Tag: początki emigracji

  • Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

    Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach bycia pracownikiem lokalnej agencji pracy, ówczesna firma (Accenture Canada) zatrudniła mnie na stałe. Do tego czasu szukanie pracy w Vancouver to było moje zajęcie dodatkowe, obok opiekowania się młodszym synem.

    Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

    Od tego czasu sporo się w moim życiu zmieniło – przeczytaj te dwa posty o tym, jak później wyglądało moje szukanie pracy w Vancouver

    Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

    Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) najłatwiej jest znaleźć pracę w Vancouver. Zresztą nie tylko w Vancouver – w całej Kanadzie brakuje programistów.

    Czasami wystarczy krótka rozmowa przez skype z pracodawcą kanadyjskim albo przez telefon jeszcze z Polski. Negocjujesz, podpisujesz i już możesz lecieć do Vancouver

    Większość formalności ( o ile nie wszystko) za Ciebie radośnie załatwia firma.

    Co się dzieje, jeśli to kanadyjska firma zaprasza Cię do pracy?

    Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LMIA.

    To rodzaj oświadczenia dla kanadyjskiego urzędu imigracyjnego, że pracodawca szukał na miejscu, ale nie było Kanadyjczyków (stałych rezydentów i obywateli) którzy się nadają do pracy.

    Firma gotowa jest zapłacić 1000 CAD, żeby wolno jej było pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej. Musi też umieścić ogłoszenie o pracy na stronie rządowej (jobbank).

    Do 2016 LMIA było szybkim sposobem na uzyskanie przewagi punktowej w systemie Express Entry (który to system z kolei pozwalał na otrzymanie wizy stałego pobytu). Obecnie ten proces może zająć kilka miesięcy.

    Kiedy my aplikowaliśmy, LMIA funkcjonowało pod inną nazwą: LMO (Labour Market Opinion).

    Po otrzymaniu listu potwierdzającego LMIA można pakować walizki.

    Samo pozwolenie na pracę (inaczej wizę pracowniczą) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

    Wszystko działa fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LMIAod początku.

    Często zdarza się, że pracodawcy owszem pomogą w zobyciu LMIA, ale całość papierów musisz ogranąć sam.

    Nie zawsze też potrzebujesz LMIA – zawsze sprawdzaj na stronie rządowej obecne wymagania.

    No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi.

    Czy małżonek (partner) osoby zaproszonej do Kanady, też ma pozolenie o pracę? Jak wygląda szukanie pracy w Vancouver w takim przypadku?

    Mowa jest oczywiście o mnie, bo dokument LMIA był wystawiony na Kubę, który jest programistą.

    Podczas rozmowy z przyszłą firmą, Kuba zaznaczył, że pozwolenie o pracę dla mnie jest warunkiem zawarcia umowy.

    Kanadyjski pracodawca przy okazji LMIA wystąpił też o open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy) dla mnie. Nasze dzieci dostały pozwolenie na naukę (work permit). Taki komplet dokumentów to zwykle standard w większych firmach, zwłaszcza technologicznych. Ale jeśli pracodawca stara się o LMIA dla Ciebie, a Ty masz rodzinę, upewnij się, czy i z tymi dokumentami Ci pomoże.

    Jakie miałam szanse na znalezienie pracy?

    Mój zawód wyuczony jest mocno nieprzydatny w Kanadzie. W Polsce studiowałam hungarystykę i finanse z rachunkowością. Moje doświadczenie zawodowe to kilka lat w korporacji, gdzie pracowałam z klientami z Węgier i Niemiec.

    Oczywiście w każdym amerykańskim mieście zawsze jest szansa na pracę w McDonalds czy Starbucks.

    Tylko, że ja tak pracowałam, kiedy byłam na studiach. Po studiach i mając już to doświadczenie z Polski, chciałam pracować nieco “amibitniej”.

    Szukanie porządnej pracy w Vancouver nie jest łatwe ani szybkie.

    Ale coś robić trzeba!

    Tak, sprzedawanie kanapek też. To się tutaj nazywa surviving job. Taka praca, byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się gdzieś zaczepić.

    Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

    Bibliotekę kocham miłością wielką. Znajdziesz tu:

    • darmowe kursy,
    • ocena CV i listu motywacyjnego,
    • warsztaty kariery.
    • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej.)

    Spotkania i warsztaty odbywają się w każdej bibliotece , a w Centralnej to nawet cyklicznie. W bibliotekach są warsztaty, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

    Wejdź do biblioteki najbliżej Twojego mieszkania w Vancouver i zapytaj, co możesz zrobić, żeby skorzystać z pomocy w szukaniu pracy w Vancouver.

    Wolisz, żeby szukanie pracy w Vancouver wspomógł Urząd Pracy?

    Jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych.

    Tylko nie oczekuj po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy.

    To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy.

    Wszystko oczywiście bezpłatne. Ale sprawdź, czy Twój status emigracyjny (rodzaj wizy) pozwala na skorzystanie z wszystkich opcji. Może będziesz mógł skorzystać z drukarki, ale na osobiste warsztaty ze specjalistą już się nie załapiesz.

    Szukanie pracy w Vancouver trwa, a ja jej ciągle nie mam.

    Popijam kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności???

    Tak trudno jet znaleźć pracę? I to zagranicą? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

    Emigrant z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

    A ludzie z Europy Zachodniej, myślisz, że ich tutaj nie ma?

    Błąd! Jest też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

    Co przydaje się w szukaniu pracy – najważniejszy jest networking

    Networking czyli budowanie sieci kontaktów, wymiany informacji. Przybiera różne formy i czym by nie był, zawsze się przydaje.

    To może być:

    • ściana płaczu z ogłoszeniami gdzieś w polskim sklepie/kościele,
    • znajomi zaczepieni na ulicy,
    • czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

    Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

    Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

    Czym zajmuję się w Vancouver w 2015 roku?

    To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

    Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

    Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą.

    Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem.

    Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych, na przykład płatnego urlopu.

    Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

    Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami.

    Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

    Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂

    Powodzenia!

    A jeśli chcesz wiedzieć więcej, przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

    1. Praca – poradnik
    2. Napisz CV czyli resume
    3. Słowo o agencji zatrudnienia
    4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
    5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
    6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  • Dragi i jak wygląda walk-in clinic czyli kanadyjska przychodnia

    Akcja odświeżania bloga 2017 i łączenia treści. Żeby było łatwiej czytać. Połączone dwa posty: o przychodni rejonowej Raven Song Health  Community Center oraz o przychodni typu walk-in. I trochę o aptece.

    Do odwiedzenia pielęgniarki szykowałam się od początku pobytu.

    Bardziej, żeby się zorientować, o co chodzi, niż z rzeczywistej potrzeby.

    Przychodnia społeczna, czyli Raven Song community health centre, jest na szczęście blisko naszego mieszkania. Spacerkiem 5 minut.

    Pierwsze wrażenie było miłe, bo zadzwoniła do nas pielęgniarka, wypytywała o sporo rzeczy przez telefon, umówiła nam wizytę. Na miejscu też wszyscy bardzo mili i pomocni, kolejek dużych nie ma, choć widać że to przychodnia dla tych z mniej zasobnym portfelem.  Sam budynek, jego wyposażenie, no cóż pamięta pewnie lepsze czasy, powiem szczerze, że lekko się zdziwiłam, kiedy Maćka zmierzono na korytarzu, bo tam ustawiono te przyrządy, a nie w gabinecie. Dobra, wiem, że nie należy sądzić po pozorach, po prostu mi się zatęskniło za kolorową poczekalnią prywatnych Luxmedów i innych Medicaverów, gdzie był ful zabawek, a komputer doktora nie wyglądał jak z epoki kamienia łupanego. Tak to tylko piszę, żeby Wam dać jako taki obraz 🙂

    Ciekawostka – tutaj zwracają pacjentom opłatę parkingową, ha!

    Z kolei po porównaniu kalendarzy szczepień wyszło, że wszystkie szczepionki, które w Polsce są dodatkowe (i mocno bijące po kieszeni, kto szczepił, ten wie), no więc te wszystkie szczepienia są tutaj opłacone przez Medical Service Plan, czyli tym ubezpieczeniem medycznym, który jest podstawowy i my go mamy 🙂

    Maćka czeka szczepienie przeciwko menigokokom, którego w Polsce nie robiliśmy (koszt chyba z 1000 pln). Poza tym waży w normie, wysoki jest z lekka poniżej średniej. Idziemy na wizytę za tydzień.

