Blog

  • Jak pokonałam 300 osób i dostałam pracę, czyli jak wyglądała moja praca w Kanadzie. Rekrutacja

    Zapytałam na Facebooku, czy znowu znowu o tym pisać. Mówić, jak wyglądała moja praca w Kanadzie. Odpowiedzieliście: pisz, Kate, pisz!

    Zatem jest – to będzie historia o tym, jak moje CV zostało wybrane spośród 300 innych i dostałam pracę w agencji interaktywnej.

    Pierwszy post, jak wygląda Kuby i moja praca w Kanadzie napisałam na blogu siódmego lutego, w 2015 roku.

    Pracować zaczęłam na początku marca 2015.

    Dzisiaj już tamtego posta nie znajdziecie, chociaż treści posłużyły mi w innych wpisach.

    O pracy napisałam mini poradnik, opisywałam swoje doświadczenia z tutejszą agencją zatrudnienia, pisałam, jak powinno wyglądać kanadyjskie resume, odpowiadałam na zarzut, że nie da się znaleźć pracy bez kanadyjskiego wykształcenia / doświadczenia i dzieliłam się z Wami historią – przestrogą, jak nie dać się nabrać naciągaczom obiecującym pracę w Kanadzie.

    Pisałam tam o moim niestandardowym podejściu do rekrutacji, czyli co wyszło, kiedy połączyłam czynnik “wyróżnij się, albo zgiń”, trochę odwagi i znajomość, kogo trzeba.

    A jeśli interesuje cię konkretnie temat pracy w IT, zajrzyj na mój drugi blog, Kasia i kod.

    Piszę o tym, jak w Vancouver zmieniam branżę na IT.

    A właściwie już zmieniłam, bo odkąd skończyłam lokalną szkołę – bootcamp programistyczny, przygotowuję strony internetowe, a od trzech tygodni pracuję jako web project coordinator w tutejszej agencji interaktywnej.

    Rzut okiem na branżę IT w Vancouver

    W związku z programowaniem i faktem, że Vancouver jest siedzibą zarówno start upów, jak i dużych firm technologicznych, czasami dostaję od Was pytania właśnie o to, jak znaleźć pracę w sektorze IT.

    Czasami jesteście rozczarowani nieudanym szukaniem pracy, a przecież mówi się, że programistów brakuje. Zawsze jest dla nich praca w Kanadzie (podobno).

    Więc jak to jest, że nie przyjmują w Kanadzie wszystkich, którzy skończyli przyspieszone kursy programowania?

    Miała być praca, miał być Canadian dream, a nie ma.

    Ja też myślałam podobnie – że będzie łatwo i praca w Kanadzie sama mnie znajdzie.

    Już w 2015 roku czytając ogłoszenia o pracę w Vancovuer wyszło mi, że najlepiej na rynku pracy się mają osoby z zacięciem internetowo-techniczno-programistycznym.

    Vancouver opisywano jako nową Dolina Krzemowa, wabiącą ułatwieniami podatkowymi, a nawet pierwszym na świecie programem emigracyjnym dla start-upów.

    Start-upy w Vancouver mają biuro-lofty w najstarszej, historycznej części miasta, rozdają na wejściu laptopy z jabłuszkiem i codziennie o 13:55 robią joga-przerwę dla wszystkich pracowników.

    Potrzebują inżynierów, deweloperów, komputerowców, marketingowców i osób do odbierania telefonu.

    Oferują usługi księgowe, marketingowe, systemy obsługi klienta, a nawet dowozy jedzenia.

    Czyli wygląda na to, że jest praca w Kanadzie dla tych, którzy mogą pomóc pracować innym w Kanadzie 😀 (czyli obsługując już istniejące firmy).

    W Vancouver jest  i Amazon, i Microsoft, i wiele studiów filmowych przygotowujących efekty specjalne do filmów.

    I oni także bardzo potrzebują ludzi. Często organizują targi pracy i pewnie stąd przekonanie, że praca w Kanadzie jest dla każdego.

    Duże firmy rzadko jednak szukają juniorów, a jak już szukają, to na jedno miejsce zgłasza się ogromna liczba kandydatów.

    I wtedy właśnie przydaje się strategia: “wyróżnij się, albo zgiń”.

    To teraz opiszę case study, jak aplikowałam do pracy w agencji interaktywnej, w Vancouver.

    Wiem, że pokonałam 300 innych resume, więc jest szansa, że postępując podobnie, też pracę dostaniesz.

    Wrzesień 2018 – co wiedziałam i jak zaczęłam szukanie pracy?

    Osób z doświadczeniem juniora, dopiero zaczynających, jest całkiem sporo, i wiele z nich ma takie samo portfolio programistyczne. Wiele lokalnych szkół uczy programowania.

    Bootcampy nie mają możliwości wysłania studenta na praktykę (co-op), więc taka forma “wbicia się do firmy” nie zadziała.

    Wiedziałam, że muszę się wyróżnić. Że muszę zrobić coś inaczej niż wszyscy. I że chcę wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenie zawodowe , spoza IT,  kiedy w Polsce pracowałam jako specjalista i lider projetków w branży outsourcingu finansowego.

    Postanowiłam, że będę aplikować na stanowiska w agencjach, gdzie potrzebują trochę dewelopera WordPressa, a trochę menadżera projektu.

    Chciałam też pokazać, że mimo, iż na etacie nie pracuję od 2016 roku, to jednak cały czas jestem aktywna zawodowo i uczę się nowych rzeczy.

    Najpierw poprawiłam swój LinkedIn i zbudowałam swoją stronę-portfolio po angielsku.

    Wiesz, że na LinkedInie możesz dodawać całkiem sporo informacji o sobie?

    Są zdjęcia, linki, można publikować posty i komentować posty innych. Ja postarałam się, żeby w mojej sieci kontaktów mieć te 500 osób (mniej osób wygląda po prostu biednie).

    Stworzyłam również stronę firmową na LinkedInie, dla tego okresu, kiedy pracowałam jako freelancer – dzięki temu wyświetla się mi małe logo (nie chcę się zagłębiać w szczegóły techniczne, ale to nic wielkiego, spokojnie ogarniesz).

    Do tworzenia wszystkich grafik od zawsze używam darmowego programu canva.com.

    Żeby mieć co zalinkować do LinkedIna (hehehe), zbudowałam na Jekyllu prostą stronę po angielsku, pokazującą moje prace. Wybrałam gotowy motyw i  zmodyfikowałam pliki.

    Jeśli jesteś osobą nietechniczą, taką stronę możesz “wyklikać” inaczej – za chwilę pokażę ci, jak.

    Ale zanim to, to jeszcze słówko o tym, dlaczego to portfolio było takie istotne. Nie chodzi o pochwalenie się projektami, których przecież mam dość mało i w dodatku większość to prace ze szkoły kodowania.

    Chciałam mieć portofolio, żeby się wyróżnić. Dać się zapamiętać.

    Na spotkaniu absolwentów Talent Connect, które odbyło się w miesiąc po zakończeniu bootcampu, jako jedyna miałam  portfolio.

    Od początku września 2018 czytałam ogłoszenia o pracę. I sprawdzałam, kogo z firmy, która mnie interesuje, mogę dodać do mojej sieci kontaktów.

    Nie czekałam, aż skończę kodować portfolio, tylko przeglądałam glassdoor, indeed i strony firmowe na LinkedInie (i je follołowałam).

    Kiedy znalazłam interesujące mnie ogłoszenie, zaczepiałam na LinkedInie osobę pracującą w tej firmie i pytałam, czy może się ze mną spotkać na kawę / lunch.

    Starałam się, aby prośba nie była nachalna, ale osobista, miła i w miarę szczegółowa.

    Przykładowe “zaczepki”:

    Hi Jane Doe, I came across your LinkedIn profile while I was reading about startups at Daily Hive https://bit.ly/2MPAv0I , and I wanted to say ‘hello’. I got caught by the product your company (tutaj była nazwa firmy) owns (wow!), and I wonder if we might talk someday. Nice to meet you! PS. I am also a RED grad, from Web Dev 🙂
    Hi Jane Doe, I came across your LinkedIn profile and I wanted to say ‘hi’. I am RED grad too, from Web Development. I wonder if I could ask you about your company (tutaj była nazwa firmy) – I would like to apply for Web Developer there. Do you think we could chat someday? Have a great day and nice to meet you! Kate

    Wysłałam pytania-zaproszenia do około 10 osób. Nie odpowiedziała mi jedna.

    Z tych 10, z czterema spotkałam się na kawie albo lunchu (zawsze proponowałam, że to ja zapłacę, bo chcę w ten sposób odwdzięczyć się za poświęcony mi czas).

    Takie spotkania nazywają się informal interviews i są bardzo pomocnym źródłem wiedzy o firmie. Na spokojnie pytałam o rzeczy, których zwykle nie dowiesz się podczas normalnej rekrutacji i zawsze prosiłam, czy mogę przesłać swoje resume i usłyszeć uwagi od tej osoby.

    Na 4 osoby, jedna nie zgodziła się, żeby pośredniczyć w przesłaniu mojego CV wyżej.

    Te rozmowy, spotkania, dopytywanie się później i dziękowanie za czas zajęło mi całkiem sporo września i początek października.

    Na Google drive założyłam sobie podkatalogi, w których trzymałam kopię ogłoszenia, kopię mojej aplikacji i notatkę.

    To wszystko było znacznie bardziej wymagające niż po prostu wysłanie setek takich samych resume z nadzieją, że któryś zostanie wyłowiony ze stosu innych i zostanę zaproszona na rozmowę.

    Może taka strategia ma szansę, ale ja w nią słabo wierzę (zwłaszcza odkąd dowiedziałam się, że do mojej agencji na moje stanowisko zaaplikowało 300 innych kandydatów).

    Dlatego wyróżniam też moje CV. Nie tylko piszę je zawsze od nowa i konkretnie pod daną firmę, ale także personalizuję je tak, żeby pasowało do brandingu firmy, do której aplikuję.

    Nie potrzeba wcale wielkich umiejętności graficznych.

    Ja mam dwie wtyczki do przeglądarki Chrome, które mi pokazują czcionki i kolory na stronie.

    Potem, w canva.com, modyfikowałam konkretny szablon resume, używając kolorów i fontów tej firmy.

    rektrutacja do pracy w kanadyjskiej agencji czyli jak pokonalam 300 innych cv_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Na zdjęciu znajdziesz fragment strony agencji (góra zdjęcia) zestawiony z moim resume.

    Zrobiłam też trzy strony lądowania w darmowym programie Unbounce. Każda z tych stron była moją wizytówką – resume.

    To znowu ekstra zajęcie, wymagające czasu, ale są z tego oczywiste korzyści: nauczysz się tego narzędzia i możesz podczas rozmowy zabłysnąć.

    To również sposób, żeby w miarę szybko zbudować stronę typu “o mnie”, jeśli nie masz swojego portfolio.

    Unbounce to program szeroko używany w agencjach marketingowych i jego znajomość się przydaje!

    Poniżej znajdziesz zrzut takiej strony, a tutaj możesz ją sobie podejrzeć w sieci.

    kate-jeziorska-laning-page-for -interview-proces

    Z trzech firm, do których wysłałam linki, na rozmowę zaprosiła mnie jedna.

    Rozmowy czyli interview, czyli co myśli o tobie pies. I cały zespół przy okazji też.

    Teraz kilka wspomnień z rozmów o pracę.

    Miałam łącznie trzy interview w siedzibach firm. To pierwszy etap, który następuje po przeczytaniu resume i telefonie od pań z HR.

    W każdym biurze, gdzie byłam, na wejściu witały mnie psy.

