Matka polka kwoka helikopterowa zlądowała i pilnuje dzieci w Kanadzie. Ale że co?


Cześć i czołem! Obiecałam na Facebooku, że wpis będzie o kosmetykach, ale jednak wyszło, że jeszcze nie teraz. Znowu napiszę o dzieciach w Kanadzie i o mnie, czyli ich matce.

Jak jesteś tutaj pierwszy raz, to się poznajmy: ja jestem Kasia, mam 36 lat, #matkaoddekady, na stanie mam dwóch synów: Krzysiek, lat 11 i Maciek, sześciolatek.

Jak wyglądam kiedy piszę o dzieciach w Kanadzie?

O synach piszę o 7:41 rano. Za oknem chmury na deszcz i śnieg, a w domu cisza, bo chłopaków nie ma.

Nasi chłopcy spędzili ostatnią noc na “nocowance”, czyli sleepover u kolegów. Spali osobno, w różnych rodzinach. Dla Maćka to pierwsze takie doświadczenie, więc jest moc.

Dzieci w Kanadzie (i w USA też!) często nocują poza domem. Naturalnie, nasi synowie muszą i tego doświadczyć!

Dzieci w domu nie ma, jest cisza, ja sobie czytam o szwajcarskim nakazie nieodprowadzania dzieci do szkoły,

Kuba przegląda emaile i widzi list od tutejszego kuratorium, i to wszystko razem do kupy natchnęło mnie do napisania tego posta.

Chcę Wam opowiedzieć, jak wygląda samodzielność naszych synów na tle kanadyjskiej codzienności i prawa.

Najpierw o moim podejściu:

Jestem matką, która przejmuje się bezpieczeństwem dzieci, ale jednocześnie szczerze wierzę w ich zdrowy rozsądek.

Wiem, że wypadki się zdarzają, że pedofile czyhają wszędzie, nawet w ulubionym kraju świata, czy w uporządkowanej Szwajcarii. Wiem, że dzieci bywają mniej lub bardziej samodzielne, a rodzice mniej lub bardziej wytrzymali nerwowo.

Chciałabym powiedzieć, że mam sposób na to, żeby lęki matki polki kwoki helikopterowej opanować. Ale nie mam. Sama się uczę.

Aaaaa, a może Ty w ogóle nie wiesz, co to ta matka helikopter?

Helikopterowy rodzic to taki, który mało dziecku pozwala na samodzielność, a wiele spraw za dziecko rozwiązuje i je przed życiem chroni. W imię bezpieczeństwa, troski, miłości.

Ja, rzecz jasna, jestem trochę helikopterem, trochę kwoką, a trochę rodzicem uświadomionym i dzikim.

Zresztą te wszystkie łatki przyklejane rodzicom nie mają sensu, moim zdaniem, bo nie ma tak, że każdy jest taki sam przez całe życie. Dzieci rosną, helikoptery maleją, matki kwoki odchodzą do swoich zajęć. Przynajmniej te, które znam. 

Kiedy zaczynaliśmy z Kubą bycie rodzicami, nikt nam nie powiedział, że będziemy musieli myśleć o takich sprawach. Odpowiadać na pytania, kiedy dziecko jest już wystarczająco duże na coś, kiedy może o czymś samo zdecydować. Gdzieś pójść samodzielnie, wyjść niepilnowane, przestać trzymać się tej mojej, przysłowiowej spódnicy.

Nasi rodzice nie przeprowadzali z nami rozmów ostrzegawczych, bo kiedyś było łatwiej i bezpieczniej (podobno). Wszystkie dzieciaki latały z kluczami na szyi, kupowały oranżadę w paczuszkach i wisiały na trzepaku i czekały z młodszym bratem na mamę (pozdro dla brata Bartka, mego jedynego). 

Ciężko powiedzieć, czy byłam jestem matką helikopterową. Chłopakom zostawiam dużo samodzielności, ale jednak dwa razy Krzysia w Polsce zgubiłam.

Raz zgubił się w sklepie, ale poszedł do ekspedientki i mnie przywołali. Mandatu nie dostałam, i chyba łatki wyrodnej matki też nie. Byłam dumna, że sobie poradził, chociaż oczywiście popłakałam się i ja, widząc ślady łez na jego twarzy. Krzysiek miał wtedy 6 lat.

Drugi raz, który był właściwie pierwszym, bo sprzed sklepowego incydentu, to było wtedy, kiedy ja kolejkowałam w aptece, a Krzyśkowi (lat 4)  się znudziło i wyszedł przed budynek. Po czym się zgubił. Ja odchodzę od kasy, a syna nie ma! Wypadłam jak szalona na zewnątrz, oczami duszy widzę porywacza małych chłopców. Oczywiście nawoływałam jak szalona, na dworze było już ciemno. Krzysiek płakał i krzyczał też, więc po krótkiej chwili, która dla mnie była wiecznością, się odnaleźliśmy w krzakach przed apteką. 

Trzeci raz Krzysia zgubiło przedszkole, a szczegółach tej grubej sprawy pisałam tutaj.

