Blog

  • Jak się NIE przygotowywać na emigrację z dzieckiem do Kanady.

    Emigracja To dla dziecka (szczególnie w wieku szkolnym) stres porównywalny z rozwodem rodziców. Wiedziałeś o tym?

    Bo nam to nawet do głowy nie przyszło!

    “Jakoś to będzie”, myśleliśmy. No i było. Jakoś. A głównie byle jak.

    Dlatego dziś chcę trochę o tym napisać.

    Czego my nie zrobiliśmy, a powinniśmy. I jak już na miejscu radziliśmy sobie z oswajaniem kanadyjskich emocji u dziecka szkolnego.

    Jak się NIE przygotowywać, a dobrze przygotować na emigrację z dzieckiem do Kanady.

    Jest listopad 2017. Mijają trzy lata od momentu od naszego przyjazdu do Kanady. Trzy lata temu Krzysiek (starszy syn) zaczął kanadyjską podstawówkę.

    Rozpoczęcie życia w Kanadzie nie przyszło Krzysiowi łatwo. Zupełnia zmiana miejsca zamieszkania, kontynentu, wyrwanie go z korzeniami z polskiej szkoły, którą już zdążył poznać.

    Ogromny stres, bo język inny, koledzy wyglądają inaczej, nawet zwykły berek, to nie berek, tylko tag. Zwyczaje inne, jedzenie inne, mamo, co to są te paski zielonego papieru, które koledzy jedzą na przerwie?

    Przeczytaj, co zrobiliśmy my, a Ty nie powinnieneś. I będzie Ci łatwiej z dzieckiem wyjechać.


    #1 błąd- nie myśleliśmy, że to w ogóle jest jakiś temat do ogarnięcia, ta emigracja z dziećmi

    Coraz częściej na emigrację decydują się rodziny z dziećmi starszymi. Te dzieci mają już swoje pooukładane życie. Tak, 7latek jak najbardziej ma swoje zdanie, przyzwyczajenia. Ba, nawet 3 latek je ma, ale jednak zmianę przeżyje trochę łagodniej (z naciskiem na trochę, bo wiadomo, zależy od dziecka)

    U nas w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe było zero rozeznania w temacie, zero czytania blogów parentingowych rodziców od lat mieszkających za granicą.

    Nie polecamy takiego podejścia.

    Przygotuj się, przeczytaj co możesz o życiu z dzieckiem w kraju, do którego się wybierasz.

    Czytaj blogi i pytaj na forach / grupach facebookowych. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym większa szansa, że znajdziesz pomocną odpowiedź.

    Zamiast pisać: mam dziecko i chcę wyjechać do Kanady, warto?, lepiej zapytaj: mój syn ma 10lat, nie mówi po angielsku, chcemy się przeprowadzić do Vancouver, jaką dzielnicę i szkołę polecacie?

    Znasz te wpisy o życiu dzieci w Vancouver?


    #2 błąd – nie przygotowaliśmy Krzyśka na język angielski

    Pierwsza myśl w temacie emigracji do Kanady z dzieckiem była taka: ojeju co z angielskim Krzysia?

    Latem 2014, powinnam była  wymyślić dla chłopaków jakieś krótkie półkolonie, zajęcia z angielskim.

    Jednak nie pociągnęłam tej myśli, taka uspokojona ogólnie panującym przekonaniem, że dziecko się samo języka nauczy.

    I rzeczywiście się nauczył, ale jakim kosztem? Wielu emocji, wstydu, strachu, buntu, złości.

    Zadbaj o angielski przed wyjazdem. Nawet jak dziecko miało angielski w szkole, spróbuj załatwić mu anglojęzycznego kolegę, może przez Skype, może pen-pala, a może zwyczajnie może z Tobą poćwiczyć kilka zdań.

    Polecem szczególnie ćwiczyć różne pytania: Gdzie jest łazienka? Gdzie mogę się napić wody? oraz podstawowe zwroty: nie rozumiem, mam na imię, chcę się z Wami bawić, ale nie wiem, jak.

    Nieznajomość języka boli tak samo dorosłego, który nie rozumie, co do niego mówi ekspedientka w sklepie, jak i dziecko, które widzi rozbawienie na twarzy rówieśnika, bo na pytanie: What’s your name? odpowiedziało: yes, yes.


    #3 błąd- nie rozmawialiśmy z Krzysiem o Kanadzie

    Powinniśmy byli przeczytać o mieszkaniu w Vancouver. Sami nie wiedzieliśmy, kto tutaj mieszka, że jest tak liczna mniejszość azjatycka i co to oznacza.

    A to oznacza np inne zwyczaje i święta w szkole, choćby Chiński Nowy Rok czy Halloween.

    Niby dzieci wiedzą, o co chodzi, ale czy Ty wiesz, na czym polega trick-or-treat? I gdzie dziecko poprowadzić, jak? I jak ma poprosić o cukierek?

    Wszystkie te drobiazgi, które kanadyjskie dzieci wyssały z mlekiem matki, dla 7latka są nowe. A skoro nowe, to budzące niepokój i bunt.

    A szkoda, żeby mieszkając w Kanadzie, dziecko nie miało doświadczeń właściwych kanadyjskim dzieciom.

    W końcu także o to chodzi w emigracji, prawda? Żeby innego życia spóbować.

    Zatem o tym innym życiu trzeba z dziećmi rozmawiać wcześniej.

    Nasza ulubiona pomoc teraz: książka Mapy (żałuję, że nie zaczęliśmy rozmawiać o tej książce przed przyjazdem). Strony z Polską i Kanadą są już tak wytarte i popisane, że pewnie przyjdzie czas na nowy egzemplarz.

    Przygotowujesz się na re-emigrację do Polski z dzieckiem, które nie mówi po polsku? Wiesz, że Mapy są też po angielsku? Polecam z pełnym przekonaniem!


    #4 błąd – nie ustaliliśmy zawartości walizki, co się przeprowadza, a co zostaje i co z tym robimy?

    W walizce chłopaków przyleciały tylko klocki Lego. A mogły na przykład zdjęcia ze wspólnych wakacji z dziadkami, czy pościel pachnąca warszawskim domem (nasze chłopaki są mocno wrażliwe na zapachy).

    Wystarczyło się zapytać, a nie autorytatywnie zdecydować (to ja decydowałam, czyli zero cierpliwości, bo pakowanie jest be i byle szybciej), to warto, bo dobra, droga zabawka (zestaw drewnianych kolejek).

    Część zabawek po prostu rozdałam. Nie zawsze informując chłopaków, co się z nimi stało. Kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. No bo co zrobić, kiedy po roku padnie pytanie o ulubiony jeździk? Dziecko pamięta, że był, nie pamięta, że się z nim rozstał.

    Lepiej wspólnie zdecydujcie, co się dzieje z wszystkimi rzeczami dziecka przed emigracją.

    Dyskusja z dwulatkiem nad każdym samochodzikiem nie jest łatwa, ale przynajmniej niech wie, co się stanie z rzeczami, które mają dla niego większe znaczenie.

    Jeśli masz zwierzaka, warto dołożyć wszyskich starań, żeby przeprowadził się z Wami. To w końcu domownik, prawda? Rozstanie z nim dodatkowo przygnębi dzieci i mało przychylnie nastroi do wyjazdu. Pomocne informacje o przewozie zwierząt do Kanady znajdziesz pod tym linkiem.


    #5 błąd – średnio trafiliśmy z czasem przeprowadzki

    Myślałam, że jak przyjedziemy na tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, to będzie wystarczająco dużo czasu na ogarnięcie się i ogarnięcie emocji.

    I znowu zonk – za mało było wspólnych dni, żeby Vancouver choć trochę poznać, niespiesznie się rozejrzeć, powoli zaprzyjaźnić.

    Jeśli wiesz, że taktyka rzucania na głęboką wodę dobrze zrobi Twojemu dziecku, nie ma znaczenia, kiedy zacznie szkołę. Ale mało znam takich dzieci.

    Dzisiaj wiem, że lepiej byśmy zrobili przylatując na wakacje do Kanady i dając chłopakom więcej czasu na spokojne rozejrzenie się po nowym otoczeniu.

    Przekonałam się, że w przypadku naszej rodziny robienie wszystkiego od razu i jak najszybciej nie zdaje egzaminu, bo w dłuższej perspektywie płaci się wyższe koszty.

    Tak było z zapisaniem Maćka do żłobka daycare – zaczął chodzić niemalże od początku pobytu w Vancouver, na cały dzień. Przyzwyczaił się, bo człowiek się może przyzwyczaić do wszystkiego, ale dobrze mu to nie zrobiło. Dopiero po roku, kiedy zamieniliśmy całodniowy daycare na kilkugodzinne preschool dwa razy w tygodniu, Maciek wyraźnie poweselał.

    Mogłabym tak jeszcze tę listę wydłużać, ale co się będę jako rodzic biczować ;). Było, minęło.

    Chętnie za to posłucham, jakie Ty masz doświadczenia w emigracji z dziećmi. Daj znać w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje.

    A jeśli dopiero myślisz o wyjeździe, pytaj.

    I powodzenia!


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.
  • Bokiem na Mount Baker, czyli jednodniowy wypad do USA na górę,”tę co widać z Vancouver, mamo”

    Hahaha, gór, co widać z Vancouver, jest całe mnóstwo, powiesz. I rację mieć będziesz (me Yoda said)

    Mount Baker nie jest jedną z całego mnóstwa gór dookoła, uwierz mi. No chyba, że mieszkasz w Vancouver i nie trzeba cię przekonywać.

    To ten szczyt w USA, który widać prze dobrej pogodzie z niemalże każdego miejsca w Vancouver, a już z trasy na Hope i doliny Fraser Valley, to najlepiej!

    Jednodniowy wypad na Mount Baker, wczesną jesienią, polecamy bardzo!

    Zwłaszcza jeśli szlaki w okolicy naszego miasta już znasz i szukasz zaskoczeń.

    Zaskoczy cię, zaskoczy ta góra.

    Ale zanim góra zaskoczy, to najpierw nie bądź taki i daj się zaskoczyć na granicy z USA.

    Wycieczka na Mount Baker wymaga wyjechania z Kanady

    Niby wszystko oczywiste – masz wizę turystyczną do Stanów. My mamy (a jak się o nią staraliśmy w Vancouver, mając kanadyjskie pozwolenie o pracę wiesz?)

    Niby powinno być łatwiej przekraczać granicę, zwłaszcza teraz, kiedy mamy już kartę stałego pobytu (PR).

    Jednak amerykańskich celników na przejścu granicznym twój status w Kanadzie mało obchodzi.

    Celników zainteresuje, czy masz wizę. Oraz czy masz jedzenie.

    Nie można do Stanów wwozić pewnych produktów spożywczych i czasami celnik o nie pyta: czy masz owoce albo ogólnie jedzenia.

    My zwykle odpowiadamy, że mamy snacks, czyli przekąski. I tak, pod tę kategorię podpadają także owoce, kanapki, napoje.

    Jeszcze nas nikt z tego powodu nie kontrolował.

    Za to kilka razy po białe karteczki musieliśmy swoje odstać. Tym razem także.

    Granicę przekraczaliśmy w Sumas, które jest tylko trochę mniej popularnym przejściem od tego w White Rock (Peace Arch /Blaine).

    Też sporo ludzi, też kolejki.

    Musieliśmy kupić białe karteczki do paszportów (po 6$ od głowy, można płacić kartą). Mają ważność 6 miesięcy. Nasłuchaliśmy się wielu historii o nich – a to niektórym zabrali je przy wyjeździe ze Stanów, albo dali tylko na jeden dzień. Tak więc widzisz – w życiu jak w piosence, wszystko się może zdarzyć.

    Byliśmy na granicy około 11, w niedzielę.

    Od przejścia granicznego w Sumas jedzie się cały czas mało zatłoczoną drogą na południe (547) a potem na wschód (542).

