Tag: emigracja do Kanady

  • Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

    Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

    #1

    Zacznę od lotu

    Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

    Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

    Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

    [Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

    Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

    Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

    Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

    My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

    I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

    Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

    No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

    I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

    Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

    Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

    [dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]

    Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

    Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

    Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

    Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

    W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

    Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

    Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

    Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

    Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

    Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

    Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

    Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

    Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

    Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

    Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

    Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

    Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

    Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

    Macha ręką i możemy iść.

    Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

    Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

    Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

    Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

    Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

    Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

    To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

    Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

    Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

    Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

    Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

    Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

    Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

    Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!

    #2

    Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

    Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

    Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

    Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

    Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

    Z rzeczy innych:

    1. walizki się odnalazły, jupikajej
    2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
    3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

    Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤

  • 5 rzeczy, o które jestem mądrzejsza po roku w Kanadzie

    Dziś, po roku w Kanadzie i mieszkania w Vancouver, wiem o sobie i o naszej rodzinie więcej. Trochę Ci o tym poopowiadam, dobrze?

    Czuję, jak mi poziom mądrości życiowej się podniósł, z jednoczesnymi wahnięciami szczęścia to w górę, to w dół.

    Najważniejsze: istnieje więcej niż jeden sposób na życie. I żaden nie jest “równiejszy” od innych.

    Myśli nieuczesane o Kanadzie. Czy warto wyjechać? Czy żałujemy?

    Kanada jest najbardziej imigranckim krajem świata. Dzięki imigracji rozwija gospodarkę. Prawo imigracyjne zachęca do łączenia rodzin oraz zaprasza tych, których zawody są potrzebne.

    Mój wyjek wyemigrował do Kanady w latach około stanu wojennego. Czasami myślę, jak jego życie wyglądałby gdyby po porstu mógł się na Kanadę zdecydować. Bez przymusu. Z otwartą furtką na powrót.

    Czy czułby Kanadę inaczej? A Polskę? Który kraj rozumiałby lepiej?

    Kanada często zachęca do wyjazdu kolorowymi stronami internetowymi, miłymi politykami i ogólną atmosferą. Że tam jest jakoś tak normalniej, lepiej, fajniej.

    Po roku mieszkania w Kanadzie wciąż tego nie wiem.

    Ale czuję, że już na zawsze zostaniemi rozdarci na dwa kraje. Choćby decyzje poniosły nas w inne kąty, nie wyplenimy Kanady z nas. I Polski też nie porzucimy.

    No nie da się, i już.

    Co wiem o sobie i naszej rodzinie po roku w Kanadzie?

    1. Mniej rzeczy znaczy więcej wolności.

    Gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, że życie to mieszkanie, praca, kupowanie, bo dzieci potrzebują, bo w domu brak, bo trzeba.

    Przeprowadzka i życie tutaj skutecznie wyleczyło z takiego myślenia.

    Dookoła wciąż mam przykłady ludzi, którzy skądś przybyli i dokądś zmierzają, wzięli rok wolnego, żeby wyjechać do Nowej Zelandii albo Holandii, czy robią wyprzedaż garażową ze względu na wyprowadzkę do Meksyku.

    Ludzie zabierają, co najważniejsze, rzeczy materialne nie trzymają ich na miejscu.

    Nie przywiązują się do nich, pozbywają się ich równie często, jak kupują nowe.

    Stąd pewnie popularność sklepów z używanymi rzeczami.

    Mniej rzeczy to zatem nie tylko więcej wolności, to również recycling, drugie i kolejne życie.

    2. Praca, pomysły, pieniądze, nic nie jest na zawsze. Ani po roku w Kanadzie, ani nawet po dwóch.

    To, co powinno być na zawsze, to odrobina wewnętrznej pokory i przekory. Wobec życia i wobec ludzi.

    Taka postawa sprawiła, że było mi łatwiej i ciekawiej.

    Znam swoje ograniczenia, a jednocześnie jestem wolna i pełna nadziei.

    Bo skoro wczoraj byłam w Polsce i wiodłam poukładane życie, a dziś jestem w Kanadzie, i wciąż się udaje, to nie ma się czego bać. I nie ma na co czekać, ani czego żałować.

    3. Przyjaciele i rodzina – absolutny must have.

    Bardzo ważny jest (nie tylko) emocjonalny system wsparcia.

    Nie ma opcji, żeby się obyć bez ludzi wokoło.

    Czasami, w tych podłych chwilach, kiedy wszystko idzie źle, nawet najodleglejsze wspomnienie pomoże, gdzieś przywołana z zakamarków pamięci moment z rodziną postawi nas do pionu.

    Coś tak drobnego, jak uśmiech sąsiada, doda otuchy w emigracyjnej samotności. 

    Teraz, po roku, mam koleżanki tutaj, nawet coś na kształt kobiecego kręgu. [edit z 2019: od października 2016 prowadzę comiesięczne otwarte spotkania dla Polek w Vancouver. Czekamy tylko na ciebie!]

    Mamy znajomych, takich co to na kawę, albo z kawą podejdą, i co dziecka popilnują też.

    Z drugiej strony niestety przekonałam się na własnej skórze najboleśniej jak dotąd w życiu, że nie wystarczy mówić po polsku, aby się z Polakiem dogadać.

    Prawdziwe i w ojczyźnie, i na obczyźnie.

    I jeszcze jedno: nigdy nie wiesz, kiedy uda ci się spotkać kogoś, z kim da się porozmawiać w innym języku niż angielski i polski. Mi udało się powiedzieć po węgiersku (dwa razy) i po niemiecku (dwa zdania).

    4. Na emigracji zaufaj swoim dzieciom.

    One wiedzą, nie wiem, jakim szóstym zmysłem, ale wiedzą, jak się przystosować, nawet kiedy wokół wszystko, WSZYSTKO jest inne.

    Patrzę na naszych synków i oczom nie wierzę, jak się przez ten rok zmienili, jak wielu rzeczy mnie nauczyli.

    Na emigracji nasza rodzina jest mocniejsza, silniejsza, bardziej siebie słuchamy.

    W końcu przez ten rok mieliśmy tylko siebie, nie rozpraszaliśmy się, było więcej czasu na te najważniejszą relację. Na nas.

    Skutki emigracyjnej decyzji mogą ujawnić się dopiero za czas jakiś. Jakie będą? Się okaże….. ale żalu nie ma i nie będzie.

    Ale jeśli chcesz zminimalizować ryzyko, przeczytaj naszą listę o tym, jak się NIE przygotowywać na emigrację z dziećmi do Kanady.

    i punkt ostatni, bonusowy i z innej beczki:

    5. Dziś wiem, że chodzenie po górach to sport.

    I to wyczynowy. Ale to już chyba wiecie z innych naszych wpisów.

    [update z 2019 ]Łazimy po górach wciąż tak samo zachwyceni! Lubimy zimę w Vancouver i dziękujemy Kanadzie, że nauczyła nas jeździć na nartach!

    A co Ty pamiętasz najlepiej po pierwszym roku swojej emigracji w Kanadzie?

  • If it is not broken, do not fix it it – co ci powie kanadyjski lekarz rodzinny aka lekarz pierwszego kontaktu w kanadzie

    To będzie wpis z cyklu Przychodzi polska baba (z polskim chłopem) do kanadyjskiego doktora i nie wiedzą,czego się spodziewać. Orginał tego wpisu powstał w 2015 roku, ale przejrzałam go i zaktualizowałam w 2019. Daj znać, czy masz jakieś pytania o lekarza w Kanadzie. We wpisie znajdziesz też linki do innych, obszerniejszych artykułów o służbie zdrowia wVancouver.

    Do doktora poszliśmy razem z Kubą, chcąc odhaczyć kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w wakacje 2015, kiedy nasi synowie po raz pierwszy spędzali wakacje w Polsce, z dziadkami.

    Myślimy sobie, trzeba zajrzeć do lekarza, porobić badania krwi, oczy zbadać oraz narząd programisty nadmiernie eksploatowany – rękę.

    Żeby w Kanadzie skorzystać z darmowej (publicznej służby zdrowia), musisz być ubezpieczony. Jak się ubezpieczyć? Sprawdź, bo wymagania zależą od Twojego statusu w Kanadzie oraz od prowincji, w której mieszkasz. Więcej na ten temat pisałam w tekście o kanadyjskiej służbie zdrowia.

    Chcieliśmy sprawdzić, jak będzie nam się rozmawiało z Kanadyjskim lekarzem

    Mamy różne doświadczenia z lekarzami polskimi. Nie ukrywam, prywatne ubezpieczenie medyczne Medicover i Luxmed w Warszawie nas mocno rozpieściło. W latach 2009-2014 łatwo i szybko można było dostać się do przychodni, na specjalistyczne badania.

    Myśleliśmy, że w Vancouver będziemy mogli skorzystać z podobnych “przywilejów pracowniczych”, bo w kontrakcie Kuby (job offer) był zapis o extended medical benefits. Wiemy już, że to nie jest to samo i prywatny abonament w Polsce to coś innego niż dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne oferowane przez kanadyjskich pracodawców.