Potem była pierwsza klasa Krzysia, i chodzenie po bułki do sklepu za rogiem. Ja wywieszona przez okno, czekałam na niego, trochę zestrachana, a trochę dumna.

Do szkoły był odprowadzany przez nas i przez nianię, bo ulica Obozowa w Warszawie ma i spory ruch samochodowy, i pędzące tramwaje, a nie ma sygnalizacji świetlnej (stan na 2011 rok).

No, a potem to już wyjechaliśmy do Kanady.

Jak to jest z tą samodzielnością dzieci w Kanadzie, kiedy matka je spod skrzydeł wypuszcza?

Ha! Najdziwniejsze jest to, że kogo spytasz, to co innego Ci powie. Ja najczęściej googlam, ale nie wyskakują mi  fragmenty ustaw, tylko orzeczenia sądowe albo doniesienia prasowe.

O co pytam internet najczęściej? Ile lat ma mieć dziecko, żeby mogło w Vancouver samodzielnie:

  • pójść do/ze szkoły
  • pójść po chleb do pobliskiego sklepu
  • pójść na plac zabaw z kolegami
  • przyprowadzić rodzeństwo
  • zostać w domu samo / z rodzeństwem
  • wziąć nóż, zrobić kanapkę, obiad odgrzać
  • pójść na basen
  • jeździć na rowerze
  • sprzedawać używane rzeczy i robić na nich kasę?

Oczywiście pytam po angielsku i oczywiście dodaję nazwę prowincji, bo jak wiele różnych spraw, także i ta może być regulowana na szczeblu lokalnym.

Pierwsze ważne zagadnienie rodzica posyłającego dziecko do podstawówki w Vancouver brzmi:

Czy do szkoły dzieci chodzą nieodprowadzane przez dorosłych?

I tak i nie. Przede wszystkim nie ma żadnego prawa, zapisu w kodeksie rodzinnym czy karnym, które to reguluje. Kuratorium może co najwyżej sugerować, ale decyzję podejmuje szkoła. 

Możliwość samodzielnego przyjścia zależy m.in od tego, czy w szkole jest świetlica przed i po lekcjach, bo świetlica nie jest oczywistą sprawą i w wielu szkołach nie funkcjonuje. Liczy się także, czy do szkoły dzieci przyjeżdżają, czy przychodzą. 

W naszej szkole dziecko może przychodzić i wychodzić samodzielnie, odkąd skończy 8 lat. Przynajmniej tak było w przypadku Krzysia – ja musiałam podpisać dokument, że się na to zgadzam. 

W dokumencie nie było ani słowa o tym, czy 8letni Krzyś może swoje młodsze rodzeństwo przyprowadzić do domu, więc założyłam, że może.

Ale jeśli poszukasz w Internecie, najczęściej trafisz na odpowiedź, że dopiero 12-13 latek może sam być na dworze czy opiekować się rodzeństwem.

Wielu rodziców kanadyjskich ma swoje zdanie na temat tego, ile lat może mieć dziecko, żeby coś mogło….

Kiedy w pracy powiedziałam, że Krzysiek (obecnie 11letni), przyprowadza ze szkoły Maćka (6letniego) i na mnie czekają razem w domu, to Michelle powiedziała, że mogę mieć problemu. Bo Krzysiek za młody, to raz. Po drugie, nie ma zrobionego kursu z “babysittingu”. Po trzecie, czy ja wiem, co na temat dzieci samych w domu myśli zarząd budynku (bo może się w ogóle nie zgadza). A po czwarte, żebym uważała na “życzliwych” donosicieli, którzy w trosce o bezpieczeństwo dzieci, zawiadomią kogo trzeba.

Z kolei Sean, ojciec Logana, kolegi Krzysia, nie widzi problemu – ba, Logan samodzielnie odprowadza i przyprowadza Luka (lat6) i to jeszcze na czas! (Nasi synowie na pewno by się spóźniali). A mieszkają nawet dalej od szkoły niż my.

Żeby pójść na basen samemu, wystarczy mieć 8 lat.

To przynajmniej jest napisane na tablicy na basenie. A ile lat musi mieć dziecko, żeby mogło wypożyczać książki z biblioteki? Myślałby kto, że im młodsze, tym lepiej dla niego i dla całego społeczeństwa, prawda? Będzie oczytane, mądrzejsze.

Ale nie. Dziecko może samo pójść na basen, jak ma 8 lat, ale nie jest wystarczająco samodzielne na wypożyczenie książki z biblioteki. Tak!

Ale z biblioteką uważaj!

Wiem to stąd, że jak Krzysiek miał 8 lat, to poszedł do biblioteki, która jest po drugiej stronie naszej ulicy i chodzimy do niej w kapciach.

Syn został odprowadzony do domu przez panią bibliotekarkę, która poinformowała mnie, że to dziecko, moje dziecko, przebywało bez opieki dorosłego w bibliotece. Na to ja mówię, że wiem, sama go tam wysłałam. A pani bibliotekarka na to, że tak nie można, że dziecko musi mieć 9 lat co najmniej i że tylko dlatego nie zgłosiła tego na policję, bo Krzysiek znał adres domowy i można było przyprowadzić.

