatego zawsze zachęcam – mieszkasz w Kanadzie, myślisz o Kanadzie, wyjechałeś już, ale w środku słowa zostały – pisz o tym! Dziel się! Nawet jak nieregularnie, bez własnej blogowej domeny i profesjonalnych zdjęć, bez rozkminiania, czy to wyszuka się w guglach,  to przynajmniej w grupach na facebooku daj znać, że coś wiesz, a ktoś ci za to podziękuje.

Podziękuje ci… stop! No właśnie, czy podziękuje? Ja tutaj sobie na własnym blogu słowy zachęty rzucam, do pisania namawiam, a tymczasem ty wcale nie chcesz się ujawniać, bo w internecie zawsze znajdzie się ktoś, kto się lepiej niż ty zna i skomentuje. Często nieprzyjemnie.

Na Kanadzie się zna, prawo imigracyjne zna, ba, ten ktoś się zwykle wie lepiej, jak ty się czujesz w Kanadzie. A jak się czujesz inaczej, no cóż, ty się nie znasz, a on(a) jest lepsiejszym (e/i)migrantem.

Jest lepsiejszy, bo starszy. Albo stażem imigracyjnym starszy. Wie lepiej. I będzie radzić, nie przebierając w słowach. Wygląda na to, że żeby być najlepsiejszym imigrantem trzeba:

  1. uwielbiać Kanadę zawsze i wszędzie, a jak się zdarzy gorszy dzień (bo się zdarzy, to pewne), zacisnąć zęby, spiąć poślady i dalej jechać z tym koksem;

  2. nienawidzić Kanady, bo to nie jest ten sam kraj, co kilkadziesiąt lat temu, a w Polsce to zawsze świeci słońce i ludzie są mili;

  3. wiedzieć o Kanadzie wszystko, zanim się przyjechało. Na wyrywki znać, jaka jest pogoda w każdej prowincji i że na pewno ci będzie zimno oraz tam to zawsze pada (uwaga, nie zawsze!);

  4. wiedzieć, ile czasu potrzeba, żeby czuć, że Kanada jest dla ciebie miejscem, bo po tygodniu nie wiesz nic, po miesiącu to ty jesteś w imigracyjnym żłobku, no może po roku masz prawo cichutko się wypowiedzieć. A i to nie zawsze, bo patrz punkt 1.;

  5. swoje przeżyć, odstać, odrobić, żeby się dorobić, zaczynać od początku, bo inaczej się nie da, a jak myślisz, że z twoim zawodem masz jakieś szanse, to się chłopie/dziewczyno grubo mylisz i nie tylko nie zostaniesz najlepsiejszym imigrantem, ale w ogóle zapomnij o Kanadzie;

  6. mieć źle na początku emigracji, a później tylko trochę lepiej. Polakom na drugie imię męczennicy, i w Polsce, i w Kanadzie.

  7. i w ogóle przez jakieś 20 do 35 lat nie zabierać głosu, bo jest się gówniarzem w ogóle, a nie tylko w szczególe, i za tamtych czasów to były czasy, a teraz wiadomo, poprzewracało się mileniasom w głowach i wszyscy chcą do Kanady.

Taaaa.

Emigrant / imigrant jak narzeka źle, jak chwali to też źle. Ironia be, żarty be, powaga i patos bebebe.

Nie będę pisać, że to tylko Polacy, bo byłabym niesprawiedliwa. Ani, że tylko mieszkający poza krajem urodzenia.

Wszyscy dzisiaj, mam wrażenie, że wszyscy, chcąc nie chcąc żyją w stanie never enough.

Sam stan niewystarczenia zły nie jest. Problem pojawia się wtedy, kiedy przeszkadza tobie. Albo innym przeszkadza, o czym oczywiście nie zapomną ci powiedzieć.

Nie dla ciebie odznaka super emigranta i honorowego przedstawiciela Polonii w Kanadzie.

Nikt nie jest wystarczająco dobry.

No chyba, że ty jednak jesteś. To wtedy koniecznie napisz w komentarzu. W końcu ja się nie znam 😉

Nie żebym miała w sobie jakieś wielkie pokłady goryczy na te trzecią rocznicę mieszkania w Kanadzie. Jestem na wakacjach, czytam, co u Moniki, śledzę grupę na Facebooku, i takie mnie naszło.

ale poza tym dobrze.

A u ciebie jak?


 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

Dużo słów o pieniądzach, czyli na co wydajemy te słynne góry dolarów.

Wiesz, jaki wpis jest numero uno bloga? O ten. O stawce minimalnej w B.C.

Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej. Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

[no chyba, że chcesz wciąż o dentyście. To wtedy tu KLIK]

Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

  • → nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
  • → nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

 


Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo. Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny. Pracowałam, owszem, ale krótko. Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej. Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku. Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

1. Wydatki na mieszkanie

Gdzie mieszkamy?

Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

→  Szukasz mieszkania? Przeczytaj wpis o dzielnicach w Vancouver

Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

Wyposażenie mieszkania

Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo). Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem. Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

Zakupy robimy:

  • → w Ikea  i Canadian Tire;
  • → w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
  • → na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
  • → na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
  • → w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

2. Jak kupujemy ubrania?

Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

  • → Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
    • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
    • ↠ Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
  • → Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
    (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
  • → Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu. W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

Jak w Kanadzie kupujemy, oszczędzamy i wydajemy_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady1

3. Jedzenie i zakupy do domu 

W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

  • → kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
  • → czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
  • → mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
  • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

Na stronie Pawła sprawdź listę sklepów, a potem porównuj ceny


#4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

  • → zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
  • → sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
  • → kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
  • → nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
  • → kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
  • → jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
  • → wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

#5. Szkoła i przedszkole

  • → Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
  • →  Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
  • →  Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

  • ↠  Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
  • ↠  Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

 

#6. Inne wydatki:

  • →  Transport.
    • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
    • ↠ Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
    • ↠ Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata.
  • →  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
  • → Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

Dawno nie było wpisu w tym temacie, a to codzienność każdego rodzica. Rekrutacja do zerówki i jaka szkoła najlepsza w Vancouver. Żebym to ja wiedziała…

Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).

W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).

Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”

Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.

 

Staram się ogarniać temat. Po łebkach, po łebkach. Sprawdź, czy przydadzą Ci się te poradniki:

  Służba zdrowia | Praca w Vancouver

 

W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.

Zachęciłam, co?

Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?

Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.

Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.

W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.

 

Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.

Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki.  W tych dzielnicach.

Wiele rodzin  stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo. Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.

Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.

I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?

Szkoły są przepełnione.

W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.

Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.

Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.

Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.


I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?

Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.

Pomogą Ci te pytania:

Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?

  • Najwyższych wyników w rankingu?
  • Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
  • Małych klas?
  • Opieki przed- i poszkolnej?

My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.

 

Co lubię w naszej szkole?

WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)

Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.

ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.

Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).

Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.

Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…

PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!

Czego nie lubię w naszej szkole?

POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.

W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)

To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…

Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…

Uważam  że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.

Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.

Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie czyli kamon barbi letsgoł parti!

Jak pracy w Vancouver szukałam (śmiesznie, ale skutecznie)

Hahaha, nie ma to jak osoba bezrobotna (czyli ja) opisuje pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie. Nie bój nic, poprzednie posty o pracy napisałam (w większości) będąc pełnoetatowym pracownikiem Accenture Canada, więc się mogłam wymądrzać.

Dzisiejszy post to historyczne czasy, wspomnienie z 2015. Nasz młodszy syn, Maciek od miesiąca był w daycare (kanadyjski żłobek; więcej w temacie znajdziesz we wpisie o daycare/preschool) Ja rozsyłałam swoje CV…. wróć, swoje resume, bez większego przekonania, ale nadrabiając nadzieją.

Od początku moje poszukiwanie pracy w Kanadzie miało bardziej wymiar życzeniowy niż było konkretnym planem.  Ciężko nawet powiedzieć, dlaczego? Czyżby z powodu stanu “tymczasowości”? Wciąż byliśmy pod wpływem myśli, że wracamy latem 2015 do Warszawy.

Dość, że wysiłki w kierunku znalezienia pracy podejmowałam nieregularnie, a jak już do nich dochodziło, to działy się rzeczy co najmniej dziwne. Może ciśnie ci się na usta pytanie: to jak Kasia wylądowałaś jako AP Analyst w Burnaby? Spróbuję sobie przypomnieć.

Napiszę ci też, co to ten szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie.

W skrócie: Udając studentkę University of B.C. wpadłam na wydarzenie organizowane przez firmę rekrutującą absolwentów. Zrobiłam klasyczne: crash the party, zjadłam dwa kawałki pizzy, udawałam mądrzejszą niż jestem w rzeczywistości (łatwizna), zdobyłam wizytówkę. (pamiętaj, że wizytówki to cel każdego networkingowego spotkania, im więcej, tym lepiej, bierz, jak leci. Stop. To żart jest. Nie bierz, jak leci. O tym, jak się zachować, napiszę innym razem)

Pracy oczywiście nie dostałam.

Ale i tak było warto.

Jak do tego doszło? Ale o co chodzi? To jak dostałaś pracę, Kate?

Poniżej znajdziesz spis wydarzeń.

  • Dowiedziałam się z tablicy w community center, że jest  warsztat współprowadzony przez Accenture. Na kartce było napisane, że tylko dla osób z PR (wtedy byłam na wizie pracowniczej), ale się nie przejęłam. Napisałam do prowadzącego i zostałam zaproszona.

 

  • Warsztaty były przez trzy soboty, kilka godzin przedpołudniem. Dwie soboty w styczniu, jedna w lutym.

 

  • Kiedy przyszłam po raz pierwszy, byłam jedną z nielicznych dziewczyn. Rasy kaukaskiej. Oprócz mnie była jeszcze jedna dziewczyna, więc siłą rozpędu usiadłam obok, zagadałam (znacz cykl Rozmówki kanadyjskie ?), zaprzyjaźniłyśmy się. Yulianna jest z Armenii, pracowała w dziale finansowym dla tamtejszej Coca-Coli, trzy tygodnie wcześniej przeniosła się do Vancouver i wtedy szukała pierwszej pracy. Na tym spotkaniu zadano nam pracę domową  – napisać kanadyjskie resume oraz przygotować się do ćwiczebnej rozmowy kwalifikacyjnej (czyli do mock interview).

 

  • Kolejnej soboty nie byłam już tak zestresowana  – bo znałam Yuliannę 😉 Przyniosłam też ze sobą resume.  Moderator przydzielił nas do różnych mentorów z Accenture i zaczęło się ćwiczenie rozmowy kwalifikacyjnej po kanadyjsku.  I tutaj zadziałało szczęście – trafiłam do pary ze starszym Azjatą o przebogatym życiu zawodowym. Ha, myślisz, przecież to żadne szczęście, nie mam szansy przy takim VIP. Ale, ale rywal mój się nie przygotował. Zero, nul, nic. Nie przyniósł resume, nie przećwiczył pytań, słowem, dał ciała. Naszym mentorem była Amanda, HR manager. Ponieważ kolega z ławki nie odrobił zadania, pani pytała tylko mnie 😉

 

  • Amanda mnie zapamiętała, po spotkaniu wysłałam jej podziękowanie na LinkedIn oraz prośbę o nawiązanie kontaktu. A pod koniec lutego do mnie napisała, że dział AP w Accenture w Burnaby szuka pracowników i żebym przesłała swoje resume. Przesłałam jej, ona przesłała komuś innemu, ten ktoś pokierował mnie do agencji (na początku taka była moja forma zatrudnienia). O samej rozmowie kwalifikacyjnej, a właściwie trzech, napiszę osobno. Kiedyś.

 

  • Dostałam pracę w ciągu tygodnia.

 

Chwila przerwy, bo w lutym 2015 działy się inne rzeczy, które wprawdzie pracy mi nie dały, ale dodały śmiałości! Czyli owe kamon barbi letsgo parti.

Czytasz te wszystkie rady, jak zacząć szukać pracy, prawda? Ja też czytałam, głównie po angielsku. I wszędzie jest napisane: wykaż zainteresowanie, inicjatywę, daj się zapamiętać.

Postanowiłyśmy z Yulianną dać się zapamiętać. Ustaliłyśmy, które firmy (finansowo-księgowe) nas interesują. Dużo było (jest) ofert pracy dla juniorów w start-upach. Nas interesowały te, które pomagają małym biznesom prowadzić księgowość. Takie firmy fajne są, zobacz sam.

Polubiłyśmy  firmowe profile na Facebooku, Twitterze, LinkedInie i tadadam, jakoś w połowie lutego 2015 jedna z firm się ogłasza, że robi wydarzenie rekrutacyjne, ale takie swobodne, coś właśnie jak recruitment party.  Miejsce: UBC, zaproszeni goście: Accounting and Finance students.

Żeby uczestniczyć w wydarzeniu trzeba było być członkiem koła naukowego albo przynajmniej mieć indeks UBC. Nie jestem członkiem (ale stwierdzenie, c’nie?) i nie mam (już) indeksu, a z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej to już w ogóle.

Poszłam tak czy inaczej, no bo co mi sie może stać? Najwyżej mnie nie wpuszczą i stracę 2.75 CAD za bilet w jedną stronę. Yulianna tym razem wymiękła 😉

Dojechałam na kampus, podeszłam do wejścia i mówię, że ja też na to spotkanie. A jesteś na liście? Nie jestem, tak jakoś wyszło, ale czy mogę wejść? Zależy mi bardzo. Pozwolili, a mogli nie pozwolić, więc szczęście 🙂

Już na sali wykładowej HR dziewczyny ze startupu opowiadały i zachęcały studentów, żeby aplikować nawet jak stanowisko wydaje się nie dla nas. Często są takie ogłoszenia: Awesome? Apply here! – w ten sposób firmy budują sobie bazę przyszłych pracowników.

Dziewczynom z HR można było zadać im pytania. Przygotowałam sobie jedno pytanie, mądre, żeby wypaść profesjonalnie. Chyba coś o zamknięciu miesiąca w aplikacji finansowej. Było to, nieskromnie mówiąc, jedno z nielicznych pytań merytorycznych.

To też sposób, żeby dać się zapamiętać w gąszczu pytań o elastyczny czas pracy czy ile jest przerw na jogę. Nie mówię, że jedyny słuszny, mówię, że warty wypróbowania.

W międzyczasie podano pizzę i się już w ogóle zrobiła imprezowa atmosfera, gdzie ja z moimi latami 30plus, czułam się trochę jak dinozaur (a rzadko się tak czuję). Szybko więc umknęłam. Z wizytówką i anegdotką, którą mogę dziś opisać.

Gdybym jednak kiedyś przyszła na rozmowę rekrutacyjną do tej firmy, to wspomnę tamto wydarzenie, wizytówkę mam, kontakt na LinkedIn też, więc znowu jest większa szansa, że będę kimś bardziej znanym niż aplikant “z ulicy”. Że będziemy mieć coś wspólnego, jakiś punkt wyjścia do rozmowy.

I że praca się znajdzie.

Życzę ci, żebyś takich punktów wyjścia i znajomości miał jak najwięcej.  Zrób coś nieoczywistego, daj się zapamiętać, albo przynajmniej przygotuj się.

Włóż trochę wysiłku.

Najwyżej zostaniesz tylko z dobrą historią. I z wyższym poziomem śmiałości. A to w Ameryce jest solidna waluta 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się. Wtedy wiem, co lubisz czytać!

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie czyli droga do Permanent Residency

Po dwóch latach w Kanadzie zdecydowaliśmy się aplikować o pobyt stały. Chcesz poczytać o naszym samodzielnym przygotowaniu oraz uzyskaniu PR?

11 lutego napisałam na Facebooku: Dokonało się! Tak z lekka pompatycznie, wręcz z biblijnym zawołaniem. Coś w tym jest, że trzeba tak głośno zakrzyknąć.

Mamy prawo do pobytu stałego w Kanadzie! O ile sami nie wyjedziemy, nie obowiązują nas żadne ograniczenia czasowe. Kuba może zmienić pracodawcę. Możemy się przeprowadzić w dowolne miejsce w Kanadzie.

