Czy można być za starym na Kanadę? Emigracja w dojrzałym wieku.

Kilka myśli po wyjeździe do Polski, po przeczytaniu emaili i po powrocie do szkoły w wieku lat 36. Czyli otwieram temat: czy można być za starym na Kanadę i czy może być za późno na emigrację?

Jakiś czas temu byłam w Polsce z chłopakami. Patrzyłam na moich rodziców i czułam żal, że za chwilę przyjdzie się pożegnać. Przez głowę czasami przelatywały mi  myśli: “a co, jeśli by się z nami przeprowadzili do Kanady? Byliby bliżej wnuków?”

No właśnie, co by było? Nie wchodząc w szczegóły prawno-emigracyjne (tak, jest możliwe ściągnięcie rodziców w ramach programu łączenia rodzin), zastanawiam się, jak moi rodzice czuli by się, emigrując teraz do Kanady.

Emigranci w późnym wieku inaczej przecież reagują niż ci, co wyjechali mając lat naście.

Czy można być za starym na emigrację do Kanady? Czy może już być za późno dla Ciebie, żeby do Kanady wyjechać?

Ale nie tylko wizyta w Polsce skłoniła mnie do takich rozważań.

Wciąż dostaję sporo emaili z pytaniami o Kanadę i emigrację.

Ostatnio, być może w związku z sytuacją polityczną w Polsce, dostaję coraz więcej zapytań od ludzi w dojrzałym wieku, z poukładanym życiem, którzy rozważają emigrację do Kanady.

Porozmawiajmy zatem o tych dwóch przypadkach, różnych, ale trochę podobnych. Wspólny mianownik: wyjazd z Polski w późniejszym okresie życia.

1. ściągnięcie rodziców, bo wyemigrowały dzieci

Czy nasi rodzice odnajdą się w Kanadzie?

Oczywiście jak wszystko,  to zależy. Jeśli dla dziadka ważne jest po prostu, żeby być z wnukami, z rodziną, to i na księżyc można wyjechać, i się tym cieszyć.

Ale nasi rodzice, dzisiejsi 50-60 latkowie raczej rzadko chcą ograniczać swoją aktywność do bycia dziadkami. I bardzo dobrze! Niech z życia korzystają!

Czy jeśli  twoich rodziców przeprowadzisz do Kanady, będą się dobrze czuli także poza waszą polską rodziną? Kanada na pewno im to umożliwi, oferując mnóstwo miejsc przyjaznym seniorom, darmowe kursy językowe, sporo aktywności zachęcającej do włączenia się w działalność na rzecz społeczności.

Ale czy twoi rodzice będą chcieli z tego skorzystać? I czy po początkowym okresie zachłyśnięcia się wolnością i życzliwością w Kanadzie, będą wiedzieli, co ze sobą zrobić?

to są pytania, na jakie warto sobie odpowiedzieć, zanim się rodziców ściągnie do Kanady

Jacy są oni dzisiaj, w Polsce? Czym się zajmują? Co daje im radość?  Z kim się spotykają?

Jeśli są szczęśliwi w Polsce, czy jak tego zabraknie, znajdą sobie coś innego? Czy raczej będą nieszczęśliwi?

Często słyszę też historie “w drugą stronę” – że ktoś bardzo chętnie by do Polski wrócił, ale dzieci są w Kanadzie, no a przecież dzieci się nie zostawia.

Rodzina jest najważniejsza.

A emigracja, no cóż. Trzeba się przyzwyczaić.

Myślę, że sporo jest prawdy, takiej zwykłej ludzkiej prawdy w stwierdzeniu: “nie przesadza się starych drzew”.

Do emigracji rodziców trzeba się przygotować tak samo solidnie, jak do emigracji z dziećmi. Zminimalizować stres.

Może zamiast przeprowadzać rodziców, wystarczy do Polski polecieć częściej niż raz na kilka lat.  Być w życiu rodziców jak najczęściej, ale nie kazać im swojego życia do góry nogami przewracać, dla nas.

Dla nas już swoje zrobili.


to teraz kilka myśli w drugim temacie.

2. decyzja o emigracji całej rodziny w drugiej połowie życia.

Być może większość z was interesuje właśnie ten temat. Statystyki blogowe pokazują, że czytelnicy “Kanada się nada” wcale nie składają się li i jedynie z 20-30 kilkulatków. Wiem, że wiele z Was ma poukładane życie w Polsce, mniej lub bardziej w waszej opinii udane. I z jakiegoś powodu, chce wyjechać do Kanady.

Piszecie do mnie, dzieląc się historią swojego życia. I pytacie: co ja bym zrobiła na Waszym miejscu? Czy żałujemy, że wyjechaliśmy i zostawiliśmy życie w Polsce? Co na to wszystko nasze dzieci?

A ja wtedy zadaję Wam w emailu pytanie:

Przede wszystkim, dlaczego chcesz wyjechać?

Być może nie wiesz, a odpowiedzią będzie: bo mam taki kaprys. I czemu nie, odpowiedź dobra, jak każda inna. Piszecie, że Kanada była waszym marzeniem od zawsze, ale życie w Polsce wzięło górę nad marzeniami, i tak dzień za dniem mijał, mija. Ale marzenie jest. Chcesz wyjechać do Kanady.

To wtedy ja pytam,

co wiesz na temat emigracji w ogóle, a emigracji do Kanady w szczególe?

Pytań jest zresztą więcej, lista wciąż niekompletna, ale mam nadzieję, że te pytania choć trochę pomogą pomyśleć:

  • Co zrobisz, jak przyjedziesz?
  • Czy jesteś gotowy pracować za mniej? Wygoda ekonomiczna to jedno, ale czy przez rok, dwa znajdziesz w sobie tyle pokory, żeby ze stanowiska dyrektora znowu zacząć jako pracownik entry level? Bo chociaż wykształcenie spoza Kanady się liczy, to nie liczy się aż tak.
  • Czy wiesz, jaka jest sytuacja na rynku pracy? Jeśli masz te 40 lat, to znacznie rzadziej decydujesz się na przebranżowienie niż dwudziestolatkowie. Jesteś gotowy na to?
  • A dzieci, co z ich życiem? Nie w smak Ci polska szkoła dla dzieci, ale czy wiesz, że kanadyjska wcale nie wygląda jak z serialu?
  • Narzekasz na polską służbę zdrowia, ale czy masz potwierdzone info, że kanadyjska jest skuteczniejsza?

Mogłabym tak te listę ciągnąć i ciągnąć. Zachęcam Cię do zrobienia sobie swojej. Solidnie długiej, przemyślanej na spokojnie.

I być może rozważysz na początk emigrację gdzieś bliżej? W Europie?

Z  wiekiem nabieramy pewnych przyzwyczajeń i mimo otwartego umysłu i chęci przygody, może nam wcale nie być łatwo. Ja wiem, że mi jest dużo trudniej odnaleźć się w Vancouver teraz, niż kiedy miałam 21 lat i mieszkałam w Budapeszcie. Bo już mi się mniej chce zaczynać wszystko od nowa, mniej mam takiej zachłanności nieukierunkowanej. Jestem bardziej wygodna i bardziej leniwa.

I nie, wcale nie uważam, że coś mi się od Kanady należy. Albo od życia należy. Ale też nie chcę wciąż być w bloku startowym. Już nie.


Jest jeden powód niestety, bardzo realistyczny, który wcale nie zależy od odpowiedzi na  powyżej zadane pytania. Być może jest już zwyczajne za późno na zmianę adresu, bo kanadyjski system emigracyjny, niestety, premiuje osoby młode.

Za późno może być, bo punkty za emigracje w systemie Express Entry są przyznawane tylko do pewnego wieku. A potem są już punkty ujemne.


No to jak to w końcu jest, Kasia? Za późno czy nie za późno? Za stary jestem, czy jednak nie?

Nie, nie jesteś za stary na emigrację. Nigdy w życiu nie jest za późno na zrobienie czegoś, co się chce.

Nie spróbujesz, nie będziesz wiedział. A lepiej wiedzieć, niż żałować niepodjętych decyzji.

 

Pozdrawiam Cię serdecznie, zaczynając  w wieku lat 36 drugi tydzień szkoły w otoczeniu samych dwudziestokilkulatków 🙂

Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

Post-interwencja pisany na żądanie i pod wpływem zasłyszanych historii. Czyli agencje obiecujące pracę w Kanadzie.

Jest taka sprawa, mocno nieciekawa.

Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

Dlaczego teraz taki wpis?

Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

First things first:

  1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
  2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

To teraz jeszcze:

  • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
  • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
  • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

 

Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo. Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie. Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

 

  • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
  • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
  • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

Ok, to co zrobić? Jak żyć?

Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

Przeznacz dużo czasu i przygotuj się. Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest. Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami. Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

grupa Oh Kanada – życie, emigracja i podróże po Kraju Klonowego Liścia

grupa e-kanada

Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim. Jak jesteś dziewczyną, przyjdź na Babskie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze. Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień. Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


Kanadyjskie playdate – instrukcja obsługi

Dzisiaj na lekko wpis dziecięco-zabawowy, czyli co to jest kanadyjskie playdate. Nie wiesz? Nie szkodzi, będzie instrukcja obsługi.

Zainspirował mnie wpis Ani z Ontario, o zdziwieniach małych kanadyjskich gości w ich domu.

To dzisiaj będzie o playdates, bo to świetna sprawa, opanowana przeze mnie, nieskromnie się chwalnę, na master level 😉

Nie wiem, jak zgrabnie przetłumaczyć playdate: zabawianka? Bawowisko? Bawienie się nie brzmi tak dobrze. Masz na to zgrabniejszą nazwę? To się podziel w komentarzu!

Wiesz, co to jest kanadyjskie playdate? Jak nie, podaję instrukcję obsługi.

Co to playdate? Zwykle playdate to jest zabawa typu drop-off czyli zostawiasz dziecko u gospodarza playdate. Bywa jednak różnie – lepiej się upewnij, bo może zostaniesz zaproszona na kawę, a w tym czasie miałaś już coś zaplanowane. Zwłaszcza jak to jest pierwsze playdate, warto się upewnić.

Wstęp: napisane jako instrukcja obsługi dla dzieci w wieku od 5 do 11 lat.

Moja naczelna rada: najlepsze playdate jest u kogoś innego, hehe.

Główny cel rodzica: udane playdate jest wtedy, kiedy dzieci się sobą zajmują, a ja mogę wypić kawę (rano), wino herbatę (po południu) i się nie wtrącać do zabawy.


Ok, to szczegóły: kanadyjskie playdate i jego instrukcja obsługi:

  • Nie czekaj, aż ktoś wymyśli playdate i zaprosi Twoje dzieci. Zaproś sama jakieś dziecko, a Twoje dziecko Ci za to podziękuje. Może nie słowami, może nie wprost, ale co tam, szczęśliwe będzie.
  • Playdate to nie jest party, to nie jest przyjęcie, to jest spotkanie, zabawa dzieci w domu lub na dworze pod okiem dorosłego. Więc wiesz, myśl o tym, jako o czasie dla dziecka, nawet jeśli chcesz, żeby dzieci zajęły się sobą i dały Ci spokój.
  • Playdate zwykle trwa od 2 do 4 godzin. Reguła taka: im młodsze dziecko, tym krócej, im młodsze dzieci, tym mniej ich naraz zapraszam.
  • No i oczywiście warunki lokalowe też są ważne. Nasze są więcej niż mikre, więc często wyprowadzam playdate do parku, a jak pada, to do biblioteki. Godzinkę mam z głowy.
  • Przekąski czy obiad warto mieć, zwłaszcza jak gościsz playdate u siebie, po szkole od razu, wiadomo, dzieci głodne. Jak wiem, że mam playdate, nie robię kotletów, tylko dania neutralne smakowo, ale nie bez smaku. Najczęściej naleśniki, ale nie pancakes, bo te są śniadaniowe, tylko crepes. Do tego sporo świeżych owoców, sok i woda. Część dzieci na zabawianki przynosi własne lunch’e – z doświadczenia wiem, że dzieci z alergią tak robią, bądź jeśli zabawianka jest zaplanowana na więcej niż 4 godziny.
  • Zasadę mam jedną – pierwsza godzina zabawy bez elektroniki, xboxa, ipada.  Byłam świadkiem, że dziecko nie chce przyjść do innego na zabawę, bo nie będzie grało na ipadzie, ale to mój dom, moje zasady, i na wszystko jest czas. Najpierw jest zabawa analogowa. Zwykle lego, samochodziki, kolejka, może rysowanie.
  • Jak goszczę czwórkę dzieci – czyli i starszy, i młodszy mają gości, staram się porozdzielać towarzystwo. Moje chłopaki mają wspólny pokój, wszyscy bawią się w nim wspólnie jakieś 20 minut do pół godziny, a potem wiem, że mają dość. Młodszych zabieram na dwór, albo starszych wysyłam do biblioteki. Na chwilę. Wracają i znowu się zgodnie bawią (no dobra, dość zgodnie).
  • Jedzenie jemy przy stole. Zawsze pytam o alergie, wiem, którzy koledzy mają epipeny* przy sobie, mam numer telefonu do rodzica i ustaloną mniej więcej godzinę, o której dziecko zostanie odebrane. Jak się spóźniam, to piszę smsa.

*epipen czyli epinefryna w pojemniku w kształcie długopisu, którą dzieci uczulone noszą przy sobie. To mój największy stres, od razu się przyznam. Pamiętam, jak mi Sean pierwszy raz powierzył 3,5letniego  Luka na playdate, wręczył EpiPen i powiedział: don’t kill my kid! Grubo!

  • Nie mam zasady co do języka, w jakim się dzieci bawią. Pewnie, najlepiej by było, żeby z Polakami mówiły po polsku, ale często, gęsto, przechodzą na angielski, bo tak łatwiej. Wiecie, że jeśli chodzi o język polski, jestem #groźnawoźna, ale staram się dzieciom do zabawy nie wtrącać. Chociaż od czasu do czasu uwagi puszczam, że mogliby po polsku rozmawiać. (Walczę z tą upierdliwością u siebie, oj walczę)

Kanadyjskie-playdate-instrukcja-obslugi-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_dwoch-chlopcow-je-lunch

Odmianą playdate jest sleepover czyli nocowanka*.

*słowo nocowanka, takie smaczne bardzo, zawdzięczam polskiej sąsiadce, Matyldzie. Pozdro, jeśli czytasz!

Co w takim przypadku?

Upewnij się, jak dziecko będzie spało u gospodarza – czy na czyimś łóżku, czy na materacu, czy na karimacie. Nie chodzi o fochy i księżniczkowanie, tylko o przygotowanie pościeli tak, żeby gospodyni nocowanki nie miała problemu. Ja daję poduszkę i śpiwór, zapakowane w twarzową niebieską torbę z Ikea. Plus w plecaku zmiana bielizny, szczoteczka i przytulanka. Jak ktoś nocuje u Krzysia, to Maciek śpi z nami, a gość na łóżku Maćka. Jedną noc można się przemęczyć, a co!

Nasza najciekawsza nocowanka czyli strach-story

Sobota, rano, około 7, dzwoni Katie, mama Logana i przestraszonym głosem pyta się, czy Krzysiek przyjechał do nich bez zęba, bo nie pamięta, a teraz już nie ma. Zęba, nie Krzyśka.

Krzysiek miał wtedy trochę ponad 7 lat, to była jedna z pierwszych nocowanek, stresik był, nie powiem.

Mówię, że przyjechał z kompletem zębów.

Katie,no to mu wypadł, i nie mogą znaleźć, może połknął. Ja,hmmm, ok, chyba nic takiego, przecież od połykania zębów się nie umiera (chyba).

Nocowanka szybko się skończyła, a ząb się znalazł, w śpiworze, w domu podczas inspekcji przed praniem.

 

Chyba tyle. Przeczytaj, zapamiętaj, nie zginiesz podczas playdate a i dzieci będą zadowolone 😀


Dziękujemy wszystkim, którzy nas na zabawianki i nocowanki zapraszali i zapraszają, i do nas przychodzą też: Dorocie L., Asi K., Karolinie W., Monice Z., Ani, Dorocie D. ,(jak o kimś zapomniałam, wybaczcie bardzo) i oczywiście kanadyjskim znajomym, których nie wymieniam, bo i tak nie czytają bloga po polsku, hehe.

 

Całkiem sporo napisałam o polskich, swoich 😉 dzieciach w Vancouver. Znasz te wpisy?

Pięć miejscówek dla dzieci w Vancouver | Emigracja z dzieckiem – nasze błędy | Moje kanadyjskie szkolne zdziwienia, a konkretnie 6.

 

Chcesz, żeby się Twoje dzieci pobawiły z chłopakami? No problem, daj mi znać!

Zapomniałam o czymś w temacie playdate? No problem, pisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

#kasiaikod czyli każdy chce być programistą + nie dostałam pracy w kanadyjskim startupie

Wpis z cyklu Kasia i kod, czyli co robię, jak nie piszę o Kanadzie.

Ja też chcę być programistką. Wciąż 😉

To nie jest typowy wpis podsumowujący, bo nie znajdziesz tu listy porażek i sukcesów, a także refleksji, jak wyciągniętą z (nie)powodzeń naukę wykorzystam w 2018.

Trochę o nieudawaniu się będzie. I trochę o planach.

rok 2017 zaczęłam z hasłem: rok-krok w stronę IT

 

Planowałam pisać o tym regularnie. Napisałam 3 teksty.

Po drodze więcej było kroków w bok niż rzeczywiście planu.

Ale nie będę się zadręczać, że wyszło jak wyszło, najwyraźniej nie wiedziałam, czego chcę i dlatego poszło to w takim kierunku. Rozdrobniło się, wsiąkło, uciekło.

Przejrzałam tak wiele tutoriali, że nie dam rady ich wymienić. A na blogu o Kanadzie niepotrzebna taka wiedza.

Kibicowałam wielu dziewczynom, które postanowiły zostać programistkami i założyły blogi. Grupy wsparcia, wyzwania, linki do bezpłatnych albo bardzo tanich kursów, wszystko to wirowało wokół mnie, powodując mętlik i zniechęcając.

niby wiedziałam, czego chcę, ale tak na prawdę, to nie wiedziałam

 

Chciałam umieć programować, żeby móc pracować zdalnie.

Chciałam uniezależnić siebie od kraju zamieszkania i wymagań formalnych dotyczących zawodu. Chciałam ogarniać chłopaków, bo model rodziny, gdzie Kuba pracuje od 9:00 do 20:00, a ja do 17:00-18:00 mi nie odpowiada. Wiem, bo przerabiałam. Kiedy pracowałam dla Accenture Canada, Krzysiek i Maciek mocno to odczuwali. Nie chcę więcej.

Jednocześnie w 2017 szukałam pracy na pół etatu, w mniejszym wymiarze, na miejscu, w Kanadzie, poświęciłam sporo czasu, żeby poprawić swój profil na LinkedIn. Wyszukiwałam oferty w małych firmach, mając nadzieję, że są bardziej elastyczne i nawet jeśli nie zostanę programistą, to kimś zostanę.

Myślałam, że działając dwutorowo, zabezpieczam się.

złożyłam aplikację na stanowisko Support Coach w kanadyjskim startupie Unbounce

 

W Unbounce rozwijają aplikację do tworzenia stron typu landing page (rodzaj strony internetowej, która ma zachęcić odwiedzającego do konkretnego działania: zakupu, zapisania się na listę emailową, ściągnięcia e-booka).

