Kanadyjskie playdate – instrukcja obsługi

Dzisiaj na lekko wpis dziecięco-zabawowy, czyli co to jest kanadyjskie playdate. Nie wiesz? Nie szkodzi, będzie instrukcja obsługi.

Zainspirował mnie wpis Ani z Ontario, o zdziwieniach małych kanadyjskich gości w ich domu.

To dzisiaj będzie o playdates, bo to świetna sprawa, opanowana przeze mnie, nieskromnie się chwalnę, na master level 😉

Nie wiem, jak zgrabnie przetłumaczyć playdate: zabawianka? Bawowisko? Bawienie się nie brzmi tak dobrze. Masz na to zgrabniejszą nazwę? To się podziel w komentarzu!

Wiesz, co to jest kanadyjskie playdate? Jak nie, podaję instrukcję obsługi.

Co to playdate? Zwykle playdate to jest zabawa typu drop-off czyli zostawiasz dziecko u gospodarza playdate. Bywa jednak różnie – lepiej się upewnij, bo może zostaniesz zaproszona na kawę, a w tym czasie miałaś już coś zaplanowane. Zwłaszcza jak to jest pierwsze playdate, warto się upewnić.

Wstęp: napisane jako instrukcja obsługi dla dzieci w wieku od 5 do 11 lat.

Moja naczelna rada: najlepsze playdate jest u kogoś innego, hehe.

Główny cel rodzica: udane playdate jest wtedy, kiedy dzieci się sobą zajmują, a ja mogę wypić kawę (rano), wino herbatę (po południu) i się nie wtrącać do zabawy.


Ok, to szczegóły: kanadyjskie playdate i jego instrukcja obsługi:

  • Nie czekaj, aż ktoś wymyśli playdate i zaprosi Twoje dzieci. Zaproś sama jakieś dziecko, a Twoje dziecko Ci za to podziękuje. Może nie słowami, może nie wprost, ale co tam, szczęśliwe będzie.
  • Playdate to nie jest party, to nie jest przyjęcie, to jest spotkanie, zabawa dzieci w domu lub na dworze pod okiem dorosłego. Więc wiesz, myśl o tym, jako o czasie dla dziecka, nawet jeśli chcesz, żeby dzieci zajęły się sobą i dały Ci spokój.
  • Playdate zwykle trwa od 2 do 4 godzin. Reguła taka: im młodsze dziecko, tym krócej, im młodsze dzieci, tym mniej ich naraz zapraszam.
  • No i oczywiście warunki lokalowe też są ważne. Nasze są więcej niż mikre, więc często wyprowadzam playdate do parku, a jak pada, to do biblioteki. Godzinkę mam z głowy.
  • Przekąski czy obiad warto mieć, zwłaszcza jak gościsz playdate u siebie, po szkole od razu, wiadomo, dzieci głodne. Jak wiem, że mam playdate, nie robię kotletów, tylko dania neutralne smakowo, ale nie bez smaku. Najczęściej naleśniki, ale nie pancakes, bo te są śniadaniowe, tylko crepes. Do tego sporo świeżych owoców, sok i woda. Część dzieci na zabawianki przynosi własne lunch’e – z doświadczenia wiem, że dzieci z alergią tak robią, bądź jeśli zabawianka jest zaplanowana na więcej niż 4 godziny.
  • Zasadę mam jedną – pierwsza godzina zabawy bez elektroniki, xboxa, ipada.  Byłam świadkiem, że dziecko nie chce przyjść do innego na zabawę, bo nie będzie grało na ipadzie, ale to mój dom, moje zasady, i na wszystko jest czas. Najpierw jest zabawa analogowa. Zwykle lego, samochodziki, kolejka, może rysowanie.
  • Jak goszczę czwórkę dzieci – czyli i starszy, i młodszy mają gości, staram się porozdzielać towarzystwo. Moje chłopaki mają wspólny pokój, wszyscy bawią się w nim wspólnie jakieś 20 minut do pół godziny, a potem wiem, że mają dość. Młodszych zabieram na dwór, albo starszych wysyłam do biblioteki. Na chwilę. Wracają i znowu się zgodnie bawią (no dobra, dość zgodnie).
  • Jedzenie jemy przy stole. Zawsze pytam o alergie, wiem, którzy koledzy mają epipeny* przy sobie, mam numer telefonu do rodzica i ustaloną mniej więcej godzinę, o której dziecko zostanie odebrane. Jak się spóźniam, to piszę smsa.

*epipen czyli epinefryna w pojemniku w kształcie długopisu, którą dzieci uczulone noszą przy sobie. To mój największy stres, od razu się przyznam. Pamiętam, jak mi Sean pierwszy raz powierzył 3,5letniego  Luka na playdate, wręczył EpiPen i powiedział: don’t kill my kid! Grubo!

  • Nie mam zasady co do języka, w jakim się dzieci bawią. Pewnie, najlepiej by było, żeby z Polakami mówiły po polsku, ale często, gęsto, przechodzą na angielski, bo tak łatwiej. Wiecie, że jeśli chodzi o język polski, jestem #groźnawoźna, ale staram się dzieciom do zabawy nie wtrącać. Chociaż od czasu do czasu uwagi puszczam, że mogliby po polsku rozmawiać. (Walczę z tą upierdliwością u siebie, oj walczę)

Kanadyjskie-playdate-instrukcja-obslugi-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_dwoch-chlopcow-je-lunch

Odmianą playdate jest sleepover czyli nocowanka*.