I za jakiś czas możemy się postarać o kanadyjskie obywatelstwo.

Nasza droga do pobytu stałego w Kanadzie wcale nie zaczęła się od dnia zero, czyli od 26 lipca 2014, kiedy Kuba wylądował na YVR.

I chociaż w sumie to cały blog jest o naszym życiu w Kanadzie i podejrzewam, że część z Was zna naszą historię, to jednak przedstawię ją jeszcze raz. Poniżej i w skrótowej formie.

Sytuacja od 26 lipca 2014 do 11 lutego 2017.

pierwszy kanadyjski pracodawca Kuby

Przylecieliśmy do Kanady na zaproszenie pracodawcy Kuby, który załatwił za nas wszystkie papiery. Latem 2014 wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na rok do Vancouver. I tylko na rok.


Szukanie pracy w Kanadzie skwituję jednym słowem: profil na LinkedIn. Rozwinę to w innym wpisie. Hej, stop, trochę już o tym pisałam, zerknij niżej:

 

 


Kuba dostał pozwolenie na pracę (Work Permit, WP) oparte o LMO (Labour Market Opinion). To rodzaj zaświadczenie-opinia z urzędu imigracyjnego, że kanadyjski pracodawca potrzebuje ściągnąć pracownika spoza kraju. Wszystkie papiery przygotowała firma, my je tylko wydrukowaliśmy i z jednym kompletem Kuba przyleciał w lipcu, z drugim kompletem, plus dwójką dzieci doleciałam ja, 22 sierpnia 2014.

Pozwolenie na pracę dostaliśmy ważne do lipca 2017. Oferta pracy dla Scanline była ważna rok, czyli do lipca 2015. Wtedy nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym, co zrobimy,  jak Kubie skończy się kontrakt , bo i tak mieliśmy zostać tylko rok w Kanadzie.

Uprzedzając pytania: nie wiemy, dlaczego przyznano nam Work Permit dłuższy niż oferta pracy (umowa o pracę była na czas określony, na rok, a w papierach adwokat firmy nie zaznaczył na ile ma być przyznany Work Permit).

Kuba dostał pozwolenie na pracę z zaznaczeniem, że pracuje tylko dla tego jednego pracodawcy (job-specific) i jeśli przestanie dla niego pracować, to Work Permit nam się kończy i musimy opuścić Kanadę. Ja dostałam Open Work Permit (non-job specific), czyli miałam lepiej niż Kuba, bo mogłam pracować, gdzie tylko chcę. Byle nie z z dziećmi, nie w szkolnictwie i nie w sex biznesie (omg). Chłopaki dostali pozwolenie na naukę (w paszporcie mają wpisane: Visitor Record, ale paszport wystarczył, żeby ich zarejestrować i o Study Permit poprosił adwokat firmy w naszych dokumentach. Nie wiem jednak, czy wszystkie dzieci rodziców z Work Permit z automatu dostają pozwolenie na naukę).

W lipcu 2015 minął nam rok w Kanadzie, umowa Kuby została przedłużona, ja znalazłam pracę w Accenture Canada, chłopaki na wakacje polecieli do dziadków, do Polski.

Ktoś może w tym miejscu zapytać: zaraz, zaraz, a dlaczego wtedy nie rozpoczęliście procedury starania się o pobyt stały?  System Express Entry już wtedy działał, Kuba miał rok przepracowany u kanadyjskiego pracodawcy.

Wtedy, w lipcu 2015 nie wystąpiliśmy po pobyt stały z jednego powodu – po roku w Kanadzie nie byliśmy przekonani, że chcemy zostać tutaj na dłużej. Także po roku pracy w Scanline, Kuba nie wiedział, czy następną oferę pracy dostanie już na czas nieokreślony i jakie będą warunki zatrudnienia (dopiero w sierpniu podpisał nową umowę). Ponieważ jego Work Permit było ważne aż do lipca 2017, postanowiliśmy wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji.

Ktoś może dodać: no ale chyba lepiej mieć PR (Permanent Residency) niż nie mieć? Tak, zgadzamy się, ale ponownie napiszę: wtedy mieliśmy inne powody i przemyślenia. Część naszych wątpliwości opisałam w różnych emocjonalnych postach. Rozczarowanie, bezsilność, tęsknota, ciężkie początki, to wszystko było naszym udziałem i w znaczny sposób wpływało na decyzje, co dalej.

W październiku 2015, po pierwszym powrocie z Polski, byliśmy zdecydowani zostać w Kanadzie do czerwca 2016, tak, żeby Krzysiek skończył rok szkolny. To był również ten czas, kiedy zdecydowałam się zrezygnować z pracy na cały etat dla Accenture Canada. Skoro i tak mieliśmy w planach wrócić do Polski, chciałam resztkę tego czasu spędzić z chłopakami, pooglądać Vancouver i Kanadą “się nacieszyć”.

drugi kanadyjski pracodawca Kuby

W lutym 2016 Kuba poszedł na rozmowę kwalifikacyjną w innej firmie z branży VFX – AnimalLogic (sprawdź ich stronę, może akurat potrzebują ciebie?).

Po co, może ktoś zapytać, skoro i tak wracamy do Polski? No cóż, była okazja, poszedł, dostał pracę, i w ramach szkolenia wyjechał do Australii.

Piszę Wam to nie po to, żeby się jakoś specjalnie chwalić. Nie. Chodzi o to, że w życiu możesz podjąć wiele decyzji, które wydają się “na stałe”, “na zawsze”, “na pewno”. A potem może wydarzyć się coś takiego, jak ta nieoczekiwana i nieplanowana rozmowa kwalifikacyjna.

Albo inne zdarzenie, okazja, która wywróci twój plan do góry nogami.

I tak właśnie było z drugim kanadyjskim pracodawcą Kuby.

Czerwiec 2016 jako data powrotu do Polski przestał mieć rację bytu.

Jeszcze trochę kwestii pracowych. Drugi kanadyjski pracodawca Kuby również działa w branży Visual Effects. W Vancouver jest całkiem sporo liczących się na świecie firm, które zajmują się efektami specjalnymi. I tak, zdarza się, że ściągają programistów na krótki czas, tylko do projektu. Potrafią szybko rozbudować zespół, a potem równie szybko go zamknąć. Możesz pracować w Kanadzie i nie mieć w planach osiedlenia się w tym kraju na zawsze. Doświadczyć życia ekspata a nie emigranta. Kto wie, może to wybór dla ciebie?

Jeśli ktoś z Polski szuka pracy w obszarze IT, to w Vancouver wciąż jest spora szansa na ofertę pracy popartą oświadczeniem LMIA (następca LMO w prawniczym żargonie imigracyjnym), która daje prawo do wystąpienia o (czasowe) pozwolenie na pracę.  Kiedy to piszę (wiosną 2017) najwięcej Polaków do Vancouver ściąga Amazon. Jesteś programist(k)ą?

Drugi pracodawca Kuby również wystąpił do Social Development Canada (ESDC) o wydanie zaświadczenia LMIA, które miało być podstawą nowego pozwolenia na pracę. Ponownie mieliśmy to szczęście, że wszystkie dokumenty za nas załatwili prawnicy firmy. Nam pozostało jedynie pojechanie na granicę, przekroczenie jej i aktywowanie nowego Work Permit. Nie wiedzieliśmy wtedy, że można również umówić się w biurze imigracyjnynym na miejscu (jak komuś się uda dodzwonić na infolinię cic.gc.ca). Ponieważ czekał nas wyjazd do Stanów, wystąpliśmy po wizy turystyczne. Szczegółowo opisałam naszą historię rok temu.

Po  powrocie Kuby z Australii (kwiecień 2016) zaczęliśmy ponownie rozmawiać o tym, czy wystąpić o pobyt stały. Do tego momentu nie byliśmy jeszcze przekonani – Kuba chciał sprawdzić, jak będzie w nowej pracy. Nie bez znaczenia była także wizyta moich rodziców, w marcu 2016, i ich bardzo pomocne podejście do naszego, dłuższego niż początkowo planowany, pobytu w Kanadzie.

W maju 2016 zaczęliśmy przygotowania do wystąpienia o pobyt stały.


Najpierw research. Samodzielny i bez konsultanta

czyli jak nie ma w ‘gogle’, nie ma ‘wogle’.

Umówiliśmy się, że kwestie obczajenia, co i jak, biorę na siebie. Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy konsultantów, bo znaliśmy inne rodziny w podobnej sytuacji, które uzyskały PR samodzielnie. Żadne z nas nie miało nigdy problemów z prawem czy odmową wjazdu do jakiegokolwiek kraju.

Samodzielne przygotowanie się na stałą emigrację do Kanady jest jak najbardziej do ogarnięcia, niemniej jednak każda sytuacja jest inna. Znamy równie dużo historii, gdzie kompetentny urzędnik pomógł dostać stały pobyt, jak i takich, które ostrzegają przed naciągaczami.

Konsultant emigracyjny wskaże i pomoże, ale nie przygotuje za ciebie dokumentów np. od twojego pracodawcy z Polski, nie wystąpi o zaświadczenie o niekaralności, ani nie załatwi badań medycznych. Przynajmniej my nie znamy takich. Pamiętaj, że często koszt konsultacji podwaja całość wydatków, a ten już na starcie jest niemały!

Gdzieś przeczytałam zdanie, że jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć choćby podstaw tego, jak wyemigrować do Kanady i musisz być prowadzony za rękę, to jak sobie poradzisz później, już na miejscu?

Jest w tym ziarnko prawdy. Ogrom informacji, które musisz przeczytać  i przyswoić, na pewno onieśmiela i zniechęca, ale jest dobrym testem na to, czy jesteś gotowy na jeszcze większe wyzwanie – czyli znalezienie pracy, mieszkania, słowem dobre życie, już w Kanadzie.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, bo przyjechaliśmy na “gotowe” – na początku nie musieliśmy sami wyszukiwać, jak wyemigrować, z jakiego programu skorzystać. Dostaliśmy listę dokumentów do przygotowania, ofertę pracy, bilety lotnicze i już.

Latem 2014 nie wiedziałam nawet, jakie są sposoby na wyjechanie i pracę w Kanadzie. Nie interesowaliśmy się tym.

Do Kanady nie da się wjechać i pracować, bo tak chcesz. Nawet jeśli masz furę pieniędzy i wieloletnie doświadczenie. To nie Unia Europejska bez granic i z wolnym rynkiem pracy. (Ale jakoś pocieszające jest, że nie tylko dla Polaków Kanada jest taka szczelna, inne narodowości też muszą przejść procedurę wjazdu, czasami nawet bardziej skomplikowaną niż polska).

Dziś już wiem, że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej. Być lepiej przygotowanym niż my. Oszczędzi się sobie stresu, kiedy już nie będzie konsultanta imigracyjnego na wyciągnięcie ręki.

Dobrze przygotowany imigrant to pewny siebie imigrant 😉

Z dnia na dzień przybywa miejsc w sieci, gdzie można przeczytać o tym, jak proces wygląda, zasięgnąć rady, czy nawet dołączyć do grupy osób, które aplikowały o różne rodzaje wiz w tym samym czasie.


Strony w internecie, gdzie możesz szukać informacji

Jeśli korzystasz z usług doradcy imigracyjnego, to przed pierwszą wizytą sprawdź sobie chociaż to narzędzie na stronie rządowej [eng]. Będziesz lepiej przygotowany do wizyty:

>>> Czy mogę wyemigrować do Kanady jako pracownik wykwalifikowany?<<<

Jeśli nie masz zielonego pojęcia, jak zacząć myślenie o Kanadzie, przeczytaj co napisała Monika na swoim blogu [pol]:

>>>Express Entry, czyli jak zamieszkać na stałe w Kanadzie<<<

albo Paweł na swojej stronie [pol]

>>>Szanse na wyjazd<<<


 

Nasza droga do PR_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

My, po sprawdzeniu, co i jak, wiedzieliśmy już, że aplikować będziemy przez program Canadian Experience Class.

Na czym polega Canadian Experience Class?

[Uwaga: to są wymogi ważne w momencie, kiedy my rozpoczęliśmy swoją aplikację, czerwiec 2016]

Żeby móc skorzystać z tej ścieżki emigracyjnej, pracownik mieć przepracować przynajmniej rok u pracodawcy kanadyjskiego. Nie jest konieczne, żeby to był rok przepracowany ciurkiem (wymagana jest suma  z trzech ostatnich lat). Nie musi to być ten sam pracodawca. Zawód musi być z określonej grupy NOC (o tym, co to jest przeczytasz w poście o pracy).

Zbieraj wszystkie dokumentu, emaile dotyczące pracy, pracodawcy, oferty. Na późniejszych etapach aplikacji o PR pojawiła się konieczność dostarczenia oferty pracy, którą Kuba dostał od pierwszego i drugiego kanadyjskiego pracodawcy.

Nie wiem, czy jest to ścieżka łatwiejsza niż pozostałe, czy szybciej dostaje się pobyt stały. U nas głównym aplikantem był  Kuba i to na jego ofercie pracy, doświadczeniu z Polski oraz znajomości języka oparliśmy system punktowy Express Entry.

Test językowy – IELTS

Zdecydowaliśmy, że tylko Kuba (jako główny aplikant) podejdzie do testu językowego. Dlaczego tak?

Podczas podliczania, czy mamy wymaganą ilość punktów, żeby zostać wylosowanymi, wyszło nam, że moje wyniki z egzaminu językowego nie są konieczne. Tak samo, jak ewalucja naszych dyplomów z uczelni.

Znamy przypadki, że test językowy zdawały dwie osoby z rodziny – właśnie po to, żeby mieć więcej punktów i większą szansę na otrzymanie zaproszenia do aplikowania.

Zdecydowaliśmy się na IELTS, General, bo ma większą rozpoznawalność i uznawalność poza Kanadą. Do celów emigracyjnych można również zdawać kanadyjski CELPIP.

Jest wiele ośrodków, gdzie można podejść do egzaminu językowego. My wyszukaliśmy w google, porównaliśmy ceny testów (nieznacznie się różniły, serio, sama byłam zdziwiona, myślałam, że jest to odgórnie ustalone), i koniec końców stanęło na British Council.

Cały test, część pisemna, słuchanie, czytanie i mówienie trwało kilka godzin. Nawet osoby, dla których angielski jest językiem ojczystym, radziły wcześniej zrobić przykładowy test.

Przydatne linki o IELTS: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 10

Informacje o wyniku egazminu przyszły po kilku dniach pocztą oraz emailem.

Jeśli brakuje Ci jakiś punktów do Epress Entry, to właśnie wynik egzaminu językowego może to zmienić. Bo Express Entry ma 4 kluczowe wskaźniki: wiek (tego raczej nie zmienisz, a właściwie tylko pogorszysz), wykształcenie, doświadczenie zawodowe i znajomość angielskiego/francuskiego. Zmieniając któryś z tych wskaźników, możesz podnieść swoją sumę punktów w systemie.

Ponieważ my mieliśmy wystarczająco dużo, nie wystąpiliśmy do WES po  Educational Credential Assessment (ECA), czyli uznanie naszych polskich dyplomów. Ale jeśli punktów ci zabraknie, to sprawdź, czy ewaluacja twojego wykształcenia coś zmieni.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

Tworzenie profilu w Express Entry

Do tego momentu nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty będą nam potrzebne, więc żadnych nie przygotowywaliśmy. Z lenistwa trochę też. Och zemści się to, zemści później…

Nie jest to najlepsze rozwiązanie, więc nie idź tą drogą! 😀 Bo później ma się tylko określony czas na dostarczenie dokumentów (90 dni). Jak się da, warto przygotować je sobie wcześniej. Ale znowu nie wszystkie da się mieć wcześniej, bo tracą ważność np. po upływie roku.

