Kategoria: Mieszkanie w Vancouver

Dobrze mieszkać to niełatwa sprawa. A co dopiero w mieście, które co i rusz ląduje w rankingu najlepszych do życia i jednocześnie najdroższych miejscówek świata.

Przeszukaj tę kategorię, żeby się dowiedzieć o naszych perypetiach z poszukiwaniem mieszkania w Vancouver. Co lubimy w naszym mieście, co nas wkurza. To jeszcze nie Alternatywy 4, ale już całkiem blisko…..

Polecamy dzielnice i lodowiska. Szkoły i przedszkola. Gdzie pójść do lekarza. Słowem, wszystko, co musisz wiedzieć, zanim przeprowadzisz się do drugiego największego miasta Kanady.

  • Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [część II] Boisz się mówić po angielsku? Bo ja się boję

    Cieszę się, że pierwsze rozmówki kanadyjskie przypadły Wam do gustu.

    Dla mnie te posty z pogranicza języka, komunikacji i różnic kulturowych są nieodzownym elementem obsługi początków emigracji w Kanadzie.

    Kiedy już ogarniemy najważniejsze [trochę już o nich napisałam na blogu], czyli załatwione zostanie: praca, mieszkanie, szkoła, warto na chwilę zatrzymać się i zastanowić.

    Nie wystarczy żyć w danym kraju. Warto dobrze żyć i podnosić sobie jakość codzienności. Najłatwiej za pomocą języka.

    Wszędzie o tym trąbię, ale napiszę jeszcze raz: naszym zdaniem największym Twoim kapitałem jako emigranta jest umiejętność komunikowania się po angielsku (ewentulnie francusku). Bez języka ani rusz !

    Znasz już moje główne grzechy, które skutecznie utrudniały mi rozmowę z Kanadyjczykami. Ale nie wiesz jeszcze, że właściwie od samego początku się bałam. Bałam się mówić po angielsku.

    [I teraz Ci co mnie znają osobiście mogą się mocno zdziwić, bo zwykle pierwsza wyrywam się do gadania. Ale boję się nadal. Tylko nieźle się maskuję]

    A jak to wygląda u ciebie? Boisz się mówić po angielsku? Poczytaj, co ja u siebie zdiagnozowałam

    Może też masz:

    • blokadę wewnętrzną? Miałam wrażenie, że chociaż uczyłam się angielskiego, to się nie nauczyłam i nic nie umiem, i nikt mnie nie zrozumie. Innym to idzie dobrze, a mnie nie. Jako rasowa Polka i 100% kobieta uwielbiam się porównywać, i  oczywiście moje poczucie własnej wartości w dużej mierze zależy od tego, co inni o mnie myślą. A co, jeśli powiem coś i inni będą myśleli, że jestem głupia i niedouczona, nic nie warta ?
    A może myślisz:
    • W ogóle to jestem nieśmiała i introwertyczna. Może lepiej nic nie mówić? Może się domyślą?
    I ok, można taką osobą być. I sobie dobrze żyć.

    Jednak w taki przypadku USA i Kanada to nie są Twoje kierunki emigracji.

    Bo tutaj jest tak, że jak się boisz, że się nie uda, to się nie uda. Wszyscy wierzą, że się uda, a tych, co w to nie wierzą, się nie lubi. I się z nimi nie rozmawia i nie zawraca się nimi głowy. Nikogo nie obchodzą Twoje uczucia strachu przed mówieniem. Nie mówisz, nie istniejesz.

    Kolejne zagadnienie, który mnie dotyczyło i blokował przed odezwaniem się do Kanadyjczyka:

    • Nadmiernie rozmyślałam o przeszłości i procesie nauczania angielskiego, zamiast pomyśleć o hands on training. Przez głowę przelatywało mi: Nie zacznę mówić, jeśli nie będę znać angielskiego perfekcyjnie. Najpierw nauczę się języka, a później pójdę do pracy. Dobrej pracy. Nie czuję się pewnie i nie wiem, jaką decyzję podjąć.

    i co się wtedy może wydarzyć?

    • Nie rozwijasz się, tkwisz w bezpiecznej bańce tych samych, często polskojęzycznych znajomych, tych samych, często niewystarczających tematów;
    • Jesteś strustrowana i zła;
    • Starasz się uczyć jeszcze więcej, kujesz na maksa, więc jesteś tym zmęczona na maksa;

    Zapytaj się siebie, co się może stać, jak ci się NIE uda powiedzieć czegoś po angielsku?

    Obrażą się?  ———> Nie

    Pogniewają na ciebie? ————>Nie

    Wyjdziesz na głupka?———> Nie

     
    Muszę cię rozczarować – nikogo to nie obchodzi !

    Ale Ty nie odniesiesz wymiernych korzyści:

    -nie załatwisz sprawy

    -nie poznasz nowych ludzi

    -nie rozwiniesz siebie

    -będzie nudno

    Więc rada jest jedna: bój się i mów. Nie da się inaczej. Ja tak robię.

    PS. Czytając ten post, zdałam sobie sprawę, że używałam cały czas formy żeńskiej czasownika. Nie wiem, czy panowie mają podobne zahamowania wewnętrzne, wydaje się, że łatwiej im przychodzi “rzucenie się na głęboką wodę” i niezastanawianie się, co też ludzie powiedzą. I dobrze 🙂

    Masz jakieś swoje sposoby na strach przed gadaniem po angielsku? A może temat według Ciebie jest sztuczny? Daj znać, a ktoś Ci za to podziękuje !

  • Poradnik – służba zdrowia w Kanadzie

    Często dostajemy od Was w mailach ogólne pytania o emigracyjne życie w Kanadzie. O to, jak wygląda służba zdrowia czy szkoła kanadyjska. Postanowiłam więc przygotować serię postów poradnikowych, kompleksowo ujmujących jakiś temat, taki trochę post- filar.

    To będzie pierwszy z nich.

    Po tym, co się ostatnio dzieje w moim życiu, stwierdzam, wcale nie odkrywczo, że zdrowie jest najważniejsze. A jak się przyjeżdża do innego kraju (szczególnie z rodziną, szczególnie z małymi dziećmi) to warto jest mieć choć ogólne rozeznanie, jak to wygląda.

    To zaczynamy!

    Służba zdrowia w Kanadzie jest podobna do tej, którą mamy w Polsce. Czyli powszechna, ogólnie dostępna i przynajmniej w założeniu bezpłatna.

    Poniżej postaram się w miarę czytelnie opisać, jak wygląda, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską.

    1 # powszechność i finansowanie służby zdrowia

    Kanada ma ogólnokrajowy system opieki medycznej (Medicare), finansowany w znacznej mierze z budżetu i administrowany na szczeblu samorządowym.

    W praktyce każda prowincja czy terytorium ma swój własny plan medyczny. W niektórych prowincjach jest on w całości finansowany z podatków mieszkańców.

    Ale w innych, niestety także w B.C., trzeba co miesiąc płacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne (medical insurance premiums). Opłacenie tej składki czasami proponuje pracodawca, w ramach świadczeń pracowniczych, więc podczas rozmowy o pracę możesz się zapytać, czy firma płaci za MSP (Medical Service Plan in B.C.)

    Z płacenia podstawowej składki zdrowotnej zwolnieni są często seniorzy oraz rodziny o niskim dochodzie. Mitem jest jednak twierdzenie, że Kanada ma bezpłatną opiekę zdrowotną.

    Koszt składki dla osób mieszkających w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz TUTAJ.

    Od 2020 o ile przysługuje Ci ubezpieczenie, nie trzeba opłacać składki zdrowotnej w BC

    Podstawowe ubezpiecznie medyczne zapewnia dostęp do podstawowych usług medycznych:

    • wizyta u lekarza rodzinnego, prześwietlenia klatki piersiowej, nastawienie złamanej ręki
    • wizyta w przychodni, czyli walk-in clinic
    • pobyt w szpitalu – zagrożenie życia i zdrowa lub po skierowaniu od lekarza rodzinnego
    • badanie wzroku dzieci i osób starszych
    • aborcja

    Po listę zabiegów zawartych w podstawowym ubezpieczeniu medycznym Kolumbii Brytyjskiej zajrzyj TUTAJ.

    Rozszerzone ubezpiecznie medyczne dotyczy rzeczywiście dodatkowych zabiegów czy wizyt, nieujętych w programie podstawowym. Jest to na przykład wizyta/rehabilitacja u fizjoterapeuty czy badania laboratoryjne.

    Wygląda to inaczej niż w Polsce, gdzie prywatne ubezpieczenie medyczne to zazwyczaj łatwiejszy dostęp do tych śwadczeń, które są i tak płacone przez NFZ. 

    Myślałam na początku, przenosząc doświadczenia z Polski, że extended health care to coś właśnie jak abonament w Luxmedzie, gdzie ma się szybszy dostęp do lekarza pierwszego kontaktu czy pediatry. A to coś innego.