    Możemy się też bezpłatnie zaszczepić na grypę – co tydzień jest tzw. Tuesday Flu Clinic, gdzie przychodzisz z ulicy i możesz się zaszczepić. Zaszczepić się też możesz w wielu tzw. supermarketach aptecznych (drug store, ja to nazywam supermarket apteczny, bo jest skrzyżowaniem Żabki, Rossmana i apteki, oraz w przypadku sklepu najbliżej nas, również poczty!). Szczepienia oferowane są także w community centre, wszystko, żeby ludziom życie ułatwić i zapobiec rozprzestrzenianiu się paskudztwa.

    Dla przypomnienia nasza sytuacja ze służbą zdrowia wyglądała tak – dzieci były zapisane do państwowej przychodni na ul. Płockiej w Warszawie, do pediatry. Maciek został dopisany do pacjentów tylko dlatego, że od 2007 Krzysiek był pacjentem doktora Łodygi, bo tak to lista była pełna.W sumie ok, lekarz sensowny, przychodnia blisko, tłumnie, numerki na godziny wydawane z rana, najlepiej się osobiście rejestrować. Powiedziałabym, standard.

    Oprócz tego korzystaliśmy z abonamentów firmowych najpierw w Luxmedzie (lepiej), potem w Medicoverze (gorzej) – dało radę,szczególnie ze specjalistami, chociaż czasami terminy takie że zapomnij. Standard.

    Więc nasze pierwsze zderzenie ze standardem w Vancouver wygląda tak, że po dwóch miesiącach dostaliśmy karty zdrowia i możemy się leczyć niejako państwowo.

    Do tej pory mieliśmy ubezpieczenie wykupione w Polsce, turystyczne, ale najbardziej rozszerzone (chyba ze 3 000 zł nas kosztowało), ale to konieczność,

    bo jak nie masz kanadyjskiego ubezpieczenia zdrowotnego, to nie ma bata, w razie choroby bankrutujesz, płacąc za wszystko z własnej kieszeni. Zdrowie w Kanadzie kosztuje.

    serio
    Podobno są nawet negocjatorzy, którzy w razie takich sytuacji negocjują spłatę świadczenia medycznego (sic!) pomiędzy nieszczęśnikiem a szpitalem.

    Ubezpieczenie to MUS.

    Do nas przyszły eleganckie karty BC Health Cards i teraz szukam dla nas lekarza rodzinnego, czyli takiego, który będzie dla całej rodziny pierwszym kontaktem.

    Nie ma podziału na to, czy to pediatra, czy też internista dla dorosłych; przynajmniej tak mi się wydaje……

    Korzystam z takiej strony szukając lekarza, którzy przyjmują nowych pacjentów. Jak znajdę, to nas zapiszę.

    Oprócz tego są jeszcze tzw. walk in clinic, czyli przychodnie, gdzie możesz skorzystać z porady lekarza na miejscu, nawet jak nie jesteś do niego przypisanym pacjentem.

    Trudno jest zapisać się do lekarza rodzinnego. Kiedy jesteś “na chwilę” w Vancouver, pozostaje kanadyjska przychodnia dostępna dla wszystkich, na zasadzie, kto pierwszy, ten krócej czeka.

    Postanowiłam korzystać z faktu, ze mam elastyczny czas pracy (hęhę) i mimo długiego oczekiwania wybrać się na wizytę do walk-in clinic, czyli przychodni, gdzie nie trzeba się wcześniej umawiać na wizyty.

    Poszłam do tej, kilka osób mi o niej mówiło, trzeba było spróbować. Weszłam, przedstawiłam się, pani wzięła moją kartę BC Health Card, przejechała tą kartą w czytniku i mówi, że niestety czas oczekiwania na wizytę to prawie dwie godziny i żebym sobie poszła gdzieś coś pozałatwiać albo na kawę i wróciła. No ale dobra, na kawę się nie wybieram, postanowiłam zostać i poobserwować.

    Pierwsza obserwacja – lekarze nie noszą fartuchów, przynajmniej nie wszyscy, druga obserwacja – lekarze cały czas są w ruchu, serio, przemieszczają się wszyscy, a nie że tylko recepcjonistka lata.

    Jakieś to inne od polskich przychodni, gdzie z reguły jak się ktoś biega, to to na bank pacjent, poddenerwowany, że no co kurcze blade, co tak długo.

    Czekam i czekam, standardowy czas wizyty to około 10-15 min, choć widziałam jak mały chłopiec co się ojcu lał przez ręce, chyba z 40 minut był badany, a na końcu przyjechała po niego karetka 🙁

    No ale dobra, wchodzę i ja, 2 godziny odczekałam, mówię co i jak, doktórka o azjatyckich rysach zadaje pytanie, czy mam rozszerzony plan medyczny, żebym mogła pójść na masaż, bo to zwichnięcie ramienia, noż jasna cholera! Nie wiem, czy mam, więc na wszelki wypadek mówię, że nie mam. Muszę sprawdzić. Receptę dostaję, wychodzę po 15 minutach. Źle nie było, ale się naczekałam. Może trzeba było jednak pójść na tę kawę.

    Potem apteka.

    Są albo takie osobne apteki (koło nas jakaś taka niepozorna, chybaby się bała do niej wejść), albo kombajny apteczne, czyli np. Shoppers Drug Mart, apteko-drogerio-spożywczak w pobliżu. Idę i mówię, że ja pierwszy raz, i żeby mi wytłumaczyli co mam robić, bo mam tylko tę kartkę A4 z wypisanymi lekarstwami. No to się mnie pytają czy mam rozszerzone ubezpieczenie, sic, no widzicie sami, wszędzie to samo! Ale tutaj już jestem mądrzejsza i szybko wyciągam coś, co mi kiedyś Kuba dał, kartę znaczy się jakąś na której jest napisane insurance. Widzę błysk zadowolenia w oczach farmaceutki, znaczy się jest dobrze, trafiłam z tą kartą. Mogę albo poczekać na leki 20 minut (o nienienie), albo przyjść później. No to przyszłam później, leki w pełni spersonalizowane i po obniżce (część pewnie pokryło mi to ubezpieczenie, co to nie wiem, czy je mam, a jak je mam, to od czego).

    Łykam dragi i się leczę, proszę się nie martwić 🙂

  • My zdies emigranty czyli nasz status Emigracyjny po trzech miesiącach w Vancouver

    Dzisiaj opowiadam, kim byliśmy w Vancouver w 2014, zanim zostaliśmy obywatelami Kanady w 2020. Nasz początkowy status emigracyjny w Kanadzie nie był najprostszy i wtedy wcale nie było oczywiste, że będziemy mogli zostać na dłużej (na stałe).

    Piszę o tym dlatego, że wielu z Was zastanawia się, jak wyjechać do Kanady, jak wyjazd zorganizować, a jeśli jest to wyjazd tymczasowy, to jak go przedłużyć.

    Napisałam jakiś czas temu krótką ściągę – mapę, która pokazuje najbardziej podstawową wersję możliwości emigracyjnych. Znajdziesz ją pod linkiem Newsletter czyli List z Kanady. Po zapisaniu się na osobiste listy, które nieregularnie wysyłam, dostaniesz dostęp do pdf.

    Dlaczego piszę: my zdies emigranty? Może znacie tę książkę Manueli Gretkowskiej o jej paryskim życiu? Stamtąd ściągnęłam frazę otwierającą tytuł. Bo ładna jest. Po za tym mam z nią osobiste wspomnienie, bo to jedna (jeśli nie jedyna) książka o emigracji, którą przeczytałam, zanim wyjechaliśmy z Polski.

    Jak wygląda nasz status emigracyjny od strony papierkowej?

    Kiedy przylecieliśmy w 2014, Kuba miał kontrakt z pracodawcą na rok (roczną umowę o pracę) i pozwolenie na pracę na 3 lata.

    Ja dostałam status osoby towarzyszącej, która ma open work permit (otwarte pozwolenie na pracę). Nasze dzieci miały study permit (pozwolenie na naukę).

    Apetyt rośnie w miarę jedzenia i mimo, że sytuacja jest dobra jak na początki w nowym kraju, to ja bym chciała już, zaraz, natychmiast starać się o status rezydenta.

    Przed wyjazdem nie myśleliśmy w ogóle o pozostaniu dłużej niż zakładany rok (przygody) w Kanadzie. Ale pierwsze trzy miesiące w Vancouver, kilka rozmów z tutejszą Polonią, kazały nam zastanowić się, co dalej.