    Naszym pierwszym przystankiem podczas wycieczki na Mount Baker był szlak Heliotrope Ridge.

    Jesteśmy na szlaku Heliotrope Ridge czyli podchodzimy pod lodowiec.

    Informacje ogólne przed wejściem na szlak.

    Wejście na szlak znajduje się na końcu drogi szutrowej, dość krętej i miejscami wąskiej.

    Jesienią nie było na niej błota, ale nie wiem, czy zimą da się ją pokonać bez napędu na cztery koła. (Znajomi, którzy byli na szlaku dwa tygodnie poźniej, zawrócili ze względu na śnieg)

    Przy wejściu na szlak jest parking, który ze względu na popularność szlaku, szybko się zapełnia. Przy parkingu są toalety.

    Zobaczysz też tablice informujące, że za pobyt w parku się płaci (dotyczy to parkowania, chodzenia po szlakach, ogólnie przebywania).

    My kupiliśmy sobie jednodnowi karnet wstępu za 5$, przez internet i wydrukowany zatknęliśmy za szybę auta.

    Na parkingu nikt nie sprzedawał biletów, było miejsce, gdzie możesz płatność gotówką zostawić i napisać, za jaki samochód.

    Jaki jest sam szlak?

    Podejście nie jest długie ani wymagającą.

    Maciek (lat 5 i trochę) rwał do przodu i mimo kilkurazowego męczącego podejścia, dał radę przejść całość samodzielnie.

    To jest świetny szlak, bo mocno zróżnicowany – najpierw idzie się gęstym lasem, potem w paśmie krzaków i roślin, a na końcu łąkami przypominającymi nasze połoniny.

    Czasami szlak wiedzie po luźnych kamieniach i przez potoki.

    Słowem: zero nudy.

    Na końcu znajdziesz lodowiec.

    M podeszliśmy tylko na tyle, żeby zdjęcie zrobić, bo wejście na sam lodowiec wymaga sprzętu, przygotowania i pozwoleń.

    Widzieliśmy człowieka, który mozolnie piął się po jęzorze lodu do góry. Usłyszeliśmy też wielki huk, kiedy lodowiec tapnął i część go odpadła. [ale nie na tego człowieka, uff]

    Całość szlaku zajęła nam 4 godziny. Zaczęliśmy podchodzić około 12, skończyliśmy trochę po 16.

    Mt.Baker2017_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    Po zejściu ze szlaku Heliotrope Ridge ruszyliśmy…. Mount Baker…. na parking.

    Ponieważ wycieczka na Mount Baker miała być jednodniowa, nie nastawialiśmy się na inne szlaki w okolicy.

    Pojechaliśmy do końca drogą nr 542, aż do ośrodka narciarskiego Mount Baker.

    Droga nosi nazwę Mount Baker Scenic Byway i rzeczywiście, ostatnie kilometry zapierają dech w piersiach.

    A na końcu jest… parking. Hehehe.

    Ale nie taki sobie parking, tylko z widokiem na wszystkie strony świata i wszystkie góry dookoła (czyli w bonusie dostajesz też Mount Shuksan).

    Jeśli masz tylko moment, żeby “zaliczyć” Mount Baker, to jedź na ten parking… tfuuu… Artist Point. T

    ylko zobacz najpierw, czy jest otwarty.

    Możesz tylko wyjść z samochodu i się pogapić, albo pójść którymś z okolicznych szlaków. Ja musowo następnym razem pójdę na Fire and Ice Interpretive Trail (bo mi się z “Grą o tron” kojarzy mocno, i właściwie to wystarczy, hihih)

    Na parkingu również obowiązuje opłata. W 2017 rooku było to 5$ za samochód.

    Jak już sobie popatrzysz, to powrót tą samą drogą i 2 godziny później jesteś w domu.

    Fajnie, c’nie?

    Kto był w okolicy? A jak nie byłeś, to chociaż zerknij na te filmiki.

    Serdeczności!

  • Rekrutacja na najemcę i master of Craigslist czyli jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

    Kilka razy w życiu wynajmowaliśmy mieszkanie. Kilka razy dawaliśmy nasze mieszkanie do wynajmu. Zdarzyło się nawet nam mieszkanie sprzedać. A jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

    A w Vancouver dobrze mieszkać, to jak? Da się znaleźć mieszkanie? – często w emailach pytacie o mieszkanie. 

    Dlatego dziś znowu o mieszkaniu. Jak to u nas wyglądało. I trochę wskazówek plus linków.

    Jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

    Myślicie, że łatwo było? Nie było.

    Nasze początki w mieszkaniu w Downtown.

    Ustaliliśmy od początku, ze Kuba przylatuje do Kanady sam, w lipcu 2104 i będzie szukał dla nas mieszkania. W sierpniu mieliśmy do niego dołączyć.

    Dlaczego taka decyzja? No cóż, chciałam się jeszcze nasycić się latem w Polsce, u rodziców, a poza tym zapewniłam sobie jako taki bufor bezpieczeństwa.

    Jakby Kubie nie wyszło, nie podobało mu się już na wejściu, to zawsze łatwiej się spakować i wrócić w pojedynkę, niż całą rodzinę w te i we wte ciągnąć.

    → więcej naszej historii przeczytasz w poście o przyznaniu pobytu stałego.

    Pracodawca Kuby zapewniał mu mieszkanie przez miesiąc, wynajęte w odległości spaceru od pracy. Kuba przyleciał pod koniec lipca 2014, więc miał czynsz opłacony niemal do końca sierpnia. Za te kilka ostatnich dni to my płaciliśmy wynajmującej agencji.

    Tymczasowe lokum nie jest takie złe na początek mieszkania w Vancouver

    Niewątpliwa zaleta takiego tymczasowego mieszkania (oprócz tego, że za nie płaciliśmy, tak, ma się czasem w życiu szczęście), to możliwość zapoznania się z dzielnicą.

    Po kilku dniach już wiedziałam, że Downtown, czyli śródmieście Vancouver, to zdecydowanie nie moja bajka, i nie chcę tam z dziećmi mieszkać.

    → Gdzie mieszkać: nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

    Polecam poszukanie sobie tymczasowego lokum, może hostel, może mieszkanie kątem u kogoś, ewentualnie najem krótkoterminowy (airbnb).

    Wiem, że jest to bardziej skomplikowane i kosztowniejsze, niż wprowadzenie się od razu do mieszkania docelowego, ale nie wyobrażam sobie inaczej, kiedy jest się nowym w mieście.

    Lepiej sobie oszczędzić frustracji całorocznej, kiedy przyjdzie nam przez rok mieszkać z grzybem, czy też w lokalizacji, która dobija hałasem 24/7.

    Więc lepiej przemyśl i wypróbuj,  która dzielnica podpasuje Ci najbardziej.

    Jak na Craiglist czytać ogłoszenia o wynajmie?

    Ogłoszenia o wynajmie mieszkania – apartment listing,  pojawiają się na ogół na miesiąc, dwa miesiące przed wprowadzeniem się. To standardowy okres wypowiedzenia, więc licz się z tym, że trudniej znaleźć mieszkanie z dnia na dzień.

    Poszukiwania mieszkania w Vancouver zaczęliśmy od  Craiglist (coś jak nasze gumtree, alegratka, najpopularniejszy serwis ogłoszeń w tej części Kanady). Tam, w opcji housing masz całkiem sporo opcji do wyboru:

    • apts / housing
    • housing swap
    • housing wanted
    • office / commercial
    • parking / storage
    • real estate for sale
    • rooms / shared
    • rooms wanted
    • sublets / temporary
    • vacation rentals

    Nas interesował pierwszy typ: apts / housing, bo to tam jest najwięcej mieszkań dla rodzin z dziećmi.

    Nasza rodzina według standardów kanadyjskich potrzebuje przynajmniej mieszkania z dwiema sypialniami, nie mniej niż 70 m2, więc przy naszym budżecie pozostawały nam odległe lokalizacje, coś jak warszawskie Bemowo lub nawet Mysiadło.

    Niepokoiliśmy się, że jak nawet zamieszkamy, to jak się będziemy przemieszczać. Samochód kupiliśmy prawie 2,5 roku po przeprowadzce do Vancouver.

    Wśród ogłoszeń można znaleźć enigmatyczne anonse bez zdjęć albo podania lokalizacji map (w stylu: chyba wynajmę pół mojego domu, czyli super przytulne mieszkanie w piwnicy ale tylko jak ktoś jest cichy, bez zwierząt i bez skłonności) ale i, na szczęście dla nas, normalne ofert wynajmu.

    Inne miejsca, gdzie możesz szukać mieszkania, a także jego wyposażenia to:

    • Bunz
    • Kijiji 
    • Padmaper – sprytnie zaczynasz poszukiwania od mapy
    • Rentseeker
    • Viewit
    • Navut 
    • Polacy i polskie media (gazety, radio, sklepy)
    • Jak chodzisz po okolicy, szukaj znaku apt for rent i dopytuj się telefonicznie.
    • Czytaj tablice ogłoszeń w community centre, bibliotekach oraz miejscach dla nowoprzybyłych (settelment agencies, trochę o nich pisałam wcześniej)
    • Grupy na facebooku: ogólne i lokalne (nie tylko polskie)

    UWAGA: bądź podwójnie czujny, jeśli ogłoszenie jest mega atrakcyjne, a tanie, właściciel wygląda podejrzanie i w ogóle intuicja ci mówi, że coś nie halo. Przekręty na mieszkaniach są wcale nierzadkie. (ang. scams).

    Właściciel może chcieć podpisać mowę wynajmu na rok z góry, ale nie może również zarządać płatności z góry (pre-pay) za okres wynajmu. Może za to wymagać czeków z datą realizacji na pierwszy dzień miesiąca.

    My wysyłamy czeki na pół roku płatności, a nasza właścicielka je sobie “keszuje” (to cash, realizuje/deponuje czeki), w danym miesiącu.

    Niestety płatność czekami sprawia, że nigdy nie wiemy, kiedy pobierze te 1850 CAD z konta, więc muszą one tam być przez cały miesiąc (utrudnia to zarządzanie finansami).

    → mieszkanie to nasz największy wydatek – chcesz wiedzieć o innych? przeczytaj post o wydatkach

    Na co zwrócić uwagę wybierając mieszkanie/dom

     Poniżej znajdziez spis rzeczy nieoczywistych, które mogę Cię zaskoczyć w ogłoszeniach o wynajmie:

    • Jakie jest wyposażenie – i czy zostaje po wyprowadzce poprzednich najemców. Większość mieszkań wynajmowana jest bez mebli.
    • Czy jest pralka (washing maschine) /  pralko-suszarka / pralka i suszarka.

    Taki urok Ameryki, że wciąż w wielu miejscach pralek nie ma w mieszkaniu (no laundry on site), ba, nie ma nawet przyłączy na pralkę (w/d hookups). I pranie robi się w publicznych pralniach miejskich lub w pralniach w budynku (laundry in building).  Jeśli masz dziecko, zastanów się dwa razy, zanim wynajmiesz mieszkanie bez pralki.

    My mamy pralkę i suszarkę (dwa osobne urządzenia), i bardzo sobie to chwalę. Ale znamy rodziny, które obywają się bez pralki i też jest ok.

    Jak nie masz pralki, ustaw sobie na półce słoik na 25centówki. Tymi monetami płaci się w publicznych pralniach najczęściej.

    • Czy jest zmywarka – dla nas tak samo “cenna” jak pralka. Wiem, rozpuszczona jestem i mam za wysokie wymagania 😉
    • Jakie są kaloryfery – często są elektryczne i niskoosadzone.

    Nie żeby było specjalnie zimno w Vancouver. Raczej chodzi o bezpieczeństwo małych paluszków oraz brak możliwości wysuszenia czegokolwiek na kaloryferze.