     

    2 # rozszerzone ubezpiecznie medyczne

    Budżet prowincji ma wpływ na to, jakie usługi medyczne są wliczone w podstawowy pakiet medyczny. Za wszystkie inne przyjdzie Ci niestety zapłacić dodatkowo. W przypadku konieczności skorzystania z usługi medycznej niezawartej w podstawowym ubezpieczeniu zapłacisz z własnej kieszeni (out-of-packet payment) albo zostanie ona pokryta z ubezpieczenia dodatkowego (extended health care plan). Szczegóły poniżej:

    Masz tylko podstawowe ubezpiecznie zdrowotne (MSP), a całość kosztów dodatkowych świadczeń sam płacisz  – to proste, dostajesz przy wyjściu fakturę i uiszczasz opłatę. Jeśli nie jest to sprawa zagrażająca życiu KONIECZNIE zapytaj najpierw o koszt usługi [wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć, bo może zaboleć]. Przykład: u dentysty koszt wizyty – i nie piszę tutaj o jakimś zaawansowanym plombowaniu – to około 200-300 CAD. Jak mówią internety, często bardziej opłaca się wylecieć do Polski i wyleczyć co trzeba. Z biletem lotniczym i tak wyjdzie taniej niż w Kanadzie

    Masz dodatkowe ubezpiecznie zdrowotne (extended health care plan zwany też third-party insurance), koszty dodatkowych świadczeń współpłacisz z ubezpieczycielem. Tutaj również możliwe są różne warianty:

    1. Płacisz całość kwoty u lekarza, u dentysty czy okulisty (up-front payment) i później fakturę wysyłasz do ubezpieczyciela (towarzystwa ubezpieczeniowego), który zwraca Ci całą lub część tej kwoty na konto/czekiem. Sposób mniej przyjazny dla ciebie, bo oznacza konieczność wysłania dokumentów (extended health care claim) do ubezpieczyciela (pocztą lub emailem) i czasami dodatkowych wyjaśnień czy dyskusji o ten wydatek medyczny.
    2. Płacisz część opłaty (w zależności od Twojego planu może to być np. 20% całej kwoty, nie słyszałam o extended health care pokrywającym 100% wydatków medycznych). O resztę klinika/szpital/dentysta czy inna placówka medyczna występuje sama do ubezpieczyciela. Nie musisz się właściwie o nic martwić, pokazujesz tylko swoją kartę, że masz dodatkową opiekę medyczną i koniec formalności.

    Trochę informacji o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym znajdziesz w artykule z Vancouver Sun [ang]

    Towarzystwa ubezpieczeniowe, w których mamy/mieliśmy dodatkowe ubezpiecznie extended health care plan:

    • SunLife – nasz obecny ubezpieczyciel (z firmy Kuby). Obsługa telefoniczna w miarę ok (czasami sobie zaprzeczają, więc zawsze notujemy imię konsultatnta, żeby nie było potem niedomówień), czas oczekiwania na połączenie z konsultantem w kanadyjskiej normie. Największy minus – przyjmują wnioski tylko w formie papierowej, więc musisz nadać list z rachunkami (koszt normalnego około 2 CAD)
    • Maunlife – poprzedni ubezpieczyciel (z firmy Kasi). Jakoś tak wyszło, że wszystkie opłaty dodatkowe za usługi medyczne były bezpośrednio ściągane przez przychodnie, więc nie mamy osobistych doświadczeń w kontakcie.

    Co warto wiedzieć: jeśli dwie soby mają w rodzinie ubezpieczenie od innych ubezpieczycieli (bo np. takie mają przyznane w ramach bonusów od pracodawców) to często można kumulować zwrot za usługi medyczne bądź podwyższać sumę świadczeń. Nigdy tak jeszcze nie robiliśmy, ale wiemy, ze można. I wtedy można dostać nawet 100% zwrotu zaplombowanie czy okulary.

    #3 – oczekiwanie na ubezpieczenie i aplikowanie o nie

    Wiesz już, że musisz być w jakiś sposób objęty ubezpieczeniem medycznym. Ponieważ to kanadyjskie nie przysługuje automatycznie, trzeba o nie wystapić. Dokumenty aplikacyjne są dostępne w przychodniach, szpitalach, a najlepiej rozejrzeć się online.

    Kanadyjskie ubezpieczenie zdrowotne zależy od Twojego statusu tutaj. Niebędąc rezydentem czy obywatelem niekoniecznie przysługuje Ci ubezpieczenie (znowu zależy od prowincji), a jeśli tak, to zwykle jest ono ważne tak długo, jak Twoja wiza.

    Okres oczekiwania na rozpoczęcie okresu ubezpieczeniowego może wynosić nawet 3 miesięce. Na ten czas musisz mieć ubezpieczenie komercyjne. Najczęściej kupione jeszcze w Polsce, polecam z jak najszerszym pakietem. [Uwaga: zapoznaj się dokładnie z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczeń i upewnij, że nie dotyczy ono tylko pobytu turystycznego, ale także pobytu na wizie pracowniczej, czyli zwrócą Ci za ewentualny wypadek przy pracy].

    #4 – co NIE jest zawarte w bezpłatnym planie medycznym

    Poniżej najważniejsze trzy usługi okołomedyczne, za które w większości miejsc zapłacisz z własnej kieszeni całość kosztów:

    1. DENTYSTA: Praktycznie cała opieka stomatologiczna w Kanadzie jest prywatna. Oczywiście są miejsca, gdzie możesz zbadać czy leczyć zęby za darmo, ale są one dla ludzi o bardzo niskim dochodzie, albo tylko dla dzieci, albo tylko dla seniorów. W Polsce też teoretycznie usługi dentystyczne są płacone przez NFZ. A w praktyce? No właśnie, i tak wszyscy chodzimy leczyć zęby prytwanie (pozdrowienia dla naszej Pani Dentystki z Mcza, dr B. Ż !)


    Crime story pt: “My kontra dentyści w Vancouver“. Z litości nie wspominam o kosztach!


    2. OKULISTA i OPTYK: W B.C. dzieci i seniorzy mają prawo do bezpłatnego badania wzroku raz do roku. Za okulary się płaci dodatkowo. Dorośli płacą za wszystko. Koszt badania w Vancouver to około 70 CAD, koszt okularów 200-300 CAD.

    3. LEKI: lekarstwa (poza tymi, które dostaniesz w szpitalu, podczas hospitalizacji*) nie są zawarte w ogólnym, podstawowym planie medycznym. Dostajesz receptę, idziesz do apteki i płacisz. Częściowe współpłacenie jest możliwe z rozszerzonym ubezpieczeniem. Dla osób bez dodatkowego ubezpieczenia, które potrzebują stałych leków, rządy prowincji oferują pomoc finansową. O szczegóły musisz zapytać farmaceutę. W Kolumbii Brytyjskiej jest program PharmaCare dla osób o niewielkim dochodzie. Szczegóły TUTAJ.

    *może się zdażyć, że będzie wersja bezpłatna i płatna, np. zwykły gips jest bezpłatny, a ten wodoodporny lub termoplastyczny kosztuje. Jeśli się na niego zdecydujesz i przyjdzie Ci zapłacić, sprawdź czy dodatkowe ubezpiecznie medyczne Ci za to nie zwraca.

    Gdzie znaleźć aptekę? Pytaj Googla o Drugstores czy Pharmacies. 

    • My mamy najbliższą w Shopper’sie.
    • Możesz kupić lekarstwa bez recepty (non-prescription drugs lub over-the-counter drugs), stojące na regałach w sklepie, tak jak ogólnodostępne leki w polskich supermarketach.
    • Jeśli lekarz wypisze Ci leki na receptę (prescription), wtedy przynosisz ją do okienka z napisem drop off, gdzie zostawiasz receptę farmaceucie.
    • On przygotuje dla Ciebie lekarstwa (zwykle czeka się kilkanaście minut) i możesz je odebrać w następnym okienku (pick up).
    • Jeśli lekarstwa będziesz musial przyjmować stale, farmaceuta ustali z Tobą system uzupełniania zapasów (częstotliwość, jak je będziesz odbierał, czy farmaceuta ma dzwonić z przypomnieniem itd.).
    • Część ubezpieczycieli zwraca pewną kwotę także za lekarstwa, więc sprawdź czy masz to w swoim extended health care plan‘ie.

    CIEKAWOSTKA: Marihuana lecznicza jest legalna w Kanadzie. Napisałam kiedyś do Magazynu Fuss, jak wygląda sytuacja zioła w Vancouver. Chcesz poczytać?

    #5 – Jesteś chory, masz chore dziecko, co robić wtedy?