W ramach rekrutacji miałam stworzyć własną landing page.

Zbudowałam stronę korzystając z aplikacji Unbounce i nadałam jej styl, używając HTML i CSS.

Przeszłam pierwszy etap rozmowy kwalifikacyjnej.

Pracy nie dostałam*

*jeśli chcesz wiedzieć, o co mnie pytali i jak się przygotowywałam do rozmowy, daj znać.

I tak, byłam smutna i przygnębiona, i jesień wcale nie pomagała. Ponownie się pogubiłam i ponownie się wkurzałam, bo koniec roku nadchodził, a ja nadal nie wiem, czego chcę i w którą stronę pójść.

nauka programowania nie szła mi w ogóle, bo miałam wrażenie, że jestem na etapie kopiuj-wklej i sama nie mogę się z niego wygrzebać.

 

Wiele razy usłyszałam: będzie dużo upadków i niepowodzeń. Więc nie pytaj się, kiedy skończysz, tylko zacznij. I zacznij znowu. I jeszcze raz.

Nie zliczę, ile razy zaczynałam. To wie chyba tylko mój kalendarz, a i tak nie najlepiej, bo wyrywam kartki z niego, jak się wkurzę.

W szeroko rozumianym temacie: chcę się nauczyć programowania, mam rozgrzebane trzy kierunki: Web-Design, Web-Developer i WordPress Developer.

Wiem, powinnam skończyć najpierw jeden, ale co tylko oglądam jakiś tutorial, zaraz bym chciała w praktyce wykorzystywać np. funkcjonalność wtyczki, jej wygląd.

I tak sięgam sobie to tu, to tam, wyciągając po kawałku i załamując ręce, że nie wygląda to ładnie.

Bo zbudowanie strony dla kogoś to nie tylko jej zakodowanie.

To wymyślenie jej funkcji, wyglądu, reakcji z czytelnikami. Wszystkiego trochę, i UX, i UI, i web design, i  deweloperka, i content marketing, i sama jeszcze nie wiem, co.

Dużo tego. Za dużo do ogarnięcia na jedną taką, całkiem zwyczajną trzydziestokilkulatkę, która chce coś robić na komputerze.

Chcę, żeby 2018 wyglądał trochę inaczej.

Cały czas się uczę i nigdy nie przestanę, ale nie stawiam sobie już celu: znać Java Script na takim i owakim poziomie.

mój cel to: zrobić stronę dla kogoś. Taką, jaką ktoś chce. Żeby mu się podobała.

 

Pisać o konkretnych projektach i czego się na ich podstawie uczę.

Będzie szło wolno. Jak to w wielu przypadkach bywa, plany sobie, życie sobie.

Ale nie o to chodzi.

Na pewno będę cały czas czytać, co inni robią, i uczyć się na ich przykładach.

Podglądać dziewczyny, matki, które już prowadzą własne biznesy w oparciu o umiejętności programistyczne.

Trochę już takich przykładów dobrych praktyk znam i pisałam o nich w pierwszej połowie roku.

I będę pisać o tym, jak co robię. Ale już nie na blogu kanadyjskim.

do ćwiczenia będzie inna strona, inny blog.

 

Już wkrótce. Będę tam pisać o tworzeniu motywu w WordPressie, kodowaniu strony internetowej, podstawach wyglądu strony.  Jak ja się tego uczę i jak to testuję.  Może zauważyłeś, że na Kanada się nada przybyła cała strona poświęcona Polskim Babskim Spotkaniom? To jest właśnie przykład mojej nauki.

Blog Kanada się nada jest (z)budowany przeze mnie na zupełnie darmowych elementach. Płatny motyw rozwiązałby wiele rzeczy, ale jednocześnie nie nauczyłabym się tak wiele, rozgryzając, dlaczego nie działa i nie wygląda, tak jak bym chciała.

Chcę to wszystko ogarniać. Małymi kroczkami, ale wszystko: design, deweloperkę, przekłuwanie tego w swój biznes.

Będzie i trochę Photoshopa, i pisanie motywu WordPressa z wykorzystaniem underscores, i testowanie płatnych rozwiązań: Divi oraz Genesis Framework.

Jestem mądrzejsza niż w zeszłym roku w styczniu. I za to jestem sobie wdzięczna.

Dam Ci znać, jak nowy blog się pojawi, tylko zostaw mi do siebie kontakt.

 

PS. Zawsze się podśmiewywałam z akcji w rodzaju “nowy rok=nowa ja”, a tu proszę, kupiłam sobie pierwszą w życiu szminkę. I pierwszy raz od 35 lat będę malować usta. A co! Rytualnie i na okrągło. I na różowo. Siuuuuu!

A Ty co robisz? Napisz w komentarzu, jak Ci minął 2017 i zaczął się 2018. I czy malujesz usta? 😉

 

Paczka, prezent, niespodzianka czyli jak obdarować Kanadą?

Post typowo grudniowy czyli co przywieźć z Kanady. Prezent, paczka, niespodzianka. Kilka linków z pomysłami, jak obdarować Kanadą. Sprawdź!

A myślałam sobie, że list prezentowych na blogu robić nie będę.
Bo jest ich w internecie całkiem sporo, także tych o prezentach kanadyjskich.

 

Dwa trzy linki podrzucam:

Patrycja i co wysłać w paczce o Polski | Druga Patrycja i co warto przywieźć z Kanady| Paulina i pomysły na prezenty poniżej 25CAD

 

Pytanie o kanadyjski suwenir pojawia się jednak tak często, że i ode mnie będzie rekomendacja.

A właściwie spis tego, co my przywozimy do Polski. Plus garść rzeczy do wypróbowania.

Zanim o tym, chcę zaznaczyć, że jednak więcej z Polski wywozimy niż przywozimy.

Zobacz, dlaczego tak się dzieje, w poście o naszych wydatkach.

jak my Kanadą obdarowujemy polskich znajomych i rodzinę

 

🎁 Rękawiczki – mittens, np.podobno te są unisex, Canada Roots, z paluszkami Czerwone z białym liściem klonowym, mogą być jednopalczaste.

🎁 Dżem bekonowy, bo robi dzień każdej obdarowanej osobie samym pomysłem, że można jeść dżem z mięsem. Nie każdemy posmakują kawałki bekonu w pomarańczowej słodkości, i znam takich, co otrzymany od nas w roku 2016 dżem wciąż jeszcze jedzą 😉

🎁 Syrop klonowy jest już wszędzie, no ale syrop klonowy z Kanady, to syrop klonowy z Kanady. Najczęściej przywozimy taki wielki z Coscto, bo służy części rodziny jako podstawa do sosów sałatkowych. Butla moze nie wygląda uroczyście i prezentowo, ale jaka praktyczna!

Najczęściej jednak nie przywozimy samego syropu tylko jedzenie z syropem – np ciastka lub ciągutki nadziewane [cukierki], albo nawet i owsiankę instant z syropem klonowym z Real Canadian Superstore. Czy sos barbeque do grilla.

🎁 Popcorn o smaku karmelu wymieszanego z serowym – zdaniem kilku kanadyjskich znajomych to smak ich dzieciństwa. Coś jak nasza bułka z pomidorem rzucana przez okno, kiedy siedzieliśmy na trzepaku. Lekkie [popcorn ofkors, chociaż bułka też], ale zajmuje miejsce w walizce. Do rozważenia.

Co dziwne, w Shopper’s Drug Mart online znalazłam tylko takie słodko-słone. Ale przysięgam, że widziałam i jadłam te karmelowo-serowe.

🎁 Czipsy o smaku vinegretu lub ketchupu [takie mogą być]. Są gdzie niegdzie dostępne w Polsce, ale wciąż robią wow.

🎁 Paski suszonego mięsa czyli beef jerky. Zwłaszcza w glazurze z syropu klonowego [chociaż te akaurat nie są]. Chociaż raz w życiu przełkniesz, prawda?

🎁 Kalendarz na ścianę, kanadyjski, z kanadyjskimi świętami, obowiązkowo zaczynający się od niedzieli. Inaczej niż w standardzie polskim, a za to jak ciekawie. Gwarancja, że osoba obdarowana ilekroć spojrzy na kalendarz, pomyśli o nas. A na kalendarz się patrzy często. Genialny prezent!

🎁 Pamiątka [albo zdaniem innych kurzołap aka durnostojka] czyli wytwór lokalny, czyli made by Aboriginal People. Np łapacz snów albo chociaż zakładka z motywem indiańskim. Niektórzy lubią.

🎁 Kubki ze Starbucksa z kanadyjskich miast lub ogólnie, kubek kanadyjski.Taki jest z Vancouver.

Ja wiem, że możesz się oburzyć, bo Starbucks jest amerykanski i że Kanada to nie Seattle, i w ogóle. Moim zdaniem, kubki z Timsa [Tom Hortons, kanadyjski odpowiednik Starbucksa]  ładne nie są. Ale możesz przywieźć Timsową kawę, w ramach ciekawostki kulinarnej [orginałkę może?]

czego nigdy nie przywiozłam i muszę nadrobić? Albo i nie 😉

 

🎁 Wino! Ice wine. Trochę się o nim naczytałam i coś mi sposób produkcji przypomina węgierskiego Tokaja. Czyli musi być bardzo słodkie i pewnie drogie. Zawiozę w tym roku na Święta! [a jak będzie za drogie, to chociaż herbatę o smaku wina zawiozę 😉

🎁 I jeszcze na święta planowałam przywieźć Eggnog, czyli słodki napój jajeczno-waniliowy. Wersja z prądem zawiera rum. Smacznie i rozgrzewająco. Tylko nie wiem, czy się w walizce nie zepsuje, więc muszę ogarnąć logistykę transportu. Jakby się jednak miał zważyć i skwaśnieć, to zawsze się mogę pocieszyć kawą o smaku eggnogowym.

🎁 Jestem całkiem beznadziejna w kosmetykach, ale podobno są takie, które warto przywieźć. Np. Lush. (edit: zapomniałam zupełnie o polskich dziewczynach, robiących kosmetyki i działających w Kanadzie, facepalm)

Paulina i sklep From Nature | Patrycja i sklep Polka Girl 

🎁 Ubrania, a zwłaszcza bluzy z napisem Canada, np marki Roots. Kwestia gustu, ja bym nie kupowała, bo nigdy nie wiadomo, czy obdarowany chce tak światu obwieszczać, że… no właśnie, co? Że ma rodzinę w Kanadzie, że był, że jest wielbicielem? Wiem, że niektórym się podobają takie rzeczy, więc wiesz, use your profesional judgement 😉

Jeszcze jedno, nie czekaj z zakupem do ostatniej chwili, bo ceny na lotnisku mogą Cię mocno znokautować. A i tak w większości są bez podatku 😉

 

Za mało świąteczne klimaty? Zobacz archiwalne posty o naszych Gwiazdkach w Vancouver:

Święta 2014 | Święta 2015 | Pytanie retoryczne do świąt 2016

 

 

I jak jeszcze, Waszym zdaniem, obdarować Kanadą? Znasz inny post/video/tekst o kanadyjskich prezentach? Zalinkuj w komentarzu!

 

ps. Część z linków to afiliacje prowadzące do amazon.ca. Żeby Ci zakupy ułatwić . Post wygląda trochę jak ciasto naćkane rodzynkami. Wybacz, uczę się.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Disney is Disney… Disneyland w Kalifornii czyli jak pomylić wschód z zachodem i prawie paść na zawał.

Marzenie każdego [podobno] czyli jak rodzina Kanada się nada pojechała przybić piątkę Myszce Miki. Disneyland w Kalifornii czyli uf, udało się. Ale stan przedzawałowy był. Whaaaaaat?

Nooo, muszę w końcu ten post napisać, przyznać się, jak to z Disneylandem było. Zwlekałam, zwlekałam, ale dłużej się nie da, była prośba na FB od Was, żeby pisać, jak było, to napiszę, jak było.

Wszystko, bez przemilczania.

Na początek jednak mała uwaga: z Disneylandem jest jak z Kanadą [hehehe, mądre, c’nie?] – Twoje wrażenie z tego miejsca zależy w główniej mierze od Ciebie.

Więc zwalanie winy za nieudaną wycieczkę na okoliczności zewnętrzne jest przede wszystkim szukaniem wymówek. Ale ludzie już tak mają.

Ja też tak mam, więc łatwo mi napisać, że wycieczka do Kalifornii była taka i owaka, bo to, bo tamto, bo owamto.

I trochę w tym wpisie będzie narzekania, no ale to żadna nowość, chyba już wiesz, że narzekanie to moje drugie imię [joke].

Jak już tak zaczęłam, i może myślisz sobie, ocho, tej to się w d…pie poprzewracało, w Disneylandzie się jej nie podobało, jedno zdanie podsumowania.

Disneyland robi WOW. Człowiek nie wychodzi z tego miejsca taki sam.

 

To najpierw twarde dane: rodzina 4 osobowa, chłopaki lat 5 i 10, wybrany weekend bez świąt państwowych, w październiku.

Plus przyjaciele, w podobnym układzie rodzinnym.

Hotele w Kalifornii zarezerwowane jeszcze w wakacje [booking.com], i bilety do Los Angeles też [Air Canada].

Zakup biletów do parku zostawiliśmy sobie na sam koniec. Dlaczego? Ano dlatego, że po pobycie w Legolandzie mieliśmy już lekki przesyt parków rozrywki i nie byliśmy pewni, na jakie bilety w Disneylandzie się zdecydować (na ile dni kupić bilety).

I tak o mści się karma. Za dużo się chciało, za dużo.

Byliśmy świadomi, że parki rozrywki z Myszką Miki są w Kalifornii dwa. I że można kupić bilet do jednego parku na jeden dzień, albo do dwóch parków na jeden dzień, albo do dwóch parków na dwa dni, albo….. dość. Wszystkie opcje, wliczając w to możliwość wejścia wcześniej (Magic Morning), dostępne są na stronie internetowej.

Dlaczego kupiliśmy bilety przez internet? Bynajmniej nie dlatego, że było taniej (w Legolandzie tak to działa – kupujesz przez internet na konkretny dzień i jest taniej niż z budki przed wejściem. I bez kolejki).

Kupiliśmy bilety do Disneylandu online, żeby do parku wejść szybko i sprawnie.

Nie weszliśmy ani szybko, ani sprawnie.

# historia prawdziwa mini zawału

Przy wejściu szczegółowo sprawdzają plecaki.  Zupełnie nieświadomi zabraliśmy walizkę – jeździk Trunky, z myślą o ciągnięciu Maćka, jak się zmęczy.

Niestety do parku nie można wnosić rzeczy, które się ciągnie za sobą. Można te, które się przed sobą pcha – czyli wózki.

Obiecaliśmy panu z ochrony, że nie będziemy ciągnąć, wzięliśmy walizkę na ramię i idziemy do bramki z wydrukowanymi biletami.

A w bramce zonk, pani nie może skasować naszego biletu. Odsyła nas do punktu obsługi klienta. Idziemy do punktu obsługi klienta, mówią nam, że to jest potwierdzenie zakupu biletu, ale wydrukowane bilety potrzebujemy z kasy pobrać. “Dziwne, ale ok”, myślę, “miało być sprawniej”.

W kasie miła starsza kasjerka bierze bilety, przygląda się im i mówi, że owszem, mamy dobre bilety ale do DisneyWorld, a nie do DisneyLand!!!

Szok. Jak to DisneyWorld? Disneyworld, Disneyland, Disney is Disney, c’nie? Otóż nie. DisneyWorld jest na…. Florydzie.

Co za fakap!

Chłopaki już prawie w spazmach, bo kobieta mówi, że niestety Disney nie jest Disney, i że tu jest DisneyLand, Kalifornia, a nie DisneyWorld, Floryda, i że nie mamy biletów tu, za to mamy tam (za prawie 1000CAD).

Dzieci nie wytrzymują, łzy się leją, bo jak to, przecież jesteśmy tu, a nie tam.

Nigdzie na tych nieszczęsnych biletach nie jest napisane Florida (ani California też nie). Jest napisane DisneyWorld, tak, zgadza się, no ale dla mnie Disney is Disney !!!

Nie każdy jest w Ameryce rodzony i chociaż ja na Kaczorze Donaldzie chowana, to jednak nie odróżniam parków rozrywki i co jak co, ale te dwa stany amerykańskie, adresy parków, to powinny być napisane WIELKIMI DRUKOWANYMI LITERAMI.

Wołamy panią przełożoną, ta chwyta za słuchawkę i dzwoni na Florydę. Ale nic się nie da, m’am, zrobić, niestety, macie złe bilety, a właściwie nie macie (nie mamy) ich wcale.

Wyciągnęliśmy kartę kredytową i zadłużyliśmy się na kolejne 1000CAD. [Żeby nie trzymać cię w niepewności – odzyskaliśmy pieniądze z Florydy po 3 tygodniach]

W końcu to jest Ameryka ❤, więc żeby nie było, że klient niezadowolony, pani w Disneylandzie dała nam kupony na jedzenie w parku. I to jedzenie było bardzo dobre [zdziwienie moje wielkie, bo na ogół jedzenie północnoamerykańskie nam nie smakuje, ale w Disneylandzie było całkiem, całkiem].

Dobra, dość tych strasznych historii – sprawdzajcie ludzie bilety, dobrze radzę!

