Blog

  • Rozczarowani emigranci czyli zawiodłaś mnie Kanado. Dwie strony emigracji

    Ruszam temat kontrowersyjny. Ale muszę. Siedzą gdzieś we mnie te dwie strony emigracji i właśnie się ulało. Bo niedawne spotkanie, bo Brexit też. Bo za chwilę urlop w Polsce…

    Zanim o rozczarowanych emigrantach, słowo wprowadzenia.

    W ostatnim czasie poznaliśmy wielu ciekawych Polaków, którzy przylecieli do Vancouver w ramach programu Working Holiday (część programu International Experience Canada).

    Za każdym z nich stoi poruszająca historia, bagaż doświadczeń, wiele energii i nadziei.

    Mimo że IEC nie jest programem emigracyjnym, to dla większości uczestników, jest wstępem do starań o kartę stałego pobytu.

    Występowanie o pobyt stały (czyli o status Permanent Resident → tutaj przeczytasz więcej o tym, jak my dostaliśmy pobyt stały ) rodzi wiele pytań i jeszcze więcej wątpliwości.

    Zanim jeszcze porozmawiamy o rozczarowanych emigrantach w Kanadzie, kilka słów wstępu.

    Odpowiedzi na pytanie, czy warto wyemigrować do Kanady, jest tyle, ile ludzkich przypadków.

    Każda rozmowa w polskim gronie prędzej czy później schodzi na temat, z jakiego programu emigracyjnego skorzystać, czy lepiej pracę tu, czy tam, a może w ogóle pójść do szkoły?

    Nieco zazdrośnie, ale i z nadzieją, patrzy się na tych emigrantów, którzy starania o legalizację / przedłużenie pobytu w Kanadadzie mają już za sobą.

    Starsi stażem emigracyjnym Polacy dają dobre rady i pomagają, jak mogą (wiem, może trudno w to uwierzyć, ale Polonia w Vancouver przeczy ogólnemu przekonaniu, że na emigracji największym wrogiem Polaka jest drugi Polak).

    Historie Polaków, którym się udało, działają motywująco na nowoprzybyłych. I bardzo dobrze.

    Rozumiem jak najbardziej chęć zostania w Kanadzie, zwłaszcza jeśli jest się młodym, mobilnym obywatelem świata.

    Kanada ma wiele do zaoferowania, Vancouver jest miastem cudnym wprost (na pewno?), dobrze można żyć.

    A i nasze kanadyjskie życie jest dobre. Mamy nadzieję, że czytając posty na Kanada się nada czujecie, że pozytywne emocje są w większości. Całkiem niedawno pisaliśmy o naszych ostatnich odczuciach związanych z mieszkaniem w Vancouver.

    Wniosek: chcemy kontynuować naszą przygodę z Vancouver.

    No właśnie, skoro dobrze można żyć, to skąd ci rozczarowani emigranci?

    Emigranci to zwykli ludzie, z takimi samymi emocjami.

    Wczoraj miałam spotkanie z koleżanką Wenezuelką, która pomaga mi przy nowym projekcie.

    Przyprowadziła ze sobą starszego mężczyznę, Meksykanina, który uśmiechnął się na widok  chłopaków (nieodłączna składowa wszystkich moich spotkań :D).

    Powiedział, że jest chirurgiem dziecięcym z 20letnim stażem. Ja na to oczy wielkie i wow na ustach.

    Już chciałam mu powiedzieć “zazdroszczę”, kiedy Sykarius dodał, że w Kanadzie pracuje jako doradca finansowy.

    Nie może otworzyć praktyki medycznej. Musiałby cofnąć się do szkoły, praktycznie jeszcze raz studiować to samo, tyle że na kanadyjskiej uczelni.

    A nie zrobi tego, bo lata już nie te, rodzinę ma na utrzymaniu i w ogóle, co to jest za pomysł.

    I wiecie co, ja go rozumiem.

    Że nie jest w stanie poświęcić tyle, żeby osiągnąć podobną pozycję w swoim zawodzie, jaką miał w Meksyku.

    Swoje już w szkole odsiedział. Nie każdy chce i może uczyć się całe życie.

    Rozumiem to rozczarowanie w jego głosie.

    Rozczarowanie, które jest doświadczeniem zwłaszcza starszych imigrantów w Kanadzie. Takich, co wiele, więcej niż 10 lat, pracowali w swoich krajach, dorobili się pewnego statusu zawodowego, byli kimś. No proszę was, chirurg dziecięcy?

    Znaczyli w społeczeństwie, a potem wyemigrowali do Kanady.

    Dwie strony emigracji to dwie emocje: radość i rozczarowanie.

    Emigracja to ciągłe żonglowanie dwiema emocjami.

    Radość, że możesz zacząć wszystko od nowa i być kimś innym, a poprzednie życie zostało w tamtym kraju.

    Oraz rozczarowanie, że musisz wszystko zacząć od nowa, a twoje poprzednie życie nic nie znaczy. Nas także nie omijają podobne rozterki.

    I wiem, że niektórzy pomyślą, skoro tak, to niech wraca, a w ogóle to po co się pchał do Kanady, skoro w Meksyku było mu tak dobrze. I mają prawo zadawać takie pytania i tak się dziwić.

    Tylko że to rozczarowanym emigrantom nie pomaga ani trochę.

    więcej o życiu na emigracji w Kanadzie przeczytasz w tych postach

      Kanada jest krajem-rajem dla emigrantów! No to skąd się biorą ci rozczarowani?

      Choć Kanada jest krajem o długiej tradycji imigracyjnej, a społeczeństwo kanadyjskie imigrantami stoi, to jednak kapitał społeczny i zawodowy nowoprzybyłych nie jest doceniany.

      Czasami te wszystkie lata przedemigracyjne są wręcz zmarnowane.

      W Vancouver, gdzie znalezienie lekarza rodzinnego jest niemożliwe, a na izbie przyjęć Szpitala Dziecięcego Kuba z Maćkiem czekał prawie 10 godzin na nastawienie złamanej ręki, więc w tym Vancouver chirurg dziecięcy sprzedaje produkty finansowe.

      Dla mnie to dziwne i świadczy o słabości systemu. (Inne rzeczy też mnie zaskakują, tak na marginesie)

      Nikt na tym nie zyskuje, a wszyscy na tym tracą.

      Opiekunka Maćka ze żłobka była doktorem inżynierii w Iraku. Moja koleżanka z Dubaju ma MBA w zarządzaniu szpitalem i doktorat z pielęgniarstwa, właśnie idzie do szkoły w Kanadzie. Jest bogata, stać ją, dzieci czwórkę odchowała.

      A inni? Ci, co jeżdżą taksówkami, choć u siebie byli profesorami? Chińczyk, który wraz ze mną aplikował o pracę jako analityk finansowy, a miał ponad  15 tak doświadczenia menadżerskiego w banku?

      Można im powiedzieć, bądźcie pokorni i zaczynajcie od nowa. I właśnie to robią. Głównie ze względu na dzieci, żeby im było łatwiej.

      Ale rozczarowani są.

      Zmarnowane lata ciężkich studiów, zaprzepaszczone wyrzeczenia. Bo choć pisałam o tym, ile znaczą kompetencje miękkie w poszukiwaniu pracy w Kanadzie, to starszym pracownikom nie jest tak łatwo je przyswoić. Zwłaszcza jeśli do tej pory w ich rodzinnych krajach liczyła się “twarda wiedza”.

      Badania z 2008 pokazują, że 40% wykwalifikowanych imigrantów opuściło Kanada w ciągu 10 lat od przyjazdu.

      Mimo że poświęcili tak wiele, żeby wyemigrować, to ich rozczarowanie i praca poniżej kwalifikacji sprawiają, że jakość życia w Kanadzie jest gorsza, niż była w rodzinnym kraju.

      Czasami dochodzi do tego ukryty rasizm.