*słowo nocowanka, takie smaczne bardzo, zawdzięczam polskiej sąsiadce, Matyldzie. Pozdro, jeśli czytasz!

Co w takim przypadku?

Upewnij się, jak dziecko będzie spało u gospodarza – czy na czyimś łóżku, czy na materacu, czy na karimacie. Nie chodzi o fochy i księżniczkowanie, tylko o przygotowanie pościeli tak, żeby gospodyni nocowanki nie miała problemu. Ja daję poduszkę i śpiwór, zapakowane w twarzową niebieską torbę z Ikea. Plus w plecaku zmiana bielizny, szczoteczka i przytulanka. Jak ktoś nocuje u Krzysia, to Maciek śpi z nami, a gość na łóżku Maćka. Jedną noc można się przemęczyć, a co!

Nasza najciekawsza nocowanka czyli strach-story

Sobota, rano, około 7, dzwoni Katie, mama Logana i przestraszonym głosem pyta się, czy Krzysiek przyjechał do nich bez zęba, bo nie pamięta, a teraz już nie ma. Zęba, nie Krzyśka.

Krzysiek miał wtedy trochę ponad 7 lat, to była jedna z pierwszych nocowanek, stresik był, nie powiem.

Mówię, że przyjechał z kompletem zębów.

Katie,no to mu wypadł, i nie mogą znaleźć, może połknął. Ja,hmmm, ok, chyba nic takiego, przecież od połykania zębów się nie umiera (chyba).

Nocowanka szybko się skończyła, a ząb się znalazł, w śpiworze, w domu podczas inspekcji przed praniem.

 

Chyba tyle. Przeczytaj, zapamiętaj, nie zginiesz podczas playdate a i dzieci będą zadowolone 😀


Dziękujemy wszystkim, którzy nas na zabawianki i nocowanki zapraszali i zapraszają, i do nas przychodzą też: Dorocie L., Asi K., Karolinie W., Monice Z., Ani, Dorocie D. ,(jak o kimś zapomniałam, wybaczcie bardzo) i oczywiście kanadyjskim znajomym, których nie wymieniam, bo i tak nie czytają bloga po polsku, hehe.

 

Całkiem sporo napisałam o polskich, swoich 😉 dzieciach w Vancouver. Znasz te wpisy?

Pięć miejscówek dla dzieci w Vancouver | Emigracja z dzieckiem – nasze błędy | Moje kanadyjskie szkolne zdziwienia, a konkretnie 6.

 

Chcesz, żeby się Twoje dzieci pobawiły z chłopakami? No problem, daj mi znać!

Zapomniałam o czymś w temacie playdate? No problem, pisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

Dawno nie było wpisu w tym temacie, a to codzienność każdego rodzica. Rekrutacja do zerówki i jaka szkoła najlepsza w Vancouver. Żebym to ja wiedziała…

Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).

W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).

Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”

Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.

 

Staram się ogarniać temat. Po łebkach, po łebkach. Sprawdź, czy przydadzą Ci się te poradniki:

  Służba zdrowia | Praca w Vancouver

 

W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.

Zachęciłam, co?

Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?

Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.

Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.

W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.

 

Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.

Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki.  W tych dzielnicach.

Wiele rodzin  stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo. Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.

Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.

I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?

Szkoły są przepełnione.

W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.

Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.

Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.

Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.


I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?

Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.

Pomogą Ci te pytania:

Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?

  • Najwyższych wyników w rankingu?
  • Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
  • Małych klas?
  • Opieki przed- i poszkolnej?

My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.

 

Co lubię w naszej szkole?

WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)

Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.

ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.

Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).

Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.

Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…

PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!

Czego nie lubię w naszej szkole?

POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.

W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)

To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…

Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…

Uważam  że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.

Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.

Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

Mokre zdjęcia z krótkiego spaceru na Quarry Rock. Oraz czy ja lubię Deep Cove (nie lubię).

Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

Sam zobacz.

Colorfull fall has arrived… #vancouver #vancity #beautiful #canada

Post udostępniony przez by Kasia Kate Jeziorska (@kanada_sie_nada)


Nasze okoliczne wyjścia w góry. Spokojnie dasz radę zrobić je w każdym wieku i z dzieckiem.

  1. Grouse Mountain
  2. Dog Mountain
  3. Lynn Canyon
  4. Rice Lake
  5. Buntzen Lake
  6. Belcarra Park
  7. Capilano Bridge
  8. Lynn Headwater Park
  9. Burnaby Mountain

Dorzucimy do listy następną propozycję: Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

 

Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

Ps. Nie jedz pizzy.

Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

Są za to góry. I chmury. I woda.

No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

 

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Wiesz,  gdzie jeszcze pójść z dziećmi na szlak w okolicy Vancouver? Daj znać w komentarzu!
Bo w lipcu planujemy już Garibaldi Park. A tam, wiadomo, GÓRY!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak się macie zimą 2016-2017?