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_9_zdjec_z_Kalifornii

# to teraz kilka informacji

 

  1. W Kalifornii wejście do obu parków: Disneyland i Disney California Adventure Park jest w tym samym miejscu. Wspólna kolejka do kontroli bezpieczeństwa i potem możesz zdecydować, na prawo, czy na lewo.
  2. W obu parkach wygląda to podobnie: wchodzi się do parku, a potem: czekanie w kolejce do atrakcji (rekord: 120 minut, żeby zjechać pontonem w Splash Mountain), stanie, czekanie, jedzenie, zjeżdżanie, oglądanie, chodzenie, bieganie (do Fastpassów, więcej poniżej).
  3. Dobra rada dla rodzin nienawykłych do amerykańskiego poziomu zastraszania w czasie Halloween – nie przyjeżdżajcie w czasie Halloween! Maciek (lat 5 i pół) się bał na niektórych atrakcjach. Moje wyczekiwane fajerwerki nad zamkiem Disneya były w klimacie halołinowym, a ja go ani nie znam, ani specjalnie lubię. Więc rozczarowanko z mojej strony.
  4. tłumy ogromne w obu parkach (w weekend oczywiście większe). Dlaczego te bilety nie są przypisane do danego dnia, to ja nie wiem, bo tak można by przynajmniej jakoś to kontrolować, ale nie. I szczerze były takie momenty, że się bałam, tłum napierał ze wszech stron, a Disneyludzie próbowali to jakoś unormować, ale bezpieczne to to nie było.  Legoland – bilety na dany dzień rezerwujesz, ergo ludzie z obsługi wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać.
  5. Miej plan, co po kolei będziesz zwiedzał. Przed wyjazdem warto choćby trochę poczytać o atrakcjach. Przyznam szczerze, że akurat tę lekcję zrobiliśmy po łebkach. Podobno wszystkie parki kanoniczne Disneya są podobne, czyli mają takie same strefy, więc możesz poczytać, co warto, gdzie zobaczyć. Nam bardziej podobał się Disney California Adventure Park niż Disneyland. Nasz ranking atrakcji poniżej.
  6. Co to jest Fastpass i dlaczego musisz chcesz go mieć. Nie da się parku i jego atrakcji zobaczyć w jeden dzień. Nawet w dwa dni się nie da. Podejrzewam, że i trzy to za mało. A parki są dwa, a weekend jest krótki. Wtedy z pomocą przychodzi Fastpass. Jest rodzaj dodatkowego biletu, który pozwala Ci wejść na atrakcje szybciej, krótszą kolejką. Możesz albo ściągnąć sobie płatną aplikację na telefon albo w parku biegać od kiosku/biletomatu do biletomatu, żeby pobrać Fastpassy za darmo. Wszystkie informacje znajdziesz tutaj.  Nabiegałam się za tymi Fastpassami, oj nabiegałam.  Jeśli planujesz konkretne atrakcje, zobacz, czy są do nich dostępne Fastpassy i je zdobądź w pierwszej kolejności. Oszczędzisz sobie czekania. Jeśli zależy Ci na jakieś atrakcji bardzo, bardzo, rezerwuj Fastpassy z samego rana, bo po południu często są wyprzedane. Albo dostępne na godzinę 23:30.  W Legolandzie również są takie urządzenia, ale nie korzystaliśmy, bo nie było kolejek.
  7. Nie wiedziałam, że do Disneylandu jeżdżą ludzie bez dzieci. Takich było bardzo dużo; nawet raz mówię do Kuby, Kuba tutaj stoją sami dorośli o co chodzi? i chodziło o Space Mountain. Pod koniec pobytu już wiedziałam – nasze chłopaki tak średnio ogarniają Disneya, nie to, co dorośli, na bajkach Disneya chowani. Więc te wyjazdy do Disneylandu to sentymentalne podróże do czasów dzieciństwa, a nie najdziwniejsze miejsce na randki ;). W Legolandzie prawie nie widziałam ludzi bez dzieci, w Disneylandzie nastąpiło odwrócenie proporcji plus średnia wieku odwiedzających skoczyła o jakieś 50 lat.
  8. Rada parkingowo-dojazdowa. W Anaheim jeździ komunikacja miejska po głównej drodze miasteczka. Tej, przy której stoi większość hoteli. Jest również autobus – shuttle z parkingów samochodowych pod bramę parku. I ten polecamy bo a) jeździ częściej b) jest za darmo. W Legolandzie przyszło nam się przespacerować do parku spod wioski (noclegu). A mógł być shuttle.
  9. Jedzenie moża wnosić, ale w praktyce i tak wszyscy tłoczą się do lodów, corn-i hot-dogów, churros (rodzaj długich pączków) czy ogromnych pieczonych nóg indyczych. My w Disneylandzie jedliśmy w restauracji nowoorleańskiej (pycha!), a w Disney California Adventure Park w barze Loli z “Aut” (mniejsza pycha, ale też ok, zestaw dla dzieci dostaje się w pudełku w kształcie Zygzaka McQuina, jej!). Jedzenie lepsze w Disneylandzie niż w Legolandzie, chociaż akurat popołudniowy bufet piracki w wiosce Legolandowej polecamy.

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_6_zdjec_z_Disneyland_California

#Kolejki i atrakcje – pewnie takie same podobne są w każdym parku

(c0 ciekawe, na takie same kolejki nie wpuścili Maćka w Legolandzie, a przepuścili w Disneylandzie). Kilka zdań o atrakcjach, które zrobiły na naszej rodzinie największe wrażenie.

  1. Świat Aut czyli przede wszystkim Wyścig w Chłodnicy Górskiej. Ale wszystko inne w pobliżu też. Bardzo ładnie, z dbałością o szczegóły przygotowana kraina. Zdecydowanie nasz faworyt w Disney California Adventure Park.
  2. Przelot nad światem czyli kino Soaring Around the World. W Vancouver mamy Fly over Canada, ale Soaring zabierze Cię w podróż po świecie. Polecamy bardzo w Disney California Adventure Park.
  3. Guardians of Galaxy czyli film nam się podobał i atrakcja nam się podobała (Maćkowi mniej, bo było wolne spadanie i otwieranie się okna na wysokości kilku okien. Bał się)
  4. Pokrzycz sobie po amerykańsku czyli wielki rolercoaster California Screamin’. Bez Maćka i Kuby krzyczeliśmy dość głośno, podobno ja głośniej (zdaniem Krzysia). Porządny zjazd, szybkość i zwis głową w dół.
  5. Po to właściwie przyjechaliśmy, czyli Tomorrowland w Disneylandzie. Star Wars rule them all. Chłopaki brali udział w treningu Jedi (można się zamachnąć plastykowym mieczem na Lorda Vadera). Byliśmy w symulatorze Star Wars i polecamy (Maciek się trochę bał) oraz na kolejce Space Mountain i bardzo nie polecamy (Maciek się bardzo bał, nic nie było widać, tylko potwory halloweenowe na nas wyskakiwały).
  6. Z kolejek polecamy także Big Thunder Mountain Railroad (chociaż podobno był tutaj kiedyś wypadek śmiertelny). Podobną kolejką jest Matterhorn Bobsleds, ale ponieważ zjazd był znowy wewnątrz góry i po ciemku, Maćkowi podobało się średnio.

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_trzech_zdjec_z_Kalifornii_Disneyland

Ponieważ to jest wpis o najszczęśliwszym miejscu na świecie (cyt. za reklamą Disneylandu 😉 ), to nie będę pisała o wszystkich atrakcjach, które nam się nie podobały zupełnie.

Bo przecież to, że ja myślę: nie warto stać po 120 minut, żeby zjechać 5 minut kolejką, nie oznacza, że nie warto. Bo może właśnie Twoim zdaniem warto.

Jeśli masz pytanie o jakąś atrakcję, daj mi znać w komentarzu.


Podsumowanie: Legoland – protestancka skromność i  porządek, aka czuję się bezpiecznie i nie mam zawrotów głowy, Disneyland- jesteś w świecie jak z amerykańskiej bajki, filmu, snu, wiadomo, że każdy by chciał chociaż przez chwilę, ale w końcu się trzeba obudzić.

Legolandu miałam dość po 2 dniach, Disneylandu po 2 godzinach.

Ale i tak warto było. W końcu, nic co ludzkie, nie jest mi obce 🙂

Aaaa, jeszcze jedno. Wycieczka do Playland w Vancouver jeszcze przed nami. Polecisz coś?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak się NIE przygotowywać na emigrację z dzieckiem do Kanady.

To jest post-rozliczenie, co powinniśmy zrobić, żeby dobrze dzieci “wyemigrować”. Nam się udało tak se. Spisałam nasze błędy, żeby Tobie było łatwiej.

Emigracja To dla dziecka (szczególnie w wieku szkolnym) stres porównywalny z rozwodem rodziców. Wiedziałeś o tym?

Bo nam to nawet do głowy nie przyszło!

“Jakoś to będzie”, myśleliśmy.

No i było. Jakoś.

A głównie byle jak.

Dlatego dziś chcę trochę o tym napisać. Czego my nie zrobiliśmy, a powinniśmy. I jak już na miejscu radziliśmy sobie z oswajaniem kanadyjskich emocji u dziecka szkolnego.

Jak się NIE przygotowywać, a dobrze przygotować na emigrację z dzieckiem do Kanady.

Jest listopad 2017. Mijają trzy lata od momentu od naszego przyjazdu do Kanady. Trzy lata temu Krzysiek (starszy syn) zaczął kanadyjską podstawówkę.

Rozpoczęcie życia w Kanadzie nie przyszło Krzysiowi łatwo. Zupełnia zmiana miejsca zamieszkania, kontynentu, wyrwanie go z korzeniami z polskiej szkoły, którą już zdążył poznać.

Ogromny stres, bo język inny, koledzy wyglądają inaczej, nawet zwykły berek, to nie berek, tylko tag. Zwyczaje inne, jedzenie inne, mamo, co to są te paski zielonego papieru, które koledzy jedzą na przerwie?

Przeczytaj, co zrobiliśmy my, a Ty nie powinnieneś. I będzie Ci łatwiej z dzieckiem wyjechać.


#1 błąd- nie myśleliśmy, że to w ogóle jest jakiś temat do ogarnięcia, ta emigracja z dziećmi

 

Coraz częściej na emigrację decydują się rodziny z dziećmi starszymi. Te dzieci mają już swoje pooukładane życie. Tak, 7latek jak najbardziej ma swoje zdanie, przyzwyczajenia. Ba, nawet 3 latek je ma, ale jednak zmianę przeżyje trochę łagodniej (z naciskiem na trochę, bo wiadomo, zależy od dziecka)

U nas w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe było zero rozeznania w temacie, zero czytania blogów parentingowych rodziców od lat mieszkających za granicą.

Nie polecamy takiego podejścia.

Przygotuj się, przeczytaj co możesz o życiu z dzieckiem w kraju, do którego się wybierasz. Czytaj blogi i pytaj na forach / grupach facebookowych. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym większa szansa, że znajdziesz pomocną odpowiedź. Zamiast pisać: mam dziecko i chcę wyjechać do Kanady, warto?, lepiej zapytaj: mój syn ma 10lat, nie mówi po angielsku, chcemy się przeprowadzić do Vancouver, jaką dzielnicę i szkołę polecacie?


#2 błąd – nie przygotowaliśmy Krzyśka na język angielski

 

Pierwsza myśl w temacie emigracji do Kanady z dzieckiem była taka: ojeju co z angielskim Krzysia?

Latem 2014, powinnam była  wymyślić dla chłopaków jakieś krótkie półkolonie, zajęcia z angielskim. Jednak nie pociągnęłam tej myśli, taka uspokojona ogólnie panującym przekonaniem, że dziecko się samo języka nauczy.

I rzeczywiście się nauczył, ale jakim kosztem? Wielu emocji, wstydu, strachu, buntu, złości.

Zadbaj o angielski przed wyjazdem. Nawet jak dziecko miało angielski w szkole, spróbuj załatwić mu anglojęzycznego kolegę, może przez Skype, może pen-pala, a może zwyczajnie może z Tobą poćwiczyć kilka zdań.

Polecem szczególnie ćwiczyć różne pytania: Gdzie jest łazienka? Gdzie mogę się napić wody? oraz podstawowe zwroty: nie rozumiem, mam na imię, chcę się z Wami bawić, ale nie wiem, jak.

Nieznajomość języka boli tak samo dorosłego, który nie rozumie, co do niego mówi ekspedientka w sklepie, jak i dzieckO, które widzi rozbawienie na twarzy rówieśnika, bo na pytanie: What’s your name? odpowiedziało: yes, yes.


#3 błąd- nie rozmawialiśmy z Krzysiem o Kanadzie

 

Powinniśmy byli przeczytać o mieszkaniu w Vancouver. Sami nie wiedzieliśmy, kto tutaj mieszka, że jest tak liczna mniejszość azjatycka i co to oznacza.

A to oznacza np inne zwyczaje i święta w szkole, choćby Chiński Nowy Rok czy Halloween.

Niby dzieci wiedzą, o co chodzi, ale czy Ty wiesz, na czym polega trick-or-treat? I gdzie dziecko poprowadzić, jak? I jak ma poprosić o cukierek?

Wszystkie te drobiazgi, które kanadyjskie dzieci wyssały z mlekiem matki, dla 7atka są nowe. A skoro nowe, to budzące niepokój i bunt. A szkoda, żeby mieszkając w Kanadzie, dziecko nie miało doświadczeń właściwych kanadyjskim dzieciom.

W końcu także o to chodzi w emigracji, prawda? Żeby innego życia spóbować.

Zatem o tym innym życiu trzeba z dziećmi rozmawiać wcześniej.

Nasza ulubiona pomoc teraz: książka Mapy (żałuję, że nie zaczęliśmy rozmawiać o tej książce przed przyjazdem). Strony z Polską i Kanadą są już tak wytarte i popisane, że pewnie przyjdzie czas na nowy egzemplarz.

Przygotowujesz się na re-emigrację do Polski z dzieckiem, które nie mówi po polsku? Wiesz, że Mapy są też po angielsku? Polecam z pełnym przekonaniem!

Jeśli jesteś w Kanadzie, możesz ją zamówić na Amazonie


#4 błąd – nie ustaliliśmy zawartości walizki, co się przeprowadza, a co zostaje i co z tym robimy?

 

W walizce chłopaków przyleciały tylko klocki Lego. A mogły na przykład zdjęcia ze wspólnych wakacji z dziadkami, czy pościel pachnąca warszawskim domem (nasze chłopaki są mocno wrażliwe na zapachy). Wystarczyło się zapytać, a nie autorytatywnie zdecydować (to ja decydowałam, czyli zero cierpliwości, bo pakowanie jest be i byle szybciej), to warto, bo dobra, droga zabawka (zestaw drewnianych kolejek).

Część zabawek po prostu rozdałam. Nie zawsze informując chłopaków, co się z nimi stało. Kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. No bo co zrobić, kiedy po roku padnie pytanie o ulubiony jeździk? Dziecko pamięta, że był, nie pamięta, że się z nim rozstał.

Lepiej wspólnie zdecydujcie, co się dzieje z wszystkimi rzeczami dziecka przed emigracją. Dyskusja z dwulatkiem nad każdym samochodzikiem nie jest łatwa, ale przynajmniej niech wie, co się stanie z rzeczami, które mają dla niego większe znaczenie.

Jeśli masz zwierzaka, warto dołożyć wszyskich starań, żeby przeprowadził się z Wami. To w końcu domownik, prawda? Rozstanie z nim dodatkowo przygnębi dzieci i mało przychylnie nastroi do wyjazdu. Pomocne informacje o przewozie zwierząt do Kanady znajdziesz pod tym linkiem.


#5 błąd – średnio trafiliśmy z czasem przeprowadzki

 

Myślałam, że jak przyjedziemy na tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, to będzie wystarczająco dużo czasu na ogarnięcie się i ogarnięcie emocji.

I znowu zonk – za mało było wspólnych dni, żeby Vancouver choć trochę poznać, niespiesznie się rozejrzeć, powoli zaprzyjaźnić.

Jeśli wiesz, że taktyka rzucania na głęboką wodę dobrze zrobi Twojemu dziecku, nie ma znaczenia, kiedy zacznie szkołę. Ale mało znam takich dzieci.

Dzisiaj wiem, że lepiej byśmy zrobili przylatując na wakacje do Kanady i dając chłopakom więcej czasu na spokojne rozejrzenie się po nowym otoczeniu.

Przekonałam się, że w przypadku naszej rodziny robienie wszystkiego od razu i jak najszybciej nie zdaje egzaminu, bo w dłuższej perspektywie płaci się wyższe koszty. Tak było z zapisaniem Maćka do żłobka daycare – zaczął chodzić niemalże od początku pobytu w Vancouver, na cały dzień. Przyzwyczaił się, bo człowiek się może przyzwyczaić do wszystkiego, ale dobrze mu to nie zrobiło. Dopiero po roku, kiedy zamieniliśmy całodniowy daycare na kilkugodzinne preschool dwa razy w tygodniu, Maciek wyraźnie poweselał.

Mogłabym tak jeszcze tę listę wydłużać, ale co się będę jako rodzic biczować ;). Było, minęło. Chętnie za to posłucham, jakie Ty masz doświadczenia w emigracji z dziećmi. Daj znać w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje.

A jeśli dopiero myślisz o wyjeździe, pytaj.

I powodzenia!

PS. W tym wpisie testuję linki afiliacyjne, żeby ułatwić Ci znalezienie rzeczy, o których piszę i które polecam.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Karolina z książką “Tożsamość nieznana” wpada w gości- rozmowa z Karoliną – fotografem i pisarką

Pisaniu książek, robienie zdjęć i odnajdywanie siebie na eimigracji w Kanadzie czyli Karolina wpada w gości

Mam tak dobrze, że znam kilka (no dobra, więcej niż kilka) Polek w Vancouver.

Cześć z nich opowiadała na blogu swoje historie. Czasem prywatne, czasem zawodowe, a często mocno wzruszające.

A dziś przychodzę do Ciebie z historią Karoliny. Karolina na emigracji napisała książkę. I zdjęcia też robi!

 

Tak to jest że nie zawsze jest się łatwo na emigracji odnaleźć. Zwłaszcza, jeśli mąż wychodzi do pracy, a Ty wychodzisz z siebie, żeby pomysł na siebie jakiś zaleźć.

Cokolwiek, żeby działało, żeby nie być tylko żoną przy mężu, żeby móc swoje projekty realizować, albo, o niebiosa, pracę dostać, mimo, że się przyjechało do Kanady, bo pracę dostał mąż.

Właśnie takich historii inspirujących potrzebowałam usłyszeć na początku emigracji najbardziej, żeby własne niedopieszczone i mocno niepewne ego uspokoić.

Nie będę ci ściemniać – wciąż potrzebuję takich historii.

Odważnych Polek, które na emigracji w Kanadzie robią to, co chcą.

Karolina jest jedną z nich.

Fajna dziewczyna, konkretne zadania realizuje i mówi o sobie “typowa baba”, głośna i uparta.

Mieszka z mężem i synami w północnym Vancouver. Prowadzi studio fotograficzne, które dostarcza jej satysfakcji i pieniędzy. A jeszcze do tego napisała książkę.

Nic, tylko pozazdrościć.

#porozmawiałyśmy sobie o książce, o pracy, o byciu Polką w Vancouver.

Karolina, co lubisz bardziej: robić zdjęcia czy pisać? Hehehe

Ze zdjęciami jest trochę łatwiej, bo robię je i efekt widać od razu.

Pisanie to proces długotrwały, uczący cierpliwości, a także wymagający czasu, co przy dzieciach, domu i pracy brzmi prawie jak mission impossible. Nie umiem jednak zdecydować, co lubię bardziej. Pisać lubiłam od zawsze – już w czasach liceum.

Opowiem Ci fajną historię: Jednego razu cała klasa dostała zadanie – napisać recenzję obrazu Matejki. Takich samych prac, z obowiązującymi od x lat w polskiej szkole wytycznymi, pisaliśmy już wiele. Wpadłam na myśl, że recenzję przedstawię w opowiadaniu, w którym to cała klasa – taka jak nasza – pojechała do muzeum. Nie zabrakło klauna klasowego, który pytałby skąd Matejko miał farbki, albo ambitnej dziewczyny, która chciała tak, jak zalecano w szkołach skupić się na normach i regułach, i krytykowała każdego, kto śmiał mieć inne zdanie. Nie mniej jednak wypowiedzi dzieciaków stanowiły recenzję.

Nauczycielka zawołała mnie po lekcji, przyznała, że nigdy jej się nie zdarzyło skupić uwagi całej klasy na tak długo. Otwarcie pogratulowała mi pomysłu, a potem dodała, że uczniowie wobec mnie będącej w ogrodzie róż, pozostają w szczerym polu. Ucieszyłam się z pochwały, ale za szybko, bo wlepiła mi kiepską ocenę. Za niezgodność z normami recenzji. Wtedy dotarło do mnie, że polska szkoła nie pochwalała kreatywnego myślenia.

Czyli pisać lubiła od zawsze. I od zawsze z mocnym akcentem.

Do pisania podchodzi z szacunkiem podszytym natchnieniem – czasami zdarzają się jej dni, kiedy nie pisze nic, a czasem wena nie opuszcza i przez kilkanaście godzin.

W 2017 wydała swoją pierwszą książkę. Napisała ją na emigracji. W przygotowaniu są kolejne.

 

Ale jak się do tego zabrałaś? Po prostu usiadłaś i napisałaś?