      I tak, wiem, że takie rzeczy wydarzają się nie tylko w Kanadzie, że to tak wszędzie jest.

      Może być tak i w Anglii na zmywaku, i w Niemczech przy truskawkach. A także w Polsce, kiedy podwóch kierunkach studiów, rozczarowani Polacy pracują na śmieciówkach.

      Znam i akceptuję to powiedzenie: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. 

      Ale rozumiem tych, których emigracja rozczarowała. A Kanada zawiodła.

      Bo skoro my tak bardzo chcemy, to czemu ona nas nie chce równie mocno?

    • Hokej w Kanadzie i mecz hokejowy w Vancouver – co Tu tak Cicho?

      Hokej to kanadyjski sport narodowy. Ale nie piszcie tego na teście na obywatelstwo kanadyjskie, bo pytanie o kanadyjski sport narodowy jest podchwytliwe i trzeba koniecznie dodać, że hokej to ZIMOWY sport narodowy w Kanadzie.

      Nie przekonałam? Zerknij na zdjęcie ze strony rządowej kanadyjskiego ministerstwa sportu.

      Spytaj jednak dowolnego kanadyjczyka o sport narodowy i prawie na pewno odpowie, że hokej. I będzie pewien, że Kanada jest ojczyzną hokeja. I trochę racji w tym jest, bo krążek po raz pierwszy użyto w Ontatrio.

      Krótka Historia Hokeja w Kanadzie

      Jak wiele rzeczy w Kanadzie, i hokej przypuszczalnie dostał się do Nowego Świata z Anglii. Albo z Francji, albo nawet z Niderlandów bo na obrazach Pietera Bruegel’a  dostrzeżesz ludzi jeżdżących po lodzie z zakrzywionymi kijami.

      Nazwa hokej pochodzi od francuskiego słowa „hoquet”, kij pasterski, przedmiot, który był używany przez Szkotów w XVIII wieku.

      No i widzicie – wiele krajów chciałoby być kolebką hokeja.

      Nieważne skąd przyszedł, ważne, że na zawsze zadomowił się w Kanadzie i nie znam kanadyjskiego dziecka, które nie wie, co to hokej i przynajmniej raz nie było na meczu (jako zawodnik lub widz).

      Hokej w Kanadzie to jest stan umysłu, ważny element tożsamości i powód do dumy narodowej.

      Hokejem się w Kanadzie żyje, hokej się ogląda.

      Jak oglądać mecz hokejowy w telewizji?

      Zapytaj znajomego Kanadyjczyka czy zna program Hockey Night in Canada, jeden z najdłużej nadawanych programów sportowych na świecie. Na początku była to audycja radiowa, Widzę oczami wyobraźni te kanadyjskie rodziny przed odbiornikiem radiowym, nerwowo obgryzające paznokcie. Ale z drugiej strony może słuchanie jest lepsze niż oglądanie, bo nie trzeba tak głową rzucać wypatrując śmigającego krążka?

      Może ten Kanadyjczyk, którego zapytasz o HNC, zna program, i lubi, i będzie to dobry pretekst, żeby razem obejrzeć mecze ligi NHL, posłuchać ekspertów i wywiadów z zawodnikami.

      Jak wpiszesz w Google frazę: How can I watch Hockey Night in Canada?, wyszukiwarka wyświetli ci aktualną listę stacji nadających program na żywo.

      Możesz też obserwować program na mediach społecznościowych, np Facebooku i Instagramie @hockeynight.

      Przy okazji podrzucam swój Instagram, jeśli chcesz zobaczyć momenty z życia na dwa kraje

      Czy ja lubię hokej? Eeeeee….

      Mamy w rodzinę tę część, która sportem żyje. Ja do tej części nie należę.

      Całe moje życie zastanawiałam się, czy ja aby nie jestem adoptowana, skoro zawody sportowe, mecze, memoriale, Polsat Sport i co tam jeszcze, więc te wszystkie akcje, jakoś mnie nie ruszają. Kuby też nie ruszają. Takie z nas leniwce wyrodne.

      Ale reszta rodziny, jej część, kibicami jest, pisanymi dużą literą.

      Dzięki temu Krzysiek jest w klubie przyjaciół Legii, był na zawodach siatkarskich i zanim jeszcze umiał się przedstawić, już seplenił: jak mec, to wsystko idzie prec.

      To nie jest tak, że nas sport guzik obchodzi.  

      W góry pójść? Zawsze. Na rower, na narty, na basen, a i owszem.

      Tylko coś sporty grupowe na nas nie działają, a już oglądanie tychże…. nie, nie nasza bajka.

      Ze sportów na lodzie to ja lubię jedynie łyżwiarstwo figurowe.

      Smaczek popkulturalny dla fanów Ani z Zielonego Wzgórza. w serialu Anne without e z Netflixa dzieciakom grającym na lodzie kije hokejowe dostarcza rdzenny mieszkaniec Kanady.

      Ale nie było takiej możliwości, żeby mieszkając w Kanadzie, nie obejrzeć meczu hokejowego. Trzeba.

      Dyżyny hokejowe w Vancouver

      Na Canucksów raz się trzeba wybrać, czy też Gigantów. Żeby poczuć, o co chodzi i żeby punkt z listy odhaczyć też.

      Dla zupełnych świeżaków w temacie i tych, co chcą wiedzieć tycio, tycio:

      • drużyna hokejowa Canucks to ci najważniejsi, pierwszoligowi czy też NHLigowi, chociaż (znowu) wypadli z Pucharu Stanleya, i stadion mają w Downtown.
      • Giants grają we wschodnim Vancouver, i należą do ligii młodzików. Wrażenia sporotowe są podobne, za to bilety na ich występy są tańsze

      Różne głosy słyszeliśmy o meczu hokejowym, że trzeba pójść, to raz, ale że nie warto, to dwa. Bo krążek za mały, a bilety drogie.

      Mam cichą nadzieję, że się znawcy hokeja w Vancouver ujawnią w komentarzach i poprawią, co  źle napisałam.

      Dotychczas redakcja Kanada się nada była w 1/2 osoboskładu na trzech meczach. Dwa razy byli to Giganci i raz Canucks.

      Mecze Gigantów oglądaliśmy, bo szkoła Krzyśka wraz z innymi szkołami z regionu Vancouver, organizowała podczas meczu flash mob przeciwko przemocy w szkole.

      Pierwszy raz wyjazd na mecz mieli w roku 2015.  

      Cała szkoła Krzyśka, i inne szkoły z okolicy, pojechali na mecz hokejowy.

      Był to pierwszy w Krzyśkowym życiu flash mob, i od razu na różowo (tym kolorem protestowali przeciwko agresji w szkole)

      Zakup biletów organizowała szkoła (koszt: 10 CAD). Kupiliśmy też koszulkę różowiutką za 15 CAD.

      Cel wyjazdu i meczu był szczytny, taniec wesoły, choć Krzyś wyraźnie oporny był podczas ćwiczeń, jakoś taniec go nie porywa ?  Antibullying day wypadało 25/2/2015.

      Wideo możecie obejrzeć pod tym linkiem.

      W tym roku znowu zatańczyli. I ja też pojechałam zobaczyć.

      Dobrze było zobaczyć dużą ilość dzieci zjednoczonych w takiej potrzebnej inicjatywie.

      Choć drużyna gospodarzy przegrała, sam mecz mi się podobał, emocje były.

      I koszulkę wygrałam, bo w czasie przerw organizowane są losowania różnych nagród albo pokazy, kto najładniej zatańczy, albo po prostu rzucanie fantów w publiczność (koszulek).

      Na wielkim telebimie wyświetlali zachęcające hasła oraz śmieszne filmiki.

      Ponieważ to był mój pierwszy raz na meczu hokejowym, nie obyło się bez kilku zdziwień.

      Na przykład, że na mecz zabiera się niemowlęta. A żeby mogły spokojnie przysypiać w trakcie meczu, zakłada się im wielkie słuchawki-ochraniacze na uszy.