Dłuższy wpis o grudniu i styczniu. W grudniu było fajnie, bo sporo atrakcji, a styczniu jest spokojnie, bo codzienność się kłania. I wymaga uwagi.

Pod wpisem o moich planach zawodowych napisaliście mi sporo miłych i ciepłych słów. Czuję się zmotywowana i tym chętniej przedzieram się przez linijki kodu. Zima nie odpuszcza, a ja, chociaż chętniej odpuściłabym sobie wstawanie przed chłopakami, jednak wstaję i klikam drobnym maczkiem.

Korzystam z darmowych kursów na codeacademy.com oraz na coursera.com

Szkoła i przedszkole trwają zwykle od 9 rano do południa / popołudnia, a potem czas na inne zajęcia. Jak wypada pro-d day, czas tylko na zadania typowo “mamowe”. Zwykłe życie.

Codzienność grudnia Anno Domini 2016 przemknęła na blogu wręcz niezauważona. Co to te kilka zdawkowych wpisów? Nadrabiam zatem, pisząc kilka słów o tym, co robiliśmy w grudniu. I co możemy polecić.

Atrakcje wyjściowe w grudniu 2016: opera i balet w Vancouver

W sumie trzeci grudzień w Kanadzie nie różnił się za wiele od tych dwóch poprzednich. Nie powtarzaliśmy w tym roku niektórych atrakcji, takich jak jarmarki bożonarodzeniowe, śniadanie z Mikołajem czy Festival of Lights w ogrodzie VanDusen.

Balet

Za to pierwszy raz wybraliśmy się rodzinnie na balet Dziadek do orzechów wystawiany przez Goh Ballett. O tym przedstawieniu koleżanka Sarah mówi, że to must-see każdego kanadyjskiego dziecka, więc tym bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć. Bilety niestety nie należą do najtańszych, ale mieliśmy wyjątkowe szczęście skorzystać z darmowych wejściówek  z biblioteki publicznej w Vancouver. (W osobnym wpisie o VPL napiszę więcej). Mogę z czystym sumieniem polecić balet, bo wszystkim nam się bardzo podobało, a Maciek był zauroczony i przez cały czas wpatrywał się w scenę.

Opera

W grudniu byliśmy także na przedstawieniu Hansel i Gretel w Operze. I znowu strzał w dziesiątkę – przedstawienie ma wprawdzie oznaczenie kategorii wiekowej +6lat, ale Maciek i tym razem był wdzięcznym słuchaczem. Nie bez znaczenia był fakt, że opera była bardzo dziecio-przyjazna, sporo zmian dekoracji, wychodzenie do widowni, dodatkowe napisy nad sceną, dla tych, którzy nie usłyszeli kwestii aktorów.

Żal mam jedynie do siebie. Organizując na szybko nasze wyjście, zapomniałam, że “specjalna okazja wymaga specjalnego stroju” i byliśmy w tej kwestii nieprzygotowani. Nie powtarzajcie naszego błędu, bo wielu Vankuwerczyków było ubranych odświętnie i z przyjemnością się na nich patrzyło. Nie to, co my. Dżinsy rules, ale nie na widowni teatralnej [wstydzę się].

Święta

Święta minęły miło i szybko. W tym wpisie podałam nasz przepis na Gwiazdkę i przyznam, że i w tym roku była bardzo dobra. I smaczna.

Jedna uwaga: czas pomiędzy Bożym Narodzeniem a Sylwestrem jest wolny od szkoły i pracy dla wielu mieszkańców. To również taki czas, kiedy atrakcje turystyczne miasta przeżywają oblężenie i nierzadko stoi się w kilkugodzinnych kolejkach. Do wyciągu, kolejki, czy nawet na lunch w któreś z modnych knajpek. Nie polecamy! Szczególnie jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, którym nijak nie wytłumaczysz, że swoje trzeba odczekać.

Nasza rada jak zwykle ta sama: homing czyli domówki, czyli spotykamy się raz u jednych, raz u drugich. I u trzecich też. Pogoda i tak nie zachęca do dłuższego pobytu na dworze.

No dobrze, to grudzień tak wyglądał. A styczeń?

Dzień za dniem, czyli styczeń 2017. Samochód, PR, zajęcia, zdrowie i inne drobiazgi

Samochód

W styczniu staliśmy się posiadaczami przechodzonego samochodu mazda 6, kolor czarny (jak akurat jest umyty), miejsc 6, bo zapobiegawczo myślimy już o tej części rodziny, która nie przylatuje do Kanady, tylko dlatego, że nie mieliśmy samochodu 😉 Kochani, już jest! Możecie się pakować i przylatywać do nas.

Skoro jest samochód, musi być i prawo jazdy (temat na osobny wpis, nie bój się, będzie). Teraz tylko wspomnę, że właśnie je robię. Jak zrobię, to się pochwalę. Jak nie zrobię, to się pożalę.