    Chcieliśmy dać się zbadać kompleksowo, wypadałoby chyba raz do roku, c’nie? Plus oczywiście nasze doświadczenie z kanadyjską służbą zdrowia jest niewielkie, więc trzeba się uczyć.

    Nie możesz w Kanadzie pójść sobie ot tak, do lekarza przyjmującego prywatnie. Albo do punku pobrania (laboratorium). Albo na tomograf komputerowy. Nie ma takiego zwyczaju, jak w Polsce. Że płacisz i masz prywatne zabiegi / badania, podobne do tych w państwowym Narodowym Funduszu Zdrowia.

    Zazwyczaj health card (czyli prowincjonalne ubezpieczenie zdrowotne) nie przysługuje osobom o statusie imigracyjnym innym niż pozwolenie o pracę (work permit), pobyt stały (permanent residency) czy obywatelstwo. Nie zawsze ubezpieczenie przysługuje małżonkowi / partnerowi czy dzieciom osoby ubezpieczonej. Nie jest tak, że kiedy mąż ma pozwolenie o pracę i ubezpieczenie, to jego rodzina dostaje to z automatu. Koniecznie sprawdź, jak to działa w prowincji, do której się wybierasz.

    Załóżmy, że masz taką sytuację, że nie masz ubezpieczenia z prowincji (w Kolumbii Brytyjskiej bedzie to MSP, w Toronto OHIP). A chcesz sobie zbadać krew. Co wtedy?

    Najpierw sprawdź tak orientacyjnie chociaż ceny zabiegów w takich przychodniach. Tutaj masz przykładowy cennik z przychodni Appletree w Ontario, z cenami ważnymi na maj 2020 roku. Sama wizyta, bez żadnych dodatkowych badań, pobrań krwi, etc. kosztuje 85 dolarów.

    Jak wykonać badanie specjalistyczne w Kanadzie, kiedy nie jesteś ubezpieczony?

    1. Idziesz do przychodni, czyli walk-in clinic

      Możesz wybrać dowolną przychodnię. Może być ta najbliżej, lub polecana. A może ta, która ma najkrótszą kolejkę pacjentów danego dnia? Sprawdź w internecie szczegóły.

    2. W recepcji mówisz, że nie masz ubezpieczenia, a potrzebujesz lekarza

      Możesz powiedzieć, że potrzebujesz porady lekarza (family doctor), który da Ci skierowanie na badanie krwi, prześwietlenie, tomograf. Recepcjonistka powie ci, ile to będzie kosztowało.

    3. Zawsze bierz rachunek, potwierdzenie płatności.

      Nawet jesli teraz nie masz ubezpieczenia prowincjonalnego, powinieneś mieć jakieś ubezpieczenie. Może uda się odzyskać część kosztów.

    4. Mówisz lekarzowi rodzinnegu, co potrzebujesz.

      I prosisz np o badania krwi. Jeśli lekarz wystawi skierowanie, to recepcjonistka od razu umówi cię w laboratorium. Lub powie, że zadzwoni do ciebie, kiedy będzie wizyta. Na zelceniu będzie napisane, że nie masz ubezpieczenia (MSP / OHIP coverage).

    5. Idziesz do laboratorium i jeśli to konieczne, znowu do lekarza, z wynikami.

      My korzystaliśmy z Lifelabs, bo mają tam możliwość zobaczenia wyników jak i całej historii. O wszystkim poinformują telefonicznie.

    Jak wybraliśmy kanadyjskiego lekarza pierwszego kontaktu?

    Chciałabym powiedzieć, że z polecenia. Ktoś nam polecił jakiegoś lekarza i do niego poszliśmy. O nienienie, to tak nie działa.

    Po pierwsze, pisząc “kanadyjski lekarz” nie myślę tylko o lekarzu, który jest Kanadyjczykiem. W Vancouver leczą lekarze wielu narodowości, także Polacy. Nie zależało nam specjalnie na lekarzu mówiącym po polsku, ale wiem, że dla wielu pacjentów ta kwetia jest ważna i podnosi ich komfort.

    Pytałam znajomych i nieznajomych o lekarzy rodzinnych, którzy przyjmują w naszej dzielnicy (Mount Pleasant) i przyjmują nowych pacjentów. Dostałam kilka(naście) nazwisk i wierząc, że lepiej pokazać się niż przez telefon prosić, poszłam do większości z tych miejsc. Poszłam i dowiedziałam się, że lekarz nie przyjmuje nowych pacjenów. Nawet z polecenia obecnych pacjentów. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak ważny jest networking w Kanadzie i że to, kogo się zna, bardzo często zdecyduje o jakości życia.

    W 2014 nie było jeszcze grup na Facebooku, na których możnaby zapytać o lekarza, przeczytać opinie z pierwszej ręki, ewentualnie poprosić o szepnięcie dobrego słowa na recepcji, żeby może znalazło się miejsce.

    Koniec końców zdecydowaliśmy, że jedziemy do walk in clinic. To przychodnia, co to już kilka razy w niej byłam.

    Ta przychodnia była najbliżej naszego domu i to zdecydowało. Wtedy nie mieliśmy innego pomysłu do kogo pójść, a wciąż nie mieliśmy doktora pierwszego kontaktu (family doctor).

    Jak próbowaliśmy rozmawiać z kanadyjskim lekarzem o badaniach okresowych.

    Będzie trochę śmiesznie, a trochę nie.

    Zajeżdżamy, fajnie, tylko godzina czekania, no i próbuję wytłumaczyć recepcjonistce z czym ja przyszłam. Że to nie jestem chora ani cierpiąca tylko tak profilaktycznie chcę zobaczyć doktora, ginekologa może (cytologia i te sprawy).

    I co się okazuje?

    • Że po pierwsze to od takich spraw jest lekarz rodzinny, jak nie mam, to ona mi da kontakty do tych co akurat przyjmują nowych pacjentów (fajnie).
    • A po drugie, owszem mogą w tej klinice mnie zbadać też, ale mam się zdecydować na jeden powód wizyty, słownie JEDNĄ dolegliwość. Jak mam dwie, to muszę przyjść na  kolejną wizytę, bo mi ubezpieczenie (Medical Service Plan) tego nie pokrywa. No ok, dziwne, ale ok, ja mówię, że idę po konsultację ginekologiczną, a K. że po zbadanie krwi.

    Dalej będzie o tym, co nam doktor powiedział w gabinecie, ale bez drastycznych szczegółów.

    Zaczął od tego, że on nie jest zwolennikiem badania osób zdrowych, czyli nas, bo  jak się coś znajdzie, to dopiero będziemy mieć problemy.

    Przede wszystkim się zestresujemy niepotrzebnie, a poza tym bank nam nie da kredytu na mieszkanie, albo polisy na życie, bo już będziemy mieć w medycznych papierach, że coś nam zdrowie szwankuje. No i w ogóle, twierdzi, jak się szuka, to się znajdzie, a po co? Lepiej się nie przejmować, lepiej nie naprawiać czegoś, co popsute nie jest (vide tytuł posta). Moja reakcja –  SZOK. Pytam o profilaktykę, o badania przesiewowe, o standardy. I co się okazuje? Że w Kolumbii Brytyjskiej sytuacja wygląda inaczej niż bym to sobie wyobrażała. Na przykład – nie robią kobietą USG piersi (podobno szkodliwe). Aha, no a jak to się ma do tych wszystkich różowo-wstążkowych marszów i nawoływania do zwiększenia świadomości na temat raka piersi? No nijak się ma, nie ma takich badań i już.

    Dalej w temacie kobiecych badań – cytologia owszem jest , co roku, a w takim np. Ontario podobno rzadziej (słowa lekarza).

    Kiwa głową ze zrozumieniem i tłumaczy, że muszę zweryfikować swoje oczekiwania wobec tutejszej służby zdrowia, bo oni co i rusz mają jakieś audyty, a za zlecanie badań zdrowym ludziom dostają po łapkach.

    OK, to może chociaż tabletki dostanę? I tu pozytywne zaskoczenie – są refundowane częściowo, jupikajej (w Polsce chyba nadal nie są?).

    Co do badań męskich, się nie będę rozwodzić, Kuba dostał skierowania gdzie trzeba, więc się zbada. P0 raz kolejny się przekonaliśmy, że służba zdrowia działa tutaj na innych zasadach, nie piszę specjalnie  gorszych – lepszych, tylko innych, trzeba się przyzwyczaić.

    Podsumowując tę scenkę rodzajową dzisiejszą, chcę napisać o naszych przemyśleniach już po wyjściu od doktora (skąd inąd miły był i powiedział, że Polacy robią najlepszą kapustę na świecie i że on nie tyka nawet kijem bigosu przygotowanego przez nie-Polaka).

    ✔ wpis – poradnik o służbie zdrowia → KLIK

    ✔ wpis – o kanadyjskim dentyście → KLIK


    Rozmawialiśmy sobie z K., że w sumie takie podejście –  zostawmy jak jest, póki nie jest zepsute (albo chore) – już kilka razy dało nam się zauważyć w kontaktach z Kanadyjczykami.