      Kolejne zdziwienie uświadomili mi rodzice, kiedy wybraliśmy się wspólnie na mecz Canucks kontra drużyna z Colorado.

      Kiedy czekaliśmy na autobus na lodowisko, widzieliśmy sporo kibiców.

      Przed wejściami kłębił się tłum.

      Usiedliśmy na swoich miejscach, wokół ludzi nawet całkiem sporo, większość w niebieskich koszulkach. Będzie się działo!, pomyślałam.

      A tymczasem już chwilę po rozpoczęciu meczu, zaczęliśmy się zastanawiać, co tutaj tak cicho?

      Nie było komentatora, kibice dopingowali, a i owszem, ale jakoś tak łagodnie. Emocje wyważone. Iście kanadyjskie !

      Podczas przerw ludzie okupowali stoiska z jedzeniem, popcornem, gadżetami. Było gwarnie i wesoło.

      A na meczu spokojnie. Nie wiem, może tak się trzeba zachować podczas hokeja?

      Trochę to jednak stało w sprzeczności z hasłami zagrzewającymi do dopingu, typu Make some noise.

      Żeby nie było, że narzekam. Podobało nam się. Na pewno lepiej jest tak oglądać sport, niż przed telewizorem w domu. Co doświadczenie na żywo, to doświadczenie na żywo.  

      Zwłaszcza jeśli ceny biletów sezonowych zaczynają się od $55.

      Jeszcze w temacie szczegółów technicznych.

      My kupiliśmy bilety tutaj.

      Nie kupiliśmy ich bezpośrednio na stronie Vancouver Canucks, tylko “z drugiej reki” korzystając właśnie z tego serwisu. Te same miejsca kosztowały nas 30 CAD, gdy tymczasem na stronie drużyny były po ponad 50 CAD.

      Zapłaciliśmy kartą, potwierdzenie przyszło na mail, wydrukowaliśmy, pokazaliśmy pani przy wejściu i już. Szybko i sprawnie.

      Jestem hockey mom

      Określenie soccer mom oznacza mamę wożącą dzieci minivanem na zajęcia sportowe. A w Kanadzie zamiast soccer mom, jest hockey mom.

      Czyli mama sporą część swojego czasu poświeca na dowożenie dzieci na zajęcia na lodzie. A potem w zimych salach mota te łyżwy na nogach, kaski czyści, wielkie, ale to wielkie torby na hokejowe rzeczy nosi bez słowa skargi.

      Taka mama hokejowa ma zawsze coś do jedzenia po treningu, a w domu mrożoną pizzę lub szybki mac and cheese.

      No i jest po części lekarzem lub pielęgniarką, bo urazów na lodzie jest zawsze sporo, i trzeba opatrzeć, przytulić, pocieszyć.

      Wiadomo 😉

      Tyle o hokeju. Reszta to zdjęcia.

      o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_2
      Mecz hokejowy w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie i polskiej rodzinie w Vancouver
      o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_4

      A Wy lubicie hokeja? Byliście na meczu? Komu kibicujecie? Dajcie znać, czy pisać więcej o sportowej stronie Kanady

    • Rodzina do Kanady z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować, wypełnić eTA i ułatwić im przekroczenie granicy

      Rodzina do Kanady z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować, wypełnić eTA i ułatwić im przekroczenie granicy

      Nie wiem, jak u Ciebie, ale u nas przylot rodziny do Kanady i sławetna eTa to wielkie wydarzenie! Odwiedziny rodziny z Polski budzą w nas ogromną radość ale i stres! Przeczytaj, jak się przygotowaliśmy.

      Powiem tak – temat: rodzina z Polski przyjeżdża, to nie jest błaha sprawa i sama intuicja nie zawsze wystarczy.

      No bo jak to wygląda? Każdy mówi, że chciałby przyjechać, cię odwiedzić, ale jakoś zwykle tak wychodzi, że nie zawsze się da.

      Odległość (za duża), pieniądze (za mało), czas (nie ma), język (się nie zna).

      Albo z innej strony. Jakiś niewyjaśniony żal tu i tam, który nie pozwala wizytą się cieszyć.

      Ale jak rodzina z Polski już się zdecyduje przylecieć, to radość oczekiwania przeplata się ze zdenerwowaniem, jak tu zrobić, żeby wyszło.

      Wiem, co piszę. Dwa razy to przerabiałam. Nawet na grupie fejsbukowej szukałam inspiracji i pocieszenia, kiedy mnie panika dopadła.

      Teraz już wiem, że:

      Podstawą udanej wizyty jest jak zawsze plan. Nie musi być w Excelu, może być spisany na luźnej kartce.

      Tak, brzmi jak dodatkowa robota, a i bez tego jesteśmy w  ciągłym niedoczasie. Więc po co wyskakuję z tym planem?

      Po pierwszej wizycie rodziców [Mama i Tata J. pozdrawiamy], pozostało w nas wrażenie niedosytu i zbyt błahego przygotowania się do wizyty, a co za tym idzie, mniej świadomego przeżycia tejże.

      Może gdybyśmy więcej zaplanowali, radość z wizyty byłaby większa?

      Plan się przydaje. Sam zobacz.

      Kiedy nastąpi ten długo wyczekiwany przylot rodziny z Kanady, docenisz zalety dobrego planu. Będzie łatwiej, obiecuję!

      Plan pomaga pozbyć się wszystkich pomysłów z głowy

      • Spisujemy jak leci, co potrzeba przed wizytą załatwić, a co już podczas wizyty.
      • Odpowiednio wcześniej można zdecydować: gdzie kto będzie spał (u nas czy w hotelu), kto z gospodarzy bierze wolne z pracy i czy w ogóle (polecam zwłaszcza podczas pierwszej wizyty nie zostawiać rodziny samej sobie).
      • Warto też porozmawiać o kosztach wizyty, tak żeby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo.

      Spisując plan, można zobaczyć, ile Vancouver ma do zaoferowania.

      Atrakcje, wycieczki, miejsca warte odwiedzenia układam potem jak puzzle, żeby nie było za dużo jednego dnia.

      Grupuję wyjścia na takie, które można zrobić w deszczu, albo takie, które wymagają samochodu (bo w 2015 i 2016 musieliśmy na wizytę rodziny samochód wypożyczyć).

      Na podstawie planu ogólnego, warto przygotować plan dnia.

      Polecam zrobić albo dzień wcześniej, albo przy śniadaniu – od razu można skonsultować z rodziną, zobaczyć, jakie są nastroje i czy nie warto dzisiaj wyluzować.

      Plan pozwala przyjrzeć się na spokojnie, czy aby nie wpadliśmy w pułapkę wizyta rodziny=100% turystyka.

      Może się zdarzyć, że wizyta rodziny wygląda jak objazdówka z biura podróży, zorganizowana do ostatniej minuty, i w gruncie rzeczy mało osobista, za to bardzo męcząca.

      Nie idźcie tą drogą! Nie samym zwiedzaniem rodzina żyje, a na pierwszej wizycie  turystyka powinna moim zdaniem zająć nie więcej niż 60-70 % wspólnego czasu. Tak żeby starczyło jeszcze na zwyczajne bycie ze sobą.

      I to jest właśnie ten zasadniczy powód, dla którego rodzina z Polski przyjeżdża. Bo chcą być z Wami. A Wy chcecie być z nimi.

      Dzięki planowi panujemy nad czasem, ale jak tutaj zapanować nad emocjami?

      Psychologiczne przygotowanie się do wizyty streszczę banalnie: wyluzować.

      Wizyta teściowej czy mamy w Vancouver w gruncie rzeczy nie różni się od wizyty w Warszawie.

      Jeśli będzie powód do niesnasek, to położenie geograficzne jest tutaj jedynie katalizatorem.