    A potrafią mieć taką moc, że raz nam stopiły buty. Serio! Buty narciarskie stojące w pobliżu nadtopiły się.

    • Ile jest sypialni, pomieszczeń, szaf czy składzików.

    Pomysłowość właścicieli nie zna granic! W ogłoszeniach znajdziesz informację, że mieszkanie ma pojemny den, który możesz przeznaczyć na osobną sypialnie. Den to właściwie taka większa szafa, w różnym miejscu w mieszkaniu. Den może być także zabudowanym balkonem.

    Co ciekawe, żeby pomieszczenie było sypialnią, wcale nie musi mieć okna! Musi mieć za to szafę. Najczęściej wbudowaną, typu walk-in, czyli dużą i pustą w środku (często bez półek czy szuflad wewnętrznych).

    • Będzie widok z okna? A drzwi od której strony?

    W Vancouver najchętniej by się chciało na góry popatrzeć. Za taki widok cena mieszkania może być nawet o 50 CAD wyższa niż za to na niższym piętrze. Odpowiednio drożej trzeba zapłacić za widok w miejscowościach wokół Fraser River.

    Mieszkanie (ale znacznie częściej dom) może być też opisane jako laneway, czyli w bocznej uliczce.  I niestety, przynajmniej w Vancouver, nie jest to ładna uliczka, tylko dojazd z tyły domu, pomiędzy parkingami (parking on rear), koszami na śmieci i wszelkiego rodzaju rupieciami.

    Czasami z takiego mieszkania widok jest zerowy, bo znajduje się ono w piwnicy (basement, poniżej więcej w temacie)

    • Ile pokoi ma mieszkanie?  – w skrócie: dwie sypialnie to zwykle mieszkanie z dwoma pokojami do spania, salonem (living room), częścią na jadalnie (dinnig), kuchnią i łazienką.
    • 1,5 łazienki czy 1,5 pokoju? I na takie cuś można trafić przeglądając ogłoszenia. Łazienka po połowie będzie oznaczała taką bez wanny. Podobno jest też 3/4 oraz 1.5 bathroom, ale się nie spotkałam.  Jest za to w google 😉

    Czy apartment to apartament? Penthouse prawie?

    Często w ogłoszeniach spotkasz nazwy suite / condo / apartment. Nie umiem jednoznacznie określić, jaka jest między nimi różnica (ktoś mądry w komentarzu niech się wypowie).

    Z grubsza znaczą one mniej więcej to samo: mieszkanie. Nie dom. I niekoniecznie apartament rozumiany jako mieszkanie o podwyższonym standardzie. Zwykłe mieszkanie.

    • może być w budynku (building  rental – building), gdzie część (większość) mieszkań wynajmuje agencja, a część jest własnościowa, czyli ma osobnych właścicieli.

    Jeśli będzie to condo, możesz spodziewać się, że będzie sala gimnastyczna, pokój wspólny z fotelami, czasami biblioteka albo basen dla mieszkańców. W takich budynkach bywają również portierzy.

    • może być w czyimś wolnostojącym domu (detached house), bliźniaku (duplex, nie do końca to samo, co w Polsce), rzadziej w szeregowcu (townhouse).

    Sporo właścicieli mieszkań ma pozwolenie na stworzenie tzw. secondary unit, którym jest właśnie dodatkowe mieszkanie, do wynajęcia. I, jak nazwa wskazuje, to mieszkanie bywa takie trochę drugorzędne. Czyli na przykład w piwnicy (basement). Znajdziesz mnóstwo takich ogłoszeń. Często wynajmując takie mieszkanie, nie będziesz mieć własnej pralki, tylko współdzieloną z właścicielem. Który będzie mieszkał nad tobą. I miał na wszystko oko. Możesz jednak trafić na własny kawałek trawnika i super ludzi, z którymi się zaprzyjaźnisz. Bo w sumie czemu nie?

    • może być w spółdzielni mieszkaniowej, czyli w co-op.

    To jest opcja tzw. affordable housing, czyli ceny wynajmu mieszkań są niższe niż średnia rynkowa, bo takie mieszkania są nastawione na tworzenie wspólnot sąsiedzkich. Mając mieszkanie w takiej wspólnocie, przygotuj się na dzielenie części wspólnych oraz obowiązki na rzecz wspólnoty. Co-op‘y mają długie listy oczekujących. Czasami trzeba wykupić udział w budynku, co może być dużym wydatkiem na początek.

    Lista dostępnych spółdzielni mieszkaniowych TUTAJ

    Kiedy w naszej okolicy pojawiło się ogłoszenie, że co-op przyjmuje zgłoszenia i można przyjść zobaczyć mieszkanie, poszliśmy i my, a co! My i jakieś 2 000 innych mieszkańców Vancouver. Nawet w wiadomościach była informacja- sensacja: z mieszkaniami w mieście jest tak strasznie, że na jedno apartament viewing stawia się cała dzielnica.

    A co jeśli to nadal nie opcja dla Ciebie? Możesz wtedy wynająć stancję, czyli room rental u kogoś w mieszkaniu lub wspólnie z innymi wynająć mieszkanie – shared apartment.

    Możesz skorzystać z usług agencji wynajmu (lub brokera). My nie korzystaliśmy, więc nie polecimy. Strony agencyjne z ogłoszeniami znajdziesz w poście Moniki.

    Jak Kuba rowerem jeździł i mieszkania oglądał czyli rekrutacja na najemcę

    Na początku pobytu nie mieliśmy samochodu (dorobiliśmy się go dopiero w ostatni dzień 2016 roku).

    Kuba nie miał lekko z poszukiwaniem mieszkania dla nas.

    Dzwonił po właścicielach z ogłoszeń na craigslist, jeździł rowerem (tak, także do Burnaby, nie, nie wiedział wtedy, że rower można przewieźć kolejką Sky Train), oglądał mieszkania, aplikował z CV swoim i moim też (że pracuję m.in. dla klienta z Kanady i jakby co to znam kogo trzeba) i z informacją, że chociaż mamy dwoje małych dzieci, to nasze dzieci ciche som!

    Piszę właściciele mieszkań, ale równie często są to agencje, które w imieniu właścieli nimi zarządzają. Zasady aplikowania o wynajem są takie same.

    Aplikowanie to wypełnianie papierków i wykazywanie swoich dochodów, a czasami także zaświadczenie od niekaralności (criminal check).

    Po aplikowaniu pozostaje czekać, aż właściciel mieszkania nas wybierze z tłumu kandydatów. Niestety nie ma wymogu kto pierwszy, ten lepszy ( first in, first served)

    Ale może pomóc, jeśli masz od razu pieniądze na depozyt lub czek, żeby go wypisać.

    Tak pokażesz właścicielowi, że jesteś poważnym wynajmującym.

    Preferowani najemcy to :

    • Kanadyjczycy
    • Najemcy z historią wynajmu (czyli referencje od poprzednich właścicieli, najlepiej kanadyjskich). My mieliśmy referencje od naszych sąsiadów z Polski (taki list, bez określonej urzędowej formy, napisany po angielsku i podpisany przez sąsiadów, dzięki M.). Nie musi pomóc, ale nie zaszkodzi.
    • Najemcy z historią kredytową (ale nie liczy się ta z polskiego BIKu, buu). Chodzi o credit score, który dla nowych w Kanadzie wynosi 0.
    • Najemcy z potwierdzeniem, że pracują i ich będzie stać na mieszkanie (employment letter – umowa / oferta pracy, payslips / pay stubs czy rozliczenie podatkowe tax return).

    Czasami, żeby wynająć mieszkanie,  trzeba mieć po prostu szczęście. Albo ziomków w okolicy. Polityka wynajmu i ceny mieszkań sprawiają, że wielu imigrantów zmieszkuje koło siebie, tworząc getta, zamykając się w swoich społecznościach.

    I tak Richmond jest chińską enklawą, Hindusi zamieszkują w Surrey, a Żydzi w Oakridge.

    Nie wpływa to dobrze na różnorodność społeczności i nie jest bez znaczenia dla ogólnego dobrobytu. Ale co robić? Jakiś pomysł?

    Jeśli w oczach właściciela jesteś raczej mało atrakcyjny jako najemca, możesz zaproponować wyższą cenę wynajmu, albo większą kaucję (deposit). Licytacje mieszań w porządanych lokalizacjach są od jakiegoś czasu powszechne w mieście.

    Dla fanów serialu Friends – pamiętasz, jak Ross próbował przejąć umowę wynajmu mieszkania po Ugly Naked Guy? Opowiadał,  że wykazał się daleko idącym sprytem i przekupił właściciela koszyczkiem babeczek. Po czym okazało się, że jego koszyk był najmniejszy z trzech, przysłanych przez innych “licytujących się” najemców. No właśnie. Myślisz, że takie rzeczy tylko w NYC? No to cię zaskoczę!

    A gdzie szukać mieszkania pytasz? Jaka dzielnica najlepsza? Tu już musisz sobie odpowiedzieć na kilka pytań:

    • czy blisko do pracy? (a może wciąż pracy szukasz? Agencja pomoże)
    • czy blisko do kolejki?( a jak się nią jeździ?)
    • czy blisko do przyrody? (outdoor ❤)
    • czy blisko do rozrywek wielkomiejskich? (dla niektórych to ważne)
    • czy blisko do szkoły? (trochę o tym pisałam tutaj)
    • czy …. najważniejsze właściwie…. czy cię stać (bo my nie mamy miliona na domek)

    My mieszkamy na Mount Pleasant, rejon cały nazywa się Uptown.

    → zobacz przewodnik po naszej, mocno hipsterskiej dzielnicy [ENG]

    Mieszkamy i mimo bardzo przeszkadzającego zapachu marihuany, zamierzamy na razie zostać tutaj. Ale nasza koleżanka – sąsiadka Marijanna już nie. Dlaczego? Zobacz, co ją wkurza, i będziesz wiedzieć.

    Krótka relacja z pierwszych chwil w naszym mieszkaniu w 2014

    Do przeprowadzenia się z mieszkania tymczasowego potrzebowaliśmy spakować nasz, wydawałoby się niewielki, dobytek.

    Ale wyszło sporo, bo pakowanie 5 waliz, 2 walizek, walizeczki, plecaka, gitary, dwóch rowerów oraz krzesełka dziecięcego Urban, nie było zajęciem łatwym, zwłaszcza, że pogoda się popsuła.

    Oczywiście przyoszczędziliśmy na ciężarówce przeprowadzkowej, w końcu te wszystkie rzeczy  to nic, prawda? Dzieci się nimi objuczy najwyżej.

    Żart. Ciężarówki wprawdzie nie mieliśmy, ale załadowaliśmy się elegancko do taksówki. Rowery podprowadziliśmy pieszo.

    Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. No więc, eeeeeee, pierwsze kanadyjskie mieszkanie słabe jakieś takie.

    Jesteśmy, w wielkim, pustym mieszkaniu. Co ciekawe, nie ma ono prawie wcale lamp górnych, więc musimy zakupić sobie nastrojowe światło stojące. Nie wiem, ale jakoś mnie to zdziwiło, że lamp nie ma.

    Są za to czujniki dymy, łypiące czerwonym okiem sygnalizacyjnym. Te czujniki dymu to samo zło! Nie zliczę, ile razy zawyły przeraźliwie, a tylko piekarnik był lekko uchylony. Mocno wrażliwe cholery z nich. Raz nas nawet przez nie wyciągnięto z domu, w środku nocy, cały blok ewakuowano, straż przyjechała i dopiero wtedy zamilkły. A niech je!

    Mamy pralko-suszarkę (stareńką jednak i ledwie dychająca, mają wymienić), lodówkę , kuchenkę elektryczną (kiedyś zrobię jej zdjęcie – jest ogromna), zmywarkę, mikrofalówkę, dwudziestoletnie łóżko półpiętrowe dla Krzyśka i materac dmuchany dla Maćka. I kilka rzeczy kuchennych, np. obierak do warzyw. Albo zestaw noży do steków, w eleganckim pudełku, po poprzednim właścicielu.