    Weźmy na przykład sprawę naszej pralki. Właścicielka mieszkania jeszcze we wrześniu mówiła, że pralkę nam wymienią. Dawaliśmy znać, że głośno chodzi, że jakieś tam elementy powyginane są, ale temat się urwał, powiedziała: skoro pracuje, to niech będzie. No i proszę ze trzy tygodnie temu, K. daje jej znać, ze pralka cieknie. Nie mija nawet tydzień, kiedy podłoga w sypialni przylegającej do łazienki puchnie. A kulminacją był nocny alarm pożarowy, który zerwał WSZYSTKICH mieszkańców z łóżek o 2 nad ranem. Staliśmy sobie wszyscy na ulicy (dobrze, ze ciepło było), koło wozów strażackich i słyszymy, że alarm spowodowało spięcie instalacji elektrycznej, na którą skądś kapała woda. Aha, no możecie się domyślić, co nam przyszło do głowy – yeap, pralka zawiniła. No i teraz właścicielka mieszkania ma ze trzy razy większy (i kosztowniejszy) problem niż gdyby nam tę  18letnią pralkę wymieniła zeszłej jesieni. No ale nie chciała, bo przecież pralka działała.

    Więc jak działa, to nie ruszać.

    W pracy też to mamy – proces jest do dupy, ale nikogo nie interesuje, żeby go usprawnić, żeby życie ułatwić. Działało tak zawsze, zostawmy, aż się nie wywali. A wywali się NA PEWNO, i wtedy dopiero będzie.

    No więc tak, refleksją się podzieliłam. Zdrówka!

  • Kanadyjski żłobek Maćka i szkoła Krzysia – pierwsze wrażenie

    Ten post przeszedł niejeden lifting. A wszystko po to, że wracając do tamtych chwil, do tamtych emocji, nie potrafiłam się powstrzymać, żeby za każdym razem czegoś nie dodać/ująć,  czy inaczej sformułować.

    Ale tak to już jest z emocjami..

    Jeśli szukasz informacji o tym, jak dzieci polskie czują się w kanadyjskiej placówce tuż po przeprowadzce do kraju klonowego liścia, to dobrze trafiłeś. Sporo emocji i trochę faktów, czyli jak wyglądał nasz kanadyjski żłobek i szkoła na początku życia w Vancouver.

    Pierwsze dni w kanadyjskim żłobku Maćka

    Ciężko jest mi znaleźć odpowiednik polski daycare, bo to nie jest do końca przedszkole, ani do końca żłobek, ani tym bardziej przechowalnia dzieci. Albo punkt opieki, chociaż to trochę dziwnie brzmi.

    Maciek chodził do St. Michael Daycare (znalazłam taką stronę internetową, ale od razu napiszę, że jest nieaktualna niestety).

    • Na początek na trzy godziny dziennie, od 9 do 12.
    • Po jakimś czasie zostawał na drzemkę i wtedy był odbierany o 15.
    • Kiedy zaczęłam pracę, mogłam go odbierać najwcześniej o 16:30. Punkt opieki otwarty jest do 17:30.
    • Zaczął chodzić do daycare w listopadzie 2014, ja poszłam do pracy na cały etat w marcu 2015.

    Pierwsze trzy godziny beze mnie, w kanadyjskim daycare, przypadły na listopad 2014. Nawet mu się podobało, zjadł dwie miski zupy, po odebraniu z daycare był przejęty i opowiadał po swojemu.

    Niestety, następne tygodnie nie były już takie różowe – było niezadowolenie, że go zostawiam. Ale myślę, że to akurat nie wina kanadyjskiej placówki, tylko po prostu, taki etap.

    Standardowa tęsknota za mną, z rana, trwała przez dobre dwa miesiące.

    Nie będę ściemniać, lekko nie było.

    A przecież w daycare jest ciekawie!

    • Dyrektorką jest Dana, Czeszka z pochodzenia, która do Maćka mówi: nie płacz chłopcziku.
    • Dzieci różnie mówią po angielsku, są takie co tak jak Maciek, dopiero się uczą.
    • Wszystkie bawią się razem, niezależnie od wieku, a nie tak, jak w Polsce, że maluchy z maluchami, a starszaki w drugiej turze dopiero.

    Dyrektorka mówi, że w swojej 40 letniej praktyce miała wiele dzieci, które nie mówiły i były w podobnej sytuacji, co my – nowe środowisko, nowy język. I że wszystko się wyrównało, uspokoiło z czasem.

    Powinnam się nie martwić, ale się martwię.

    Czas pokaże, że Dana miała rację.


    Pierwsze dni w szkole kanadyjskiej Krzysia

    Krzysiek poszedł do drugiej klasy szkoły podstawowej Mount Pleasant Elementary. Ponieważ był strajk nauczycieli, rok szkolny zaczął się pod koniec września 2014.

    Pierwszego dnia szkoły 22.09.2014

    Tiaaa, siła przyzwyczajenia jest jednak ogromna.

    Nasz pierwszy dzień szkoły zaczęliśmy po polsku, czyli od wymaganej szkolnej elegancji (koszula plus czarne spodnie) i pokrzykiwania rano, że oczywiście nie zdążymy.
    Choć coś mi mówiło, że pierwszy dzień szkoły w Vancouver będzie wyglądał inaczej niż w Warszawie. No i wyglądał, ZUPEŁNIE INACZEJ.

    Nauczyciele, rodzice i uczniowie wyglądali za to zupełnie zwyczajnie, codzienne stroje, żadnego spięcia, punktualnie owszem (w Kanadzie wszyscy są bardzo punktualni), ale bez nerwowego dreptania po korytarzu.

    Po przyjściu uczniowie, którzy do szkoły uczęszczali już w zeszłym roku, kierowali się do swoich nauczycieli. Nauczyciele pozdrawiali i ściskali. Rodziców zresztą też ściskali, wszyscy się ściskali jak starzy znajomi 🙂

    Po szkole chodziła uśmiechnięta dyrektorka i inne princypaly, dyrka była w żółtej bluzce, kwiecistej spódnicy i klapkach, także tyle w temacie szkolnej elegancji i mundurka.

    Apelu żadnego nie ma, powitania przez ministra czy czegoś takiego. Byli też wolontariusze z sąsiedztwa, którzy często w takich sytuacjach pomagają odnaleźć się nowicjuszom takim jak my.

    Krzyś został skierowany do drugiej klasy.

    Pierwszego dnia szkoła trwała całą jedną godzinę. Zapytałam wychowawczynię (Ms. Harris, uczy też WF), czy mogę zostać na korytarzu,żeby jakby co, i popatrytwałam ponad regałami.

    Widziałam, że Krzysiowi było bardzo ciężko, łezki się zakręciły, nie chciał wziąć żadnej książki, bo mówił, że i tak nie zrozumie. Inni chłopcy podpatrywali z zaciekawieniem, jeden zagadywał, ale Kris siedział z ponurą miną.

    Początki nie są łatwe, będziemy się starać.

    Podczas tej jednej godziny dzieciaki:

    • czytały każdy swoją książkę (Krzyś nie czytał),
    • rozwiązywały zadania z matematyki pod kreską (Krzyś rozwiązał obie strony kartki),
    • zbierały swoje prace zeszłoroczne i opróżniały szafki na ten rok (siłą rzeczy Krzyś niewiele robił),
    • słuchały nauczyciela siedząc na dywanie w kółeczku i śpiewały.

    Ciekawe doświadczenie, ale na fali buntu Krzysiek mówi, że on woli takie normalne wkuwanie, lekcja po lekcji. Hehehe, zapytam go za trzy miesiące.

    Nic nie wiem o podręcznikach, zeszytach, przyborach, nie znam jego planu lekcji, wiem, że od jutra mają zajęcia od 9 do 15, że stołówka ruszy od czwartku, więc musi wziąć ze sobą lunch bez orzechów, i że na lunch będą mieli prawie 45 minut, więc od biedy da radę podbiec do domu, zjeść i wrócić, choć wolałabym, żeby w tym czasie łapał kontakt z dziećmi, zobaczymy jak będzie.


    Marzenia matki-emigrantki mam, takie cichutkie, żeby nie zapeszyć:

    • Jak bardzo chciałabym,  żeby już był czas przyszły, jakieś trzy miesiące do przodu.
    • Żeby mu było łatwiej, żeby nie pytał drżącym głosem: Mamo, a co jak mi się nie uda?
    • Żebym mogła go tak wspierać bardziej na miękko, a mniej po żołniersku.
    • Żeby miał kolegów.

    Drugiego dnia szkoły okazało się:

    • że panie nauczycielki są dwie;
    • że nic się do szkoły nie przynosi, tylko płaci się 25$ i jest wszystko, książki, zeszyty, farbki, etc.;
    • że od rana jest śniadanie, płacisz ile możesz, np 0,25$ i w stołówce możesz zjeść kanapkę z dzieckiem , z jego kolegami i z nauczycielami;
    • że brak ścian i zamkniętych klas to tzw. open school concept. Jest niewiele ścian, cała przestrzeń szkoły została podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
    • że dzieci wychodzą na każdej przerwie (a jest ich dwie), chyba że leje, tzn. LEJE, ale nawet wtedy kurtki są w odwrocie.

