Disney is Disney… Disneyland w Kalifornii czyli jak pomylić wschód z zachodem i prawie paść na zawał.

Marzenie każdego [podobno] czyli jak rodzina Kanada się nada pojechała przybić piątkę Myszce Miki. Disneyland w Kalifornii czyli uf, udało się. Ale stan przedzawałowy był. Whaaaaaat?

Nooo, muszę w końcu ten post napisać, przyznać się, jak to z Disneylandem było. Zwlekałam, zwlekałam, ale dłużej się nie da, była prośba na FB od Was, żeby pisać, jak było, to napiszę, jak było.

Wszystko, bez przemilczania.

Na początek jednak mała uwaga: z Disneylandem jest jak z Kanadą [hehehe, mądre, c’nie?] – Twoje wrażenie z tego miejsca zależy w główniej mierze od Ciebie.

Więc zwalanie winy za nieudaną wycieczkę na okoliczności zewnętrzne jest przede wszystkim szukaniem wymówek. Ale ludzie już tak mają.

Ja też tak mam, więc łatwo mi napisać, że wycieczka do Kalifornii była taka i owaka, bo to, bo tamto, bo owamto.

I trochę w tym wpisie będzie narzekania, no ale to żadna nowość, chyba już wiesz, że narzekanie to moje drugie imię [joke].

Jak już tak zaczęłam, i może myślisz sobie, ocho, tej to się w d…pie poprzewracało, w Disneylandzie się jej nie podobało, jedno zdanie podsumowania.

Disneyland robi WOW. Człowiek nie wychodzi z tego miejsca taki sam.

 

To najpierw twarde dane: rodzina 4 osobowa, chłopaki lat 5 i 10, wybrany weekend bez świąt państwowych, w październiku.

Plus przyjaciele, w podobnym układzie rodzinnym.

Hotele w Kalifornii zarezerwowane jeszcze w wakacje [booking.com], i bilety do Los Angeles też [Air Canada].

Zakup biletów do parku zostawiliśmy sobie na sam koniec. Dlaczego? Ano dlatego, że po pobycie w Legolandzie mieliśmy już lekki przesyt parków rozrywki i nie byliśmy pewni, na jakie bilety w Disneylandzie się zdecydować (na ile dni kupić bilety).

I tak o mści się karma. Za dużo się chciało, za dużo.

Byliśmy świadomi, że parki rozrywki z Myszką Miki są w Kalifornii dwa. I że można kupić bilet do jednego parku na jeden dzień, albo do dwóch parków na jeden dzień, albo do dwóch parków na dwa dni, albo….. dość. Wszystkie opcje, wliczając w to możliwość wejścia wcześniej (Magic Morning), dostępne są na stronie internetowej.

Dlaczego kupiliśmy bilety przez internet? Bynajmniej nie dlatego, że było taniej (w Legolandzie tak to działa – kupujesz przez internet na konkretny dzień i jest taniej niż z budki przed wejściem. I bez kolejki).

Kupiliśmy bilety do Disneylandu online, żeby do parku wejść szybko i sprawnie.

Nie weszliśmy ani szybko, ani sprawnie.

# historia prawdziwa mini zawału

Przy wejściu szczegółowo sprawdzają plecaki.  Zupełnie nieświadomi zabraliśmy walizkę – jeździk Trunky, z myślą o ciągnięciu Maćka, jak się zmęczy.

Niestety do parku nie można wnosić rzeczy, które się ciągnie za sobą. Można te, które się przed sobą pcha – czyli wózki.

Obiecaliśmy panu z ochrony, że nie będziemy ciągnąć, wzięliśmy walizkę na ramię i idziemy do bramki z wydrukowanymi biletami.

A w bramce zonk, pani nie może skasować naszego biletu. Odsyła nas do punktu obsługi klienta. Idziemy do punktu obsługi klienta, mówią nam, że to jest potwierdzenie zakupu biletu, ale wydrukowane bilety potrzebujemy z kasy pobrać. “Dziwne, ale ok”, myślę, “miało być sprawniej”.

W kasie miła starsza kasjerka bierze bilety, przygląda się im i mówi, że owszem, mamy dobre bilety ale do DisneyWorld, a nie do DisneyLand!!!

Szok. Jak to DisneyWorld? Disneyworld, Disneyland, Disney is Disney, c’nie? Otóż nie. DisneyWorld jest na…. Florydzie.

Co za fakap!

Chłopaki już prawie w spazmach, bo kobieta mówi, że niestety Disney nie jest Disney, i że tu jest DisneyLand, Kalifornia, a nie DisneyWorld, Floryda, i że nie mamy biletów tu, za to mamy tam (za prawie 1000CAD).

Dzieci nie wytrzymują, łzy się leją, bo jak to, przecież jesteśmy tu, a nie tam.

Nigdzie na tych nieszczęsnych biletach nie jest napisane Florida (ani California też nie). Jest napisane DisneyWorld, tak, zgadza się, no ale dla mnie Disney is Disney !!!