Bardzo często jestem pytana: skąd taki pomysł? Jak na to wpadłaś? Od razu miałaś zaplanowane co się w książce wydarzy, jaka będzie fabuła?

Tak naprawdę lubię słuchać ludzi, tego, co mają do opowiedzenia. To oni mi podsuwają pomysły. Czasami wystarczy niewielka inspiracja, która w mojej głowie urasta do ciekawej historii.

Lubię pisać to, co sama chciałabym przeczytać. Książki bez zbędnego gadania, czy opisów jak w “Nad Niemnem”. Wartka akcja, tajemnica i zaskoczenie.

Gdy jest już pomysł, po prostu siadam i piszę.

A jak reagują ludzie?

Jestem ogromnie zaskoczona ilością pozytywnych wiadomości.

Wyobraź sobie, że są tacy, którzy wycinają fragment z książki i mi dziękują, że ktoś w końcu napisał coś tak prawdziwego. Znajdują w niej wartości, ukryte wiadomości i przesłania.

Czasami aż nie wiem, co odpowiedzieć.

Drugim zaskoczeniem było to, że musiałam tłumaczyć, że ta książka nie jest o mnie, że to fikcja. Kompletnie zmyślona historia. Musiałam ją naprawdę wiarygodnie napisać skoro niektórzy uwierzyli, że to moje wspomnienia.

Kilka słów o książce

Książka to romans. I kryminał. Romansowy kryminał. Od razu powiedziałam Karolinie, że to nie jest typ książki, która mnie pociąga. Myliłam się, powieść wciągnęła mnie bardzo. “Tożsamość nieznaną” czyta się szybko.

Ale nieprzyjemnie. Bo to historia o świecie przestępczym, brutalnym, gwałtownym i złym. Nie mam się za jakiegoś wrażliwego kwiatuszka, lubię naparzankę w filmach, ale w książce ta relacja jest dużo bardziej intymna i osobista. Zatem porusza i przeraża bardziej.

Jeśli liczysz na lekturę lekką, łatwą i przyjemną, to raczej nie tędy droga.

Przeczytałam książkę w dwa dni, bo sprawny język Karoliny, jej styl, płynnie prowadził przez wcale nie cienką powieść. To było moje pierwsze wrażenie: Rany, skąd, jak, kiedy ona tak się nauczyła pisać. Talent? Praca?

Wiem, głupota, ale wyobrażałam sobie, że dzisiaj każdy pisze książki, ale na bycie dobrym literacko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą i długoletnim doskonaleniem warsztatu. Tak, mylę się, myliłam się.

Karolina umie pisać.

To, czy jej opowieść przypadnie ci do gustu, możesz sprawdzić. W bibliotece publicznej w Vancouver książka jest dostępna.

Możesz ją również kupić na Amazonie (i przy okazji przetestować mój pierwszy w życiu link afiliacyjny KLIKNIJ W OBRAZEK)


Czy bycie imigrantką w jakiś sposób wpłynęło na Twój styl pracy?

Zanim wyjechaliśmy do Kanady, pytana o powód tej decyzji zawsze mówiłam o szansie jaką dostanie mój mąż, o tym jak moje dzieci będą miały możliwość nauczyć się języka od natives.

Tymczasem okazało się, że największa zmiana czekała na mnie.

Dzięki pobytowi tutaj nabrałam pewności siebie, ale nie takiej pysznej, że wszystko wiem najlepiej, tylko takiej, która pozwoliła mi zaryzykować.

O pisaniu wiedziało tylko kilka osób i to z mojego najbliższego otoczenia. Kiedy mówiłam, że książek jest kilka, jeszcze bardziej otwierały się im oczy. Nigdy wcześniej o tym nie wspominałam, bo najzwyczajniej w świecie brakowało mi odwagi by spełniać własne marzenia.

Co byś poradziła dziewczynom, które przyjeżdżając do innego kraju, bo partner znalazł pracę, zostawiają swoje życie zawodowe w Polsce? Mówi się o nas – partner na doczepkę, trailing spouse.

Ja zawsze opowiadam ten dowcip, w którym para zachęcona opowieściami o dolarach leżących na ulicy w Ameryce, decyduje się na wyjazd. Traf chce, że przy wysiadaniu z samolotu, już w USA, leży na ziemi banknot pięciodolarowy. Małżeństwo spojrzało na siebie, a potem stwierdziło, że od jutra zaczną zbierać.

Ten dowcip fantastycznie podsumowuje nastawienie ludzi i ich oczekiwania, a tak naprawdę nic nie przychodzi łatwo.

Można całkowicie podeptać swoją szansę, bo komuś się po prostu nie chce, albo też boi się zaryzykować.

Gdy mnie ktoś pyta, co zrobić, by odnieść sukces, radzę spojrzeć głęboko w siebie. Traktowałabym ten czas na takie dogłębne zastanowienie się, czego się tak naprawdę chce w życiu. Próbować sił w różnych dziedzinach. Jak już coś robić, to naprawdę z zaangażowaniem. Dać coś z siebie.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z kimś, kto mi powiedział, że ceni Polaków za głowę do biznesu.

Kiedyś Whistler był własnością Polaka, o czym sama nie wiedziałam. Słyszeć, że słyniemy tutaj z głowy do biznesu, a nie skłonności do wódki było bardzo budujące. Wierze, że mamy w sobie tę moc 🙂

Jesteś fotografem – opowiesz, jak wyglądały Twoje początki w Vancouver? Jak zaczęłaś biznes, zdobyłaś klientów, jak w końcu poradziłaś sobie ze słynnym no Canadian experience=no Canadian job?

Tak naprawdę to ja nie powinnam się wypowiadać w kwestii no Canadian experience = no Canadian job, bo nie szukałam pracy na rynku. Głównie ze względu na dzieci i brak pomocy w opiece nad nimi po szkole.

Przez rok spędzałam czas na wiciu gniazda i wychowywaniu psa, a potem zdecydowałam się na zmianę pasji w pracę i postawiłam na fotografię.

Rzecz jasna nie od razu było tak, że moja skrzynka pocztowa pękała w szwach, a jeśli już jakiś mail się pojawiał to zazwyczaj z reklamą.

Otwierając biznes tutaj przez długi czas pracowałam za niewielkie pieniądze lub nawet za darmo, ale oferowałam usługi na najwyższym poziomie. Trafiałam na niesamowitych ludzi, którzy często sami z siebie oferowali mi pomoc. Dawałam z siebie wszystko, a ludzie doceniali to i polecali mnie dalej swoim znajomym, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

Karolinę, jej książkę i jej studio fotograficzne znajdziecie w Internecie (FB pisarski) i (FB fotograficzny).

Bywa też na Polskich Babskich Spotkaniach, podobnie jak Paulina i Ewa.

Więc jeśli chcesz wiedzieć więcej i pożyczyć od super dziewczyn energii, żeby życie na emigracji z przytupem rozpocząć, przyjdź na następne spotkanie. To już jutro!

Masz pytania do Karoliny? Napisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Bokiem na Mount Baker, czyli jednodniowy wypad do USA na górę,”tę co widać z Vancouver, mamo”

Taka góra, co ją widać, a zawsze ma śnieg. Czyli lodowiec Mount Baker poleca się na jesienny dzień.

Hahaha, gór, co widać z Vancouver, jest całe mnóstwo, powiesz. I rację mieć będziesz (me Yoda said)

Mount Baker nie jest jedną z całego mnóstwa gór dookoła, uwierz mi. No chyba, że mieszkasz w Vancouver i nie trzeba cię przekonywać.

Mount Baker to szczyt w USA, który widać prze dobrej pogodzie z niemalże każdego miejsca w Vancouver, a już z trasy na Hope i doliny Fraser Valley, to najlepiej!

Jednodniowy wypad na Mount Baker, wczesną jesienią, polecamy bardzo, zwłaszcza jeśli szlaki w okolicy naszego miasta już znasz i szukasz zaskoczeń.

Zaskoczy cię, zaskoczy ta góra.

Ale zanim góra zaskoczy, to najpierw nie bądź taki i daj się zaskoczyć na granicy z USA.

#wypad na Mount Baker wymaga wyjechania z Kanady

Niby wszystko oczywiste – masz wizę turystyczną do Stanów. My mamy (a jak się o nią staraliśmy w Vancouver, mając kanadyjskie pozwolenie o pracę wiesz?)

Niby powinno być łatwiej przekraczać granicę, zwłaszcza teraz, kiedy mamy już kartę stałego pobytu (PR). Jednak amerykańskich celników na przejścu granicznym twój status w Kanadzie mało obchodzi.

Interesuje ich, czy masz wizę. Oraz czy masz jedzenie. Nie można do Stanów wwozić pewnych produktów spożywczych i czasami celnik o nie pyta: czy masz owoce albo ogólnie jedzenia. My zwykle odpowiadamy, że mamy snacks, czyli przekąski. I tak, pod tę kategorię podpadają także owoce, kanapki, napoje.

Jeszcze nas nikt z tego powodu nie kontrolował.

Za to kilka razy po białe karteczki musieliśmy swoje odstać. Tym razem także.

Granicę przekraczaliśmy w Sumas, które jest tylko trochę mniej popularnym przejściem od tego w White Rock (Peace Arch /Blaine). Też sporo ludzi, też kolejki.

Musieliśmy kupić białe karteczki do paszportów (po 6$ od głowy, można płacić kartą). Mają ważność 6 miesięcy. Nasłuchaliśmy się wielu historii o nich – a to niektórym zabrali je przy wyjeździe ze Stanów, albo dali tylko na jeden dzień. Tak więc widzisz – w życiu jak w piosence, wszystko się może zdarzyć.

Byliśmy na granicy około 11, w niedzielę.

Od przejścia granicznego w Sumas jedzie się cały czas mało zatłoczoną drogą na południe (547) a potem na wschód (542).

Naszym pierwszym przystankiem był szlak Heliotrope Ridge Trailhead.

# na szlaku Heliotrope Ridge Trailhead czyli podchodzimy pod lodowiec

Wejście na szlak znajduje się na końcu drogi szutrowej, dość krętej i miejscami wąskiej. Jesienią nie było na niej błota, ale nie wiem, czy zimą da się ją pokonać bez napędu na cztery koła.

Jest parking, który ze względu na popularność szlaku, szybko się zapełnia. Przy parkingu są toalety.

Przy wjeździe zobaczysz tablice informujące, że za pobyt w parku się płaci (dotyczy to parkowania, chodzenia po szlakach, ogólnie przebywania). My kupiliśmy sobie jednodnowi karnet wstępu za 5$, przez internet i wydrukowany zatknęliśmy za szybę auta. Na parkingu nikt nie sprzedawał biletów, było miejsce, gdzie możesz płatność gotówką zostawić i napisać, za jaki samochód.

Szlak nie jest długi ani wymagający. Maciek (lat 5 i trochę) rwał do przodu i mimo kilkurazowego męczącego podejścia, dał radę przejść całość samodzielnie.

To jest świetny szlak, bo mocno zróżnicowany – najpierw idzie się gęstym lasem, potem w paśmie krzaków i roślin, a na końcu łąkami przypominającymi nasze połoniny. Czasami szlak wiedzie po luźnych kamieniach i przez potoki.

Słowem: zero nudy.

A na końcu lodowiec.

M podeszliśmy tylko na tyle, żeby zdjęcie zrobić, bo wejście na sam lodowiec wymaga sprzętu, przygotowania i pozwoleń. Widzieliśmy człowieka, który mozolnie piął się po jęzorze lodu do góry. Usłyszeliśmy też wielki huk, kiedy lodowiec tapnął i część go odpadła. [ale nie na tego człowieka, uff]

Całość szlaku zajęła nam 4 godziny. Zaczęliśmy podchodzić około 12, skończyliśmy trochę po 16.

Mt.Baker2017_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#w drodze na parking

Ponieważ wypad był jednodniowy, nie nastawialiśmy się na inne szlaki w okolicy. Pojechaliśmy do końca drogą nr 542, aż do ośrodka narciarskiego Mount Baker.

Droga nosi nazwę Mount Baker Scenic Byway i rzeczywiście, ostatnie kilometry zapierają dech w piersiach.

A na końcu jest… parking. Hehehe.

Ale nie taki sobie parking, tylko z widokiem na wszystkie strony świata i wszystkie góry dookoła (czyli w bonusie dostajesz też Mount Shuksan).

Jeśli masz tylko moment, żeby “zaliczyć” Mount Baker, to jedź na ten parking… tfuuu… Artist Point. Tylko zobacz najpierw, czy jest otwarty.

Możesz tylko wyjść z samochodu i się pogapić, albo pójść którymś z okolicznych szlaków. Ja musowo następnym razem pójdę na Fire and Ice Interpretive Trail (bo mi się z “Grą o tron” kojarzy mocno, i właściwie to wystarczy, hihih)

Na parkingu również obowiązuje opłata. W 2017 rooku było to 5$ za samochód.

Jak już sobie popatrzysz, to powrót tą samą drogą i 2 godziny później jesteś w domu.

Fajnie, c’nie?

Kto był w okolicy? A jak nie byłeś, to chociaż zerknij na te filmiki.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Rekrutacja na najemcę i master of Craigslist czyli jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

Pełen spis naszych doświadczeń lokatorskich czyli polowanie na mieszkanie w Vancouver. Mnóstwo linków i wspomnień!

to jest post z 2014 odświeżony i uzupełniony

Kilka razy w życiu wynajmowaliśmy mieszkanie. Kilka razy dawaliśmy nasze mieszkanie do wynajmu. Zdarzyło się nawet nam mieszkanie sprzedać.
Wszystko w Polsce. A więc z lekka inaczej niż w Kanadzie. Bo jakże by inaczej 🙂

A w Vancouver dobrze mieszkać, to jak? Da się znaleźć mieszkanie? – często w emailach pytacie o mieszkanie. 

Dlatego dziś znowu o mieszkaniu. Jak to u nas wyglądało. I trochę wskazówek plus linków.

→ przeczytaj inne posty - poradniki: o pracy, o zdrowiu

Jak znaleźć mieszkanie w Vancouver –  myślicie, że łatwo było? Nie było.

Ustaliliśmy od początku, ze Kuba przylatuje do Kanady sam, w lipcu 2104 i będzie szukał dla nas mieszkania. W sierpniu mieliśmy do niego dołączyć.

Dlaczego taka decyzja? No cóż, chciałam się jeszcze nasycić się latem w Polsce, u rodziców, a poza tym zapewniłam sobie jako taki bufor bezpieczeństwa.

Jakby Kubie nie wyszło, nie podobało mu się już na wejściu, to zawsze łatwiej się spakować i wrócić w pojedynkę, niż całą rodzinę w te i we wte ciągnąć.

→ więcej naszej historii przeczytasz w poście o przyznaniu pobytu stałego.

Pracodawca Kuby zapewniał mu mieszkanie przez miesiąc, wynajęte w odległości spaceru od pracy. Kuba przyleciał pod koniec lipca 2014, więc miał czynsz opłacony niemal do końca sierpnia. Za te kilka ostatnich dni to my płaciliśmy wynajmującej agencji.

Tymczasowe lokum nie jest takie złe na początek mieszkania w Vancouver

Niewątpliwa zaleta takiego tymczasowego mieszkania (oprócz tego, że za nie płaciliśmy, tak, ma się czasem w życiu szczęście), to możliwość zapoznania się z dzielnicą.

Po kilku dniach już wiedziałam, że Downtown, czyli śródmieście Vancouver, to zdecydowanie nie moja bajka, i nie chcę tam z dziećmi mieszkać.

→ gdzie mieszkać: nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

Polecam poszukanie sobie tymczasowego lokum, może hostel, może mieszkanie kątem u kogoś, ewentualnie najem krótkoterminowy (airbnb).

Wiem, że jest to bardziej skomplikowane i kosztowniejsze, niż wprowadzenie się od razu do mieszkania docelowego, ale nie wyobrażam sobie inaczej, kiedy jest się nowym w mieście.

Lepiej sobie oszczędzić frustracji całorocznej, kiedy przyjdzie nam przez rok mieszkać z grzybem, czy też w lokalizacji, która dobija hałasem 24/7.

Więc lepiej przemyśl i wypróbuj,  która dzielnica podpasuje Ci najbardziej.

#Jak na Craiglist czytać ogłoszenia o wynajmie?

Ogłoszenia o wynajmie mieszkania – apartment listing,  pojawiają się na ogół na miesiąc, dwa miesiące przed wprowadzeniem się. To standardowy okres wypowiedzenia, więc licz się z tym, że trudniej znaleźć mieszkanie z dnia na dzień.

Poszukiwania mieszkania w Vancouver zaczęliśmy od  Craiglist (coś jak nasze gumtree, alegratka, najpopularniejszy serwis ogłoszeń w tej części Kanady). Tam, w opcji housing masz całkiem sporo opcji do wyboru:

apts / housing 

housing swap

housing wanted

office / commercial

parking / storage

real estate for sale

rooms / shared

rooms wanted

sublets / temporary

vacation rentals

 

Nas interesował pierwszy typ: apts / housing, bo to tam jest najwięcej mieszkań dla rodzin z dziećmi.

Nasza rodzina według standardów kanadyjskich potrzebuje przynajmniej mieszkania z dwiema sypialniami, nie mniej niż 70 m2, więc przy naszym budżecie pozostawały nam odległe lokalizacje, coś jak warszawskie Bemowo lub nawet Mysiadło.

Niepokoiliśmy się, że jak nawet zamieszkamy, to jak się będziemy przemieszczać. Samochód kupiliśmy prawie 2,5 roku po przeprowadzce do Vancouver.

Wśród ogłoszeń można znaleźć enigmatyczne anonse bez zdjęć albo podania lokalizacji map (w stylu: chyba wynajmę pół mojego domu, czyli super przytulne mieszkanie w piwnicy ale tylko jak ktoś jest cichy, bez zwierząt i bez skłonności) ale i, na szczęście dla nas, normalne ofert wynajmu.

Inne miejsca, gdzie możesz szukać mieszkania, a także jego wyposażenia to:

  • Bunz
  • Kijiji 
  • Padmaper – sprytnie zaczynasz poszukiwania od mapy
  • Rentseeker
  • Viewit
  • Navut 
  • Polacy i polskie media (gazety, radio, sklepy)
  • Jak chodzisz po okolicy, szukaj znaku apt for rent i dopytuj się telefonicznie.
  • Czytaj tablice ogłoszeń w community centre, bibliotekach oraz miejscach dla nowoprzybyłych (settelment agencies, trochę o nich pisałam wcześniej)
  • Grupy na facebooku: ogólne i lokalne (nie tylko polskie)

UWAGA: bądź podwójnie czujny, jeśli ogłoszenie jest mega atrakcyjne, a tanie, właściciel wygląda podejrzanie i w ogóle intuicja ci mówi, że coś nie halo. Przekręty na mieszkaniach są wcale nierzadkie. (ang. scams).

Właściciel może chcieć podpisać mowę wynajmu na rok z góry, ale nie może również zarządać płatności z góry (pre-pay) za okres wynajmu. Może za to wymagać czeków z datą realizacji na pierwszy dzień miesiąca.

My wysyłamy czeki na pół roku płatności, a nasza właścicielka je sobie “keszuje” (to cash, realizuje/deponuje czeki), w danym miesiącu.

Niestety płatność czekami sprawia, że nigdy nie wiemy, kiedy pobierze te 1850 CAD z konta, więc muszą one tam być przez cały miesiąc (utrudnia to zarządzanie finansami).