    Ty bądź mądrzejszy! Jeśli myślisz o Kanadzie, przeczytaj naszą historię o otrzymaniu statusu stałego rezydenta. A jeszcze lepiej, zacznij od zadania sobie ważnych pytań związanych z emigracją.

    Odpowiedzi na pytanie, czy Kanada chce ciebie zatrzymać na dłużej najlepiej szukać na tej stronie.

    Każda sytuacja jest inna, i już tylko się uśmiecham, kiedy słyszę od Polaków tutaj, że znajomy znajomych powiedział, że dostał status rezydenta od ręki, a inny, że się super długo czeka i że w ogóle to niemożliwe.

    Byłoby super, gdyby status emigracyjny po prostu nam się pojawił, wraz z zasiedzeniem. Ale to już nie te czasy.

    Kiedy będziesz się starał uporządkować swój status emigracyjny, nie słuchaj bezkrytycznie innych, nie szukaj pomocy podejrzanych biur oferujących pomoc w legalizacji pobytu, tylko zrób porządny research na jedynej właściwej stronie, czyli rządowej: Canada immigration.

    Zwłaszcza teraz, kiedy od nowego roku ma wejść nowy program imigracyjny, a przepisy już istniejących szybko się zmieniają.

    Kanada to ogromny kraj, podzielony na prowincje i terytoria. A każdy z tych obszarów to osobne państwo w państwie. Różnią się nie tylko pogodą, ale też przepisami emigracyjnymi (taki na przykład Quebec ma swój własny program emigracyjny).

    Na stronie do której zalinkowała wyżej, zrobiłam szybką ankietę. Podałam kilka odpowiedzi, o pracę o wiek, o rodzinę w Kanadzie, o intencje itd, itp.

    I na końcu pojawiła się informacja, że niestety nie jesteśmy uprawnieni do starania się o status rezydenta.

    Czyli nie jest tak łatwo. Czyli nie jest to takie oczywiste, że przylecisz do Kanady nawet z pracą w ręku, z dobrym językiem, z długim doświadzczeniem zawodowym i pełen chęci. Jeśli nie zakwalifikujesz się na jakiś program emigracyjny, nie ma zmiłuj. Kanada się magicznie nie otworzy.

    W takim przypadku masz dwie możliwości – albo planować Kanadę dalej, albo spróbować wyjechać do kraju Unii Europejeskiej (łatiwje, taniej i bliżej).

    Nasz obecny status w Kanadzie: bulaaa, i weź zapomnij

    Dwie główne przeszkody: jesteśmy za krótko (odpada program Canadian Experience Class) oraz Kuba ma pracę kontraktową z wskazaną datą zakończenia na lipiec 2015 (zatem nie może ubiegać się o nominację prowincji BCPNP ani wykorzystać ścieżkę programu Federal Skilled Workers).

    więc tak…… trzeba czekać……… ehhhhhhh


    Jak się czujemy po trzech miesiącahc w Vancouver?

    22 listopada minęły trzy miesiące, od kiedy chłopaki i ja wylądowaliśmy na lotnisku w Vancouver.

    Oczywiście muszę napisać, że czas minął, jak z bicza trzasnął, chociaż wciąż jeszcze nie czujemy się w pełni swobodnie, jak w domu.

    Ale czujemy się szczęśliwi, miasto otwiera się przed nami i jest dobrze, mimo że wszyscy, WSZYSCY mówią nam, ze pogoda jest do bani, albo za chwilę będzie.

    Jest takie uczucie, które pojawia się i znika, a które jest nieodłączną składową każdej zmiany. To rozczarowanie.

    Kanada nie jest rajem na ziemi. Żaden kraj nie jest. Najlepiej przyzwyczaić się do tej myśli, zanim się podejmie decyzje o wyjeździe i wyda (za) dużo na bilet. Właśnie po to, żeby rozczarowanie było mniejsze. Bo potem, na miejscu, kiedy jest się jeszcze samotnym wśród tłumów, okazuje się, że nawet drobne niedoskonałości mogą odebrać radość ze zmiany i zepsuć humory na długo.

    Krótka lista hitów i kitów.

    HIT: wszyscy są pozytywni, nawet jeśli to sztuczne, nawet jeśli uśmiechy są przyklejone, mnie to uspokaja i pociesza, jak widzę jakieś 99% ludzi zadowolonych, przynajmniej na twarzy.

    KIT: no ale może to zadowolenie ma swoją, wcale nie naturalną, przyczynę? Sporo ludzi pali marihuanę, widać ich ze skrętem w dłoni. Zapach wszechobecny także w pobliżu szkół, niestety.

    HIT: chociaż z trzeciej strony, nie od dzisiaj wiadomo, ze endorfiny płyną ze sportu, zatem to może fitnessmania odpowiada za zadowolenie napotkanych lokalesów?

    KIT: no ale jak już ćwiczą, to chyba nie powinni pozostawiać swoich ubrań, gdzie popadnie? Jak odpowiedzieć Krzyśkowi dlaczego, skąd i po co, na liniach wysokiego napięcia wiszą adidasy? Kto je tam (po)rzucił? Zabijcie mnie, nie wykoncypię.

    HIT: Kuby praca, zawód potrzebny od zaraz

    KIT: moje bliżej niesprecyzowane wykształcenie powoduje, że z pracą dla będzie ciężko.

    I w zasadzie tyle. Zobaczymy, co dalej.

    Serdeczności!

  • Kanadyjski żłobek Maćka i szkoła Krzysia – pierwsze wrażenie

    Ten post przeszedł niejeden lifting. A wszystko po to, że wracając do tamtych chwil, do tamtych emocji, nie potrafiłam się powstrzymać, żeby za każdym razem czegoś nie dodać/ująć,  czy inaczej sformułować.

    Ale tak to już jest z emocjami..

    Jeśli szukasz informacji o tym, jak dzieci polskie czują się w kanadyjskiej placówce tuż po przeprowadzce do kraju klonowego liścia, to dobrze trafiłeś. Sporo emocji i trochę faktów, czyli jak wyglądał nasz kanadyjski żłobek i szkoła na początku życia w Vancouver.

    Pierwsze dni w kanadyjskim żłobku Maćka

    Ciężko jest mi znaleźć odpowiednik polski daycare, bo to nie jest do końca przedszkole, ani do końca żłobek, ani tym bardziej przechowalnia dzieci. Albo punkt opieki, chociaż to trochę dziwnie brzmi.

    Maciek chodził do St. Michael Daycare (znalazłam taką stronę internetową, ale od razu napiszę, że jest nieaktualna niestety).

    • Na początek na trzy godziny dziennie, od 9 do 12.
    • Po jakimś czasie zostawał na drzemkę i wtedy był odbierany o 15.
    • Kiedy zaczęłam pracę, mogłam go odbierać najwcześniej o 16:30. Punkt opieki otwarty jest do 17:30.
    • Zaczął chodzić do daycare w listopadzie 2014, ja poszłam do pracy na cały etat w marcu 2015.

    Pierwsze trzy godziny beze mnie, w kanadyjskim daycare, przypadły na listopad 2014. Nawet mu się podobało, zjadł dwie miski zupy, po odebraniu z daycare był przejęty i opowiadał po swojemu.

    Niestety, następne tygodnie nie były już takie różowe – było niezadowolenie, że go zostawiam. Ale myślę, że to akurat nie wina kanadyjskiej placówki, tylko po prostu, taki etap.

    Standardowa tęsknota za mną, z rana, trwała przez dobre dwa miesiące.

    Nie będę ściemniać, lekko nie było.

    A przecież w daycare jest ciekawie!

    • Dyrektorką jest Dana, Czeszka z pochodzenia, która do Maćka mówi: nie płacz chłopcziku.
    • Dzieci różnie mówią po angielsku, są takie co tak jak Maciek, dopiero się uczą.
    • Wszystkie bawią się razem, niezależnie od wieku, a nie tak, jak w Polsce, że maluchy z maluchami, a starszaki w drugiej turze dopiero.

    Dyrektorka mówi, że w swojej 40 letniej praktyce miała wiele dzieci, które nie mówiły i były w podobnej sytuacji, co my – nowe środowisko, nowy język. I że wszystko się wyrównało, uspokoiło z czasem.

    Powinnam się nie martwić, ale się martwię.

    Czas pokaże, że Dana miała rację.


    Pierwsze dni w szkole kanadyjskiej Krzysia

    Krzysiek poszedł do drugiej klasy szkoły podstawowej Mount Pleasant Elementary. Ponieważ był strajk nauczycieli, rok szkolny zaczął się pod koniec września 2014.