    • Jeśli jesteś chory, najpierw idziesz do swojego lekarza rodzinnego (jak  go masz), albo do przychodni (walk in clinic). Tam Cię zbadają i w razie konieczności dostaniesz skierowanie do lekarza specjalisty (także pediatry) czy na dodatkowe badania. Wizytę u lekarza rodzinnego zwykle rezerwujesz wcześniej, powinni Cię przyjąć w przeciągu kilku dni. Do przychodni, jak nazwa wskazuje, możesz wejść z ulicy i odczekać swoje w kolejce. Uwaga na odwoływanie wizyt: większość praktyk lekarskich stosuje (late) cancellation fee, jeśli za późno odwołasz wizytę lub w ogóle się na nią nie stawisz.
    • Nie ma limitu wizyt w przychodni czy u swojego lekarza rodzinnego. Nie jest łatwo znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów. Przed wizytą należy podać powód tejże (jeden problem medyczny na wizytę!). Nie musisz mieć ani lekarza rodzinnego, ani ubezpieczenia, żeby zostać przyjętym do szpitala w razie zagrożenia życia.
    • Zajrzyj pod ten link, żeby się dowiedzieć, w której przychodni (walk in clinic) są najkrótsze kolejki!
    • Jeśli spotkał Cię wypadek, dzwonisz na 911 lub idziesz do najbliższego szpitala.
    • Jeśli nie wiesz, co robić, dzwonisz na 811. Porozmawiasz z pielęgniarką, która Cię pokieruje, co robić, da adres do lekarza, wskaże przychodnię. Miej przy sobie numer karty zdrowia (BC Health Care Card). Zadzwoń tam, jeśli masz dziecko z gorączką i nie wiesz, czy ktoś może przyjść obejrzeć je w domu. Wizyty domowe w Kanadzie nie są w standardzie !

    #6 różne ważne info

     A co jak wyjeżdżasz z Vancouver, albo z Kanady? Plan ubezpieczenia zdrowotnego zależy od prowincji/terytorium i wyjeżdżając z niej jesteś wprawdzie ubezpieczony, ale zorientuj się, czy nie jest wymagana dodatkowa rejestracja albo spełnienie innych warunków (out of province health care). Najczęściej ubezpiecznie jest ważne do sześciu miesięcy poza Kanadą. I pokrywa wydatki do wysokości kwot kanadyjskich (tzw. table-rates). Czyli np. w USA w razie wypadku zostaniesz poproszony o dopłacenie różnicy za usługi medyczne, które są tam droższe niż w Kanadzie.

    Sprawdź swoją polisę dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego ! Może masz coś, co możesz wykorzystać, np. wizyty u masażysty? Niewykorzystane w danym roku zabiegi nie przechodzą na następny rok i nie kumulują się. Jeśli korzystasz z wizyt u lekarza/masażysty/psychiatry, zorientuj się, czy mają zarejestrowaną praktykę medyczną (jesli nie, może być Ci trudniej odzyskać zwrot kosztów leczenia od ubepzieczyciela)

    Trzymaj rachunki od lekarza ! Ponieważ jak się zdążyłeś zorientować dostarczycieli usług medycznych jest kilku, a każdy rządzi się trochę innymi prawami, zawsze trzymaj wszystkie rachunki medyczne i faktury, żeby w razie czego móc wystąpić o zwrot kosztów leczenia. W Kanadzie służba zdrowia w dużo większym stopniu niż w Polsce opiera się na strategii biznesowej.

    Szczepionki. Kto nie ma dzieci, temu może wcale do głowy nie przyjść, że szczepienia to temat kontrowersyjny. Zdania rodziców co do szczepień dzieci Co do edukacji przed-szkolnej, to zależy od typu placówki (trzeba się informować u źródeł). Kalendarz szczepień dla dzieci w B.C. znajdziesz TUTAJ. O naszym doświadczeniu ze szczepionkami TUTAJ. Dobry wpis na blogu Polityki o szczepionkach w Kanadzie i nie tylko.

    Szpital. Wszelkie lekarstwa, procedury (zabiegi, znieczulenia, operacje, zdjęcia, testy laboratoryjne, poród, prowadzenie ciąży, opieka poporodowa) są zawarte w podstawowym planie medycznym. Badania zlecone dodatkowo przez inne instytucje (np. do prawa jazdy, do ubezpieczenia, do celów imigracyjnych) są płatne przez Ciebie. Uwaga: w wielu prowincjach transport karetką jest dodatkowo płatny, nieujęty w podstawowym ubezpieczeniu zdrowotnym.

    Planujesz ciążę w Vancouver? Przeczytaj te dwa posty, które napisałam wspólnie z dziewczynami z Polskich Babskich Spotkań:

    1. prowadzenie ciąży w Vancouver
    2. małe dziecko i urlop macieżyński w Vancouver

    Mam nadzieję, że teraz wiesz już więcej o tym, jak wygląda służba zdrowia w Kanadzie.

    Podsumowując moje odczucia: po dwóch latach mieszkania w Vancouver, widzę, że najlepiej nam było z abonamentami w Medicover czy Luxmedzie.

    Byliśmy szczęściarzami, mając do nich dostęp w Polsce. Ale w Vancouver też nie narzekamy, a w porównaniu z bardzo niedofinansowaną publiczną polską służbą zdrowia, bardziej nam się podoba publiczny system kanadyjski.

    I jest bardziej życzliwy, choć zaskakuje mnie wciąż…

    To co kochani ? Na zdrowie !

  • Hokej w Kanadzie i mecz hokejowy w Vancouver – co Tu tak Cicho?

    Hokej to kanadyjski sport narodowy. Ale nie piszcie tego na teście na obywatelstwo kanadyjskie, bo pytanie o kanadyjski sport narodowy jest podchwytliwe i trzeba koniecznie dodać, że hokej to ZIMOWY sport narodowy w Kanadzie.

    Nie przekonałam? Zerknij na zdjęcie ze strony rządowej kanadyjskiego ministerstwa sportu.

    Spytaj jednak dowolnego kanadyjczyka o sport narodowy i prawie na pewno odpowie, że hokej. I będzie pewien, że Kanada jest ojczyzną hokeja. I trochę racji w tym jest, bo krążek po raz pierwszy użyto w Ontatrio.

    Krótka Historia Hokeja w Kanadzie

    Jak wiele rzeczy w Kanadzie, i hokej przypuszczalnie dostał się do Nowego Świata z Anglii. Albo z Francji, albo nawet z Niderlandów bo na obrazach Pietera Bruegel’a  dostrzeżesz ludzi jeżdżących po lodzie z zakrzywionymi kijami.

    Nazwa hokej pochodzi od francuskiego słowa „hoquet”, kij pasterski, przedmiot, który był używany przez Szkotów w XVIII wieku.

    No i widzicie – wiele krajów chciałoby być kolebką hokeja.

    Nieważne skąd przyszedł, ważne, że na zawsze zadomowił się w Kanadzie i nie znam kanadyjskiego dziecka, które nie wie, co to hokej i przynajmniej raz nie było na meczu (jako zawodnik lub widz).

    Hokej w Kanadzie to jest stan umysłu, ważny element tożsamości i powód do dumy narodowej.

    Hokejem się w Kanadzie żyje, hokej się ogląda.

    Jak oglądać mecz hokejowy w telewizji?

    Zapytaj znajomego Kanadyjczyka czy zna program Hockey Night in Canada, jeden z najdłużej nadawanych programów sportowych na świecie. Na początku była to audycja radiowa, Widzę oczami wyobraźni te kanadyjskie rodziny przed odbiornikiem radiowym, nerwowo obgryzające paznokcie. Ale z drugiej strony może słuchanie jest lepsze niż oglądanie, bo nie trzeba tak głową rzucać wypatrując śmigającego krążka?

    Może ten Kanadyjczyk, którego zapytasz o HNC, zna program, i lubi, i będzie to dobry pretekst, żeby razem obejrzeć mecze ligi NHL, posłuchać ekspertów i wywiadów z zawodnikami.

    Jak wpiszesz w Google frazę: How can I watch Hockey Night in Canada?, wyszukiwarka wyświetli ci aktualną listę stacji nadających program na żywo.

    Możesz też obserwować program na mediach społecznościowych, np Facebooku i Instagramie @hockeynight.

    Przy okazji podrzucam swój Instagram, jeśli chcesz zobaczyć momenty z życia na dwa kraje

    Czy ja lubię hokej? Eeeeee….

    Mamy w rodzinę tę część, która sportem żyje. Ja do tej części nie należę.

    Całe moje życie zastanawiałam się, czy ja aby nie jestem adoptowana, skoro zawody sportowe, mecze, memoriale, Polsat Sport i co tam jeszcze, więc te wszystkie akcje, jakoś mnie nie ruszają. Kuby też nie ruszają. Takie z nas leniwce wyrodne.

    Ale reszta rodziny, jej część, kibicami jest, pisanymi dużą literą.

    Dzięki temu Krzysiek jest w klubie przyjaciół Legii, był na zawodach siatkarskich i zanim jeszcze umiał się przedstawić, już seplenił: jak mec, to wsystko idzie prec.

    To nie jest tak, że nas sport guzik obchodzi.  

    W góry pójść? Zawsze. Na rower, na narty, na basen, a i owszem.

    Tylko coś sporty grupowe na nas nie działają, a już oglądanie tychże…. nie, nie nasza bajka.

    Ze sportów na lodzie to ja lubię jedynie łyżwiarstwo figurowe.