Pobyt stały

Mamy też nadzieję na w miarę szybki finał starań o stały pobyt. I o tym również napiszę więcej w osobnym poście, dość, że właśnie dostaliśmy kolejny email od Immigration Canada, że musimy dosłać dokumenty, zdjęcia i płatności. Wszystko razy 4. Zdjęcia muszą być komercyjne i pewnie dlatego każdy z nas wygląda na nich jak skazaniec. Z wyjątkiem Maćka, który wygląda jak zombie (słowa kochającego braciszka). Zdjęć zatem litościwie nie pokażemy Wam. Jeszcze jakieś koszmary się przyśnią…

Zajęcia dodatkowe popołudniowe chłopaków

Styczeń to również zajęcia popołudniowe niemal co dzień. Nie jest to najlepsze rozwiązanie i już odczuwam skutki negatywne takiego przeładowania programu, ale jeszcze ciągniemy ten maraton: poniedziałek: łyżwy/gitara Krzyśka, wtorek: basen, środa: łyżwy, czwartek: zajęcia sportowe, piątek: playdates (zabawa u kogoś w domu) u nas albo trzeba gdzieś chłopaków zawieźć, weekend: narty. Na zajęcia sporotowe, łyżwy i basen chodzimy na najpiękniejszy kompleks sportowy w Vancouver, czyli do Hillcrest Community Centre (Hillcrest Ice Rink oraz Hillcrest Aquatic Centre). Wybudowany na Olimpiadę 2010, wciąż jest nowy i funkcjonalny. Jakby ktoś nas szukał, popołudniami tam jesteśmy.

Lekcje polskiego

A po powrocie, wieczorem, mamy jeszcze lekcje polskiego. Bardzo dużo zadają i bardzo dużo materiału jest. Za dużo. Nie wiem, czy w przyszłym roku szkolnym będziemy kontynuować naukę z orpeg.pl. Bo chociaż forma jest wygodna i potrzeba nauki niezaprzeczalna, to jednak coraz więcej rzeczy nas uwiera przy takiej formie uczenia się. Przeładowanie nauką na pewno nie pomaga. Kolejny raport językowo-oświatowy chłopaków już wkrótce!

Taki tryb życia lekko nas oszołomił, jakoś w Warszawie wszystko szło bardziej spokojnie, ale może to wciąż kwestia przyzwyczajenia?

Zdrowie

Badamy się też i lekarsko wizytujemy. Ja na przykład muszę odwiedzić neurologa. Bo jak nie ma zdrowia, to i tak reszta psu na budę. Przyjmę dobre myśli i życzenia powodzenia w każdej ilości.

Staramy się wypracować codzienne nawyki, nawet niewielkie, np. żeby Krzysiek zjadł jabłko. Jedno na dzień. Albo, żeby wyjść, chociaż na 10 minut, na spacer. I nie dogryzać wieczorami. Zrobiliśmy sobie tabelkę na ścianę i się wpisujemy, a jak ktoś przez 30 dni wytrzyma, będzie nagroda!

W styczniu zaczęliśmy też wycieczki poza Vancouver i już wkrótce więcej o Wyspie Vancouver i o naszych nartach w Manning Park (a tak było w zeszłym roku)

I tak sobie mija dzień za dniem, 2,5 roku w Kanadzie! Więcej nie piszę, bo nie ma o czym 😉


Podobne posty o codzienności i emocjach:


Ruszyły losowania na program International Experience Canada! Dajcie znać, kto ma w planach Zachodnią Kanadę na 2017? Zobaczymy się w Vancouver?

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

Zima, zima, zima trzyma. Cywilizowana w Vancouver czy raczej standardowe “śnieg zaskoczył drogowców”. Przeczytaj jak miasto sobie radzi. A właściwie, jak sobie nie radzi.

Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

To zaczynamy:

#przygotowanie na spodziewane opady śniegu

 

Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

Co prowadzi nas do następnego punktu:

#odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

 

Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

 

To, co najbardziej zaskoczyło, to śnieg. A nie deszcz. Bo deszcz już nikogo nie zaskakuje.

 

 

Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu, którzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek. Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie. Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

#jakość śniegu – sprzątanie po psach

Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie. I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

 

Chyba tyle. I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym. Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

5 bezpłatnych (albo bardzo tanich) miejsc w Vancouver dla (nie tylko) nowoprzybyłych rodziców i dzieci

Od biblioteki po szkołę, czyli gdzie pójść, jak się nie wie, gdzie pójść. Z wózkiem, nosidełkiem, albo za rękę. Wszędzie mile widziani rodzice !

Rodzina z dzieckiem/dziećmi i przeprowadzka zza ocean to zawsze jest ogromne wyzwanie organizacyjne.

Pytań mnóstwo i nawet skrupulatne czytanie bloga nie zawsze przyniesie odpowiedzi.

Często pada pytanie w mailach albo na facebooku o to, jak wygląda życie rodziców małych dzieci w Vancouver.

O szkole i przedszkolu już pisałam, ale co, jeśli Twoje dzieci są akurat w innym wieku? Lub nie mogą uczęszczać do szkoły?

Dzisiaj polecę Ci 5 bezpłatnych miejsc dla nowoprzybyłych rodziców i dzieci w Vancouver.

Chodziliśmy tam z Maćkiem, po przylocie w 2014 (czasami jeszcze tam zaglądamy).

Nie są to przedszkola, ani żłobki, ani nawet klubiki malucha, czyli formy opieki nad dziećmi znane nam w Polski.