    Kolejne dni w szkole pokazały, że Krzyś nie chce mówić po angielsku, tzn. w domu owszem i chętnie, nas się pyta, do siebie mówi, JA WIEM, że potrafi zapytać i odpowiedzieć w prostych słowach. Ale w szkole niechętnie się odzywa.

    Mama dziewczynki, siedzącej przy jego stoliku, zapytała się mnie, czy to ja jestem mamą tego chłopca, co tak nic nie mówi i czy mogą jakoś pomóc (miłe to było).

    Krzysiek nie mówi, bo nie chce, a nie bo nie rozumie. Tak ja to widzę po trzech tygodniach szkoły.

    Stąd wraz z nauczycielką wymyślamy mu zachętę w postaci zbierania wyrazów/zdań angielskich – w zeszycie odnotowuje, ile i co powiedział po angielsku, dostaje naklejki i zbiera punkciki.

    Trochę słabe jest to, że ja to wymyśliłam (miałam nadzieję, że nauczycielki wykażą się większą kreatywnością i doświadczeniem w pracy z takimi dziećmi).

    Czuję się bardzo pedagogicznie niepewna w te klocki, działam bardziej intuicją, niż rzeczywistą wiedzą, jak uczyć własne dziecko języka.

    Dobrze, że Krzysiek lubi pracę w książeczkach – kupiliśmy trochę i w domu sobie codziennie robimy po kilka stron, głównie English (angielski) i Math (matema).

    Codziennie inna literka sponsoruje dzień – pamiętacie to ze starej dobrej Ulicy Sezamkowej? Ulicę też oglądamy, nie zdawałam sobie sprawy jaka jest fajna w nauczaniu angielskiego.

    Emocje szkolne i strach pierwszego dnia, związany z niezrozumieniem Angielskiego różnie się objawia.

    • Krzysiek potrafi się położyć na dywanie i udać, że śpi. I teraz nie wiem, czy on to robi bo: czuje się bezpiecznie i sobie pozwala na więcej, czy właśnie odwrotnie, czuje się niepwenie, chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę?
    • Nauczycielka zwróciła nam uwagę, że Krzyś nie patrzy w oczy podczas rozmowy. I się oblizuje. No, zwłaszcza ten jęzor wywalony to oznaka braku szacunku.
    • Jednak są dni, kiedy Krzysiek mówi: Mamo, ale ja już rozmawiam z wszystkimi kolegami po angielsku.

    I takich dni będzie coraz więcej, prawda?


    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała wątpliwości, czy są szczęśliwi.

     Często na chodzi mnie ta myśl, co powiedzą za kilka lat. Czy będą źli, że wyjechaliśmy z Polski? Czy będą wiedzieli, kim są?

    I czy od tego zależy och szczęście?


     Przeczytaj więcej o dziecięcych emocjach z początków emigracji

  • 6 zdziwień w kanadyjskiej szkole

    6 zdziwień w kanadyjskiej szkole

    Nasi synowie chodzili do szkoły w Kanadzie w latach 2014-2020. Czyli całkiem spory kawał edukacji podstawowej spędzili wśród Kanadyjczyków. Zanim wyjechaliśmy do Vancouver, Krzysiek skończył pierwszą klasę w państwowej szkole muzycznej w Warszawie. Dla Maćka podstawówka kanadyjska jest pierwszym doświadczeniem szkolnym.

    Poniżej przeczytasz notatki, które pisałam na gorąco, na jesieni 2014, kiedy z wielkimi oczami uczyłam się, jak działa szkoła w Vancouver.  Połączyłam te moje zdziwki, a właściwie zaskoczenia. Większość z nich to zaskoczenia na plus, więc mam nadzieję, że Cię nie przestraszę. Chcę pokazać Ci, czym szkoła kanadyjska różni się od polskiej.

    Dostałam też kilka słów o naszej obecnej edukacji – rok szkolny 2020 / 2021 chłopaki spędzają w polskiej szkole rejonowej w Lubuskiem.

    Lista moich 6 nieoczywistych kanadyjskich szkolnych zdziwień.

    Możesz przeczytać je wszystki, jak leci, co polecam. Lub przejść od razu do punktu, który Cię interesuje najbardziej:

    Obowiązkowe szkolenie o tym, co robić, jak jest trzęsienie ziemi.

    Na wypadek trzęsienia ziemi komponujemy dla Krzyśka mały zestaw – zalecenie ze szkoły; wszyscy uczniowie mają przygotować kilka rzeczy, gdyby przyszło do trzęsienia ziemi podczas zajęć lekcyjnych.

    W zamkniętej torebce foliowej powininno się znaleźć

    1. list od rodziców do dziecka,
    2. dane kontaktowe (Bartek, wpisaliśmy Twoją komórkę jako kontakt spoza regionu Vancouver, więc be prepared),
    3. jakąś rzecz, która pozwoli dziecku przetrwać czas do momentu, kiedy rodzice je odbiorą (według poniższej kartki, czas oczekiwania to do 72h, zapakowaliśmy mu klocki LEGO, co tam puszki z jedzeniem!)
    4. zdjęcia rodzinne,
    5. lekarstwa – od nas nic,
    6. powyższe rzeczy zostają w szkole, raz w roku można je wymienić.

    A może nie wiesz, że Vancouver, to jedno z najpiękniejszych miast świata, może się zatrząść? Może, może.

    Ale jakby co, my mieszkamy trochę wyżej i dalej od samego wybrzeża, więc pierwsza fala tsunami może zatrzymać się na megaśnych wieżowcach Wioski Olimpijskiej tuż nad zatoką English Bay.

    Komentarz Krzyśka po szkoleniu:

    Mamo, schowaliśmy się wszyscy pod ławki, bo jakby cegły spadały, to na biurka, a nie na głowy. Te biurka są bardzo mocne.

    [uff, lżej matce się zrobiło]

    Mała lekcja demokracji-negocjacji Canadian style.

    Któregoś dnia idę do szkoły z Maćkiem odebrać Krzysia.

    Na korytarzu siedzi dwóch naburmuszonych starszych uczniów i dwoje nauczycieli. Najpierw myślałam, że to rodzice tych uczniów, ale nie, to nauczyciele.

    Dlaczego myślałam, że to rodzice? No właśnie, dlaczego? Może dlatego, że siedzieli pomiędzy uczniami, blisko, na podłodze prawie. Może dlatego, że spoglądali z życzliwością, jakby to były ich własne dzieci?

    Zero wyższość, zero rezerwy, zero patrzenia z tak typowej pozycji nauczyciela, który jest panem szkoły.

    Przechodziliśmy obok, i usłyszeliśmy, jak jeden z nauczycieli powiedział spokojnie do dzieciaków: Nie musicie się lubić, ale musicie się szanować. 

    Żadnego tam w stylu: cisza uczniowie, rozejść się i nie bić na przerwie !

    Ale ja mam pewnie spaczone pojęcie, bo za dużo czytaliśmy Mikołajka i teraz wszędzie widzę oka. Tfu, Rosoła.

    (Nie)pełnosprawni koledzy w klasie / grupie.

    Zarówno w klasie Krzyśka jak i w grupie Maciusia są dzieci niepełnosprawne.

    U Krzysia jest dziewczynka, która porusza się z pomocą balkonika, ma coś w rodzaju przenośnej pompy/kroplówki i specjalne krzesełko w klasie. Poza tym zawsze jest z nią dodatkowa osoba, a to nauczyciel, częściej wolontariusz, taki co to ledwo szkołę skończył, albo i jeszcze nie. Dziewczynka zawsze się do mnie pierwsza uśmiecha.

    Jakoś tak na początku roku Krzysiek przyniósł prośbę od nauczycieli, czy rodzice dzieci z klasy wyrażają zgodę, żeby dziewczynka nagrywała swoich kolegów (robiła im zdjęcia) i później odtwarzała to sobie na Ipadzie. Że takie ćwiczenie jest wpisane w jej program nauki, ale ze względu na ochronę danych osobowych potrzebna jest zgoda i czy nam to nie przeszkadza. Oczywiście, że nie przeszkadza, niech się uczy na zdrowie.

    U Maciusia z kolei jest chłopiec z niedorozwojem ręki, zawsze bardzo roześmiany i pozdrawiający wszystkich. Z tego co wiem, przedszkole Maćka może mieć do dwójki dzieci, które wymagają specjalnej opieki, takich właśnie jak ten chłopiec.

    Ani klasa Krzyśka ani grupa Maćka nie są nigdzie wykazywane jako integracyjne.

    Ot, po prostu niektóre dzieci potrzebują pomocy przy angielskim, bo dopiero co przyjechały do Kanady, inne przy matematyce, a jeszcze inne, żeby im ktoś zatemperował fioletową kredkę.

    Wszyscy są pełnosprawni, mogą huśtać się na śmiesznych huśtawkach w parku, jeździć windą w każdym budynku i wsiadać do każdego autobusu, a nie tylko tych niskopodłogowych.

    Da się? Da się!

    Przyjemna wywiadówka

    Nie znam żadnego rodzica, który by lubił wywiadówki. Polskie wywiadówki, dodam.