Możesz wcześniej (ale nie za wcześnie) wystąpić o zaświadczenia o niekaralności z krajów, gdzie byłeś 6 miesięcy i dłużej. Na niektóre z dokumentów czeka się dłużej (wyobrażasz to sobie? – prosisz o coś FBI?!), a czas na ich dostarczenie niepokojąco się kurczy.

Nie będę się rozpisywała, jakie są po kolei kroki w wpisywaniu informacji, bo system sam podpowiada dość wyraźnie, co i jak masz teraz wpisać czy dołączyć. A jak są wątpliwość, to pytaj w internecie.

Już po wpisaniu wszystkich informacji osobistych do Express Entry (a trochę ich jest), pojawiło się info o punktach przyznanych za każdy z elementów składowych. U nas było ich około 800 (sama oferta pracy z LMIA dawała 600 punktów, do listopada 2016).

W czerwcu 2016  ITA (Invitation to Apply, zaproszenie do składania wniosku o pobyt stały) przyznawane były od około 500 punktów.

Wiedzieliśmy więc od początku, że powinniśmy dostać zaproszenie (które oczywiście wcale nie gwarantuje, że urzędnik pozytywnie rozpatrzy naszą późniejszą aplikację o pobyt stały).

Czas leci, czas leci jak szalony

W teorii większość aplikacji złożonych przez Express Entry powinna być rozpatrzona do 6 miesięcy. W praktyce, dolicz jeszcze te dwa-trzy miesiące potrzebne na zebranie papierów, zanim prześlesz kompletną aplikację.

Po tygodniu od założenia profilu odbyło się losowanie i 29. czerwca przyszła automatyczna wiadomość, że zostało nam przyznane zaproszenie i mamy kilkadziesiąt dni na uzupełnienie dokumentów, skompletowanie papierów i przesłanie wszystkiego elektronicznie. Tik-tak, zaczęło się odliczanie.

Główny aplikant to Kuba i to od niego wymagana była większość dokumentów. Na szczęście Kuba nigdzie nie mieszkał poza Polską dłużej niż 6 miesięcy, więc odpadło nam uzyskiwanie zaświadczenia o niekaralności dla niego z różnych ciekawych krajów.

Ja z kolei, 30. czerwca spotkałam się spotkanie z konsulem honorowym Węgier, celem autoryzacji mojego podpisu. Musiałam wystąpić do urzędu w Budapeszcie o wydanie mi zaświadczenia o niekaralności.

Dlaczego? Dlatego, że studiowałam na Węgrzech przez półtora roku. I żeby dostać taki papier, będąc w Vancouver, musiałam poprosić o pośrednictwo konsula, a potem ambasadę Węgier w Ottawie. Papier zdobyłam, nadałam kurierem (bo akurat Canada Post zapowiedziała na ten czas strajk). W tym miejscu chcę serdecznie podziękować bratankom- Węgrom, bo konsul nie wziął ode mnie pieniędzy za podpis notarialny, a kazał iść do domu i kibicować polskim piłkarzom (akurat w czerwcu/lipcu 2016 jakieś zawody były).

I teraz już widzisz, dlaczego warto zadbać przynajmniej o niektóre dokumenty wcześniej? (Ale znów nie za wcześnie, bo niektóre mają termin ważności, i muszą być aktualne w trakcie przyznawania statusu stałego rezydenta).

Zaświadczenia o niekaralności były wymagane od nas, dorosłych.

Dołączyliśmy zaświadczenia z Polski (wydane nam w Warszawie od ręki, ale można również elektronicznie je uzyskać), oraz węgierskie dla mnie. Nie musieliśmy załączać zaświadczenia o niekaralności z Kanady. Przy polskim zaświadczeniu mieliśmy zagwozdkę, czy dodać gdzieś info, do czego to potrzebujemy ten papier. W końcu dopisaliśmy już na dokumencie: do wizy stałego pobytu w Kanadzie, i tak nam przetłumaczyła tłumaczka.

Cała rodzina musiała stadnie udać się na badania lekarskie, ale nie do pierwszego lepszego lekarza, czy nawet lekarza rodzinnego, o nie.

Trzeba umówić wizytę u lekarza uprawnionego do wykonywania badań do celów imigracyjnych (panel physician). I sporo za to zapłacić. Data badania też nie może być przypadkowa – są one ważne przez 12 miesięcy i muszą być ważne w momencie, kiedy fizycznie stawisz się na granicy po uruchomienie stałego pobytu. Dlatego najlepiej wykonać je, jak już otrzymasz ITA. U lekarza pobrano nam krew, zrobiono prześwietlenie klatki piersowej, badanie moczu i oczu, oraz ogólnie wywiad.

Przy rejestracji potrzebny był paszport, ale same wyniki badań zostały przesłane bezpośrednio do urzędu imigracyjnego. Kilka miesięcy później dostaliśmy informacje w emailu, że zaliczyliśmy te badania. Wydrukowane kartki od lekarza (w zamkniętej kopercie), na których zresztą niewiele było napisane, zabraliśmy ze sobą na granicę, kiedy aktywowaliśmy status Permanent Resident. Może o nie zapytać oficer imigracyjny, więc ich nie zgub przez te kilka miesięcy czekania.

Tłumaczenia wszystkich potrzebnych dokumentów na angielski zrobiliśmy w Warszawie – znowu skorzystaliśmy z opcji: tanio i blisko, na Woli.

Najwięcej zachodu przysporzyło nam zdobycie  wszystkich zaświadczeń od  wszystkich naszych pracodawców.

Zdecydowaliśmy się poprosić o te zaświadczenia wszystkich pracodawców, choć czytaliśmy też rady, żeby nie wszystkich wymieniać. Zwłaszcza tych, u których się pracowało za czasów dinozaurów 😉 Canadian Experience Class wymagało udowodnienia jedynie roku pracy u kanadyjskiego pracodawcy. Ale jeśli dostaniesz punkty za doświadczenie zawodowe, musisz je udowodnić dokumentami.

I oczywiście z pracodawcami z Polski mieliśmy najwięcej problemów. Dobra zmiana w TVP. Nie pracuje tam już nikt, kto przed dziesięciu laty znał Kubę. Odbyło się wielkie poszukiwanie po mediach społecznościowych kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś. A na końcu ten ktoś niestety nie mógł swoim nazwiskiem poświadczyć faktu zatrudnienia Kuby. Jedyne, co dostaliśmy to wyciągi z księgowości, pokazujące przelew pensji na konto. I zero informacji o tym, za co, w jakim wymiarze, na jakim stanowisku. Wszystko to opisaliśmy w liście dodatkowym (letter of explanation) dołączonym do dokumentów w naszym profilu Expres Entry.

Letter of Explanation to zresztą twój przyjaciel – możesz go wykorzystać do wyjaśnienia wszystkich kwestii niejasnych w dokumentach.

Dla przykładu: CIC chciał ode mnie dokumentu potwierdzającego zmianę nazwiska. Bo przecież przed ślubem byłam Ignatowicz, a po ślubie Jeziorska. Konia z rzędem temu, kto taki dokument wydaje 😉 Ja dołączyłam akt małżeński oraz właśnie letter of explanation, gdzie napisałam coś w stylu: w Polsce zwyczajowo kobieta przyjmuje nazwisko męża po ślubie i wiele z tych nazwisk ma formę żeńską i męską.  I przeszło.

Załączyliśmy również proof of funds, czyli wyciąg z konta.

Teoretycznie nie jest to potrzebne, jeśli masz pracę na cały etat i na czas nieokreślony oraz jesteś już w Kanadzie. W praktyce dostaliśmy od ręki taki papier w TD Canada, więc czemu nie dodać?

Jak zorganizować tę górę dokumentów?

Jednym z czynników, które przemawiają za tym, aby skorzystać z usług doradcy, jest konieczność zajęcia się całą papierkologią.

Bardzo dużo wypełniania online, załączania pdfów w jednym pliku, odhaczania, co jeszcze zostało do zrobienia, pilnowania terminów.

My zrobiliśmy to sami i piszę te słowa już jako stały rezydent, ale jak najbardziej rozumiem potrzebę wynajęcia kogoś do pomocy.

Jak my się zroganizowaliśmy? Papiery spływały z różnych źródeł, my większość dostawaliśmy jako skany. Wszystkie zaświadczenia od pracodawców z Polski dostaliśmy jako skany (oryginały papierowe czasami nam wysyłali na adres polski, ale nikt w Kanadzie nie kazał nam ich przedstawiać, wystarczyły te skany)

Trello plus Google Calendar plus Google Drive

Jest taki program- aplikacja do zarządzania notatkami, Trello. Wersja podstawowa bezpłatna. To rodzaj tablicy, na której przypinasz informacje, notatki, luźne myśli. W naszym przypadku było to wszystko, ale to wszystko, o Permanent Residency. Screeny ze strony Immigration Canada, linki, daty, komentarze.

Do kart na tablicy możesz dołączyć dokumenty, pliki, zdjęcia, a wszystko to zsynchronizować z kalendarzem.

Stworzyliśmy jedną tablicę Trello, którą mogliśmy wspólnie edytować. Trello można zintegrować z kalendarzem Google, skąd otrzymywaliśmy powiadomienia o nadchodzących terminach.

Zerknij, jak to wyglądało.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady
Tablica współdzielona Trello

Aby wszystkie dokumenty zeskanowane przechowywać w jednym miejscu i mieć do nich dostęp, użyliśmy dysku w chmurze czyli Google Drive.

Na zdjęciu zobaczysz nasz system folderów. Również do nich mieliśmy dostęp ze wszystkich urządzeń i naszej poczty emailowej.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
Foldery na Google Drive

Ok, dobrnęliśmy do prawie końca.

Aplikacja się procesowała, a my czekaliśmy

Co jakiś czas przychodził automatyczny email, który pokazywał status aplikacji. W pewnym momencie poproszono nas o wpłatę, co do której byliśmy przekonani, że już ją uiściliśmy. Zatem niefrasobliwie napisaliśmy, że ale halo, macie błąd w papierach! Okazało się po dwóch dniach, że zapłaciliśmy, ale za coś innego (opłata za procesowanie aplikacji dla naszej czwórki: 1400 CAD), a nie opłatę za PR (980 CAD). Lekkie przerażenie w oczach, że teraz to już na pewno nas odrzucą, ale nie, dopuścili email wyjaśniający i potwierdzenie przelewu. Więc nie takie straszne CIC, jak je malują 😉 Tam też pracują ludzie.

W ostatnim tygodniu stycznia 2017 dostaliśmy informację, że aplikacja została przeprocesowana. Done.

Na granicy ze Stanami, czyli fizyczny landing

Tydzień po tym, jak dostaliśmy CoPR czyli dokument Confirmation of Permanent Residency, pojechaliśmy na granicę ze Stanami. Nie musisz jechać na granicę, możesz umówić się w biurze CIC w Vancouver i tak zrobić tzw. landing.

Być może spotkasz się z terminem: flagpole, czyli akcją, że nie musisz wjeżdżać do USA, tylko zostać zawróconym z granicy (dostać odmowę wjazdu do USA) i wrócić do Kanady. Nie wjeżdżając do USA, robisz właśnie taki objazd słupa z flagą (choć oczywiście nie jest to tylko objazd, musisz z samochodu wysiąść, przynajmniej w tym punkcie granicznym, gdzie my się stawiliśmy). W internecie przeczytasz, że flagpole to najprostsza metoda przekroczenia granicy, aby wrócić do Kanady jako stały rezydent. Podobno nie potrzeba mieć wtedy wizy turystycznej do USA, bo skoro i tak celnik odmawia ci wjazdu, to po co wiza? Pojawiają się jednak opinie, że odmowa wjazdu do Stanów może zaważyć na twoich następnych próbach wjechania do USA. Musisz sam zdecydować, jak chcesz to rozwiązać. Być może wizyta w biurze CIC w twoim mieście wystarczy?

My mamy wizy do Stanów, już raz wjechaliśmy do tego kraju, żeby podczas powrotu otrzymać nowy Work Permit.

Dlatego 11 lutego 2017 wyruszyliśmy na granice z USA, do Peace Arch.

I to był błąd.

Bo 11 lutego to była sobota tuż przed Family Day, kiedy setki mieszkańców B.C. wyruszyło poza miasto, także do południowych sąsiadów. Sznur samochodów do granicy skutecznie nas otrzeźwił i zmusił do podjęcia decyzji: zostawiamy auto, idziemy pieszo.

Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu tuż przy budynku kanadyjskiego urzędu imigracyjnego. Mijamy więc najpierw celników kanadyjskich, którzy oczywiście hałdujudu i co my tutaj robimy? Odpowiadamy, że musimy zrobić landing for PR, ale samochodów tyle, że idziemy pieszo. Celnik macha ręką w stronę majaczącego w oddali budynku amerykańskiego urzędu imigracyjnego, że mamy iść tam i dostać papier, że weszliśmy do USA (albo, że nie weszliśmy do USA, ale przynajmniej wyszliśmy z Kanady, o matko bosko i córko!).

Idziemy, dobrze, że słońce świeci, ale jest zimno i trawa jest mokra. Chodnik kończy się przy fladze amerykańskiej, w USA to już na chodnik nie starczyło? [żart]

Wchodzimy do budynku amerykańskiego urzędu, a tam tłok większy niż na arabskim bazarze. Ja już się ustawiam w kolejkę, która wije się z wszystkich możliwych stron, ale Kuba puka się w głowę i zarządza: zawracamy.

Oczywiście wracamy przez trawnik (ziemia niczyja?), bez żadnych dokumentów od urzędnika USA. Nikt nas nie zatrzymuje, nikogo nie interesuje, czego my tak sobie spacerujemy pomiędzy Kanadą a USA. Zasieki niby są, celnicy nas mijają, ale nikt o nic nie pyta. Dochodzimy do budynku kanadyjskiego i już sobie układam w głowie, co powiem, jak mnie jednak zapytają, dlaczego wchodzę do Kanady [hehehe].

Kanadyjska urzędniczka pyta, to zgodnie z prawdą odpowiadamy, że próbowaliśmy wejść do Stanów, żeby dostać odmowę wejścia do Stanów, żeby móc wejść do Kanady. [uwielbiam to zdanie, serio, chyba je sobie na jakimś plakacie wydrukuję!]

Ale nam się nie udało (nie)wejść do Stanów, bo ludzi za dużo. Dlatego przepraszamy ale na dziś wystarczy, kiedy indziej przyjedziemy zrobić landing.

Brzmi surrealistycznie i pewnie tak jest, bo celniczka patrzy na nas, później na sznur samochodów, coś tam pisze i mówi: idźcie do okienka B, zróbcie landing, widziałam Was, jak przez trawnik szliście z USA (sic!).

Dalej to już nuda, zero kolejek przed kanadyjskim celnikiem, kilka pytań, kilka zapewnień (także takich, że karty stałego obywatela czyli PR Cards mogą przyjść nawet po 4 miesiącach. To dość istotne, bo bez takiej karty nie możemy wrócić do Kanady, eh).

To również ten czas, kiedy deklarujesz majątek, jaki wwozisz do Kanady. Żeby ci potem nie naliczyli podatku czy cła. Ważne, jeśli np. przyjeżdżasz wyładowanym po brzegi autem i robisz landing. Cały nasz kanadyjski majątek ruchomy to mały miki, więc nie było co deklarować.

I jeszcze na granicy były proporczyki kanadyjskie dla chłopaków i Welcome to Canada. Oraz: nie zgubcie kartki, bo od teraz liczy się wasza rezydentura w Kanadzie, potrzebna do obywatelstwa.

Ale to jeszcze minimum 4 lata.

Uff.

PS. Karty plastikowe przyszły po trochę ponad miesiącu.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Podsumowanie

Mieliśmy całą górę przygody: Po drodze były zagubione i zawrócone dokumenty, wystąpienie do MSP o zwrot kosztów badania imigracyjnego, zastanawianie się, czy na zaświadczeniu o niekaralności powinno być napisane, że jest do wizy, czy że nie powinno?