    Smaczek popkulturalny dla fanów Ani z Zielonego Wzgórza. w serialu Anne without e z Netflixa dzieciakom grającym na lodzie kije hokejowe dostarcza rdzenny mieszkaniec Kanady.

    Ale nie było takiej możliwości, żeby mieszkając w Kanadzie, nie obejrzeć meczu hokejowego. Trzeba.

    Dyżyny hokejowe w Vancouver

    Na Canucksów raz się trzeba wybrać, czy też Gigantów. Żeby poczuć, o co chodzi i żeby punkt z listy odhaczyć też.

    Dla zupełnych świeżaków w temacie i tych, co chcą wiedzieć tycio, tycio:

    • drużyna hokejowa Canucks to ci najważniejsi, pierwszoligowi czy też NHLigowi, chociaż (znowu) wypadli z Pucharu Stanleya, i stadion mają w Downtown.
    • Giants grają we wschodnim Vancouver, i należą do ligii młodzików. Wrażenia sporotowe są podobne, za to bilety na ich występy są tańsze

    Różne głosy słyszeliśmy o meczu hokejowym, że trzeba pójść, to raz, ale że nie warto, to dwa. Bo krążek za mały, a bilety drogie.

    Mam cichą nadzieję, że się znawcy hokeja w Vancouver ujawnią w komentarzach i poprawią, co  źle napisałam.

    Dotychczas redakcja Kanada się nada była w 1/2 osoboskładu na trzech meczach. Dwa razy byli to Giganci i raz Canucks.

    Mecze Gigantów oglądaliśmy, bo szkoła Krzyśka wraz z innymi szkołami z regionu Vancouver, organizowała podczas meczu flash mob przeciwko przemocy w szkole.

    Pierwszy raz wyjazd na mecz mieli w roku 2015.  

    Cała szkoła Krzyśka, i inne szkoły z okolicy, pojechali na mecz hokejowy.

    Był to pierwszy w Krzyśkowym życiu flash mob, i od razu na różowo (tym kolorem protestowali przeciwko agresji w szkole)

    Zakup biletów organizowała szkoła (koszt: 10 CAD). Kupiliśmy też koszulkę różowiutką za 15 CAD.

    Cel wyjazdu i meczu był szczytny, taniec wesoły, choć Krzyś wyraźnie oporny był podczas ćwiczeń, jakoś taniec go nie porywa ?  Antibullying day wypadało 25/2/2015.

    Wideo możecie obejrzeć pod tym linkiem.

    W tym roku znowu zatańczyli. I ja też pojechałam zobaczyć.

    Dobrze było zobaczyć dużą ilość dzieci zjednoczonych w takiej potrzebnej inicjatywie.

    Choć drużyna gospodarzy przegrała, sam mecz mi się podobał, emocje były.

    I koszulkę wygrałam, bo w czasie przerw organizowane są losowania różnych nagród albo pokazy, kto najładniej zatańczy, albo po prostu rzucanie fantów w publiczność (koszulek).

    Na wielkim telebimie wyświetlali zachęcające hasła oraz śmieszne filmiki.

    Ponieważ to był mój pierwszy raz na meczu hokejowym, nie obyło się bez kilku zdziwień.

    Na przykład, że na mecz zabiera się niemowlęta. A żeby mogły spokojnie przysypiać w trakcie meczu, zakłada się im wielkie słuchawki-ochraniacze na uszy.

    Kolejne zdziwienie uświadomili mi rodzice, kiedy wybraliśmy się wspólnie na mecz Canucks kontra drużyna z Colorado.

    Kiedy czekaliśmy na autobus na lodowisko, widzieliśmy sporo kibiców.

    Przed wejściami kłębił się tłum.

    Usiedliśmy na swoich miejscach, wokół ludzi nawet całkiem sporo, większość w niebieskich koszulkach. Będzie się działo!, pomyślałam.

    A tymczasem już chwilę po rozpoczęciu meczu, zaczęliśmy się zastanawiać, co tutaj tak cicho?

    Nie było komentatora, kibice dopingowali, a i owszem, ale jakoś tak łagodnie. Emocje wyważone. Iście kanadyjskie !

    Podczas przerw ludzie okupowali stoiska z jedzeniem, popcornem, gadżetami. Było gwarnie i wesoło.

    A na meczu spokojnie. Nie wiem, może tak się trzeba zachować podczas hokeja?

    Trochę to jednak stało w sprzeczności z hasłami zagrzewającymi do dopingu, typu Make some noise.

    Żeby nie było, że narzekam. Podobało nam się. Na pewno lepiej jest tak oglądać sport, niż przed telewizorem w domu. Co doświadczenie na żywo, to doświadczenie na żywo.  

    Zwłaszcza jeśli ceny biletów sezonowych zaczynają się od $55.

    Jeszcze w temacie szczegółów technicznych.

    My kupiliśmy bilety tutaj.

    Nie kupiliśmy ich bezpośrednio na stronie Vancouver Canucks, tylko “z drugiej reki” korzystając właśnie z tego serwisu. Te same miejsca kosztowały nas 30 CAD, gdy tymczasem na stronie drużyny były po ponad 50 CAD.

    Zapłaciliśmy kartą, potwierdzenie przyszło na mail, wydrukowaliśmy, pokazaliśmy pani przy wejściu i już. Szybko i sprawnie.

    Jestem hockey mom

    Określenie soccer mom oznacza mamę wożącą dzieci minivanem na zajęcia sportowe. A w Kanadzie zamiast soccer mom, jest hockey mom.

    Czyli mama sporą część swojego czasu poświeca na dowożenie dzieci na zajęcia na lodzie. A potem w zimych salach mota te łyżwy na nogach, kaski czyści, wielkie, ale to wielkie torby na hokejowe rzeczy nosi bez słowa skargi.

    Taka mama hokejowa ma zawsze coś do jedzenia po treningu, a w domu mrożoną pizzę lub szybki mac and cheese.

    No i jest po części lekarzem lub pielęgniarką, bo urazów na lodzie jest zawsze sporo, i trzeba opatrzeć, przytulić, pocieszyć.

    Wiadomo 😉

    Tyle o hokeju. Reszta to zdjęcia.

    o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_2
    Mecz hokejowy w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie i polskiej rodzinie w Vancouver
    o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_4

    A Wy lubicie hokeja? Byliście na meczu? Komu kibicujecie? Dajcie znać, czy pisać więcej o sportowej stronie Kanady

  • Rodzina do Kanady z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować, wypełnić eTA i ułatwić im przekroczenie granicy

    Rodzina do Kanady z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować, wypełnić eTA i ułatwić im przekroczenie granicy

    Nie wiem, jak u Ciebie, ale u nas przylot rodziny do Kanady i sławetna eTa to wielkie wydarzenie! Odwiedziny rodziny z Polski budzą w nas ogromną radość ale i stres! Przeczytaj, jak się przygotowaliśmy.

    Powiem tak – temat: rodzina z Polski przyjeżdża, to nie jest błaha sprawa i sama intuicja nie zawsze wystarczy.

    No bo jak to wygląda? Każdy mówi, że chciałby przyjechać, cię odwiedzić, ale jakoś zwykle tak wychodzi, że nie zawsze się da.

    Odległość (za duża), pieniądze (za mało), czas (nie ma), język (się nie zna).

    Albo z innej strony. Jakiś niewyjaśniony żal tu i tam, który nie pozwala wizytą się cieszyć.

    Ale jak rodzina z Polski już się zdecyduje przylecieć, to radość oczekiwania przeplata się ze zdenerwowaniem, jak tu zrobić, żeby wyszło.

    Wiem, co piszę. Dwa razy to przerabiałam. Nawet na grupie fejsbukowej szukałam inspiracji i pocieszenia, kiedy mnie panika dopadła.

    Teraz już wiem, że:

    Podstawą udanej wizyty jest jak zawsze plan. Nie musi być w Excelu, może być spisany na luźnej kartce.

    Tak, brzmi jak dodatkowa robota, a i bez tego jesteśmy w  ciągłym niedoczasie. Więc po co wyskakuję z tym planem?

    Po pierwszej wizycie rodziców [Mama i Tata J. pozdrawiamy], pozostało w nas wrażenie niedosytu i zbyt błahego przygotowania się do wizyty, a co za tym idzie, mniej świadomego przeżycia tejże.

    Może gdybyśmy więcej zaplanowali, radość z wizyty byłaby większa?

    Plan się przydaje. Sam zobacz.

    Kiedy nastąpi ten długo wyczekiwany przylot rodziny z Kanady, docenisz zalety dobrego planu. Będzie łatwiej, obiecuję!

    Plan pomaga pozbyć się wszystkich pomysłów z głowy

    • Spisujemy jak leci, co potrzeba przed wizytą załatwić, a co już podczas wizyty.
    • Odpowiednio wcześniej można zdecydować: gdzie kto będzie spał (u nas czy w hotelu), kto z gospodarzy bierze wolne z pracy i czy w ogóle (polecam zwłaszcza podczas pierwszej wizyty nie zostawiać rodziny samej sobie).
    • Warto też porozmawiać o kosztach wizyty, tak żeby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo.