    Nie mam nic przeciwko psom, ale jak jeden z nich się rozszczekał maksymalnie, to po pierwsze, się przestraszyłam. A potem obróciłam całą sytuację w żart, mówiąć “oho, to pierwszy test kwalifikacyjny oblałam ;)”.

    Na jednej rozmowie byłam przepytywana przez cały zespół.

    Siedzieliśmy sobie na poduszkach na podłodze, a ludzie zadawali mi pytania. Oczywiście nie kojarzyłam wszystkich osób (nie ma szansy zapamiętać składu firmy, chociaż zawsze przed rozmową sprawdzam profil przepytującego mnie mendżera na LinkedInie).

    Padły pytania o to, czy jestem #coffeeteam czy #teateam (odpowiedziałam, że wolę herbatę, a po rozmowie sprawdziłam na Instagramie, że ta firma ma własną markę kawy. Ups!).

    Pytano mnie, o to jaki film lubię najbardziej (podałam pierwszy lepszy: “Titanic”. Na co Krzysiek, lat jedenaście i pół, powiedział mi później: “no co ty mamo, tego nikt nie zna!”) – więc zawsze odpowiadaj “Władza Pierścieni” (hehehe).

    Były pytania o czas wolny, o sposoby na stres, o sposoby na upierdliwego klienta (sic!) i całe mnóstwo innych zagadnień.

    Te rozmowy mają na celu sprawdzić, czy pasujesz do zespołu, czy jesteś cultural fit.

    Jak nie wiesz, czy pasujesz, sprawdź, co firma publikuje na Instagramie – to tam najczęściej są migawki z codziennego życia w pracy i po pracy.

    I jak już mnie tak przemaglowano, to zawsze na końcu proszę, żeby osoby pytające powiedziały coś o sobie.

    Bo ja chcę wiedzieć coś o nich, skoro one miały szanse wypytać mnie. Poza tym, każdy lubi się trochę sobą pochwalić, zwłaszcza w sytuacji, kiedy to nie on jest przepytywany.

    Inne okazja do rozmów nadarzyła się wkrótce potem.

    Masowe spotkanie w realu, czyli konferencja, gdzie jedni szukają pracy, a inni szukają ludzi do pracy.

    W październiku 2018 w Vancouver odbył się WordCamp, czyli konferencja techniczna dla osób pracujących z WordPressem.

    Wiedziałam, że ta konferencja to moja kolejna szansa na znalezienie pracy. Pisałam o swoich wrażeniach na blogu kasiaikod.pl, więc tutaj tylko kilka słów w temacie rekrutacji.

    Przed wydarzeniem znowu zaczepiałam nieznane mi osoby na LinkedInie, z pytaniem, czy będą na WordCampie i jeśli tak, to proponowałam, żebyśmy się spotkali. 

    Napisałam też do osób z różnych agencji, do których wysłałam resume, że będę i że przyjdę się przywitać, jeśli i one będą.

    Co zrobiłam na tej konferencji?

    Pamiętam, jak stałam w rzędzie krzeseł za dziewczyną (moją obecną szefową), której wtedy nie znałam.

    Wiedziałam, że to ona. Widziałam, jak rozmawiała ze znajomymi, całkowicie tym pochłonięta. Bardzo, bardzo wiele energii mnie kosztowało, żeby do niej podejść, usiąść obok, zwrócić na siebie jej uwagę i zacząć rozmowę.

    Czułam, że się narzucam, że jestem nachalna i niegrzeczna, a jednocześnie przecież właśnie miała miejsce moja rozmowa kwalifikacyjna. Musiałam się skupić, zebrać w sobie, pokonać wszystkie wewnętrzne bariery i z uśmiechem zacząć rozmowę.

    Właściwie tamten dzień i całą moją strategię rekrutacji podsumować mogę stwierdzeniem, że:

    Bezustannie ćwiczę odwagę, uśmiech i networking. Jeśli praca w Kanadzie jest Twoim celem i marzeniem, też tak rób!

    Zaczepianie ludzi, pisanie do nich później emaili z pytaniem, czy moje resume zostało przesłane dalej, co mogę zrobić, jest stresujące, niekomfortowe i wymaga odwagi.

    Każdy taki email z prośbą to była próba. Wiele razy myślałam: po co mi to, przecież nie muszę na siłę szukać pracy, nie chcę się “prosić”.

    Ale takie są dzisiejsze wymagania i jeśli chcesz im sprostać, wysiłek jest niezbędny.

    Tamta rozmowa na WordCampie zaowocowała tym, że Anna mnie zapamiętała.

    Powiedziała, że zapyta w HR, żeby przeprowadzili ze mną pierwsze interview przez telefon. I rzeczywiście, telefon zadzwonił dwa dni później.

    Mam dla ciebie jeszcze jeden przykład mojego zagrania vabank.

    Agencja szukała front-end dewelopera, a ich ogłoszenie zawierało zdjęcie Batmana na jednorożcu oraz zapewnienie, że co piątek są w biurze wojny na rzutki (nerf guns). No co, nie każda praca w Kanadzie musi być śmiertelnie poważna, c’nie?

    Pierwsza moja myśl: “oho, jak wy tak, to ja tak!” i wysłałam im resume z listem motywacyjnym takiej treści:

    Hi,

    So I have about 30 seconds to get your attention before you delete this cover letter. Here goes the most important facts:

    I am not a typical frontend developer, but I believe you are not a typical agency. I transitioned from finance to IT. Why? Because finance is boring and I want to see humans behind numbers.

    I know WordPress from clients perspective – I worked with this CMS long before I even thought about becoming a frontend developer. I am blogging on WP since 2014, constantly growing my audience. RED Academy taught me how to code. Now I am coding websites that sell a business. Or I code just for fun.

    I am extremely positive – ask one of more than 150 women I listened to and supported since 2016 on my monthly meeting at MP Neighbourhood House.

    I think Unikitty does not like the fact that Batman is riding a unicorn on your job adv. But I might be mistaken – humanum est errare.

    I am used to Nerf guns – I might not be playing them, but I know someone who does.

    That’s all I’ve got. Can we talk in person?

    Thank you for your time and all the best,
    Kate

    Ten list wysłałam o 23 wieczorem w czwartek, w piątek o 9 rano zadzwoniła dziewczyna z HR, że ja “made her day” i czy mogę przyjść na rozmowę, bo ewidetnie pasuję do zespołu.

    Czyli widzisz – to, czy pasujesz, jest równie ważne, a nawet ważniejsze niż to, czy umiesz kodować.

    Mój proces rekrutacji do pracy w Kanadzie podsumowany w kilku krokach.

    Na wypadek jakby cały post to było za dużo mam dla ciebie wersję: too long, don’t read.

    Buduję portfolio – zaczepiam – wysyłam aplikacje / chodzę na targi, konferencje, kawę – emailowo pytam, jaki jest status aplikacji – dostaję pytanie z dostępnością celem umówienia rozmowy telefonicznej, tzw. screening interview – pierwsza rozmowa, zwykle z HR – druga rozmowa on-site (z menadżerem albo kilkoma, albo i z całym zespołem) – przedstawienie oferty zatrudnienia.

    Nie dostałam żadnej odpowiedzi na moje resume wysłane na adres ogólny typu career@company.com.

    Skoro na te skrzynki przychodzi kilka setek resume, szansa, że to właśnie moje zostanie wyłowione z tej sterty jest bliska zeru.

    Polecam kontakt osobisty, mówię, że nie obędzie się bez wysiłku, ale jak się już uda, to poczucie zwycięstwa jest o-sza-ła-mnia-ją-ce!

    I szczęścia też  Ci życzę – nawet najlepiej opracowany plan potrzebuje odrobiny szczęścia!

    Serdeczności! (a na blogu kasiaikod.pl przeczytasz wrażenia z pierwszego tygodnia mojej pracy.)


    Daj znać, czy masz jakieś pytania. Serdeczości!

    A może podzielisz się swoją historią – ci, którzy myślą o wyjeździe do Kanady i czytają te posty z pewnością ci za to podziękują!

  • Dlaczego lubię kanadyjskie Halloween? Merry scary Halloween…

    Nie wszyscy lubią święto Halloween. Wśród tych nie-wszystkich trafiają się różni ludzie, a czasami też Polacy. Zwłaszcza tacy, co dopiero przyjechali, a świętowanie Halloween jest im obce. I trochę nie licujące się z powagą polskich Wszystkich Świętych, czy Zaduszek, które przecież u samego Mickiewicza były. 

    A Halloween to wesołe święto pełne przebierańców, dyń, trick or treat (chodzenia i zbierania słodyczy).

    Niektórzy nie lubią, nie obchodzą. Mają prawo, to ich sprawa.

    Można lubić i nie lubić, można rozumieć i nie rozumieć. W sumie jak ze wszystkim.

    W tym wpisie pozbierałam wszystkie nasze październikowo – listopadowe kanadyjskie wspomnienia, odkurzyłam je i spróbowałam napisać, dlaczego lubię kanadyjskie Halloween.

    Ja lubię święto Halloween. Chociaż nie co roku i nie wszędzie. Nie polubiłam amerykańskiego Halloween w Disneylandzie w 2017.

    No dobrze, to za co ja lubię to święto? Konkrety poniżej:

    Do Halloween dzieci przygotowują się wcześniej, śpiewając różne, miejscami ponure piosenki.

    Te piosenki trącą makabrą, to prawda, ale chłopaki przekręcają słowa i się wygłupiają. A przy okazji ćwiczą wyobraźnię słowną.

    A jak już jest po przygotowaniach i właściwie samo święto ma się już ku końcowi, to nasze chłopaki przejawiają niesamowitą kreatywność wraz z zacięciem biznesowym i ekonomicznym pazurem – na stole w kuchni handelek wymiankowy słodyczami trwa czasem i do północy.

    Przykładowe negocjacje: “Ja ci jednego Kit Kata, ty mi dwa lizaki”. I tak dalej. Maciek już wcale nie jest takim naiwnym przedszkolakiem, żeby miał się kreatywnemu nastolatkowi dać ocyganić na słodyczowym bazarku.

    Po pierwszym naszym kanadyjskim Halloween Krzysiek policzył, że ma około 50 cukierków i innych słodyczy. A wcale wtedy nie “chodziliśmy po domach”, tylko nasze trick-or-treat ograniczyło się do spaceru w okolicy i zaglądania do lokalnych sklepów, które miały kartkę z napisem: “tutaj w Halloween rozdajemy cukierki”.

    W kolejnych latach chłopaki znosili do domu całe torby słodyczy. 

    Na początku się wzbraniali wchodzić do obcych domów. Niepewność i brak odwagi brały górę.  Ale zachęceni przykładami kanadyjskich dzieci rozkręcili się szybko i śmiało stukali do drzwi.

    Mamy w naszej okolicy Mount Pleasant świetną ulicę, Dziesiątą, na której stoją piękne domy, niektóre już zabytkowe, i to właśnie tam nasi chłopcy najczęściej zbierają cukierki do toreb, a czasami wręcz torbiszczy.

    Ile jest wtedy przeliczania i okazji do kreatywnej wymiany!

    Typowym objawem zwiększonej kreatywności jest malowanie, przyozdabianie i wydrążanie większych i mniejszych dyń. Czyli robótki plastyczne, angażujące ręce.

    Lubię drążenie latarni czyli Jack-o-latternów, chociaż jest takie czasochłonne i oczywiście najwięcej roboty mają z tym zawsze rodzice.

    Ja jestem noga z gotowania, ale Kubie czasami się chce z tego dyniowego miąższu zrobić kopytka aka dyniowe gnocci. Robótka nie dość, że ręczna, to jeszcze kulinarna.

    Można też z dyni zrobić zupę (lubię, zwłaszcza z pokruszoną fetą) lub ciasto dyniowe (nie lubię).