    Mimo szczytnej i potrzebnej misji, okazji, żeby porozmawiać o swoim dziecku przedszkolno-szkolnym z nauczycielami, jakoś tak te wywiadówki nie za bardzo podchodziły. Strata czasu znaczy się.

    Bo jak porozmawiać na spokojnie o dziecku i jego celach, wynikach, siedząc przez 40 minut z innymi nieszczęsnymi rodzicami na mini krzesełkach w przegrzanej klasie, popołudniową porą, kiedy na złamanie karku pędziłaś z pracy, żeby zdążyć na określoną godzinę, żeby nie podpaść.

    No nie da się. Więc nie, za wywiadówki dziękuję.

    W Vancouver rolę szkolnej wywiadówki spełniają konferencje (conferences).

    Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwoma rodzajami: student-led conference (rozmowa, w której dziecko ma głos wiodący), oraz parent-teacher-conference (taka bardziej podobna do polskiej wywiadówki, model odchodzący powoli do lamusa).

    Przede wszystkim różnica jest taka, że dla mnie kanadyjska wywiadówka, zwłaszcza ta student-led, to jest ZAPROSZENIE do rozmowy, a nie NAKAZ rozmowy o moim dziecku.

    Dyrektor przysyła mi odpowiednio wcześniej informację, że będzie konferencja, że będzie trwała przez dwa dni. Nauczyciel dziecka umawia się ze mną na określoną godzinę, a nie nakazuje mi z góry, żeby być wtedy i wtedy, a jak nie, to po łapkach.

    Na wywiadówce jest obecne dziecko, ba, ono się do tej wywiadówki przygotowuje!

    W końcu będzie ją prowadzić i w końcu to o dziecko w tym wszystkim chodzi. Nic o nas bez nas!

    Jest jeszcze jeden praktyczny aspekt uczestniczenia dzieci w wywiadówce – część rodziców nie mówi po angielsku, więc dziecko służy za tłumacza. Od razu nauczyciel ma więcej mobilizacji, żeby odpowiednio dobierać słowa rozmawiając z rodzicem, a nie tylko ochrzan, że syn nie robi zadania na czas, a w ogóle to córka ciągle gada na lekcji i przeszkadza. Się nauczyciel wysili, coś miłego powie, bez negatywów, to dziecko z chęcią przetłumaczy swojej mamie 😀

    Przykładowa wywiadówka u Krzyśka – dzień przed, po południu, mówi mi, że w szkole przygotował sobie odpowiedź na trzy pytania:

    • w czym jest mocny?
    • nad czym musi popracować?
    • i czy przestrzega reguł w klasie.

    Krzysia odpowiedzi to kolejno:

    • math &  Lego building (matema i budowanie z Lego),
    • wriding (pisownia oryginalna, chodziło oczywiście o writing – pisanie, czyli, że nad pisaniem musi popracować; hehehe),
    • a co do reguł, to wybrał odpowiedź, że postępuje według nich czasami (sometimes).

    Później, na wywiadówce, siedzimy sobie we trójkę nad tą kartką, a Krzysiek nam opowiada, dlaczego takie odpowiedzi wybrał.

    Rozmawiam  z nauczycielką i owszem ma zastrzeżenia, nie jest tak, że super lukier tylko, ale patrz punkt wyżej, jej język, jej słowa są odpowiednio dobrane tak, żeby Krzysiek nie czuł się źle.

    Skoro K. nie do końca radzi sobie z wypowiedzią na forum klasy dłuższą niż zdanie, wymyślamy z nauczycielką, co możemy zrobić. Że np. my, czyli rodzice, będziemy z nim w niedzielę wieczorem ćwiczyć trzy zdania, które może powiedzieć przed wszystkimi w poniedziałek rano, trzy zdania o tym, co robił w weekend. Żeby go zachęcić do publicznego mówienia.

    Cała rozmowa trwała 10 minut. Dobra nasza. Krzysiek zadowolony z wywiadówki, ja jako rodzic zachęcona, zmotywowana. Nauczyciel jako równy partner w rozmowie dla mnie i dla syna, szacunek pełen. Potem Krzysiek pokazywał mi jeszcze klasę, książki, zeszyty, można było porozmawiać z innymi rodzicami.

    Tyle. Tak to wyglądało. Niezobowiązująco, bez zadęcia, bez przymusu. Na poważnie, a bez sztucznego kreowania podziału ja-nauczyciel WIEM, a ty-rodzicu SŁUCHAJ.

    Wywiadówka to chyba najprzyjemniejsza pogawędka jaką miałam z kanadyjską nauczycielką. Ciekawe, jaka będzie matura?

    Zapytałam na Facebooku i Instagramie, jakie są Wasze doświadczenia z wywiadówkami w Polsce i w Kanadzie.

    Kaśka opisała wnioski ogólne ze spotkań wszelakich:

    1. Ludzie nie potrafią ani prowadzić zebrań ani w nich uczestniczyć
    2. Nie stosują żadnych metod prowadzenia dyskusji, facylitacji, glosowania – nic nic nic.
    3. Grupa 20 – 30 osób jest trudna do ogarnięcia ale to jest wykonalne.
    4. Ludzie w większości, zarówno rodzice, jak i nauczyciele nie potrafią jasno i zwięźle formułować pytań, odpowiedzi ani podsumowywać wniosków. Dlatego spotkania tyle trwają i wszyscy są na nich wkurzeni.
    5. Prowadzący nie potrafią przełamać lodów, rozpocząć zebrania czymś co ociepli atmosferę, zwlaszcza w nowej grupie.
    6. Sam układ – rodzice w ławkach, pani pod tablicą (z dyrektorem bylo jeszcze lepiej – on na scenie, my na widowni!) upupia. Każdy się znowu czuje jak uczniak….także tak, to nie na moje nerwy

    Dla Agnieszki ważne jest, że w Kanadzie nauczyciel dzwoni na poczatku wrzesnia i po prostu rozmawia o dziecku. Pyta o mocne strony, rzeczy, ktore przychodza mu trudniej. Bardzo sobie cenie taka rozmowę. (…) przedstawienie się nauczyciela uważam za miłe

    Professional Development Day czyli nauczyciele się uczą, jak uczyć, kiedy dzieci się nie uczą!

    Co miesiąc jeden dzień jest taki, zwykle ruchomy i często w innych dniach dla różnych obwodów szkolnych. Jak nie ma szkoły, to dzieci się nie nudzą, bo mogą zostać w  klubach, na zajęciach, lub też z rodzicami, o ile ci dysponują jeszcze odpowiednio dużą liczbą wolnych dni  (nie ma tutaj ustawowych dwóch dni “na dziecko”).

    Mam mieszane uczucia, co do tych wolnych dni. W takim sensie, że nie wiem, czy jestem na tak, czy na nie.

    Na pierwszy rzut oka dni wolne wydają się problematyczne, bo dzieciom trzeba zapewnić opiekę. Żeby tylko opiekę! Rozrywki trzeba zapewnić, pizzę, wyjścia na basen, albo chociaż na spacer, ale jak tu iść na spacer, kiedy deszcz leje się ciurkiem. Poza tym każdy rodzic wie, że jedna rozrywka nie wystarczy, zaraz będzie apetyt na więcej. A wdzięczności po i tak nie ma żadnej, bo na basenie zawsze byliśmy za krótko, albo nie było hot dogów w bufecie, albo mamo, ja wcale nie lubię łyżew!

    Dzień wymagający, żeby się zorganizować rodzinnie.

    W klubie można dziecko zostawić, owszem, za dodatkową opłatą. Te ciekawsze zajęcia i całodniową opiekę na wolne dni rezerwuje się jeszcze przed początkiem roku szkolnego, kiedy tylko kuratorium publikuje kalendarz Professional  Development Days, bo interesujące programy i znane miejscówki rozchodzą się jak świeże bułeczki.

    Potem rodzic, który z dzieckiem dnia spędzić nie może pozostaje jedynie na łasce

    • a) babci (odpada u nas, chyba, żeby przez Skypa pilnowała),
    • b) klubów- przechowalni, gdzie zawsze jest miejsce (a dlaczego tam zawsze jest miejsce, to już można sobie samemu wywnioskować). Więc nieteges.

    Najlepiej jest tak sobie zaplanować Pro-D days, żeby powstał długi weekend. Tak nam się udało z wrześniowym dniem wolnym w 2016 i pojechaliśmy wtedy do Okanagan.

    Można też zrobić sobie wtedy maintenance day (och, uwielbiam to określenie, dzięki Dorota za podsunięcie tego wspaniałego pomysłu). Dzień roboczy potrzebny jest właściwie ciągle, ale jakoś rzadko ląduje w kalendarzu.

    A podczas Pro-D Day można na przykład załatwić wszystkie zaległe wizyty u lekarza. Albo z dzieckiem łazienkę umyć, niech wie, że samo się nie sprzątnie. Ewentualnie umówić się na playdate, czyli wspólną zabawę pod nadzorem jednych albo drugich rodziców. Przeczytaj w tym poście, jak zorganizować kanadyjskie playdate i nie zwariować.