A i tak nie przewidzieliśmy wszystkiego, bo i wszystkiego nie da się przewidzieć! Przyjęliśmy taktykę: według naszej najlepszej wiedzy jest tak…. i po prostu liczyliśmy, że jak będą pytania (np. o tę nieszczęsną współpracę z Telewizją Polską), to urzędnik się do nas zwróci.

Nic takiego nie nastąpiło. Jest więc duża szansa, że u ciebie będzie podobnie. Może potrwa to dłużej, może będzie wymagać więcej wysiłku, ale jeśli chcesz zostać stałym rezydentem Kanady, to pewnie się uda! Tego ci życzymy!


Koszty  dla naszej rodziny tak wyglądały (możliwe, że jakieś drobne gotówkowe opłaty nam wyleciały z głowy):

  • Aplikacja PR 1400.00 CAD
  • Oplata PR: 980.00 CAD
  • Badania medyczne 630.00 CAD (część udało nam się odzyskać z ubezpieczenia dodatkowego)
  • Zdjecia 20.90 CAD
  • Koperty 20.00 CAD
  • Kurier 80 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Węgier 70 CAD
  • Egzamin IELTS 295.00 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Polski po około 30 zł
  • Tłumaczenia przysięgłe na angielski za stronę 12 zł (sporo stron nam wyszło, pewnie około 50)

To tyle.

Jeśli masz jakieś pytania o proces, daj znać w komentarzu.

Powodzenia i do zobaczenia w Kanadzie!


Ten artykuł ma ponad 4 tysiące słów. Sporo nad nim pracowałam.

Jeśli ci się spodobał, będzie mi miło, jeśli się nim podzielisz.



 

Poradnik – praca w Kanadzie

Post-kolos czyli poradnik o pracy w Kanadzie. Tak. Taki post musi być!

To będzie drugi post z cyklu: poradnik. Spodobał Wam się ten pierwszy, o służbie zdrowia.

Poradnik-praca w Kanadzie to jest temat na grubaśną książkę, bo praca w Kanadzie to najczęściej wyszukiwana fraza przez osoby chcące wyemigrować do kraju klonowego liścia.


Post z założenia ma charakter “ciąg dalszy nastąpi”, czyli będzie uzupełniany o nowe informacje. Jeśli jest jakieś zagadnienie, które Cię interesuje, a dotyczy pracy w Kanadzie, koniecznie daj znać. A jeśli coś wygląda inaczej, niż napisałam, daj znać tym bardziej. Inni czytelnicy Ci za to podziękują!


 

Zacznę tak: znajdziesz pracę w Kanadzie. Praca jest. Pytanie tylko, w jakim stopniu wpisuje się ona w Twoje oczekiwania. Bo te, jak pokazuje niejedna ludzka historia, mogą się nieco rozmijać z rzeczywistością.

 

First things first. Czyli masz pozwolenie na pracę.

I zanim jeszcze ktokolwiek będzie czytać dalej, napiszę, że to nie jest post z radami, jak zdobyć pozwolenie na pracę czyli work permit. O tym być może będzie kiedy indziej. Tutaj chcę kompleksowo potraktować temat pracy w Kanadzie, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską. Czyli działkę employment and business [westchnięcie, bo o business mam bardzo mgliste pojęcie]

Zacznę od kilku terminów:

#1 credentials, czyli kwalifikacje

Aby dobrze pracować w Kanadzie potrzebujesz mieć potwierdzenie tego, co już umiesz. Czyli musisz pokazać, jakie masz kwalifikacje, żeby dany zawód wykonywać.

Gromadząc informacje o swoim zawodzie w Kanadzie możesz się spotkać z następującymi wyrażeniami: credentials [kwalifikacje zawodowe w formie papierowej], diplomas [dyplomy], certificates of merit [potwierdzenie dokonań naukowych/zawodowych], school completion records albo reports [świadectwa szkolne / akademickie], licence to practise [licencja zawodowa]. Przydadzą się także referencje z poprzednich miejsc pracy [zawsze możesz napisać kilka zdań samemu i poprosić przełożonego czy dział kadr o podpisanie się].

Wszystkie te dokumenty powinieneś mieć po angielsku lub francusku, żeby w razie konieczności łatwiej wystąpić o uznanie Twoich kwalifikacji zgodnie z wymogami w Kanadzie.

Więc jeśli powziąłeś decyzję: będę pracować (i żyć) w  Kanadzie, to o tych dokumentach zacznij myśleć od razu. Szczególnie jeśli wykonujesz zawód regulowany.

Co prowadzi nas do drugiego punktu:

#2 regulated occupations, czyli zawody regulowane

Problemem jest brak spójności w tej dziedzinie na szczeblu krajowym. Każda prowincja/terytorium ma swoje zasady uznawalności dyplomów zdobytych zagranicą (czy poza prowincją) i swoje wymagania, co do uzupełnienia wykształcenia / treningu zawodowego, żeby wykonywać zawód regulowany.

W samej Kolumbii Brytyjskiej jest ponad 280 zawodów, które są regulowane, czyli można je wykonywać tylko będąc zarejestrowanym. Każda z tych profesji ma inne wymagania, które trzeba spełnić, żeby móc je wykonywać jako internationally trained worker.

Wszystkie informacje o zawodach regulowanych w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz pod tym linkiem, a tutaj jest lista zawodów regulowanych w B.C.

Uwaga: te same zawody nie muszą być regulowane na terenie całej Kanady!


Żeby znaleźć informacje o wymaganiach dotyczących Twojego zawodu w danej prowincji/terytorium:

1. wpisz w wyszukiwarkę: “nazwa zawodu”+”requirements (lub) regulatory body”+”nazwa prowincji/terytorium”

2. idź do tej strony: The Canadian Information Centre for International Credentials (CICIC)


Strona CICIC nie jest ośrodkiem, który oceni Twoje kwalifikacje czy wyda Ci zaświadczenie. Znajdziesz tam informacje o swoim zawodzie w Kanadzie, a linki pokierują Cię dalej.

Jak wspomniałam, poszczególne zawody wymagają różnych dokumentów. Prawie na pewno zostaniesz poproszony o ocenę (ewaluację) Twojego wykształcenia pod kątem wykonywania danej profesji. Niektóre z organizacji zawodowych robią to same, wewnętrznie, inne korzystają z usług zewnętrznych “oceniaczy”. Zanim wyślesz gdzieś swoje świadectwo, sprawdź zasady (żebyś nie przepłacał za niepotrzebne ocenianie Twoich dyplomów). Organizacją, która zajmuje się  odpłatnie oceną edukacji spoza Kanady jest The International Credential Evaluation Service (ICES).

Poza powyższym, możesz zostać poproszony o:

  • udowodnienie znajomości języka angielskiego / francuskiego,
  • podjęcie dodatkowej nauki na terenie Kanady
  • zdanie egzaminu zawodowego przed komisją

Całość może trwać długo i kosztować sporo. Spróbuj zapytać również w Polsce, czy w innym kraju, gdzie aktualnie pracujesz, czy nie mają programów partnerskich z Kanadą. Zdziwisz się, jak wiele można się dowiedzieć, pytając w mało oczywistych miejscach.

Jeśli jesteś w B.C, być może masz szansę na pomoc finansową podczas rejestracji. Sprawdź również te strony:

#3 zawody nieregulowane

W przypadku zawodów nieregulowanych (non-regulated occupation) nie jest konieczne posiadanie licencji czy rejestracja, żeby pracować w tym zawodzie w Kanadzie. Większość z takich zawodów ma jednak swoje organizacje (association of) więc śmiało guglaj je w poszukiwaniu rad (best practices). Możesz pracować, jak tylko pomyślnie uda Ci się znaleźć pracę. Polecam jednak być przygotowanym do szukania pracy tak jak w zawodach regulowanych, czyli mieć historię pracy, referencje z poprzednich miejsc pracy czy potwierdzenie kwalifikacji.

Najbardziej popularne zawody regulowane: lekarz, inżynier, fizjoterapeuta, pielęgniarka, prawnik, nauczyciel, pracownik socjalny.

#4 prawo pracy

Prawo pracy, standardy zatrudnienia, minimalna liczba godzin, nadgodziny, płaca minimalna, wszystkie te pracowe aspekty różnią się w zależności od prowincji / terytorium.  To, co jest wspólne dla całego kraju: 40-godzinny tydzień pracy i prawo do półgodzinnej przerwy co 5 godzin.  W większości firm płaci się również za nadgodziny (oczywiście będą firmy, które tego nie robią, ale to akurat nie jest wyjątkowe dla Kanady).


Żeby znaleźć aktualne prawo pracy, wpisz w wyszukiwarkę Employment Standards Act +nazwa prowincji/terytorium.


#5 NOC czyli National Occupation Classification

Jeśli zdecydujesz się na emigrację do Kanady, na pewno zetkniesz się z pojęciem: NOC. Do wielu programów emigracyjnych wymagana jest bowiem kanadyjska oferta pracy, której wartość wyraża się właśnie poprzez kwalifikację NOC.

To jest ogólnokrajowy system, który pokazuje klasyfikacje zawodów w Kanadzie. W uproszczeniu zawody (zarówno regulowane, jak i nieregulowane) podzielone są na 5 grup:

  • 0: Management jobs – stanowiska dyrektorskie, zarządzające, menadżerskie, kierownicze
  • A: Professional jobs – specjaliści z wyższym wykształceniem, “białe kołnierzyki”
  • B: Technical jobs and skilled trades – pracownicy z wykształceniem kierunkowym o określonym fachu
  • C: Intermediate jobs
  • D: Labour jobs – zawody niewymagające wykształcenia

Znajdź swój NOC próbując dopasować wykonywany obecnie zawód do kanadyjskiego opisu. Numer będzie ci potrzebny także do aplikowania o pobyt stały.

 #6 Rodzaje zatrudnienia: permanent / temporary job, full time / part-time job, freelancer, contractor

Umowa na czas nieokreślony czyli permanent job to najczęstsza forma zatrudnienia. Zwykle permanent job to jednocześnie full time job, czyli praca na cały etat.

Będziesz miał określoną pensję (czasami z prowizją), czas i miejsce pracy, płatne urlopy (choć zapomnij o 26 dniach wolnego, jaki ustawowo przysługuje w Polsce). Urlopy wypoczynkowe, zwolnienia lekarskie, dni “na dziecko” czy urlopy okolicznościowe, wszystko to powinno zostać zawarte w Twojej umowie o pracę. Ponieważ Act of Labour czyli odpowiednik polskiego Kodeksu Pracy jest dość elastyczny w wielu kwestiach i zostawia je w gestii pracodawcy. Od Twojej pensji (paycheck, payroll) będą odciągane składki na ubezpieczenie społeczne (jak na polski ZUS) – Employment Insurance oraz Canada Pension Plan, składki na podatek dochodowy: Income Tax, czasami również składki na ubezpiecznie zdrowotne (podstawowe: premiums i rozszerzone: extended medical care; więcej poczytaj w poradniku o służbie zdrowia) oraz składki na związki zawodowe: Union Fees / Dues (w Kanadzie wciąż dość popularne w wielu dużych firmach).

Kiedy stracisz taką pracę nie z własnej woli, najpewniej będzie Ci przysługiwał zasiłek wypłacany z Employmeny Insurance.

#stawka minimalna czyli ile zarobisz na godzinę?

Stawka minimalna w B.C. jest naprawdę minimalna, ale od jakiegoś czasu nie jest najniższa w Kanadzie. Obecnie wynosi 10.85 CAD. Wszystkie dane o stawce godzinowej w różnych prowincjach znajdziesz na tej stronie. A jeśli interesuje Cię, na ile ta kwota zmieni się w przyszłych latach, zajrzyj tutaj (i wybierz w okienku: Select the decade odpowiednie daty).

>>>> post o stawce minimalnej

a skoro przy stawce minimalnej jesteśmy:

#pensja i czy wystarczy na życie

W końcu przede wszystkim dlatego pracujemy.

Podrzucam link, z którym jesienią podzieliła się z nami czytelniczka (dziękujemy Małgosiu). Na tej stronie po wpisaniu swojego dochodu z Polski będziesz mógł porównać ceny produktów i usług w Vancouver. Możesz wpisać dowolne polskie i kanadyjskie miasto. Bardzo dobra porównywarka.

W tym miejscu stawiam kropkę, ale to na pewno nie jest ostatnie słowo.


I jeszcze bonus, czyli spis treści tekstów o pracy w Kanadzie:

Inni blogerzy i vlogerzy kanadyjscy o pracy:

ps. Znasz dobry tekst o pracy w Kanadzie? Napisz w komentarzu linka, a dodamy do listy. Nowe osoby szukające informacji na pewno ci podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak się macie zimą 2016-2017?

Dłuższy wpis o grudniu i styczniu. W grudniu było fajnie, bo sporo atrakcji, a styczniu jest spokojnie, bo codzienność się kłania. I wymaga uwagi.

Pod wpisem o moich planach zawodowych napisaliście mi sporo miłych i ciepłych słów. Czuję się zmotywowana i tym chętniej przedzieram się przez linijki kodu. Zima nie odpuszcza, a ja, chociaż chętniej odpuściłabym sobie wstawanie przed chłopakami, jednak wstaję i klikam drobnym maczkiem.

Korzystam z darmowych kursów na codeacademy.com oraz na coursera.com

Szkoła i przedszkole trwają zwykle od 9 rano do południa / popołudnia, a potem czas na inne zajęcia. Jak wypada pro-d day, czas tylko na zadania typowo “mamowe”. Zwykłe życie.

Codzienność grudnia Anno Domini 2016 przemknęła na blogu wręcz niezauważona. Co to te kilka zdawkowych wpisów? Nadrabiam zatem, pisząc kilka słów o tym, co robiliśmy w grudniu. I co możemy polecić.

Atrakcje wyjściowe w grudniu 2016: opera i balet w Vancouver

W sumie trzeci grudzień w Kanadzie nie różnił się za wiele od tych dwóch poprzednich. Nie powtarzaliśmy w tym roku niektórych atrakcji, takich jak jarmarki bożonarodzeniowe, śniadanie z Mikołajem czy Festival of Lights w ogrodzie VanDusen.

Balet

Za to pierwszy raz wybraliśmy się rodzinnie na balet Dziadek do orzechów wystawiany przez Goh Ballett. O tym przedstawieniu koleżanka Sarah mówi, że to must-see każdego kanadyjskiego dziecka, więc tym bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć. Bilety niestety nie należą do najtańszych, ale mieliśmy wyjątkowe szczęście skorzystać z darmowych wejściówek  z biblioteki publicznej w Vancouver. (W osobnym wpisie o VPL napiszę więcej). Mogę z czystym sumieniem polecić balet, bo wszystkim nam się bardzo podobało, a Maciek był zauroczony i przez cały czas wpatrywał się w scenę.

Opera

W grudniu byliśmy także na przedstawieniu Hansel i Gretel w Operze. I znowu strzał w dziesiątkę – przedstawienie ma wprawdzie oznaczenie kategorii wiekowej +6lat, ale Maciek i tym razem był wdzięcznym słuchaczem. Nie bez znaczenia był fakt, że opera była bardzo dziecio-przyjazna, sporo zmian dekoracji, wychodzenie do widowni, dodatkowe napisy nad sceną, dla tych, którzy nie usłyszeli kwestii aktorów.

Żal mam jedynie do siebie. Organizując na szybko nasze wyjście, zapomniałam, że “specjalna okazja wymaga specjalnego stroju” i byliśmy w tej kwestii nieprzygotowani. Nie powtarzajcie naszego błędu, bo wielu Vankuwerczyków było ubranych odświętnie i z przyjemnością się na nich patrzyło. Nie to, co my. Dżinsy rules, ale nie na widowni teatralnej [wstydzę się].

Święta

Święta minęły miło i szybko. W tym wpisie podałam nasz przepis na Gwiazdkę i przyznam, że i w tym roku była bardzo dobra. I smaczna.