Zdziwiłam się ogromnie i po raz kolejny przekonałam, że Kanada to kraj jak każdy inny.

Samodzielne spacery to jedno, a co, jeśli dziecko chce się rowerem przejechać? Albo autobusem?

Pamiętasz zdawanie na kartę rowerową w Polsce? W Vancouver nie ma takiej fajnej akcji. Widziałam dzieci z klasy Krzysia, które rowerem nie umieją jeździć. Siłą rzeczy mniej z nich jeździ samodzielnie rowerem, ale za to sporo z rodzicami, w samochodzie.

Z samodzielną jazdą autobusem to była głośna, lokalna sprawa, jakiś czas temu. Kilkoro rodzeństwa, w wieku od 8 lat, jeździło do szkoły komunikacją miejską, aż tu nagle kierowca ich przestał wpuszczać. Przestraszył się odpowiedzialności.

Nic się nie dzieciom stało, nie wydarzyła się żadna historia, ale skończyło się rozprawą sądową. Pracujący rodzic argumentował, że dzieci są na tyle rozsądne, że same mogą jeździć. Sąd jednak zakazał rodzicom pozwalać na samodzielne przejażdżki dzieci komunikacją miejską.

Szkoda, ja bym już chętnie puściła Krzyśka autobusem do kolegi w sąsiedniej dzielnicy. Może za rok, jak skończy tutejszą podstawówkę?

Ostatnia sprawa, która nas mocno dotyczy, to samodzielne zakupy dzieci.

Często posyłam Krzyśka do pobliskiego sklepu. I zdaniem niektórych popełniam przy tym przynajmniej dwa wykroczenia: po pierwsze, sam nie powinien robić zakupów . Wciąż nie wiem, ile lat musi mieć tutejszy małoletni, żeby mógł dokonać wiążącej transakcji kupna-sprzedaży w sklepie. Z drugiej strony już przecież wczesnoszkolne dzieci sprzedają używane zabawki podczas wyprzedaży garażowych. Czy produkują lemoniadę i sprzedają w upalny dzień na rogu ulicy.

Sprawa samodzielnych zakupów jest niejasna.

Drugie wykroczenie, którego się dopuszczam posyłając Krzyśka, to dawanie mu mojej karty kredytowej celem zapłacenia za zakupy. I to już jest poważne oszustwo, a bank ma prawo pociągnąć mnie do odpowiedzialności. Wiem, jak to brzmi. Dlatego muszę pamiętać o tym, żeby dawać mu gotówkę.

Bo jedno jest pewne. Zwracam uwagę na przepisy, oczywiście. Ale na życie zwracam jednak większą uwagę.

I dzieci swoje zostawiam w domu, bo je znam. I im ufam. Krzysiek sam podgrzewa obiad, kroi chleb i ser na grzanki, wstawia pizzę do piekarnika. Niektórzy koledzy z jego klasy chodzi na kursy typu “home alone” (love Kevin! ;)). Na tych kursach dziecko dowie się, jak to jest być samemu w domu, czy jak posługiwać się nożem.

Kiedy są sami, Krzyś czasami do mnie dzwoni, żebym przez telefon nakładła Maćkowi, że się źle zachowuje. Maciek wie, że nie może się wyrywać na ulicy Krzyśkowi, że mają razem wracać, najlepiej trzymając się za rękę. Że Maciek musi zadbać o to, żeby wszystko ze szkoły zabrać.

Oczywiście, że się denerwuję. Jak na zegarku widzę 3:15, dzwonię zapytać, czy doszli do domu. Z każdym dniem jednak coraz mniej się boję, bo wierzę, że w ten sposób edukują się i moi synowie, i kanadyjscy sąsiedzi.

Co chcę ci tymi wszystkimi historiami przekazać? Chyba to, że choćbyś nie wiem, jak się starała i helikopterowała, to pewne rzeczy się wydarzą, bo wymusi je życie.

Nie ma znaczenia, w jakim kraju jesteś. Zrób research, popytaj znajomych, i porządnie poznaj swoje dzieci. I im zaufaj. To moje zasady.

Ten list z kuratorium, który przeglądał Kuba, dotyczył sprawy 6letniej dziewczynki, którą obcy mężczyzna wywabił spod lokalnej szkoły i skrzywdził. Oczywiście serce mi krwawi, brak mi słów, żeby okazać jak bardzo współczuję i bardzo mocno przeżywam tę sytuację. Słucham żądań rodziców, żeby w szkołach był monitoring i płot.

Ale ta sytucja, chociaż tragiczna, nie zmieni mojego podejścia do wypuszczania synów na samodzielność. Porozmawiam z nimi (zwłaszcza z Maćkiem) po raz kolejny. Będę ich ostrzegać i chronić, jak tylko mogę.

Jestem bardzo ciekawa, co myślisz na ten temat. Może masz historię związaną z samodzielnością dzieci do opowiedzenia? Jeśli tak, podziel się w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje!

Serdeczności!