    Pierwszego dnia szkoły 22.09.2014

    Tiaaa, siła przyzwyczajenia jest jednak ogromna.

    Nasz pierwszy dzień szkoły zaczęliśmy po polsku, czyli od wymaganej szkolnej elegancji (koszula plus czarne spodnie) i pokrzykiwania rano, że oczywiście nie zdążymy.
    Choć coś mi mówiło, że pierwszy dzień szkoły w Vancouver będzie wyglądał inaczej niż w Warszawie. No i wyglądał, ZUPEŁNIE INACZEJ.

    Nauczyciele, rodzice i uczniowie wyglądali za to zupełnie zwyczajnie, codzienne stroje, żadnego spięcia, punktualnie owszem (w Kanadzie wszyscy są bardzo punktualni), ale bez nerwowego dreptania po korytarzu.

    Po przyjściu uczniowie, którzy do szkoły uczęszczali już w zeszłym roku, kierowali się do swoich nauczycieli. Nauczyciele pozdrawiali i ściskali. Rodziców zresztą też ściskali, wszyscy się ściskali jak starzy znajomi 🙂

    Po szkole chodziła uśmiechnięta dyrektorka i inne princypaly, dyrka była w żółtej bluzce, kwiecistej spódnicy i klapkach, także tyle w temacie szkolnej elegancji i mundurka.

    Apelu żadnego nie ma, powitania przez ministra czy czegoś takiego. Byli też wolontariusze z sąsiedztwa, którzy często w takich sytuacjach pomagają odnaleźć się nowicjuszom takim jak my.

    Krzyś został skierowany do drugiej klasy.

    Pierwszego dnia szkoła trwała całą jedną godzinę. Zapytałam wychowawczynię (Ms. Harris, uczy też WF), czy mogę zostać na korytarzu,żeby jakby co, i popatrytwałam ponad regałami.

    Widziałam, że Krzysiowi było bardzo ciężko, łezki się zakręciły, nie chciał wziąć żadnej książki, bo mówił, że i tak nie zrozumie. Inni chłopcy podpatrywali z zaciekawieniem, jeden zagadywał, ale Kris siedział z ponurą miną.

    Początki nie są łatwe, będziemy się starać.

    Podczas tej jednej godziny dzieciaki:

    • czytały każdy swoją książkę (Krzyś nie czytał),
    • rozwiązywały zadania z matematyki pod kreską (Krzyś rozwiązał obie strony kartki),
    • zbierały swoje prace zeszłoroczne i opróżniały szafki na ten rok (siłą rzeczy Krzyś niewiele robił),
    • słuchały nauczyciela siedząc na dywanie w kółeczku i śpiewały.

    Ciekawe doświadczenie, ale na fali buntu Krzysiek mówi, że on woli takie normalne wkuwanie, lekcja po lekcji. Hehehe, zapytam go za trzy miesiące.

    Nic nie wiem o podręcznikach, zeszytach, przyborach, nie znam jego planu lekcji, wiem, że od jutra mają zajęcia od 9 do 15, że stołówka ruszy od czwartku, więc musi wziąć ze sobą lunch bez orzechów, i że na lunch będą mieli prawie 45 minut, więc od biedy da radę podbiec do domu, zjeść i wrócić, choć wolałabym, żeby w tym czasie łapał kontakt z dziećmi, zobaczymy jak będzie.


    Marzenia matki-emigrantki mam, takie cichutkie, żeby nie zapeszyć:

    • Jak bardzo chciałabym,  żeby już był czas przyszły, jakieś trzy miesiące do przodu.
    • Żeby mu było łatwiej, żeby nie pytał drżącym głosem: Mamo, a co jak mi się nie uda?
    • Żebym mogła go tak wspierać bardziej na miękko, a mniej po żołniersku.
    • Żeby miał kolegów.

    Drugiego dnia szkoły okazało się:

    • że panie nauczycielki są dwie;
    • że nic się do szkoły nie przynosi, tylko płaci się 25$ i jest wszystko, książki, zeszyty, farbki, etc.;
    • że od rana jest śniadanie, płacisz ile możesz, np 0,25$ i w stołówce możesz zjeść kanapkę z dzieckiem , z jego kolegami i z nauczycielami;
    • że brak ścian i zamkniętych klas to tzw. open school concept. Jest niewiele ścian, cała przestrzeń szkoły została podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
    • że dzieci wychodzą na każdej przerwie (a jest ich dwie), chyba że leje, tzn. LEJE, ale nawet wtedy kurtki są w odwrocie.

    Kolejne dni w szkole pokazały, że Krzyś nie chce mówić po angielsku, tzn. w domu owszem i chętnie, nas się pyta, do siebie mówi, JA WIEM, że potrafi zapytać i odpowiedzieć w prostych słowach. Ale w szkole niechętnie się odzywa.

    Mama dziewczynki, siedzącej przy jego stoliku, zapytała się mnie, czy to ja jestem mamą tego chłopca, co tak nic nie mówi i czy mogą jakoś pomóc (miłe to było).

    Krzysiek nie mówi, bo nie chce, a nie bo nie rozumie. Tak ja to widzę po trzech tygodniach szkoły.

    Stąd wraz z nauczycielką wymyślamy mu zachętę w postaci zbierania wyrazów/zdań angielskich – w zeszycie odnotowuje, ile i co powiedział po angielsku, dostaje naklejki i zbiera punkciki.

    Trochę słabe jest to, że ja to wymyśliłam (miałam nadzieję, że nauczycielki wykażą się większą kreatywnością i doświadczeniem w pracy z takimi dziećmi).

    Czuję się bardzo pedagogicznie niepewna w te klocki, działam bardziej intuicją, niż rzeczywistą wiedzą, jak uczyć własne dziecko języka.

    Dobrze, że Krzysiek lubi pracę w książeczkach – kupiliśmy trochę i w domu sobie codziennie robimy po kilka stron, głównie English (angielski) i Math (matema).

    Codziennie inna literka sponsoruje dzień – pamiętacie to ze starej dobrej Ulicy Sezamkowej? Ulicę też oglądamy, nie zdawałam sobie sprawy jaka jest fajna w nauczaniu angielskiego.

    Emocje szkolne i strach pierwszego dnia, związany z niezrozumieniem Angielskiego różnie się objawia.

    • Krzysiek potrafi się położyć na dywanie i udać, że śpi. I teraz nie wiem, czy on to robi bo: czuje się bezpiecznie i sobie pozwala na więcej, czy właśnie odwrotnie, czuje się niepwenie, chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę?
    • Nauczycielka zwróciła nam uwagę, że Krzyś nie patrzy w oczy podczas rozmowy. I się oblizuje. No, zwłaszcza ten jęzor wywalony to oznaka braku szacunku.
    • Jednak są dni, kiedy Krzysiek mówi: Mamo, ale ja już rozmawiam z wszystkimi kolegami po angielsku.

    I takich dni będzie coraz więcej, prawda?


    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała wątpliwości, czy są szczęśliwi.

     Często na chodzi mnie ta myśl, co powiedzą za kilka lat. Czy będą źli, że wyjechaliśmy z Polski? Czy będą wiedzieli, kim są?

    I czy od tego zależy och szczęście?


     Przeczytaj więcej o dziecięcych emocjach z początków emigracji

  • Emigracyjny system wsparcia potrzebny od zaraz. Krąg kobiet – brak mi…

    Polski mi nie brak, brak mi Polek !

    A konkretnie TYCH Polek, WAS, mam, babć, cioć, kuzynek, sióstr, szwagierek, przyjaciółek, koleżanek, znajomych, sąsiadek,

    Wszystkie tworzycie dla mnie krąg kobiet o ogromnej sile.

    Nie zdawałam sobie sprawy, jaka to siła, jaka to moc, dopóki nie znalazłam się ponad 8 000 km od Was.
    Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mi jej tutaj brakuje, zwłaszcza wczesnym wieczorem kiedy jestem w totalnej mniejszości, otoczona z wszystkich stron testosteronem.

    więc dziękuję, że piszecie i skypicie….

    Kobiecy krąg, to coś, za czym tęsknię i próbuję go sobie tutaj powolutku zbudować. Żeby jednak nie ograniczać się, szukamy ludzi koedukacyjnie

    Mam tutaj koleżankę, Harprit, urodzoną w Kanadzie, rodzice wyemigrowali z Indii.