Jedna uwaga: czas pomiędzy Bożym Narodzeniem a Sylwestrem jest wolny od szkoły i pracy dla wielu mieszkańców. To również taki czas, kiedy atrakcje turystyczne miasta przeżywają oblężenie i nierzadko stoi się w kilkugodzinnych kolejkach. Do wyciągu, kolejki, czy nawet na lunch w któreś z modnych knajpek. Nie polecamy! Szczególnie jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, którym nijak nie wytłumaczysz, że swoje trzeba odczekać.

Nasza rada jak zwykle ta sama: homing czyli domówki, czyli spotykamy się raz u jednych, raz u drugich. I u trzecich też. Pogoda i tak nie zachęca do dłuższego pobytu na dworze.

No dobrze, to grudzień tak wyglądał. A styczeń?

Dzień za dniem, czyli styczeń 2017. Samochód, PR, zajęcia, zdrowie i inne drobiazgi

Samochód

W styczniu staliśmy się posiadaczami przechodzonego samochodu mazda 6, kolor czarny (jak akurat jest umyty), miejsc 6, bo zapobiegawczo myślimy już o tej części rodziny, która nie przylatuje do Kanady, tylko dlatego, że nie mieliśmy samochodu 😉 Kochani, już jest! Możecie się pakować i przylatywać do nas.

Skoro jest samochód, musi być i prawo jazdy (temat na osobny wpis, nie bój się, będzie). Teraz tylko wspomnę, że właśnie je robię. Jak zrobię, to się pochwalę. Jak nie zrobię, to się pożalę.

Pobyt stały

Mamy też nadzieję na w miarę szybki finał starań o stały pobyt. I o tym również napiszę więcej w osobnym poście, dość, że właśnie dostaliśmy kolejny email od Immigration Canada, że musimy dosłać dokumenty, zdjęcia i płatności. Wszystko razy 4. Zdjęcia muszą być komercyjne i pewnie dlatego każdy z nas wygląda na nich jak skazaniec. Z wyjątkiem Maćka, który wygląda jak zombie (słowa kochającego braciszka). Zdjęć zatem litościwie nie pokażemy Wam. Jeszcze jakieś koszmary się przyśnią…

Zajęcia dodatkowe popołudniowe chłopaków

Styczeń to również zajęcia popołudniowe niemal co dzień. Nie jest to najlepsze rozwiązanie i już odczuwam skutki negatywne takiego przeładowania programu, ale jeszcze ciągniemy ten maraton: poniedziałek: łyżwy/gitara Krzyśka, wtorek: basen, środa: łyżwy, czwartek: zajęcia sportowe, piątek: playdates (zabawa u kogoś w domu) u nas albo trzeba gdzieś chłopaków zawieźć, weekend: narty. Na zajęcia sporotowe, łyżwy i basen chodzimy na najpiękniejszy kompleks sportowy w Vancouver, czyli do Hillcrest Community Centre (Hillcrest Ice Rink oraz Hillcrest Aquatic Centre). Wybudowany na Olimpiadę 2010, wciąż jest nowy i funkcjonalny. Jakby ktoś nas szukał, popołudniami tam jesteśmy.

Lekcje polskiego

A po powrocie, wieczorem, mamy jeszcze lekcje polskiego. Bardzo dużo zadają i bardzo dużo materiału jest. Za dużo. Nie wiem, czy w przyszłym roku szkolnym będziemy kontynuować naukę z orpeg.pl. Bo chociaż forma jest wygodna i potrzeba nauki niezaprzeczalna, to jednak coraz więcej rzeczy nas uwiera przy takiej formie uczenia się. Przeładowanie nauką na pewno nie pomaga. Kolejny raport językowo-oświatowy chłopaków już wkrótce!

Taki tryb życia lekko nas oszołomił, jakoś w Warszawie wszystko szło bardziej spokojnie, ale może to wciąż kwestia przyzwyczajenia?

Zdrowie

Badamy się też i lekarsko wizytujemy. Ja na przykład muszę odwiedzić neurologa. Bo jak nie ma zdrowia, to i tak reszta psu na budę. Przyjmę dobre myśli i życzenia powodzenia w każdej ilości.

Staramy się wypracować codzienne nawyki, nawet niewielkie, np. żeby Krzysiek zjadł jabłko. Jedno na dzień. Albo, żeby wyjść, chociaż na 10 minut, na spacer. I nie dogryzać wieczorami. Zrobiliśmy sobie tabelkę na ścianę i się wpisujemy, a jak ktoś przez 30 dni wytrzyma, będzie nagroda!

W styczniu zaczęliśmy też wycieczki poza Vancouver i już wkrótce więcej o Wyspie Vancouver i o naszych nartach w Manning Park (a tak było w zeszłym roku)

I tak sobie mija dzień za dniem, 2,5 roku w Kanadzie! Więcej nie piszę, bo nie ma o czym 😉


Podobne posty o codzienności i emocjach:


Ruszyły losowania na program International Experience Canada! Dajcie znać, kto ma w planach Zachodnią Kanadę na 2017? Zobaczymy się w Vancouver?

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Ania z Zielonego Wzgórza w grudniu. Podsumowanie roku na blogu i koniec

I koniec i bomba, kto czytał ten trąba 😉 Nie no żart to jest. Ostatni post o Ani i podsumowanie okołoblogowe roku.

Stało się. Kończy się rok 2016. Powtórzę za innymi, bo oryginalność nie jest moją mocną stroną ostatnio: rety, jak szybko zleciało…

The year is looking back sadly to her lost spring.

Ania ze Złotego Brzegu

Ten rok był dla nas wyjątkowy. Chociaż nie, “wyjątkowy” to nie jest może najlepsze słowo. Jest pozytywnie nacechowane, a nie o to mi chodzi. Czy Wy też tak macie, że z trudem Wam przychodzi przypomnienie sobie, co takiego było w 2002? Jakieś wyjątkowe wspomnienie z 2012? Bo ja nie pamiętam. Ale 2016 zapamiętam na długo. I dlatego jest wyjątkowy.

Pierwszy raz myślałam o czasie, albo przynajmniej starałam się myśleć o nim, jak o czymś świadomym, wręcz namacalnym. Przypatrywałam się dniom, godzinom, minutom i temu, co my w tym czasie robiliśmy. Poprzez takie podejście stania z boku, paradoksalnie byłam bardziej w centrum wydarzeń. Albo losu. I pamiętam więcej, i więcej odczułam.

Ten rok bolał bardziej, ale nauczył też więcej. No pain no gain. Chociaż akurat tego pain to mógłby nam oszczędzić. Tylu wizyt w szpitalu, co w tym roku, nie było w całym poprzednim życiu!

Łez też było całkiem sporo. Myśli kłębiły się w głowie, mroziło po plecach, wkurzenie nie pozwalało zasnąć. Bywa.

Cytat z Ani o tym:

Well, that was life. Gladness and pain… hope and fear… and change. Always change. You could not help it. You have to let the old go and take the new to your heart… learn to love it and then let it go in turn. Spring, lovely as it was, must yeld to summer, and summer  lose itself in autumn. The birth… the bridal… the death.

Ania ze Złotego Brzegu

Chciałabym móc napisać, że jestem spokojna o 2017. Ale nie byłaby to prawda.

Wszyscy mówią, żeby planować i wiem, że bez tego marzenia pozostaną tylko pomysłami. Ja jednak nie mogę się zabrać za planowanie nowego roku. Zbyt zmęczona jestem.

Wielu rzeczy w tym roku nie planowałam. Blog tak mnie wciągnął, że poważnie rozważam przekwalifikowanie się. Rok temu zaczynałam dopiero rozkminiać Facebooka, a dziś dzięki Wam mamy prawie 800 polubień! Nie wiedziałam, co to Instagram, a mój profil na LinkedInie straszył. Wyszłam ze strefy komfortu, a wręcz zaczęłam się narzucać, kiedy ruszyliśmy z Listem z Kanady, czyli postanowiliśmy wysyłać Wam newsletter. I wciąż nie mogę uwierzyć, że już ponad 50 osób otwiera te emaile i je czyta! Że codziennie jest ktoś na blogu i czyta o naszym życiu, zwykłym takim, normalnym.

Wysłaliście do nas prawie 60 emaili i wiadomości. Najróżniejszych. Najwięcej dotyczyło pytań o codzienność w Vancouver. Dzięki tym pytaniom co i rusz pojawiały się nowe pomysły na posty blogowe. Niektóre wiadomości były bardzo osobiste i wzruszające, pełne Waszych historii i myśli. To takie emaile, na które nie da się odpowiedzieć od razu, bo zwyczajnie w świecie jestem za głupia. Więc proszę, nie obrażaj się, jeśli moja odpowiedź nie była tą, na jaką liczyłeś!

Zdarzały się też prośby zupełnie wyjątkowe: żeby na przykład zorganizować koncert Michała Szpaka w Kanadzie (uzasadnienie: bo to najlepszy polski wokalista ever!), albo prośba o ocenę, czy Kanadyjczyk zapoznany na Facebooku nadaje się na męża. Wybaczcie kochani, nie zobowiążę się podjąć takich wyzwań!

Wciągu roku nauczyłam się całego mnóstwa rzeczy i nawet nie wiem, kiedy, bo czasu na naukę nie planowałam wcale [to akurat szkoda]. Jako nie-rezydent nie mogę sobie pozwolić na podjęcie nauki (zbyt duże koszty dla international student), ale na szczęście całkiem sporo jest ciekawych warsztatów czy spotkań za darmo. Najlepszym, co mi się na tych spotkaniach przytrafiło, to poznanie nowych, inspirujących ludzi, dzięki którym mogłam zrealizować jeszcze jeden projekt – spotkanie networkingowe dla nowych kobiet w Vancouver: Mom new to Van. Napisałam wniosek o grant z fundacji Vancouver i go dostałam! Zaczęłam także prowadzić bloga o tej nazwie, do którego mam nadzieję wrócić i rozwijać go. Kiedyś. A może rozwinie się w coś zupełnie innego? Kilka pomysłów mam, ale narazie cicho sza…

Nie planowałam, że w 2016 będę się przedstawiać: I am home-stayed mom. Wróciłam do domu. Maciek w tym roku szkolnym jest w przedszkolu tylko 4 dni w tygodniu na 3 godziny, a Krzysiek po lekcjach nie idzie do świetlicy. Mogłabym o sobie powiedzieć, że jestem soccer mom, ale nie mamy samochodu, żeby chłopaków zawozić, więc pewnie nie mieszczę się w tym pojęciu. Z chłopakami na zajęcia sportowe jeżdżę rowerem. Albo autobusem.

Są dni, kiedy opieka nad dziećmi jako jedyny rodzaj kariery zawodowej uwiera bardziej. A są też takie, kiedy nie wróciłabym do pracy w biurze za nic w świecie. Dodajcie do tego emocje związane z życiem na emigracji i już koktaj zamieszany po wrąbek gotowy.

Od początku mieszkania w Kanadzie szukałam ludzi i budowałam swój krąg wsparcia, ale dopiero w październiku tego roku odważyłam się zorganizować większe spotkanie dla kobiet. I tak powstały Polskie Babskie Spotkania, już 3 rundy za nami, a każde mocne. Mam nadzieję, że dziewczyny, zwłaszcza nowe w Vancouver, mają po spotkaniach dobre wspomnienia i dobrą energię.

W tym ostatnim tygodniu starego roku jesteśmy wszyscy razem. Kuba ma wolne w pracy (ale bezpłatne niestety), deszcz leje, śnieg pada, a czasami wychodzi słońce. Choinka błyska światełkami.

Szukamy spokoju i odpoczynku.


Ania z Zielonego Wzgórza przeczytana. Pewnie jeszcze nie raz do niej zajrzę i coś nowego dla siebie znajdę. W końcu jest dla mnie jak stara przyjaciółka, więc częste rozmowy nie są nam potrzebne.

Wystarczy, że jest.


Dziękujemy Wam, że jesteście i czytacie.

Trzymajcie się i do siego roku!

PS. Wszystkie posty o Ani przeczytasz tutaj.


Podobało się? Kliknij w ikonki i podziel się! Wtedy wiemy, co lubisz czytać!

8 stron internetowych które nas inspirują i pomagają ogarnąć dwujęzyczność w Kanadzie

W poszukiwaniu informacji jak do dzieci mówić, żeby mówiły po polsku. Czyli kilka stron nie tylko logopedycznych

Lekcje polskiego online w czwartej klasie to nie przelewki. Skończyło się nauczanie początkowe, zaczęło się nauczanie końcowe [Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać od napisania tego, hihihi.]

Wciąż nie mamy podręczników, które mają zostać przysłane nam na wypożyczenie, to na platformie ORPEG nauczycielki załączają całkiem sporo materiałów do pracy własnej.

Wystarczy tylko wydrukować i już siadaj drogi synku i pisz, co to głoska, co litera, a co sylaba. Jest co robić i z czym pracować.

Domyślasz się pewnie, że będzie to kolejny wpis opisujący dwujęzyczność dzieci w Kanadzie. Ano tak. Plus 8 wartościowych stron internetowych.

Uzupełnię wcześniejsze notki o tym, jak to jest z mówieniem chłopaków po polsku i po angielsku. Staraliśmy się bez lukru opisywać, jak to wygląda.

Jeśli śledzicie bloga od początku, to pewnie zauważyliście, że mam na tym punkcie lekkiego świra. Dwujęzyczności znaczy się.

#kilka słów dla tych, co dopiero nas poznają. Czyli złe dobrego początki.

Sytuacja po przyjeździe wyglądała pokrótce tak: Krzyś (wtedy 7 lat) niewiele umiał powiedzieć/napisać po angielsku, po polsku mówił dużo i poprawnie, gorzej z ortografią.

Tak było w październiku 2014. Maciek (wtedy 2,5 roku) nie mówił po polsku, ani po angielsku. Teraz, po dwóch latach, sytuacja językowa wygląda już dużo lepiej, uff.

Ponieważ wciąż nasze życie w Kanadzie ma charakter tymczasowy i założenie jest takie, że wracamy*  do polskiej szkoły/przedszkola [*czas przyszły nieokreślony, wiem, wiem, bo zaraz by się pojawiły pytania, kiedy wracamy] , najważniejsze jest dla nas, aby język polski (zagranicą mający status języka mniejszościowego) był przez chłopaków opanowany na poziomie rodzimego użytkownika.

I o ile z Krzyśkiem nie będzie problemu z polską dykcją, to u Maćka wymowę trzeba ćwiczyć w większym zakresie.

Nie zdziwicie się zatem, że często szukam pomocy i inspiracji w Internecie.

Bardzo dziękuję logopedom, blogerom, słowem wszystkim, którzy się wiedzą dzielą 🙂

 

#zebrałam linki do wartościowych blogów/stron/projektów, które pomagają nam z nauką polskiego. Oraz tłumaczą, jak emigracyjna rzeczywistość wpływa na dzieci, rodziców, komunikację i życie. O tak!

  • Blog bilingualhouse prowadzony przez polską logopedkę w Menchesterze. To  miejsce w internecie, opisujące doświadczenia rodziny dwujęzycznej. Aneta pisze ( i nagrywa filmiki) w prosty sposób o nauce języków, dwujęzyczności polsko-angielskiej. Znajdziesz tam ciekawie podane informacje naukowe oraz opisy codzienności. Bardzo podoba mi się również fanpage, na którym autorka poleca wartościowe treści innych logopedów, lingwistów czy wreszcie rodziców dzieci wielojęzycznych.

 

  • Serwis Dobra polska szkoła to polonijny portal informacyjny w Nowym Jorku.  Wbrew nazwie nie ogranicza się jedynie do tekstów informacyjnych czy promocyjnych dla Polonii w NYC. Ja często znajduje tam ciekawe refleksje, rady,  wzmianki o książkach dla dzieci wartych uwagi, czy linki do osób, które naukowo zajmują się dwujęzycznością. Jakoś tak ciepło mi się zrobiło w sercu, czytając, że projekt Cała Polska czyta dzieciom wsytępuje także w wersji Cała Polonia czyta dzieciom. Przyznam szczerze, że kiedy zaglądam na ten portal, to zazdroszczę rodakom, którzy mieszkają w miastach z liczniejszą Polonią. Tyle się dzieje….