      Oczywiście może tak być, że rodzina z Polski przyjeżdża i zupełnie nie rozumie emigracyjnej rzeczywistości wokół. Są niezadowoleni, rozczarowani i ciągle porównują, jak to tutaj jest źle, a tam lepiej.

      Albo porównują w drugą stronę, maskując słabo skrywaną zazdrością.

      Cóż, niewiele można poradzić, bo na pewno odległość  nie pomoże w wyprostowaniu takich emocji.

      Może w takim razie warto zaprosić tylko część rodziny, tę, o której wiecie, że się będzie lepiej czuła?

      Emocji będzie sporo, więc trzeba na nie znaleźć miejsce i czas.

      Mówiąc miejsce mam na myśli fizyczną przestrzeń. Po dwóch-trzech tygodniach nawet najbardziej kochające się osoby mogą mieć siebie dość.

      I co wtedy?

      Spacer! Niech goście pójdą na chwilkę na pobliski skwerek, sami. Albo niech wyjdą gospodarze.

      To jest zły pomysł, żeby podczas wizyty rodziny z Polski nie być ze sobą 24/7. Choćbyśmy nie wiem jak byli stęsknieni, trzeba mieć przestrzeń wokół siebie.

      I jeszcze o emocjach podczas wizyty.

      Przygotowując się na przyjazd rodziny myślałam, że będziemy prowadzić długaśne Polaków rozmowy do późna w nocy. Jakoś do głowy mi nie przyszło, że byłoby to trochę dziwne, skoro takich rozmów nie prowadziliśmy w Polsce.

      Nie wiem, może myślałam, że emigracja zmienia również i takie zachowanie?

      Okazało się, że czas na rozmowy znalazł się sam, niewymuszony, nienachalny, odpowiadający obu stronom.

      Nic nie było na siłę. Trzeba dać czasowi czas.  Nie spinać się i nie wymagać zbyt wiele.

      [Ale tego nauczyła mnie dopiero druga wizyta]

      I nie przejmować się, że rodzice jako główne danie z Vancouver poznali poutine. Cóż robić, dzieci niespecjalnie chciały pójść na sushi.

      Na koniec wskazówki praktyczne. To, co najważniejsze !

      Haha, od tego powinnam zacząć, bo eTa i przylot rodziny do Kanady to temat przewijający się w emailach od Was.

      Organizacja przylotu rodziny do Kanady spada najczęściej na osobę, która w tej Kanadzie już jest. Kiedy odwiedzają nas rodzice, przygotowujemy im wszystko, tak, żeby mieli jak najwięcej przygotowane.

      Wypełnienie formularza eTa i kupno biletów na przylot do Kanady to są wydarzenia często zbyt stresujące, żeby nimi rodziców obarczać.

      Co to jest ta eTa i jak ją wypełnić?

      Polacy nie potrzebują wiz, żeby wjechać do Kanady. To po części prawda. Nie potrzebują występować o wizę (a dokładniej promesę wizową) w ambasadzie, jak to jest w przypadku USA.

      Ale każda osoba przybywająca do Kanady samolotem, która nie jest stałym rezydentem lub obywatelem, musi mieć electronic travel authorization.

      Podanie wypełnia się:

      • osobno dla każdej osoby;
      • posiadając ważny paszport – eTa jest przyznawana na 5 lat lub do końca ważności paszportu (upewnij się, że te dane są aktualne);
      • podając adres email (może być ten sam dla wszystkich członków rodziny);
      • płacąc kartą kredytową (koszt: 7 CAD. UWAGA: są w sieci naciągacze, którzy zaoferują wypełnienie tego prostego wniosku za dużo więcej. Nie daj się nabrać!);
      • odpowiadając na różne, czasami szczegółowe pytania o poprzednie wizyty w Kanadzie (z datami), złożone wnioski o wizy (studenckie, pracownicze, etc.) i ich status (odmowa).
      • podając informacje o statusie osoby w Polsce (zawodowym)
      • potwierdzając, że mamy środki na utrzymanie się w Kanadzie.

      Po zapłaceniu i wypełnieniu wniosku, potwierdzenie powinno przyjść na email w ciągu paru chwil. Czasami zajmuje dłużej ( do kilku tygodni). Dlatego o eTę dla rodziny postaraj się zanim kupisz im bilet!

      Jeśli wciąż nie masz informacji, sprawdź folder Spam w swoim programie pocztowym. Jeśli wciąż nie masz emaila, skontaktuj się elektronicznie z kanadyjskim urzędem imigracyjnym.

      Pamiętaj, że eTA uprawnia jedynie do wpuszczenia na pokład samolotu lecącego do Kanady. Nie oznacza z automatu, że dziarski kuzyn zostanie wpuszczony na 6 miesięcy do Kanady (standardowy okres wizy turystycznej). Jeśli urzędnik będzie podejrzewał, że przylot rodziny do Kanady nie jest wyłącznie odwiedzinami (a zamiarem podjęcia nielegalnej pracy), może ich niestety zawrócić.

      Długość pobytu i to, czy w ogóle rodzina zostanie wpuszczona zależy od oficera imigracyjnego na lotnisku, więc rodzina musi się przygotować do szczerej rozmowy!

      Więcej o obowiązkowym elektronicznym zgłoszeniu swojego przylotu do Kanady przeczytacie na blogu Moniki

      Język angielski u rodziny przyjeżdżającej z Polski. Tak, to bywa problemem.

      Z dobrych rad (dzięki Ewa B.): warto przygotować dla rodziny mini słowniczek z podstawowymi zwrotami po angielsku, zwłaszcza z terenu lotniska: czyli np. gate = bramka do wejścia, departures = odloty, itd. Żeby rodzina czuła się w miarę komfortowo podczas rozmowy z celnikiem.

      A jak mają rodzice rozmawiać z celnikiem na granicy? Co mają powiedzieć?

      Jeśli znają angielski, to rozmowa powinna być krótka i bez ściemniania. Skoro przyjeżdżają w odwiedziny, to to właśnie trzeba powiedzieć.

      Jak padnie pytanie, z czego się rodzina utrzymuje w Polsce, trzeba mieć odpowiedź przygotowaną.

      Nie mówić, że jest się bezrobotnym (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć). Ogólnie nie mówić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, że się nie chce odwiedzać, tylko pracować w Kanadzie. Nielegalnie.

      Mówić mniej niż więcej.

      Jak do czegoś nieprzyjemnego dojdzie, nie awanturować się, tylko poprosić o pomoc.

      Kanadyjczycy są spokojni, krzykiem się nic nie wskóra (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć).  Tłumacz zwykle jest, a obywatele polscy mają zagwarantowaną pomoc konsula za granicą.

      Słówko o samolocie: ponieważ nie ma bezpośrednich lotów do Vancouver z Polski, pozostaje wybrać przesiadkę.

      Stanowczo odradzamy fundowanie rodzinie międzylądowania w Kanadzie, czy w Stanach. Chcecie wiedzieć dlaczego? Tutaj opisaliśmy swoje przeżycia z drugiego przylotu przez Toronto.

      Najlepiej wybrać lotnisko w takim z europejskich miast, gdzie rodzina się może dogadać lub gdzie mieszka ktoś, kto w razie czego mógłby pomóc na lotnisku.

      Warto przygotować dokument na wzór letter of invitation do pokazania celnikowi w Kanadzie.

      Nie jest to dokument wymagany ale bardzo ułatwia rodzinie niemówiącej po angielsku pokazanie celnikowi o co chodzi.

      Co my napisaliśmy na naszym zaproszeniu dla rodziny z Polski (kartka A4)?