    Spisując plan, można zobaczyć, ile Vancouver ma do zaoferowania.

    Atrakcje, wycieczki, miejsca warte odwiedzenia układam potem jak puzzle, żeby nie było za dużo jednego dnia.

    Grupuję wyjścia na takie, które można zrobić w deszczu, albo takie, które wymagają samochodu (bo w 2015 i 2016 musieliśmy na wizytę rodziny samochód wypożyczyć).

    Na podstawie planu ogólnego, warto przygotować plan dnia.

    Polecam zrobić albo dzień wcześniej, albo przy śniadaniu – od razu można skonsultować z rodziną, zobaczyć, jakie są nastroje i czy nie warto dzisiaj wyluzować.

    Plan pozwala przyjrzeć się na spokojnie, czy aby nie wpadliśmy w pułapkę wizyta rodziny=100% turystyka.

    Może się zdarzyć, że wizyta rodziny wygląda jak objazdówka z biura podróży, zorganizowana do ostatniej minuty, i w gruncie rzeczy mało osobista, za to bardzo męcząca.

    Nie idźcie tą drogą! Nie samym zwiedzaniem rodzina żyje, a na pierwszej wizycie  turystyka powinna moim zdaniem zająć nie więcej niż 60-70 % wspólnego czasu. Tak żeby starczyło jeszcze na zwyczajne bycie ze sobą.

    I to jest właśnie ten zasadniczy powód, dla którego rodzina z Polski przyjeżdża. Bo chcą być z Wami. A Wy chcecie być z nimi.

    Dzięki planowi panujemy nad czasem, ale jak tutaj zapanować nad emocjami?

    Psychologiczne przygotowanie się do wizyty streszczę banalnie: wyluzować.

    Wizyta teściowej czy mamy w Vancouver w gruncie rzeczy nie różni się od wizyty w Warszawie.

    Jeśli będzie powód do niesnasek, to położenie geograficzne jest tutaj jedynie katalizatorem.

    Oczywiście może tak być, że rodzina z Polski przyjeżdża i zupełnie nie rozumie emigracyjnej rzeczywistości wokół. Są niezadowoleni, rozczarowani i ciągle porównują, jak to tutaj jest źle, a tam lepiej.

    Albo porównują w drugą stronę, maskując słabo skrywaną zazdrością.

    Cóż, niewiele można poradzić, bo na pewno odległość  nie pomoże w wyprostowaniu takich emocji.

    Może w takim razie warto zaprosić tylko część rodziny, tę, o której wiecie, że się będzie lepiej czuła?

    Emocji będzie sporo, więc trzeba na nie znaleźć miejsce i czas.

    Mówiąc miejsce mam na myśli fizyczną przestrzeń. Po dwóch-trzech tygodniach nawet najbardziej kochające się osoby mogą mieć siebie dość.

    I co wtedy?

    Spacer! Niech goście pójdą na chwilkę na pobliski skwerek, sami. Albo niech wyjdą gospodarze.

    To jest zły pomysł, żeby podczas wizyty rodziny z Polski nie być ze sobą 24/7. Choćbyśmy nie wiem jak byli stęsknieni, trzeba mieć przestrzeń wokół siebie.

    I jeszcze o emocjach podczas wizyty.

    Przygotowując się na przyjazd rodziny myślałam, że będziemy prowadzić długaśne Polaków rozmowy do późna w nocy. Jakoś do głowy mi nie przyszło, że byłoby to trochę dziwne, skoro takich rozmów nie prowadziliśmy w Polsce.

    Nie wiem, może myślałam, że emigracja zmienia również i takie zachowanie?

    Okazało się, że czas na rozmowy znalazł się sam, niewymuszony, nienachalny, odpowiadający obu stronom.

    Nic nie było na siłę. Trzeba dać czasowi czas.  Nie spinać się i nie wymagać zbyt wiele.

    [Ale tego nauczyła mnie dopiero druga wizyta]

    I nie przejmować się, że rodzice jako główne danie z Vancouver poznali poutine. Cóż robić, dzieci niespecjalnie chciały pójść na sushi.

    Na koniec wskazówki praktyczne. To, co najważniejsze !

    Haha, od tego powinnam zacząć, bo eTa i przylot rodziny do Kanady to temat przewijający się w emailach od Was.

    Organizacja przylotu rodziny do Kanady spada najczęściej na osobę, która w tej Kanadzie już jest. Kiedy odwiedzają nas rodzice, przygotowujemy im wszystko, tak, żeby mieli jak najwięcej przygotowane.

    Wypełnienie formularza eTa i kupno biletów na przylot do Kanady to są wydarzenia często zbyt stresujące, żeby nimi rodziców obarczać.

    Co to jest ta eTa i jak ją wypełnić?

    Polacy nie potrzebują wiz, żeby wjechać do Kanady. To po części prawda. Nie potrzebują występować o wizę (a dokładniej promesę wizową) w ambasadzie, jak to jest w przypadku USA.

    Ale każda osoba przybywająca do Kanady samolotem, która nie jest stałym rezydentem lub obywatelem, musi mieć electronic travel authorization.

    Podanie wypełnia się:

    • osobno dla każdej osoby;
    • posiadając ważny paszport – eTa jest przyznawana na 5 lat lub do końca ważności paszportu (upewnij się, że te dane są aktualne);
    • podając adres email (może być ten sam dla wszystkich członków rodziny);
    • płacąc kartą kredytową (koszt: 7 CAD. UWAGA: są w sieci naciągacze, którzy zaoferują wypełnienie tego prostego wniosku za dużo więcej. Nie daj się nabrać!);
    • odpowiadając na różne, czasami szczegółowe pytania o poprzednie wizyty w Kanadzie (z datami), złożone wnioski o wizy (studenckie, pracownicze, etc.) i ich status (odmowa).
    • podając informacje o statusie osoby w Polsce (zawodowym)
    • potwierdzając, że mamy środki na utrzymanie się w Kanadzie.

    Po zapłaceniu i wypełnieniu wniosku, potwierdzenie powinno przyjść na email w ciągu paru chwil. Czasami zajmuje dłużej ( do kilku tygodni). Dlatego o eTę dla rodziny postaraj się zanim kupisz im bilet!

    Jeśli wciąż nie masz informacji, sprawdź folder Spam w swoim programie pocztowym. Jeśli wciąż nie masz emaila, skontaktuj się elektronicznie z kanadyjskim urzędem imigracyjnym.

    Pamiętaj, że eTA uprawnia jedynie do wpuszczenia na pokład samolotu lecącego do Kanady. Nie oznacza z automatu, że dziarski kuzyn zostanie wpuszczony na 6 miesięcy do Kanady (standardowy okres wizy turystycznej). Jeśli urzędnik będzie podejrzewał, że przylot rodziny do Kanady nie jest wyłącznie odwiedzinami (a zamiarem podjęcia nielegalnej pracy), może ich niestety zawrócić.

    Długość pobytu i to, czy w ogóle rodzina zostanie wpuszczona zależy od oficera imigracyjnego na lotnisku, więc rodzina musi się przygotować do szczerej rozmowy!

    Więcej o obowiązkowym elektronicznym zgłoszeniu swojego przylotu do Kanady przeczytacie na blogu Moniki

    Język angielski u rodziny przyjeżdżającej z Polski. Tak, to bywa problemem.

    Z dobrych rad (dzięki Ewa B.): warto przygotować dla rodziny mini słowniczek z podstawowymi zwrotami po angielsku, zwłaszcza z terenu lotniska: czyli np. gate = bramka do wejścia, departures = odloty, itd. Żeby rodzina czuła się w miarę komfortowo podczas rozmowy z celnikiem.

    A jak mają rodzice rozmawiać z celnikiem na granicy? Co mają powiedzieć?

    Jeśli znają angielski, to rozmowa powinna być krótka i bez ściemniania. Skoro przyjeżdżają w odwiedziny, to to właśnie trzeba powiedzieć.

    Jak padnie pytanie, z czego się rodzina utrzymuje w Polsce, trzeba mieć odpowiedź przygotowaną.

    Nie mówić, że jest się bezrobotnym (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć). Ogólnie nie mówić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, że się nie chce odwiedzać, tylko pracować w Kanadzie. Nielegalnie.

    Mówić mniej niż więcej.

    Jak do czegoś nieprzyjemnego dojdzie, nie awanturować się, tylko poprosić o pomoc.

    Kanadyjczycy są spokojni, krzykiem się nic nie wskóra (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć).  Tłumacz zwykle jest, a obywatele polscy mają zagwarantowaną pomoc konsula za granicą.

    Słówko o samolocie: ponieważ nie ma bezpośrednich lotów do Vancouver z Polski, pozostaje wybrać przesiadkę.

    Stanowczo odradzamy fundowanie rodzinie międzylądowania w Kanadzie, czy w Stanach. Chcecie wiedzieć dlaczego? Tutaj opisaliśmy swoje przeżycia z drugiego przylotu przez Toronto.