    Nabytki nasze – stół, trzy krzesła, taboret, taboreciki, łóżko z materacem rozmiar queen, sztućce Ikea, dwie szklanki Ikea, talerze Ikea, ręczniki Ikea.

    [edit w 2016 r.] Rzeczy nam niewiele więcej przybyło i  jakoś wciąż nie mamy śmiałości wbijać gwoździ w ściany. Chłopaki nie mają takich dylematów, tzn. gwoździami się nie interesują, ale podłoga nadaje się do wyścigów wyśmienicie, i nic to, że ryski będą.

    [edit w 2017] Zaczęliśmy wbijać gwoździe, obrazki na ścianie pozwalają bardzo dom osowić, a  plakaty przyklejone na plaster w 214 już się zaczęły odlepiać. Przybyło nam też mebli: dwie komody w Ikea i łóżko piętrowe z Ikea. Poza tym kupiliśmy używany rzutnik do płyt, wypożyczanych z bliblioteki i dwa używane biurka.

    Nie mamy żadnych rzeczy w wielkich rozmiarach, które przewieźlibyśmy z Polski. Nie wynajmowaliśmy kontenera na meble czy książki, wszystko albo zostało sprzedane, albo po prostu zostało.

    Wyszliśmy z założenia, że w Kanadzie kupimy, co będzie trzeba. I mieliśmy rację, wszystko jest. A że teraz trzeba nam mniej? To tylko dobrze!

    Najśmieśniejsze jest (choć to raczej wzgardliwy chichocik), że wciąż tutaj mieszkamy. Głównie ze względu na cenę.

    Dynamika cenowa w Vancouver jest taka sama jak w każdym innym mieście – im dalej od centrum, tym taniej. W Vancity jest jeszcze jeden wskaźnik – im bardziej na wschód, tym taniej.

    Część mieszkańców kierunek “na wschód” traktuje bardzo serio i przeprowadzają się na …. Wyspę Księcia Edwarda, atlantycką część Kanady, na drugą stronę kontynentu. Istnieje już nawet nazwa dla takiego zjawiska – eastsizing.

    Ciekawe, prawda? Zwykle ludzie migrują “na Zachód” w poszukiwaniu lepszych możliwości, a tutaj proszę, trend zupełnie odwrotny.

    W lipcu 2017 padł rekord – średnia miesięczna rata za wynajem mieszkania z jedną sypialnią (one-bedroom apt.) w mieście Vancouver wyniosła 2000 CAD!

    Na koniec trochę heheszków, czyli beka z ogłoszeń. Kto wynajmował choć raz w życiu stancję czy mieszkanie w Polsce, temu sentymentalnie zakręci się łza w oku, bo Kanadyjczycy podchodzą do tematu z naszą ułańską fantazją. Ale internet nie zapomina i najśmieszniejsze ogłoszenia znajdziesz pod tym linkiem

    Jeśli znasz jakieś dobre strony pomocne przy wynajmnie mieszkania w Vancouver, albo sam zajmujesz się Real Estate, daj znać w komenatrzu. Inni ci za to podziękują!

  • Rockies rock! W Górach Skalistych jest wszystko co kocham!

    Też lubisz góry? Może trafiłeś tutaj szukając informacji o wycieczkach w Kanadzie? To dobrze! Bo to wpis o wycieczkach naszej rodziny* w Rockies, kanadyjskie Góry Skaliste.

    *Jeziorski fam, czyli polska rodzina w Vancouver: 2+2 lub 3+1, zależy, jak patrzeć.

    Zanim więcej o Rockies, trochę o Vancouver

    W Vancouver od września 2014 mieszkamy w słabym i dość brzydkim mieszkaniu, ale z mocnym atutem – widokiem na góry!

    Za widok wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra 🙈.

    Bez mrugnięcia płacimy więcej, byleby widzieć góry. Bo góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

    Zresztą nie tylko Vancouver!

    Całkiem niedaleko (czyli według standardów kanadyjskich do 24 godzin samochodem) od nas są inne góry, które zachwycają. Góry Skaliste czyli Rockies.

    Oczywiście musieliśmy pojechać i sprawdzić, jak wyglądają na żywo!

    Magiczne Góry Skaliste. Rozpalają wyobraźnię.

    Te góry ciągną się i ciągną.

    W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej, na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

    Góry dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

    Czyli ogólnie bajka.

    Jest tylko jeden problem.

    Jeden minus Gór Skalistych. Ale duży minus!

    Urok tych gór to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

    Bo każdy chce mieć zdjęcie na Instagramie znad Maligne Lake. (Albo Moraine Lake, albo Lake Louise). Te jeziora pojawiają się na wielu zdjęciach reklamujących Kanadę. Ba, nie tylko na zdjęciach są uwieczniane. Moraine Lake wylądowało nawet na banknocie kanadyjskim!

    Rada ode mnie:

    Nie wybieraj się w Rockies podczas długich weekendów. Wtedy na pomysł “może by pojechać w góry ?” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów. Będzie tłoczno.

    Zupełnie nie słuchając swojej intuicji i dobrych rad znajomych, my w Rockies pojechaliśmy dwa razy, podczas długich weekendów wakacyjnych.

    Cel wycieczek: Jasper i Banff!

    Te dwa miasteczka to ikony Gór Skalistych i po prostu chcieliśmy je zobaczyć. I góry w pobliżu oczywiście też!

    Okolice Jasper (na północy Gór Skalistych) odwiedziliśmy w lipcu 2017, za to do Banff wybraliśmy się w sierpniu 2019.

    Wycieczka w okolice Jasper. Do zobaczenia Maligne Lake i Mount Robson

    Zanim więcej napiszę o punktach na mapie, najpierw słów kilka o szukaniu noclegu. Gdzieś spać trzeba, prawda?

    Znaleźć nocleg w Rockies czyli śpimy w Górach Skalistych.

    Myśleliśmy, że szukając noclegu w Górach Skalistych na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

    Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca.

    Nie udało nam się znaleźć żadnego (dostępnego na naszą kieszeń) noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper.

    Szukaliśmy na booking.com i airbnb. Zwykle wybieramy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją.

    No ale jak nie ma, to nie ma, pomyśleliśmy. Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

    I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

    Z tego kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

    Zrobiłam więc szybką rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy!

    Jedziemy w Rockies czyli dojazd do Mount Robson, około godziny drogi od Jasper.

    Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper.

    Jazda samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. A 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

    Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

    Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

    Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD (dane z 2018)

    W cenie zwykle zawarte jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią hotele, bo jest telewizor (a w domu nie ma).

    Wyjechaliśmy z Vancouver w czwartek, późnym popołudniem. Spaliśmy w Kamloops, a w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

    Droga do Kamloops wygląda jak cały region Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów.)

    Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater.

    Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami.

    Bo w sklepie w Clearwater było dużo taniej niż w Vancouver.

    Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo.

    Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej.

    Rząd naszej prowincji wspomaga jednak sprzedaż właśnie po to, żeby ceny w Clearwater nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić.

    Bardzo dobra strategia!

    Chwilkę po południu w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

    To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

    U stóp Mount Robson, tuż przy drodze na Jasper jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancouver)

    Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

    Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

    Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” z tych, na których byliśmy.

    Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność).

    Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

    Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

    Zanim ruszymy głębiej w Rockies, proponuję szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

    Jeśli nie masz ochoty, to nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

    Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami.

    Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

    Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

    My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney.

    Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km.

    Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

    Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

    Na razie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem).

    Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz.

    Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

    Na końcu szlaku są ławki i toalety.

    Ale ta Kanada jest ładna!

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-collage zdjęć z Mount Robson
    kolaż zdjęć z Mount Robson, okolic Jasper i kempingu

    Dzień drugi w Rockies czyli Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

    Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

    Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass).

    Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

    Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi.

    Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

    Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało.

    Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

    Troszkę o Jasper:

    • Miasteczko jest ładnie położone.
    • Z okazi święta paradę poprowadził burmistrz na koniu.
    • Jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe.
    • Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

    Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

    Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, ale znowu brak zdjęcia, więc musicie nam uwierzyć na słowo 😉

    Potem jechaliśmy do Maligne Lake. 

    Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd.

    Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

    To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

    Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road.

    I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

    Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

    Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island.

    Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w Google: “Maligne Lake cruises”, a wyskoczą strony przewoźników.

    Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

    Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

    My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

    W restauracji mieli wybór trzech zup w rodzaju aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

    Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper.

    Taka wystawa to super sprawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

    Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

    Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

    Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

    A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

    Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper.

    Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

    Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były śmiertelne wypadki].

    Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

    Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

    Na miejscu nie spędziliśy dużo czasu, bo tylko w sumie dwa i pół dnia, ale i tak było zacnie.

  • Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

    Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

    Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

    Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

    Kto ze mną?

    Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

    Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

    Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

    Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

    [ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

    I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

    Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

    Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

    • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

    Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

    • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

    Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

    • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

    Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

    • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
    • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

    Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

    • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

    Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

    •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
    •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
    •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
    •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
    •  → przy Marpole Community Centre;

    Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

    W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

    Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

    • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

    Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

    • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
    • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
    • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

    Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

    Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

    Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

    Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

    W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

    Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

    Sprawdzone przez nas miejsca:

    • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
    • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

    A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

    Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

    Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

    Przykładowy cennik:

    • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
    • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
    • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

    Znajdź najbliższe community centre!

    • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

    No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest.

    I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

    Także tak.

    Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

    A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉

    PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

    Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!

  • Jak Vancouver wkurza Marijannę – 3 największe rozczarowania miastem

    Jak Vancouver wkurza Marijannę – 3 największe rozczarowania miastem

    Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, czy jakoś tak. Owszem, owszem, nie żebym się nie zgadzała.

    Zgadzam się też, na ogół, z corocznie powtarzaną opinią o Vancouver – że to najlepsze miejsce do życia, albo przynajmniej w pierwszej dziesiątce.

    Marijanna też się z tym zgadza. Choć ten jeden raz się zgodziła jakby mniej. Eeeee, co ci będę ściemniać. Wcale się nie zgodziła, tylko się na miasto obraziła. 

    Vancouver wkurzyło Marijannę i zaraz mi opowiedziała swoje trzy największe rozczarowania miastem.

    Marijanna to moja dobra koleżanka – sąsiadka, Serbka, od 3 lat mieszkająca w Vancouver. Mąż i dziecko obywatele kanadyjscy, ona sama ma prawo do stałego pobytu. Ma wykształcenie wyższe, pracowała w firmach finansych w Belgradzie, zanim przenieśli się z mężem do Kanady.

    Jakiś czas temu poszłyśmy na kawę, do Starbucksa na rogu 15tej i Main, który po remoncie nie wygląda jak Starbucks [nie jest zielony, tylko czarno-brązowy oraz organizuje kursy baristy. Taki trochę Starbucks plus, widzę pierwszy raz na oczy].

    Nad kawą, która, choć w innym (ładniejszym) kubku, smakowała tak samo, Marjanna powiedziała mi, że się wyprowadzają na jakiś czas z miasta.

    Rozmowa naturalnie skręciła w stronę wymieniania plusów nowego miejsca . Wyjeżdżają do Nowej Zelandii.

    Żeby były plusy, muszą być minusy, więc ponarzekałyśmy sobie trochę na Vancouver, ona nawet bardziej niż ja, bo ja to przynajmniej mam blog do wylewania żali, a ona ma tylko mnie.

    Postanowiłam te 3 grzechy główne miasta Vancouver według Marijanny spisać* i zapytać was, co o tym myślicie. Może was też wkurzają?

    *w  tekście wykorzystałam też  post o śmieciach sprzed kilku lat

    #1 bezdomni i brak pomysłu miasta na rozwiązanie problemu.

    Marijanna ma córkę w daycare (wiesz, co to jest?→LINK) w okolicach Chinatown. Codziennie odbiera ją stamtąd, około 18. Codziennie wsiada z małą do autobusu, żeby z centrum miasta dojechać na naszą przyjemną górę.

