Jedna rzecz, która mnie bardzo wkurza w kanadyjskiej szkole synów

jedna-rzecz-ktora-mnie-wkurza-w-kanadyjskiej-szkole-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady-obrazek otwierajacy-post-atakujacy-byk

Dzisiejszej nocy ciężko mi było spać. Przylecieliśmy do Vancouver dwa dni temu, więc łatwo wytłumaczyć bezsenność zmianą czasu i koniecznością przyzwyczajenia się do czasu kanadyjskiego.

Ale jest jedna sprawa, mocno nieciekawa, która mi spędza sen z powiek. I nie ma nic wspólnego z jetlagiem.

Zaczął się kolejny rok szkolny, a wraz z rozpoczęciem przypomniała mi się ta jedna rzecz, która mnie bardzo wkurza w kanadyjskiej szkole chłopaków.

Żeby opisać sprawę jednym zdaniem: chodzi o coroczne przemieszczanie uczniów w klasach. (zastrzeżenie: nie wiem, czy tak jest w każdej kanadyjskiej szkole)

Nie jest tak, jak w szkole polskiej, że zaczynasz zerówkę/pierwszą klasę z grupą dzieci i po kilku latach z większością tych dzieci  szkołę kończysz. O nie! W naszej szkole, co roku przez pierwsze kilka dni jest obserwacja zachowania dzieci, a potem różne przetasowania pomiędzy klasami.

No dobrze, to przetasowania są i co z tego wynika?

Jednym ze skutków takich przetasowań i mieszania dzieci jest brak stałych klas stworzonych według roczników.

Nigdy nie wiem, jaka jest aktualna klasa chłopaków

Krzysiek już od kilku lat jest w klasie łączącej dzieci z wyższego i niższego rocznika. Jest mu obojętne, czy klasa jest 6 czy 5/6 czy 6/7.  Nam, czyli rodzicom, taka sytuacja przeszkadza w stopniu umiarkowanym, bo widzę plusy uczenia się młodszych i starszych dzieci w tej samej klasie. Pamiętam, że podobny system działał w żłobku Maćka i ten pomysł nam się podobał. Dzieci wspierały się nawzajem i uczyły od siebie

Jest oczywiście i minus, ale nie wiem, czy to nie tylko moje wyobrażenie – brak wyrównanego poziomu w nauce. I proszę, nie zrozumcie mnie źle, daleka jestem od wyciskania, ile się da z dzieci, żeby tylko wyniki końcowe były dobre. Opieram się tylko i wyłącznie na tym, co widzę u Krzyśka, który, przypomnę, ma lat 11.

Czasami Krzyś jeszcze opowie mi, co się dzieje w jego klasie. Lubi matematykę. Kuba dodatkowo od czasu do czasu przerabia z nim zadania, bo akurat na matematykę kładziemy duży nacisk. W klasie kanadyjskiej jest więc Krzysiek zwykle do przodu z matematyką, chociaż w podstawówce polskiej byłby średniakiem. I nie ma co robić, bo kiedy on skończy swoje zadania, to kanadyjskie dzieci z niższego rocznika, wciąż pracują. A jeśli z kolei zabierze się za zadania z wyższej klasy, bywa, że nie rozumie, o co chodzi. I w takiej sytuacji prowadzenie lekcji jest, moim zdaniem, wyzwaniem dla nauczyciela.

Tak, wiem, że przez wiele lat tak funkcjonowało nauczanie – wszystkie dzieci w jednej klasie i jeden nauczyciel od wszystkich przedmiotów. Ja byłam uczona inaczej i może dlatego teraz, jako rodzic, odczuwam dyskomfort.

Ale takie wymieszanie poziomu i lat dzieci, to nie jest jeszcze to, co mnie najbardziej wkurza w kanadyjskiej szkole chłopaków.

Najbardziej mnie wkurza rozdzielanie dzieci, które są zaprzyjaźnione.

I tak, nie wierzę w to, że po 4 latach w Kanadzie doszło i do tego.

Od czterech lat do naszej rejonowej podstawówki chodzi Krzysiek. Przyleciał do Kanady jako 7latek, zaczął drugą klasę z małą znajomością angielskiego. Słowem: było trudno (tutaj więcej).

Po zaserwowaniu własnemu dziecku wstrząsu emigracyjnego, starałam się zapewnić mu jakieś bezpieczeństwo emocjonalne. U dzieci najlepiej sprawdzają się w takiej roli wypróbowani koledzy. I Krzysiek takiego ma: Logana.

Co roku proszę nauczycieli (którzy też się zmieniają), żeby Krzysia z Loganem nie rozdzielać. Proszę, że nawet jeśli różnią się poziomem nauczania (a nie za bardzo się różnią, chociaż Logan to rodowity Kanadyjczyk), to żeby ze względu na ich zażyłość, wzajemne wspieranie się w szkole i łatwość, z jaką my rozmawiamy z rodzicami Logana, zostawić chłopców razem w jednej klasie.