    Namówiła mnie na sushi i tak sobie rozmawiamy, to znaczy ona opowiada jak się mieszkało w Japonii (uczyła tam biznesmenów angielskiego), a ja opowiadam jak mi się mieszka w Kanadzie, w odróżnieniu od mieszkania w Polsce.

    Staram się nie brzmieć jakoś smutnawo, dołująco, czy co, no ale tęsknotę słychać w moich słowach.

    Harprit powiedziała wtedy:

    no tak, pewnie ci brakuje supporting system (systemu wsparcia).

    I oczywiście miała rację!

    Pierwszy raz w życiu, a trochę już żyję, zdałam sobie sprawę, że warto mieć taki system wsparcia.

    Aktywnie go budować, od pierwszego dnia w nowym miejscu.

    Nie czekać z założonymi rękami, bo może się uda, ktoś zauważy. Mam podpowiedź: nie zauważy.

    # nasz początkowy, pierwszoroczny system wsparcia nie ograniczał się tylko do pań.

    A nawet zupełnie odwrotnie, system ujawnił się w męskiej postaci naszego sąsiada Seana, ojca kolegi Krzyśka ze szkoły, Keana.

    Cała rodzina ich okazała nam wiele życzliwości, była bardzo pomocna i otwarta. Dzieciaki okoliczne wpraszały się bezpardonowo do nich, a i mnie Tanya wspomogła nieraz dobrym słowem.

    Podczas ferii wiosennych Krzyś przez pierwszy tydzień chodził na zajęcia razem z Keanem. Pierwszy dzień zajęć wypadał w poniedziałek, a wieczorem w niedzielę dostałam smsa od Seana, że ma wolne miejsce w samochodzie, czy Krzyśka też przywieźć.

    Napisał mi też, że potem fead him and take them to jujitsu class (da Krzyśkowi jeść i zabierze na zajęcia dodatkowe jujitsu). P

    ewnie, ucieszyłam się bardzo, nie trzeba się tłuc autobusem. Jak Krzyśka odbierałam od nich, to Sean mnie przeprasza, że codziennie nie może go przywozić, bo już innego chłopca wozi ze swoimi dziećmi, ale jakby co, to da mi znać.

    Miłe, c’nie?

    Drugi tydzień ferii Krzysiek był już w innym miejscu niż Keane (w tym wcześniejszym niestety nie mieli miejsc), więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy Sean do mnie zadzwonił i powiedział, że Krzysia odbierze we środę, żebym mu tylko adres dała.

    No szok, specjalnie załadował swoje dzieciaki do auta i pojechał naszego synka odebrać. I następnego dnia tak samo.

    Wzruszyłam się tą ogromną bezinteresownością, tym wysiłkiem przecież dodatkowym i kosztami (spróbuj samochód zaparkować w śródmieściu), poświęceniem dla nas, osób jakby nie było obcych, po to, żeby najzwyczajniej w świecie pomóc.

    Niestety sąsiedzi wyprowadzili się po niecałym roku znajomości i teraz Krzysiek nie ma już kolegi, którego uczy W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie…


    Wesprzeć. System wsparcia budować, rozwijać, podtrzymywać.


    #żeby poznać ludzi na miejscu, trzeba czasu. Nie da się inaczej, nie ma bata. Ale jednocześnie można prowadzić szeroko zakrojoną akcję poznawania ludzi online.

    W moim przypadku jest to czytanie blogów (uwielbiam) i poznawanie ludzi online. Widzę ich i trochę znam, bo czytam, jak piszą.

    I tak, wiem, że czasami jest to kreacja na potrzeby czytaczy, ale jednak wciąż sporo autentyczności, która mnie ciekawi i przyciąga.

    Kiedy uzupełniam ten post, jest lato 2016. Jestem już po wielu rozmowach, odwiedzinach, telefonicznych pogaduszkach z moimi ludźmi w Polsce. Wciąż czuję niedosyt i wciąż samej sobie przypominam napisz do tej i do tamtej, niech wie, że ja pamiętam, że chcę tę relację podtrzymać.

     

  • Polska lekcja – lekcja polskiego. Jak w Kanadzie realizujemy program polskiej podstawówki ?

    Kiedy w maju 2014 roku zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver, zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobimy z nauką języka polskiego naszego syna Krzysia (a właściwie nauczeniem zintegrowanym, bo tak nazywa się  w praktyce trzy pierwsze klasy polskiej szkoły podstawowej).

    Ponieważ na początku zakładaliśmy, że nasz pobyt w Kanadzie będzie trwał rok, chcieliśmy, żeby Krzysiek nie miał przerwy w edukacji polskiej. Krzysiek miał 7 lat w momencie wyjazdu i właśnie kończył pierwszą klasę państwowej szkoły muzycznej w klasie gitary.

    W czerwcu 2014 w warszawskiej szkole wystąpiliśmy o urlop roczny – napisaliśmy w podaniu, że w roku szkolnym 2014-2015 będzie mieszkał w Kanadzie i w tym czasie uczył się polskiego na poziomie drugoklasisty, tak, żeby w momencie, kiedy wrócimy, mógł pójść z kolegami nieprzerwanym tokiem nauczania.

    Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, czy będę go sama uczyć materiału szkoły podstawowej, czy też pójdzie w Vancouver do polskiej szkoły sobotniej, przy parafii Św. Kazimierza.

    W sierpniu 2014, po przeszukaniu dostępnych informacji w internecie, nasz wybór padł na ofertę Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą.

    Dlaczego zdecydowaliśmy się zapisać siedmioletniego syna do ORPEG?

    Skłoniło nas do tego kilka powodów:

    • Jest to jedyny system online, który działa pod patronatem MENu (początkowo służył dzieciom polskich dyplomatów na placówkach zagranicznych).
    • Od początku spodobała nam się strona internetowa, jakaś taka mocno, wręcz uroczyście, urzędowa. A przy tym przyjazna i czytelna. Dla wnikliwych podano nawet wykaz ustaw, w oparciu o które pracuje ośrodek.
    • Siedziba ośrodka mieści się w Warszawie (dla nas to ułatwienie, m.in. ze zdawaniem egzaminów czy odbieraniem dokumentów, bo mamy rodzinę w Warszawie).

    ORPEG to nie jedyna możliwość nauki języka polskiego online.

    Są również inne platformy umożliwiające naukę polskiego dzieciom emigrantów.

    Przewagą Libratusa jest fakt, że w ich systemie mogą się uczyć już dzieci pięcioletnie, gdy tymczasem program ORPEG oferuje pierwsze zajęcia dopiero dla pierwszoklasistów. Ale w ORPEG można za to zdać maturę!

    Jak zdecydować się na sposób nauki języka polskiego?

    Najlepiej samemu porównać, co oferują te różne systemy i wybrać najlepszy dla swojego dziecka.

    Ponieważ nauka polskiego online to wciąż zagadnienie stosunkowo świeże, wciąż niewiele jest opinii rodziców dostępnych w sieci.

    Aktualizując ten post w 2019, mogę Ci polecić grupę na Facebooku: Dwujęzyczność dzieci

    Jak u nas wygląda nauka jesienią 2014 roku?

    Będąc w systemie ORPEG Krzyś jest oficjalnie zapisany do szkoły im. KEN.

    Realizuje tryb nauczania klasy drugiej w systemie uzupełniającym, to znaczy ma lekcje z języka polskiego oraz wiedzy o Polsce.

    W praktyce to jest tzw. nauczanie zintegrowane, czyli realizuje taki sam program i podręcznik, jak jego koledzy w II klasie w Warszawie.

    Nasze wrażenia po pierwszym zalogowaniu się do systemu i pierwszej lekcji

    Na początku mieliśmy trochę technicznych problemów z kamerką, ale później słyszeliśmy dobrze, co mówi nauczycielka.

    Lekcja była w formie prezentacji online (webinaru). Dzieci pisały w oknie czatu lub nauczycielka oddawała im na chwilę moderowanie, aby uczeń mógł samodzielnie napisać odpowiedź na slajdzie.

    Całkiem nam się ta strona podobała, a  sesja webinarowa przebiegła sprawnie (dobrze, że MEN ma sensownych informatyków, pozdrowienia dla wujka Maćka).

    Nauczycielka była bardzo przyjazna. Zrobiła wrażenie dużego doświadczenia w nauczaniu na odległość.