    Jej spostrzeżenia o ludziach, których najczęściej wtedy spotyka – bezdomnych.

    Kate, ja już nie mogę, mówi Marianna. Nie płacą za bilety. Nie zachowują się normalnie. Straszą dzieci. Przy Science World walają się strzykawki. Community Centre publicznie dziękuje rodzicom, że oczyszczają na bieżąco plac zabaw ze strzykawek pozostawionych tam przez narkomanów.

    Mocne? Nawet bardzo.

    Na ulicach miasta, w parkach, na dworcach, pod witrynami sklepowymi. Bezdomni śpią, rozmawiają, wreszcie handlują. Ludzi, którym się w życiu noga powinęła, jest w mieście sporo.

    Chodzą pogłoski, że w czasie surowych zim w innym prowincjach kanadyjskich, władze oferują tamtejszym bezdomny one-way ticket do wspaniałego i ciepłego Vancouver.

    Są takie miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać samemu. Ulice żyjące własnym życiem przez całą dobę.

    Jeśli spacerujesz po historycznej części Śródmieścia – Gastown, wystarczy zrobić krok dalej, a zobaczysz inną twarz Vancouver.

    Ludzi, którzy z przypadku lub wyboru żyją zupełnie innym “Canadian dream”

    Problem bezdomności jest także wynikiem nieprzemyślanego traktowania przez lata rdzennych mieszkańców Kanady. Pisałam już, dlaczego, kiedy widzę Indianina, wolę przejść na drugą stronę ulicy.

    Podobno na czas igrzysk 2010, miasto zapakowało ludzi z ulicy w autobusy i wywiozło, żeby nie kłuć problemem w oczy turystów.

    Więc jeśli masz przed oczyma dziką Kanadę, taką od Arkadego Fiedlera i “Ostatniego Mohikanina”, to wiedz, że jest i taka Kanada.


    #2 śmieci

    Śmieci w Vancouver są, wysypują się z przepełnionych pojemników, walają po ulicach, parkach, przystankach autobusowych.

    Nieważne jaka dzielnica- czy centrum Vancouver, czy też spokojna uliczka z domkami jednorodzinnymi. Różne rodzaje śmieci: kubki po kawie, opakowania, resztki jedzenia, czy tzw. gabaryty, czyli stare meble, a nawet elementy łazienki!

    Najbardziej zadziwiające jest, że ludzie potrafią przesiadywać na trawie, na leżaku, na plaży, a tuż obok walają się stosy śmieci. Nie wiem, nie przeszkadza im to, że w parku jest taki bałagan? I choć starają się sprzątać regularnie, to i tak jest niefajnie.

    Są śmieci, bo nie ma śmietników!

    Nie ma śmietników, no na prawdę nie wiemy z Marijanną, jak to jest możliwe, żeby nie było koszy na ulicach.

    Prędzej znajdziesz Starbucksa niż kosz. Nawet jakby się chciało wyrzucać śmieci przepisowo, to i tak nie ma do czego.

    I koło się zamyka.

    Jedyne, czego nie doświadczysz na chodnikach i ulicach to psie wiadomo-co. Mieszkańcy Vancouver sprzątają po swoich zwierzakach. Ale jak nie ma śmietnika, gdzie by się niewygodnej torebeczki pozbyć, to niestety ląduje ona na ziemi. I jest nawet gorzej, niż gdyby nie było sprzątnięte, c’nie? Przecież plastik to wiadomo jak długo się (nie)rozkłada.


    #3 rynek mieszkaniowy – bardzo gęsta dżungla, pełna dzikich zwierząt!

    Calkiem niedawno pisałam o naszym wydawaniu pieniędzy. I żeby nie było, że z nas burżuje, które niewiadomo jakiego mieszkania by chcieli, a w ogóle to by pewnie chcieli na własność (nie chcemy, dziękujemy, własne mieszkanie to masa kłopotów). Pisałam, że naszą największą oszczędnością jest brak przeprowadzek, o zakupie nieruchomości nawet nie myślimy.

    W Vancouver nie ma mieszkań do wynajmu ani kupna.

    Moje najdziwniejsze doświadczenia?

    • Widziałam ludzi koczujących przed biurem sprzedaży mieszkań w wieżowcu w naszej okolicy. Na dwa lata zanim budynek powstał, tfuu… przecież on wciąż powstaje.
    • Pamiętam to nieśmiałe zaglądanie przez szybkę do biura sprzedaży w Kerrisdale, gdzie buty jednej klientki były warte tyle, ile miesięczna wypłata na kredyt (mortage)

    Pamiętam też, jak mi Marijanna opowiedziała, że oni nawet odłożyliby na wkład własny (downpayment), ale co z tego. Z jednego biura sprzedaży została delikatnie wyproszona, bo mieszkania już i tak zaklepane dla konkretnych klientow (glównie azjatyckich) lub agentów nieruchomości. Zdaniem Marijanny nie ma co nawet myśleć o kupnie bez skorzystania z usług agenta.

    Jeśli już są mieszkania, zwykle super drogie.

    Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie się licytują, oferując dużo powyżej ceny wyjściowej (asking price).  Są skłonni na kompromisy w innych dziedzinach życia, byleby tylko mieć gdzie mieszkać [no jacha!].

    Przeprowadzają się coraz bardziej na wschód Vancouver.


    Marijanna wraz z rodziną wyjeżdża z Vancouver. Nie wiem, czy wróci, czy będzie żałować, w końcu, jak wygląda to miejsce, gdzie zamieszka. Śmieci, ludzie żyjący na ulicy oraz wariactwo na rynku nieruchomości, to trzy poważne, jej zdaniem, zarzuty wobec miasta. A próby rozwiązania tych problemów nie przynoszą rezultatów.

    To ją wkurza.

    A czym ciebie Vancouver, albo Kanada, rozczarowała?

    Ps. Spodziewam się przynajmniej jednego komentarza w stylu: jak ci się nie podoba, to wracaj do Polski. Dużo takich niewiele wnoszących do dyskusju komentarzy przeczytałam pod wywiadem, którego udzieliłam polskiej gazecie  → Bankier.pl.

    Pamiętaj zatem, że to są MOJE odczucia i NASZE doświadczenia. Twoje mogą być zupełnie inne. I to jest w porządku!

  • Lepszy, lepsiejszy, najlepsiejszy (i/e)migrant czyli ja się znam na Kanadzie, a ty nie!

    Ta jest, trzy lata w Kanadzie! Stuknęło, huknęło, przeleciało.

    Wymądrzam się i piszę wciąż, chociaż tego pierwszego posta blogowego już nie ma (ale nie żałuj, to były trzy zdania w stylu: juhuuu, ja tutaj piszę i paczę, czy działa).

    Ten tekt też poprawiałam wielokrotnie, żeby Ci się lepiej czytało i łatwiej szukało informacji on tym, czy warto wyjechać do Kanady.

    To lecimy z rocznicowym postem, ok?

    Trzy lata później chodzi za mną pytanie: “Kto się zna na Kanadzie?” i odpowiedź:  “Ja?!”

    Tak sobie zaglądam na Facebook, dobra, często zaglądam, nie będę udawać, że nie, że ja cię proszę wcale nie jestem jakaś uzależniona. Feed skroluję (omg) i czytam, i widzę, i się cieszę.

    Widzę na Facebooku ( i na Instagramie), że jest coraz więcej ciekawych treści o Kanadzie, o życiu w różnych kanadyjskich miastach, o polskich doświadczeniach i spostrzeżeniach. [Ok, wiem, że to ten niecny algorytm Facebooka mi tak podsuwa te właśnie teksty, ale zgodzicie się chyba, że coraz więcej osób pisze o Kanadzie.]

    I dobrze!

    Ja na każdym Polskim Babskim Spotkaniu się zastanawiam, czemu te wszystkie super dziewczyny, wy wszystkie nie piszecie bloga. Wiem, nie każdy chce być blogerem, ale serio szkoda, że wiele kanadyjskich historii słyszy się tylko w wąskim gronie.

    Dlatego zawsze zachęcam – mieszkasz w Kanadzie, myślisz o Kanadzie, wyjechałeś już, ale w środku słowa zostały – pisz o tym!

    Dziel się swoimi doświadczeniami!

    Nawet jeśli publikujesz nieregularnie (to o mnie), bez własnej blogowej domeny i profesjonalnych zdjęć,  to przynajmniej w grupach na facebooku daj znać, że coś wiesz, a ktoś ci za to podziękuje.

    Ktoś Ci podziękuje za Twoje treści… halo, stop! No właśnie, czy podziękuje?

    Ja Cię tutaj zachęcam, do pisania namawiam, a tymczasem ty wcale nie chcesz się ujawniać, bo w internecie zawsze znajdzie się ktoś, kto się lepiej niż ty zna i skomentuje Twoje doświadczenia.

    Zapytasz o coś, albo doradzić, a ktoś inny akurat wie lepiej. I często nieprzyjemnie to zakomunikuje.

    Ciągle rośnie grono osób komentujących w mediach społecznościowych. I każdy z nich ma jakieś doświadczenia kanadyjskie.

    Dlatego może uważa, że to właśnie doświadczenie jest najlepsze, najważniejsze, jedyne prawdziwe.

    Tylko on się zna aa Kanadzie, prawo imigracyjne zna, ba, ten ktoś się zwykle wie lepiej, jak ty się czujesz w Kanadzie.

    A jak się czujesz inaczej, no cóż, ty się nie znasz, a on(a) jest lepsiejszym (e/i)migrantem.

    Dlaczego niektórzy myślą, że są lepszymi emigrantami od Ciebie?

    Bo na przykład są starsi. Albo starsi stażem emigracyjnym. I chociaż już dawno świat wie, że mądrość nie zawsze przychodzi z wiekiem, to te starsze pokolenia emigrantów wiedzą lepiej. Nawet jeśli nie znają angielskiego tak jak Ty, i cały czas obracają się w gronie Polaków- innych emigrantów, to czasami oczekują, że dla nowoprzybyłych będą wyrocznią.

    To tak nie działa, moi drodzy.

    To co zrobić, żeby być dobrym emigrantem?

    Piszę z przymrużeniem oka, oczywiście. Bo ja nie mam wątpliwości, że jeśli Twoje życie emigracyjne Ci odpowiada, to na bank jesteś dobrym emigrantem. I nikomu nic do tego.

    Poczytałam wypowiedzi w internecie i już wiem, że zdaniem wielu innych emigrantów, żeby móc się o Kanadzie wypowiadać, musisz:

    1. uwielbiać Kanadę zawsze i wszędzie, a jak się zdarzy gorszy dzień (bo się zdarzy, to pewne), zacisnąć zęby, spiąć poślady i dalej jechać z tym koksem;

    2. nienawidzić Kanady, bo to nie jest ten sam kraj, co kilkadziesiąt lat temu, a w Polsce to zawsze świeci słońce i ludzie są mili;

    3. wiedzieć o Kanadzie wszystko, zanim się przyjechało. Na wyrywki znać, jaka jest pogoda w każdej prowincji i że na pewno ci będzie zimno oraz tam to zawsze pada (uwaga, nie zawsze!);

    4. wiedzieć, ile czasu potrzeba, żeby czuć, że Kanada jest dla ciebie miejscem, bo po tygodniu nie wiesz nic, po miesiącu to ty jesteś w imigracyjnym żłobku, no może po roku masz prawo cichutko się wypowiedzieć. A i to nie zawsze, bo patrz punkt 1.;

    5. swoje przeżyć, odstać, odrobić, żeby się dorobić, zaczynać od początku, bo inaczej się nie da, a jak myślisz, że z twoim zawodem masz jakieś szanse, to się chłopie/dziewczyno grubo mylisz i nie tylko nie zostaniesz najlepsiejszym imigrantem, ale w ogóle zapomnij o Kanadzie;

    6. mieć źle na początku emigracji, a później tylko trochę lepiej. Polakom na drugie imię męczennicy, i w Polsce, i w Kanadzie.