    Najlepiej wybrać lotnisko w takim z europejskich miast, gdzie rodzina się może dogadać lub gdzie mieszka ktoś, kto w razie czego mógłby pomóc na lotnisku.

    Warto przygotować dokument na wzór letter of invitation do pokazania celnikowi w Kanadzie.

    Nie jest to dokument wymagany ale bardzo ułatwia rodzinie niemówiącej po angielsku pokazanie celnikowi o co chodzi.

    Co my napisaliśmy na naszym zaproszeniu dla rodziny z Polski (kartka A4)?

    • List rozpoczęliśmy prośbą o pomoc podczas wjazdu do Kanady, ponieważ rodzice nie mówią po angielsku;
    • Imiona i nazwiska rodziców, daty urodzenia, numery paszportów, telefon i adres w Polsce;
    • Kim dla nas są, po co przyjeżdżają, jak długo zostaną (u nas po angielsku było o tym, że to są dziadkowie, którzy nie widzieli swoich wnuków od 6 miesięcy i przyjechali na ferie wiosenne, na trzy tygodnie);
    • Gdzie się zatrzymają i kto będzie za to płacił;
    • Nasze dane osobowe, gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy (dobrze jest podać telefon do pracodawcy, jakby celnik chciał potwierdzić) i jaki jest nasz obecny status w Kanadzie (czyli, że mamy prawo do stałego pobytu). Ksero naszych kart stałego pobytu (PR cards) rodzice dołączyli do listu;
    • Na końcu były nasze numery telefonów z informacją, że czekamy na lotnisku i jeśli celnik chce nas wezwać na rozmowę, to jesteśmy w pobliżu;
    • I podziękowanie za pomoc.

    I tyle. Nie było żadnych problemów na granicy. Celnik spojrzał na list, nie zadał żadnych pytań, wziął paszporty, oddał paszporty.

    To co teraz?

    Ciesz się wizytą!

  • Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

    Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej.

    Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

    Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

    Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy. (Edit z roku 2019: jesteśmy w trakcie aplikowania o kanadyjskie obywatelstwo, więc jestem pewna, że moje rady przydają się nie tylko przy wyjeździe tymczasowym)

    Mam nadzieję, że może coś przyda się i tobie

    O czym ten post NIE jest?


    Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, jedna, zasadnicza, najważniejsza uwaga:

    Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

    Właściwie nie ma co tego komentować.

    Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

    W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji 😉]. Działa to na naszą korzyść.

    Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba).

    Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

    Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.


    A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

    1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

    W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi.

    W takim miejscu pokierują na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

    Wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni.

    Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

    Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

    To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

    Co prowadzi do następnego zadania :

    2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

    Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań.

    Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego.

    Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver.

    Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa.

    Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

    Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

    Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

    I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

    Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

    Ponieważ my byliśmy świeżakami na rynku wynajmu kanadyjskiego, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki, Matylda!) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

    Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

    więcej wpisów o mieszkaniu w Vancouver? proszę bardzo

    Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

    3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

    Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

    Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe.

    Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

    Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać.

    Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

    Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

    • karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
    • świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
    • nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych). Przyda się do prawa jazdy.

    Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

    • nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
    • akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
    • prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
    • wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

    W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy.

    Tego nie da się w Kanadzie kupić.

    Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby. W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

    Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

    • upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

    4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

    Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

    Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie.

    No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. 

    Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką.

    UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

    Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

    5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

    Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy.

    Ale jeśli nie są super hiper cenne, to należy sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

    Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

    Co było w naszych walizkach?

    • Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
    • Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
    • Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
    • Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
    • Soczewki kontaktowe.
    • Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
    • Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
    • Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

    Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

    Kabanosów nie braliśmy 😉

    Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

    Obiecuję, zero krwarych szczegółów. Wszystko jest ok. Dziś napiszę Ci, jak wygląda kanadyjski szpital. Jeśli czeka Cię przyjęcie do szpitala w Vancouver znajdziesz tutaj kilka wskazówek.

    A może rozśmieszą Cię nasze historie i poczujesz się lepiej? W końcu śmiech to zdrowie!

    Ten post powstał w roku 2016 i od tego czasu zepsuło się niemal wszystko w każdym z nas.

    Zdrowie się posypało, najmniej u Krzyśka, a najbardziej u mnie.

    Odwiedziliśmy wiekszość szpitali w Vancouver: General Hospital kilka razy, Mount Saint Joseph Hospital w naszej dzielnicy (nawet częściej niż Szpital miejski), Szpital na UBC (najnowocześniejszy, bo sam kompleks uniwersytecki UBC jest ciągle remontowany i rozbudowywany) i jeden z najstarszych szpitali, położony w samym Downtown – Szpitał Świętego Pawła.

    Na pogotowiu, czyli szpitlanym SORze wylądowaliśmy kilka razy podczas 6 lat pobytu w Vancouver. Na szczęście nie były to wypadki wymagające karetki.

    Chociaż raz juz byłam blisko wezwania jednej karetki do dziewczyny, która na moich oczach poślizgnęła się na przejściu dla pieszych i mocno łupnęła głową w chodnik. Zjechałam na pobocze, wyskoczyłam z auta i pytam, jak pomóc, jednocześnie myśląć, że o jezu, muszę do domu, bo chłopaki sami zostali.

    Dziewczyna mówi, że czuje się ok, ale no nie wyglądała tak,kiedy chwiejnie wstała. Ładuję ją w samochód, przy okazji mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo jest studentką. Więc myślę wtedy, że ją do szpitala odwiozę sama, żeby przynajmniej na koszcie tej karetki oszczędzić. Zajechałyśmy do General Hospital, a tam się już nią sanitariusze zajęli. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze. I że nie została z długiem szpitalnym do spłacenia przez resztę życia.

    Tyle anegdotki.

    Po pierwsze się nie stresuj – przypuszczalnie usłyszy albo przeczytasz, że służba zdrowia w Kanadzie jest okropna, słaba, że trudno o lekarza. Może też dopadnie Cię strach, że jak się po angielsku z nim dogadasz.

    Uspokoję. Nie jest cudownie, ale niech Cię to nie powstrzymuje przed zadbaniem o własne zdrowie.

    Rada ode mnie – jeśli się okaże, że musisz długo czekać na jakieś badanie, to idź do szpitalnej izby przyjęć i tam naświetl sprawę, przedstaw swoje schorzenia na tyle poważnie, żeby się Tobą zajęli od razu.

    My tak postąpilismy w przypadku interwencji chirurgicznej u Kuby. Wyznaczono mu odległy termin wycięcia znamienia. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, ale kiedy znamię znacząco urosło, natychmiast ruszliśmy do szpitala w Mount Pleasant. Zabieg miał jeszcze tego samego dnia.

    Rada numer dwa – jeśli musisz mieć badanie, na które się długo czeka, na przykład rezonas magentyczny (MRI), to spytaj, ćzy szpital nie robi takich badań w niestandardowych godzinach. Bo może nie musisz czekać kilku miesięcy, tylko kilka tygodni, jeśli zgodzisz się przyjść na badanie o drugiej nad ranem.

    Ja tak zrobiłam, i MRI głowy miałam robiony w nocy, w General Hospital. Zwiedzanie szpitala w nocy to jest doświadczenie samo w sobie. Pani rejestrująca dokładnie Ci powie, jak masz postąpić, i gdzie pójść, bo nad ranem spotkasz niewielu pacjentów na korytarzu.

    Ostatnia rada, skierowana do rodziców – ja bym z gorączkującym dzieckiem od razu szła do szpitalnej izby przyjęć. Zwłaszcza jeśli masz małe dziecko.

    Byłam świadkiem jak lekarz pierwszego kontaktu (family doctor) badał dziecko w korytarzu przychodni (walk in clinci)na Broadway, w sobotę rano. Dziecko gorączkujące, leje się przez ręce zrozpaczonego ojca, a sezon grypowy w pełni. Pediatra akurat nieobecny. Lekarz rodzinny dzwoni do szpitala, słucha instrukcji przez telefon i próbuje działać.

    Ale w końcu podejmuje najlepszą możliwą decyzję i po prostu wysyła tę rodzinę na SOR.

    A gdyby pojechali od razu, to byłoby mniej stresu dla wszystkich.

    Uprzedzę od razu wątpilowści niektórych czytających, że dziecko z gorączką może “zabrać” miejsce na izbie przyjęć człowiekowi, którego życie jest zagrożone. Nie przekonuje mnie ten argument. I nie chcę rozpoczynać dyskusji, które życie jest ważniejsze.

    Sam zdecyduj. A jeśli będziesz świadkiem, że do szpitala przyjmą najpierw rzucającego bluzgami, opierającego się narkomana z krwawiącą nogą, a nie Twoje cierpiące dziecko, napisz mi, jak to zrobiłeś, że się nie wkurzyłeś. Ja nie jestem taka szlachetna.

    Napisałam więcej o małych dzieciach i ciązy w Vancouver w tym wpisie.

    OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda szpital w Vancouver ?

    Najlepiej to kanadyjski szpital, każdy szpital w Vancouver wygląda od zewnątrz

    Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

    Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital.

    Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

    Moje wizyty na pogotowiu: złamany palec, zwichnięta na nartach noga, okropny ból ramienia. I badanie MRI w szpitalu.

    W drugim roku pobytu w Vancouver złamałam palec w bardzo głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki.

    Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Muszę iść do szpitala, bo co ja zrobię bez kciuka?

    Jak  szpital w Vancouver wyglądał w środku?

    Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

    Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była). Młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

    Nie powiem, miłe, że pielęgniarka się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

    Potem nadeszła druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

    Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało.

    Oczywiście się pytam, po co jej to.

    Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

    Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

    Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekałam, po chwili zawołano mnie już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

    Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nieporażające.

    Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać. Kanadyjski szpital nie mógłby wystąpić w serialu.

    Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

    Łóżka pacjentów znajdowały się za zasłonkami. Przestrzeń była mocno otwarta i wszyscy chodzili wokół wszystkich.

    Następnie wywiad o mnie zbiera lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

    Potem Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, kolejny lekarz patrzy i mówi: złamanie.

    Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe).

    Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

    Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.

    W wskazanym dniu idę do następnego kanadyjskiego szpitala.

    St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER.

    Też odnoszę wrażenie, że szpital jest mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

    Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać.

    Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie.

    Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

    Tyle o mnie. A teraz:

    Szpital kanadyjski po raz drugi czyli Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

    Maciek biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek.

    Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

    I znowu taka sama procedura:

    1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
    2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
    3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
    4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
    5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
    6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

    Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem.

    Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

    Na pogotowiu przydadzą Ci się też następujące informacje:

    1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
    2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
    3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

    Co ze szpitala w Vancouver pamiętam Najlepiej?

    Jedna myśl towarzyszy mi cały czas, kiedy wspomniam te wizyty i szpitale kanadyjskie.

    Przekonanie, że nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia.

    Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością.

    Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Zmierzyła Krzysiowi ciśnienie i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

    Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

    No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

  • Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

    Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

    I po co nam to w ogóle?

    No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

    Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

    Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

    Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

    A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

    Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

    Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

    Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

    Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

    • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
    • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

    [UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


     

    Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

    Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

    #1

    Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

    → Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

    → Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

    Po polsku info o wizie jest tu.

    → Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

    → Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

    → Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

    Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

    Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

    Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

    → Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

    Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

    → I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

    Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

    Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

    Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

    Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

    Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

    A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

    I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

    Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

    Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

    O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

    Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

    #2

    Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

    Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

    Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

    Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

    #3

    Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

    Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

    Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

    W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

    Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

    I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

    Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

    Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

    I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

    Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 

     


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Gdzie warto mieszkać w Vancouver – subiektywny przewodnik po dzielnicach

    Jak pokazują maile do nas oraz statystyki Googla, temat mieszkania w Vancouver cieszy się niesłabnącą popularnością blogo-czytaczy. Zycie vancouver – tak najczęściej wyszukują ten artykuł młode osoby z Warszawy, czytające nasz blog na komórkach.

    Nie dziwię się wcale: mieszkać każdy musi, najlepiej byłoby blisko, wygodnie, tanio i przyjemnie.

    Każdemu, wiadomo, pasuje coś innego. Każdy, też wiadomo, ma inną zasobność portfela, albo na inne rzeczy woli wydać pieniądze. Wygodne życie w Vancouver dla każdego może oznaczać coś innego.

    Jak więc odnaleźć się na mapie i gdzie warto mieszkać w Vancouver?

    Jest stronka , gdzie po wykonaniu szybkiego testu preferencji, system wskaże nam dzielnicę najlepszą dla nas.

    Oczywiście należy to potraktować jako sugestię i to w dodatku obarczoną brakiem zrozumienia ze strony bezdusznego algorytmu, który nam to wylicza. Na marginesie: nam wyrzuciło 5 dzielnic, z czego zaakceptowalibyśmy jedną. I to też nie bez oporów.

    Mieszkanie w tzw. residential areas, czyli dzielnicach domów jednorodzinnych, w domu, nawet dzielonym z jeszcze jedną rodziną, to już, moim zdaniem, jest następny etap.

    Trzeba wziąć mapę Vancouver i popatrzeć, jak się rozkłada siatka ulic.

    • To przy głównych ulicach będzie najwięcej punktów usługowych, sklepów, knajpek, galerii.
    • To przy głównych ulicach toczy się życie w małych blokowych mieszkaniach.

    Tuż za rogiem zaczynają się rzędy domów jednorodzinnych, niska zabudowa i tutaj oferty wynajmu to głównie mieszkania w piwnicach, często z właścicielami, którzy zajmują górne piętro.

    W samym Vancouver nie ma takich wielkich galerii handlowych, wokół których są osiedla mieszkaniowe. No dobra jest Metrotown w Burnaby, ale i tak występowanie takiego układu jest znikome w porównaniu z miastami w Polsce.

    Ok, czas na konkrety.

    Życie w Vancouver jest jakby lepsze im dalej na zachód. I jest czyściej.

    Niestety. East Van to ja tylko na zdjęciach oglądam.

    Downtown ach i och.

    Kiedy przylecieliśmy do Vancouver, w pracy Kuby dano nam taki mini poradnik przygotowany przez biuro, o tym, gdzie i jak szukać mieszkania.

    I oczywiście na pierwszym miejscu ich listy panoszyło się Downtown, czyli ta część Vancouver, która leży na półwyspie i składa się z dzielnic: West End, Coal Harbour, Yeltown, Chinatown, Gastown i pewnie jeszcze z kilku innych town.

    Z wszystkich powyższych polecałabym najbardziej mieszkanie na West Endzie. Bo to coś innego niż bezduszne i z lekka onieśmielające biurowce (jak Coal Harbour), ciasnota wielkich bloków z mini balkonikami i wielkim problemem parkowania (Yaletown), mała podaż mieszkań i nieco turystyczne obejście (Gastown) czy wątpliwy urok mieszkania w pobliżu ulic, gdzie rezydują ludzie, którym się w życiu nie udało (okolice Chinatown, a zwłaszcza ulica East Hastings, w ogóle większość East Downtown). West End ma wszystkie zalety Downtown i niewiele jego wad. Plus niedaleko na plażę i do Parku Stanley’a.

    Nie da się ukryć, mieszkanie w Downtown to jest coś. Blisko jest wszędzie, więc jak lubisz chodzić na piechotę, to jest to. Samochodu nie potrzebujesz (po co, jak jest car2go). Zamieszkasz w centrum Vancouver – cóż może być lepszego na początek, żeby poznać, o co w tym mieście chodzi.

    My wytrzymaliśmy w Downtown miesiąc. Ale to my.

    Kanada się nada

    Dzielimy torcik zwany Vancouver wzdłuż ulicy Głównej. Życie tutaj też jest przyjemne!

    Reguła ta ma zastosowanie w rejonie poza Downtown, gdzie nazwy ulicy są unikatowe, a nie w trybie: Pierwsza, Druga, Trzecia… Pięćdziesiąta Ósma, itd. I tak wszystko, co jest na zachód od Main Street, to jest część West, czyli wszystkie numeryczne nazwy ulic będą miały West w nazwie, np. 8th West Ave. Analogicznie wszystko, co jest na wschód to ulice East.

    Im bardziej na wschód i południe, tym mieszkanie stają się tańsze, a towarzystwo sąsiadów bardziej zróżnicowane etnicznie. Z kolei jadąc na zachód, czyli bliżej do kampusu uniwersyteckiego UBC, wśród sąsiadów będzie się miało tych, co studiują i studentów uczą. Oczywiście upraszczam bardzo, ale w ten sposób chcę dać choćby minimalną wskazówkę tym, którzy zagubieni siadają nad mapą Vancity i szukają pierwszego mieszkania do wynajęcia.

    We wschodnim Vancouver są dwie dzielnice, gdzie mogłabym żyć i zamieszkać.

    Pierwsze to okolice wzdłuż Commercial Drive, właściwie od ulicy Pierwszej, idąc na południe. Na Commercial zawsze się coś dzieje (festiwal, targi), jest mnóstwo młodych ludzi i młodych rodzin, zatrzęsienie sklepików, knajpek, ośrodków jogi i fitnessu, oraz różnych innych alternatyw. Do centrum jeździ autobus, a na skrzyżowaniu z Broadway znajduje się najbardziej ruchliwa stacja kolejko-metra Skytrain. “Na dzielni” jest community centre z biblioteką, basenem i lodowiskiem (Britannia Community Centre). I podobno na Commercial jest najlepsze sushi w Vancouver. Rowerem da się dojechać do pracy w centrum, i dalej na wycieczki poza miasto czy do North Van też. Dużo wyluzowanych ludzi.