→ mieszkanie to nasz największy wydatek – chcesz wiedzieć o innych? przeczytaj post o wydatkach

# Na co zwrócić uwagę wybierając mieszkanie/dom (spis rzeczy nieoczywistych):

  • → Jakie jest wyposażenie – i czy zostaje po wyprowadzce poprzednich najemców. Większość mieszkań wynajmowana jest bez mebli.

 

  • → Czy jest pralka (washing maschine) /  pralko-suszarka / pralka i suszarka.

Taki urok Ameryki, że wciąż w wielu miejscach pralek nie ma w mieszkaniu (no laundry on site), ba, nie ma nawet przyłączy na pralkę (w/d hookups). I pranie robi się w publicznych pralniach miejskich lub w pralniach w budynku (laundry in building).  Jeśli masz dziecko, zastanów się dwa razy, zanim wynajmiesz mieszkanie bez pralki.

My mamy pralkę i suszarkę (dwa osobne urządzenia), i bardzo sobie to chwalę. Ale znamy rodziny, które obywają się bez pralki i też jest ok.

Jak nie masz pralki, ustaw sobie na półce słoik na 25centówki. Tymi monetami płaci się w publicznych pralniach najczęściej.

 

  • → Czy jest zmywarka – dla nas tak samo “cenna” jak pralka. Wiem, rozpuszczona jestem i mam za wysokie wymagania 😉

 

  • → Jakie są kaloryfery – często są elektryczne i niskoosadzone.

Nie żeby było specjalnie zimno w Vancouver. Raczej chodzi o bezpieczeństwo małych paluszków oraz brak możliwości wysuszenia czegokolwiek na kaloryferze.

A potrafią mieć taką moc, że raz nam stopiły buty. Serio! Buty narciarskie stojące w pobliżu nadtopiły się.

  • → Ile jest sypialni, pomieszczeń, szaf czy składzików.

Pomysłowość właścicieli nie zna granic! W ogłoszeniach znajdziesz informację, że mieszkanie ma pojemny den, który możesz przeznaczyć na osobną sypialnie. Den to właściwie taka większa szafa, w różnym miejscu w mieszkaniu. Den może być także zabudowanym balkonem.

Co ciekawe, żeby pomieszczenie było sypialnią, wcale nie musi mieć okna! Musi mieć za to szafę. Najczęściej wbudowaną, typu walk-in, czyli dużą i pustą w środku (często bez półek czy szuflad wewnętrznych).

  • → Będzie widok z okna? A drzwi od której strony?

W Vancouver najchętniej by się chciało na góry popatrzeć. Za taki widok cena mieszkania może być nawet o 50 CAD wyższa niż za to na niższym piętrze. Odpowiednio drożej trzeba zapłacić za widok w miejscowościach wokół Fraser River.

Mieszkanie (ale znacznie częściej dom) może być też opisane jako laneway, czyli w bocznej uliczce.  I niestety, przynajmniej w Vancouver, nie jest to ładna uliczka, tylko dojazd z tyły domu, pomiędzy parkingami (parking on rear), koszami na śmieci i wszelkiego rodzaju rupieciami.

Czasami z takiego mieszkania widok jest zerowy, bo znajduje się ono w piwnicy (basement, poniżej więcej w temacie)

  • →  Ile pokoi ma mieszkanie?  – w skrócie: dwie sypialnie to zwykle mieszkanie z dwoma pokojami do spania, salonem (living room), częścią na jadalnie (dinnig), kuchnią i łazienką.

 

  • →  1,5 łazienki czy 1,5 pokoju? I na takie cuś można trafić przeglądając ogłoszenia. Łazienka po połowie będzie oznaczała taką bez wanny. Podobno jest też 3/4 oraz 1.5 bathroom, ale się nie spotkałam.  Jest za to w google 😉

# Czy apartment to apartament? Penthouse prawie?

Często w ogłoszeniach spotkasz nazwy suite / condo / apartment. Nie umiem jednoznacznie określić, jaka jest między nimi różnica (ktoś mądry w komentarzu niech się wypowie).

Z grubsza znaczą one mniej więcej to samo: mieszkanie. Nie dom. I niekoniecznie apartament rozumiany jako mieszkanie o podwyższonym standardzie. Zwykłe mieszkanie.

      • →  może być w budynku (building  rental – building), gdzie część (większość) mieszkań wynajmuje agencja, a część jest własnościowa, czyli ma osobnych właścicieli.

Jeśli będzie to condo, możesz spodziewać się, że będzie sala gimnastyczna, pokój wspólny z fotelami, czasami biblioteka albo basen dla mieszkańców. W takich budynkach bywają również portierzy.

      • →  może być w czyimś wolnostojącym domu (detached house), bliźniaku (duplex, nie do końca to samo, co w Polsce), rzadziej w szeregowcu (townhouse).

Sporo właścicieli mieszkań ma pozwolenie na stworzenie tzw. secondary unit, którym jest właśnie dodatkowe mieszkanie, do wynajęcia. I, jak nazwa wskazuje, to mieszkanie bywa takie trochę drugorzędne. Czyli na przykład w piwnicy (basement). Znajdziesz mnóstwo takich ogłoszeń. Często wynajmując takie mieszkanie, nie będziesz mieć własnej pralki, tylko współdzieloną z właścicielem. Który będzie mieszkał nad tobą. I miał na wszystko oko. Możesz jednak trafić na własny kawałek trawnika i super ludzi, z którymi się zaprzyjaźnisz. Bo w sumie czemu nie?

      • może być w spółdzielni mieszkaniowej, czyli w co-op.

To jest opcja tzw. affordable housing, czyli ceny wynajmu mieszkań są niższe niż średnia rynkowa, bo takie mieszkania są nastawione na tworzenie wspólnot sąsiedzkich. Mając mieszkanie w takiej wspólnocie, przygotuj się na dzielenie części wspólnych oraz obowiązki na rzecz wspólnoty. Co-op‘y mają długie listy oczekujących. Czasami trzeba wykupić udział w budynku, co może być dużym wydatkiem na początek.

Lista dostępnych spółdzielni mieszkaniowych TUTAJ

Kiedy w naszej okolicy pojawiło się ogłoszenie, że co-op przyjmuje zgłoszenia i można przyjść zobaczyć mieszkanie, poszliśmy i my, a co! My i jakieś 2 000 innych mieszkańców Vancouver. Nawet w wiadomościach była informacja- sensacja: z mieszkaniami w mieście jest tak strasznie, że na jedno apartament viewing stawia się cała dzielnica.

A co jeśli to nadal nie opcja dla Ciebie? Możesz wtedy wynająć stancję, czyli room rental u kogoś w mieszkaniu lub wspólnie z innymi wynająć mieszkanie – shared apartment.

Możesz skorzystać z usług agencji wynajmu (lub brokera). My nie korzystaliśmy, więc nie polecimy. Strony agencyjne z ogłoszeniami znajdziesz w poście Moniki.


# Jak Kuba rowerem jeździł i mieszkania oglądał czyli rekrutacja na najemcę

Na początku pobytu nie mieliśmy samochodu (dorobiliśmy się go dopiero w ostatni dzień 2016 roku).

Kuba nie miał lekko z poszukiwaniem mieszkania dla nas.

Dzwonił po właścicielach z ogłoszeń na craigslist, jeździł rowerem (tak, także do Burnaby, nie, nie wiedział wtedy, że rower można przewieźć kolejką Sky Train), oglądał mieszkania, aplikował z CV swoim i moim też (że pracuję m.in. dla klienta z Kanady i jakby co to znam kogo trzeba) i z informacją, że chociaż mamy dwoje małych dzieci, to nasze dzieci ciche som!

Piszę właściciele mieszkań, ale równie często są to agencje, które w imieniu właścieli nimi zarządzają. Zasady aplikowania o wynajem są takie same.

Aplikowanie to wypełnianie papierków i wykazywanie swoich dochodów, a czasami także zaświadczenie od niekaralności (criminal check).

Po aplikowaniu pozostaje czekać, aż właściciel mieszkania nas wybierze z tłumu kandydatów. Niestety nie ma wymogu kto pierwszy, ten lepszy ( first in, first served)

Ale może pomóc, jeśli masz od razu pieniądze na depozyt lub czek, żeby go wypisać.

Tak pokażesz właścicielowi, że jesteś poważnym wynajmującym.

Preferowani najemcy to :

      1. Kanadyjczycy.
      2. Najemcy z historią wynajmu (czyli referencje od poprzednich właścicieli, najlepiej kanadyjskich). My mieliśmy referencje od naszych sąsiadów z Polski (taki list, bez określonej urzędowej formy, napisany po angielsku i podpisany przez sąsiadów, dzięki M.). Nie musi pomóc, ale nie zaszkodzi.
      3. Najemcy z historią kredytową (ale nie liczy się ta z polskiego BIKu, buu). Chodzi o credit score, który dla nowych w Kanadzie wynosi 0.
      4. Najemcy z potwierdzeniem, że pracują i ich będzie stać na mieszkanie (employment letter – umowa / oferta pracy, payslips / pay stubs czy rozliczenie podatkowe tax return).

Czasami, żeby wynająć mieszkanie,  trzeba mieć po prostu szczęście. Albo ziomków w okolicy. Polityka wynajmu i ceny mieszkań sprawiają, że wielu imigrantów zmieszkuje koło siebie, tworząc getta, zamykając się w swoich społecznościach.

I tak Richmond jest chińską enklawą, Hindusi zamieszkują w Surrey, a Żydzi w Oakridge.

Nie wpływa to dobrze na różnorodność społeczności i nie jest bez znaczenia dla ogólnego dobrobytu. Ale co robić? Jakiś pomysł?

Jeśli w oczach właściciela jesteś raczej mało atrakcyjny jako najemca, możesz zaproponować wyższą cenę wynajmu, albo większą kaucję (deposit). Licytacje mieszań w porządanych lokalizacjach są od jakiegoś czasu powszechne w mieście.

Dla fanów serialu Friends – pamiętasz, jak Ross próbował przejąć umowę wynajmu mieszkania po Ugly Naked Guy? Opowiadał,  że wykazał się daleko idącym sprytem i przekupił właściciela koszyczkiem babeczek. Po czym okazało się, że jego koszyk był najmniejszy z trzech, przysłanych przez innych “licytujących się” najemców. No właśnie. Myślisz, że takie rzeczy tylko w NYC? No to cię zaskoczę!

A gdzie szukać mieszkania pytasz? Jaka dzielnica najlepsza? Tu już musisz sobie odpowiedzieć na kilka pytań:

  • czy blisko do pracy? (a może wciąż pracy szukasz? Agencja pomoże)
  • czy blisko do kolejki?( a jak się nią jeździ?)
  • czy blisko do przyrody? (outdoor ❤)
  • czy blisko do rozrywek wielkomiejskich? (dla niektórych to ważne)
  • czy blisko do szkoły? (trochę o tym pisałam tutaj)
  • czy …. najważniejsze właściwie…. czy cię stać (bo my nie mamy miliona na domek)

My mieszkamy na Mount Pleasant, rejon cały nazywa się Uptown.

→ zobacz przewodnik po naszej, mocno hipsterskiej dzielnicy [ENG]

Mieszkamy i mimo bardzo przeszkadzającego zapachu marihuany, zamierzamy na razie zostać tutaj. Ale nasza koleżanka – sąsiadka Marijanna już nie. Dlaczego? Zobacz, co ją wkurza, i będziesz wiedzieć.

# Tak pisałam o pierwszym wrażeniu z naszego docelowego mieszkania w 2014

Do przeprowadzenia się z mieszkania tymczasowego potrzebowaliśmy spakować nasz, wydawałoby się niewielki, dobytek.

Ale wyszło sporo, bo pakowanie 5 waliz, 2 walizek, walizeczki, plecaka, gitary, dwóch rowerów oraz krzesełka dziecięcego Urban, nie było zajęciem łatwym, zwłaszcza, że pogoda się popsuła.

Oczywiście przyoszczędziliśmy na ciężarówce przeprowadzkowej, w końcu te wszystkie rzeczy  to nic, prawda? Dzieci się nimi objuczy najwyżej.

Żart. Ciężarówki wprawdzie nie mieliśmy, ale załadowaliśmy się elegancko do taksówki. Rowery podprowadziliśmy pieszo.

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. No więc, eeeeeee, pierwsze kanadyjskie mieszkanie słabe jakieś takie.

Jesteśmy, w wielkim, pustym mieszkaniu. Co ciekawe, nie ma ono prawie wcale lamp górnych, więc musimy zakupić sobie nastrojowe światło stojące. Nie wiem, ale jakoś mnie to zdziwiło, że lamp nie ma.

Są za to czujniki dymy, łypiące czerwonym okiem sygnalizacyjnym. Te czujniki dymu to samo zło! Nie zliczę, ile razy zawyły przeraźliwie, a tylko piekarnik był lekko uchylony. Mocno wrażliwe cholery z nich. Raz nas nawet przez nie wyciągnięto z domu, w środku nocy, cały blok ewakuowano, straż przyjechała i dopiero wtedy zamilkły. A niech je!

Mamy pralko-suszarkę (stareńką jednak i ledwie dychająca, mają wymienić), lodówkę , kuchenkę elektryczną (kiedyś zrobię jej zdjęcie – jest ogromna), zmywarkę, mikrofalówkę, dwudziestoletnie łóżko półpiętrowe dla Krzyśka i materac dmuchany dla Maćka. I kilka rzeczy kuchennych, np. obierak do warzyw. Albo zestaw noży do steków, w eleganckim pudełku, po poprzednim właścicielu.

Nabytki nasze – stół, trzy krzesła, taboret, taboreciki, łóżko z materacem rozmiar queen, sztućce Ikea, dwie szklanki Ikea, talerze Ikea, ręczniki Ikea.

[edit w 2016 r.] Rzeczy nam niewiele więcej przybyło i  jakoś wciąż nie mamy śmiałości wbijać gwoździ w ściany. Chłopaki nie mają takich dylematów, tzn. gwoździami się nie interesują, ale podłoga nadaje się do wyścigów wyśmienicie, i nic to, że ryski będą.

[edit w 2017] Zaczęliśmy wbijać gwoździe, obrazki na ścianie pozwalają bardzo dom osowić, a  plakaty przyklejone na plaster w 214 już się zaczęły odlepiać. Przybyło nam też mebli: dwie komody w Ikea i łóżko piętrowe z Ikea. Poza tym kupiliśmy używany rzutnik do płyt, wypożyczanych z bliblioteki i dwa używane biurka.

Nie mamy żadnych rzeczy w wielkich rozmiarach, które przewieźlibyśmy z Polski. Nie wynajmowaliśmy kontenera na meble czy książki, wszystko albo zostało sprzedane, albo po prostu zostało.

Wyszliśmy z założenia, że w Kanadzie kupimy, co będzie trzeba. I mieliśmy rację, wszystko jest. A że teraz trzeba nam mniej? To tylko dobrze!

# Najśmieśniejsze jest (choć to raczej wzgardliwy chichocik), że wciąż tutaj mieszkamy. Głównie ze względu na cenę.

Dynamika cenowa w Vancouver jest taka sama jak w każdym innym mieście – im dalej od centrum, tym taniej. W Vancity jest jeszcze jeden wskaźnik – im bardziej na wschód, tym taniej.

Część mieszkańców kierunek “na wschód” traktuje bardzo serio i przeprowadzają się na …. Wyspę Księcia Edwarda, atlantycką część Kanady, na drugą stronę kontynentu. Istnieje już nawet nazwa dla takiego zjawiska – eastsizing.

Ciekawe, prawda? Zwykle ludzie migrują “na Zachód” w poszukiwaniu lepszych możliwości, a tutaj proszę, trend zupełnie odwrotny.

W lipcu 2017 padł rekord – średnia miesięczna rata za wynajem mieszkania z jedną sypialnią (one-bedroom apt.) w mieście Vancouver wyniosła 2000 CAD!

Na koniec trochę heheszków, czyli beka z ogłoszeń. Kto wynajmował choć raz w życiu stancję czy mieszkanie w Polsce, temu sentymentalnie zakręci się łza w oku, bo Kanadyjczycy podchodzą do tematu z naszą ułańską fantazją. Ale internet nie zapomina i najśmieszniejsze ogłoszenia znajdziesz pod tym linkiem

 


Jeśli znasz jakieś dobre strony pomocne przy wynajmnie mieszkania w Vancouver, albo sam zajmujesz się Real Estate, daj znać w komenatrzu. Inni ci za to podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Rockies rock! czyli w górach jest wszystko co kocham, a w Górach Skalistych jest jeszcze więcej

Wycieczka z dziećmi w Rockies czyli kanadyjskie Góry Skaliste. To tylko 8 godzin od Vancouver 😉 Ale dla takich gór – warto!

Hej w góry, w góry, w góry, popatrz tam wstaje nowy dzień….

Ja nie wiem, czy już się zorientowałeś, że my jesteśmy górolubni. Hehehe, mam nadzieję, że tyle to już o nas wiesz [a jak nie wiesz, to się dowiesz z wszystkich tych postów: w górach]

Mieszkamy teraz w mieszkaniu słabym, ale z mocnym atutem – widokiem na góry (za który to widok często-gęsto wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra).

Góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

Zresztą nie tylko Vancouver! Już całkiem niedaleko (według standardów kanadyjskich) są inne góry, które zachwycają. Nie zobaczysz, nie uwierzysz, więc musieliśmy pojechać i sprawdzić!

Magiczne the  Rockies, Góry Skaliste, co rozpalają wyobraźnię.

Ciągną się i ciągną. W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

Dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

Czyli ogólnie bajka.

Jest tylko jeden problem – taki urok, to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

Zwłaszcza, jeśli wybierzesz się w jeden z długich weekendów, kiedy na pomysł “może by tak w góry” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów.

#nocleg

Jasper i Banff to miasteczka – ikony Gór Skalistych. Myśleliśmy, że szukając w nich noclegu na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – ten długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca. Nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper. Zwykle i tak na początku wybralibyśmy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją. No ale jak nie ma, to nie ma.

Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

Z kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

Szybka rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy

#2 dojazd do Mount Robson

Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper. Samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. Tiaaaa. 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD, w cenie zwykle jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią, bo jest telewizor (a w domu nie ma) 😉

Wyjechaliśmy w czwartek, późnym popołudniem, spaliśmy w Kamloops, w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

Droga do Kamloops wygląda jak całe Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów 🙁 )

Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater. Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami. Bo dużo taniej niż w Vancouver. Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo. (Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej. Sprzedaż jest wspomagana przez rząd B.C. właśnie po to, żeby ceny nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić. Bardzo dobra strategia!)

Chwilkę po 12 w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

Tuż przy drodze jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancity). Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” do tej pory, całkiem spory. Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność). Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

#szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

Właściwie nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami. Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney. Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km. Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

Narazie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem). Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz. Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

Na końcu szlaku są ławki i toalety.

A w jeziorze przegląda się góra. Całkiem jak na jeziorkach Joffre, albo w Wedgemount Lake.

Ale ta Kanada jest ładna!

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-4

# Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass). Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi. Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało. Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

Miasteczko ładnie położone, paradę poprowadził burmistrz na koniu, jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe. Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, aha, aha, znowu brak zdjęcia, ale musicie nam uwierzyć na słowo 😉

Jechaliśmy do Maligne Lake. 

Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd. Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road. I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island. Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w google Maligne Lake cruises, a wyskoczą strony przewoźników.

Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

W restauracji mieli wybór trzech zup aka aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper. No bomba taka wystawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper. Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były takie przypadki, smutne].

Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

 

A może już widziałeś? Albo polecasz inne miejscówki na granicy Kolumbii Brytyjskiej i Alberty?

Daj wtedy znać w komenatrzu. Chętnie wybierzemy się znowu. 

Warto do Banff jechać?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

Ćwiczyć czy nie ćwiczyć, oto jest pytanie. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak być fit w Kanadzie, mam dla ciebie krótką listę. Spodoba się.

 

Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

Kto ze mną?

Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

[ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

  • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

 

  • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

 

  • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

  • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
  • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

 

  • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

  •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
  •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
  •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
  •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
  •  → przy Marpole Community Centre;

Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

 

  • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

  • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
  • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
  • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

Rejestracja na zajęcia to jest osobny temat. Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

Sprawdzone przez nas miejsca:

  • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
  • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

Przykładowy cennik:

  • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
  • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
  • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

Znajdź najbliższe community centre!

  • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest. Przypominam jedynie, że listę naszych wyjść w okolicy obejrzysz po kliknięciu kategorii WYCIECZKI w menu na stronie głównej.

I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

Także tak.

Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉


***

PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

Ps2. Dwa polecenia, bo znam fajne Polki, które w Vancouver zaproszą Cię do ruchu:

***


Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak Vancouver wkurza Marijannę – 3 największe rozczarowania miastem

Mam koleżankę w Vancouver, a ta koleżanka jest wkurzona. Spisałam trzy rzeczy, które ją najbardziej wkurzają w mieście. A ciebie też denerwują?

Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, czy jakoś tak. Owszem, owszem, nie żebym się nie zgadzała.

Zgadzam się też, na ogół, z corocznie powtarzaną opinią o Vancouver – że to najlepsze miejsce do życia, albo przynajmniej w pierwszej dziesiątce.

Marijanna też się z tym zgadza. Choć ten jeden raz się zgodziła jakby mniej. Eeeee, co ci będę ściemniać. Wcale się nie zgodziła, tylko się na miasto obraziła. 

Vancouver wkurzyło Marijannę i zaraz mi opowiedziała swoje trzy największe rozczarowania miastem.

Marijanna to moja dobra koleżanka – sąsiadka, Serbka, od 3 lat mieszkająca w Vancouver. Mąż i dziecko obywatele kanadyjscy, ona sama ma prawo do stałego pobytu. Wykształcenie wyższe, pracowała w finansach w Belgradzie, zanim przenieśli się z mężemdo Kanady.

Jakiś czas temu poszłyśmy na kawę, do Starbucksa na rogu 15tej i Main, który po remoncie nie wygląda jak Starbucks [nie jest zielony, tylko czarno-brązowy oraz organizuje kursy baristy. Taki trochę Starbucks plus, widzę pierwszy raz na oczy].

Nad kawą, która, choć w innym (ładniejszym) kubku, smakowała tak samo, Marjanna powiedziała mi, że się wyprowadzają na jakiś czas z miasta.

Rozmowa naturalnie skręciła w stronę wymieniania plusów nowego miejsca (nie byle jakiego, bo wyjeżdżają do Nowej Zelandii).

Żeby były plusy, muszą być minusy, więc ponarzekałyśmy sobie trochę na Vancouver, ona nawet bardziej niż ja, bo ja to przynajmniej mam blog do wylewania żali, a ona ma tylko mnie.

Postanowiłam te 3 grzechy główne miasta Vancouver według Marijanny spisać* i zapytać was, co o tym myślicie. Może was też wkurzają?

*w  tekście wykorzystałam też  post o śmieciach sprzed kilku lat

#1 bezdomni i brak pomysłu miasta na rozwiązanie problemu.

Marijanna ma córkę w daycare (wiesz, co to jest?→LINK) w okolicach Chinatown. Codziennie odbiera ją stamtąd, około 18. Codziennie wsiada z małą do autobusu, żeby z centrum miasta dojechać na naszą przyjemną górę.

Jej spostrzeżenia o ludziach, których najczęściej wtedy spotyka – bezdomnych.

Nie płacą za bilety. Nie zachowują się normalnie. Straszą dzieci. Przy Science World walają się strzykawki. Community Centre publicznie dziękuje rodzicom, że oczyszczają na bieżąco plac zabaw ze strzykawek pozostawionych tam przez narkomanów.

Mocne? Nawet bardzo.

Na ulicach miasta, w parkach, na dworcach, pod witrynami sklepowymi. Są. Śpią, rozmawiają, wreszcie handlują. Ludzi, którym się w życiu noga powinęła, jest w mieście sporo.

Chodzą pogłoski, że w czasie surowych zim w innym prowincjach kanadyjskich, władze oferują tamtejszym bezdomny one-way ticket do wspaniałego i ciepłego Vancouver.

Są takie miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać samemu. Ulice żyjące własnym życiem przez całą dobę. Jeśli spacerujesz po historycznej części Śródmieścia – Gastown, wystarczy zrobić krok dalej, a zobaczysz inną twarz Vancouver. Ludzi, którzy z przypadku lub wyboru żyją zupełnie innym “Canadian dream”

Problem bezdomności jest także wynikiem nieprzemyślanego traktowania przez lata rdzennych mieszkańców Kanady. Pisałam już, dlaczego, kiedy widzę Indianina, wolę przejść na drugą stronę ulicy.

Podobno na czas igrzysk 2010, miasto zapakowało ludzi z ulicy w autobusy i wywiozło, żeby nie kłuć problemem w oczy turystów.

Więc jeśli masz przed oczyma dziką Kanadę, taką od Arkadego Fiedlera i “Ostatniego Mohikanina”, to wiedz, że jest i taka Kanada.

 


#2 śmieci

Śmieci w Vancouver są, wysypują się z przepełnionych pojemników, walają po ulicach, parkach, przystankach autobusowych.

Nieważne jaka dzielnica- czy centrum Vancouver, czy też spokojna uliczka z domkami jednorodzinnymi. Różne rodzaje śmieci: kubki po kawie, opakowania, resztki jedzenia, czy tzw. gabaryty, czyli stare meble, a nawet elementy łazienki!

Nie wiem w sumie dlaczego, ale jakoś tak tkwiło w nas przekonanie, że Kanada, piękna, dzika przyroda, niczym nie zmącona, czysta, dziewicza natura, a ludzie sprzątający po sobie, kulturalni, mający na względzie innych.

Najbardziej zadziwiające jest, że ludzie potrafią przesiadywać na trawie, na leżaku, na plaży, a tuż obok walają się stosy śmieci. Nie wiem, nie przeszkadza im to, że w parku jest taki bałagan? I choć starają się sprzątać regularnie, to i tak jest niefajnie.

Są śmieci, bo nie ma śmietników!

Nie ma śmietników, no na prawdę nie wiemy z Marijanną, jak to jest możliwe, żeby nie było koszy na ulicach.

Prędzej znajdziesz Starbucksa niż kosz. Nawet jakby się chciało wyrzucać śmieci przepisowo, to i tak nie ma do czego.

I koło się zamyka.

Jedyne, czego nie doświadczysz na chodnikach i ulicach to psie wiadomo-co. Mieszkańcy Vancouver sprzątają po swoich zwierzakach. Ale jak nie ma śmietnika, gdzie by się niewygodnej torebeczki pozbyć, to niestety ląduje ona na ziemi. I jest nawet gorzej, niż gdyby nie było sprzątnięte, c’nie? Przecież plastik to wiadomo jak długo się (nie)rozkłada.


#3 rynek mieszkaniowy – bardzo gęsta dżungla, pełna dzikich zwierząt!

Calkiem niedawno pisałam o naszym wydawaniu pieniędzy. I żeby nie było, że z nas burżuje, które niewiadomo jakiego mieszkania by chcieli, a w ogóle to by pewnie chcieli na własność (nie chcemy, dziękujemy, własne mieszkanie to masa kłopotów). Pisałam, że naszą największą oszczędnością jest brak przeprowadzek, o zakupie nieruchomości nawet nie myślimy.

W Vancouver nie ma mieszkań do wynajmu ani kupna.

Moje najdziwniejsze doświadczenia?

  • Widziałam ludzi koczujących przed biurem sprzedaży mieszkań w wieżowcu w naszej okolicy. Na dwa lata zanim budynek powstał, tfuu… przecież on wciąż powstaje.
  • Pamiętam to nieśmiałe zaglądanie przez szybkę do biura sprzedaży w Kerrisdale, gdzie buty jednej klientki były warte tyle, ile miesięczna wypłata na kredyt (mortage)

Pamiętam też, jak mi Marijanna opowiedziała, że oni nawet odłożyliby na wkład własny (downpayment), ale co z tego. Z jednego biura sprzedaży została delikatnie wyproszona, bo mieszkania już i tak zaklepane dla konkretnych klientow (glównie azjatyckich) lub agentów nieruchomości. Zdaniem Marijanny nie ma co nawet myśleć o kupnie bez skorzystania z usług agenta.

Jeśli już są mieszkania, zwykle super drogie.

Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie się licytują, oferując dużo powyżej ceny wyjściowej (asking price).  Są skłonni na kompromisy w innych dziedzinach życia, byleby tylko mieć gdzie mieszkać [no jacha!].

Przeprowadzają się coraz bardziej na wschód Vancouver.


Poczytaj więcej o mieszkaniu w Vancouver [kliknij w obrazek]

......


Marijanna wraz z rodziną wyjeżdża z Vancouver. Nie wiem, czy wróci, czy będzie żałować, w końcu, jak wygląda to miejsce, gdzie zamieszka. Śmieci, ludzie żyjący na ulicy oraz wariactwo na rynku nieruchomości, to trzy poważne, jej zdaniem, zarzuty wobec miasta. A próby rozwiązania tych problemów nie przynoszą rezultatów.

To ją wkurza.

A czym ciebie Vancouver, albo Kanada, rozczarowała?

 

Ps. Spodziewam się przynajmniej jednego komentarza w stylu: jak ci się nie podoba, to wracaj do Polski. Tyle, ile się naczytałam, przy okazji wywiadu w  → Bankier.pl, to moje.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak się macie latem 2017? Lipiec w Kanadzie, sierpień w Polsce. Skansen, wakacyjna qlturka, u dziadków i Legoland

Bye bye lato? Nie ma tak łatwo – najpierw krótkie podsumowanie, co się działo. A wy jak się macie latem 2017?

Kto się cieszy, że już koniec lata? No ja nie….

Zaraz zacznie padać deszcz [#mówmiprorok]

Piszę ten post, żeby jak już zacznie padać, wystarczyło rzucić okiem i bach – jest co wspominać. Trochę cieplej. Wiadomo, co się działo u Jeziorskich, a było jak zawsze grubo 😉

(jeszcze tak się mówi? Pytanie do grupy czytelników bloga w przedziale wiekowym 18-25lat)

Plus linki, plus inspiracje, plus archiwum dla chętnych.

Daj mi znać, czy masz ochotę na więcej takich postów

#1 Krzyśkowe i Maćkowe “Lato w mieście”

Szkoła już nie woła (ale jeśli nie znasz, zajrzyj, jaka ta szkoła jest)

Wakacje, czyli odpoczywajcie rodzice od pracy, organizując dzieciaczkom czas wolny (kto tak odpoczywa, bo ja nie umiem, proszę mnie nauczyć).

Na pomoc rusza świetlica, półkolonie, obozy. Chłopaki w lipcu chodzili na półkolonie organizowane przez kuratorium – Krzysiek miał przez trzy tygodnie na ciekawe zajęcia pt. “Creative writing with technology” czyli pisanie na Ipadach. Także komiksów.

Maciek i tak najbardziej ❤ playdates z przyjaciółmi, wiadomo, dlaczego 😉

Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1


#2 Wakacyjna qlturka

Od zawsze i na zawsze pewnie, mam takie dziwne zamiłowania muzyczne. Na przykład w lipcu rządziła ta piosenka w wykonaniu zespołu z serialu Glee (kto ich też ❤?)

Zupełnie przypadkiem wakacje upłynęły nam również pod znakiem ścieżki dźwiękowej z Moany (po polsku zmieniono jej imię na Viana, why, ja się pytam, why?). KONIECZNIE posłuchaj:

  • You are welcome – czyli rubasznie, zero kompleksów, asertywność 1 milion procent i co to nie ja
  • How far I will go – musowa piosenka mamusi (czyli moja), czyli przebudzona kobieca siła
  • Shiny – faworyt chłopaków, ciekawy czy każdy w tym pokoleniu chce być celebrytą?

Książki też były, żeby nie było.

Jak się macie w wakacje 2017_wakacyjna_qlturka-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#3 Canada Day w Górach Skalistych

Dlugi weekend lipcowy spędziliśmy na kempingu Mount Robson, rzut kamieniem od Jasper i Rockies.

Tam jest magicznie. Więc będzie osobny wpis. Jak go napiszę.

Rockies 2017_Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (4)


#4 Wypad do skansenu Fort Langley Historic Site

Polecamy ten mały ale uroczy skansen 40km od Vancouver.

W tym roku, z okazji 150 urodzin Kanady, wejście jest za darmo.

Zamów wejściówkę → TU

Fort Langley Historic SiteJak się macie w wakacje 2017_Fort Langley Historic Site-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#5 Polska u dziadków

Pod koniec lipca przyleciałam z chłopakami do Polski, na 6 tygodni. Do dziadków, do Bakstera, czyli Ziemia Lubuska wita.

A tam czekał na mnie mój kubeczek.

I przetwory robiliśmy – nawet fajnie jest tak kisić, mieszać, słuchać jak bulgocze. Tak, to piszę ja, która gotować nie znosi.

Jak się macie w wakacje 2017_ u dziadków-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (10)
Głównie to byczyliśmy się nad jeziorem

No i mieliśmy okrągłe dziesiąte urodziny Krzysia! —–> znasz wpis o Krzyśku?

A z okazji tych urodzin i w nagrodę za wysiłek włożony w całoroczną naukę języka polskiego [kliknij po całą historię], pojechaliśmy do….

#6 Legoland

Pojechaliśmy na dwa dni do duńskiego Legolandu:

  • spaliśmy w Legoland Village, domek Lego Ninja Cabin (do 6 osób)
  • jedliśmy śniadania i obiadokolacje w Legoland Village
  • pobyt oraz bilety kupiliśmy przez oficjalną stronę Legolandu (w pakiecie wyszło taniej niż kupowanie osobno noclegu oraz biletów do parku)
  • chłopaki byli jeszcze w parku wodnym Lalandia

Ogólnie, polecamy

Legoland 2017_Jak się macie latem 2017--Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Kanadzie i o emigracji do Kanady
Było mało osób, bo już po duńskich wakacjach. Kręciliśmy się na karuzelach i kolejkach bez opamiętania 😉

#7 Czytadełka

Przypominam, jakby ktoś przegapił

 Skończyła się szkoła, zaczęły wakacje, jejejeje. Ale zanim, to jeszcze w sierpniu egzamin z języka polskiego i wiedzy o Polsce

 Minął rok odkąd rozpoczęliśmy zbieranie dokumentów na PR – profil założyliśmy 29 czerwca 2016, od pierwszego tygodnia lipca zbieraliśmy dokumenty, konsul węgierski pomógł – teraz mamy już PR.

 Latem alko łatwiej wchodzi? W ładnych okolicznościach przyrody, a pewnie, że tak!

 Wydatki na jesień, bo szkoła, albo co?

To co? Niech moc lata będzie z Tobą! My się września nie boimy 😉


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Lepszy, lepsiejszy, najlepsiejszy (i/e)migrant czyli ja się znam na Kanadzie, a ty nie!

Takie tam rozkminy na trzecie urodziny i czy po 3 latach jesteśmy wystarczająco dobrymi emigrantami w Kanadzie.

Ta jest, trzy lata w Kanadzie! Stuknęło, huknęło, przeleciało. Wymądrzam się i piszę wciąż, chociaż tego pierwszego posta blogowego już nie ma (ale nie żałuj, to były trzy zdania w stylu: juhuuu, ja tutaj piszę i paczę, czy działa)

To lecimy z rocznicowym postem, ok?


Znasz wcześniejsze posty o emocjach?  → (kliknij w obrazek)

….....


Trzy lata później chodzi za mną pytanie: “Kto się zna na Kanadzie?” i odpowiedź:  “Ja?!”

Tak sobie zaglądam na Facebook, dobra, często zaglądam, nie będę udawać, że nie, że ja cię proszę wcale nie jestem jakaś uzależniona. Feed skroluję (omg) i czytam, i widzę, i się cieszę.

Że jest coraz więcej ciekawych treści o Kanadzie, o życiu w różnych kanadyjskich miastach (dwa dni temu wpadłam na blog polski z Halifaxu), o polskich doświadczeniach i spostrzeżeniach. [Ok, wiem, że to ten niecny algorytm Facebooka mi tak podsuwa te właśnie teksty, ale zgodzicie się chyba, że coraz więcej osób pisze o Kanadzie.]

I dobrze!

Ja na każdym Polskim Babskim Spotkaniu się zastanawiam, czemu te wszystkie super dziewczyny, wy wszystkie nie piszecie bloga. Wiem, nie każdy chce być blogerem, ale serio szkoda, że wiele kanadyjskich historii słyszy się tylko w wąskim gronie.

Dlatego zawsze zachęcam – mieszkasz w Kanadzie, myślisz o Kanadzie, wyjechałeś już, ale w środku słowa zostały – pisz o tym! Dziel się! Nawet jak nieregularnie, bez własnej blogowej domeny i profesjonalnych zdjęć, bez rozkminiania, czy to wyszuka się w guglach,  to przynajmniej w grupach na facebooku daj znać, że coś wiesz, a ktoś ci za to podziękuje.

Podziękuje ci… stop! No właśnie, czy podziękuje? Ja tutaj sobie na własnym blogu słowy zachęty rzucam, do pisania namawiam, a tymczasem ty wcale nie chcesz się ujawniać, bo w internecie zawsze znajdzie się ktoś, kto się lepiej niż ty zna i skomentuje. Często nieprzyjemnie.

Na Kanadzie się zna, prawo imigracyjne zna, ba, ten ktoś się zwykle wie lepiej, jak ty się czujesz w Kanadzie. A jak się czujesz inaczej, no cóż, ty się nie znasz, a on(a) jest lepsiejszym (e/i)migrantem.

Jest lepsiejszy, bo starszy. Albo stażem imigracyjnym starszy. Wie lepiej. I będzie radzić, nie przebierając w słowach. Wygląda na to, że żeby być najlepsiejszym imigrantem trzeba:

  1. uwielbiać Kanadę zawsze i wszędzie, a jak się zdarzy gorszy dzień (bo się zdarzy, to pewne), zacisnąć zęby, spiąć poślady i dalej jechać z tym koksem;

  2. nienawidzić Kanady, bo to nie jest ten sam kraj, co kilkadziesiąt lat temu, a w Polsce to zawsze świeci słońce i ludzie są mili;

  3. wiedzieć o Kanadzie wszystko, zanim się przyjechało. Na wyrywki znać, jaka jest pogoda w każdej prowincji i że na pewno ci będzie zimno oraz tam to zawsze pada (uwaga, nie zawsze!);

  4. wiedzieć, ile czasu potrzeba, żeby czuć, że Kanada jest dla ciebie miejscem, bo po tygodniu nie wiesz nic, po miesiącu to ty jesteś w imigracyjnym żłobku, no może po roku masz prawo cichutko się wypowiedzieć. A i to nie zawsze, bo patrz punkt 1.;

  5. swoje przeżyć, odstać, odrobić, żeby się dorobić, zaczynać od początku, bo inaczej się nie da, a jak myślisz, że z twoim zawodem masz jakieś szanse, to się chłopie/dziewczyno grubo mylisz i nie tylko nie zostaniesz najlepsiejszym imigrantem, ale w ogóle zapomnij o Kanadzie;

  6. mieć źle na początku emigracji, a później tylko trochę lepiej. Polakom na drugie imię męczennicy, i w Polsce, i w Kanadzie.