Nie każdy jest w Ameryce rodzony i chociaż ja na Kaczorze Donaldzie chowana, to jednak nie odróżniam parków rozrywki i co jak co, ale te dwa stany amerykańskie, adresy parków, to powinny być napisane WIELKIMI DRUKOWANYMI LITERAMI.

Wołamy panią przełożoną, ta chwyta za słuchawkę i dzwoni na Florydę. Ale nic się nie da, m’am, zrobić, niestety, macie złe bilety, a właściwie nie macie (nie mamy) ich wcale.

Wyciągnęliśmy kartę kredytową i zadłużyliśmy się na kolejne 1000CAD. [Żeby nie trzymać cię w niepewności – odzyskaliśmy pieniądze z Florydy po 3 tygodniach]

W końcu to jest Ameryka ❤, więc żeby nie było, że klient niezadowolony, pani w Disneylandzie dała nam kupony na jedzenie w parku. I to jedzenie było bardzo dobre [zdziwienie moje wielkie, bo na ogół jedzenie północnoamerykańskie nam nie smakuje, ale w Disneylandzie było całkiem, całkiem].

Dobra, dość tych strasznych historii – sprawdzajcie ludzie bilety, dobrze radzę!

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_9_zdjec_z_Kalifornii

# to teraz kilka informacji

 

  1. W Kalifornii wejście do obu parków: Disneyland i Disney California Adventure Park jest w tym samym miejscu. Wspólna kolejka do kontroli bezpieczeństwa i potem możesz zdecydować, na prawo, czy na lewo.
  2. W obu parkach wygląda to podobnie: wchodzi się do parku, a potem: czekanie w kolejce do atrakcji (rekord: 120 minut, żeby zjechać pontonem w Splash Mountain), stanie, czekanie, jedzenie, zjeżdżanie, oglądanie, chodzenie, bieganie (do Fastpassów, więcej poniżej).
  3. Dobra rada dla rodzin nienawykłych do amerykańskiego poziomu zastraszania w czasie Halloween – nie przyjeżdżajcie w czasie Halloween! Maciek (lat 5 i pół) się bał na niektórych atrakcjach. Moje wyczekiwane fajerwerki nad zamkiem Disneya były w klimacie halołinowym, a ja go ani nie znam, ani specjalnie lubię. Więc rozczarowanko z mojej strony.
  4. tłumy ogromne w obu parkach (w weekend oczywiście większe). Dlaczego te bilety nie są przypisane do danego dnia, to ja nie wiem, bo tak można by przynajmniej jakoś to kontrolować, ale nie. I szczerze były takie momenty, że się bałam, tłum napierał ze wszech stron, a Disneyludzie próbowali to jakoś unormować, ale bezpieczne to to nie było.  Legoland – bilety na dany dzień rezerwujesz, ergo ludzie z obsługi wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać.
  5. Miej plan, co po kolei będziesz zwiedzał. Przed wyjazdem warto choćby trochę poczytać o atrakcjach. Przyznam szczerze, że akurat tę lekcję zrobiliśmy po łebkach. Podobno wszystkie parki kanoniczne Disneya są podobne, czyli mają takie same strefy, więc możesz poczytać, co warto, gdzie zobaczyć. Nam bardziej podobał się Disney California Adventure Park niż Disneyland. Nasz ranking atrakcji poniżej.
  6. Co to jest Fastpass i dlaczego musisz chcesz go mieć. Nie da się parku i jego atrakcji zobaczyć w jeden dzień. Nawet w dwa dni się nie da. Podejrzewam, że i trzy to za mało. A parki są dwa, a weekend jest krótki. Wtedy z pomocą przychodzi Fastpass. Jest rodzaj dodatkowego biletu, który pozwala Ci wejść na atrakcje szybciej, krótszą kolejką. Możesz albo ściągnąć sobie płatną aplikację na telefon albo w parku biegać od kiosku/biletomatu do biletomatu, żeby pobrać Fastpassy za darmo. Wszystkie informacje znajdziesz tutaj.  Nabiegałam się za tymi Fastpassami, oj nabiegałam.  Jeśli planujesz konkretne atrakcje, zobacz, czy są do nich dostępne Fastpassy i je zdobądź w pierwszej kolejności. Oszczędzisz sobie czekania. Jeśli zależy Ci na jakieś atrakcji bardzo, bardzo, rezerwuj Fastpassy z samego rana, bo po południu często są wyprzedane. Albo dostępne na godzinę 23:30.  W Legolandzie również są takie urządzenia, ale nie korzystaliśmy, bo nie było kolejek.
  7. Nie wiedziałam, że do Disneylandu jeżdżą ludzie bez dzieci. Takich było bardzo dużo; nawet raz mówię do Kuby, Kuba tutaj stoją sami dorośli o co chodzi? i chodziło o Space Mountain. Pod koniec pobytu już wiedziałam – nasze chłopaki tak średnio ogarniają Disneya, nie to, co dorośli, na bajkach Disneya chowani. Więc te wyjazdy do Disneylandu to sentymentalne podróże do czasów dzieciństwa, a nie najdziwniejsze miejsce na randki ;). W Legolandzie prawie nie widziałam ludzi bez dzieci, w Disneylandzie nastąpiło odwrócenie proporcji plus średnia wieku odwiedzających skoczyła o jakieś 50 lat.
  8. Rada parkingowo-dojazdowa. W Anaheim jeździ komunikacja miejska po głównej drodze miasteczka. Tej, przy której stoi większość hoteli. Jest również autobus – shuttle z parkingów samochodowych pod bramę parku. I ten polecamy bo a) jeździ częściej b) jest za darmo. W Legolandzie przyszło nam się przespacerować do parku spod wioski (noclegu). A mógł być shuttle.
  9. Jedzenie moża wnosić, ale w praktyce i tak wszyscy tłoczą się do lodów, corn-i hot-dogów, churros (rodzaj długich pączków) czy ogromnych pieczonych nóg indyczych. My w Disneylandzie jedliśmy w restauracji nowoorleańskiej (pycha!), a w Disney California Adventure Park w barze Loli z “Aut” (mniejsza pycha, ale też ok, zestaw dla dzieci dostaje się w pudełku w kształcie Zygzaka McQuina, jej!). Jedzenie lepsze w Disneylandzie niż w Legolandzie, chociaż akurat popołudniowy bufet piracki w wiosce Legolandowej polecamy.