I co roku spotykam łagodną acz stanowczą odpowiedź: “być może spełnimy tę prośbę, a być może nie. Napisz Kate, jakieś podanie, a być może dyrektor spojrzy na nie przychylnie”.

Co roku, od czterech lat, Krzyś w czasie wakacji zamartwia się po swojemu: “mamo, a czy Logan będzie ze mną w klasie”.

A ja co roku zaciskam piąchy, nie rozumiejąc akurat tej szkolnej polityki.

W tym roku pierwszą klasę zaczął Maciek. W zerówce był z różnymi kolegami, także takimi z przedszkola. Chodził do klasy z bratem Logana, Lukiem. I też się z nim zaprzyjaźnił.

Nie dziwcie się zatem, że pod koniec czerwca 2018 poprosiłam nauczycielkę, żeby nie rozdzielać Maćka i Luka. Są kolegami, są w końcu braćmi najlepszych przyjaciół. Często organizujemy im wyjścia razem, wspólne zabawianki czy półkolonie. Nauczycielki odpowiedziały mi starą śpiewką: może tak, może nie.

Maciek wczoraj został przypisany do klasy pierwszo-drugiej, w której nie ma Luka. Nie ma żadnego dziecka, które zna z przedszkola.

Poszłam do dyrektora. Zapytałam się, dlaczego? Po co? Nasze chłopaki, jak każde emigracyjne dziecko, mają pod górę, kiedy my, rodzice, staramy się żyć “na dwa kraje”. W Kanadzie nasze chłopaki mają przyjaciół, w Polsce rodzinę. I dlaczego nie może tak zostać? To buduje ich świat.

Odpowiedź dyrektora: “zdecydowały nauczycielki”.

Poszłam do nauczycielek. Odpowiedź nauczycielek: “my nie możemy nic zrobić, tylko dyrektor.” (cooooo????)

Poprosiłam o zmianę klasy. Zostałam zapytana, czy to moja prośba, czy Maćka. Ba, dyrektor zapytał Maćka, co on o tym myśli. Zapytał moje 6letniego, umęczonego lotem, spłakanego syna, czy chce być w klasie ze starym przyjacielem, czy chce poznawać nowych przyjaciół.

Bo w rozdzielaniu dzieci podobno o to chodzi: żeby poznać inne dzieci, żeby się za bardzo nie zaprzyjaźnić w zamkniętym gronie. To dobrze wpływa na rozwój dzieci.

Noż k….wa mać! Jestem innego zdania. Rozumiem rację in toto, ale proszę o elastyczne podejście akurat w naszym przypadku, bo znam moje dzieci. Znam je lepiej niż dyrektor czy nauczyciel szkoły. Tak, znam.

Być może dlatego Kuba i ja mało rozumiemy społeczeństwo kanadyjskie. Mało rezonujemy z emocjami Kanadyjczyków. To nie jest nasze podejście do nawiązywania relacji międzyludzkich. Tęsknimy za ludźmi, których znamy “od przedszkola”, z którymi zjadło się beczkę soli.

→ zobacz, jak ja radzę sobie z przyjaźnią w Kanadzie: LINK

Moim zdaniem bardzo trudno jest zaprzyjaźnić, wiedząc, że to tylko tymczasowe. Że tego kolegi po roku nie będzie w klasie, ale nie dlatego, że życie tak zdecydowało. Tylko rozdzielamy was, bo tak! Szkoła decyduje.

A może właśnie o to chodzi? Żeby wychować pokolenie, które będzie reagowało na życie tymczasowo: chwilowe relacje, szybkie zmiany, fast life. Nic na poważnie, dogłębnie, mocno.

Kochani, ja wiem, że każdy żyje według swoich zasad. Że jak się nie podoba, to nie ma co pisać na blogu, tylko trzeba coś zmienić. Może niejedna z Was (matek) myśli, że pomysł z corocznym rozdzielaniem dzieci jest właściwy, bo w przypadku Waszych dzieci się sprawdził.

Cieszę się, że u Was działa.

U nas nie działa. Jest smutek, jest żal i jest obawa.

Wynegocjowałam z dyrektorem tydzień obserwacji. Być może to on ma racje, ma w końcu dyplom z pedagogiki. Ale ekspertem od mojego dziecka jestem ja. Myślałam, że kanadyjski system oświatowy rozumie to lepiej niż polski. A wychodzi na to, że nie.

I co teraz?

Nie wiem, zobaczymy. Jeśli masz dla mnie jaką radę, chętnie przeczytam.

I dziękuję Ci, że przeczytałeś ten wpis. Jeśli myślisz o emigracji z dzieckiem, koniecznie poczytaj więcej o doświadczeniach naszych chłopaków (link do kategorii: dziecko w Vancouver)

Serdeczności!