      • List rozpoczęliśmy prośbą o pomoc podczas wjazdu do Kanady, ponieważ rodzice nie mówią po angielsku;
      • Imiona i nazwiska rodziców, daty urodzenia, numery paszportów, telefon i adres w Polsce;
      • Kim dla nas są, po co przyjeżdżają, jak długo zostaną (u nas po angielsku było o tym, że to są dziadkowie, którzy nie widzieli swoich wnuków od 6 miesięcy i przyjechali na ferie wiosenne, na trzy tygodnie);
      • Gdzie się zatrzymają i kto będzie za to płacił;
      • Nasze dane osobowe, gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy (dobrze jest podać telefon do pracodawcy, jakby celnik chciał potwierdzić) i jaki jest nasz obecny status w Kanadzie (czyli, że mamy prawo do stałego pobytu). Ksero naszych kart stałego pobytu (PR cards) rodzice dołączyli do listu;
      • Na końcu były nasze numery telefonów z informacją, że czekamy na lotnisku i jeśli celnik chce nas wezwać na rozmowę, to jesteśmy w pobliżu;
      • I podziękowanie za pomoc.

      I tyle. Nie było żadnych problemów na granicy. Celnik spojrzał na list, nie zadał żadnych pytań, wziął paszporty, oddał paszporty.

      To co teraz?

      Ciesz się wizytą!

    • Czy ty się uczysz czy ty się bawisz? Czyli organizacja dnia w szkole kanadyjskiej

      Rok szkolny powoli się kończy, wakacje tuż za rogiem.

      Jeszcze chwila, jeszcze dwie, i wszystkie dzieci staną na uroczystym apelu, podekscytowane zbliżającym się magicznym momentem rozdania świadectw (albo znudzone tym faktem, zależy od wieku ucznia).

      Wróć….. wszystkie polskie dzieci. Bo w naszej kanadyjskiej szkole apelu nie było na rozpoczęcie i nie będzie na zakończenie.

      W naszej kanadyjskiej szkole wiele zagadnień wygląda inaczej niż po polsku.

      Inne są :

      • apele (brak),
      • prace domowe (minimalny zakres),
      • sprawdziany (brak),
      • wywiadówki,
      • podręczniki i przybory szkolne (nie trzeba nosić ze sobą z domu do szkoły).

      Kilka informacji i luźnych myśli  znajdziecie w tym poście, pisanym na początku roku szkolnego 2015/2016.

      Zobacz, jak wygląda codzienny dzień ucznia zwykłej szkoły rejonowej w Vancouver. Spisuję to, co Krzyś mi opowiada, zaglądając przez ramię

      Zanim do szczegółów, kilka uwag. Podczas rozmów z rodzicami z innych prowincji, a nawet innych dzielnic w Vancouver, dowiaduję się, że w ich szkole wiele rzeczy wygląda inaczej niż w naszej. Pamiętaj o tym, czytając ten artykuł. I poszukaj jeszcze innych źródeł informacji o szkole, do której poślesz dziecko w Kanadzie.

      Każda szkoła kanadyjska ma większą autonomię, niż polskie podstawówki. Widać to zwłaszcza w kalendarzu dni szkolnych i wolnych, zwanych tutaj Curriculum Days oraz Pro D Days. Bywa, że różne szkoły podstawowe różnie ustalają sobie inne godziny rozpoczęcia i dni przeznaczone na kształcenie zawodowe nauczycieli.

      Ogólnie panuje spora dowolność, co z jednej strony jest dobre (większa elastyczność dla rodzica), a z drugiej strony mocno dezorientujące dla nieobytych z systemem kanadyjskim.

      Organizacja dnia w szkole kanadyjskiej.

      Nasza szkoła to zwykła rejonówka, dwie ulice od naszego domu. Dzięki temu, zdarza się, że Krzysiek idzie sam. [według prawa dzieci od lat 9 mogą przebywać na ulicy bez opieki dorosłych].

      Każdy tydzień rozpoczynają od wspólnego apelu całej szkoły (Monday assembly). Wszyscy śpiewają hymn kanadyjski, a dyrektor(ka) opowiada o bieżących sprawach, składa urodzinowe życzenia dzieciom, które mają to święto w nadchdzącym tygodniu (tak, tak) i pokazuje memy z kotami na youtubie.

      1. Opieka przed szkołą i po szkole

      Dzień się zaczyna o 9, kończy o 15. Codziennie tak samo.

      Jeśli rodzice pracują w innych godzinach, dzieci należy zapisać na zajęcia przed szkołą (7:30-8) i po szkole (15- 17:30). W samej szkole nie ma świetlicy, gdzie młodsze dzieci spędzają czas. Before school care i after school care organizowane są poza szkołą, komercyjnie, płatne w zależności od rodzaju zajęć czy typu klubu.

      Opiekunowie (często młodzi, często wolontariusze) przyprowadzają i odprowadzają dzieci, bo takie kluby czasami działają spory kawałek od szkoły (np. nasz klub jest oddalony o dwie przecznice od szkoły).

      Ceny opieki mogą się bardzo różnić, od 100 CAD za cały rok, do kilkuset dolarów za miesiąc. Trzeba zrobić wywiad, zanim podejmie się decyzje.

      2. Początek dnia czyli kto się spóźni, to do pani.

      No dobrze, niezależnie od tego, o której szkoła się zaczyna, dziecko powinno być na czas. Temat punktualności opiszę kiedyś osobno, bo Kanadyjczycy mają ciekawe i niejednoznaczne podejście do czasu.

      Często widzę niespiesznie idących rodziców z dziećmi, kiedy już dawno po dzwonku, z rozbrajającym uśmiechem co robić, przecież dzisiaj poniedziałek. Ale w naszej szkole, jak się spóźnisz, to idziesz do pani, i potem na raporcie semestralnym pojawia się info, ile razy byłeś spóźniony i nieobecny.

      W szkole Krzysia są dwie przerwy – pierwsza przerwa około 10:30, na drugie śniadanie i potem  przerwa na lunch około 12-13.

      Dzieci w tym czasie mogą jeść w stołówce (musi mocno, mocno padać) lub na dworze (opcja preferowana).

      Później bawią się na najbliższym placu zabaw, w parku. Teren naszej szkoły nie jest ogrodzony, ani zamknięty, dzieci mają dużo większą swobodę w bieganiu.

      → Krzysiek każe mi dopisać, ze w warszawskiej szkole w ogóle nie wychodzili na przerwy. To nie do końca prawda, ale skoro tak to pamięta, to oznacza, że czasu na świeżym powietrzu dzieciaki miały stanowczo za mało.

      3. Jak wyglądają zajęcia dzieci w klasie?

      W klasie każde dziecko zaczyna zwykle od czytania książek, po cichu, przy stolikach, kilka-kilkanaście minut, ot taka rozgrzewka intelektualna.

      Wybór książeczek dowolny, Krzysiek często przynosi swoją (bywa, że i polską). Lektur obowiązkowych, takich samych dla wszystkich, nie ma. Za to w każdym tygodniu trzeba przeczytać dany rodzaj książki (fiction book, graphic novel, picture book, etc.). Później dzieci dostają kartki i muszą napisać, o czym książki były. Każdy sobie sam wybiera książkę danego typu z biblioteki szkolnej. Obecnie czyta się gazetki.

      → Wyobrażasz to sobie? Gazetki takie mega kolorowe z kiosku ruchu przerabiane w polskiej szkole? To dopiero byłby widok.

      Po takiej wstępnej rozgrzewce czytaniem, wciąż nie ma typowych lekcji (czytaj: według polskiego standardu).

      Niektóre dzieci są zbierane w jedną grupę, żeby wspólnie czytać, ewentualnie, żeby skończyć zadania z wczoraj. Inne w tym czasie odrabiają matematykę.

      Dzieci nie mają takich samych podręczników, tylko skoroszyty, do których wpinane są zadania odpowiadające umiejętnościom dziecka. Nie ma czytania na głos przez jedno dziecko, kiedy reszta klasy śledzi w skupieniu słowa w czytance. Każdy pracuje po swojemu, nad swoimi materiałami, w swoim tempie.