    Lekcja trwała około godziny. Następna ku wielkiemu rozczarowaniu Krzysia miała się odbyć się za dwa tygodnie. On chciałby już mieć codziennie. Częstotliwość rzeczywiście nie jest najlepsza, a i szkoła ruszyła z miesięcznym poślizgiem (prawie jak w Kanadzie, hehe).

    Dzieci było kilkoro. Wszystkie oprócz Krzysia mieszkały w Europie, więc były oklaski, jak się dzieci i pani dowiedziały, że Krzysiek z tak daleka i dopiero co idzie na zajęcia do kanadyjskiej szkoły (u nas polska lekcja wypadł przed 9 rano).

    Minusy nauki w systemie ORPEG czyli aktualizuję ten post kilka lat później

    Jest rok 2019 i już od pięciu lat Krzysiek uczy się języka polskiego poprzez ORPEG. Od roku dołączył do niego Maciek. Krzyś jest w siódmej klasie, a Maciek w drugiej.

    Po tylu latach mam więcej przemyśleń i widzę więcej minusów.

    Materiał do “przerobienia” na lekcjach mógłby być lepiej przemyślany

    Dydaktycy tworzący materiał w polskich szkołach online muszą wiedzieć, jak polskiego uczyć jako języka obcego, bo właśnie tym on jest także dla mojego 100%polskiego dziesięciolatka.

    I tak długo, jak długo będziemy mieszkać w Kanadzie, polski, mimo, że jest językiem jego emocji i serca, będzie językiem mniejszościowym.

    Nauczycielu, pamiętaj o tym przygotowując prezentacje o rozbiciu dzielnicowym! Używaj prostszych słów, nie bombarduj milionem definicji. Nasze dzieci nie mają szansy zrozumieć i zapamiętać tego wszystkiego.

    To, czego mi brakuje w nauczaniu języka polskiego online :

    1. Brakuje mi sensownego planu tej nauki, dostosowanego do znajomości języka dziecka, a nie jego wieku;
    2. Brakuje mi sensownego planu tej nauki dostosowanego do możliwości intelektualnych i czasowych rodziców, oraz możliwości elastycznej modyfikacji tychże planów, kiedy nauka sobie, a życie sobie. Może zamiast kurczowo realizować plan rozpisany na rok, w rok, warto po prostu realizować plan. Jak się da.
    3. Brakuje nam atrakcyjnej formy i treści dla dzieci – dla dzieci w Polsce materiał polskiej szkoły jest nudny, to co dopiero dla dzieci, które mają dostęp do innych metod nauki? Krzyś wie więcej o kanadyjskich First Nations niż o zwyczajach Słowian, no i ja się pytam, dlaczego? Treściom pokazującym Polskę jako skansen rodem z Cepelii mówimy nie!

    Będąc w przededniu decyzji, co dalej z naszą przyszłością w Kanadzie, kontynuujemy naukę w ORPEG.

    Dzisiaj, czyli 21 września 2019 roku, zaczynamy właśnie lekcje organizacyjne.

    A jeśli szukasz więcej informacji o szkole online i naszych doświadczeniach, przeczytaj ten post z 2017 roku:

    A ty uczysz swoje dziecko języka polskiego? Jeśli tak, jakie są twoje sposoby? Napisz, a inny rodzic na emigracji ci za to podziękuje!

    Serdeczności!

  • Pierwszy lot do Kanady czyli podróż matki polki przez ocean

    Olaboga, lecę z chłopakami do męża, daleko, daleko, za wielką wodę. Łatwo nie będzie. Kuba już od miesiąca w Vancouver, przyszedł czas na mnie i Krzysia (lat 7) i Maćka (lat 2,5)

    Poniżej przeczytacie, jak wyglądał nasz pierwszy lot do Kanady.

    Uprzedzamy co wrażliwszych – są momenty!

    Na początku hahaha, nie było biletu dla Maćka, jakoś go pracodawca Kuby, który nam fundował biletu, posadził mi na kolanach, czyli nie przewidział osobnego biletu. Ale uff, udało się na kilka dni przed wylotem pomyłkę naprawić.

    Kilka słów o naszym wylocie z Warszawy, z Okęcia. W punktach.

    • Personel naziemny zgodził się bez extra kosztów nadać gitarę Krzysia, jupikajej, A wcześniej dzwoniłam do centrum Lufthansy, gdzie mi powiedzieli, że gitara może lecieć, jeśli kupię na nią bilet, ale niech się nie martwię, bo potrzebny jest tylko sam  bilet, bez podatków (sic!);
    • Na Okęciu postawili wielki autobus ku uciesze małych podróżników, oraz jest strefa wi-fi, więc przez 1 h kiedy czekaliśmy na onboarding, chłopcy mieli co robić.
    • Żadna nowość, bo każdy wie, że na lotnisku jest drogo, no ale żeby za małą butelkę wody 8 PLN? I weź tu wytłumacz dzieciom, ze muszą się ograniczać z piciem, a oczywiście wnosić napojów ze sobą nie można przez kontrolę celną. A potem wody nie było wcale więcej, o czym przeczytacie poniżej;
    • Z trzema walizami i pomniejszym bagażem dałam radę tylko dlatego, że Mama – Teściowa była z nami, więc proś o pomoc, kogo się da;
    • na samym początku personel Lufthansy kazał nam się odprawić online, jak mówię, że mam dwie rezerwacje, i się online nie da, bo wyskakują inne miejsca, a musimy siedzieć razem, to pozwolili mi się odprawić przy okienku. I tak dali nam osobne miejsca, więc musiałam poprosić o przysługę podróżnych i pozamieniać się miejscami już w samolocie;
    • we Frankfurcie szliśmy cały czas za znakami, przysięgam, a i tak wyprowadziło nas do hali przylotów, więc musieliśmy OD NOWA przejść całą procedurę onboarding (oczywiście Maciek zdążył zasnąć i jak się domyślacie, nie był zachwycony, kiedy go budziłam na kontrolę);
    • lotnisko we Frankfurcie jest ogromne, personel jeździ po nim rowerami, ale pasażerowie muszą tachać walizki sami, i bez sensu, bo wózki na bagaż nie mogą jeździć na taśmach i schodach ruchomych, no nie wiem, co ci Niemcy wymyślili. Trzeba zejść, wypakować walizy, wnieść je po schodach, znaleźć drugi wózek, zapakować walizy i do następnych schodów (na naszej drodze były dwa poziomy!)

    O lotnisku w Vancouver: jest bardzo ładne, zielone, roślinne, stoją totemy indiańskie, coby wszyscy od razu wiedzieli gdzie dolecieliśmy.

    Oznakowanie dla nowo przybyłych jak dla mnie nie do końca czytelne, no ale może dlatego, że byłam super zmęczona, miałam rozespanych (Krzyś) i płaczących (Maciek) chłopaków – według naszego czasu było około 24:00.

    I teraz będzie o procedurze celnej i naszej z nią przeprawą

    Nawet jeśli wpuszczą Cię do samolotu do Kanady, to dopiero urzędnik (celnik, oficer imigracyjny) na pierwszym lotnisku w Kanadzie zadecyduje o Twoim dalszym losie.

    Dwie rady:

    1. Dlatego na pierwszą podróż do Kanady nie polecam lotów z przesiadką w Kanadzie, bo na pierwszym kanadyjskim lotniskiem (czyli tzw. point of entry) będziesz mieć rozmowę imigracyjną. A ta rozmowa potrafi trwać sporo czasu, więc po co się stresować, że musisz jeszcze zdążyć na kolejny samolot. Jeśli dodatkowo trafisz na lotnisku na kumulację nowo przybyłych imigrantów z Azji czy z Afryki, całość może trwać na prawdę długo!
    2. Podobnie nie warto sobie komplikować życia przesiadką w Stanach. Wprawdzie od 2019 Polacy nie mają obowiązku występowania o amerykańską wizę turystyczną, ale muszą pamiętać o ESTA. Rozmowa z amerykańskim urzędnikiem imigracyjnym to kolejny stres, więc lepiej sobie tego oszczędzić.

    Obecnie nie ma bezpośrednich lotów z Polski do Vancouver. My zwykle latamy przez Niemcy (Monachium lub Frankfurt).

    Rozmowa z celnikiem, a nawet kilkoma

    Najpierw czekała nas kontrola celna (w samolocie wypełnia się deklarację celną, należy jej pilnować należycie, bo to najpierwszy dokument jak już lądujesz w Kanadzie).

    Czyli to pierwsza kolejka – celna już na lotnisku .

    Na szczęście z dziećmi przepuszczają na początek , więc nie stałam około 2 h.