    Ale najlepsza robótka ręczna to jest przygotowywanie kostiumu na Halloween.

    Pierwszym kostiumem Krzyśka, w październiku 2014, było przebranie strażaka.

    Pamiętam, że wrócił wtedy super dumny ze szkoły, bo jako jedyny miał własnoręcznie zrobiony strój. Koszt: 4.99 $ za każdy z kapelusz z One dollar store plus toonie (2$) za taśmę srebrzystą, która to wszystko trzymała w kupie.

    Co roku Krzysiek robi swój własny kostium. Był już kowboj i Flash, a w tym roku będzie Wiking. Wciąż szuka pomysłu na hełm w stylu Wikingów (podobno takie hełmy wcale nie miały rogów?!).

    dlaczego_lubie_kanadyjskie_halloween-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady-halloween-costumes-pumpkins-decorations

    Jeszcze co do kulinariów – słodycze to też jedzenie, prawda? Tak, dzieci przynoszą ogromną ilość słodyczy do domu. Czasami wątpliwej jakości, a prawie zawsze niezdrowe, bo pełne cukru.

    Na szczęście spacery po domach to okazja, żeby ten cukier choć trochę “wychodzić”. Na dworze pobuszować.

    Ale na początku jesieni, zanim się zacznie Halloween, wybywasz po dynie.

    Można pójść do pobliskiego sklepu, ale po co, jak można pojechać na dyniową farmę. Jest sporo takich miejsc, zwykle podobnych, zwykle trzeba dojechać samochodem. 

    Dyniobranie to ciekawa sprawa, jak nie wiesz, gdzie iść z dzieckiem, zapisz się do tej grupy na FB : mamy z Vancouver i pytaj.

    My byliśmy m.in na Hazelmere Pumpkin Patch . I było całkiem przyjemnie.

    Weź kalosze, pianki marshmallow, torbę płócienną na dynie i kukurydzę, oraz ciepłą herbatę w termosie.

    I już możesz wyjść na jesienny dyniowy spacer, tak około 2-3 godzin. Polecam i zachęcam. Jak nie pada, to super, a jak pada, to jeszcze lepiej, przynajmniej błoto jest świeże.

    Na farmie dyniowej znajdziesz zwierzątka i traktor, i ognisko, i to wszystko za kilkanaście dolarów wstępu. Albo i zupełnie bezpłatnie.

    A co można zrobić z dynią?

    Ja od Kanadyjczyka (z Ontario) usłyszałam dwie opcje:

    • utylizacja dyni na luzaka a’la bunt nastolatka czyli ciepnąć dynią o ziemię i zrobić plask (hmmmm…..);
    • spożytkowanie wnętrza dyni w celach okołospożywczych, czyli np. na kopytka (ale wtedy oprócz dyni trzeba mieć jeszcze męża, który umie robić kopytka).

    I taki pumpkin patch w czasie Halloween może Cię porządnie postraszyć. Jak lubisz się bać, to wybierz się wieczorem, jest straszniej. 

    Na pumpkin patch możesz całą złość i stres wyskakać w błocie. Tylko kalosze zabierz! A jak skanie nie pomoże, to weź dynie, podnieś wysoko i plaśnij z rozmachem o ziemię. Co za uczucie! Co za ulga!

    A jeśli nie lubisz dyni, to może pobawisz się wśród kukurydzy? Wleź w pole kukurydzy i się zgub w labiryncie (corn maze)!

    My pojechaliśmy do takiego w Surrey (około 40 minut samochodem, komunikacja miejska niestety nie dojeżdża, bo to w polu).

    Łatwo wejść (około 20 $ za rodzinę), trudniej wyjść, bo kierunek wyznaczają odpowiedzi na pytania. Zdaniem gospodarzy pytania są trywialne, ale ja bym dyskutowała (np. która z drużyn piłki nożnej uczestniczyła we wszystkich mundialach). Pytania są w punktach kontrolnych, wybierasz odpowiedź  i na tej podstawie idziesz w prawo, lewo, albo w kółko.

    W naszym labiryncie były dwie platformy widokowe, które służyły pomocą w określeniu dalszego kierunku, jakby jednak pytania pokonały zwiedzających. 

    Zobaczcie sami, jak super taki labirynt wygląda z góry.

    No nie mówicie mi, że to nie jest fajne! A w czasie Halloween w takich miejscach są dodatkowe atrakcje – szukaj informacji na stronach gospodarstw i na Instagramie!

    Dobra, zostawiam dyniobranie i kukurydziane labirynty, a przechodzę do clue Halloween czyli spaceru po domach, żeby pozbierać cukierki.

    To właśnie cukierki wzbudzają najwięcej kontrowersji wśród rodziców. Też uważam, że większość słodyczy rozdawanych dzieciom to śmieciowe słodycze, bardzo słabej jakości.

    Ale samo zbieranie słodyczy, ten spacer pomiędzy domami, z całymi gromadami innych, roześmianych dzieci, ten spacer lubię bardzo. Nawet jak pada.

    Bo w żadnym innym dniu dzieci nie są takie szczęśliwe, jak właśnie wtedy.

    W Kandadzie nie obchodzi się Dnia Dziecka 1 czerwca, właściwie to żadnego dnia się nie obchodzi, więc to Halloween to oprócz Bożego Narodzenia i urodzin jedyne prawdziwie dziecięce święto.

    W 2015 roku Krzysiek pierwszy raz miał okazję doświadczyć tego, co każde amerykańskie dziecko zna od dzieciństwa. Na początku się wzbraniał, niepewność i brak odwagi brały górę.  Ale zachęcony przykładem najlepszego swego kolegi z klasy, Logana, rozkręcił się i śmiało stukał do drzwi.

    Mamy w naszej okolicy Mount Pleasant świetną ulicę, Dziesiątą, na której stoją piękne domy, niektóre już zabytkowe, i to właśnie tam chłopcy przebrani za żołnierza (Krzyś) oraz Indiana Jones (Logan) zaczęli zbieranie cukierków do toreb, a czasami wręcz torbiszczy.

    Sean, tata Logana, powiedział mi, że niewielu właścicieli domów nie przygotowuje słodyczy. Często sami są przebrani, stojąc w drzwiach i witając dzieci chodzące w mniejszych lub większych grupkach. A jak się słodycze skończą, wywieszają karteczkę ran out of candy

    Na początku naszego pobytu tutaj śmieszyło mnie, że i dorośli się przebierają, ale teraz myślę, że to jest fajne.

    Sama nie szaleję z kostiumem, ot, jakiś kapelusz pożyczę od chłopaków, ale podoba mi się, że niektórzy dorośli mocno się angażują. Czasami całe rodziny mają podobne przebrania  – i to wygląda mocno efektownie.

    Bardzo lubię Halloweenowy spacer wśród roześmianych ludzi.

    I nawet czołgające się Zombie czy wylewające się flaki na trawniku mi nie przeszkadzają.

    Jeśli się krępujesz z dzieckiem chodzi i stukać do domów obcych ludzi, zawsze możesz się przejść po sklepach.

    Wielu właścicieli mniejszych i większych biznesów w ostatnim dniu października rozdaje słodycze zza lady, na hasło: trick or treat.  Tak, jak napisałam wcześniej to spacer po sklepach był naszym pierwszym doświadczeniem z Halloween w Kanadzie, bo na początku nie byłam zupełnie przekonana do “żebrania po ludziach”.

    i jeszcze zupełnie osobiście i głęboko lubię kanadyjskie Halloween, bo w 2014 to na halloweenowej zabawie przygarnęli nas pierwsi Kanadyjczycy.

    Wtedy, w 2014,  poszliśmy całą rodzinę na imprezę halołinową, która była w …. kościele.

    To taki fajny kościół protestancki, Tenth church,  gdzie Krzysiek chodził na zajęcia we wrześniu 2014, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver i okazało się, że nauczyciele strajkują, a lekcje odwołane.

    Wtedy zapisaliśmy Krzyśka na półkolonie (day camps) właśnie do tego kościoła.

    Dostaliśmy zaproszenie na zabawę w Halloween, i kiedy przyszliśmy,  było nam tak miło i przytulnie, bo nas pamiętano!

    Dla nowoprzybyłych, bez rodziny, zziębniętych i wystraszonych Polaków, takie dopytywanie się, co u nas było jak plasterek rozgrzewający na ściśnięte tęsknotą serce.

    I chociaż nam z kościołem nie zawsze jest po drodze, z kościelnymi świętami również, to, paradoksalnie kanadyjskie Halloween już zawsze będzie mi się kojarzyło właśnie z życzliwością doznaną w kościele.

    Fajne to święto, pozytywne, choć miejscami robi się niedobrze od robaków, kościotrupów i tablic nagrobnych.

    Kończę post, zerkając przez okno. A tam puszczają fajerwerki i dorośli przemykają wymalowani i poprzebierani za zombiaki, wampiry, mumie, wyśmienicie się bawiąc.

    A Ty? Lubisz? Nie lubisz? Daj znać w komentarzu!

    Serdeczności!

  • Co z Polki w Kanadzie wyłazi? Poświęcenie i brak wiary w siebie. A także pustka w portfelu. Polka w Kanadzie czyli ja

    Dzień dobry! Wczoraj prowadziłam Polskie Babskie Spotkanie. W skrócie: fajne Polki w Vancouver spotykają się, żeby porozmawiać, kawy się napić, pączka marchewkę zjeść.

    No i na tym spotkaniu usłyszałam od dziewczyn: Kasia, no wiesz co, czemu na blogu nie ma żadnych wpisów. (a nie ma, bo obecnie pochłania mnie nauka programowania, o czym piszę tu).

    Ale jest we mnie potrzeba dzielenia się naszym życiem w Vancouver, także dlatego, że wiem, jak te treści Wam pomagają.

    Dziękuję za każdy email i za każdy kop w dupę z cyklu: pisz więcej.

    Także tak.

    Ten wpis będzie o Polce w Kanadzie. O mnie.

    Ale też o wielu innych dziewczyńskich historiach, które na naszych Polskich Babskich Spotkaniach wychodzą. O emocjach, radościach i rozczarowaniach.

    Poczytasz?

    Polka w Kanadzie to jestem ja.

    I ze mnie wiele rzeczy wyłazi, które pewnie nigdy by nie wypłynęły, gdyby nie Kanada. To będzie post emocjonalny, a jakże, o tym, jak to jest być żoną, która wyjechała za mężem.

    Kto ty jesteś?

    Polka mała, za granicę się dostała….

    Kwiatuszek jesteś, wiesz? Wallflower (czyli ktoś, kto na przyjęciu podpiera ścianę)

    Być może też jesteś taką Polką. Wyemigrowałaś z miłości, albo żeby wesprzeć karierę męża. To takie piękne, przynajmniej na początku, bardzo romantyczne, podążać za uczuciem i z uczuciem wspierać najukochańszą osobę. Tylko że rzeczywistość bywa dużo mniej różowa.

    Jeśli jesteś tak jak ja, “trailing spouse”, ten wpis jest dla ciebie!

    Oraz twojego partnera, jeśli namówisz go, żeby przeczytał…

    Są badania, które pokazują, że jedną z najnieszczęśliwszych grup wśród ekspatów są właśnie małżonkowie na doczepkę.

    Najczęściej są żony, które zostawiły w kraju dobrze zapowiadające się kariery (albo przynajmniej stabilną posadę).

    Dziewczyny wyjechały za partnerem do nieznanego kraju, gdzie na niego czeka ekscytująca praca.

    Na mnie w Kanadzie nie czekało nic i wiem, że wiele dziewczyn jest w podobnej sytuacji.

    No dobrze, to jaka ja jestem jako Polka w Kanadzie i co we mnie siedzi?