      4. Plan lekcji ? Brak. Sprawdziany i dyktanda? Brak. To znaczy są, ale inne niż te, do których polska oświata nas przyzwyczaiła.

      Nie ma typowego tygodniowego planu lekcji. To znaczy jest napisane: poniedziałek: muzyka, środa: gym (w-f), czy piątek: biblioteka, ale nic poza tym. Zajęcia muzyczne to są nawet dwa razy: tańczą, grają na flecie (w poprzednim semestrze grali na ukulele). Plastyka nie ma swojego stałego czasu w planie zajęć.

      Organizuje się ją na zasadzie: jest potrzeba, jest działanie ( np. przygotowanie kartki na Dzień Matki ). Dzieci są zachęcane do rysowania również kiedy na dworze tak leje, że nikt nie ma serca kazać im wyjść na przerwę. Ale nie muszą wtedy rysować. Zamiast tego mogą oglądać rainy days’ films (czyli filmy na deszczowe dni), puszczane na korytarzu szkolnym.

      Nie ma sprawdzianów oprócz testu ze słówek (spelling test). Dwa razy był test z matematyki. Taki do zrobienia/odrobienia podczas zajęć, bez przygotowywania się. A test ze słówek ćwiczą w szkole przez cały tydzień poprzedzający piątkową kartkóweczkę.

      → Ciekawostka: nie wszystkie dzieci w klasie mają te same słówka do napisania podczas spelling test.

      Z cyklu ulubione: zajęcia sportowe – czyli gym – czyli wf.

      Dzieci się nie przebierają na w-f. Nie ma szatni dziewczyńskiej i chłopięcej.

      Jest wprawdzie sala gimnastyczna, ale jak tylko pogoda pozwoli, biegają na dworze.  Special helper, czyli na polskie dyżurny, sugeruje w jaką grę wszyscy się będą bawić. Ale nic nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza.

      5. Dzień szkolny kończy się czasem wolnym, czyli activity time.

      Dla Krzyśka oznacza to zabawę na dywanie z kolegami, klockami Lego. Klocki Lego to zresztą podstawowe wyposażenie jego plecaka. W zasadzie oprócz Lego, śniadaniówki, fletu (czasami) i dzienniczka ucznia (jak nie zapomni) nic więcej nie nosi.

      O 15:00 jest dzwonek. Część dzieci zabierana jest przez rodziców, inni od razu idą na plac zabaw przy szkole, żeby jeszcze tam chwilę się pobawić, a jeszcze inne dzieci zaprowadzane są w miejsca, gdzie mają opiekę po-szkolną.

      Dzień zajęć, organizacja szkolna wygląda inaczej niż w Polsce. Lepiej? Gorzej? Każdemu służy co innego, i ile rodziców, tyle zdań. Nasza kanadyjska szkoła nie jest tą, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, a uczniów wyłania się w drodze losowania. Ale jest blisko, wszyscy się znają, i to, co oferuje, wydaje się w tej chwili być dobrym dla Krzysia. Co będzie dalej? Będziemy się zastanawiać….

      No i co, chciałbyś chodzić do takiej szkoły? Albo posłać do niej dziecko?

    • Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

      Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

      W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

      W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

      Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

      Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

      Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

      I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

      Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

      Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

      Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

      Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
      Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
      Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
      Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
      Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

      My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

    • Polski silny, angielski stabilny – znowu o językach chłopaków na wiosnę 2016

      O językach chłopaków, czyli kolejny raport lingwistyczny dla wszystkich zainteresowanych

      Wierszyki przez Skypa poopowiadali, a kto nie słyszał, temu…. kiedyś nagramy 😉

      A tymczasem, jak to z językami wygląda.

      Maciek to żongler słówek i zdań, jakby się bawił językami

      Pytanie logopedyczne, czy to norma, że zamienia spółgłoski/dodaje dodatkowe w polskich wyrazach np zamiast lew, mówi wlew ? [Ciocia Dorota?]

      Po angielsku mówi niewyraźnie i ciszej, tak jakby niechętnie usta otwierał, w ogóle mam wrażenie, że nie chce mu się po angielsku mówić, coś tak bąknie pod nosem, coś wymruczy. To w stosunku do dorosłych, którzy do niego po angielsku zagajają. Ale, ale, w stosunku do tych, co po polsku go zaczepią (mniej ich jest), też nie jest jakoś specjalnie wylewny. Ogólnie z obcymi dorosłymi najchętniej by nie gadał. Inaczej rzecz ma się z dziećmi – tutaj nie ma znaczenia, czy po polsku, czy po angielsku, rozmowa się toczy, nawoływania i zapraszania.

      Ciekawostka patriotyczna : konsekwentnie każe sobie czytać książki po polsku, niezależnie czy oryginał jest angielski czy polski. W przypadku łatwych książeczek po angielsku nie ma większego problemu. Ale niech tylko Kuba inaczej przetłumaczy niż ja wcześnie, a będzie sprzeciw. Trochę upierdliwe to jest.

      Czasami da się przekonać, żeby książkę angielską po angielsku przeczytać (chodzi przede wszystkim o te encyklopedyczne książki o Lego, których Krzysiek ma sporo). To dość ciekawe, bo w stosunku do filmów kryterium języka nie gra żadnej roli.

      Poza tym bezbłędnie odróżnia wyrazy angielskie od polskich, i wie, do kogo, w jakim języku powiedzieć. Mocniejszy jest w polskim.

      U Krzyśka nie ma większych zmian, angielski i polski w użyciu naprzemiennie, bez mieszania.

      Niewątpliwie Krzysiek czuje się najmocniejszy z angielskiego z całej rodziny i śmiało krytykuje naszą wymowę. I bardzo nas to cieszy, niech się czuje super pewnie w angielskim. Polski mówiony i pisany jak dla mnie jest na poziomie polskiego chłopca mieszkającego na stałe w Polsce.  Także ortografia jest w normie. Przekonamy się podczas lipcowego egzaminu w Polsce.

      Ostatnio dwujęzyczność i jej zalety wypłynęły nam w luźnej rozmowie o bogactwie. Krzysiowi się oczy zaświeciły, kiedy zrozumiał, że dzięki znajomości angielskiego łatwiej otrzyma wymarzoną pracę [aktualnie: konstruktor klocków Lego] i będzie mógł poprosić o taką pensję, która wystarczy na kupno Lego Millennium Falcon. No co, dzieciom potrzeba argumentów dostosowanych do wieku 😉

      A dalej o tym, jak sobie razem gaworzymy. Niekoniecznie o bogactwie.

      Moja strategia na rozmowy z nimi: w towarzystwie mieszanym językowo, prawie zawsze mówię do nich po angielsku, a potem powtarzam to samo po polsku.

      Niezależnie czy są to znajomi, czy zupełnie obcy nam ludzie, których więcej nie spotkamy.  Jeśli nie są to Polacy, mówię po angielsku, a potem po polsku, rzadziej odwrotnie.

      Np. w windzie, kiedy jedzie ktoś inny jeszcze, mówię do Krzyśka: please press the P3 button, a za chwilę: wciśnij P3 proszę.  Albo tłumaczę im, kiedy koniecznie coś potrzebują ode mnie, a ja z kimś rozmawiam: please wait, I am talking to this lady, a potem: poczekaj proszę, teraz rozmawiam z tą panią, zaraz mi powiesz, o co chodzi.

      Nie mówię obcym, że teraz będę mówić do dzieci po polsku, że jesteśmy z Polski. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie zapytał, co też ja mówię po polsku do nich, więc zakładam (może błędnie), że ta osoba czuje, że mówię to samo po angielsku i po polsku.

      Wiem, że rodzice mieszkający zagranicą mają kilka strategii na swoje rozmowy z dziećmi. Jedni mówią tylko po polsku, inni z kolei, żeby nie mieszać, rozmawiają po angielsku. Jestem zdania, że każda rodzina wie najlepiej, co u nich się sprawdza i mądre głowy mogą jedynie sugerować recepty pomocnicze, a nie 100% rozwiązania.