    → Podeszliśmy do celnika, ten zadał kilka pytań i mówi, że witamy w  Kanadzie i że mogę zostać 6 miesięcy.

    → Na to ja robię wielkie oczy i pytam, no ale jak to, przecież mąż ma kontrakt na rok i w ogóle wyciągam stosy papierów.

    → Celnik patrzy, coś bazgrze na deklaracji, mówi ok, żebym wzięła walizki i szła do przodu i tam mnie  zgarnie jakiś oficer.

    No dobra, to idziemy po walizki, na taśmę wyjeżdżają, jedna druga, trzecia, ale żadna nasza. Kuba mówił, że na walizki się długo czeka i żebym sprawdziła, czy w tym czasie po lewej stronie w Centrum Imigracyjnym jest kolejka, bo to właśnie tam mają nam wbić wizy do paszportów, i mam zapłacić 155 CAD.

    Po 20 minutach czekania na walizki się poddaję i idę zobaczyć, jaka jest kolejka w Centrum.

    Podchodzę do oficera i pytam i pokazuje promesę Kuby, i skan jego wizy, a oficer robi wielkie oczy i każe mi czekać, a sam po kogoś biegnie.

    W tym czasie Maciek już nie daje rady, płacze wielkimi łzami, wszyscy się patrzą, a ja z nim na ręku, z dokumentami w drugiej, z 2 walizkami podróżnymi, jeździkiem, torbą, i gitarą tłumaczę kim jestem i co ja właściwie tutaj robię.

    Przybiega oficer i mówi, że on mnie zaprowadzi do innego Centrum Imigracyjnego, do innego urzędnika.

    Więc idziemy do innego oficera, naszych nadanych walizek wciąż jeszcze nie ma. Drugi celnik (a właściwie celniczka) mówi nam, że to dobre miejsce, że się nami zajmą, tylko musimy wrócić po wszystkie walizki (sic!).

    I tak sobie biegam po lotnisku, dobrze, że duże nie jest 🙂

    Zgarniam walizy, które się w międzyczasie pojawiły, zgarniam Hindusa z wielkim wózkiem, żeby mi je wszystkie zabrał i taszczył i wracam do ostatniego celnika(koszt 10 CAD).

    Tutaj zabierają wszystkie dokumenty, po raz kolejny tłumaczę kim jestem i kto to jest ten płaczący chłopiec (Maciek) i ten jęczący chłopiec (Krzysiek).

    Każą czekać, więc chodzę i śpiewam kołysanki. Kolejka jest, są krzesełka, wszyscy ludzie czekający z różnych stron świata, na ten magiczny upragniony dokument, że jest się w Kanadzie i można coś zrobić (bez wizy, na pobycie turystycznym nie zrobi się nic, ale o tym innym razem).

    Kanadyjscy celnicy są mili, ale bez przesady, wypytują skrupulatnie:

    • → a pokaż na mapie, gdzie będziecie mieszkać w Vancouver;
    • → a kolega, co ma cię utrzymywać to ile zarabia za godzinę?
    •  → nie mówisz po angielsku? nie szkodzi, jest tłumacz.

    Hindus czeka z walizami, wolę nie myśleć, ile będę musiała mu zapłacić za to czekanie z nami, Kuba czeka przed lotniskiem, a celnicy nas sprawdzają.

    Potem się dowiedziałam, że zadzwonili do pracy Kuby, żeby nas potwierdzić.

    Ale w końcu jest (jupikajej)- dostajemy wizę, ja z pozwoleniem na pracę, z zakazem nauki i brania udziału w różnych kursach, chłopcy z pozwoleniem na naukę, i zakazem pracy!

    ale co tam, najważniejsze, że

    JESTEŚMY JUPIKAJEJ JESTEŚMY W KANADZIE 🙂

    a teraz:

    kit podróży: LUFTHANSA

    Z opowiadania Kuby wynikało, że głodny nie leciał KLMem, wręcz przeciwnie, że było całkiem przyjemnie.

    Gdybym ja nie zabrała, tknięta jakimś szóstym zmysłem, dodatkowego prowiantu dla chłopaków, to byliby głodni, bo pory posiłków w Lufthansie i ich jakość nie były fajne. Po wodę dla chłopaków chodziłam z bidonami, bo stewardesy rozdawały raz na 2 h po małym kubeczku. Kolację dali około 22 polskiego czasu, na 40 minut przed lądowaniem, kiedy każdy się już zwija, a Maciek i Krzysiek w końcu zasnęli.

    Ogólnie widać, że są ogromnym przewoźnikiem, że mają mnóstwo klientów, że jest to masówka totalna.

    [dopisek z 2017. Odszczekuję. Głośno. Najgorszym przewoźnikiem z jakim lataliśmy, jest Air Canada. Lecieliśmy z nimi 4 razy i za każdym razem coś było źle, nie działało, było spóźnienie, a nawet dwa, a nie było jedzenia, ni nunun. Przy Air Canada latanie Lufthansą to jazda limuzyną]

    hit: TRUNKY

    walizka – jeździk Trunky [ o taki LINK] – dzięki Aś i Michał, super nam się sprawdziła, lekka, poręczna,w samolocie musiałam ją otwierać z jakiś milion razy, żeby się dostać do pieluszek, chusteczek, książeczek, gier, klocków Lego, klocków Duplo, pociągu z Ikea, resoraków. Zmieściło się wszystko, dodatkowo, można ją ciągnąć za sobą, a na niej dziecko 🙂

    I wzbudza ogólnie pozytywne uczucia, co niewątpliwie pomogło miedzy innymi z celnikami

    hit nr 2: ZROZUMIELI MÓJ ANGIELSKI

    a łatwo nie było wszystko tłumaczyć kilka razy z dziećmi nieprzytomnymi ze zmęczenia i wrażenia.


    więc tak…… fajnie było, ale dobrze, że się skończyło.

    i jeszcze w temacie biletów. Okazało się, że nasze powrotne bilety, co to były wykupione przez firmę Kuby, to są w rzeczywistości tzw. fake tickets, potrzebne do procedury imigracyjnej i niestety, żeby je przebukować, musielibyśmy sporo zapłacić, bo nie są potwierdzone (czyli są pewnie z overbookingu).

    No a ponieważ nie wracamy za miesiąc, tylko w następne wakacje, bilety na 2015 rok będziemy sobie sami kupować.

  • Pierwsze kanadyjskie emocje dzieci. Oswajanie (się i) języka.

    Nie zliczę, ile razy pisałam ten post. Wersja, którą teraz czytasz, powstała podczas trzeciego lata w Kanadzie.

    Najpierw były krótkie notki na blogu, które czytała najwyżej rodzina. Najważniejsze pytanie, jakie dostawaliśmy w pierwszych dniach pobytu w Vancouver brzmiało: jak dzieci?

    Miałam nikłe pojęcie o blogowaniu i “klikalności”, więc pisałam tak po prostu. Myślę, że już nigdy potem posty nie były tak emocjonalne i osobiste.

    To są wspomnienia z Vancouver, z początku początków, z sierpienia i września 2014.

    Jeśli dopiero planujesz emigrację do Kanady, zwłaszcza z rodziną, gorąco cię zachęcam, poczytaj, jak wyglądały nasze pierwsze dni w Vancouver.

    Minęło pierwszych pięć dni w Vancouver i padły pierwsze tęskne słowa z ust Krzysia: szkoda, że tu nie ma babci…

    I nie wiem, jak się zachować. Na studiach mnie nauczyli całego mnóstwa rzeczy, mało przydatnych tutaj.

    Cała nasza rodzina pierwszy raz sama, tak daleko. Nie znamy nikogo, a nikt nie zna nas, bo co to ten moment rozmowy na Skypie z pracodawcą Kuby.

    Żeby się odezwać do tych, co w Polsce zostali, próbuję otworzyć komputer, ale słyszę żądanie o bajkę. Trudno, rodzic musi dawać przykład i emaile spadają na dalszy plan. Z hukiem spadają.

    Emocji tyle, że ciężko w sensowną historię ułożyć. Ale spróbuję. Zapiszę nasze oswajanie się, a zwłaszcza chlopaków.  Będą łzy i ciekawość. Tęsknota i duma. Sporo strachu, a więcej życzliwości.


    Ustalenie planu emigracji trwa “na żywca”, a pierwsze kanadyjskie emocje nie pomagają, oj nie.

    Praca załatwiona z Polski, a mieszkanie i tak tymczasowe, została szkoła dla Krzysia i żłobek/przedszkole dla Maćka. Niby mało, ale w praktyce okazało się, że właśnie te tematy przewijały się jesienią 2014 najczęściej.