 

  • Kasia w Anglii czyli mamaw.uk to bardzo ładny i wartościowy blog, na który zaglądam z przyjemnością. Czytam wpisy o wychowaniu dwujęzycznej córki w angielskiej rzeczywistości, która miejscami zdaje się być bardzo podobna do tej kanadyjskiej (rzeczywistość, nie córka). Kasia ma świetny dar plastycznego przekazywania informacji, nic więc dziwnego, że jej wpisy cieszą się dużą popularnością. Czekam na wpisy o tym, jak będzie im szła nauka w polskiej szkole online Libertus, bo my korzystamy z konkurencyjnego systemu ORPEG.

 

  • Kolejny blog logopedyczny, Dwujęzyczność i dwukulturowość, pisany przez Elżbietę. To z jej bloga ściągnęłam pomysł dzienniczka dla Krzyśka, zaraz na początku pobytu w Kanadzie. Podoba mi się również inicjatywa: Turnusy wakacyjne dla rodzin z dziećmi dwujęzycznymi. Świetna okazja, żeby wypocząć w gronie rodzin z podobnymi doświadczeniami i Polską się cieszyć.

 

  • [blog czasowo niedostępny] Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wpadłam na blog Mai lifeabroad.pl, byłam zdumiona, że jest gdzieś na świecie dziewczyna, która zna odpowiedź na wiele z moich eimgracyjnych pytań i wątpliwości matki-ekspatki. Maja pisze z południa Stanów Zjednoczonych, ale w jej artykułach znajdziesz zgrabnie przekazane uniwersalne porady i ciekawostki, przydatne niezależnie od kraju Twojej emigracji.

 

  • Strona (blog) Dzieci dwujęzyczne Faustyny. Tutaj znajdziesz kolejną porcję informacji i historii o dzieciach dwujęzycznych. Autorka dzieli się linkami do innych stron (będzie co czytać w długie zimowe wieczory)…

 

  • Link podesłany przez koleżankę z dawnej pracy (dzięki Marta Z.) czyli Centrum Głoska. Krótkie, treściwe posty, napisane zrozumiałym językiem. Ciekawa propozycja dla rodzin niemających dostępu do szkół polskich  – z Kasią dzieci mogą się uczyć czytać po polsku przez Skype’a.

 

  • i jeszcze taki artykuł, o wspieraniu dzieci dwujęzycznych.  Spodobało mi się wyważone podejście autora do tematu dwujęzyczności.

 

Wszystkie powyższe strony pełne są wskazówek znacznie ułatwiających codzienną naukę języka polskiego w naszym domu.

Ale najważniejsze dla mnie jest poczucie, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych “zmaganiach” z językami.

Uczenie się języka polskiego w Kanadzie to zajęcie czasochłonne.

W dodatku ponieważ nauczycielem jestem najczęsciej ja, bywa, że mocno frustrujące (każdy kto mnie zna, powie, że cierpliwość nie jest moją największą zaletą).

Bardzo mi wtedy pomaga czytanie postów innych mam-emigrantek, mam dzieci dwu- lub więcej- języcznych, które też czasami mają dość, brakuje im siły, pomysłu czy planu.


Dziecku nie wystarczy powiedzieć:

weź ucz się polskiego, bo to piękny język. Bo to nasz język. Bo jesteś Polakiem.


Trzeba je cały czas zachęcać, motywować, zwłaszcza, że nie brakuje pokus spędzania czasu inaczej niż nad polską ortografią.

Dwujęzyczność jest wspaniałym darem. Ale i sporo z nią roboty. Znasz nasze historie?

 

Znasz dobry tekst o dwujęzyczności?  Podrzuć w komentarzu, a  ktoś Ci podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Poradnik – służba zdrowia w Kanadzie

Służba zdrowia w Kanadzie – to jak to jest? Darmowa i dobra czy wręcz przeciwnie? Post z serii “Poradnik”.

Często dostajemy od Was w mailach ogólne pytania o emigracyjne życie w Kanadzie. O to, jak wygląda służba zdrowia czy szkoła kanadyjska. Postanowiłam więc przygotować serię postów poradnikowych, kompleksowo ujmujących jakiś temat, taki trochę post- filar.

To będzie pierwszy z nich.

Po więcej informacji oraz osobiste nasze doświadczenia w temacie pracy, mieszkania, lekarza czy szkoły w Kanadzie, zapraszamy do kategorii w Vancouver.


Po tym, co się ostatnio dzieje w moim życiu, stwierdzam, wcale nie odkrywczo, że zdrowie jest najważniejsze. A jak się przyjeżdża do innego kraju (szczególnie z rodziną, szczególnie z małymi dziećmi) to warto jest mieć choć ogólne rozeznanie, jak to wygląda.

To zaczynamy 🙂

Służba zdrowia w Kanadzie jest podobna do tej, którą mamy w Polsce. Czyli powszechna, ogólnie dostępna i przynajmniej w założeniu bezpłatna. Poniżej postaram się w miarę czytelnie opisać, jak wygląda, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską.

1 # powszechność i finansowanie służby zdrowia

Kanada ma ogólnokrajowy system opieki medycznej (Medicare), finansowany w znacznej mierze z budżetu i administrowany na szczeblu samorządowym. W praktyce każda prowincja czy terytorium ma swój własny plan medyczny. W niektórych prowincjach jest on w całości finansowany z podatków mieszkańców. Ale w innych, niestety także w B.C., trzeba co miesiąc płacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne (medical insurance premiums). Opłacenie tej składki czasami proponuje pracodawca, w ramach świadczeń pracowniczych, więc podczas rozmowy o pracę możesz się zapytać, czy firma płaci za MSP (Medical Service Plan in B.C.)

Z płacenia podstawowej składki zdrowotnej zwolnieni są często seniorzy oraz rodziny o niskim dochodzie. Mitem jest jednak twierdzenie, że Kanada ma bezpłatną opiekę zdrowotną.

Koszt składki dla osób mieszkających w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz TUTAJ.

Podstawowe ubezpiecznie medyczne zapewnia dostęp do podstawowych usług medycznych. Np. wizyta u lekarza rodzinnego, prześwietlenia klatki piersiowej, nastawienie złamanej ręki. Po listę zabiegów zawartych w podstawowym ubezpieczeniu medycznym Kolumbii Brytyjskiej zajrzyj TUTAJ.

Rozszerzone ubezpiecznie medyczne dotyczy rzeczywiście dodatkowych zabiegów czy wizyt, nieujętych w programie podstawowym. Jest to na przykład wizyta/rehabilitacja u fizjoterapeuty czy badania laboratoryjne.

Wygląda to inaczej niż w Polsce, gdzie prywatne ubezpieczenie medyczne to zazwyczaj łatwiejszy dostęp do tych śwadczeń, które są i tak płacone przez NFZ. Myślałam na początku, przenosząc doświadczenia z Polski, że extended health care to coś właśnie jak abonament w Luxmedzie, gdzie ma się szybszy dostęp do lekarza pierwszego kontaktu czy pediatry. A to coś innego.


Kanadyjskie ubezpiecznie zdrowotne = MUSISZ MIEĆ plan podstawowy (albo finansowany przez prowincję, albo ty płacisz sam, albo pracodawca płaci za Ciebie jako bonus) + MOŻESZ MIEĆ plan rozszerzony (ty płacisz sam albo pracodawca płaci za Ciebie jako bonus pracowniczy, zwany z polska: benefitem)


2 # rozszerzone ubezpiecznie medyczne

Budżet prowincji ma wpływ na to, jakie usługi medyczne są wliczone w podstawowy pakiet medyczny. Za wszystkie inne przyjdzie Ci niestety zapłacić dodatkowo. W przypadku konieczności skorzystania z usługi medycznej niezawartej w podstawowym ubezpieczeniu zapłacisz z własnej kieszeni (out-of-packet payment) albo zostanie ona pokryta z ubezpieczenia dodatkowego (extended health care plan). Szczegóły poniżej:

[symple_column size=”one-half” position=”first” fade_in=”false”]Masz tylko podstawowe ubezpiecznie zdrowotne (MSP), a całość kosztów dodatkowych świadczeń sam płacisz  – to proste, dostajesz przy wyjściu fakturę i uiszczasz opłatę. Jeśli nie jest to sprawa zagrażająca życiu KONIECZNIE zapytaj najpierw o koszt usługi [wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć, bo może zaboleć]. Przykład: u dentysty koszt wizyty – i nie piszę tutaj o jakimś zaawansowanym plombowaniu – to około 200-300 CAD. Jak mówią internety, często bardziej opłaca się wylecieć do Polski i wyleczyć co trzeba. Z biletem lotniczym i tak wyjdzie taniej niż w Kanadzie[/symple_column]

[symple_column size=”one-half” position=”last” fade_in=”false”]Masz dodatkowe ubezpiecznie zdrowotne (extended health care plan zwany też third-party insurance), koszty dodatkowych świadczeń współpłacisz z ubezpieczycielem. Tutaj również możliwe są różne warianty:

  1. Płacisz całość kwoty u lekarza, u dentysty czy okulisty (up-front payment) i później fakturę wysyłasz do ubezpieczyciela (towarzystwa ubezpieczeniowego), który zwraca Ci całą lub część tej kwoty na konto/czekiem. Sposób mniej przyjazny dla ciebie, bo oznacza konieczność wysłania dokumentów (extended health care claim) do ubezpieczyciela (pocztą lub emailem) i czasami dodatkowych wyjaśnień czy dyskusji o ten wydatek medyczny.
  2. Płacisz część opłaty (w zależności od Twojego planu może to być np. 20% całej kwoty, nie słyszałam o extended health care pokrywającym 100% wydatków medycznych). O resztę klinika/szpital/dentysta czy inna placówka medyczna występuje sama do ubezpieczyciela. Nie musisz się właściwie o nic martwić, pokazujesz tylko swoją kartę, że masz dodatkową opiekę medyczną i koniec formalności.[/symple_column]

Trochę informacji o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym znajdziesz w artykule z Vancouver Sun [ang]

Towarzystwa ubezpieczeniowe, w których mamy/mieliśmy dodatkowe ubezpiecznie extended health care plan:

  • SunLife – nasz obecny ubezpieczyciel (z firmy Kuby). Obsługa telefoniczna w miarę ok (czasami sobie zaprzeczają, więc zawsze notujemy imię konsultatnta, żeby nie było potem niedomówień), czas oczekiwania na połączenie z konsultantem w kanadyjskiej normie. Największy minus – przyjmują wnioski tylko w formie papierowej, więc musisz nadać list z rachunkami (koszt normalnego około 2 CAD)
  • Maunlife – poprzedni ubezpieczyciel (z firmy Kasi). Jakoś tak wyszło, że wszystkie opłaty dodatkowe za usługi medyczne były bezpośrednio ściągane przez przychodnie, więc nie mamy osobistych doświadczeń w kontakcie.

Co warto wiedzieć: jeśli dwie soby mają w rodzinie ubezpieczenie od innych ubezpieczycieli (bo np. takie mają przyznane w ramach bonusów od pracodawców) to często można kumulować zwrot za usługi medyczne bądź podwyższać sumę świadczeń. Nigdy tak jeszcze nie robiliśmy, ale wiemy, ze można. I wtedy można dostać nawet 100% zwrotu zaplombowanie czy okulary.

#3 – oczekiwanie na ubezpieczenie i aplikowanie o nie

Wiesz już, że musisz być w jakiś sposób objęty ubezpieczeniem medycznym. Ponieważ to kanadyjskie nie przysługuje automatycznie, trzeba o nie wystapić. Dokumenty aplikacyjne są dostępne w przychodniach, szpitalach, a najlepiej rozejrzeć się online.

Kanadyjskie ubezpieczenie zdrowotne zależy od Twojego statusu tutaj. Niebędąc rezydentem czy obywatelem niekoniecznie przysługuje Ci ubezpieczenie (znowu zależy od prowincji), a jeśli tak, to zwykle jest ono ważne tak długo, jak Twoja wiza.

Okres oczekiwania na rozpoczęcie okresu ubezpieczeniowego może wynosić nawet 3 miesięce. Na ten czas musisz mieć ubezpieczenie komercyjne. Najczęściej kupione jeszcze w Polsce, polecam z jak najszerszym pakietem. [Uwaga: zapoznaj się dokładnie z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczeń i upewnij, że nie dotyczy ono tylko pobytu turystycznego, ale także pobytu na wizie pracowniczej, czyli zwrócą Ci za ewentualny wypadek przy pracy].

#4 – co NIE jest zawarte w bezpłatnym planie medycznym

Poniżej najważniejsze trzy usługi okołomedyczne, za które w większości miejsc zapłacisz z własnej kieszeni całość kosztów:

1. DENTYSTA: Praktycznie cała opieka stomatologiczna w Kanadzie jest prywatna. Oczywiście są miejsca, gdzie możesz zbadać czy leczyć zęby za darmo, ale są one dla ludzi o bardzo niskim dochodzie, albo tylko dla dzieci, albo tylko dla seniorów. W Polsce też teoretycznie usługi dentystyczne są płacone przez NFZ. A w praktyce? No właśnie, i tak wszyscy chodzimy leczyć zęby prytwanie (pozdrowienia dla naszej Pani Dentystki z Mcza, dr B. Ż !)


Crime story pt: “My kontra dentyści w Vancouver“. Z litości nie wspominam o kosztach!


2. OKULISTA i OPTYK: W B.C. dzieci i seniorzy mają prawo do bezpłatnego badania wzroku raz do roku. Za okulary się płaci dodatkowo. Dorośli płacą za wszystko. Koszt badania w Vancouver to około 70 CAD, koszt okularów 200-300 CAD.

3. LEKI: lekarstwa (poza tymi, które dostaniesz w szpitalu, podczas hospitalizacji*) nie są zawarte w ogólnym, podstawowym planie medycznym. Dostajesz receptę, idziesz do apteki i płacisz. Częściowe współpłacenie jest możliwe z rozszerzonym ubezpieczeniem. Dla osób bez dodatkowego ubezpieczenia, które potrzebują stałych leków, rządy prowincji oferują pomoc finansową. O szczegóły musisz zapytać farmaceutę. W Kolumbii Brytyjskiej jest program PharmaCare dla osób o niewielkim dochodzie. Szczegóły TUTAJ.

*może się zdażyć, że będzie wersja bezpłatna i płatna, np. zwykły gips jest bezpłatny, a ten wodoodporny lub termoplastyczny kosztuje. Jeśli się na niego zdecydujesz i przyjdzie Ci zapłacić, sprawdź czy dodatkowe ubezpiecznie medyczne Ci za to nie zwraca.

Gdzie znaleźć aptekę? Pytaj Googla o Drugstores czy Pharmacies. 

  • My mamy najbliższą w Shopper’sie.
  • Możesz kupić lekarstwa bez recepty (non-prescription drugs lub over-the-counter drugs), stojące na regałach w sklepie, tak jak ogólnodostępne leki w polskich supermarketach.
  • Jeśli lekarz wypisze Ci leki na receptę (prescription), wtedy przynosisz ją do okienka z napisem drop off, gdzie zostawiasz receptę farmaceucie.
  • On przygotuje dla Ciebie lekarstwa (zwykle czeka się kilkanaście minut) i możesz je odebrać w następnym okienku (pick up).
  • Jeśli lekarstwa będziesz musial przyjmować stale, farmaceuta ustali z Tobą system uzupełniania zapasów (częstotliwość, jak je będziesz odbierał, czy farmaceuta ma dzwonić z przypomnieniem itd.).
  • Część ubezpieczycieli zwraca pewną kwotę także za lekarstwa, więc sprawdź czy masz to w swoim extended health care plan‘ie.