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_6_zdjec_z_Disneyland_California

#Kolejki i atrakcje – pewnie takie same podobne są w każdym parku

(c0 ciekawe, na takie same kolejki nie wpuścili Maćka w Legolandzie, a przepuścili w Disneylandzie). Kilka zdań o atrakcjach, które zrobiły na naszej rodzinie największe wrażenie.

  1. Świat Aut czyli przede wszystkim Wyścig w Chłodnicy Górskiej. Ale wszystko inne w pobliżu też. Bardzo ładnie, z dbałością o szczegóły przygotowana kraina. Zdecydowanie nasz faworyt w Disney California Adventure Park.
  2. Przelot nad światem czyli kino Soaring Around the World. W Vancouver mamy Fly over Canada, ale Soaring zabierze Cię w podróż po świecie. Polecamy bardzo w Disney California Adventure Park.
  3. Guardians of Galaxy czyli film nam się podobał i atrakcja nam się podobała (Maćkowi mniej, bo było wolne spadanie i otwieranie się okna na wysokości kilku okien. Bał się)
  4. Pokrzycz sobie po amerykańsku czyli wielki rolercoaster California Screamin’. Bez Maćka i Kuby krzyczeliśmy dość głośno, podobno ja głośniej (zdaniem Krzysia). Porządny zjazd, szybkość i zwis głową w dół.
  5. Po to właściwie przyjechaliśmy, czyli Tomorrowland w Disneylandzie. Star Wars rule them all. Chłopaki brali udział w treningu Jedi (można się zamachnąć plastykowym mieczem na Lorda Vadera). Byliśmy w symulatorze Star Wars i polecamy (Maciek się trochę bał) oraz na kolejce Space Mountain i bardzo nie polecamy (Maciek się bardzo bał, nic nie było widać, tylko potwory halloweenowe na nas wyskakiwały).
  6. Z kolejek polecamy także Big Thunder Mountain Railroad (chociaż podobno był tutaj kiedyś wypadek śmiertelny). Podobną kolejką jest Matterhorn Bobsleds, ale ponieważ zjazd był znowy wewnątrz góry i po ciemku, Maćkowi podobało się średnio.

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_trzech_zdjec_z_Kalifornii_Disneyland

Ponieważ to jest wpis o najszczęśliwszym miejscu na świecie (cyt. za reklamą Disneylandu 😉 ), to nie będę pisała o wszystkich atrakcjach, które nam się nie podobały zupełnie.

Bo przecież to, że ja myślę: nie warto stać po 120 minut, żeby zjechać 5 minut kolejką, nie oznacza, że nie warto. Bo może właśnie Twoim zdaniem warto.

Jeśli masz pytanie o jakąś atrakcję, daj mi znać w komentarzu.


Podsumowanie: Legoland – protestancka skromność i  porządek, aka czuję się bezpiecznie i nie mam zawrotów głowy, Disneyland- jesteś w świecie jak z amerykańskiej bajki, filmu, snu, wiadomo, że każdy by chciał chociaż przez chwilę, ale w końcu się trzeba obudzić.

Legolandu miałam dość po 2 dniach, Disneylandu po 2 godzinach.

Ale i tak warto było. W końcu, nic co ludzkie, nie jest mi obce 🙂

Aaaa, jeszcze jedno. Wycieczka do Playland w Vancouver jeszcze przed nami. Polecisz coś?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Autor: Kasia

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.