    Jak każdy inny dzień, i Pro-D day w końcu mija. I wtedy jedynie wakacji szkolnych się boję.

    Tego najbardziej mi brak w kanadyjskiej szkole – stołówka!

    Katering, stołówka, dieta żłobkowa, przedszkolna, parówki i danonki, czyli ogólnie co (nie)jedzą dzieci. Zwłaszcza w szkole.

    Zaraz po : Co było w szkole? jest Co było na obiad? Czy zjadłeś na obiad jakieś warzywko? 

    Co wiemy o jedzeniu w kanadyjskiej podstawówce?

    Najpierw, jak to w Polsce wyglądało:

    Z Krzyśkiem i jego jedzeniem przerabialiśmy już chyba wszystko, np naleśniki z sosem truskawkowym w środku zimy.

    W szkole muzycznej w Warszawie na obiady szkolne chodziła cała klasa Krzysia, około południa. Posiłki były w stylu polskim, czyli zupa, drugie danie, soczek w kartoniku, różniące się detalami. Ogólnie Krzysiek coś tam zjadał. Cena za obiad – 6 zł. Płatność za wszystkie obiady w miesiącu z góry, ALE niewykorzystane dni można było odjąć od kwoty za następny miesiąc.

    W Vancouver trzeba co miesiąc potwierdzać chęć uczestniczenia w programie lunchowym, a menu jest znane z góry.

    Płaci się czekiem albo gotówką całość (można poprosić o obniżenie płatności, ze względu na niski dochód). Dzieci idą do stołówki i część je lunch przyniesiony z domu, a inne jedzą w tym samym czasie lunch z okienka. Ponieważ chcieliśmy, żeby Kris jadł coś ciepłego, też zapisaliśmy go na obiady.

    Moje wielkie rozczarowanie – dzieciaki nie mogą kupować sobie lunchu same. Kiedy myślę o jedzeniu w kanadyjskiej podstawówce, to jedno z pierwszych skojarzeń.

    W każdym amerykańskim filmie rodzice mówią : masz tutaj 5 baksów na lunch, a tu kicha.
    Byłoby to super rozwiązanie dla nas, bo Krzysiek dostawałby 4 CAD, szedł do stołówki i na miejscu decydował co zje. I nie trzeba by płacić za cały miesiąc. Na razie na pewno zjada pizze, hot dogi, burgery i rosół, wszystko inne bleee.

    A do obiadu jest mleko, a nie soczek. W wielu miejscach spotkaliśmy się z tym, że do zestawów dziecięcych (nie tylko śniadaniowych) jest dodawane mleko, zwykłe lub smakowe.

    Na zdjęciu menu miesięczne: sporo makaronu/ryżu z różnymi sosami, który wybitnie Krisowi nie podchodzi.

    W szkole nie ma sklepiku ze słodyczami, nie ma też sklepu w pobliżu szkoły, więc dzieci nie wydają ciężko zarobionych dolarów od rodziców na słodycze :).

    Częścią programu lunchowego jest również przekąska.

    W każdej klasie leży codziennie coś nowego do przegryzienia, a to jabłka, a to seler naciowy, albo krakersy, dla wszystkich dzieci, żeby żadne nie czuło się głodne. Nauczycielka Krzysia powiedziała mi wczoraj, że w następnym tygodniu przywiezie jabłka z gospodarstwa swojej siostry ?

    Ponad to jest jeszcze breakfast program, czyli wspólne śniadanie o 8:45.

    Nauczyciele, dzieci i rodzice mogą się spotkać na stołówce i zjeść kanapkę za symboliczną opłatą (dla dziecka chyba mniej niż 1$)

    Kilka słów dopisanych w 2020 roku

    Ten post napisałam w pierwszym roku naszego pobytu w Kanadzie, kiedy do szkoły chodził tylko starszy syn, Krzyś. Kilka lat później jesteśmy w Polsce i do polskiej szkoły rejonowej chodzi także Maciek, do drugiej klasy. Sporym plusem obecnej szkoły jest stołówka, na której kompot “smakuje jak w Ikea, mamo!”.

    Wywiadówki na razie wyglądają trochę tak, jak je pamiętam z czasów “przed Kanadą”. A trochę inaczej – w sumie zależy od nauczyciela. Wychowawczyni Maćka jest przemiła, wychowaczyni Krzyśka jeszcze nie poznałam. Wierzę, że dobro dzieci jest dla nich ważne i widzę starania, żeby naszych kanadyjskich chłopaków oswoić i włączyć w polski system.

    W 2020 mało piszę dłuższych tekstów o szkole na blogu, ale często relacjonuję na mediach społecznościowych, jak to w Polsce wygląda. Chłopaki uczą się też w kanadyjskiej szkole online, więc jeśli temat Cię interesuje, to dołącz do nas na Instagramie.

    Masz pytanie? Zadaj je w komentarzu! A może odpowiedź znajdziesz w innych postach o szkole i przedszkolu w Vancouver? Całą listę znajdziesz tutaj:

  • Pierwszy lot do Kanady czyli podróż matki polki przez ocean

    Olaboga, lecę z chłopakami do męża, daleko, daleko, za wielką wodę. Łatwo nie będzie. Kuba już od miesiąca w Vancouver, przyszedł czas na mnie i Krzysia (lat 7) i Maćka (lat 2,5)

    Poniżej przeczytacie, jak wyglądał nasz pierwszy lot do Kanady.

    Uprzedzamy co wrażliwszych – są momenty!

    Na początku hahaha, nie było biletu dla Maćka, jakoś go pracodawca Kuby, który nam fundował biletu, posadził mi na kolanach, czyli nie przewidział osobnego biletu. Ale uff, udało się na kilka dni przed wylotem pomyłkę naprawić.

    Kilka słów o naszym wylocie z Warszawy, z Okęcia. W punktach.

    • Personel naziemny zgodził się bez extra kosztów nadać gitarę Krzysia, jupikajej, A wcześniej dzwoniłam do centrum Lufthansy, gdzie mi powiedzieli, że gitara może lecieć, jeśli kupię na nią bilet, ale niech się nie martwię, bo potrzebny jest tylko sam  bilet, bez podatków (sic!);
    • Na Okęciu postawili wielki autobus ku uciesze małych podróżników, oraz jest strefa wi-fi, więc przez 1 h kiedy czekaliśmy na onboarding, chłopcy mieli co robić.
    • Żadna nowość, bo każdy wie, że na lotnisku jest drogo, no ale żeby za małą butelkę wody 8 PLN? I weź tu wytłumacz dzieciom, ze muszą się ograniczać z piciem, a oczywiście wnosić napojów ze sobą nie można przez kontrolę celną. A potem wody nie było wcale więcej, o czym przeczytacie poniżej;
    • Z trzema walizami i pomniejszym bagażem dałam radę tylko dlatego, że Mama – Teściowa była z nami, więc proś o pomoc, kogo się da;
    • na samym początku personel Lufthansy kazał nam się odprawić online, jak mówię, że mam dwie rezerwacje, i się online nie da, bo wyskakują inne miejsca, a musimy siedzieć razem, to pozwolili mi się odprawić przy okienku. I tak dali nam osobne miejsca, więc musiałam poprosić o przysługę podróżnych i pozamieniać się miejscami już w samolocie;
    • we Frankfurcie szliśmy cały czas za znakami, przysięgam, a i tak wyprowadziło nas do hali przylotów, więc musieliśmy OD NOWA przejść całą procedurę onboarding (oczywiście Maciek zdążył zasnąć i jak się domyślacie, nie był zachwycony, kiedy go budziłam na kontrolę);
    • lotnisko we Frankfurcie jest ogromne, personel jeździ po nim rowerami, ale pasażerowie muszą tachać walizki sami, i bez sensu, bo wózki na bagaż nie mogą jeździć na taśmach i schodach ruchomych, no nie wiem, co ci Niemcy wymyślili. Trzeba zejść, wypakować walizy, wnieść je po schodach, znaleźć drugi wózek, zapakować walizy i do następnych schodów (na naszej drodze były dwa poziomy!)

    O lotnisku w Vancouver: jest bardzo ładne, zielone, roślinne, stoją totemy indiańskie, coby wszyscy od razu wiedzieli gdzie dolecieliśmy.

    Oznakowanie dla nowo przybyłych jak dla mnie nie do końca czytelne, no ale może dlatego, że byłam super zmęczona, miałam rozespanych (Krzyś) i płaczących (Maciek) chłopaków – według naszego czasu było około 24:00.

    I teraz będzie o procedurze celnej i naszej z nią przeprawą

    Nawet jeśli wpuszczą Cię do samolotu do Kanady, to dopiero urzędnik (celnik, oficer imigracyjny) na pierwszym lotnisku w Kanadzie zadecyduje o Twoim dalszym losie.