CIEKAWOSTKA: Marihuana lecznicza jest legalna w Kanadzie. Napisałam kiedyś do Magazynu Fuss, jak wygląda sytuacja zioła w Vancouver. Chcesz poczytać?


#5 – Jesteś chory, masz chore dziecko, co robić wtedy?

  • Jeśli jesteś chory, najpierw idziesz do swojego lekarza rodzinnego (jak  go masz), albo do przychodni (walk in clinic). Tam Cię zbadają i w razie konieczności dostaniesz skierowanie do lekarza specjalisty (także pediatry) czy na dodatkowe badania. Wizytę u lekarza rodzinnego zwykle rezerwujesz wcześniej, powinni Cię przyjąć w przeciągu kilku dni. Do przychodni, jak nazwa wskazuje, możesz wejść z ulicy i odczekać swoje w kolejce. Uwaga na odwoływanie wizyt: większość praktyk lekarskich stosuje (late) cancellation fee, jeśli za późno odwołasz wizytę lub w ogóle się na nią nie stawisz.
  • Nie ma limitu wizyt w przychodni czy u swojego lekarza rodzinnego. Nie jest łatwo znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów. Przed wizytą należy podać powód tejże (jeden problem medyczny na wizytę!). Nie musisz mieć ani lekarza rodzinnego, ani ubezpieczenia, żeby zostać przyjętym do szpitala w razie zagrożenia życia.
  • Zajrzyj pod ten link, żeby się dowiedzieć, w której przychodni (walk in clinic) są najkrótsze kolejki!
  • Jeśli spotkał Cię wypadek, dzwonisz na 911 lub idziesz do najbliższego szpitala.
  • Jeśli nie wiesz, co robić, dzwonisz na 811. Porozmawiasz z pielęgniarką, która Cię pokieruje, co robić, da adres do lekarza, wskaże przychodnię. Miej przy sobie numer karty zdrowia (BC Health Care Card). Zadzwoń tam, jeśli masz dziecko z gorączką i nie wiesz, czy ktoś może przyjść obejrzeć je w domu. Wizyty domowe w Kanadzie nie są w standardzie !

Zagrożenie życia – jedziesz do szpitala

Brak bezpośredniego zagrożenia życia – jedziesz do przychodni / swojego lekarza rodzinnego.


#6 różne ważne info

 A co jak wyjeżdżasz z Vancouver, albo z Kanady? Plan ubezpieczenia zdrowotnego zależy od prowincji/terytorium i wyjeżdżając z niej jesteś wprawdzie ubezpieczony, ale zorientuj się, czy nie jest wymagana dodatkowa rejestracja albo spełnienie innych warunków (out of province health care). Najczęściej ubezpiecznie jest ważne do sześciu miesięcy poza Kanadą. I pokrywa wydatki do wysokości kwot kanadyjskich (tzw. table-rates). Czyli np. w USA w razie wypadku zostaniesz poproszony o dopłacenie różnicy za usługi medyczne, które są tam droższe niż w Kanadzie.

Sprawdź swoją polisę dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego ! Może masz coś, co możesz wykorzystać, np. wizyty u masażysty? Niewykorzystane w danym roku zabiegi nie przechodzą na następny rok i nie kumulują się. Jeśli korzystasz z wizyt u lekarza/masażysty/psychiatry, zorientuj się, czy mają zarejestrowaną praktykę medyczną (jesli nie, może być Ci trudniej odzyskać zwrot kosztów leczenia od ubepzieczyciela)

Trzymaj rachunki od lekarza ! Ponieważ jak się zdążyłeś zorientować dostarczycieli usług medycznych jest kilku, a każdy rządzi się trochę innymi prawami, zawsze trzymaj wszystkie rachunki medyczne i faktury, żeby w razie czego móc wystąpić o zwrot kosztów leczenia. W Kanadzie służba zdrowia w dużo większym stopniu niż w Polsce opiera się na strategii biznesowej.

Szczepionki. Kto nie ma dzieci, temu może wcale do głowy nie przyjść, że szczepienia to temat kontrowersyjny. Zdania rodziców co do szczepień dzieci Co do edukacji przed-szkolnej, to zależy od typu placówki (trzeba się informować u źródeł). Kalendarz szczepień dla dzieci w B.C. znajdziesz TUTAJ. O naszym doświadczeniu ze szczepionkami TUTAJ. Dobry wpis na blogu Polityki o szczepionkach w Kanadzie i nie tylko.

Szpital. Wszelkie lekarstwa, procedury (zabiegi, znieczulenia, operacje, zdjęcia, testy laboratoryjne, poród, prowadzenie ciąży, opieka poporodowa) są zawarte w podstawowym planie medycznym. Badania zlecone dodatkowo przez inne instytucje (np. do prawa jazdy, do ubezpieczenia, do celów imigracyjnych) są płatne przez Ciebie. Uwaga: w wielu prowincjach transport karetką jest dodatkowo płatny, nieujęty w podstawowym ubezpieczeniu zdrowotnym.

 

Mam nadzieję, że teraz wiesz już więcej o tym, jak wygląda służba zdrowia w Kanadzie.

Podsumowując moje odczucia: po dwóch latach mieszkania w Vancouver, widzę, że najlepiej nam było z abonamentami w Medicover czy Luxmedzie.

Byliśmy szczęściarzami, mając do nich dostęp w Polsce. Ale w Vancouver też nie narzekamy, a w porównaniu z bardzo niedofinansowaną publiczną polską służbą zdrowia, bardziej nam się podoba publiczny system kanadyjski.

I jest bardziej życzliwy, choć zaskakuje mnie wciąż…

To co kochani ? Na zdrowie !


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Kanada jest piękna, a emigracja jest trudna. Dwa lata później i 3 rady jak dać radę

2 lata później i 3 rady dalej. Czyli rozważań o emigracji ciąg dalszy.

Dwa lata nam stuknęły w Vancouver

O matko. Albo innymi słowy: omg (o my god). Minęły zachwyty, minęły rozczarowania. Ale podstawowe emocje nie minęły, siedzą i co jakiś czas wyglądają ukradkiem zza bloga.

Wiemy, że chcecie czytać, jak jest na emigracji w Kanadzie. Ten post pobił rekordy popularności na blogu. To będzie kolejny post w tym klimacie. Trochę słodko-gorzki.

To lecimy z emigracyjnym kołczowaniem.

Pełna dezorientacja jeśli chodzi o tę Kanadę

Mówią, że Kanada miodem i mlekiem płynąca.

Dobra, nie wszyscy mówią, na forum polskim  czarnowidzkie wizje przeplatają się z realistycznymi opisami dni tych, co już w Kanadzie są.

Optymistów również nie brakuje (pisząca te słowa zalicza się do nich, chociaż mój optymizm jest sceptycyzmem podszyty).

Kogo słuchać? W ogóle słuchać innych?

Mówią, Kolumbia Brytyjska taka piękna.

Góry, ocean, wszystko na jednym obrazku. Chcesz, idziesz na snowboard, chcesz, idziesz na kajak, orka przemknie koło ciebie, albo inny niedźwiedź.

Wszystko ładnie, pięknie, ale co, jeśli zapierniczasz na dwie zmiany, overtajmy robisz, i zwyczajnie zmęczony nieziemsko nie masz czasu i chęci tym pięknem się zachwycać.

Góry masz w nosie, bardziej Cię interesuje, czy te mieszkania to przestaną w końcu drożeć …

Może tak jak my, już wiesz, że położenie, i praca, i możliwości, i lepsza przyszłość dla dzieci to nie wszystko.

Jak by to najlepiej opisać, co nam po głowach chodzi? Chyba tym słowem: Confused

 

Nie żałujemy przyjazdu do Kanady, ale żałujemy wyjazdu z Polski.

 

Wiem, mało sensu, ale tak to mniej więcej wygląda. A podczas tegorocznego, dłuższego pobytu w Polsce, wszystkie te myśli zogniskowały się na nowo.

Jest w nas żal. Emocje związane ze stratą. Nasza żałoba po tym, co zostało w Polsce. Ludzie, wspomnienia, miejsca. I także to, czego nie będzie nam dane doświadczyć.

W Kanadzie podejmuję się walki o to, co miało znaczenie, ale w Polsce nigdy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. Zwłaszcza ludzi z Polski żal. Przyjaciół i rodziny [dlatego zastanawiam się, jak nad tą relacją pracować]

Emigracja to ciągłe przekładanie planów na kiedy indziej i odczuwanie straty, po tym, czego nie doświadczymy w tej samej formie już nigdy.

Once emigrant, always emigrant

Szczerze napiszemy – nie wiemy, jak to z nami będzie.

Dlatego tak trudno nam odpowiedzieć na pytanie: (kiedy i czy w ogóle) wracacie?

Trudno nam, emigrantom, jest pozwolić sobie na żal, na odpuszczenie wspomnień.Trzeba sobie na tę emocję pozwolić. Swoje od-żałować i przeżyć. Dla jedynych to będzie rok, dwa na emigracji. I zrobi się miejsce na nowe. Inni potrzebują więcej czasu, żeby żal za Polską przeboleć. A jeszcze inni całe życie go będą zagłuszać. Są straty, na które czas nie pomaga.
Jak żalowi pomóc? Spisałam trzy rady, które przyszły na myśl po wielu godzinach rozmów z życzliwymi ludźmi. Może i Tobie się przydadzą.

3 rady, jak sobie dać radę

  • Znajdź czas na wakacje – wiem, że są tacy, co pracują na okrągło i są bardzo szczęśliwi. Nie chcą i nie potrzebują czasu wolnego. Ale w przypadku emigracji zatrzymanie się na chwilę, co jakiś czas, to jest sprytne rozwiązanie, żeby zregenerować siły. Bardzo istotne.
  • Znajdź czas dla swojej drugiej połowy. Nie ma co być twardszym od skały, kiedy emocje biorą górę, tylko szukać pocieszenia i zrozumienia u tej drugiej, najważniejszej osoby. Nie zakładaj z góry, że tylko tobie jest źle. Pociesz, przytul, opiekuj się. Na zmianę.
  • Nie staraj się jak najszybciej odtworzyć życia sprzed emigracji. Przyznam, że to mój największy problem. Mamy tendencję do powtarzania zachowań, zwłaszcza jeśli okazały się skuteczne przed wyjazdem. Tutaj wszystko może potoczyć się inaczej. Ryzykuj, ale i przyjmuj z pokorą nowe doświadczenie. Łatwiej się żyje.

Więc bądź dla siebie, drogi kolego emigrancie i koleżanko emigrantko, dobry/dobra. I napisz swoje rady w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Karma wraca 😀


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Praca z kanadyjskiej agencji? Czy warto pójść po pomoc do agencji zatrudnienia

Chcesz do agencji? Tym razem dzielimy się doświadczeniami z agencjami zatrudnienia w Vancouver.

Lato jest, na trawkę trzeba iść, słoneczkiem kanadyjskim (za mało go ostatnio !) się cieszyć. Ale cieszyć się, jak nie ma pracy, ciężko. Wiem.

Kiedy przylecieliśmy do Kanady, to przez pierwsze 6 miesięcy nie miałam pracy. Byłam na urlopie wychowawczym, udzielonym przez pracodawcę polskiego (mieliśmy wrócić zimą 2016 do Polski, a w maju 2016 powinnam była stawić się przy swoim polskim biurku na Torwarze). Zawsze to jakaś wymówka, żeby sobie wtedy pracą głowy nie zawracać.

Mimo to chciałam rozeznać się na rynku kanadyjskim. I mocno się rozczarowałam faktem, że nikt mojego CV nie przyjmował z pocałowaniem ręki. Może egoistycznie, ale gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, jeszcze z Polski – udało mi się w korporacji w Warszawie, to co ma mi się nie udać w Vancouver. Też w korporacji. Takie proste przełożenie i założenie nie pomaga w szukaniu pracy. Niestety. I człowiek kończy jako rozczarowany emigrant.

Podobno zajęcie zawsze można znaleźć. Zatem jak już na miejscu szukać pracy w Kanadzie?

Są ludzie, którym się to udaje. I powiem Wam, że takich jest większość. Na podstawie doświadczeń kilku moich koleżanek, oraz  pamiętając szukanie swojej pierwszej pracy w Vancouver, napiszę, co może pomóc podczas poszukiwania. W poprzednich postach znajdziecie inne wskazówki co do pracy w Vancouver. Mam nadzieję, że przydatne..

Tło sytuacyjne: lądujemy w Kanadzie i mamy otwarte pozwolenie na pracę lub przyznany status permanent resident (czyli prawo do pobytu stałego).

Zaczynamy standardowo czyli od szukania oferty pracy. Od pierwszego dnia, a jeszcze lepiej zanim wylądujesz w Kanadzie pracuj nad swoimi papierami. Na przykład podciągnij resume do standardów kanadyjskich. Przeglądaj oferty i aplikuj wszędzie tam, gdzie twoje doświadczenie/umiejętności pokrywają się z 60 % zawartości oferty.

Ale nie poprzestawaj na takim jednostronnym działaniu.

Z doświadczenia moich rozmówczyń wynika, że dobrym pomysłem jest udanie się do agencji zatrudnienia. Jeśli masz prawo do pobytu stałego, to zacznij od WorkBC, która nie jest typową agencją, ale strategie ma podobne.  Jeśli jesteś na Working Holiday visa (czyli w ramach programu IEC) to pracę, to zacznij od agencji zatrudnienia (staffing agency / temporary job agency).


Obalamy mity o agencji zatrudnienia

 

Mit 1

Że praca z agencji, to nie jest praca, tylko taka “fake-job”.

EEEEE, nawet jeśli, to i tak się liczy jako kanadyjskie doświadczenie. Nawet jeśli tylko na miesiąc, czy dwa, lepiej tak, niż wcale. I serio, są jeszcze osoby, które myślą, że raz rozpoczęta praca jest już na całe życie? Jeszcze jedno. Wielkie korporacje, te, które mają osoby zatrudnione na umowie o pracę, współpracują także z agencjami. Wiele firm wyprowadza pewne zajęcia do zewnętrznych podwykonawców (outsourcing) lub zatrudnia tych podwykonawców u siebie jako contract workers, a do poszukiwania takich pracowników wykorzystuje agencje zatrudnienia.

Mit 2

Taka praca jest słabo płatna, bo jedyne zajęcie, które można przez nią znaleźć, to entry-level positions (pierwsza praca, zwykle oferowana absolwentom) lub surviving job (czyli mało prestiżowe zajęcia). 

Znowu nie zgadzam się z tym do końca, bo agencjom zależy na tym, żeby obie strony były zadowolone. Dobry agent przypasuje Ciebie do pracy, a nie pracę do Ciebie. I tak ja aplikowałam na stanowisko administratora, ale ze względu na doświadczenie z Polski rekruter zaproponował analityka (stopnień wyżej). To co miałam nie skorzystać ? 🙂

No dobrze, może ktoś zapytać, ale jeśli agencja akurat nie ma żadnej oferty dla mnie? Nie znalazłem nic na jej stronie, nie ma w żadnym agregatorze ofert.

To jak wtedy zacząć? I jak to zrobić, żeby nie tracić za dużo czasu?

  1. Wejdź na ten link z recenzjami agencji w Vancouver,  a potem na kartce napisz trzy najbliżej twojego domu.
  2. Zadzwoń do każdej z nich, zapytaj o procedury przyjęcia, powiedz, że jesteś specjalistą w tym i w tym i czy możesz podesłać swoje resume. Często zamiast resume proszą o wypełnienie aplikacji online, żeby od razu twoje dane trafiły do ich bazy.
  3. Zawsze proś o spotkanie. W Kanadzie wiele rzeczy załatwia się przez telefon, zdecydowanie więcej niż w Polsce, ale ja jestem zwolenniczką rozmowy twarzą w twarz. Nawet jeśli będzie to tylko 10 minut, to to już jest 10 minut więcej doświadczenia w kanadyjskim job hunting. 
  4. Kolejny plus agencji – poćwiczysz angielski, a może nawet przeprowadzą z tobą mock interview (czyli taką rozmowę kwalifikacyjną na sucho).
  5. Na koniec spotkania zabierz ulotki. Mimo że nie do końca przyjazne środowisku, mają aspekt psychologiczny, że ma się w ręku potwierdzenie swojego działania. A to zawsze pomaga.