    Drugie miejsce w Vancouver wschodnim, gdzie moglibyśmy zamieszkać, to okolice Jeziora Pstrągowego (Trout Lake). Wprawdzie nie widziałam tam mieszkań z dwiema sypialniami, i trochę już daleko, żeby Kuba rowerem do pracy jeździł, ale rekompensuje to super community centre w parku wokół jeziora oraz szkoła podstawowa z programem French Immersion (czyli rozszerzoną nauką francuskiego już od zerówki). Od rodziców dzieci w wieku szkolnym słyszałam same dobre opinie o tym rejonie.

    Wioska w mieście czyli Olimpic Village

    Albo urzędowa nazwa dzielnic, czyli False Creek (choć po prawdzie False Creek to więcej niż sama Wioska)

    To takie trochę Downtown, które przeskoczyło na drugą stronę zatoki. Pomiędzy ulicami Main i Cambie, od ulicy Pierwszej do Ósmej. Największa zaleta – mieszkania tam są nowe, nowiuśkie, piękne wprost. Z widokiem na zatokę, góry i Science World. W końcu Wioska nie na darmo Olimpijską się nazywa – boom budowlany w tym rejonie zaczął się od Olimpiady 2010. I trwa nadal, więc place budowy nie należą w tej dzielnicy do rzadkości. Inne minusy: mało zieleni (ale dużo wody), jeden plac wybetonowany jako serce dzielnicy (ale z dobrą knajpą), małe community centre (choć prężnie działa i ma wi-fi) i całkowity, dyskwalifikujący dla nas, brak szkół . Sory Gregory. Jednak dla młodych ludzi bez dzieci w wieku szkolnym, czemu nie?

    Jeszcze tytułem dodania: Te powyższe to jest opis Olimpic Village, samo False Creek, ciągnące się na zachód od Wioski (acha, na zachód, widzicie) ma moim zdaniem więcej do zaoferowania. Przede wszystkim przy Wyspie Granville jest park, nawet z parkiem wodnym połączony, jest i community centre oraz sporo małych sklepów na Wyspie Granville. Dla rodziny z dziećmi ta część False Creek jest lepsza do zamieszkania. I szkoła też jest. Wioska to trochę nuworyszowska dzielnica, ale ja ją lubię. I często tam filmy kręcą, jak trzeba żeby Vancity udawało New York City 😀

    Kanada sie nada

    I love Kits. Czyli wszyscy kochają Kitsilano i dlaczego.

    No właśnie. Jeszcze nie miałam okazji się przekonać, dlaczego Kitsilano uchodzi za najlepsze, bo bywam w tamtych rejonach tylko przejazdem. No ale to jest część zachodnia Vancouver i w pobliżu znajduje się bardzo prestiżowe sąsiedztwo domów a’la rezydencja Carringtonów, które kosztują tyle pieniędzy, że nawet nie patrz w ich stronę. Jednocześnie w Kits da się znaleźć mieszkanie jedno-  czy dwupokojowe, za cenę wyższą niż w dzielnicach wschodnich, no ale płacisz za adres na ulicy z West w nazwie. Jedziemy na zachód, najlepiej Czwartą. Ulica Czwarta w części Kitsilano to jeden z bardziej pożądanych adresów. To kolejna ulica, gdzie jest wszystko i dla wszystkich. I chyba nawet więcej, bo z tego co pamiętam gdzieś tam jest nawet Safeway, czyli duży sklep spożywczy typu supermarket. Blisko na plaże, nie tak zatłoczone jak te na West Endzie, blisko na uniwerek, po Czwartej i po Broadway jeżdżą autobusy. Jest klimatycznie i sympatycznie. Dzielnica jest dość homogeniczna jeśli chodzi o mieszkańców, i chyba się domyślacie dlaczego.

    Kitsilano bez plaży czyli Kerrisdale.

    Kolejne, młode i wibrujące miejsce, dobre dla szukających mieszkania w pojedynkę czy sparowanych, ale także dla młodych rodzin z dzieckiem. Centrum dzielnicy to okolice ulicy 41. (czyli daaaaleeeekoooo od Downtown) oraz West Boulevard. To również jedna z takich dzielnic, które mają swoją, rozpoznawalną w Vancity, tożsamość. Sporo w niej studentów, bo na kampus jest już naprawdę blisko. Blisko też do największego parku w obrębie Vancouver, czyli Pacific Spirit Park. W centralnej części dzielnicy są sklepy, punkty usługowe, kawiarnie, droższe butiki. Autobus dowiezie do stacji metro-kolejki Canada Line przy Oakridge (a przy okazji jest tutaj centrum handlowe). Rzecz ważna dla rodziców: przy pobliskiej szkole podstawowej realizującej jako jedna z nielicznych program Montessori, jest community centre oraz basen, oraz lodowisko. Czyli jest jak dzieciom zapełnić czas. Minus dzielnicy: zdecydowanie za daleko. No chyba że pracujesz w domu, albo w różnych miejscach Vancouver i przemieszczasz się autem. I mieszkania w blokach zdecydowanie trochę starszych (podobnie jak w Kits), zdarza się, że standard odbiega od naszych wyobrażeń o podstawowym minimum. Ceny wynajmu na szczęście trochę niższe niż w centrum. Sporo Azjatów.

    Kanada sie nada

    I na końcu Mount Pleasant czyli gdzie my mieszkamy.

    Każda pliszka swój ogonek chwali. Sporo w tym prawdy. Jednak możecie mi uwierzyć, za rejonem Mount Pleasant nie przemawia ślepa miłość do akurat tej części miasta. Wręcz przeciwnie, mieszkanie tutaj to wynik chłodnej kalkulacji i trochę lenistwa. Bo jak już znaleźliśmy mieszkanie w miarę blisko pracy Kuby (dojeżdża rowerem do Downtown), wynajmowane bezpośrednio od właściciela, z widokiem na góry, w sąsiedztwie szkoły, i NIE JEST to piwnica, to ciężko zabrać się do szukania alternatywy.

    Samo Mount Pleasant rozciąga się od zachodu (od ulicy Cambie) na wschód (Mount Pleasant Neighbourhood House stoi jeszcze za ulicą Fraser). My mieszkamy tuż przy Kingsway oraz Ósmej wschodniej. Jako część centralną naszej dzielnicy wyróżnia się właśnie skrzyżowanie Kingsway, Main oraz Broadway, więc poczucie, że mieszkamy w centrum jest :D.

    Mount Pleasant jest często określana jako najbardziej hipsterska część miasta. I coś w tym jest. Wystarczy przejść się po Main, zajrzeć do rozlicznych wege, bio, organic, local knajpek czy sklepów, żeby zobaczyć brodaczy z laptopem z jabłuszkiem, czy dziewczyny nad sałatką z jarmuża. W wielu plebiscytach to właśnie miejscówki z Mount Pleasant wygrywają miano: the best bagle place czy the-best-hot-yoga-place-for-mom. Jeden z okolicznych parków został na wniosek mieszkańców nazwany Parkiem Relaksujących się Kolesi (Dude Chilling Park).  Rzeczywiście do chillax’owania się nasza dzielnica jest bardzo odpowiednia. Co najmniej trzy duże parki, gdzie można zalec na trawie i pogapić się na góry, albo we freesbie pograć. Jednak jest też druga strona medalu: sporo wyluzowanych państwa pod wpływem maryśki, którą łatwo dostać w wielu okolicznych sklepach, tak wyluzowanych, że wyglądających i zachowujących się tak, że ręce opadają. Niestety.

    Z wyjątkiem Downtown oraz Olimpic Village w większości opisanych przeze mnie dzielnic można wynająć dwa pokoje od 1600 CAD, w zależności od standardu (wiek budynku, wyposażenie mieszkania, czy media zawarte są w cenie, a pralka jest w łazience, czy na piętrze). Niestety rynek mieszkaniowy w Vancouver jest szalony, ceny rosną, ludzie płaczą i płacą.

    Wszystkie treści na blogu są pisane na podstawie naszego doświadczenia i zasłyszanych opowieści.
    Będzie super, jeśli podzielisz się swoją historią w komentarzu. Jak twoim zdaniem wygląda życie w Kanadzie?
    Osoba, która myśli o wyjeździe do Kanady podziękuje ci za twój komentarz.

  • Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

    Dentysta ogólnie

    dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

    Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

    Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

    My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

    W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

    Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

    Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

    Dentysta dziecięcy

    Boli ząb

    Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

    Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

    Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

    U dentysty nr 1

    Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

    Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

    Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

    Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

    Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

    U dentysty nr 2

    Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

    Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

    Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

    Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

    Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

    A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

    U dentysty nr 3

    Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

    I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

    Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

    A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

    Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

  • Łyżwy w Vancouver – dokąd pójść z dziećmi? Albo i bez dzieci.

    Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności.

    Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać.

    Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

    Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

    O wyjściu na łyżwy

    Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

    Ja mam takie wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło.

    Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby.

    Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie.

    A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków?

    Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

    Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili.

    Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

    To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

    Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

    Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach.

    Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy.

    Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo.

    Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe).

    Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h.

    Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

    Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe.

    Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system.

    Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

    No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie !

    Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie.

    Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony.

    Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

    I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

    1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
    2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
    3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
    4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

    zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

    łyżwy Vancouver
    łyżwy Vancouver

    To co, wpadniesz pojeździć?