    Dwie rady:

    1. Dlatego na pierwszą podróż do Kanady nie polecam lotów z przesiadką w Kanadzie, bo na pierwszym kanadyjskim lotniskiem (czyli tzw. point of entry) będziesz mieć rozmowę imigracyjną. A ta rozmowa potrafi trwać sporo czasu, więc po co się stresować, że musisz jeszcze zdążyć na kolejny samolot. Jeśli dodatkowo trafisz na lotnisku na kumulację nowo przybyłych imigrantów z Azji czy z Afryki, całość może trwać na prawdę długo!
    2. Podobnie nie warto sobie komplikować życia przesiadką w Stanach. Wprawdzie od 2019 Polacy nie mają obowiązku występowania o amerykańską wizę turystyczną, ale muszą pamiętać o ESTA. Rozmowa z amerykańskim urzędnikiem imigracyjnym to kolejny stres, więc lepiej sobie tego oszczędzić.

    Obecnie nie ma bezpośrednich lotów z Polski do Vancouver. My zwykle latamy przez Niemcy (Monachium lub Frankfurt).

    Rozmowa z celnikiem, a nawet kilkoma

    Najpierw czekała nas kontrola celna (w samolocie wypełnia się deklarację celną, należy jej pilnować należycie, bo to najpierwszy dokument jak już lądujesz w Kanadzie).

    Czyli to pierwsza kolejka – celna już na lotnisku .

    Na szczęście z dziećmi przepuszczają na początek , więc nie stałam około 2 h.

    → Podeszliśmy do celnika, ten zadał kilka pytań i mówi, że witamy w  Kanadzie i że mogę zostać 6 miesięcy.

    → Na to ja robię wielkie oczy i pytam, no ale jak to, przecież mąż ma kontrakt na rok i w ogóle wyciągam stosy papierów.

    → Celnik patrzy, coś bazgrze na deklaracji, mówi ok, żebym wzięła walizki i szła do przodu i tam mnie  zgarnie jakiś oficer.

    No dobra, to idziemy po walizki, na taśmę wyjeżdżają, jedna druga, trzecia, ale żadna nasza. Kuba mówił, że na walizki się długo czeka i żebym sprawdziła, czy w tym czasie po lewej stronie w Centrum Imigracyjnym jest kolejka, bo to właśnie tam mają nam wbić wizy do paszportów, i mam zapłacić 155 CAD.

    Po 20 minutach czekania na walizki się poddaję i idę zobaczyć, jaka jest kolejka w Centrum.

    Podchodzę do oficera i pytam i pokazuje promesę Kuby, i skan jego wizy, a oficer robi wielkie oczy i każe mi czekać, a sam po kogoś biegnie.

    W tym czasie Maciek już nie daje rady, płacze wielkimi łzami, wszyscy się patrzą, a ja z nim na ręku, z dokumentami w drugiej, z 2 walizkami podróżnymi, jeździkiem, torbą, i gitarą tłumaczę kim jestem i co ja właściwie tutaj robię.

    Przybiega oficer i mówi, że on mnie zaprowadzi do innego Centrum Imigracyjnego, do innego urzędnika.

    Więc idziemy do innego oficera, naszych nadanych walizek wciąż jeszcze nie ma. Drugi celnik (a właściwie celniczka) mówi nam, że to dobre miejsce, że się nami zajmą, tylko musimy wrócić po wszystkie walizki (sic!).

    I tak sobie biegam po lotnisku, dobrze, że duże nie jest 🙂

    Zgarniam walizy, które się w międzyczasie pojawiły, zgarniam Hindusa z wielkim wózkiem, żeby mi je wszystkie zabrał i taszczył i wracam do ostatniego celnika(koszt 10 CAD).

    Tutaj zabierają wszystkie dokumenty, po raz kolejny tłumaczę kim jestem i kto to jest ten płaczący chłopiec (Maciek) i ten jęczący chłopiec (Krzysiek).

    Każą czekać, więc chodzę i śpiewam kołysanki. Kolejka jest, są krzesełka, wszyscy ludzie czekający z różnych stron świata, na ten magiczny upragniony dokument, że jest się w Kanadzie i można coś zrobić (bez wizy, na pobycie turystycznym nie zrobi się nic, ale o tym innym razem).

    Kanadyjscy celnicy są mili, ale bez przesady, wypytują skrupulatnie:

    • → a pokaż na mapie, gdzie będziecie mieszkać w Vancouver;
    • → a kolega, co ma cię utrzymywać to ile zarabia za godzinę?
    •  → nie mówisz po angielsku? nie szkodzi, jest tłumacz.

    Hindus czeka z walizami, wolę nie myśleć, ile będę musiała mu zapłacić za to czekanie z nami, Kuba czeka przed lotniskiem, a celnicy nas sprawdzają.

    Potem się dowiedziałam, że zadzwonili do pracy Kuby, żeby nas potwierdzić.

    Ale w końcu jest (jupikajej)- dostajemy wizę, ja z pozwoleniem na pracę, z zakazem nauki i brania udziału w różnych kursach, chłopcy z pozwoleniem na naukę, i zakazem pracy!

    ale co tam, najważniejsze, że

    JESTEŚMY JUPIKAJEJ JESTEŚMY W KANADZIE 🙂

    a teraz:

    kit podróży: LUFTHANSA

    Z opowiadania Kuby wynikało, że głodny nie leciał KLMem, wręcz przeciwnie, że było całkiem przyjemnie.

    Gdybym ja nie zabrała, tknięta jakimś szóstym zmysłem, dodatkowego prowiantu dla chłopaków, to byliby głodni, bo pory posiłków w Lufthansie i ich jakość nie były fajne. Po wodę dla chłopaków chodziłam z bidonami, bo stewardesy rozdawały raz na 2 h po małym kubeczku. Kolację dali około 22 polskiego czasu, na 40 minut przed lądowaniem, kiedy każdy się już zwija, a Maciek i Krzysiek w końcu zasnęli.

    Ogólnie widać, że są ogromnym przewoźnikiem, że mają mnóstwo klientów, że jest to masówka totalna.

    [dopisek z 2017. Odszczekuję. Głośno. Najgorszym przewoźnikiem z jakim lataliśmy, jest Air Canada. Lecieliśmy z nimi 4 razy i za każdym razem coś było źle, nie działało, było spóźnienie, a nawet dwa, a nie było jedzenia, ni nunun. Przy Air Canada latanie Lufthansą to jazda limuzyną]

    hit: TRUNKY

    walizka – jeździk Trunky [ o taki LINK] – dzięki Aś i Michał, super nam się sprawdziła, lekka, poręczna,w samolocie musiałam ją otwierać z jakiś milion razy, żeby się dostać do pieluszek, chusteczek, książeczek, gier, klocków Lego, klocków Duplo, pociągu z Ikea, resoraków. Zmieściło się wszystko, dodatkowo, można ją ciągnąć za sobą, a na niej dziecko 🙂

    I wzbudza ogólnie pozytywne uczucia, co niewątpliwie pomogło miedzy innymi z celnikami

    hit nr 2: ZROZUMIELI MÓJ ANGIELSKI

    a łatwo nie było wszystko tłumaczyć kilka razy z dziećmi nieprzytomnymi ze zmęczenia i wrażenia.


    więc tak…… fajnie było, ale dobrze, że się skończyło.

    i jeszcze w temacie biletów. Okazało się, że nasze powrotne bilety, co to były wykupione przez firmę Kuby, to są w rzeczywistości tzw. fake tickets, potrzebne do procedury imigracyjnej i niestety, żeby je przebukować, musielibyśmy sporo zapłacić, bo nie są potwierdzone (czyli są pewnie z overbookingu).

    No a ponieważ nie wracamy za miesiąc, tylko w następne wakacje, bilety na 2015 rok będziemy sobie sami kupować.

  • Pierwsze kanadyjskie emocje dzieci. Oswajanie (się i) języka.

    Nie zliczę, ile razy pisałam ten post. Wersja, którą teraz czytasz, powstała podczas trzeciego lata w Kanadzie.

    Najpierw były krótkie notki na blogu, które czytała najwyżej rodzina. Najważniejsze pytanie, jakie dostawaliśmy w pierwszych dniach pobytu w Vancouver brzmiało: jak dzieci?

    Miałam nikłe pojęcie o blogowaniu i “klikalności”, więc pisałam tak po prostu. Myślę, że już nigdy potem posty nie były tak emocjonalne i osobiste.

    To są wspomnienia z Vancouver, z początku początków, z sierpienia i września 2014.

    Jeśli dopiero planujesz emigrację do Kanady, zwłaszcza z rodziną, gorąco cię zachęcam, poczytaj, jak wyglądały nasze pierwsze dni w Vancouver.

    Minęło pierwszych pięć dni w Vancouver i padły pierwsze tęskne słowa z ust Krzysia: szkoda, że tu nie ma babci…

    I nie wiem, jak się zachować. Na studiach mnie nauczyli całego mnóstwa rzeczy, mało przydatnych tutaj.

    Cała nasza rodzina pierwszy raz sama, tak daleko. Nie znamy nikogo, a nikt nie zna nas, bo co to ten moment rozmowy na Skypie z pracodawcą Kuby.

    Żeby się odezwać do tych, co w Polsce zostali, próbuję otworzyć komputer, ale słyszę żądanie o bajkę. Trudno, rodzic musi dawać przykład i emaile spadają na dalszy plan. Z hukiem spadają.