    • Początek. Na początku jest tylko kanapa i tylko malowanie paznokci.Wyrzucona z codzienności zawodowej, musisz na nowo nauczyć się zarządzać sobą w czasie emigracyjnym. Który płynie nie szybciej, nie wolniej niż w Polsce, ale inaczej.
    • Nowe. Nadchodzi frustracja organizowania nowego życia. Zaakceptowania go. Ja przez te 4 lata miałam momenty, kiedy świadomie przyjmowałam wszystko, co oferuje nam życie w Kanadzie. Nieważne, czy dobre czy złe. Ale miałam też takie chwile, kiedy buntowała się we mnie każda najmniejsza komórka. I wkurw był na maksa. I poczucie, że pomysł emigracji najgorzej się przysłużył właśnie mi. Kuba rozwinął skrzydła, synowie mówią po angielsku, a ja? No właśnie….
    • Pokora. Pokory się trzeba nauczyć. Że w Polsce byłam kimś, a tu jestem nikim. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, to tak jest. Niestety nie potrafię nie myśleć o swojej wartości nie biorąc pod uwagę życia zawodowego. Którego tutaj nie mam. I choćbym nie wiem na jakie wyżyny stoickiego spokoju się  wdrapywała, choćbym nie wiem, ile razy sobie mówiła, że nieważna jest praca, ważna jestem ja, to jednak praca jest dla mnie ważna. No i co na to poradzić?
    • Matka. I jeszcze dzieci są. Tylko wsparcia przy dzieciach brak. A Vancouver niestety nie jest miastem przyjazny rodzinie (ale o tym kiedy indziej). Nasze chłopaki większość dzieciństwa spędziły w Kanadzie. A bycie rodzicem to nie są uśmiechnięte reklamy produktów mlecznych tylko ostry zapieprz. Być może są matki, które świetnie się odnajdują w swojej roli i emigracja wcale im nie przeszkadza być rodzicem na 100%. Ja jestem zła. Często jestem zła, że nie mam pomocy przy synach. A mam świetną oddaną rodzinę w Polsce. Swoją wioskę, tak potrzebną do wychowania dzieci. I tak, jak wiem, że można sobie taką grupę stworzyć na emigracji. Mi się nie udało. I jest mi ciężko z tym. Trochę o swojej roli jako Matki Polki Kanadyjskiej pisałam w tym wpisie.
    • Finanse. Dla mnie jednym z większych problemów jest zależność finansowa. Mąż oczywiście słowa nie powie, konto wspólne, ba, nawet jest zapisane tylko na mnie. Ale co z tego? Jestem zależna finansowo, mam w głowie barierę koszystania z tych pieniędzy i nie umiem o tym nie myśleć. Mimo że pracę znalazłam, to dysproporcja pomiędzy tym, co zarabiałam w Polsce, a w Kanadzie, skutecznie psuła mi humor. A teraz to już w ogóle jest nieciekawie, bo jestem w trakcie zmieniania branży i zarabiam okrągłe zero. Cóż więc dziwnego, że czasem jak to zero się czuję?

    I ja wiem, że i w Kanadzie Polki mają swoją długą listę sukcesów.

    Że nie każda Polka w Kanadzie, co za mężem przyjechała, przechodzi przez podobne problemy.

    Że nie każda matka wychowująca swoje dzieci tutaj, żałuje, że dziadkowie są tam.

    I wiem też, że zaraz zgłoszą się “doradzacze”, którzy powiedzą: nie podoba się, to wypad z Kanady. Coś Wam powiem – jeszcze się nigdzie nie wybieram. Jeszcze.

    Bo mimo wszystko, mimo tych pryszczatych uczuć, które ze mnie wychodzą, jestem wdzięczną Polką w Kanadzie.

    Nauczyłam się tak wiele – decyzja o emigracji do Kanady zniszczyła moją karierę korporacyjną (omg), ale zbudowała mnie jako człowieka.

    A kto wie, czy w dłuższej perspektywie nie wyjdę na tym lepiej?

    I jeszcze takie coś na koniec znalazłam.

    Polko w Kanadzie – mind the gap!

    Mind the gap- czyli pamiętaj, że jest różnica pomiędzy tym, gdzie jesteś teraz, kim jesteś teraz, a tym kim chcesz być.

    Minding the gap pozwala zauważyć i docenić to, kim jesteś na początku, pozwolić sobie na to, że może być niedealnie, męcząco, frustrująco, niewygodnie.

    Pozwala również wiedzieć, że gdzieś tam po drugiej stronie tej przestrzeni jest miejsce, gdzie chcę być, kim chcę być, i jeśli przyjmę odpowiednią strategię i sobie na to pozwolę, powinno się udać!

    Albo przynajniej wiem, że próbowałam.

    No dobra, słuchaj, jak to czytasz i jesteś Polką w Vancouver, nie możesz nie przyjść na nasze Spotkania.

    Wpadnij, podziel się swoją historią. Na pewno jest ważna!

    Serdeczności!

  • Jedna rzecz, która mnie bardzo wkurza w kanadyjskiej szkole synów

    Dzisiejszej nocy ciężko mi było spać. Przylecieliśmy do Vancouver dwa dni temu, więc łatwo wytłumaczyć bezsenność zmianą czasu i koniecznością przyzwyczajenia się do czasu kanadyjskiego.

    Ale jest jedna sprawa, mocno nieciekawa, która mi spędza sen z powiek. I nie ma nic wspólnego z jetlagiem.

    Zaczął się kolejny rok szkolny, a wraz z rozpoczęciem przypomniała mi się ta jedna rzecz, która mnie bardzo wkurza w kanadyjskiej szkole chłopaków.

    Żeby opisać sprawę jednym zdaniem: chodzi o coroczne przemieszczanie uczniów w klasach. (zastrzeżenie: nie wiem, czy tak jest w każdej kanadyjskiej szkole)

    Nie jest tak, jak w szkole polskiej, że zaczynasz zerówkę/pierwszą klasę z grupą dzieci i po kilku latach z większością tych dzieci  szkołę kończysz.

    O nie!

    W naszej szkole, co roku przez pierwsze kilka dni jest obserwacja zachowania dzieci, a potem różne przetasowania pomiędzy klasami.

    No dobrze, to przetasowania są i co z tego wynika?

    Jednym ze skutków takich przetasowań i mieszania dzieci jest brak stałych klas stworzonych według roczników.

    Nigdy nie wiem, jaka jest aktualna klasa chłopaków

    Krzysiek już od kilku lat jest w klasie łączącej dzieci z wyższego i niższego rocznika. Jest mu obojętne, czy klasa jest 6 czy 5/6 czy 6/7. 

    Nam, czyli rodzicom, taka sytuacja przeszkadza w stopniu umiarkowanym, bo widzę plusy uczenia się młodszych i starszych dzieci w tej samej klasie.

    Pamiętam, że podobny system działał w żłobku Maćka i ten pomysł nam się podobał. Dzieci wspierały się nawzajem i uczyły od siebie

    Jest oczywiście i minus, ale nie wiem, czy to nie tylko moje wyobrażenie – brak wyrównanego poziomu w nauce.

    I proszę, nie zrozumcie mnie źle, daleka jestem od wyciskania, ile się da z dzieci, żeby tylko wyniki końcowe były dobre. Opieram się tylko i wyłącznie na tym, co widzę u Krzyśka, który, przypomnę, ma lat 11 (wrzesień 2018).

    Czasami Krzyś jeszcze opowie mi, co się dzieje w jego klasie.

    Lubi matematykę. Kuba dodatkowo od czasu do czasu przerabia z nim zadania, bo akurat na matematykę kładziemy duży nacisk. W klasie kanadyjskiej jest więc Krzysiek zwykle do przodu z matematyką, chociaż w podstawówce polskiej byłby średniakiem. I nie ma co robić, bo kiedy on skończy swoje zadania, to kanadyjskie dzieci z niższego rocznika, wciąż pracują. A jeśli z kolei zabierze się za zadania z wyższej klasy, bywa, że nie rozumie, o co chodzi.

    I w takiej sytuacji prowadzenie lekcji jest, moim zdaniem, wyzwaniem dla nauczyciela.

    Tak, wiem, że przez wiele lat tak funkcjonowało nauczanie – wszystkie dzieci w jednej klasie i jeden nauczyciel od wszystkich przedmiotów. Ja byłam uczona inaczej i może dlatego teraz, jako rodzic, odczuwam dyskomfort.

    Ale takie wymieszanie poziomu i lat dzieci, to nie jest jeszcze to, co mnie najbardziej wkurza w kanadyjskiej szkole chłopaków.

    Najbardziej mnie wkurza rozdzielanie dzieci, które są zaprzyjaźnione.

    I tak, nie wierzę w to, że po 4 latach w Kanadzie doszło i do tego.

    Od czterech lat do naszej rejonowej podstawówki chodzi Krzysiek. Przyleciał do Kanady jako 7latek, zaczął drugą klasę z małą znajomością angielskiego. Słowem: było trudno (kliknij, żeby przeczytać więcej o emocjach dzieci na początku emigracji).

    Po zaserwowaniu własnemu dziecku wstrząsu emigracyjnego, starałam się zapewnić mu jakieś bezpieczeństwo emocjonalne. U dzieci najlepiej sprawdzają się w takiej roli wypróbowani koledzy. I Krzysiek takiego ma: Logana.

    Co roku proszę nauczycieli (którzy też się zmieniają), żeby Krzysia z Loganem nie rozdzielać.

    Proszę, że nawet jeśli różnią się poziomem nauczania (a nie za bardzo się różnią, chociaż Logan to rodowity Kanadyjczyk), to żeby ze względu na ich zażyłość, wzajemne wspieranie się w szkole i łatwość, z jaką my rozmawiamy z rodzicami Logana, zostawić chłopców razem w jednej klasie.

    I co roku spotykam łagodną acz stanowczą odpowiedź: “być może spełnimy tę prośbę, a być może nie. Napisz Kate, jakieś podanie, a być może dyrektor spojrzy na nie przychylnie”.

    Co roku, od czterech lat, Krzyś w czasie wakacji zamartwia się po swojemu: “mamo, a czy Logan będzie ze mną w klasie”.

    A ja co roku zaciskam piąchy, nie rozumiejąc akurat tej szkolnej polityki.

    W tym roku pierwszą klasę zaczął Maciek. W zerówce był z różnymi kolegami, także takimi z przedszkola. Chodził do klasy z bratem Logana, Lukiem. I też się z nim zaprzyjaźnił.

    Nie dziwcie się zatem, że pod koniec czerwca 2018 poprosiłam nauczycielkę, żeby nie rozdzielać Maćka i Luka. Są kolegami, są w końcu braćmi najlepszych przyjaciół. Często organizujemy im wyjścia razem, wspólne zabawianki czy półkolonie. Nauczycielki odpowiedziały mi starą śpiewką: może tak, może nie.

    Maciek wczoraj został przypisany do klasy pierwszo-drugiej, w której nie ma Luka. Nie ma żadnego dziecka, które zna z przedszkola.

    Poszłam do dyrektora. Zapytałam się, dlaczego? Po co? Nasze chłopaki, jak każde emigracyjne dziecko, mają pod górę, kiedy my, rodzice, staramy się żyć “na dwa kraje”. W Kanadzie nasze chłopaki mają przyjaciół, w Polsce rodzinę. I dlaczego nie może tak zostać? To buduje ich świat.

    Odpowiedź dyrektora: “zdecydowały nauczycielki”.

    Poszłam do nauczycielek. Odpowiedź nauczycielek: “my nie możemy nic zrobić, tylko dyrektor.” (cooooo????)

    Poprosiłam o zmianę klasy. Zostałam zapytana, czy to moja prośba, czy Maćka. Ba, dyrektor zapytał Maćka, co on o tym myśli. Zapytał moje 6letniego, umęczonego lotem, spłakanego syna, czy chce być w klasie ze starym przyjacielem, czy chce poznawać nowych przyjaciół.