Mogę porównać tutejsze zajęcia do tych z warszawskiego klubu Fundacji Sto Pociech, kto był, ten wie, o czym piszę.

Czasy zamieszchłe, bo w 2007 i 2008 roku tam chodziliśmy, z malutkim Krzysiem. Teraz pewnie jest takich miejsc dużo więcej nie tylko w Warszawie 😀

Wszystkie poniżej opisane zajęcia wymagają obecności rodzica. Ale w początkach emigracji to akurat jest bardzo dobre i potrzebne, szczególnie wrażliwszym czy młodszym dzieciom.

# 1 Biblioteka publiczne Vancouver Public Library

Biblioteka Publiczna w Vancouver to jest świetne i bardzo przyjazne nowoprzybyłym miejsce.

Każdy znajdzie coś dla siebie.

Central Library, czyli Biblioteka Główna, w Downtown, ma bardzo dużą przestrzeń przeznaczoną dla dzieci w każdym wieku. Oprócz książek (oczywistość!) są również zabawki, kształtki, piankowe puzzle, kolejki drewnianie, teatrzyki. Dla starszych dzieci gry planszowe. Oraz Ipady!

Uczestnictwo w zajęciach bibliotecznych jest bezpłatne, najczęściej na zasadzie drop in, czyli przychodzisz bez konieczności rejestracji.

Nie musisz mieć nawet karty bibiotecznej.

Przychodzisz z dzieckiem, uśmiechasz się do prowadzącej i innych rodziców, siadasz na dywanie i razem śpiewacie po angielsku piosenki. Prowadząca czyta książeczki, przedstawia krótkie animacje lalkowe, zachęca dzieci do rysowania. Wszystko razem trwa około 30-40 minut. Zajęcia odbywają się przedpołudniem i po południu też, więc można wpasować je w harmonogram drzemek malucha.

Odbywają się cyklicznie lub jednorazowo we wszystkich oddziałach Biblioteki Publicznej. Można przyjść już z noworodkiem, wszędzie się da wjechać z wózkiem i z kawą.

Są także czytanki w języku mandaryńskim czy hiszpańskim (w zależności od tego, jacy imigranci zamieszkują okolicę)

Można zawsze zagadać do bibliotekarki, poradzić się innych mam, posłuchać angielskiego.

Po kliknięciu w link www.vpl.ca, szukaj zajęć o nazwie: Mother Goose, Babytime, Toddler Time, Family Storytime, Man in the Moon (dla tatusiów). Możesz je filtrować po nazwach bibliotek, dniach, odpowiadającym Ci czasie. Jeśli zajęcia będą wymagać rejestracji, możesz to zrobić online.

bezplatne-zajecia-dla-maluchow-i-rodzicow-w-vancouver_Kanada się nada_Blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Z ciekawostek: był taki typ zajęć, gdzie bibliotekarka co tydzień czytała dzieciom w pobliskim centrum handlowym. Szła z biblioteki do galerii handlowej z małymi dywanikami, na których siadały zasłuchane maluchy i przez 20-30 minut snuła opowieść. Oczywiście za darmo. Rodzice też słuchali, chociaż na chwilę oderwani od zakupów.

#2 domy kultury – community centres

Community centre, które bardzo często sa połączone z bibliotekami, lodowiskami czy basenami, to kolejne miejsce, gdzie można zacząć przychodzić z małym dzieckiem, poznawać innych rodziców z okolicy.

Na początek zachęcam do przyjścia na zajęcia pod nazwą: Parent & Tot Gym, czyli hulanki-brykanki dzieci z rodzicami na sali gimnastycznej.

W naszym community centre jest nawet drewniany mini małpi gaj, moc jeździków, klocków i zabawek dla dzieci, od takich pełzających do zerówkowiczów.

Wstęp na dwugodziną zabawę kosztuje około 2 CAD (mniej niż kawa !), a w pakiecie 10 wejść nawet taniej.  Zajęcia odbywają się albo codziennie, albo kilka razy w tygodniu (także w weekendy).

Tutaj mapa Vancouver z 24 community centres: po znalezieniu tego najbliżego, szukaj informacji na stronie o drop-in schedule w zakładkach family programs/ childcare programs.

To, co warto wziąć pod uwagę – ponieważ te zajęcia to niczym nieskrępowana dziecięca wolność i zabawa, jest głośno i tłoczno. Nie wszystkie dzieci to lubią. I nie wszyscy dorośli.

#3 domy sąsiedzkie – neighbourhood houses

Domy Sąsiedzkie to miejsca prowadzone przez ogranizacje non profit, z ofertą zajęć i spotkań właśnie dla nowoprzybyłych.

Jeśli chcecie porozmawiać z rodzicami – emigrantami, to w domu sąsiedzkim znajdziecie ich najszybciej. Kanadyjscy rodzice również się pojawiają, ale jednak rzadziej niż w innych miejscach.

Zajęcia dla dzieci i rodziców są często w języku innym niż angielski. Bywa, że zajęcia dla rodziców są w jednym pomieszczeniu, a w drugim maluchy mają zapewnioną opiekę. Godzina – dwie zajęć kosztuje niewiele, od 2-5 CAD.