    Emocji tyle, że ciężko w sensowną historię ułożyć. Ale spróbuję. Zapiszę nasze oswajanie się, a zwłaszcza chlopaków.  Będą łzy i ciekawość. Tęsknota i duma. Sporo strachu, a więcej życzliwości.


    Ustalenie planu emigracji trwa “na żywca”, a pierwsze kanadyjskie emocje nie pomagają, oj nie.

    Praca załatwiona z Polski, a mieszkanie i tak tymczasowe, została szkoła dla Krzysia i żłobek/przedszkole dla Maćka. Niby mało, ale w praktyce okazało się, że właśnie te tematy przewijały się jesienią 2014 najczęściej.

    Zupełnie nie byliśmy przygotowani na emigrację dzieci.

    Ty bądź mądrzejszy!

    Oswajanie szkoły i szkolnych emocji – jest strajk nauczycieli i co im zrobisz?

    Krzyś (lat 7)

    To dopiero wyzwanie dla nowoprzybyłych. Lądujesz w Vancouver, a tu nauczyciele strajkują.

    Tak na dzień dobry dostaliśmy kawałek kanadyjskiej demokracji do oswojenia (się).

    Vancouwerczycy organizują dla dzieci strike camps, co śmiesznie brzmi, jakby to przetłumaczyć na polski. Chodzi oczywiście o obozy na czas nauczycielskiego strajku, ale z drugiej strony może nowych Wałęsów tam chowają (strike camps=obozy dla strajkujących)?

    I spróbuj w taki czas zapisać dziecko do szkoły w tutejszym kuratorium (bo to chyba kuratorium jest, hmm…) – do District Registration and Placement Centre, kiedy strajkujący nauczyciele siedzą na leżakach przed ośrodkiem.

    Rejestracji wtedy dokonują dyry i dyrdyry, wicedyry i inne szkolne oficjele, pełne dobrych chęci, ale niezaznajomione z tematem. W efekcie spędziliśmy tam 2 godziny, a i tak musimy wrócić.

    Ale, ale, Krzyś poszedł sam pisać test, rysować i rozmawiać po angielsku z panią. Przez całą godzinę! Pani pokazywała różne obrazki, a on je po angielsku nazywał, pytała go o imię, żeby narysował rodzinę, i były też obliczenia, ale bez odejmowania pod kreską (nie wiem, czemu, ale wyraźnie zaznaczył, ze odejmowania pod kreską nie było, chyba powinnam się zapytać matematyczki z polskiej szkoły, o co kaman?).

    Wyniki tego wstępnego testu z angielskiego (oraz, na to wygląda, z matematyki również) to jest opis, który zostanie przesłany do naszej szkoły rejonowej, gdzie na tej podstawie przydzielą Krzysiowi dodatkową pomoc w angielskim (teacher support).

    Przyszło też do nas pismo, że Krzyś jest w programie szkoły polskiej on line, więc zaczynamy edukację domową w zakresie klasy drugiej polskiej szkoły. Się nie wywinie, choćby chciał.

    Jak Krzysiek pierwszy raz poszedł na zajęcia strike camps, przesiedziałam dwie godziny w pobliskim Starbucksie, gryząc paluchy z nerwów.

    Chyba ze trzy razy podałam nauczycielom mój numer telefonu. Ale za to potem byłam z syna taka dumna, jak nie wiem co!

    Trochę się zdziwił, kiedy poszliśmy na zajęcia do kościoła, a nie do szkoły, czy community centre (skrzyżowania domu kultury i biblioteki), ale kościół był pięknie położony, nieprzypominający z wyglądu żadnego znanego obiektu sakralnego.

    Przyjęto nas po amerykańsku (a może powinnam napisać: po kanadyjsku?), czyli z otwartymi ramionami, szerokim uśmiechem, pytaniami: skąd jesteśmy, jak się tutaj znaleźliśmy i dlaczego.

    Wytłumaczyłam, że Krzyś owszem zna angielskie słówka, ale za wiele sam nie powie, choć jest po zajęciach pełen chęci i się dopytuje: Mamo, a jak poprosić o pizzę?Mamo, a nie podziękowałaś po angielsku [już mnie skubany poprawia].

    Okazało się, że podczas zajęć jedną grę znał z Polski, że chłopcy go zaprosili do zabawy w berka (przynajmniej tak odgadł, bo nie zrozumiał) i że zjadł marchewki (ach ten nieoceniony wpływ rówieśników, hehe). Ma już swojego ulubionego kolegę, z którym się podzielił kanapką z masłem orzechowym, co osobiście lekko mnie zdziwiło, bo był znak przekreślonego orzeszka i ogólnie w kanadyjskich placówkach jest najczęściej no peanut policy (winna: alergia).

    Bywa i tak, że emocje i nieznajmość języka nie przeszkadzają, a wręcz pomagają. Pomagają robić z siebie funny boya (klasowego klauna), co niekoniecznie jest mile widziane na zajęciach.

    Oczywiście gadka wychowawcza z naszej strony była, ale też nie uważam, żeby to było jakieś nadzwyczajne wykroczenie, ot po prostu mały chłopiec, wrzucony w nową rzeczywistość, radzi sobie jak może, raz lepiej raz gorzej.

    Jest dobrze, myślę, w nowej kanadyjskiej szkole wysiedzi.

    Szkoła zamiast na początku września, ruszyła 22/09/2014.

    Rząd prowincjonalny oddał rodzicom pieniądze, które zapłacili, posyłając dzieci na zajęcia zorganizowane (strike camps) w tym czasie, kiedy te powinni być w szkole. My dostaliśmy przelew czekiem na 400 CAD.


    Oswajanie żłobka/przedszkola

    Maciek (lat 2,5)

    Kiedy przyjechaliśmy, Maciek został wpisany na listę żłobka, daycare, z terminem przyjęcia na listopad 2014. Najpierw był mój wielki opad szczęki, że tak trudno o opiekę nad dzieckiem do lat 3, a potem wielkie zdziwienie wszystkich, że nam się udało Maćka gdzieś wcisnąć. Szczęście początkującego emigranta?

    Trochę gorzej nam poszło z językiem, a właściwie językami.

    Ma swoje zdanie na temat całej przeprowadzkowej sytuacji, ale skąpi słów zarówno po polsku jak i po angielsku. Potrafi prychnąć, krzyknąć, dać wyraz dezaprobaty.

    Za to mówi Hi i uśmiecha się do ludzi.

    • Mama jeje taktu – Mamo, zaśpiewaj piosenkę o zegarze
    • Tata plo? – Tata pojechał rowerem do pracy?
    • Mama koko – tutaj w zależności od kontekstu i intonacji: Mamo, poproszę jajko sadzone. / Mamo widzisz tego ptaka?
    • Mama kapko? – Poproszę soczek jabłkowy
    • Tak, chluuuuuup.… – Tak, chcę pić wodę

    I jeszcze całe mnóstwo innych, własnych dźwięków.

    Jak ktoś do niego mówi po angielsku, to jest zdziwiony, ale nie boi się.

    Ale co ja tam wiem, sama się boję gadać.

    W dodatku jak tutaj nie zgłupieć, kiedy jest się 2,5 latkiem, całe życie się słyszało, ze psy robią hał, hał, a nagle tutaj wow, wow, świnie chrum chrum, a tutaj oink, oink, no każdy by się pogubił, c’nie?


    Tutaj przeczytasz więcej o pierwszej jesieni w przedszkolu Maciusia


    Krzysiek i Maciek kontra reszta

    Chłopaki na placu zabaw tworzą coś tworzą coś w rodzaju obozu polskiego, i np. utrudniają dostęp innym dzieciom do zabawek. Inne dzieciaki jakby nie istniały. Puszczają hamulce, bywa, że jest jazda bez trzymanki, choć właściwie nie wiem, czy powodem jest przyjazd do Kanady, czy raczej ogólnorozwojowy foch-bunt dwulatka czy siedmiolatka.

    Kanadyjskie dzieci mają od maleńkości wpojone grzeczne zachowanie się i dzielenie, ale nasi chłopcy, wciąż w szoku poprzeprowadzkowym potrafią bardzo emocjonalnie zareagować. I jest klops.

    Z jednej strony zaciekawieni, chętnie by się przyłączyli do zabawy, do dzieci, ale jak już się przyłączą, to wszystko chcieliby tylko dla siebie.

    Jeszcze nie wiem, czy w obecności innych dzieci i ich rodziców mówić do nich po angielsku, czy po polsku, i w rezultacie często mówię po angielsku i zaraz tłumaczę. I o ile Maćkowi jest to obojętne, to Krzysiek zaznacza, że on jest Polakiem i będzie mówił po polsku.


    Te pierwsze kanadyjskie emocje co w tej małej, małej siedzą głowie, pędzą jak szalone, gdzieś tam werbalizują się po drodze, mniej lub bardziej właściwie.

    A ja? A ja staram się działać intuicyjnie, let them be little (pozwolić im być małymi).

    I czekać.

    Rok później jest łatwiej.