    Bo w rozdzielaniu dzieci podobno o to chodzi: żeby poznać inne dzieci, żeby się za bardzo nie zaprzyjaźnić w zamkniętym gronie. To dobrze wpływa na rozwój dzieci.

    Noż k….wa mać!

    Jestem innego zdania. Rozumiem rację in toto, ale proszę o elastyczne podejście akurat w naszym przypadku, bo znam moje dzieci. Znam je lepiej niż dyrektor czy nauczyciel szkoły. Tak, znam.

    Być może dlatego Kuba i ja mało rozumiemy społeczeństwo kanadyjskie. Mało rezonujemy z emocjami Kanadyjczyków.

    To nie jest nasze podejście do nawiązywania relacji międzyludzkich. Tęsknimy za ludźmi, których znamy “od przedszkola”, z którymi zjadło się beczkę soli.

    zobacz, jak ja radzę sobie z przyjaźnią w Kanadzie

    Moim zdaniem bardzo trudno jest zaprzyjaźnić, wiedząc, że to tylko tymczasowe.

    Że tego kolegi po roku nie będzie w klasie, ale nie dlatego, że życie tak zdecydowało. Tylko rozdzielamy was, bo tak! Szkoła decyduje.

    A może właśnie o to chodzi?

    Żeby wychować pokolenie, które będzie reagowało na życie tymczasowo: chwilowe relacje, szybkie zmiany, fast life. Nic na poważnie, dogłębnie, mocno.

    Kochani, ja wiem, że każdy żyje według swoich zasad. Że jak się nie podoba, to nie ma co pisać na blogu, tylko trzeba coś zmienić.

    Może niejedna z Was (matek) myśli, że pomysł z corocznym rozdzielaniem dzieci jest właściwy, bo w przypadku Waszych dzieci się sprawdził.

    Cieszę się, że u Was działa.

    U nas nie działa. Jest smutek, jest żal i jest obawa.

    Wynegocjowałam z dyrektorem tydzień obserwacji. Być może to on ma racje, ma w końcu dyplom z pedagogiki. Ale ekspertem od mojego dziecka jestem ja. Myślałam, że kanadyjski system oświatowy rozumie to lepiej niż polski. A wychodzi na to, że nie.

    I co teraz?

    Nie wiem, zobaczymy. Jeśli masz dla mnie jaką radę, chętnie przeczytam.

    I dziękuję Ci, że przeczytałeś ten wpis.

    Jeśli myślisz o emigracji z dzieckiem, koniecznie poczytaj więcej o doświadczeniach naszych chłopaków (link do kategorii: dziecko w Vancouver)

    Serdeczności!

  • Czy można być za starym na Kanadę? Emigracja kiedy masz więcej niż 40 lat

    Coraz więcej dostaję takich pytań – ludzie chcą wyjechać z Polski, a mają 40 i więcej lat. Szukają możliwości emigracji do Kanady, choć ich życie wygląda na mocno poukłądane. Powody są różne: sytuacja polityczna w Polsce, wojna w Ukrainie, chęć “pożycia” gdzie indziej, potrzeba zbudowania innej przyszłości dzieciom.

    Emigranci w późnym wieku inaczej reagują niż ci, co wyjechali mając lat naście. Ich motywy i zachowania są inne.

    Porozmawiajmy o przypadkach ze wspólnym mianownikiem: wyjazd z Polski w późniejszym okresie życia.

    Czy Kanada ma limit wieku emigranta?

    To pierwsze i najważniejsze pytanie.

    Opowiedź brzmi: nie, Kanada nie ma oficjalnie zapisanego limitu wieku potencjalnego emigranta.

    Ale większość programów emigracyjnych (czyli sposób w jaki możesz uzyskać legalny status i mieszkać oraz pracować w Kanadzie bez limitu), premiuje osoby młode, w wieku 25-35 lat. W niektórych przypadkach takie osoby dostają maksymalną liczbę punktów w programie.

    Na przykład w systemie Express Entry osoby starsze dostaną punkty ujemne za swój wiek. Nie wiem, jak ty, ale mnie to zniechęca i brzmi nieswojo. Z drugiej strony rozumiem decyzję rządu Kanady, żeby w ten sposób kształtować społeczeństwo. Ludzie starsi są dla państwa większym obciążeniem niż młodzi. Można się oburzać, że jak to, że to ageizm, no ale tak jest i już.

    To nie oznacza, że starsi aplikujący są od razu skazani na niepowodzenie i nie mają szans. Osoby po 35 roku życia mają trudniej, ale również mogą zostać zaproszone do aplikowania – wszystko zależy od wybranego programu emigracyjnego i indywidualnych sytuacji.

    Emigracja do Kanady po 40 (czterdziestce) kiedy masz zawód poszukiwany w Kanadzie

    Poszukiwany / poszukiwana (kto pamięta ten film?) – warto sprawdzić, czy twój zawód jest na liście poszukiwanych zawód, publikowanych przez urząd kanadyjski. Jeśli tak, to masz większe szanse na emigrację niezależnie, ile masz lat. Jako pracownik wykwalifikowany, np kierowca ciężarówki, czy pracownik służby zdrowia, należysz do szczęśliwców, któych Kanada chce.

    Jednak zanim rzucisz wszystko i przylecisz, sprawdź dokładnie DOKŁADNIE, jakich papierów zawodowych i ilu lat pracy wymaga konkretna prowincja. Zacznij od wpisania w wyszukiwarkę Google nazwy swojego zawodu + nazwy prowincji + “foreign workers regulations” – powinny wyszkoczyć artykułu z pomocnymi tekstami.

    Bez przeczytania dużej ilości informacji po angielsku się nie obejdzie.

    ściągnięcie rodziców, bo wyemigrowały dzieci

    Czy nasi rodzice odnajdą się w Kanadzie?

    Jakiś czas temu byłam w Polsce z chłopakami. Patrzyłam na moich rodziców i czułam żal, że za chwilę przyjdzie się pożegnać. Przez głowę czasami przelatywały mi  myśli: “a co, jeśli by się z nami przeprowadzili do Kanady? Byliby bliżej wnuków?”

    No właśnie, co by było? Nie wchodząc w szczegóły prawno-emigracyjne (tak, jest możliwe ściągnięcie rodziców w ramach programu łączenia rodzin), zastanawiam się, jak moi rodzice czuli by się, emigrując teraz do Kanady.

    Oczywiście jak wszystko,  to zależy. Jeśli dla dziadka ważne jest po prostu, żeby być z wnukami, z rodziną, to i na księżyc można wyjechać, i się tym cieszyć.

    Ale nasi rodzice, dzisiejsi 50-60 latkowie raczej rzadko chcą ograniczać swoją aktywność do bycia dziadkami. I bardzo dobrze! Niech z życia korzystają!

    Czy jeśli  twoich rodziców przeprowadzisz do Kanady, będą się dobrze czuli także poza waszą polską rodziną? Kanada na pewno im to umożliwi, oferując mnóstwo miejsc przyjaznym seniorom, darmowe kursy językowe, sporo aktywności zachęcającej do włączenia się w działalność na rzecz społeczności.

    Ale czy twoi rodzice będą chcieli z tego skorzystać? I czy po początkowym okresie zachłyśnięcia się wolnością i życzliwością w Kanadzie, będą wiedzieli, co ze sobą zrobić?

    To są pytania, na jakie warto sobie odpowiedzieć, zanim się rodziców ściągnie do Kanady

    Jacy są oni dzisiaj, w Polsce? Czym się zajmują? Co daje im radość?  Z kim się spotykają?

    Jeśli są szczęśliwi w Polsce, czy jak tego zabraknie, znajdą sobie coś innego? Czy raczej będą nieszczęśliwi?

    Często słyszę też historie “w drugą stronę” – że ktoś bardzo chętnie by do Polski wrócił, ale dzieci są w Kanadzie, no a przecież dzieci się nie zostawia.

    Rodzina jest najważniejsza.

    A emigracja, no cóż. Trzeba się przyzwyczaić.

    Myślę, że sporo jest prawdy, takiej zwykłej ludzkiej prawdy w stwierdzeniu: “nie przesadza się starych drzew”.

    Do emigracji rodziców trzeba się przygotować tak samo solidnie, jak do emigracji z dziećmi. Zminimalizować stres.

    Może zamiast przeprowadzać rodziców, wystarczy do Polski polecieć częściej niż raz na kilka lat.  Być w życiu rodziców jak najczęściej, ale nie kazać im swojego życia do góry nogami przewracać, dla nas.

    Dla nas już swoje zrobili.


    decyzja o emigracji całej rodziny w drugiej połowie życia.

    Piszecie do mnie, dzieląc się historią swojego życia. I pytacie: co ja bym zrobiła na Waszym miejscu? Czy żałujemy, że wyjechaliśmy i zostawiliśmy życie w Polsce? Co na to wszystko nasze dzieci?

    A ja wtedy zadaję Wam w emailu pytanie:

    Przede wszystkim, dlaczego chcesz wyjechać?

    Być może nie wiesz, a odpowiedzią będzie: bo mam taki kaprys. I czemu nie, odpowiedź dobra, jak każda inna. Piszecie, że Kanada była waszym marzeniem od zawsze, ale życie w Polsce wzięło górę nad marzeniami, i tak dzień za dniem mijał, mija. Ale marzenie jest. Chcesz wyjechać do Kanady.

    To wtedy ja pytam,

    Co wiesz na temat emigracji w ogóle, a emigracji do Kanady w szczególe?

    Pytań jest zresztą więcej.

    W 2022 spisałam kilka pytań, które musisz sobie zadać, zanim wyjedziesz do Kanady. Podobne pytania znajdziesz po niżej. Mam nadzieję, że choć trochę pomogą pomyśleć:

    • Co zrobisz, jak przyjedziesz?
    • Czy jesteś gotowy pracować za mniej? Wygoda ekonomiczna to jedno, ale czy przez rok, dwa znajdziesz w sobie tyle pokory, żeby ze stanowiska dyrektora znowu zacząć jako pracownik entry level? Bo chociaż wykształcenie spoza Kanady się liczy, to nie liczy się aż tak.
    • Czy wiesz, jaka jest sytuacja na rynku pracy? Jeśli masz te 40 lat, to znacznie rzadziej decydujesz się na przebranżowienie niż dwudziestolatkowie. Jesteś gotowy na to?
    • A dzieci, co z ich życiem? Nie w smak Ci polska szkoła dla dzieci, ale czy wiesz, że kanadyjska wcale nie wygląda jak z serialu?
    • Narzekasz na polską służbę zdrowia, ale czy masz potwierdzone info, że kanadyjska jest skuteczniejsza?

    Mogłabym tak te listę ciągnąć i ciągnąć. Zachęcam Cię do zrobienia sobie swojej. Solidnie długiej, przemyślanej na spokojnie.

    I być może rozważysz na początk emigrację gdzieś bliżej? W Europie?

    Z  wiekiem nabieramy pewnych przyzwyczajeń i mimo otwartego umysłu i chęci przygody, może nam wcale nie być łatwo.

    Ja wiem, że mi jest dużo trudniej odnaleźć się w Vancouver teraz, niż kiedy miałam 21 lat i mieszkałam w Budapeszcie.

    Już mi się mniej chce zaczynać wszystko od nowa, mniej mam takiej zachłanności nieukierunkowanej. Jestem bardziej wygodna i bardziej leniwa.

    I nie, wcale nie uważam, że coś mi się od Kanady należy. Albo od życia należy. Ale też nie chcę wciąż być w bloku startowym. Już nie.

    No to jak to w końcu jest, Kasia? Za późno czy nie za późno? Za stary jestem, czy jednak nie?