Bardzo lubiłam przychodzić na zajęcia z języka angielskiego, gdzie mogłam pogawędzić, kawy się napić, a Maciek w tym czasie skrupulatnie rysował coś w sali obok. Mógł w każdej chwili przyjść do mnie. Zajęcia były zupełnie bezpłatne, trzeba się było na nie jedynie zapisać.

W jednym z postów zachęcałam do znalezienie któregoś z domów sąsiedzkich w okolicy, zaraz po wylądowaniu w Vancouver. To jedno z takich miejsc, gdzie nie będzie się totalnie anonimowym imigrantem. Dobrze robi na emocje.

Na tej stronie dowiesz się więcej o Domach Sąsiedzkich i znajdziesz najbliższy w swojej okolicy.

#4 centra Family Places

Kolejne miejsce warte polecenia to Centra dla Rodziny, czyli Family Places. Często za ich założeniem stoi grupka pasjonatów-rodziców czy opiekunów, którzy szukali ciekawych sposobów na zajęcie dzieci zabawą i nauką.

W Family Place zajęcia są najczęściej odpłatne (lub w cenie rocznej opłaty członkowskiej). Otwarte dla wszystkich, dla dzieci w każdym wieku.

Najbardziej popularne zajęcia to odbywające się przed południem i po południu dwugodzinne spotkania, które składają się z wolnej zabawy dzieci (w sali lub na podwórku; free play time), wspólnego śpiewania/czytania (tzw. circle time) i jedzenia wspólnie drugiego śniadania (snack time).

Są to zajęcia nieco bardziej rozbudowane i zorganizowane. Są też świetnym przygotowaniem dzieci do rozkładu dnia w daycare czy preschool. Przypominają zajęcia ze Strong Start [więcej przeczytacie poniżej]

Family place, które my znamy najlepiej to Mount Pleasant Family Place i je polecamy. A przy okazji pozdrawiamy panią nauczycielkę stamtąd, Ewę, która byłą pierwszą poznaną przez nas Polką z Vancouver, jeszcze we wrześniu 2014.

#5 centra w szkołach – Strong Start

Na koniec zostawiłam centra Strong Start. Są to wydzielone miejsca w szkołach lub przy szkołach, prowadzone przez nauczycieli i podlegające tutejszemu kuratorium. Nie są w każdej szkole, ale u nas akurat tak [jupi !]

Zajęcia zaczynają się o 9 rano, kończą w okolicach południa. Są zupełnie za darmo, jedynym wymogiem jest konieczność rejestracji. Nauczyciel prowadzący na zajęciach wita taką nową rodzinę(można przyjść bez zapowiedzi, po prostu wejść na któreś z zajęć)  i wręcza komplet dokumentów do wypełnienia [potrzebny paszport, niepotrzebna karta szczepień dziecka].

Można przyjść z noworodkiem, można i z czterolatkiem. Miejsca i plan dnia wyglądają z grubsza tak samo w każdej szkole:

  1. 9:00-9:50 swobodna zabawa w sali z zabawkami, grami, a także korzystanie z przyborów plastycznych i zabawy artystyczne
  2. około 10 wspólne sprzątanie sali
  3. 10:15 tzw circle time, czyli nauczycielka zbiera dzieci wokół siebie i czyta/opowiada/gra/śpiewa. Dzieci pokazują na kalenadarzu, jaki jest dzień tygodnia, jaka pogoda za oknem, głośno liczą. Taka trochę nauka w formie zabawy. Rodzice/opiekunowie siedzą razem z dziećmi, pomagają, śpiewają, tulą. Jak dzieci chcą, mogę podejść bliżej nauczycielki, jak nie, to zostają w bezpiecznych ramionach mamy.
  4. Potem dzieci jedzą wspólnie zorganizowaną przekąskę (drugie śniadanie). Każde dziecko przynosi owoc/warzywo do wspólnego jedzenia, rodzice i nauczyciel je kroją i dzieci razem przy stolikach jedzą. Nauczyciel częstuje dzieci krakersami czy owsianymi ciasteczkami.
  5. Po drugim śniadaniu, około 11:00 jest czas na ciche czytanie dzieciom przez opiekunów. Siedzi się na dywanie, albo na krzesełkach i czyta maluchom dostępne książeczki.
  6. Następnie znowu jest czas na zabawę, czasami na dworze, często przynajmniej raz w tygodniu można pójść na salę gimnastyczną szkoły i tam hasać jeszcze przez 40-50 minut.

Strong Start jest bardzo dobrym miejscem, żeby od początku przyzwyczajać dziecko do tego, jak wygląda nauka w kanadyjskiej podstawówce.

Uczy się tutaj nie literek czy pisania, ale tego, jak funkcjonować w grupie, jak zwracać uwagę na to, co mówi nauczycielka, że po każdej zabawie jest sprzątanie, a przed jedzeniem mycie rąk.

Rozkład przedpołudnia przypomina ten znany z zerówki (kindergarten).

Ponieważ Strong Start mieszczą się w szkołach, dziecko, które chodzi tam na zajęcia, zna już budynek szkolny i łatwiej będzie mu zostać w zerówce bez rodziców.