      Ja mówię tak, żeby pokazać chłopakom, że żyjemy w rzeczywistości dwujęzycznej, polsko-angielskiej, takiej, gdzie oba te języki mają tak samo ważny status i używane są w zależności od wymagań sytuacji. Zaczynam od angielskiego z szacunku do osoby, która z nami przebywa. Dlaczego tak zaczęłam robić? Nie wiem, samo wyszło, wydawało mi się najwłaściwsze. Czy skuteczne i nieprzeszkadzające w rozwoju polskiego/angielskiego? To się okaże.

      Ufam w ich rozsądek i na bieżąco przyglądam się temu, jak sobie z językową rzeczywistością dają radę. Zachęcam, żeby sami odpowiedzieli na postawione przez obcych pytania, jeśli widzę, że Maciek nie rozumie, to powtarzam pytanie.

      Zdarzyło się, że na pytanie What’s your name? padła odpowiedź Four [ i nie, Maciek nie czytał “Divergent” ;)].

      Sami się uczą swojego small talku.

    • Ekspata w Kanadzie po miesiącu miodowym. Czyli czy żałujemy wyjazdu?

      Ale o co chodzi? Ale, że co? Jaki miesiąc miodowy, jakie żałowanie? Zaraz się wszystko wyjaśni.

      To jest tak. Minęło 20 miesięcy na emigracji. Szmat czasu albo zaledwie kilkanaście miesięcy.

      Kiedyś już pisałam o 5 rzeczach, których dowiedziałam o sobie i naszej rodzinie po roku w Kanadzie. A że jestem dusza sentymentalna do tematu rozterek na obczyźnie wracam, podsumowania lubię i robię, więc o tym będzie ten post.

      Kim my jesteśmy, jacy jesteśmy mieszkając od ponad półtora roku zagranicą?

      Jak my myślimy o sobie w Kanadzie? Polska rodzina myślimy najpierw, jakoś ten przymiotnik polska jest nie do przeskoczenia, chociaż oczywiście w Polsce do głowy by nam nie przyszło się tak definiować. Zatem jesteśmy Polakami w Vancouver.

      Czy jesteśmy imigrantami? A może emigrantami? Imigrant dokądś przyjeżdża, a emigrant skądś wyjeżdża. Czyli jesteśmy i jednym i drugim, zależy jak spojrzeć. Czy bardziej definiujemy się jako ci, którzy przyjechali do Kanady, czy jako ci, co wyjechali z Polski ? Określenie emigrant kojarzy mi się z przymusowym opuszczeniem Polski, trochę ucieczką przed, dajmy na to, rządem nie-po-naszej myśli czy kryzysem ekonomicznym. Emigrantami byli opuszczający Polskę w stanie wojennym i ci, którzy wyjechali w 2004 r., kiedy Polska weszła do UE. Czy to my? Wyjechaliśmy do pracy, ale nie za pracą. Czujecie różnicę?

      A imigrant, no cóż, imigrantami nie nazwiemy się także, zwłaszcza w świetle tego, co się dzieje w Europie.To pojęcie nijak nie pasuje do naszej sytuacji.

      I jeszcze na dodatek imigrant/emigrant na ogół decyduje się na pobyt stały w tym innym od swojego kraju. Czyli wciąż nie o nas, bo starania o permanent residence nadal pozostają w naszej sferze rozważań.

      Słowem, nie wygląda na to, żebyśmy  się w którąś z tych kategorii wpisywali.

      Zatem kim jesteśmy? Jak się określić po tych 20 miesiącach?

      Jesteśmy ekspatami

      Według Oxford Dictonary jesteśmy ekspatami, ponieważ mieszkamy poza krajem naszego pochodzenia. Słownik Języka Polskiego doprecyzowuje tę definicję pisząc, że ekspaci to osoby wysoce wyspecjalizowane, które wyjechały do pracy poza krajem swojego pochodzenia. Jakby nie patrzeć 1/2 naszego małżeństwa się w tę definicję wpisuje, a druga połowa stara się nie przeszkadzać 😀

      Ok, czyli udało się nam mniej więcej zaszufladkować, kim jesteśmy. W sensie zawodowym przynajmniej.

      Ale skąd ten miesiąc miodowy w tytule?

      Jak to w każdej relacji, mamy z naszym nowym krajem dobre i złe dni.  Miesiąc miodowy mamy już za sobą. Tym terminem określa się początkowy etap emigracji, trwający zwykle od około 2 do 4 tygodni. I jak to podczas miesiąca miodowego, miłość do nowego kraju była ślepa, albo przynajmniej niedowidząca. Wszystko dookoła takie nowe i ekscytujące. Inne niż w Polsce [czytaj:lepsze]. Cieszyliśmy się tym czasem.

      A potem przyszły święta, czyli tradycyjny okres, kiedy ludzie gromadzą się wokół siebie. W Polsce w takich momentach było zawsze sporo bliskich. Święta z dala od rodziny rozkładają nawet najbardziej zahartowanych na łopatki. To wtedy najmocniej tęsknimy za Polską i Polakami. Naszymi ludźmi w naszych miejscach.

      W  święta rozkrok na emocjonalnym rozdrożu to prawie szpagat. Tam nas już nie ma, a tutaj jeszcze nie zaczęliśmy na prawdę być…..

      I wtedy jest trochę jak w słowach Stasiuka o Polsce:

      Wiemy, że wie­dzie nas ku zgu­bie, ale nie chcemy jej porzu­cić ani zdra­dzić. Nawet jak w końcu znaj­du­jemy jakąś porządną żonę, to i tak ją potem śnimy po nocach. W Anglii, w Ame­ryce. Nawet na Księ­życu urządza­li­by­śmy sobie Wigi­lię i Zaduszki.

      Lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Co czujemy?

      Pewnie gdybyśmy wtedy wiedzieli o mechanizmach emigracji, jej naturalnych fazach, bylibyśmy lepiej przygotowani emocjonalnie na to, jak będziemy się czuć. Jakie uczucia będą nam towarzyszyły dzień po dniu.

      My mieliśmy problem z rozeznaniem się we własnych myślach, a tu trzeba pomóc synom zrozumieć i oswoić ich przeżycia. W dwójnasób ciężej na duszy, kiedy jest się odpowiedzialnym za więcej niż swoje dobre życie.

      Teraz dużo łatwiej jest przyjmować codzienność innego kraju na klatę. Bywa, że mocno rozczarowuje i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni. Wkurza wiele rzeczy, ale to temat na osobny wpis i listę zarzutów.

      Czy po 20 miesiącach żałujemy? Nie!

      Nawet po 5 latach nie żałujemy!

      A Ty z której strony jesteś? Chcesz wyjechać czy myślisz o powrocie?

    • Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

      Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej.

      Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

      Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

      Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy. (Edit z roku 2019: jesteśmy w trakcie aplikowania o kanadyjskie obywatelstwo, więc jestem pewna, że moje rady przydają się nie tylko przy wyjeździe tymczasowym)

      Mam nadzieję, że może coś przyda się i tobie

      O czym ten post NIE jest?


      Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, jedna, zasadnicza, najważniejsza uwaga:

      Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

      Właściwie nie ma co tego komentować.

      Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

      W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji 😉]. Działa to na naszą korzyść.

      Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba).

      Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

      Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.


      A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

      1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

      W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi.

      W takim miejscu pokierują na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

      Wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni.

      Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

      Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

      To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

      Co prowadzi do następnego zadania :

      2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

      Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań.

      Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego.

      Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver.

      Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa.

      Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

      Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

      Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

      I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

      Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

      Ponieważ my byliśmy świeżakami na rynku wynajmu kanadyjskiego, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki, Matylda!) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

      Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

      więcej wpisów o mieszkaniu w Vancouver? proszę bardzo

      Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

      3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

      Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

      Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe.

      Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

      Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać.

      Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

      Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

      • karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
      • świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
      • nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych). Przyda się do prawa jazdy.

      Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

      • nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
      • akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
      • prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
      • wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

      W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy.

      Tego nie da się w Kanadzie kupić.

      Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby. W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

      Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

      • upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

      4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

      Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

      Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie.

      No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. 

      Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką.

      UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

      Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

      5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

      Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy.

      Ale jeśli nie są super hiper cenne, to należy sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

      Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

      Co było w naszych walizkach?

      • Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
      • Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
      • Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
      • Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
      • Soczewki kontaktowe.
      • Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
      • Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
      • Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

      Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

      Kabanosów nie braliśmy 😉

      Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


      Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

    • Hello everybody czyli Maciek idzie do preschool. Jak wygląda kanadyjskie przedszkole ?

      Napiszę tak. Najpiękniejsze chwile w życiu na emigracji są wtedy, kiedy czuję, że to jest moje miejsce i mój czas. Nasze miejsce i nasz czas. Taki nagły, ulotny moment, coś jak dreszcz na plecach, czy nagła łza w oku. Wiecie, o co mi chodzi, prawda? [bo coś się wysłowić nie mogę].

      Poczułam coś takiego, kiedy to usłyszałam z ust Maćka owe: Hello everybody wypowiedziane ze odwagą i uśmiechem w stronę nowych kolegów przedszkolnych, w nowym preschool.

      Nasz mały Maciek, spłoszony i nieśmiały podczas emigracyjnych początków, teraz z rozmachem i angielskim na ustach otwiera drzwi nowym wyzwaniom. Ani łezki nie uronił, nawet się nie zawahał. Trochę mniej chętnie poszedł do preschool w następnym tygodniu, ale mam nadzieję, że to chwilowy spadek formy 🙂

      Dorósł, dojrzał, zakanadyjczykował się. W sumie wiedziałam i widziałam takie zachowanie już u niego wcześniej, ale zawsze jestem poruszona, kiedy widzę, jak chłopaki sobie dobrze radzą z kanadyjską rzeczywistością. Jakaś część mnie wtedy oddycha z ulgą, że emigracja ich nie zepsuła……

      Ad rem.

      To jakie jest to preschool? I co to w ogóle preschool? Zaraz, zaraz, a to Maciek nie był w daycare?

      Obiecuję, że napiszę taki zbiorczy poradnikowy post o formach opieki nad małymi dziećmi w Vancouver, bo widzę z maili, że jesteście chętni na takie informacje.

      A na razie będzie o preschool naszym.

      Preschool, jak nazwa wskazuje, to przed-szkole. Ale do przedszkola w polskim rozumieniu tego słowa niezbyt podobne.

      Żeby było jasne, co ja rozumiem jako polskie przedszkole. Uogólnimy sobie trochę.

      Takie polskie przedszkole to placówka, państwowa lub prywatna, gdzie dzieci w wieku od lat 3 do lat 5-6 mogą przebywać bez rodziców, w grupach rówieśniczych, przez cały dzień. Rodzic jest wtedy w pracy. Dziecko się bawi, uczy, je i śpi w przedszkolu. To tak z grubsza.

      A kanadyjskie przedszkole wygląda trochę inaczej.

      Nie ma obowiązku posyłania dziecka do przedszkola. I nie każde dziecko ma miejsce w przedszkolu zagwarantowane (w Polsce jest tak, nawet jeśli tylko w deklaracjach kuratorium)

      Nasze preschool znajduje się przy budynku szkoły podstawowej, w pięknym parku.

      Przyprowadzam tam Maćka dwa razy w tygodniu na dwugodzinne zajęcia popołudniowe, na których go zostawiam. Podczas tych zajęć bawi się, uczy, czyta książeczki, rysuje, śpiewa i inne rzeczy też robi.

      Takie zajęcia byłyby w polskim przedszkolu gdzieś po 10 rano, po swobodnej zabawie dzieci, a przed zupką, ewentualnie po południu, zanim się dzieci do domu rozejdą. 

      W takiej formie realizowane jest kanadyjskie curriculum, czyli na polskie: podstawa programowa wychowania przedszkolnego.

      Preschool ma różne programy, można wybierać np. pomiędzy zajęciami w przedszkolu leśnym, albo według Montessori, albo prowadzonymi po francusku. Rodzic decyduje.

      Na stronie kuratorium piszą, żeby przy wyborze preschool kierować się odległością od domu, godzinami zajęć, ceną, no ale przede wszystkim określić, jak chcemy, żeby nasze dziecko było wychowywane i uczone.

      W kanadyjskim preschool w Vancouver nie ma leżakowania, w większości nie ma też gotowanych posiłków. Preschool nie prowadzi całodniowej opieki nad dzieckiem, ma za to do zaoferowania różnej długości zajęcia, w różnych dniach tygodnia, z których, na upartego, dałoby się sklecić cały dzień, z przerwą na lunch.

      Do daycare chodził Maciek, kiedy pracowałam na cały etat. Teraz, kiedy moja sytuacja zawodowa wygląda inaczej, wolimy, żeby chodził tylko na określone zajęcia i godziny. 

      Rodzice decydują się na preschool również dlatego, że jest ono tańsze niż całodniowy daycare. My za nasze zajęcia na miesiąc płacimy 140 CAD, dla porównania nasze daycare kosztowało około 800 CAD.

      Nasze preschool uczy dzieci, jak będzie wyglądała szkoła, bo zajęcia są bardzo podobne do tych ze szkolnej zerówki. Dzieci uczą się samoobsługi w grupie, poznają literki, cyferki, i inne takie. Wspólnie jedzą przekąski (snack) przyniesione w małym plecaku z domu. Preschool pracuje tak jak szkoła, czyli jest zamknięte w wakacje i dni kształcenia zawodowego (przynajmniej raz w miesiącu). Zapisy prowadzone są na rok szkolny.

      W odróżnieniu od daycare, grupy w preschool są bardziej jednorodne wiekowo, co ma, jak wiadomo, swoje plusy i minusy. Bardzo nam się podobało, że w daycare Maciek miał starszych kolegów, to bardzo mu pomogło w początkach emigracyjnych (znalazł sobie takiego “starszego brata”, na wzór Krzyśka).

      Ale teraz, po 18 miesiącach, widzę, że Maćka najbardziej cieszy przebywanie z dziećmi w tym samym wieku, chociażby dlatego, że podobnie rozmawiają i siebie rozumieją. Podobnie rysują. I nie ma argumentu: weź mu ustąp, bo młodszy, weź zachowuj się, bo jesteś starszy

      Po pierwszym dniu w preschool koledzy Maćka znają jego imię, a on zna ich.  Jest podekscytowany i szczęśliwy, kiedy idziemy do preschool.

      Do daycare był przyzwyczajony, lubił je, ale entuzjazmu nadmiernego nie wykazywał. Pewnie ze względu na ilość czasu, jaką tam spędzał. W preschool jest krócej, więc bardziej mu się podoba. Upewnia się jak zawsze, czy to tam, gdzie go zostawię na zajęcia i po chwili wrócę po niego.

      Jest dobrze.

      Serdeczności!


    • Podsumowanie naszego pierwszego kanadyjskiego sezonu narciarskiego w 10 punktach

      Ten wpis to podsumowanie naszego pierwszego , rodzinnego sezonu narciarskiego. Co tu kryć. Oszaleliśmy i już na zawsze Kanada będzie nam się kojarzyła z nartami!

      Poniżej znajdziesz 10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

      1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
      2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
      3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
      4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
      5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
      6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
      7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
      8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
      9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
      10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

      I jeszcze kilka podstawowych informacji dla planujących narciarskie wycieczki z dziećmi w okolicach Vancouver:

      Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek.

      Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę).

      Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie).

       Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych.

      Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

      Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

      Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

      Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

      Kanadasienada_narty
      Kanadasienada_narty
      Kanadasienada_narty
      Kanadasienada_narty

      A Wy jeździcie w Vancouver na nartach?