    Nie, nie jesteś za stary na emigrację. Nigdy w życiu nie jest za późno na zrobienie czegoś, co się chce.

    Nie spróbujesz, nie będziesz wiedział. A lepiej wiedzieć, niż żałować niepodjętych decyzji.

    Pozdrawiam Cię serdecznie, zaczynając  w wieku lat 36 drugi tydzień szkoły w otoczeniu samych dwudziestokilkulatków 🙂

  • Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

    Jest taka sprawa, mocno nieciekawa. Chociaż może samo hasło “Dam pracę” w Kanadzie podejrzeń nie wzbudza, to jednak jest w tym haczyk!

    Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

    Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

    Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

    I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

    Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

    Dlaczego teraz taki wpis?

    Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

    Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

    First things first:

    1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
    2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

    To teraz jeszcze:

    • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
    • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
    • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

    Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo.

    Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie.

    Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

    Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

    • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
    • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
    • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

    Ok, to co zrobić? Jak żyć?

    Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

    Przeznacz dużo czasu i przygotuj się.

    Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest.

    Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

    Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

    Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami.

    Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

    Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

    A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim.

    Jak jesteś dziewczyną w Vancouver, przyjdź na Babskie Spotkanie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

    Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze.

    Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień.

    Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

    Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

    Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

    I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


  • Kanadyjskie playdate – instrukcja obsługi

    To dzisiaj będzie o playdates, bo to świetna sprawa, opanowana przeze mnie, nieskromnie się chwalnę, na master level 😉

    Nie wiem, jak zgrabnie przetłumaczyć playdate: zabawianka? Bawowisko? Bawienie się nie brzmi tak dobrze. Masz na to zgrabniejszą nazwę? To się podziel w komentarzu!

    Wiesz, co to jest kanadyjskie playdate? Jak nie, podaję instrukcję obsługi.

    Co to playdate? Zwykle playdate to jest zabawa typu drop-off czyli zostawiasz dziecko u gospodarza playdate. Bywa jednak różnie – lepiej się upewnij, bo może zostaniesz zaproszona na kawę, a w tym czasie miałaś już coś zaplanowane. Zwłaszcza jak to jest pierwsze playdate, warto się upewnić.

    • Wstęp: napisane jako instrukcja obsługi dla dzieci w wieku od 5 do 11 lat.
    • Moja naczelna rada: najlepsze playdate jest u kogoś innego, hehe.
    • Główny cel rodzica: udane playdate jest wtedy, kiedy dzieci się sobą zajmują, a ja mogę wypić kawę (rano), wino herbatę (po południu) i się nie wtrącać do zabawy.

    Ok, to szczegóły: kanadyjskie playdate i jego instrukcja obsługi:

    • Nie czekaj, aż ktoś wymyśli playdate i zaprosi Twoje dzieci. Zaproś sama jakieś dziecko, a Twoje dziecko Ci za to podziękuje. Może nie słowami, może nie wprost, ale co tam, szczęśliwe będzie.
    • Playdate to nie jest party, to nie jest przyjęcie, to jest spotkanie, zabawa dzieci w domu lub na dworze pod okiem dorosłego. Więc wiesz, myśl o tym, jako o czasie dla dziecka, nawet jeśli chcesz, żeby dzieci zajęły się sobą i dały Ci spokój.
    • Playdate zwykle trwa od 2 do 4 godzin. Reguła taka: im młodsze dziecko, tym krócej, im młodsze dzieci, tym mniej ich naraz zapraszam.
    • No i oczywiście warunki lokalowe też są ważne. Nasze są więcej niż mikre, więc często wyprowadzam playdate do parku, a jak pada, to do biblioteki. Godzinkę mam z głowy.
    • Przekąski czy obiad warto mieć, zwłaszcza jak gościsz playdate u siebie, po szkole od razu, wiadomo, dzieci głodne. Jak wiem, że mam playdate, nie robię kotletów, tylko dania neutralne smakowo, ale nie bez smaku. Najczęściej naleśniki, ale nie pancakes, bo te są śniadaniowe, tylko crepes. Do tego sporo świeżych owoców, sok i woda. Część dzieci na zabawianki przynosi własne lunch’e – z doświadczenia wiem, że dzieci z alergią tak robią, bądź jeśli zabawianka jest zaplanowana na więcej niż 4 godziny.
    • Zasadę mam jedną – pierwsza godzina zabawy bez elektroniki, xboxa, ipada.  Byłam świadkiem, że dziecko nie chce przyjść do innego na zabawę, bo nie będzie grało na ipadzie, ale to mój dom, moje zasady, i na wszystko jest czas. Najpierw jest zabawa analogowa. Zwykle lego, samochodziki, kolejka, może rysowanie.
    • Jak goszczę czwórkę dzieci – czyli i starszy, i młodszy mają gości, staram się porozdzielać towarzystwo. Moje chłopaki mają wspólny pokój, wszyscy bawią się w nim wspólnie jakieś 20 minut do pół godziny, a potem wiem, że mają dość. Młodszych zabieram na dwór, albo starszych wysyłam do biblioteki. Na chwilę. Wracają i znowu się zgodnie bawią (no dobra, dość zgodnie).
    • Jedzenie jemy przy stole. Zawsze pytam o alergie, wiem, którzy koledzy mają epipeny* przy sobie, mam numer telefonu do rodzica i ustaloną mniej więcej godzinę, o której dziecko zostanie odebrane. Jak się spóźniam, to piszę smsa.

    *epipen czyli epinefryna w pojemniku w kształcie długopisu, którą dzieci uczulone noszą przy sobie. To mój największy stres, od razu się przyznam. Pamiętam, jak mi Sean pierwszy raz powierzył 3,5letniego  Luka na playdate, wręczył EpiPen i powiedział: don’t kill my kid! Grubo!

    • Nie mam zasady co do języka, w jakim się dzieci bawią. Pewnie, najlepiej by było, żeby z Polakami mówiły po polsku, ale często, gęsto, przechodzą na angielski, bo tak łatwiej. Wiecie, że jeśli chodzi o język polski, jestem #groźnawoźna, ale staram się dzieciom do zabawy nie wtrącać. Chociaż od czasu do czasu uwagi puszczam, że mogliby po polsku rozmawiać. (Walczę z tą upierdliwością u siebie, oj walczę)

    Odmianą playdate jest sleepover czyli nocowanka*.

    *słowo nocowanka, takie smaczne bardzo, zawdzięczam polskiej sąsiadce, Matyldzie. Pozdro, jeśli czytasz!

    Co w takim przypadku?

    Upewnij się, jak dziecko będzie spało u gospodarza – czy na czyimś łóżku, czy na materacu, czy na karimacie. Nie chodzi o fochy i księżniczkowanie, tylko o przygotowanie pościeli tak, żeby gospodyni nocowanki nie miała problemu. Ja daję poduszkę i śpiwór, zapakowane w twarzową niebieską torbę z Ikea.

    Dziecko niech ma w plecaku zmiana bielizny, szczoteczka i przytulanka.

    Jak ktoś nocuje u Krzysia, to Maciek śpi z nami, a gość na łóżku Maćka. Jedną noc można się przemęczyć, a co!

    Nasza najciekawsza nocowanka czyli strach-story

    Sobota, rano, około 7, dzwoni Katie, mama Logana i przestraszonym głosem pyta się, czy Krzysiek przyjechał do nich bez zęba, bo nie pamięta, a teraz już nie ma. Zęba, nie Krzyśka.

    Krzysiek miał wtedy trochę ponad 7 lat, to była jedna z pierwszych nocowanek, stresik był, nie powiem.

    Mówię, że przyjechał z kompletem zębów.

    Katie, no to mu wypadł, i nie mogą znaleźć, może połknął. Ja,hmmm, ok, chyba nic takiego, przecież od połykania zębów się nie umiera (chyba).

    Nocowanka szybko się skończyła, a ząb się znalazł, w śpiworze, w domu podczas inspekcji przed praniem.

    Chyba tyle. Przeczytaj, zapamiętaj, nie zginiesz podczas playdate a i dzieci będą zadowolone 😀

  • #kasiaikod czyli każdy chce być programistą + nie dostałam pracy w kanadyjskim startupie

    Ja też chcę być programistką. Wciąż 😉

    To nie jest typowy wpis podsumowujący, bo nie znajdziesz tu listy porażek i sukcesów, a także refleksji, jak wyciągniętą z (nie)powodzeń naukę wykorzystam w 2018.

    Trochę o nieudawaniu się będzie. I trochę o planach.

    rok 2017 zaczęłam z hasłem: rok-krok w stronę IT

    Planowałam pisać o tym regularnie.

    Po drodze więcej było kroków w bok niż rzeczywiście planu.

    Ale nie będę się zadręczać, że wyszło jak wyszło, najwyraźniej nie wiedziałam, czego chcę i dlatego poszło to w takim kierunku. Rozdrobniło się, wsiąkło, uciekło.

    Przejrzałam tak wiele tutoriali, że nie dam rady ich wymienić. A na blogu o Kanadzie niepotrzebna taka wiedza.

    Kibicowałam wielu dziewczynom, które postanowiły zostać programistkami i założyły blogi. Grupy wsparcia, wyzwania, linki do bezpłatnych albo bardzo tanich kursów, wszystko to wirowało wokół mnie, powodując mętlik i zniechęcając.

    Niby wiedziałam, czego chcę, ale tak na prawdę, to nie wiedziałam

    Chciałam umieć programować, żeby móc pracować zdalnie.

    Chciałam uniezależnić siebie od kraju zamieszkania i wymagań formalnych dotyczących zawodu. Chciałam ogarniać chłopaków, bo model rodziny, gdzie Kuba pracuje od 9:00 do 20:00, a ja do 17:00-18:00 mi nie odpowiada. Wiem, bo przerabiałam. Kiedy pracowałam dla Accenture Canada, Krzysiek i Maciek mocno to odczuwali. Nie chcę więcej.

    Jednocześnie w 2017 szukałam pracy na pół etatu, w mniejszym wymiarze, na miejscu, w Kanadzie, poświęciłam sporo czasu, żeby poprawić swój profil na LinkedIn. Wyszukiwałam oferty w małych firmach, mając nadzieję, że są bardziej elastyczne i nawet jeśli nie zostanę programistą, to kimś zostanę.

    Myślałam, że działając dwutorowo, zabezpieczam się.

    złożyłam aplikację na stanowisko Support Coach w kanadyjskim startupie Unbounce

    W Unbounce rozwijają aplikację do tworzenia stron typu landing page (rodzaj strony internetowej, która ma zachęcić odwiedzającego do konkretnego działania: zakupu, zapisania się na listę emailową, ściągnięcia e-booka).

    W ramach rekrutacji miałam stworzyć własną landing page.

    Zbudowałam stronę korzystając z aplikacji Unbounce i nadałam jej styl, używając HTML i CSS.

    Przeszłam pierwszy etap rozmowy kwalifikacyjnej.

    Pracy nie dostałam.

    I tak, byłam smutna i przygnębiona, i jesień wcale nie pomagała.

    Ponownie się pogubiłam i ponownie się wkurzałam, bo koniec roku nadchodził, a ja nadal nie wiem, czego chcę i w którą stronę pójść.

    Nauka programowania nie szła mi w ogóle, bo miałam wrażenie, że jestem na etapie kopiuj-wklej i sama nie mogę się z niego wygrzebać.

    Wiele razy usłyszałam: będzie dużo upadków i niepowodzeń. Więc nie pytaj się, kiedy skończysz, tylko zacznij. I zacznij znowu. I jeszcze raz.

    Nie zliczę, ile razy zaczynałam. To wie chyba tylko mój kalendarz, a i tak nie najlepiej, bo wyrywam kartki z niego, jak się wkurzę.