    7. i w ogóle przez jakieś 20 do 35 lat nie zabierać głosu, bo jest się gówniarzem w ogóle, a nie tylko w szczególe, i za tamtych czasów to były czasy, a teraz wiadomo, poprzewracało się mileniasom w głowach i wszyscy chcą do Kanady.

    Taaaa.

    Emigrant / imigrant jak narzeka źle, jak chwali to też źle. Ironia be, żarty be, powaga i patos bebebe.

    Nie będę pisać, że to tylko Polacy, bo byłabym niesprawiedliwa. Ani, że tylko mieszkający poza krajem urodzenia.

    Wszyscy dzisiaj, mam wrażenie, że wszyscy, chcąc nie chcąc żyją w stanie never enough.

    Sam stan niewystarczenia zły nie jest. Problem pojawia się wtedy, kiedy przeszkadza tobie. Albo innym przeszkadza, o czym oczywiście nie zapomną ci powiedzieć.

    Nie dla ciebie odznaka super emigranta i honorowego przedstawiciela Polonii w Kanadzie.

    Nikt nie jest wystarczająco dobry.

    No chyba, że ty jednak jesteś. To wtedy koniecznie napisz w komentarzu. W końcu ja się nie znam 😉

    Ale poza tym dobrze.

    A u Ciebie jak?

  • Po polskiemu online – nauka języka polskiego w Kanadzie. Nasze doświadczenia

    Nie będę cię w tym wpisie przekonywać, że musisz posyłać swoje dziecko na naukę polskiego. Mam alergię na wszelkiego rodzaju polecenia rodzicielskie i rady parentingowe (chociaż ostatni post był mocno rodzicielstwem podlany).

    Sam(a) wiesz, czego potrzebuje twoja rodzina, to twoje dziecko i nic mi do tego, czy mówi/nie mówi/jak mówi po polsku.

    Chętnie podzielę się za to naszym doświadczeniem z nauką języka polskiego w Kanadzie. Na wypadek, jeśli ten temat byłby dla ciebie równie ważny, jak jest dla mnie.

    Wszyscy mówią emigrantom: ucz swoje dziecko języka kraju pochodzenia, dbaj o jego polski, dwujęzyczność to wielki dar.

    Mało kto powie ci, jak to zrobić. A nawet jak już ktoś powie, to wcale nie oznacza, że te metody będą działać w nauce akurat twojego dziecka. Ale próbować warto, c’nie?

    Ten wpis ukazuje się, kiedy Krzyś zdaje egzamin kończący czwartą klasę polskiej szkoły online, w programie uzupełniającym (18/8/2017).

    Przeczytaj, jak wyglądają nasze doświadczenia z nauką języka polskiego w Kanadzie.

    Nie znalazłam wiele informacji w internecie, jak codziennie organizować sobie naukę z dzieckiem, które jest na różnych stadiach rozwoju języka.  A jak masz więcej dzieci, o panie, toż to robota na dwa i pół etatu na stażu bezpłatnym. I nie licz na wdzięczność dzieci, przynajmniej nie od razu, a kto wie, czy w ogóle.

    Ostrzegłam? No! To teraz będzie mięsko czyli konkretnie jak jest u nas (stan liczebny dzieci: Krzyś 10 lat i Maciek 5 lat)

    Zanim opiszemy online, będzie offtop offline (hehehe)

    Nauka języka polskiego w szkole stacjonarnej

    W wielu miejscach za granicą są polskie szkoły (zwykle sobotnie) lub szkoły mające język polski w curriculum. Możesz nie cieszyć, się faktem, że masz w około wielu Polaków, ale dzięki temu masz więcej szkół polskich (przypuszczalnie). No chyba, że ten fakt cię nie rusza (to wtedy co ty robisz w tym wpisie, hę?)

    Także w Vancouver jest polska sobotnia szkoła, przy kościele parafialnym. Ale my nie posyłamy tam chłopaków ponieważ:

    • szkoła trwa kilka godzin w sobotę, a ja nie chcę weekendu przeznaczać na naukę ciurkiem od rana (i dojazdy);
    • nie przekonuje mnie materiał i sposób nauczania (ale przyznaję, wiedzę mam tylko ze słyszenia);
    • wolałabym, żeby szkoła była przy organizacji neutralnej światopoglądowo;

    Kasia, mama w uk, była taka dobra i poopowiadała mi trochę któregoś razu na Skypie o swojej sobotniej szkole w Anglii. Takiej super szkole, co dostała nagrodę, a powinna co najmniej dwie!

    I gdybym taką szkołę miała w Vancouver, być może chłopaki by do niej chodzili. Ale nie mam.


    No dobrze, ustaliliśmy już, że idziemy w formy nauki online. Poniżej trochę o szkołach (programach), które to umożliwiają (lub umożliwiały)

    Nauka języka polskiego online

    Jeśli znasz wpis o naszych początkach z nauką online, to wiesz, że wybraliśmy ten sposób, żeby zachować ciągłość w polskiej edukacji, bo planowaliśmy wrócić do Polski po roku pobytu w Kanadzie.

    Potem kontynuowaliśmy tę formę nauki niejako siłą rozpędu.

    #1

    Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą; ORPEG

    • bezpłatna;
    • pierwsze wrażenia w drugiej klasie opisaliśmy trzy lata temu;
    • dostaje się świadectwa polskiej szkoły, można wypożyczyć podręcznik (przysłano nam je do Vancouver), uczeń ma legitymację.

    Nasze uwagi po trzech latach nauki:

    Za dużo materiału nieprzystosowanego dla dziecka, które ma język polski jako język obcy, jako drugi język.

    Krzyś przyjechał do Kanady jako siedmiolatek czytający, piszący i mówiący po polsku bez akcentu. Ale dla niego słowa palisada czy podział wypowiedzeń ze względu na cel to są pojęcia tak abstrakcyjne jak…. dla każdego innego dziecka w Polsce (tak, materiał szkoły podstawowej polskiej jest przeładowany i niedostosowany do rozwoju emocjonalnego dziecka, jeśli polski rodzic w Polsce ma z tym problem, to co mają powiedzieć rodzice pracujący i mieszkający za granicą?).

    → Co roku Krzyś wykonał pięć prac kontrolnych (wysyłane skanem) oraz zdawał egzaminy ( w Warszawie), żeby przejść do następnej klasy. W klasach 1-3 egzamin był jeden (termin ustalaliśmy wcześniej, było sporo do wyboru), teraz ma dwa jednego dnia (jeden o 8 rano, drugi o 12). Można było mieć egzaminy rozłożone na kilka dni.

    → Lekcje pojawiają się na koncie ucznia na platformie, w formie plików pdf (prezentacja) i ćwiczeń do wydrukowania. Całość materiału oparta została na podręcznikach dla polskich dzieci w Polsce. Szkoda, że nie było dostępu do wszystkich lekcji od początku roku – łatwiej byłoby przygotować sobie plan nauczania.

    → Dzieci mogły uczestniczyć w webinariach. Co dwa tygodnie był język polski, wiedza o Polsce (historia oraz przyroda), a także dodatkowe zajęcia z ortografii. Ze względu na różnice czasowe, Krzyś od dwóch lat nie bierze udziału na żywo w tych webinariach (odsłuchujemy je potem, albo i nie, bo niestety często są nudnym odczytaniem przez nauczyciela punktów z prezentacji).

    → Są dyżury nauczycieli, ale na żaden jeszcze nie trafiliśmy.

    #2

    Polskie Szkoły Internetowe Libratus

    • bezpłatna;
    • w tej szkole Maciek zaczyna zerówkę we wrześniu 2017. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta nauka i planuję napisać posta porównawczego.
    • do tej pory otrzymaliśmy informację o webinariach dodatkowych dla dziecka i dla rodzica (dotyczących m.in. metodyki), a otwarte wykłady można zobaczyć na ich kanale.
    • egzaminy można zdawać w innych miastach niż Warszawa, a także za granicą;
    • z informacji na stronie wynika, że szkoła nie prowadzi już naboru na rok szkolny 2017/2018. Zapraszają do swojego drugiego projektu – Polonijki (zerknij poniżej po informacjie o naszych wrażeniach z lekcji demo);

    #3

    Polonijna Szkoła Podstawowa Polonijka

    • płatna – aktualnie trwa promocja – 50% czesnego;
    • zanim zdecydujesz się na naukę w tej formie, masz dostęp do lekcji demo;
    • szkoła proponuje naukę dla dzieci w wieku od 5 do 15 lat, które po zweryfikowaniu poziomu języka realizują program danej klasy i korzystają z opracowanych materiałów;
    • ciekawa i wcześniej nam nieznana opcja: Kolega z ławki. Miałeś pen pala w dzieciństwie? No właśnie, teraz twoje dziecko może mieć takiego kolegę. Taki prosty pomysł, a jaki skuteczny we wzajemnej motywacji. Brawo za zachęcanie do uczenia się wspólnie z innymi – umiejętności miękkie są ważniejsze niż nauka dat czy reguł gramatycznych;
    • podoba mi się opcja wyboru przedmiotów, których będzie uczyło się dziecko – to dobry pomysł dla zapracowanych rodziców, którym bardziej niż na realizowaniu podstawy programowej, zależy na kontakcie z językiem polskim, nawet jeśli miałaby to być tylko jedna godzina tygodniowo;
    • strona internetowa i platforma są ładne i przejrzyste w obsłudze. Nie przeładowana dodatkowymi treściami i przy stronie oraz platformie ORPEG, Polonijka wypada na plus;
    • pełen kurs, podzielony na 35 tygodni, jest dostępny przez cały rok, co znowu pozwala uniknąć nerwowego sprawdzania, czy są na pewno wszystkie prezentacje potrzebne do wykonania prac kontrolnych (których to prac kontrolnych nie ma, ergo  mniej stresu dla dziecka);
    • lekcje odbywają się  raz w tygodniu (webinaria), a także dodatkowo są spotkania w małych trzyosobowych grupach;
    • na koniec roku szkolnego uczeń może podejść do egzaminu, ale nie musi. Dostanie certyfikat opisujący jego umiejętności. My akurat lubimy ten dodatkowy powód, żeby w wakacje odwiedzić Polskę na egzamin stacjonarny, ale umówmy się, przylot z Kanady tylko na egzamin to spore wyzwanie (i koszt).

    Nasze uwagi po lekcji testowej (porównując z ORPEG):

    → Dobrze, że wszystkie informacje są dostępne bezpośrednio w module, że nie trzeba całości prezentacji ściągać (w ORPEG czasami mieliśmy aż 60 stron prezentacji do przeczytania, halo Hela, to za dużo!).

    → Rodzic jest dużo bardziej prowadzony za rękę niż w ORPEG:

    • Na początku lekcji jest agenda (chociaż ja proszę, po co rodzicom pisać: doskonalimy umiejętność syntezy słuchowo-wzrokowej, hę?).
    • Później czytelny podział na to, co robimy: czytamy, piszemy. 
    • Są także przykłady pytań, które rodzic może zadać dzieciom. Spore ułatwienie dla rodzica, który musi sam dziecku opowiedzieć materiał, a nie wie, od czego zacząć (w ORPEG mamy po prostu załączone materiały, brakuje scenariusza, jak ten materiał przerobić ).

    → Treści interaktywne są wklejone bezpośrednio w lekcję, a nie dodatkowo, a więc nie trzeba przerywać czytania prezentacji, żeby np. posłuchać proponowanej piosenki.

    → Chłopakom podobało się, że nauka odbywa się nie tylko poprzez odczytywanie prezentacji, ale można obejrzeć filmy, zagrać w grę edukacyjną, zobaczyć treści multimedialne inne niż nudne pdfy.