    Zupełnie nie byliśmy przygotowani na emigrację dzieci.

    Ty bądź mądrzejszy!

    Oswajanie szkoły i szkolnych emocji – jest strajk nauczycieli i co im zrobisz?

    Krzyś (lat 7)

    To dopiero wyzwanie dla nowoprzybyłych. Lądujesz w Vancouver, a tu nauczyciele strajkują.

    Tak na dzień dobry dostaliśmy kawałek kanadyjskiej demokracji do oswojenia (się).

    Vancouwerczycy organizują dla dzieci strike camps, co śmiesznie brzmi, jakby to przetłumaczyć na polski. Chodzi oczywiście o obozy na czas nauczycielskiego strajku, ale z drugiej strony może nowych Wałęsów tam chowają (strike camps=obozy dla strajkujących)?

    I spróbuj w taki czas zapisać dziecko do szkoły w tutejszym kuratorium (bo to chyba kuratorium jest, hmm…) – do District Registration and Placement Centre, kiedy strajkujący nauczyciele siedzą na leżakach przed ośrodkiem.

    Rejestracji wtedy dokonują dyry i dyrdyry, wicedyry i inne szkolne oficjele, pełne dobrych chęci, ale niezaznajomione z tematem. W efekcie spędziliśmy tam 2 godziny, a i tak musimy wrócić.

    Ale, ale, Krzyś poszedł sam pisać test, rysować i rozmawiać po angielsku z panią. Przez całą godzinę! Pani pokazywała różne obrazki, a on je po angielsku nazywał, pytała go o imię, żeby narysował rodzinę, i były też obliczenia, ale bez odejmowania pod kreską (nie wiem, czemu, ale wyraźnie zaznaczył, ze odejmowania pod kreską nie było, chyba powinnam się zapytać matematyczki z polskiej szkoły, o co kaman?).

    Wyniki tego wstępnego testu z angielskiego (oraz, na to wygląda, z matematyki również) to jest opis, który zostanie przesłany do naszej szkoły rejonowej, gdzie na tej podstawie przydzielą Krzysiowi dodatkową pomoc w angielskim (teacher support).

    Przyszło też do nas pismo, że Krzyś jest w programie szkoły polskiej on line, więc zaczynamy edukację domową w zakresie klasy drugiej polskiej szkoły. Się nie wywinie, choćby chciał.

    Jak Krzysiek pierwszy raz poszedł na zajęcia strike camps, przesiedziałam dwie godziny w pobliskim Starbucksie, gryząc paluchy z nerwów.

    Chyba ze trzy razy podałam nauczycielom mój numer telefonu. Ale za to potem byłam z syna taka dumna, jak nie wiem co!

    Trochę się zdziwił, kiedy poszliśmy na zajęcia do kościoła, a nie do szkoły, czy community centre (skrzyżowania domu kultury i biblioteki), ale kościół był pięknie położony, nieprzypominający z wyglądu żadnego znanego obiektu sakralnego.

    Przyjęto nas po amerykańsku (a może powinnam napisać: po kanadyjsku?), czyli z otwartymi ramionami, szerokim uśmiechem, pytaniami: skąd jesteśmy, jak się tutaj znaleźliśmy i dlaczego.

    Wytłumaczyłam, że Krzyś owszem zna angielskie słówka, ale za wiele sam nie powie, choć jest po zajęciach pełen chęci i się dopytuje: Mamo, a jak poprosić o pizzę?Mamo, a nie podziękowałaś po angielsku [już mnie skubany poprawia].

    Okazało się, że podczas zajęć jedną grę znał z Polski, że chłopcy go zaprosili do zabawy w berka (przynajmniej tak odgadł, bo nie zrozumiał) i że zjadł marchewki (ach ten nieoceniony wpływ rówieśników, hehe). Ma już swojego ulubionego kolegę, z którym się podzielił kanapką z masłem orzechowym, co osobiście lekko mnie zdziwiło, bo był znak przekreślonego orzeszka i ogólnie w kanadyjskich placówkach jest najczęściej no peanut policy (winna: alergia).

    Bywa i tak, że emocje i nieznajmość języka nie przeszkadzają, a wręcz pomagają. Pomagają robić z siebie funny boya (klasowego klauna), co niekoniecznie jest mile widziane na zajęciach.

    Oczywiście gadka wychowawcza z naszej strony była, ale też nie uważam, żeby to było jakieś nadzwyczajne wykroczenie, ot po prostu mały chłopiec, wrzucony w nową rzeczywistość, radzi sobie jak może, raz lepiej raz gorzej.

    Jest dobrze, myślę, w nowej kanadyjskiej szkole wysiedzi.

    Szkoła zamiast na początku września, ruszyła 22/09/2014.

    Rząd prowincjonalny oddał rodzicom pieniądze, które zapłacili, posyłając dzieci na zajęcia zorganizowane (strike camps) w tym czasie, kiedy te powinni być w szkole. My dostaliśmy przelew czekiem na 400 CAD.


    Oswajanie żłobka/przedszkola

    Maciek (lat 2,5)

    Kiedy przyjechaliśmy, Maciek został wpisany na listę żłobka, daycare, z terminem przyjęcia na listopad 2014. Najpierw był mój wielki opad szczęki, że tak trudno o opiekę nad dzieckiem do lat 3, a potem wielkie zdziwienie wszystkich, że nam się udało Maćka gdzieś wcisnąć. Szczęście początkującego emigranta?

    Trochę gorzej nam poszło z językiem, a właściwie językami.

    Ma swoje zdanie na temat całej przeprowadzkowej sytuacji, ale skąpi słów zarówno po polsku jak i po angielsku. Potrafi prychnąć, krzyknąć, dać wyraz dezaprobaty.

    Za to mówi Hi i uśmiecha się do ludzi.

    • Mama jeje taktu – Mamo, zaśpiewaj piosenkę o zegarze
    • Tata plo? – Tata pojechał rowerem do pracy?
    • Mama koko – tutaj w zależności od kontekstu i intonacji: Mamo, poproszę jajko sadzone. / Mamo widzisz tego ptaka?
    • Mama kapko? – Poproszę soczek jabłkowy
    • Tak, chluuuuuup.… – Tak, chcę pić wodę

    I jeszcze całe mnóstwo innych, własnych dźwięków.

    Jak ktoś do niego mówi po angielsku, to jest zdziwiony, ale nie boi się.

    Ale co ja tam wiem, sama się boję gadać.

    W dodatku jak tutaj nie zgłupieć, kiedy jest się 2,5 latkiem, całe życie się słyszało, ze psy robią hał, hał, a nagle tutaj wow, wow, świnie chrum chrum, a tutaj oink, oink, no każdy by się pogubił, c’nie?


    Tutaj przeczytasz więcej o pierwszej jesieni w przedszkolu Maciusia


    Krzysiek i Maciek kontra reszta

    Chłopaki na placu zabaw tworzą coś tworzą coś w rodzaju obozu polskiego, i np. utrudniają dostęp innym dzieciom do zabawek. Inne dzieciaki jakby nie istniały. Puszczają hamulce, bywa, że jest jazda bez trzymanki, choć właściwie nie wiem, czy powodem jest przyjazd do Kanady, czy raczej ogólnorozwojowy foch-bunt dwulatka czy siedmiolatka.

    Kanadyjskie dzieci mają od maleńkości wpojone grzeczne zachowanie się i dzielenie, ale nasi chłopcy, wciąż w szoku poprzeprowadzkowym potrafią bardzo emocjonalnie zareagować. I jest klops.

    Z jednej strony zaciekawieni, chętnie by się przyłączyli do zabawy, do dzieci, ale jak już się przyłączą, to wszystko chcieliby tylko dla siebie.

    Jeszcze nie wiem, czy w obecności innych dzieci i ich rodziców mówić do nich po angielsku, czy po polsku, i w rezultacie często mówię po angielsku i zaraz tłumaczę. I o ile Maćkowi jest to obojętne, to Krzysiek zaznacza, że on jest Polakiem i będzie mówił po polsku.


    Te pierwsze kanadyjskie emocje co w tej małej, małej siedzą głowie, pędzą jak szalone, gdzieś tam werbalizują się po drodze, mniej lub bardziej właściwie.

    A ja? A ja staram się działać intuicyjnie, let them be little (pozwolić im być małymi).

    I czekać.

    Rok później jest łatwiej.