    W szeroko rozumianym temacie: chcę się nauczyć programowania, mam rozgrzebane trzy kierunki: Web-Design, Web-Developer i WordPress Developer.

    Wiem, powinnam skończyć najpierw jeden, ale co tylko oglądam jakiś tutorial, zaraz bym chciała w praktyce wykorzystywać np. funkcjonalność wtyczki, jej wygląd.

    I tak sięgam sobie to tu, to tam, wyciągając po kawałku i załamując ręce, że nie wygląda to ładnie.

    Bo zbudowanie strony dla kogoś to nie tylko jej zakodowanie.

    To wymyślenie jej funkcji, wyglądu, reakcji z czytelnikami. Wszystkiego trochę, i UX, i UI, i web design, i  deweloperka, i content marketing, i sama jeszcze nie wiem, co.

    Dużo tego. Za dużo do ogarnięcia na jedną taką, całkiem zwyczajną trzydziestokilkulatkę, która chce coś robić na komputerze.

    Chcę, żeby 2018 wyglądał trochę inaczej.

    Cały czas się uczę i nigdy nie przestanę, ale nie stawiam sobie już celu: znać Java Script na takim i owakim poziomie.

    Mój cel to: zrobić stronę dla kogoś. Taką, jaką ktoś chce. Żeby mu się podobała.

    Pisać o konkretnych projektach i czego się na ich podstawie uczę.

    Będzie szło wolno. Jak to w wielu przypadkach bywa, plany sobie, życie sobie.

    Ale nie o to chodzi.

    Na pewno będę cały czas czytać, co inni robią, i uczyć się na ich przykładach.

    Podglądać dziewczyny, matki, które już prowadzą własne biznesy w oparciu o umiejętności programistyczne.

    Trochę już takich przykładów dobrych praktyk znam i pisałam o nich w pierwszej połowie roku.

    I będę pisać o tym, jak co robię. Ale już nie na blogu kanadyjskim.

    Do ćwiczenia będzie inna strona, inny blog.

    Już wkrótce. Będę tam pisać o tworzeniu motywu w WordPressie, kodowaniu strony internetowej, podstawach wyglądu strony.  Jak ja się tego uczę i jak to testuję. 

    Blog Kanada się nada jest (z)budowany przeze mnie na zupełnie darmowych elementach.

    Płatny motyw rozwiązałby wiele rzeczy, ale jednocześnie nie nauczyłabym się tak wiele, rozgryzając, dlaczego nie działa i nie wygląda, tak jak bym chciała.

    Chcę to wszystko ogarniać. Małymi kroczkami, ale wszystko: design, deweloperkę, przekłuwanie tego w swój biznes.

    Będzie i trochę Photoshopa, i pisanie motywu WordPressa z wykorzystaniem underscores, i testowanie płatnych rozwiązań: Divi oraz Genesis Framework.

    Jestem mądrzejsza niż w zeszłym roku w styczniu. I za to jestem sobie wdzięczna.

    PS. Zawsze się podśmiewywałam z akcji w rodzaju “nowy rok=nowa ja”, a tu proszę, kupiłam sobie pierwszą w życiu szminkę. I pierwszy raz od 35 lat będę malować usta. A co! Rytualnie i na okrągło. I na różowo. Siuuuuu!

    A Ty co robisz? Napisz w komentarzu, jak Ci minął 2017 i zaczął się 2018. I czy malujesz usta? 😉

  • Paczka, prezent, niespodzianka czyli jak obdarować Kanadą?

    A myślałam sobie, że list prezentowych na blogu robić nie będę.
    Bo jest ich w internecie całkiem sporo, także tych o prezentach kanadyjskich.

    Pytanie o kanadyjski suwenir pojawia się jednak tak często, że i ode mnie będzie rekomendacja.

    A właściwie spis tego, co my przywozimy do Polski. Plus garść rzeczy do wypróbowania.

    Zanim o tym, chcę zaznaczyć, że jednak więcej z Polski wywozimy niż przywozimy.

    Zobacz, dlaczego tak się dzieje, w poście o naszych wydatkach.

    jak my Kanadą obdarowujemy polskich znajomych i rodzinę

    🎁 Rękawiczki – mittens, np.podobno te są unisex, Canada Roots, z paluszkami Czerwone z białym liściem klonowym, mogą być jednopalczaste.

    🎁 Dżem bekonowy, bo robi dzień każdej obdarowanej osobie samym pomysłem, że można jeść dżem z mięsem. Nie każdemy posmakują kawałki bekonu w pomarańczowej słodkości, i znam takich, co otrzymany od nas w roku 2016 dżem wciąż jeszcze jedzą 😉

    🎁 Syrop klonowy jest już wszędzie, no ale syrop klonowy z Kanady, to syrop klonowy z Kanady. Najczęściej przywozimy taki wielki z Coscto, bo służy części rodziny jako podstawa do sosów sałatkowych. Butla moze nie wygląda uroczyście i prezentowo, ale jaka praktyczna!

    Najczęściej jednak nie przywozimy samego syropu tylko jedzenie z syropem – np ciastka lub ciągutki nadziewane [cukierki], albo nawet i owsiankę instant z syropem klonowym z Real Canadian Superstore. Czy sos barbeque do grilla.

    🎁 Popcorn o smaku karmelu wymieszanego z serowym – zdaniem kilku kanadyjskich znajomych to smak ich dzieciństwa. Coś jak nasza bułka z pomidorem rzucana przez okno, kiedy siedzieliśmy na trzepaku. Lekkie [popcorn ofkors, chociaż bułka też], ale zajmuje miejsce w walizce. Do rozważenia.

    Co dziwne, w Shopper’s Drug Mart online znalazłam tylko takie słodko-słone. Ale przysięgam, że widziałam i jadłam te karmelowo-serowe.

    🎁 Czipsy o smaku vinegretu lub ketchupu [takie mogą być]. Są gdzie niegdzie dostępne w Polsce, ale wciąż robią wow.

    🎁 Paski suszonego mięsa czyli beef jerky. Zwłaszcza w glazurze z syropu klonowego [chociaż te akurat nie są]. Chociaż raz w życiu przełkniesz, prawda?

    🎁 Kalendarz na ścianę, kanadyjski, z kanadyjskimi świętami, obowiązkowo zaczynający się od niedzieli. Inaczej niż w standardzie polskim, a za to jak ciekawie. Gwarancja, że osoba obdarowana ilekroć spojrzy na kalendarz, pomyśli o nas. A na kalendarz się patrzy często. Genialny prezent!

    🎁 Pamiątka [albo zdaniem innych kurzołap aka durnostojka] czyli wytwór lokalny, czyli made by Aboriginal People. Np łapacz snów albo chociaż zakładka z motywem indiańskim. Niektórzy lubią.

    🎁 Kubki ze Starbucksa z kanadyjskich miast lub ogólnie, kubek kanadyjski.Taki jest z Vancouver.

    Ja wiem, że możesz się oburzyć, bo Starbucks jest amerykanski i że Kanada to nie Seattle, i w ogóle. Moim zdaniem, kubki z Timsa [Tom Hortons, kanadyjski odpowiednik Starbucksa]  ładne nie są. Ale możesz przywieźć Timsową kawę, w ramach ciekawostki kulinarnej [orginałkę może?]

    czego nigdy nie przywiozłam i muszę nadrobić? Albo i nie 😉

    🎁 Wino! Ice wine. Trochę się o nim naczytałam i coś mi sposób produkcji przypomina węgierskiego Tokaja. Czyli musi być bardzo słodkie i pewnie drogie. Zawiozę w tym roku na Święta! [a jak będzie za drogie, to chociaż herbatę o smaku wina zawiozę 😉

    🎁 I jeszcze na święta planowałam przywieźć Eggnog, czyli słodki napój jajeczno-waniliowy. Wersja z prądem zawiera rum. Smacznie i rozgrzewająco. Tylko nie wiem, czy się w walizce nie zepsuje, więc muszę ogarnąć logistykę transportu. Jakby się jednak miał zważyć i skwaśnieć, to zawsze się mogę pocieszyć kawą o smaku eggnogowym.

    🎁 Jestem całkiem beznadziejna w kosmetykach, ale podobno są takie, które warto przywieźć. Np. Lush. (edit: zapomniałam zupełnie o polskich dziewczynach, robiących kosmetyki i działających w Kanadzie, facepalm)

    🎁 Ubrania, a zwłaszcza bluzy z napisem Canada, np marki Roots. Kwestia gustu, ja bym nie kupowała, bo nigdy nie wiadomo, czy obdarowany chce tak światu obwieszczać, że… no właśnie, co? Że ma rodzinę w Kanadzie, że był, że jest wielbicielem? Wiem, że niektórym się podobają takie rzeczy, więc wiesz, use your profesional judgement 😉

    Jeszcze jedno, nie czekaj z zakupem do ostatniej chwili, bo ceny na lotnisku mogą Cię mocno znokautować. A i tak w większości są bez podatku 😉

    Jak jeszcze, Waszym zdaniem, obdarować Kanadą? Znasz inny post/video/tekst o kanadyjskich prezentach? Zalinkuj w komentarzu!


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.
  • Disney is Disney… Disneyland w Kalifornii czyli jak pomylić wschód z zachodem i prawie paść na zawał.

    Nooo, muszę w końcu ten post napisać, przyznać się, jak to z Disneylandem było. Zwlekałam, zwlekałam, ale dłużej się nie da, była prośba na FB od Was, żeby pisać, jak było, to napiszę, jak było.

    Wszystko, bez przemilczania.

    Na początek jednak mała uwaga: z Disneylandem jest jak z Kanadą [hehehe, mądre, c’nie?] – Twoje wrażenie z tego miejsca zależy w główniej mierze od Ciebie.

    Więc zwalanie winy za nieudaną wycieczkę na okoliczności zewnętrzne jest przede wszystkim szukaniem wymówek. Ale ludzie już tak mają.

    Ja też tak mam, więc łatwo mi napisać, że wycieczka do Kalifornii była taka i owaka, bo to, bo tamto, bo owamto.

    I trochę w tym wpisie będzie narzekania, no ale to żadna nowość, chyba już wiesz, że narzekanie to moje drugie imię [joke].

    Jak już tak zaczęłam, i może myślisz sobie, ocho, tej to się w d…pie poprzewracało, w Disneylandzie się jej nie podobało, jedno zdanie podsumowania.

    Disneyland robi WOW. Człowiek nie wychodzi z tego miejsca taki sam.

    To najpierw twarde dane: rodzina 4 osobowa, chłopaki lat 5 i 10, wybrany weekend bez świąt państwowych, w październiku.

    Plus przyjaciele, w podobnym układzie rodzinnym.

    Hotele w Kalifornii zarezerwowane jeszcze w wakacje [booking.com], i bilety do Los Angeles też [Air Canada].

    Zakup biletów do parku zostawiliśmy sobie na sam koniec. Dlaczego? Ano dlatego, że po pobycie w Legolandzie mieliśmy już lekki przesyt parków rozrywki i nie byliśmy pewni, na jakie bilety w Disneylandzie się zdecydować (na ile dni kupić bilety).

    I tak o mści się karma. Za dużo się chciało, za dużo.

    Byliśmy świadomi, że parki rozrywki z Myszką Miki są w Kalifornii dwa. I że można kupić bilet do jednego parku na jeden dzień, albo do dwóch parków na jeden dzień, albo do dwóch parków na dwa dni, albo….. dość. Wszystkie opcje, wliczając w to możliwość wejścia wcześniej (Magic Morning), dostępne są na stronie internetowej.

    Dlaczego kupiliśmy bilety przez internet? Bynajmniej nie dlatego, że było taniej (w Legolandzie tak to działa – kupujesz przez internet na konkretny dzień i jest taniej niż z budki przed wejściem. I bez kolejki).