→ wszystkie centra Strong Start znajdziecie pod tym linkiem.

Myślę, że z powodzeniem znajdziecie takie miejsca w każdym większym mieście Kanady.

Mogą się różnić nazwą czy organizacją, ale generalnie chodzi o to samo.

Kanada jako kraj nie ma zorganizowanego systemu przedszkolnego na stopniu ogólnokrajowym, więc warto pytać, co jest dostępne i gdzie.

Przypomnę, że z Maćkiem “przerobiliśmy” już chyba większość dostępnych zajęć zorganizowanych dla żłobkowiczów/przedszkolaków, od całodniowych daycare do kilkugodzinnych preschool. Zającia wymienione w tym poście należą do jego ulubionych głównie ze względu na to, że ja z nim zostaję i że nie trwają bardzo długo, max 3 godziny.

Ich dostępność jest jednocześnie ich wadą: bywa, że są to zatłoczone miejsca, o spokojnej atmosferze można pomarzyć, a dzieci i dorośli wciąż się zmieniają, więc trudno o trwałą relację.

Jednak jako miejsca, gdzie można wpaść i dobrze spędzić przedpołudnie z dzieckiem, zdecydowanie są warte uwagi !

Mam nadzieję, że z tym postem łatwiej Ci będzie zacząć oswajanie malucha z kanadyjską rzeczywistością!

A jeśli nie wymieniłam jakiegoś miejsca, a myślisz, że powinnam, koniecznie daj mi znać!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

Wyjścia w góry, ale w sumie bez chodzenia po górach. Da się? Pewnie! Post in progress

Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

→ sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

#1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

Z innych ciekawych rzeczy:

  1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
  2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
  3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
  4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#2 Admiralty Point Trail

Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#3 pętelka wokół Sasamat Lake

Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

Na szczęście 🙂

Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Fotograficzne podsumowanie sezonu narciarskiego naszego pierwszego kanadyjskiego w 10 punktach

Zdjęciowe podsumowanie sezonu narciarskiego w Vancouver i 10 wniosków po pierwszych nartach z dziećmi.

10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

  1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
  2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
  3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
  4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
  5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
  6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
  7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
  8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
  9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
  10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

I jeszcze kilka info:

Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek. Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę). Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie). Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych. Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Bye, bye zimo….


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

Jak to się Krzyś uczył angielskiego w Polsce, a jako Kris nauczył go w Kanadzie. Jak mówi Yoda: do it or not do it.

To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

#1 Historia angielskiego po polsku

W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

A później zaczął szkołę podstawową, polską.

Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

#2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

  • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
  • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
  • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
  • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

 


Zorganizowane study hours. By matka

Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

Zła byłam. Na siebie. Na niego.

Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


Nauka angielskiego teraz

Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

  • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
  • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
  • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
  • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

 

Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

Much to learn you still have. Yoda


Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!

Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

Auł, mamo, ząb mnie boli !!! Grozą powieje. Historia prawdziwa.

Dentysta ogólnie

dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

Dentysta dziecięcy

Boli ząb

Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

U dentysty nr 1

Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

U dentysty nr 2

Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

U dentysty nr 3

Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Spacerem wokół Rice Lake: dołem jesień, górą zima

Byliśmy latem, byliśmy jesienią, to i zimą poszliśmy. Na spacer wokół Jeziora Ryżowego, śnieg pooglądać z dołu.

Spacer wokół Jeziora Ryżowego (Rice Lake) jeszcze w świątecznym nastroju.

Jezioro Ryżowe to bardzo przyjemne i niewymagające miejsce na spacer zimowy. Jeśli potrzebujecie potwierdzenia, zapraszam na stronę vancouver trails. Dzieci można puścić luzem, bez tchu ganiają się po chaszczach wzdłuż szlaku, wyskakują spod nisko zwieszających się gałęzi z głośnym  buuuu, szukają baz tajemnych, wspinają się na większe i mniejsze kamienie, czy podglądają promienie słoneczne wśród ogromnie zielonych drzew. To ostatnie to zresztą moja ulubiona rozrywka też 🙂

Mniejsze dzieci można pchać w wózku, albo mogą pomykać na rowerkach biegowych. Sporo ludzi biega po tym szlaku, także w towarzystwie psów,chociaż przynajmniej w teorii psy na szlaku nie są dozwolone. Ale nie jest ani głośno, ani tłumnie. Można przysiąść nie tylko na pomoście, ale także na większych głazach, wystawić twarz do słońca, lub w stronę gór. W spokoju się pogapić i zdecydować, że ten śnieg to jednak dobrze wygląda z dołu i wcale niekoniecznie musimy się pchać na zaśnieżone szlaki w wyższe partie. (Oczywiście nie przekonałam samej siebie i już kilka dni później byliśmy wśród drzew mocno zaśnieżonych, ale o tym będzie inny wpis i inne zdjęcia)

W Rice Lake można też wędkę pomoczyć w wodzie – specjalność to pstrąg tęczowy. Będzie potrzebne pozwolenie na łowienie oraz warto wcześniej przeczytać o limitach połowu w jeziorze.

Kilka szczegółów trasy.