    Zapowiada się ciekawie, bo dzięki takiej platformie zamiast uczyć się polskiego z dzieckiem, będziesz się z nim po prostu po polsku bawił. Zacieram ręce na zerówkę Maćka i mam nadzieję, że będzie nam coraz łatwiej z językiem polskim.

    Tak, wiem, że ta nauka kosztuje. Ale halo, serio na naukę języka obcego polskiego będziesz skąpił?

    Sam zobacz: w Anglii punktuje się znajomość polskiego jako języka obcego i można go w tej formie zdawać na egzaminach. O ile łatwiej się jest przygotować z języka, którym mówią rodzice i dziadkowie? Nie wiem, jak to wygląda w Kanadzie, bo rozkminianie edukacji ponadpodstawowej jeszcze przede mną (a co myślę obecnie, opisałam w tym poście). Jeśli jednak zostaniemy w Kanadzie na stałe, chcę, żeby chłopaki biegle posługiwali się językiem polskim. Tak jak, gdybyśmy byli w Polsce, chciałabym, żeby super znali angielski.

    I proszę mi tutaj nie pisać, że język polski niepotrzebny. Znajomość każdego, nawet najmniej popularnego języka jest super bonusem, to piszę ja, hungarysta z wykształcenia. I nigdy nie wiesz, czy język polski się twojemu dziecku nie przyda.

    Patrz, miało nie być moralizatorstwa i uwag parentingowych, ale jednak nie mogłam się powstrzymać 😉

    Jeśli masz swoje doświadczenia z nauką polskiego online, podziel się linkiem w komentarzu, a ktoś ci podziękuje.


    Ps. Ten post jest pierwszym sponsorowanym tekstem na blogu.

    PS2. Jeśli to jakoś wpłynęło na odbiór tekstu, śmiało mi napisz: Kaśka, nie idź tą drogą!

    I koniecznie trzymaj kciuki za Krzysia!

  • 10 lat Krzysia i mama od dekady czyli jak wygrałam 33 mega paczki pieluch.

    Uwaga, uwaga, uczciwie przestrzegam, tekst jest typowo lajfstajlowy (czyli ogólnie o życiu), a nawet parentingowy (czyli szczególnie o rodzicielstwie i dzieciach). Wyklikany głównie na komórce, trochę na tatowym komputerze, bo zapomniałam kabla od swojego laptopa do Polski zabrać. 

    Tym razem mało o Kanadzie, a dużo o nas, i to historycznie, a miejscami histerycznie (zwłaszcza tam dalej, o pieluchach)

    Sierpień 2017 to miesiąc Krzysia, trzeciego w kolejności w ekipie Kanada się nada, chłopca poważnego bo 10letniego. Większość jego życia upłynęła w Polsce, ale, mogę to napisać z pełnym przekonaniem, w Kanadzie znalazł swoje miejsce.

    Opowiem jego historię, dobrze? Zapraszam na 10 lat Krzysia

    Pamiętam, że kiedy Krzyś się urodził, w szpitalu było spokojnie, a na zewnątrz trwał gorący sierpień.

    Nie byłam specjalnie zestresowana, bo jedyne wiadomości okołoporodowe (w dawce nieprzytłaczającej) z polskich szpitali były wtedy dostępne na forum gazeta.pl, a o blogach parentingowych mało kto słyszał. Ja w każdym razie nie.

    Zdjęć z tamtego czasu, pierwszego roku, mam niewiele i w dodatku na wszystkich jesteśmy w chustach i miękkich nosidłach.

    W 2007 roku nie było sklepów z chustami do noszenia dzieci, pieluszkami wielorazowymi i wszystkim tym, co dzisiaj jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Pierwszą chustę zamawiałam u Kasi z Niemiec, która wystawiała specjalne aukcje na allegro, żebyśmy mogli  ją kupić.

    Dwa pierwsze lata to był czas kończenia studiów i chustoześwirowania. Miałam około 10 chust, różnych, kolorowych, z lnem, z wełną, z jedwabiem. Kupiłam pierwszą edycję Pawi Didymosa,kiedy jeszcze nie kosztowały czterocyfrowo. Nosiłam w pierwszym kaszmirze i miałam nosidło uszyte na wzór niemieckiego nosidła Manduca. Nie miałam wózka. Tzn. był, ale u dziadków, bo Kuba i ja nosiliśmy Krzyśka w chuście.

    Pracę magisterską pisałam z rocznym synkiem, codziennie pomiędzy 21 a 22:30 spał w miarę twardo. W innym czasie spał typowo, czyli ku-rozpaczy-rodzica-nie-przesypiam-nocy.

    Jeszcze pięć lat temu, będąc w drugiej ciąży, wrzucałam Krzysia w chuście na plecy. Teraz ma 10 lat, brak wad postawy, biega jak szalony i nadal lubi się przytulać. Wierzę, że w dużej mierze dzięki chustom.

    Także dzięki chustom zabraliśmy go w góry, kiedy miał 8 miesięcy (mieszkaliśmy w namiocie koło Domu na Łąkach ❤). Padało prawie cały czas, ale to nic.

    Skoro o wycieczkach, to w chuście pojechał do pierwszego w Warszawie kina, które organizowało seans dla mam z dzieckiem, na Imielin. Teraz takie atrakcje znajdziesz w wielu miejscach, ale 10 lat temu musiałam się nieźle nagimnastykować w komunikacji miejskiej, żeby z Woli przetransportować się 15 km na południe Warszawy.

    Dzięki chustom wreszcie poznałam inne mamy, bo jakoś wśród najbliższych koleżanek jeszcze dzieci nie było (teraz są za to, więc piąteczka kochane dziewczyny, najlepsze się jeszcze wydarzy). Spotykałyśmy się w kościele Świętej Anny, a potem na bardziej zorganizowanych brykankach  w Fundacji Sto Pociech (patrzę, że ta fundacja to równolatka Krzysia, też obchodzi 10te urodziny). Pojawiały się pierwsze doradczynie noszenia w chustach i wielopieluchowania.

    To właśnie na chustowych spotkaniach, wśród nieznanych mi wcześniej kobiet z dziećmi, odkryłam, jak wielką moc mają kobiece grupy wsparcia. Może dlatego tak bliskie mi są nasze Polskie Babskie Spotkania

    Kiedy Krzyś miał 13 miesięcy, żeby odzyskać trochę równowagi i zakończyć karmienie, pojechałam sama w góry, na kilka dni, z ludźmi z Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich.

    Kiedy miał 15 miesięcy, a ja byłam świeżo po obronie mojego mało praktycznego dyplomu, wynajęłam na dwa tygodnie nianię i poszłam na staż- testowanie oprogramowania. Poczekałam jednak z pracowaniem na poważnie do drugich urodzin Krzysia.

    Rok 2009, wrzesień, Krzyś zaczął chodzić do żłobka państwowego. Po żłobku chodził jeszcze do przedszkola państwowego, które któregoś pięknego wiosennego dnia przyprawiło mnie niemal o zawał. Wracam z pracy, jestem już pod przedszkolem, a tu patrzę, trzyletni Krzyś siedzi sobie spokojnie na schodkach przed wejściem. Sam!

    Okazało się, że panie pomyliły się i wysłały do rodzica nie tego Krzysia, co trzeba, pan woźny się nie zorientował w pomyłce, a dorośli gdzieś zniknęli. Trzylatek zdezorientowany gdzie mama?, wyszedł przed przedszkole, poczekać.

    Do teraz nie wiem, ile tam na mnie czekał. I oddycham z ulgą, że nie poszedł sam w świat. I smutno mi, że nikt na ulicy nie zwrócił na małego chłopca uwagi (choć może słabo go widzieli, schody były ukryte w cieniu).

    Po tej akcji zabrałam Krzysia z przedszkola następnego dnia.

    W kolejnym roku przed-szkolnym poszedł do placówki katolickiej (na warszawskiej Woli jest całkiem sporo różnych placówek, i montessori, i waldorfska i żydowska też). Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. Stoję w kuchni i gotuję, a pięcioletni Krzyś bawi się na podłodze. Coś układa, klocki, misie, takie tam.

    Nagle słyszę: Któryś za nas cierpiał rany…. Takie podśpiewywanie przedszkolaka podczas zabawy. Nie powiem, lekko mi się włos zjeżył na karku, złowieszczo to brzmiało, takim ponurym głosem wyśpiewywane.

    Ale anegdotka pyszna została na całe życie 😉

    A potem to już szkoła. Krzyś poszedł jako 6latek, wtedy mieliśmy wybór, czy zostawić w przedszkolu, czy posłać do pierwszej klasy. Poszliśmy na rozmowy do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dwie informacje, których mi wtedy udzielono:

    1. edukacyjnie zaawansowany aż miło;
    2. koniecznie znaleźć sposób, żeby miał przyjaciela w swoim wieku.

    Z tym przyjacielem to było trudno, bo w pierwszej klasie szkoły muzycznej było 4 chłopców li i jedynie, w dodatku z odległych dzielnic Warszawy. Nie ceniłam wtedy playdates, tak jak teraz.

    I chociaż nam nikt w dzieciństwie przyjaciół nie organizował, to dzisiejszym dzieciom jest trudniej czas na kolegów znaleźć, z powodu nadmiaru zajęć. Stąd rada mądrej pani psycholog, żeby rodzic pomógł zorganizować przestrzeń na koleżeństwo dziecka. Make sense, jak dla mnie.

    Szkoła muzyczna to wielkie wyzwanie dla dzieci nie-muzyków. Dużo nauki także dla rodzica, żeby dziecku w nauce pomóc. Ale też wszystkie umiejętności muzyczne Krzyś nabył właśnie wtedy i mimo indywidualnej nauki gitary w Vancouver, nie zwiększyły się one znacząco.

    Dlaczego posłaliśmy Krzysia do szkoły muzycznej? Powody są dwa:

    1. chciał grać na gitarze;
    2. to szkoła najbliższa naszego warszawskiego mieszkania

    Poszedł na egzamin wstępny, zaśpiewał, wyklaskał rytm, napisał, co trzeba, i został przyjęty.

    A po pierwszej klasie wyjechaliśmy do Kanady

    O kanadyjskich przeżyciach Krzyśka przeczytasz w poniższych wpisach:

    1. Pierwsze kanadyjskie emocje
    2. Polska lekcja w systemie orpeg.pl
    3. Żłobek i szkoła – pierwsze wrażenie

    I na koniec smaczek o tych pieluchach. W 2007 wygrałam 33 megapaczki pieluch Huggies. Oraz pakiet szczepionek skojarzonych dla Krzysia.

    Na dwa miesiące przed narodzinami Krzysia, magazyn dla rodziców (zabijcie mnie, nie pamiętam, który) ogłosił konkurs na tekst listu do swojego dziecka. Napisałam wtedy list do mojego synka, poniekąd romantyczny.

    List się spodobał, pieluchy przyjechały wielkim kontenerem, a my zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy. Pamiętam, że w kolejnej edycji można było wygrać voucher na…. poród w prywatnym szpitalu.

    OSTRZEŻENIE: Dziś, jak czytam ten list, to jest lekki zgrzyt zębów, więc ten tego, przygotuj się na dużą dawkę sentymentalnych określeń,  ( pamiętam, że wtedy czytałam “Marie jego życia” Barbary Wachowicz oraz listy Sienkiewicza.).

    w Warszawie dn. 24 czerwca

    “Najmilszy Syneczku, pierwsze moje na tym świecie kochanie,

    Jeszcze dwa miesiące a będziesz z nami, maluszku kochany, serca i duszy pociecho. Wzruszonam do głębi, myślą biegnę do Ciebie, który codziennie budzisz się i zasypiasz pod moim sercem, tak blisko a jednocześnie tak daleko. Wyimaginowany obraz Twój  wszystkie myśli moje i uczucia ogradza, kochana moja dziecinko.