    Kupiliśmy bilety do Disneylandu online, żeby do parku wejść szybko i sprawnie.

    Nie weszliśmy ani szybko, ani sprawnie.

    # historia prawdziwa mini zawału

    Przy wejściu szczegółowo sprawdzają plecaki.  Zupełnie nieświadomi zabraliśmy walizkę – jeździk Trunky, z myślą o ciągnięciu Maćka, jak się zmęczy.

    Niestety do parku nie można wnosić rzeczy, które się ciągnie za sobą. Można te, które się przed sobą pcha – czyli wózki.

    Obiecaliśmy panu z ochrony, że nie będziemy ciągnąć, wzięliśmy walizkę na ramię i idziemy do bramki z wydrukowanymi biletami.

    A w bramce zonk, pani nie może skasować naszego biletu. Odsyła nas do punktu obsługi klienta. Idziemy do punktu obsługi klienta, mówią nam, że to jest potwierdzenie zakupu biletu, ale wydrukowane bilety potrzebujemy z kasy pobrać. “Dziwne, ale ok”, myślę, “miało być sprawniej”.

    W kasie miła starsza kasjerka bierze bilety, przygląda się im i mówi, że owszem, mamy dobre bilety ale do DisneyWorld, a nie do DisneyLand!!!

    Szok. Jak to DisneyWorld? Disneyworld, Disneyland, Disney is Disney, c’nie? Otóż nie. DisneyWorld jest na…. Florydzie.

    Co za fakap!

    Chłopaki już prawie w spazmach, bo kobieta mówi, że niestety Disney nie jest Disney, i że tu jest DisneyLand, Kalifornia, a nie DisneyWorld, Floryda, i że nie mamy biletów tu, za to mamy tam (za prawie 1000CAD).

    Dzieci nie wytrzymują, łzy się leją, bo jak to, przecież jesteśmy tu, a nie tam.

    Nigdzie na tych nieszczęsnych biletach nie jest napisane Florida (ani California też nie). Jest napisane DisneyWorld, tak, zgadza się, no ale dla mnie Disney is Disney !!!

    Nie każdy jest w Ameryce rodzony i chociaż ja na Kaczorze Donaldzie chowana, to jednak nie odróżniam parków rozrywki i co jak co, ale te dwa stany amerykańskie, adresy parków, to powinny być napisane WIELKIMI DRUKOWANYMI LITERAMI.

    Wołamy panią przełożoną, ta chwyta za słuchawkę i dzwoni na Florydę. Ale nic się nie da, m’am, zrobić, niestety, macie złe bilety, a właściwie nie macie (nie mamy) ich wcale.

    Wyciągnęliśmy kartę kredytową i zadłużyliśmy się na kolejne 1000CAD. [Żeby nie trzymać cię w niepewności – odzyskaliśmy pieniądze z Florydy po 3 tygodniach]

    W końcu to jest Ameryka ❤, więc żeby nie było, że klient niezadowolony, pani w Disneylandzie dała nam kupony na jedzenie w parku. I to jedzenie było bardzo dobre [zdziwienie moje wielkie, bo na ogół jedzenie północnoamerykańskie nam nie smakuje, ale w Disneylandzie było całkiem, całkiem].

    Dobra, dość tych strasznych historii – sprawdzajcie ludzie bilety, dobrze radzę!

    Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_9_zdjec_z_Kalifornii

    # to teraz kilka informacji

    1. W Kalifornii wejście do obu parków: Disneyland i Disney California Adventure Park jest w tym samym miejscu. Wspólna kolejka do kontroli bezpieczeństwa i potem możesz zdecydować, na prawo, czy na lewo.
    2. W obu parkach wygląda to podobnie: wchodzi się do parku, a potem: czekanie w kolejce do atrakcji (rekord: 120 minut, żeby zjechać pontonem w Splash Mountain), stanie, czekanie, jedzenie, zjeżdżanie, oglądanie, chodzenie, bieganie (do Fastpassów, więcej poniżej).
    3. Dobra rada dla rodzin nienawykłych do amerykańskiego poziomu zastraszania w czasie Halloween – nie przyjeżdżajcie w czasie Halloween! Maciek (lat 5 i pół) się bał na niektórych atrakcjach. Moje wyczekiwane fajerwerki nad zamkiem Disneya były w klimacie halołinowym, a ja go ani nie znam, ani specjalnie lubię. Więc rozczarowanko z mojej strony.
    4. tłumy ogromne w obu parkach (w weekend oczywiście większe). Dlaczego te bilety nie są przypisane do danego dnia, to ja nie wiem, bo tak można by przynajmniej jakoś to kontrolować, ale nie. I szczerze były takie momenty, że się bałam, tłum napierał ze wszech stron, a Disneyludzie próbowali to jakoś unormować, ale bezpieczne to to nie było.  Legoland – bilety na dany dzień rezerwujesz, ergo ludzie z obsługi wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać.
    5. Miej plan, co po kolei będziesz zwiedzał. Przed wyjazdem warto choćby trochę poczytać o atrakcjach. Przyznam szczerze, że akurat tę lekcję zrobiliśmy po łebkach. Podobno wszystkie parki kanoniczne Disneya są podobne, czyli mają takie same strefy, więc możesz poczytać, co warto, gdzie zobaczyć. Nam bardziej podobał się Disney California Adventure Park niż Disneyland. Nasz ranking atrakcji poniżej.
    6. Co to jest Fastpass i dlaczego musisz chcesz go mieć. Nie da się parku i jego atrakcji zobaczyć w jeden dzień. Nawet w dwa dni się nie da. Podejrzewam, że i trzy to za mało. A parki są dwa, a weekend jest krótki. Wtedy z pomocą przychodzi Fastpass. Jest rodzaj dodatkowego biletu, który pozwala Ci wejść na atrakcje szybciej, krótszą kolejką. Możesz albo ściągnąć sobie płatną aplikację na telefon albo w parku biegać od kiosku/biletomatu do biletomatu, żeby pobrać Fastpassy za darmo. Wszystkie informacje znajdziesz tutaj.  Nabiegałam się za tymi Fastpassami, oj nabiegałam.  Jeśli planujesz konkretne atrakcje, zobacz, czy są do nich dostępne Fastpassy i je zdobądź w pierwszej kolejności. Oszczędzisz sobie czekania. Jeśli zależy Ci na jakieś atrakcji bardzo, bardzo, rezerwuj Fastpassy z samego rana, bo po południu często są wyprzedane. Albo dostępne na godzinę 23:30.  W Legolandzie również są takie urządzenia, ale nie korzystaliśmy, bo nie było kolejek.
    7. Nie wiedziałam, że do Disneylandu jeżdżą ludzie bez dzieci. Takich było bardzo dużo; nawet raz mówię do Kuby, Kuba tutaj stoją sami dorośli o co chodzi? i chodziło o Space Mountain. Pod koniec pobytu już wiedziałam – nasze chłopaki tak średnio ogarniają Disneya, nie to, co dorośli, na bajkach Disneya chowani. Więc te wyjazdy do Disneylandu to sentymentalne podróże do czasów dzieciństwa, a nie najdziwniejsze miejsce na randki ;). W Legolandzie prawie nie widziałam ludzi bez dzieci, w Disneylandzie nastąpiło odwrócenie proporcji plus średnia wieku odwiedzających skoczyła o jakieś 50 lat.
    8. Rada parkingowo-dojazdowa. W Anaheim jeździ komunikacja miejska po głównej drodze miasteczka. Tej, przy której stoi większość hoteli. Jest również autobus – shuttle z parkingów samochodowych pod bramę parku. I ten polecamy bo a) jeździ częściej b) jest za darmo. W Legolandzie przyszło nam się przespacerować do parku spod wioski (noclegu). A mógł być shuttle.
    9. Jedzenie moża wnosić, ale w praktyce i tak wszyscy tłoczą się do lodów, corn-i hot-dogów, churros (rodzaj długich pączków) czy ogromnych pieczonych nóg indyczych. My w Disneylandzie jedliśmy w restauracji nowoorleańskiej (pycha!), a w Disney California Adventure Park w barze Loli z “Aut” (mniejsza pycha, ale też ok, zestaw dla dzieci dostaje się w pudełku w kształcie Zygzaka McQuina, jej!). Jedzenie lepsze w Disneylandzie niż w Legolandzie, chociaż akurat popołudniowy bufet piracki w wiosce Legolandowej polecamy.
    Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_6_zdjec_z_Disneyland_California

    #Kolejki i atrakcje – pewnie takie same podobne są w każdym parku

    (c0 ciekawe, na takie same kolejki nie wpuścili Maćka w Legolandzie, a przepuścili w Disneylandzie). Kilka zdań o atrakcjach, które zrobiły na naszej rodzinie największe wrażenie.

    1. Świat Aut czyli przede wszystkim Wyścig w Chłodnicy Górskiej. Ale wszystko inne w pobliżu też. Bardzo ładnie, z dbałością o szczegóły przygotowana kraina. Zdecydowanie nasz faworyt w Disney California Adventure Park.
    2. Przelot nad światem czyli kino Soaring Around the World. W Vancouver mamy Fly over Canada, ale Soaring zabierze Cię w podróż po świecie. Polecamy bardzo w Disney California Adventure Park.
    3. Guardians of Galaxy czyli film nam się podobał i atrakcja nam się podobała (Maćkowi mniej, bo było wolne spadanie i otwieranie się okna na wysokości kilku okien. Bał się)
    4. Pokrzycz sobie po amerykańsku czyli wielki rolercoaster California Screamin’. Bez Maćka i Kuby krzyczeliśmy dość głośno, podobno ja głośniej (zdaniem Krzysia). Porządny zjazd, szybkość i zwis głową w dół.
    5. Po to właściwie przyjechaliśmy, czyli Tomorrowland w Disneylandzie. Star Wars rule them all. Chłopaki brali udział w treningu Jedi (można się zamachnąć plastykowym mieczem na Lorda Vadera). Byliśmy w symulatorze Star Wars i polecamy (Maciek się trochę bał) oraz na kolejce Space Mountain i bardzo nie polecamy (Maciek się bardzo bał, nic nie było widać, tylko potwory halloweenowe na nas wyskakiwały).
    6. Z kolejek polecamy także Big Thunder Mountain Railroad (chociaż podobno był tutaj kiedyś wypadek śmiertelny). Podobną kolejką jest Matterhorn Bobsleds, ale ponieważ zjazd był znowy wewnątrz góry i po ciemku, Maćkowi podobało się średnio.
    Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_trzech_zdjec_z_Kalifornii_Disneyland

    Ponieważ to jest wpis o najszczęśliwszym miejscu na świecie (cyt. za reklamą Disneylandu 😉 ), to nie będę pisała o wszystkich atrakcjach, które nam się nie podobały zupełnie.

    Bo przecież to, że ja myślę: nie warto stać po 120 minut, żeby zjechać 5 minut kolejką, nie oznacza, że nie warto. Bo może właśnie Twoim zdaniem warto.

    Jeśli masz pytanie o jakąś atrakcję, daj mi znać w komentarzu.


    Podsumowanie: Legoland – protestancka skromność i  porządek, aka czuję się bezpiecznie i nie mam zawrotów głowy, Disneyland- jesteś w świecie jak z amerykańskiej bajki, filmu, snu, wiadomo, że każdy by chciał chociaż przez chwilę, ale w końcu się trzeba obudzić.

    Legolandu miałam dość po 2 dniach, Disneylandu po 2 godzinach.

    Ale i tak warto było. W końcu, nic co ludzkie, nie jest mi obce 🙂

    Aaaa, jeszcze jedno. Wycieczka do Playland w Vancouver jeszcze przed nami. Polecisz coś?


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.