Znane nam agencje w Vancouver: AppleOne , Hays  oraz Randstad i Manpower

Więc nie odrzucaj z marszu agencji pracy. To jest jedno z dobrych miejsc, gdzie po wylądowaniu w Kanadzie można szukać pracy.

Masz jakieś doświadczenie w szukaniu pracy przez agencję zatrudnienia? Napisz w komentarzu, a nowe osoby w Vancouver ci za to podziękują ! A może korzystałeś z usług pośrednika będąc w Polsce? Daj znać, a nuż się komuś przyda.


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

 

Rozczarowani emigranci czyli zawiodłaś mnie Kanado. Dwie strony emigracji

Niektórzy chcą przyjechać i zostać. Inni już są, a wciąż chcą wyjechać. Na emigracji nie tylko tęsknota rządzi wyborami. Co, jeśli rozczarowanie odbiera energię do działania?

Ruszam temat kontrowersyjny. Ale muszę. Siedzą gdzieś we mnie te dwie strony emigracji i właśnie się ulało. Bo niedawne spotkanie, bo Brexit też. Bo za chwilę urlop w Polsce…

Zanim o rozczarowanych emigrantach, słowo wprowadzenia.

W ostatnim czasie poznaliśmy wielu ciekawych Polaków, którzy przylecieli do Vancouver w ramach programu Working Holiday (część programu International Experience Canada). Za każdym z nich stoi poruszająca historia, bagaż doświadczeń, wiele energii i nadziei. Mimo że IEC nie jest programem emigracyjnym, to dla większości uczestników, jest wstępem do starań o kartę stałego pobytu.

Występowanie o pobyt stały (czyli o status Permanent Resident → jak my dostaliśmy pobyt stały ) rodzi wiele pytań i jeszcze więcej wątpliwości.

Odpowiedzi na nie jest tyle, ile ludzkich przypadków. Każda rozmowa w polskim gronie prędzej czy później schodzi na temat, z jakiego programu emigracyjnego skorzystać, czy lepiej pracę tu, czy tam, a może w ogóle pójść do szkoły? Nieco zazdrośnie, ale i z nadzieją, patrzy się na tych, którzy starania mają już za sobą.

Starsi stażem emigracyjnym Polacy dają dobre rady i pomagają, jak mogą (wiem, może trudno w to uwierzyć, ale Polonia w Vancouver przeczy ogólnemu przekonaniu, że na emigracji największym wrogiem Polaka jest drugi Polak). Historie tych, którym się udało, działają motywująco na nowoprzybyłych. I bardzo dobrze.

Rozumiem jak najbardziej chęć zostania w Kanadzie, zwłaszcza jeśli jest się młodym, mobilnym obywatelem świata. Kanada ma wiele do zaoferowania, Vancouver jest miastem cudnym wprost (na pewno?), dobrze można żyć.  Entuzjazm i zafascynowanie, czyli miesiącu miodowym trwaj !

A i nasze kanadyjskie życie jest dobre. Mamy nadzieję, że czytając posty na Kanada się nada czujecie, że pozytywne emocje są w większości. Całkiem niedawno pisaliśmy o naszych ostatnich odczuciach związanych z mieszkaniem w Vancouver. Wniosek: chcemy kontynuować naszą przygodę z Vancouver.

No właśnie, skoro dobrze można żyć, to skąd ci rozczarowani emigranci?

Wczoraj miałam spotkanie z koleżanką Wenezuelką, która pomaga mi przy nowym projekcie. Przyprowadziła ze sobą starszego mężczyznę, Meksykanina, który uśmiechnął się na widok  chłopaków (nieodłączna składowa wszystkich moich spotkań :D). Powiedział, że jest chirurgiem dziecięcym z 20letnim stażem. Ja na to oczy wielkie i wow na ustach. Już chciałam mu powiedzieć “zazdroszczę”, kiedy Sykarius dodał, że w Kanadzie pracuje jako doradca finansowy. Bo praktykować medycyny nie może. Bo żeby mógł, to musi się cofnąć do szkoły, praktycznie jeszcze raz studiować to samo, tyle że na kanadyjskiej uczelni. A nie zrobi tego, bo lata już nie te, rodzinę ma na utrzymaniu i w ogóle, co to jest za pomysł.

I wiecie co, ja go rozumiem. Że nie jest w stanie poświęcić tyle, żeby osiągnąć podobną pozycję w swoim zawodzie, jaką miał w Meksyku. Swoje już w szkole odsiedział. Nie każdy chce i może uczyć się całe życie.

Rozumiem to rozczarowanie w jego głosie. Rozczarowanie, które jest doświadczeniem zwłaszcza starszych imigrantów w Kanadzie. Takich, co wiele, więcej niż 10 lat, pracowali w swoich krajach, dorobili się pewnego statusu zawodowego, byli kimś. No proszę was, chirurg dziecięcy?

Znaczyli w społeczeństwie, a potem wyemigrowali do Kanady.

Dwie strony emigracji.

Emigracja to ciągłe żonglowanie dwiema emocjami. Radość, że możesz zacząć wszystko od nowa i być kimś innym, a poprzednie życie zostało w tamtym kraju. Oraz rozczarowanie, że musisz wszystko zacząć od nowa, a twoje poprzednie życie nic nie znaczy. Nas także nie omijają podobne rozterki.

I wiem, że niektórzy z Was pomyślą, skoro tak, to niech wraca, a w ogóle to po co się pchał do Kanady, skoro w Meksyku było mu tak dobrze. I macie prawo zadawać takie pytania i tak się dziwić. Tylko że to rozczarowanym emigrantom nie pomaga ani trochę.

Choć Kanada jest krajem o długiej tradycji imigracyjnej, a społeczeństwo kanadyjskie imigrantami stoi, to jednak kapitał społeczny i zawodowy nowoprzybyłych nie jest doceniany. A czasami jest wręcz marnowany. W Vancouver, gdzie znalezienie lekarza rodzinnego jest niemożliwe, a na izbie przyjęć Szpitala Dziecięcego Kuba z Maćkiem czekał prawie 10 godzin na nastawienie złamanej ręki, więc w tym Vancouver chirurg dziecięcy sprzedaje produkty finansowe. Dla mnie to dziwne i świadczy o słabości systemu. (Inne rzeczy też mnie zaskakują, tak na marginesie)

Nikt na tym nie zyskuje, a wszyscy na tym tracą.

Opiekunka Maćka ze żłobka była doktorem inżynierii w Iraku. Moja koleżanka z Dubaju ma MBA w zarządzaniu szpitalem i doktorat z pielęgniarstwa, właśnie idzie do szkoły w Kanadzie. Jest bogata, stać ją, dzieci czwórkę odchowała.

A inni? Ci, co jeżdżą taksówkami, choć u siebie byli profesorami? Chińczyk, który wraz ze mną aplikował o pracę jako analityk finansowy, a miał ponad  15 tak doświadczenia menadżerskiego w banku? Można im powiedzieć, bądźcie pokorni i zaczynajcie od nowa. I właśnie to robią. Głównie ze względu na dzieci, żeby im było łatwiej. Ale rozczarowani są. Zmarnowane lata ciężkich studiów, zaprzepaszczone wyrzeczenia. Bo choć pisałam o tym, ile znaczą kompetencje miękkie w poszukiwaniu pracy w Kanadzie, to starszym pracownikom nie jest tak łatwo je przyswoić. Zwłaszcza jeśli do tej pory w ich rodzinnych krajach liczyła się “twarda wiedza”.

Badania z 2008 pokazują, że 40% wykwalifikowanych imigrantów opuściło Kanada w ciągu 10 lat od przyjazdu. Bo mimo że poświęcili tak wiele, żeby wyemigrować, to ich rozczarowanie i praca poniżej kwalifikacji sprawiają, że jakość życia w Kanadzie jest gorsza, niż była w rodzinnym kraju. Czasami dochodzi do tego ukryty rasizm.

I tak, wiem, że to nie tylko Kanada, że to tak wszędzie jest. I w Anglii na zmywaku, i w Niemczech przy truskawkach. I w Polsce też na śmieciówkach, po dwóch kierunkach studiów. I tak, znam i akceptuję to powiedzenie: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. 

Ale rozumiem tych, których emigracja rozczarowała. A Kanada zawiodła.

Bo skoro my tak bardzo chcemy, to czemu ona nas nie chce równie mocno?



Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

Bo dobry plan wyjazdu to podstawa. Ten nasz taki nie był, ale teraz jesteśmy mądrzejsi i możemy co nieco poradzić

Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej. Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

 

Znasz post o tym, jak dostaliśmy pobyt stały? Zajrzyj!

 

Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy.

Może coś się przyda.

O czym ten post NIE jest?

  • → Ponieważ ten opis to suma naszych doświadczeń, na pierwszym miejscu listy nie będzie: znajdź pracę w Vancouver. Założenie jest takie, że praca jest. O tym, co robić kiedy jej nie ma, będzie innym razem.
  • → Nie będzie to również post o tym, jakie formalności załatwić, żeby się w Kanadzie znaleźć.

Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, najważniejsza moim zdaniem uwaga.

Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

Właściwie nie ma co tego komentować. Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji ;)]. Działa to na naszą korzyść.

Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba). Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.

Znasz posty z cyklu Rozmówki Kanadyjskie? Tam sporo jest o gadaniu i angielskim:

  • → 3 główne grzechy komunikacyjne : LINK
  • → Akcent i czy mam na imię brama: LINK
  • → Angielski? Ale ja się boję: LINK

A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

Najpierw:

1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi. Pokieruje na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

Taka wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni. Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

Co prowadzi do następnego zadania :

2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań. Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego. Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver. Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa. Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

Serwisy z ogłoszeniami: craiglist, airbnb, kijiiji.

Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

Ponieważ my takich nie mieliśmy, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki Matylda) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

O mieszkaniu i jego szukaniu na blogu było i jeszcze będzie.

[edit] obszerny wpis-poradnik ukazał się w 2017 – zajrzyj.

Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe. Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

  • → karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
  • → świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
  • → nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych)

Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

  • → nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
  • → akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
  • → prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
  • → wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy. Tego nie da się w Kanadzie kupić. Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby.  W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

  • → upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie. No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką. UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy. Ale jeśli nie, to sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

Co było w naszych walizkach?

  • → Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
  • → Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
  • → Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
  • → Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
  • → Soczewki kontaktowe.
  • → Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
  • → Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
  • → Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

Kabanosów nie braliśmy 😉 Przeczytajcie też o naszym pierwszym i drugim przylocie do Vancouver. Jak wyglądało i kto z nami rozmawiał.

Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak napisać kanadyjskie CV…. wróć. Kanadyjskie resume znaczy się. I je wybielić.

W pogoni za pracą najważniejszy papier. Ten papier. I nie jest to Work Permit 😉

O raju, żebym wiedziała, że czytanie o pracy w Kanadzie cieszy się taką popularnością, zrobiłabym kurs doradcy zawodowego i coach’a kariery, zamiast raporty w Excelu obrabiać [żarcik]

Prosiliście o wpis o kanadyjskim CV. No więc jest.

Poniższe informacje pochodzą ze moich spotkań i warsztatów kariery. Takich w Vancouver nie brakuje, na pewno się na jakieś załapiecie 🙂

Zupełna podstawa czyli resume. Czyli polskie CV.

Zwykle mamy max 30 sekund, żeby czytającego nasze resume do siebie przekonać. W ciągu tego czasu zapada decyzja: zostawić czy do śmietnika. Dobre resume to podstawa jest. Ma być konkretne, czytelne, skromne, bez kłamstw. Owszem, ma być naszą reklamą jako potencjalnego pracownika, ale to taka trochę bardziej rozbudowana wizytówka. Mocno profesjonalna.

Opowiadanie o sobie zostawimy na interview, tam przydadzą się umiejętności miękkie. W resume interesują nas (ich) twarde fakty !

Takie typy resume się wyróżnia :

  1. Chronologiczny, czyli robisz to, co robisz od zarania dziejów i historia twojej pracy jest solidna oraz  bogata. Lubisz i chcesz robić to dalej.
  2. Funkcjonalny, czyli popracowałeś trochę tu, trochę tam, a jeszcze gdzieś był rok przerwy na włóczęgę po Indiach. Ciągłość pracy zaburzona, ale za to masz masę innych doświadczeń, którymi nie omieszkasz się pochwalić. Lubisz robić coś i chcesz pokazać to pracodawcy.
  3. Mieszany, moim zdaniem typ najlepszy, bo z obu powyższych wzorów wyciągasz, co potrzebne i pod konkretne stanowisko przygotowujesz. Najbardziej pracochłonne, ale też pokazujące, że ci zależy. Bo przecież ci zależy, prawda?

To teraz mała graficzka, poszalałam sobie 😉

resume_Kanada_CV_ Kanada się nda

Przykład, jak zbudowane jest kanadyjskie resume:

kanadyjskie resume

A teraz o co chodzi z tym wybielaniem? Ale cicho sza, bo to niepoprawne politycznie jest.

Jedna z pierwszych rad, jakie usłyszałam tutaj w temacie poszukiwania pracy?

Katarzyna? Katarzyna ?! Nie da się łatwo wymówić, zmień sobie !

Ano tak. Smutna prawda. Do kanadyjskiego resume nie dodaje się zdjęć, nie załącza się informacji, które mogą cię zidentyfikować, jako człowieka o określonej rasie, matkę, starca, etc. No ale imię to zazwyczaj zostawiamy w papierach.

Okazuje się jednak, że nasze imię własne, nadane nam dumnie przez rodziców, więc to imię może przeszkadzać pracę w Ameryce znaleźć. I niestety mimo że nikt się nie przyzna (grozi pozwem), to nasze imię często decyduje, czy pracodawca kanadyjski (amerykański) zadzwoni. Bo co, jeśli nie chce się wysilać mówiąc “Katarzyna” [chlip, chlip]? Albo “Kaszia”?

Badania pokazują, że problem występuje także w firmach, które chlubią się różnorodnością wśród pracowników (diversity). Nawet one nie są wolne od uprzedzeń rasowych, a osoby o obco brzmiących imionach/nazwiskach są zapraszane na rozmowę 2 – 2,5 raza rzadziej niż ci ze swojskim imieniem.

Problem dotyczy zwłaszcza Azjatów, stąd sporo z nich zangielszcza/zmienia swoje imiona na bardziej lokalnie brzmiące. Wybiela się tym sposobem. Stąd pojęcie: wybielanie resume.

A ja, chociaż Azjatką nie jestem, w swoim kanadyjskim resume występuję jako Kate. Na Linkedin mam wprawdzie Katarzyna, ale w linku do profilu jestem Kate.

Chcesz zobaczyć mój profil na LinkedIn? Kliknij tutaj

Przyznam się wam, że Kate ułatwia mi życie nie tylko podczas poszukiwania pracy. Ale to już temat na osobny post…

Na razie tyle. Wiem, wiem, ledwie liznęłam temat. Będzie więcej, tylko nie tak jednym rzutem. Najpierw testuję na sobie, żeby potem wam samą samiuśką prawdę pisać. 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

Musieliśmy pojechać do Stanów, czyli wyjechać z Kanady, żeby wrócić do Vancouver i móc zostać. Brzmi dziwnie? Jest dziwnie.

Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

I po co nam to w ogóle?

No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

  • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
  • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

[UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


 

Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

#1

Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

→ Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

→ Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

Po polsku info o wizie jest tu.

→ Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

→ Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

→ Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

→ Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

→ I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

#2

Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

#3

Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.