    Wraz z Twoim tatą jesteśmy przeszczęśliwi, cherubinie nasz jasnowłosy, że narodzisz się w piękny, złocisty sierpniowy dzień jako owoc naszej miłości i czci wzajemnej i ozdoba naszej rodziny. Może będzie to święto Matki Boskiej Zielnej, pachnące miętą i świeżym drożdżowym ciastem Twojej prababci, Krzysiu mój jedyny. Datę tę sam doktor oznaczył i teraz cała rodzina rozmyśla nad konceptem, jak zaprowadzić porządek, kiedy się pojawisz, bo będą to też urodziny mojego papy, Twojego dziadka i imieniny wuja Twojego zarazem.

    Dla wszystkich jesteś już teraz promyczkiem, aniołkiem, duszyczką, a zdaniem doktora już teraz słyniesz z prawdziwie męskiej urody. A wiesz, że w ogrodzie dziadkowym, kiedy lato uczyni się zupełnie, rozkwitnie, dzieje się taki widok prześliczny, jakiego cała Polska nie ma? Dziadek nie może się doczekać, kiedy zbadasz najniedostępniejsze tajemnice ogrodu i  domu, który kocha ludzi i kocha też Ciebie.

    Już teraz sama myśl o Tobie sprawia w rodzinie kolosalną radość. Serca biją nam głośno na samą wzmiankę o Tobie, jesteś dla nas ładunkiem dobroci i miłości bezustannym.

    A do tego czasu muszę się, skarbeńku cudowny, kontentować jedynie radami i  opowieściami doktora, i krzepić nadzieją niedalekiego przecież naszego spotkania, kiedy Twój uśmiech opromieni cały Twój pokój, już wyszykowany, śliczny, jasny, południowy.

    Ciężkie jest to oczekiwanie, kiedy z trudem przychodzi mi stać i siedzieć, bo taki jesteś cały poruszony we mnie. Siłę mam jeno aby rozmyślać nad Tobą, moje złoto malutkie, najdroższe, kochane. Chciałbym otulić Cię dłonią niewidzialnej opieki i usunąć z Twej drogi wszelkie nieszczęścia i smutki. Bylebyś miał tam i tu słońce i ciepło i spokój! Niech Ci go nigdy nikt nie mąci. „Jaki będziesz, kim będziesz w swym męskim życiu ?” od tego pytania nie mogę myśli oderwać. Choć pełna jestem dobrych przeczuć  na przyszłość.

    Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy, bo z mojego szczęścia Tyś pierwszy syneczku kochany.

    Trudno jest mi oderwać się od listownej rozmowy z Tobą, maluszku. W snach codziennie się odwiedzamy, oczom moim jawi się Twój wizerunek, ujmuję  Cię za rękę, za wszystkie paluszki, tulę do serca. Chciałbym Cię wycałować, popatrzeć już na Twoja buzię, nakarmić się Twoim widokiem, rącząt, nóżek, mój mały zdrowasiński. Już na wieki oplotłeś mi się dookoła serca….
    Kocham Cię przeogromnie.
    Twoja Mama”

    Byłabym zapomniała, kogoś może ciekawić, skąd imię Krzyś? Umówiliśmy się z Kubą, że każde z nas przygotuje listę imion męskich i potem sobie przedyskutujemy te, które są na obu listach. Na mojej było około 12 imion: Ignaś, Jaś, Staś i Krzyś, jakoś tak w środku listy. Na Kuby liście było… tylko jedno imię. Zgadnij, jakie 😉

    No i jest Krzyś.

    A co do pochodzenia hashtagu #momfromdecade. To koleżanka kanadyjska, niania kolegi Maćka, nazwała mnie mamą od dekady. Nie wiem, czemu, ale brzmi to doniośle, wręcz jakby kto w dzwon bił. Miło mi.

    100 lat Synku!

    PS. Daj znać w komentarzu, czy takie, mocno osobiste posty powinny pojawiać się częściej?

    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • BYOB czyli kanadyjskie imprezowanie. Alkohol w Vancouver

    Tekst o alkoholu będzie. Uprasza się, żeby osoby poniżej 18 lat go nie czytały. Nie, żebym namawiała do czego złego, czy coś. To tylko kilka słów w temacie: alkohol w Vancouver.

    W Kanadzie pije się alkohol tak jak wszędzie na świecie. Jakoś tak wychodzi, że na spotkaniach towarzyskich łatwiej wchodzi. Się w klimat, w rozmowę się wchodzi, procenty pomagają.

    Niektórzy lubią mniej, niektórzy więcej. My tak sobie. W Kanadzie lubimy cydr z Okanagan, z sokiem jabłkowym.

    I jeszcze jedno – żadna ze mnie znawczyni salonów i bywalczyni domówek, więc śmiało pisz swoje uwagi, jak gdzieś za bardzo w temacie popłynę.

    Na wstępie kilka słów o alkoholu w Vancouver

    Gotowi na trochę kanadyjskiej historii?

    Wcale nie tak dawno niemożliwym było zakupienie napoju alkoholowego w supermarkecie.

    Do kwietnia 2015 r. alkohol w Kolumbii Brytyjskiej był sprzedawany jedynie w miejscach do tego wyznaczonych, licencjonowanych, takich jak np sieć BC Liquor Stores.

    Przepisy się zmieniły  i od kwietnia 2015 można kupić wino w supermarkecie. Pierwszy sklep w prowincji, który się na to odważył jest w Surrey. Koło nas, najbliższy Buy Low Food nie ma. Jeszcze.

    Żeby nie było, że można wszystko, o tak dobrze to nie ma. Jest prawo, jest strona regulująca spożycie / użycia czy nadużycie.

    Przydatne uwagi i jeden smaczek:

    • Nie możesz pić w parkach, na plażach czy w górach. Ale możesz na swoim miejscu kempingowym.
    • Możesz mieć w samochodzie zamknięty alkohol, ale nie możesz otwartej puszeczki.
    • Możesz przynieść swoje wino do restaurcaji i kelner musi ci je polać.  A jak zostanie, to oddać resztę. Ale korkowe też może pobrać przy okazji. Czyli wszyscy w sumie zadowoleni.

    Jak wybrać alkohol w Vancouver ?

    W Polsce co i rusz gazeta.pl testuje wina za 10 zł z Biedronki czy innego Lidla vs. wino z piwniczki renomowanego salonu.

    Niestety w Vancouver nie trafiłam jeszcze na takie promocje 😀

    Nie do końca jest tak, że nic nie ma.

    Napojów bezalkoholowych w naszym najbliższym supermarkecie jest bez liku, przy czym nam w oko wpadło wino ODALKOHOLIZOWANE, białe lub czerwone w cenie 8 $ za flaszkę.

    Nie żebym się czepiała, ale polski gugle pokazuje mi taki obrazek, jak wpisuję odalkoholizowane (bo to przecież coś innego niż bezalkoholowe).

    Piłam to odalkoholizowane wino, no i tak….. mnie smakuje jak wino bez wina. Dobre średnio, średnio daje radę. W sumie nie wiem, po co to wyprodukowali?

    Są jeszcze jakieś takie napoje, jakby oranżady, też bez alkoholu, ale nie napiszę więcej, bo nie próbowałam. Kolorowe bardzo, jakoś nie wzbudzają mojego zaufania. [na skali hipstera 1-10 mam teraz coś pewnie minus 3]

    Co to jest BYOB czyli na bring your own beer.

    I może kanapkę też przynieś na imprezę, tak na wszelki wypadek. [to żarcik jest, niewinny]

    Wspomnienie mojej pierwszej, zwykłej domówki po kanadyjsku

    A na niej goście: przewaga nie-Polaków.

    Tak jakoś w pierwszym roku pobytu w Vancouver zostałam zaproszona na wieczorne spotkanie, imienin świętowanie u koleżanki koleżanki mojej koleżanki.

    Ja i koleżanka to były jedyne Polki.

    Przed imieninami dostałam emaila, że uprasza się o przyniesienie swojego alkoholu. Ha!

    Na początku popadłam w zdziwienie, ale potem zrozumiałam, jak zobaczyłam, ile wino kosztuje.

    Na imprezie każdy sobie pije swoje, ile chce, jakie chce. I wszyscy są zadowoleni. Oczywiście nikt nie powiedział, że nie można się dzielić

    Taki zwyczaj, wcześniej mi z Polski nie znany.

    Byliśmy też kilkakrotnie na imprezach integracyjnych, pracowych kanadyjskich.

    I takie spotkanie też inaczej wygląda niż w Polsce.

    Dostaliśmy po dwa bilety-karneciki na alkohol (dwie lampki lub dwa drinki na głowę), reszta była do zakupu samodzielnego na barze.

    Do jedzenia serwowano mini kanapeczki i mini paszteciki. W ogóle mini, mini, tycie, tyciuteńkie.

    Nie mówię, że do dobrej imprezy potrzebne jest morze alkoholu i fura żarcia.

    Mówię, że w Kanadzie wygląda tak. A w Polsce, no to sam wiesz. Więc czuj się ostrzeżony 😉

    Jak dostać alkohol czyli tour-the-beer

    Alkohol możesz dostać na dwa sposoby:

    • kupić w sklepie i wypić poza sklepem,
    • albo kupić gdzie indziej (pub, restauracja, bar) i wypić na miejscu.

    W sklepie w B.C. zobaczysz ludzi grzecznie stojących do kas z sześciopakami w ręku.

    Zagęszcza się w weekendy, bo sklepy nie są całodobowe i trzeba zrobić zapasy.

    Nie wiem, czy wszystkie tak mają – ten najbliżej nas nie jest cały czas otwarty.

    Co do piwa, to w naszej dzielnicy radośnie hipsterskiej, czyli na Mount Pleasant, są malutkie browary, gdzie równie tłumnie bywa, jak w sklepach monopolowych.

    Ja nie wiem, czy to przystoi, dobra, wiem, że nie za bardzo przystoi pisać tak o warzelniach piwa (???), ale te tutaj są… urocze.

    Czyściutkie, lśniące pojemniki – beczki, z leciutchną nutką drewna. Industrialnie, ale nie za bardzo.

    A przed kasą w takich piwiarniach każdy stoi ze swoim bukłaczkiem po tzw. refill, czyli ponowne napełnienie piwną cieczą (wychodzi taniej niż za każdym razem kupować nową butlę, a jak ekologicznie!)

    Wcale nierzadko stoi się też z dzieckiem (albo i dwójką) – nie wiem, czy mają wstęp do środka, czy tak się tylko oko na to przymyka, bo raz mieliśmy sytuację, że nas z chłopcami nie wpuszczono do baru-pubu na śniadanie.

    Powód: serwowano tam alkohol i dzieci musiały być w pewnej odległości od nalewaka. Do środka nie wolno było, ale w ogródku już tak. Podstawy prawnej nie znam – ktoś pomoże?

    Próbowałam kilka takich craft sample beer w okolicy.

    Dobre.

    Na desce stoi od 5 do więcej malutkich szklaneczek z piwem i sobie próbujesz. Piwo to chyba można ze sobą mieszać? #nieznamsiealesiewypowiem

    Masz ochotę na wycieczkę po tutejszych browarach?

    Alkohol w Vancouver to za mało – może masz ochotę na ogórka?

    Najdziwiejsza rzecz, jaką nam zaserwowano do piwa to były smażone w panierce pikle czyli fried pickles.

    Jesteśmy pierwsi do próbowania, ale to niedobre było.

    Serio!

    W dwóch miejscach jedliśmy i dwa razy bee. No wiem, ja na małosolnych chowana, a do alkoholu to tylko kwaszony (taka tradycja). Ktoś jadł dobre fried pickels?

    PS A jeśli masz ochotę, to na portalu Polka na Obczyźnie przeczytasz moję historię, jak pomyliłam najsłynniejszy kanadyjski drink Ceasar z sałatką?

    Serdeczności!