  7. i w ogóle przez jakieś 20 do 35 lat nie zabierać głosu, bo jest się gówniarzem w ogóle, a nie tylko w szczególe, i za tamtych czasów to były czasy, a teraz wiadomo, poprzewracało się mileniasom w głowach i wszyscy chcą do Kanady.

Taaaa.

Emigrant / imigrant jak narzeka źle, jak chwali to też źle. Ironia be, żarty be, powaga i patos bebebe.

Nie będę pisać, że to tylko Polacy, bo byłabym niesprawiedliwa. Ani, że tylko mieszkający poza krajem urodzenia.

Wszyscy dzisiaj, mam wrażenie, że wszyscy, chcąc nie chcąc żyją w stanie never enough.

Sam stan niewystarczenia zły nie jest. Problem pojawia się wtedy, kiedy przeszkadza tobie. Albo innym przeszkadza, o czym oczywiście nie zapomną ci powiedzieć.

Nie dla ciebie odznaka super emigranta i honorowego przedstawiciela Polonii w Kanadzie.

Nikt nie jest wystarczająco dobry.

No chyba, że ty jednak jesteś. To wtedy koniecznie napisz w komentarzu. W końcu ja się nie znam 😉

Nie żebym miała w sobie jakieś wielkie pokłady goryczy na te trzecią rocznicę mieszkania w Kanadzie. Jestem na wakacjach, czytam, co u Moniki, śledzę grupę na Facebooku, i takie mnie naszło.

ale poza tym dobrze.

A u ciebie jak?


 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Po polskiemu online – nauka języka polskiego w Kanadzie. Nasze doświadczenia

Trzy lata zagranicą i trzy lata nauki języka polskiego online. Nasze doświadczenia i że nie jest to łatwe. No bo nie jest!

Nie będę cię w tym wpisie przekonywać, że musisz posyłać swoje dziecko na naukę polskiego. Mam alergię na wszelkiego rodzaju polecenia rodzicielskie i rady parentingowe (chociaż ostatni post był mocno rodzicielstwem podlany).

Sam(a) wiesz, czego potrzebuje twoja rodzina, to twoje dziecko i nic mi do tego, czy mówi/nie mówi/jak mówi po polsku.

Chętnie podzielę się za to naszym doświadczeniem z nauką języka polskiego w Kanadzie. Na wypadek, jeśli ten temat byłby dla ciebie równie ważny, jak jest dla mnie.

Wszyscy mówią emigrantom: ucz swoje dziecko języka kraju pochodzenia, dbaj o jego polski, dwujęzyczność to wielki dar.

Mało kto powie ci, jak to zrobić. A nawet jak już ktoś powie, to wcale nie oznacza, że te metody będą działać w nauce akurat twojego dziecka. Ale próbować warto, c’nie?

Ten wpis ukazuje się, kiedy Krzyś zdaje egzamin kończący czwartą klasę polskiej szkoły online, w programie uzupełniającym (18/8/2017).

Przeczytaj, jak wyglądają nasze doświadczenia z nauką języka polskiego w Kanadzie.

 

Nie znalazłam wiele informacji w internecie, jak codziennie organizować sobie naukę z dzieckiem, które jest na różnych stadiach rozwoju języka.  A jak masz więcej dzieci, o panie, toż to robota na dwa i pół etatu na stażu bezpłatnym. I nie licz na wdzięczność dzieci, przynajmniej nie od razu, a kto wie, czy w ogóle.

Ostrzegłam? No! To teraz będzie mięsko czyli konkretnie jak jest u nas (stan liczebny dzieci: Krzyś 10 lat i Maciek 5 lat)


zanim online, będzie offtop offline (hehehe)

Nauka języka polskiego w szkole stacjonarnej

W wielu miejscach za granicą są polskie szkoły (zwykle sobotnie) lub szkoły mające język polski w curriculum. Możesz nie cieszyć, się faktem, że masz w około wielu Polaków, ale dzięki temu masz więcej szkół polskich (przypuszczalnie). No chyba, że ten fakt cię nie rusza (to wtedy co ty robisz w tym wpisie, hę?)

Także w Vancouver jest polska sobotnia szkoła, przy kościele parafialnym. Ale my nie posyłamy tam chłopaków ponieważ:

  • szkoła trwa kilka godzin w sobotę, a ja nie chcę weekendu przeznaczać na naukę ciurkiem od rana (i dojazdy);
  • nie przekonuje mnie materiał i sposób nauczania (ale przyznaję, wiedzę mam tylko ze słyszenia);
  • wolałabym, żeby szkoła była przy organizacji neutralnej światopoglądowo;

Kasia, mama w uk, była taka dobra i poopowiadała mi trochę któregoś razu na Skypie o swojej sobotniej szkole w Anglii. Takiej super szkole, co dostała nagrodę, a powinna co najmniej dwie!

I gdybym taką szkołę miała w Vancouver, być może chłopaki by do niej chodzili. Ale nie mam.


No dobrze, ustaliliśmy już, że idziemy w formy nauki online. Poniżej trochę o szkołach (programach), które to umożliwiają (lub umożliwiały)

Nauka języka polskiego online

Jeśli znasz wpis o naszych początkach z nauką online, to wiesz, że wybraliśmy ten sposób, żeby zachować ciągłość w polskiej edukacji, bo planowaliśmy wrócić do Polski po roku pobytu w Kanadzie.

Potem kontynuowaliśmy tę formę nauki niejako siłą rozpędu.

#1

Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą; ORPEG

  • bezpłatna;
  • pierwsze wrażenia w drugiej klasie opisaliśmy trzy lata temu;
  • dostaje się świadectwa polskiej szkoły, można wypożyczyć podręcznik (przysłano nam je do Vancouver), uczeń ma legitymację.

Nasze uwagi po trzech latach nauki:

Za dużo materiału nieprzystosowanego dla dziecka, które ma język polski jako język obcy, jako drugi język.

Krzyś przyjechał do Kanady jako siedmiolatek czytający, piszący i mówiący po polsku bez akcentu. Ale dla niego słowa palisada czy podział wypowiedzeń ze względu na cel to są pojęcia tak abstrakcyjne jak…. dla każdego innego dziecka w Polsce (tak, materiał szkoły podstawowej polskiej jest przeładowany i niedostosowany do rozwoju emocjonalnego dziecka, jeśli polski rodzic w Polsce ma z tym problem, to co mają powiedzieć rodzice pracujący i mieszkający za granicą?).

→ Co roku Krzyś wykonał pięć prac kontrolnych (wysyłane skanem) oraz zdawał egzaminy ( w Warszawie), żeby przejść do następnej klasy. W klasach 1-3 egzamin był jeden (termin ustalaliśmy wcześniej, było sporo do wyboru), teraz ma dwa jednego dnia (jeden o 8 rano, drugi o 12). Można było mieć egzaminy rozłożone na kilka dni.

→ Lekcje pojawiają się na koncie ucznia na platformie, w formie plików pdf (prezentacja) i ćwiczeń do wydrukowania. Całość materiału oparta została na podręcznikach dla polskich dzieci w Polsce. Szkoda, że nie było dostępu do wszystkich lekcji od początku roku – łatwiej byłoby przygotować sobie plan nauczania.

→ Dzieci mogły uczestniczyć w webinariach. Co dwa tygodnie był język polski, wiedza o Polsce (historia oraz przyroda), a także dodatkowe zajęcia z ortografii. Ze względu na różnice czasowe, Krzyś od dwóch lat nie bierze udziału na żywo w tych webinariach (odsłuchujemy je potem, albo i nie, bo niestety często są nudnym odczytaniem przez nauczyciela punktów z prezentacji).

→ Są dyżury nauczycieli, ale na żaden jeszcze nie trafiliśmy.

#2

Polskie Szkoły Internetowe Libratus

  • bezpłatna;
  • w tej szkole Maciek zaczyna zerówkę we wrześniu 2017. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta nauka i planuję napisać posta porównawczego.
  • do tej pory otrzymaliśmy informację o webinariach dodatkowych dla dziecka i dla rodzica (dotyczących m.in. metodyki), a otwarte wykłady można zobaczyć na ich kanale.
  • egzaminy można zdawać w innych miastach niż Warszawa, a także za granicą;
  • z informacji na stronie wynika, że szkoła nie prowadzi już naboru na rok szkolny 2017/2018. Zapraszają do swojego drugiego projektu – Polonijki (zerknij poniżej po informacjie o naszych wrażeniach z lekcji demo);

#3

Polonijna Szkoła Podstawowa Polonijka

  • płatna – aktualnie trwa promocja – 50% czesnego;
  • zanim zdecydujesz się na naukę w tej formie, masz dostęp do lekcji demo;
  • szkoła proponuje naukę dla dzieci w wieku od 5 do 15 lat, które po zweryfikowaniu poziomu języka realizują program danej klasy i korzystają z opracowanych materiałów;
  • ciekawa i wcześniej nam nieznana opcja: Kolega z ławki. Miałeś pen pala w dzieciństwie? No właśnie, teraz twoje dziecko może mieć takiego kolegę. Taki prosty pomysł, a jaki skuteczny we wzajemnej motywacji. Brawo za zachęcanie do uczenia się wspólnie z innymi – umiejętności miękkie są ważniejsze niż nauka dat czy reguł gramatycznych;
  • podoba mi się opcja wyboru przedmiotów, których będzie uczyło się dziecko – to dobry pomysł dla zapracowanych rodziców, którym bardziej niż na realizowaniu podstawy programowej, zależy na kontakcie z językiem polskim, nawet jeśli miałaby to być tylko jedna godzina tygodniowo;
  • strona internetowa i platforma są ładne i przejrzyste w obsłudze. Nie przeładowana dodatkowymi treściami i przy stronie oraz platformie ORPEG, Polonijka wypada na plus;
  • pełen kurs, podzielony na 35 tygodni, jest dostępny przez cały rok, co znowu pozwala uniknąć nerwowego sprawdzania, czy są na pewno wszystkie prezentacje potrzebne do wykonania prac kontrolnych (których to prac kontrolnych nie ma, ergo  mniej stresu dla dziecka);
  • lekcje odbywają się  raz w tygodniu (webinaria), a także dodatkowo są spotkania w małych trzyosobowych grupach;
  • na koniec roku szkolnego uczeń może podejść do egzaminu, ale nie musi. Dostanie certyfikat opisujący jego umiejętności. My akurat lubimy ten dodatkowy powód, żeby w wakacje odwiedzić Polskę na egzamin stacjonarny, ale umówmy się, przylot z Kanady tylko na egzamin to spore wyzwanie (i koszt).

Nasze uwagi po lekcji testowej (porównując z ORPEG):

→ Dobrze, że wszystkie informacje są dostępne bezpośrednio w module, że nie trzeba całości prezentacji ściągać (w ORPEG czasami mieliśmy aż 60 stron prezentacji do przeczytania, halo Hela, to za dużo!).

→ Rodzic jest dużo bardziej prowadzony za rękę niż w ORPEG:

  • Na początku lekcji jest agenda (chociaż ja proszę, po co rodzicom pisać: doskonalimy umiejętność syntezy słuchowo-wzrokowej, hę?).
  • Później czytelny podział na to, co robimy: czytamy, piszemy. 
  • Są także przykłady pytań, które rodzic może zadać dzieciom. Spore ułatwienie dla rodzica, który musi sam dziecku opowiedzieć materiał, a nie wie, od czego zacząć (w ORPEG mamy po prostu załączone materiały, brakuje scenariusza, jak ten materiał przerobić ).

→ Treści interaktywne są wklejone bezpośrednio w lekcję, a nie dodatkowo, a więc nie trzeba przerywać czytania prezentacji, żeby np. posłuchać proponowanej piosenki.

→ Chłopakom podobało się, że nauka odbywa się nie tylko poprzez odczytywanie prezentacji, ale można obejrzeć filmy, zagrać w grę edukacyjną, zobaczyć treści multimedialne inne niż nudne pdfy.

Zapowiada się ciekawie, bo dzięki takiej platformie zamiast uczyć się polskiego z dzieckiem, będziesz się z nim po prostu po polsku bawił. Zacieram ręce na zerówkę Maćka i mam nadzieję, że będzie nam coraz łatwiej z językiem polskim.

Tak, wiem, że ta nauka kosztuje. Ale halo, serio na naukę języka obcego polskiego będziesz skąpił?

Sam zobacz: w Anglii punktuje się znajomość polskiego jako języka obcego i można go w tej formie zdawać na egzaminach. O ile łatwiej się jest przygotować z języka, którym mówią rodzice i dziadkowie? Nie wiem, jak to wygląda w Kanadzie, bo rozkminianie edukacji ponadpodstawowej jeszcze przede mną (a co myślę obecnie, opisałam w tym poście). Jeśli jednak zostaniemy w Kanadzie na stałe, chcę, żeby chłopaki biegle posługiwali się językiem polskim. Tak jak, gdybyśmy byli w Polsce, chciałabym, żeby super znali angielski.

I proszę mi tutaj nie pisać, że język polski niepotrzebny. Znajomość każdego, nawet najmniej popularnego języka jest super bonusem, to piszę ja, hungarysta z wykształcenia. I nigdy nie wiesz, czy język polski się twojemu dziecku nie przyda.

Patrz, miało nie być moralizatorstwa i uwag parentingowych, ale jednak nie mogłam się powstrzymać 😉

Jeśli masz swoje doświadczenia z nauką polskiego online, podziel się linkiem w komentarzu, a ktoś ci podziękuje.


 

Ps. Ten post jest pierwszym sponsorowanym tekstem na blogu.

PS2. Jeśli to jakoś wpłynęło na odbiór tekstu, śmiało mi napisz: Kaśka, nie idź tą drogą!

I koniecznie trzymaj kciuki za Krzysia!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

10 lat Krzysia i mama od dekady czyli jak wygrałam 33 mega paczki pieluch.

To wpis osobisty – historia mamy od dekady i 10 lat Krzysia.

Uwaga, uwaga, uczciwie przestrzegam, tekst jest typowo lajfstajlowy (czyli ogólnie o życiu), a nawet parentingowy (czyli szczególnie o rodzicielstwie i dzieciach). Wyklikany głównie na komórce, trochę na tatowym komputerze, bo zapomniałam kabla od swojego laptopa do Polski zabrać. 

Tym razem mało o Kanadzie, a dużo o nas, i to historycznie, a miejscami histerycznie (zwłaszcza tam dalej, o pieluchach)

Sierpień 2017 to miesiąc Krzysia, trzeciego w kolejności w ekipie Kanada się nada, chłopca poważnego bo 10letniego. Większość jego życia upłynęła w Polsce, ale, mogę to napisać z pełnym przekonaniem, w Kanadzie znalazł swoje miejsce.

Opowiem jego historię, dobrze? Zapraszam na 10 lat Krzysia

Pamiętam, że kiedy Krzyś się urodził, w szpitalu było spokojnie, a na zewnątrz trwał gorący sierpień.

Nie byłam specjalnie zestresowana, bo jedyne wiadomości okołoporodowe (w dawce nieprzytłaczającej) z polskich szpitali były wtedy dostępne na forum gazeta.pl, a o blogach parentingowych mało kto słyszał. Ja w każdym razie nie.

Zdjęć z tamtego czasu, pierwszego roku, mam niewiele i w dodatku na wszystkich jesteśmy w chustach i miękkich nosidłach.

W 2007 roku nie było sklepów z chustami do noszenia dzieci, pieluszkami wielorazowymi i wszystkim tym, co dzisiaj jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Pierwszą chustę zamawiałam u Kasi z Niemiec, która wystawiała specjalne aukcje na allegro, żebyśmy mogli  ją kupić.

Dwa pierwsze lata to był czas kończenia studiów i chustoześwirowania. Miałam około 10 chust, różnych, kolorowych, z lnem, z wełną, z jedwabiem. Kupiłam pierwszą edycję Pawi Didymosa,kiedy jeszcze nie kosztowały czterocyfrowo. Nosiłam w pierwszym kaszmirze i miałam nosidło uszyte na wzór niemieckiego nosidła Manduca. Nie miałam wózka. Tzn. był, ale u dziadków, bo Kuba i ja nosiliśmy Krzyśka w chuście.

Pracę magisterską pisałam z rocznym synkiem, codziennie pomiędzy 21 a 22:30 spał w miarę twardo. W innym czasie spał typowo, czyli ku-rozpaczy-rodzica-nie-przesypiam-nocy.

Jeszcze pięć lat temu, będąc w drugiej ciąży, wrzucałam Krzysia w chuście na plecy. Teraz ma 10 lat, brak wad postawy, biega jak szalony i nadal lubi się przytulać. Wierzę, że w dużej mierze dzięki chustom.

Także dzięki chustom zabraliśmy go w góry, kiedy miał 8 miesięcy (mieszkaliśmy w namiocie koło Domu na Łąkach ❤). Padało prawie cały czas, ale to nic.

Skoro o wycieczkach, to w chuście pojechał do pierwszego w Warszawie kina, które organizowało seans dla mam z dzieckiem, na Imielin. Teraz takie atrakcje znajdziesz w wielu miejscach, ale 10 lat temu musiałam się nieźle nagimnastykować w komunikacji miejskiej, żeby z Woli przetransportować się 15 km na południe Warszawy.

Dzięki chustom wreszcie poznałam inne mamy, bo jakoś wśród najbliższych koleżanek jeszcze dzieci nie było (teraz są za to, więc piąteczka kochane dziewczyny, najlepsze się jeszcze wydarzy). Spotykałyśmy się w kościele Świętej Anny, a potem na bardziej zorganizowanych brykankach  w Fundacji Sto Pociech (patrzę, że ta fundacja to równolatka Krzysia, też obchodzi 10te urodziny). Pojawiały się pierwsze doradczynie noszenia w chustach i wielopieluchowania.

To właśnie na chustowych spotkaniach, wśród nieznanych mi wcześniej kobiet z dziećmi, odkryłam, jak wielką moc mają kobiece grupy wsparcia. Może dlatego tak bliskie mi są nasze Polskie Babskie Spotkania

Kiedy Krzyś miał 13 miesięcy, żeby odzyskać trochę równowagi i zakończyć karmienie, pojechałam sama w góry, na kilka dni, z ludźmi z Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich.

Kiedy miał 15 miesięcy, a ja byłam świeżo po obronie mojego mało praktycznego dyplomu, wynajęłam na dwa tygodnie nianię i poszłam na staż- testowanie oprogramowania. Poczekałam jednak z pracowaniem na poważnie do drugich urodzin Krzysia.

Rok 2009, wrzesień, Krzyś zaczął chodzić do żłobka państwowego. Po żłobku chodził jeszcze do przedszkola państwowego, które któregoś pięknego wiosennego dnia przyprawiło mnie niemal o zawał. Wracam z pracy, jestem już pod przedszkolem, a tu patrzę, trzyletni Krzyś siedzi sobie spokojnie na schodkach przed wejściem. Sam!

Okazało się, że panie pomyliły się i wysłały do rodzica nie tego Krzysia, co trzeba, pan woźny się nie zorientował w pomyłce, a dorośli gdzieś zniknęli. Trzylatek zdezorientowany gdzie mama?, wyszedł przed przedszkole, poczekać.

Do teraz nie wiem, ile tam na mnie czekał. I oddycham z ulgą, że nie poszedł sam w świat. I smutno mi, że nikt na ulicy nie zwrócił na małego chłopca uwagi (choć może słabo go widzieli, schody były ukryte w cieniu).

Po tej akcji zabrałam Krzysia z przedszkola następnego dnia.

W kolejnym roku przed-szkolnym poszedł do placówki katolickiej (na warszawskiej Woli jest całkiem sporo różnych placówek, i montessori, i waldorfska i żydowska też). Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. Stoję w kuchni i gotuję, a pięcioletni Krzyś bawi się na podłodze. Coś układa, klocki, misie, takie tam.

Nagle słyszę: Któryś za nas cierpiał rany…. Takie podśpiewywanie przedszkolaka podczas zabawy. Nie powiem, lekko mi się włos zjeżył na karku, złowieszczo to brzmiało, takim ponurym głosem wyśpiewywane.

Ale anegdotka pyszna została na całe życie 😉

A potem to już szkoła. Krzyś poszedł jako 6latek, wtedy mieliśmy wybór, czy zostawić w przedszkolu, czy posłać do pierwszej klasy. Poszliśmy na rozmowy do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dwie informacje, których mi wtedy udzielono:

  1. edukacyjnie zaawansowany aż miło;
  2. koniecznie znaleźć sposób, żeby miał przyjaciela w swoim wieku.

Z tym przyjacielem to było trudno, bo w pierwszej klasie szkoły muzycznej było 4 chłopców li i jedynie, w dodatku z odległych dzielnic Warszawy. Nie ceniłam wtedy playdates, tak jak teraz.

I chociaż nam nikt w dzieciństwie przyjaciół nie organizował, to dzisiejszym dzieciom jest trudniej czas na kolegów znaleźć, z powodu nadmiaru zajęć. Stąd rada mądrej pani psycholog, żeby rodzic pomógł zorganizować przestrzeń na koleżeństwo dziecka. Make sense, jak dla mnie.

Szkoła muzyczna to wielkie wyzwanie dla dzieci nie-muzyków. Dużo nauki także dla rodzica, żeby dziecku w nauce pomóc. Ale też wszystkie umiejętności muzyczne Krzyś nabył właśnie wtedy i mimo indywidualnej nauki gitary w Vancouver, nie zwiększyły się one znacząco.

Dlaczego posłaliśmy Krzysia do szkoły muzycznej? Powody są dwa:

  1. chciał grać na gitarze;
  2. to szkoła najbliższa naszego warszawskiego mieszkania

Poszedł na egzamin wstępny, zaśpiewał, wyklaskał rytm, napisał, co trzeba, i został przyjęty.

A po pierwszej klasie wyjechaliśmy do Kanady

O kanadyjskich przeżyciach Krzyśka przeczytasz w poniższych wpisach:

  1. Pierwsze kanadyjskie emocje
  2. Polska lekcja w systemie orpeg.pl
  3. Żłobek i szkoła – pierwsze wrażenie

I na koniec smaczek o tych pieluchach. W 2007 wygrałam 33 megapaczki pieluch Huggies. Oraz pakiet szczepionek skojarzonych dla Krzysia.

Na dwa miesiące przed narodzinami Krzysia, magazyn dla rodziców (zabijcie mnie, nie pamiętam, który) ogłosił konkurs na tekst listu do swojego dziecka. Napisałam wtedy list do mojego synka, poniekąd romantyczny.

List się spodobał, pieluchy przyjechały wielkim kontenerem, a my zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy. Pamiętam, że w kolejnej edycji można było wygrać voucher na…. poród w prywatnym szpitalu.

OSTRZEŻENIE: Dziś, jak czytam ten list, to jest lekki zgrzyt zębów, więc ten tego, przygotuj się na dużą dawkę sentymentalnych określeń,  ( pamiętam, że wtedy czytałam “Marie jego życia” Barbary Wachowicz oraz listy Sienkiewicza.).

w Warszawie dn. 24 czerwca

“Najmilszy Syneczku, pierwsze moje na tym świecie kochanie,

Jeszcze dwa miesiące a będziesz z nami, maluszku kochany, serca i duszy pociecho. Wzruszonam do głębi, myślą biegnę do Ciebie, który codziennie budzisz się i zasypiasz pod moim sercem, tak blisko a jednocześnie tak daleko. Wyimaginowany obraz Twój  wszystkie myśli moje i uczucia ogradza, kochana moja dziecinko.

Wraz z Twoim tatą jesteśmy przeszczęśliwi, cherubinie nasz jasnowłosy, że narodzisz się w piękny, złocisty sierpniowy dzień jako owoc naszej miłości i czci wzajemnej i ozdoba naszej rodziny. Może będzie to święto Matki Boskiej Zielnej, pachnące miętą i świeżym drożdżowym ciastem Twojej prababci, Krzysiu mój jedyny. Datę tę sam doktor oznaczył i teraz cała rodzina rozmyśla nad konceptem, jak zaprowadzić porządek, kiedy się pojawisz, bo będą to też urodziny mojego papy, Twojego dziadka i imieniny wuja Twojego zarazem.

Dla wszystkich jesteś już teraz promyczkiem, aniołkiem, duszyczką, a zdaniem doktora już teraz słyniesz z prawdziwie męskiej urody. A wiesz, że w ogrodzie dziadkowym, kiedy lato uczyni się zupełnie, rozkwitnie, dzieje się taki widok prześliczny, jakiego cała Polska nie ma? Dziadek nie może się doczekać, kiedy zbadasz najniedostępniejsze tajemnice ogrodu i  domu, który kocha ludzi i kocha też Ciebie.

Już teraz sama myśl o Tobie sprawia w rodzinie kolosalną radość. Serca biją nam głośno na samą wzmiankę o Tobie, jesteś dla nas ładunkiem dobroci i miłości bezustannym.

A do tego czasu muszę się, skarbeńku cudowny, kontentować jedynie radami i  opowieściami doktora, i krzepić nadzieją niedalekiego przecież naszego spotkania, kiedy Twój uśmiech opromieni cały Twój pokój, już wyszykowany, śliczny, jasny, południowy.

Ciężkie jest to oczekiwanie, kiedy z trudem przychodzi mi stać i siedzieć, bo taki jesteś cały poruszony we mnie. Siłę mam jeno aby rozmyślać nad Tobą, moje złoto malutkie, najdroższe, kochane. Chciałbym otulić Cię dłonią niewidzialnej opieki i usunąć z Twej drogi wszelkie nieszczęścia i smutki. Bylebyś miał tam i tu słońce i ciepło i spokój! Niech Ci go nigdy nikt nie mąci. „Jaki będziesz, kim będziesz w swym męskim życiu ?” od tego pytania nie mogę myśli oderwać. Choć pełna jestem dobrych przeczuć  na przyszłość.

Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy, bo z mojego szczęścia Tyś pierwszy syneczku kochany.

Trudno jest mi oderwać się od listownej rozmowy z Tobą, maluszku. W snach codziennie się odwiedzamy, oczom moim jawi się Twój wizerunek, ujmuję  Cię za rękę, za wszystkie paluszki, tulę do serca. Chciałbym Cię wycałować, popatrzeć już na Twoja buzię, nakarmić się Twoim widokiem, rącząt, nóżek, mój mały zdrowasiński. Już na wieki oplotłeś mi się dookoła serca….
Kocham Cię przeogromnie.
Twoja Mama”

Byłabym zapomniała, kogoś może ciekawić, skąd imię Krzyś? Umówiliśmy się z Kubą, że każde z nas przygotuje listę imion męskich i potem sobie przedyskutujemy te, które są na obu listach. Na mojej było około 12 imion: Ignaś, Jaś, Staś i Krzyś, jakoś tak w środku listy. Na Kuby liście było… tylko jedno imię. Zgadnij, jakie 😉

No i jest Krzyś.

A co do pochodzenia hashtagu #momfromdecade. To koleżanka kanadyjska, niania kolegi Maćka, nazwała mnie mamą od dekady. Nie wiem, czemu, ale brzmi to doniośle, wręcz jakby kto w dzwon bił. Miło mi.

100 lat Synku!

PS. Daj znać w komentarzu, czy takie, mocno osobiste posty powinny pojawiać się częściej?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

BYOB czyli kanadyjskie imprezowanie. Alkohol w Vancouver

In vino veritas. Ale co robić, jeśli dostęp do źródeł prawdy jest mocno ograniczany?

Ok. To najpierw tak. Uprasza się, żeby osoby poniżej 18 lat nie czytały tekstu poniżej. Nie żebym namawiała do czego złego, czy coś. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości jest? Jest! No. Poniżej jest post pt. Alkohol w Vancouver.

Imprezy, z ludźmi przebywanie czyli alkohol potrzebny od zaraz. Jakoś tak wychodzi, że na spotkaniach towarzyskich łatwiej wchodzi. Się w klimat, w rozmowę się wchodzi, procenty pomagają.

Niektórzy lubią mniej, niektórzy więcej. My tak sobie. W Kanadzie lubimy cydr z Okanagan, z sokiem jabłkowym.

Lato, czyli sezon ogórkowy, czyli taki temat musi być. Wróć, już kiedyś był! To co przeczytasz poniżej, to rozbudowany tekst z maja 2o15, uzupełniony i przygotowany specjalnie na akcję Blogerów kulturowych i językowych pt. Alkohol w kraju X.  LINK DO WPISU

I jeszcze jedno – żadna ze mnie znawczyni salonów i bywalczyni domówek, więc śmiało pisz swoje uwagi, jak gdzieś za bardzo w temacie popłynę.

#1 tytułem wstępu

Gotowi na trochę kanadyjskiej historii?→

→ Wcale nie tak dawno niemożliwym było zakupienie napoju alkoholowego w supermarkecie.

Do kwietnia 2015 r. alkohol w Kolumbii Brytyjskiej był sprzedawany jedynie w miejscach do tego wyznaczonych, licencjonowanych, takich jak np sieć BC Liquor Stores.

Przepisy się zmieniły  i od kwietnia 2015 można kupić wino w supermarkecie. Pierwszy sklep w prowincji, który się na to odważył jest w Surrey (klik TU). Koło nas, najbliższy Buy Low Food nie ma. Jeszcze.

Żeby nie było, że można wszystko, o tak dobrze to nie ma. Jest prawo, jest strona regulująca spożycie / użycia czy nadużycie.

Przydatne uwagi i jeden smaczek:

  • ✔ Nie możesz pić w parkach, na plażach czy w górach. Ale możesz na swoim miejscu kempingowym.
  • ✔ Możesz mieć w samochodzie zamknięty alkohol, ale nie możesz otwartej puszeczki.
  • ✔ Możesz przynieść swoje wino do restaurcaji i kelner musi ci je polać.  A jak zostanie, to oddać resztę. Ale korkowe też może pobrać przy okazji. Czyli wszyscy w sumie zadowoleni.

W Polsce co i rusz gazeta.pl testuje wina za 10 zł z Biedronki czy innego Lidla vs. wino z piwniczki renomowanego salonu, a tutaj posucha.

Posucha taka nie do końca, napojów bezalkoholowych w naszym najbliższym supermarkecie jest bez liku, przy czym nam w oko wpadło wino ODALKOHOLIZOWANE, białe lub czerwone w cenie 8 $ za flaszkę.  Nie żebym się czepiała, ale polski gugle pokazuje mi taki obrazek, jak wpisuję odalkoholizowane (bo to przecież coś innego niż bezalkoholowe).

Piłam to odalkoholizowane wino, no i tak….. mnie smakuje jak wino bez wina. Dobre średnio, średnio daje radę. W sumie nie wiem, po co to wyprodukowali?

Są jeszcze jakieś takie napoje, jakby oranżady, też bez alkoholu, ale nie napiszę więcej, bo nie próbowałam. Kolorowe bardzo, jakoś nie wzbudzają mojego zaufania. [na skali hipstera 1-10 mam teraz coś pewnie minus 3]

#2 BYOB czyli na bring your own beer. I może kanapkę też, na wszelki wypadek

 

Zaczynamy od imprezy proszonej, czyli skrzykujemy się na domówkę u kogoś. Przewaga nie-Polaków. Tak jakoś w pierwszym roku pobytu w Vancouver zostałam zaproszona na wieczorne spotkanie, imienin świętowanie u koleżanki koleżanki mojej koleżanki. Ja i koleżanka to były jedyne Polki.

Przed imieninami dostałam emaila, że uprasza się o przyniesienie swojego alkoholu. Ha!

Na początku zdziwko, ale potem zrozumienie, jak zobaczyłam, ile wino kosztuje. Na imprezie każdy sobie pije swoje, ile chce, jakie chce. Zadowoleni wszyscy. Oczywiście nikt nie powiedział, że nie można się dzielić

Taki zwyczaj, wcześniej mi z Polski nie znany.

Byliśmy też kilkakrotnie na imprezach integracyjnych, pracowych kanadyjskich. I takie spotkanie też inaczej wygląda niż w Polsce. Dostaliśmy po dwa bilety-karneciki na alkohol (dwie lampki lub dwa drinki na głowę), reszta była do zakupu samodzielnego na barze. Do tego mini kanapeczki i mini paszteciki. W ogóle mini, mini, tycie, tyciuteńkie. Nie mówię, że do dobrej imprezy potrzebne jest morze alkoholu i fura żarcia. Mówię, że w Kanadzie wygląda tak. A w Polsce, no to sam wiesz. Więc czuj się ostrzeżony 😉

 

#3 Jak dostać alkohol czyli tour-the-beer

Alkohol możesz dostać na dwa sposoby: kupić w sklepie i wypić poza sklepem, albo kupić gdzie indziej (pub, restauracja, bar) i wypić na miejscu. Hehe, nie mogłam się powstrzymać, musiałam to napisać 😉

W sklepie w B.C. zobaczysz ludzi grzecznie stojących do kas z sześciopakami w ręku. Albo z większą ilością. Zagęszcza się w weekendy, bo sklepy nie są całodobowe i trzeba zrobić zapasy. Nie wiem, czy wszystkie tak mają – ten najbliżej nas nie jest cały czas otwarty.

Co do piwa, to w naszej dzielnicy radośnie hipsterskiej, czyli na Mount Pleasant, są malutkie browary, gdzie równie tłumnie bywa, jak w sklepach monopolowych.

Ja nie wiem, czy to przystoi, dobra, wiem, że nie za bardzo przystoi pisać tak o warzelniach piwa (???), ale te tutaj są… urocze. Czyściutkie, lśniące pojemniki – beczki, z leciutchną nutką drewna. Industrialnie, ale nie za bardzo.

A przed kasą każdy stoi ze swoim bukłaczkiem po tzw. refill, czyli ponowne napełnienie piwną cieczą (wychodzi taniej niż za każdym razem kupować nową butlę, a jak ekologicznie!)

Wcale nie rzadko stoi się też z dzieckiem (albo i dwójką) – nie wiem, czy mają wstęp do środka, czy tak się tylko oko na to przymyka, bo raz mieliśmy sytuację, że nas z chłopcami nie wpuszczono do baru-pubu na śniadanie. Powód: serwowano tam alkohol i dzieci musiały być w pewnej odległości od nalewaka. Do środka nie wolno było, ale w ogródku już tak. Podstawy prawnej nie znam – ktoś pomoże?

Próbowałam kilka takich craft sample beer w okolicy. Dobre. Na desce stoi od 5 do więcej malutkich szklaneczek z piwem i sobie próbujesz. Piwo to chyba można ze sobą mieszać? #nieznamsiealesiewypowiem

Masz ochotę na wycieczkę po tutejszych browarach?

Ostrzeżenie, czyli serio ktoś do piwa je smażone ogórki?

Najdziwiejsza rzecz, jaką nam zaserwowano do piwa to były smażone w panierce pikle czyli fried pickles.

Jesteśmy pierwsi do próbowania, ale to niedobre było. Serio. W dwóch miejscach jedliśmy i dwa razy bee. No wiem, ja na małosolnych chowana, a do alkoholu to tylko kwaszony (taka tradycja). Ktoś jadł dobre fried pickels?

Ps. Znasz historię, jak pomyliłam najsłynniejszy kanadyjski drink Ceasar z sałatką? LINK

To co, na zdrowie?


→ Zobacz, co inny blogerzy napisali o alkoholu w ich krajach LINK do kulturowojęzykowi. Chcesz dołączyć do grupy? Napisz na blogi.jezykowe1@gmail.com


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

Zabieramy cię na Sunshine Coast, na północny-zachód od Vancouver. Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.

  • ✔ po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
  • ✔ po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
  • ✔ po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.

Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.

I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.


#1

Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.

Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.

Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.

Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak.  A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.

Prom płynie około 40 minut.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_9

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_8

W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.

#2

Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.

Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?

My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores (herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.

Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.

Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie,  które możesz robić będąc na kempingu:

  1. pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż  woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
  2. jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
  3. spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

#3

Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech. Dał o sobie znać w sobotę z rana.

Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, ale sporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.

Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.

Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.

Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.

Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.

Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.

I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.

A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.

#4

Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].

Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!

Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!

Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.

Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_11

Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_10

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_12

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_16

Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.

Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli.  Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.

Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).

Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!

1Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_14

Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove

Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani z Zatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.

Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.

Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.

Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Żeby zobaczyć Gibsons i kawałek Sunshine Coast nie potrzebujesz nawet samochodu, bo z przystani jest autobus do miasta.

Z ciekawych rzeczy – bilet na prom kosztuje cię tylko w jedną stronę. Dobra informacja dla turystów i dla wszystkich 50 tysięcy mieszkańców wyspy.

 

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Kto był na Sunshine Coast i mu się podobało?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

Dużo słów o pieniądzach, czyli na co wydajemy te słynne góry dolarów.

Wiesz, jaki wpis jest numero uno bloga? O ten. O stawce minimalnej w B.C.

Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej. Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

[no chyba, że chcesz wciąż o dentyście. To wtedy tu KLIK]

Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

  • → nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
  • → nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

 


Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo. Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny. Pracowałam, owszem, ale krótko. Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej. Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku. Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

1. Wydatki na mieszkanie

Gdzie mieszkamy?

Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

→  Szukasz mieszkania? Przeczytaj wpis o dzielnicach w Vancouver

Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

Wyposażenie mieszkania

Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo). Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem. Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

Zakupy robimy:

  • → w Ikea  i Canadian Tire;
  • → w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
  • → na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
  • → na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
  • → w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

2. Jak kupujemy ubrania?

Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

  • → Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
    • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
    • ↠ Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
  • → Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
    (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
  • → Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu. W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

Jak w Kanadzie kupujemy, oszczędzamy i wydajemy_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady1

3. Jedzenie i zakupy do domu 

W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

  • → kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
  • → czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
  • → mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
  • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

Na stronie Pawła sprawdź listę sklepów, a potem porównuj ceny


#4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

  • → zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
  • → sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
  • → kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
  • → nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
  • → kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
  • → jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
  • → wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

#5. Szkoła i przedszkole

  • → Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
  • →  Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
  • →  Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

  • ↠  Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
  • ↠  Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

 

#6. Inne wydatki:

  • →  Transport.
    • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
    • ↠ Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
    • ↠ Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata.
  • →  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
  • → Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.