Całość to około 3 km, spokojnym, niespiesznym krokiem dwie godziny wystarczą. Oczywiście dzięki dzieciom takie spacery przeciągają się niebezpiecznie, bo ilość przerw na popas nigdy nie jest wystarczająca, a patykami można się tak fajnie bawić w miecze świetlne ze Star Wars.

Dojechać się da komunikacją miejską – łatwo można połączyć ten szlak np. z przejściem przez most wiszący w Lynn Valley. Przy łaczeniu szlaków jest też spory parking i toalety, a także miejsca piknikowe z widokiem na góry. Na piękne góry.

A w te szczególne gwiazdkowe dni ktoś pomysłowo zawiesił mini bombki na drzewie, w miejscu gdzie się szlak rozpoczyna. Niech miło się wędruje Mikołajom i nie tylko.

I jeszcze zdjęcia z Rice Lake. Trochę jesieni, trochę zimy i czekolada, co się zawsze nada 🙂

Rice Lake Vancouver Kanada

Rice Lake Vancouver Kanada

Rice Lake Vancouver Kanada Rice Lake Vancouver Kanada


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

Mamo, chcę potarzać się w śniegu ! Pierwsze narty i sanki na Mount Seymour

Pierwsze sanki i debiut narciarski na Mount Seymour. Zima trzyma.

Ten wpis będzie o początkach na nartach i sankach, czyli sportach ,do których uprawiania zasadniczo potrzebny jest śnieg. O łyżwach możecie poczytać tu.

A dziś zapraszamy na pokaz zdjęć z naszych pierwszych prób sanko – narciarskich na górze Mount Seymour. Którą latem też polecamy na miłe spacery.

Z górki na pazurki na sankach.

Co roku zimą w internecie krążą zdjęcia pokazujące, jak to dużo śniegu mają w Kanadzie. Zasypane domy, drogi, biało po czubek nosa i więźbę dachową. Oczywiście w Vancouver śnieg stanowi rewelacje prawie taką samą jak lądowanie kosmitów, ale już około godziny jazdy drogą na północ jest go całkiem sporo. W ilościach hurtowych wręcz. Choć nie po dziurki w nosie ;D

Wydaje mi się, że już gdzieś narzekałam na to, że ciężko znaleźć dla dzieci darmowe górki do zjeżdżania na sankach [ach, westchnięcie za górką na Moczydle] w obrębie miasta. Śniegu nie ma w Vancouver, stąd jeśli mamy ochotę na sanki, to trzeba wybrać do któregoś z ośrodków górskich, jednak trzeba się liczyć z tym, że będziemy płacić za zjeżdżane.

I nawet jak kupimy bilet, to nie ma tak, że dziecko może sobie zjeżdżać w dowolnym miejscu, o nie. Są wyznaczone tory ślizgawkowe. Takie zwyczajne, znane nam z Polski zjeżdżanie na sankach (czy to drewnianych, czy plastikowych jak te zielone ciągnięte przez Krzysia na zdjęciu poniżej) , takie sanki na Mount Seymour nosżą nazwę: tobogganing. W innych miejscach można się spotkać jeszcze z nazwą sliding. Bilet kosztuje od 10 do 12 CAD za 2 godziny, można kupić na miejscu sliding carpets czyli cienkie maty do zjeżdżania (ale nie polecam, bo to jest super cienkie i dziecko jest po tym mocno poobijane). Moim zdaniem najlepsze do takiego zjeżdżania są maty styropianowe, które latem można na falach wykorzystać, takie praktyczne, wielozadaniowe są ;D

Innym sposobem na sanki jest snow tubing czyli zjeżdżanie na wielkich pompowanych kołach. Na Seymour można skorzystać z torów dla początkujących i zaawansowanych, oraz nie trzeba taszczyć tego wielkiego koła z powrotem na górę, bo wyciąg jest 🙂 Taka zabawa jest zdecydowanie najdroższą opcją jeśli chodzi o sanki, ale sądząc po minach dzieci ( i wielu dorosłych) warto chociaż raz spróbować.

Sanki zaliczone, to może spróbujemy desek?

Nartom poświęcę osobny wpis, bo awansowały na główny sport zimowy tego sezonu i sporo jest do napisania. Na razie więc dzielę się tylko zdjęciami z pierwszego wyjścia na stok. Debiut Krzyśka (8 lat) i Maćka (prawie 4 lata) udał się nad podziw. Chłopakom bardzo bardzo się podobało, zostaliśmy aż do zapadnięcia zmroku, nie do wiary, jak przyjemnie ( i nietłoczono) jest na nartostradach nocą. Maciek najchętniej zjeżdżał między nartami Kuby, chociaż jak się go postawiło na mini górce, to w dół ochoczo pomknął. Krzyśkowi przyswojenie podstaw poszło nadspodziewanie dobrze, że aż za bardzo chojrakował i się wyrywał na trudniejsze trasy. Wbrew tytułowi, w śniegu się nie tarzał 😉

Dzienny bilet dla Krzyśka to około 20 dolarów, dla dorosłego 50 dolarów, Maciek jeździ na Seymour za free. Wypożyczenie sprzętu to koszt około 30 dolarów.

i jeszcze zdjęcia

1 2

zima trzyma 2015

 

Na Seymour można uprawiać jeszcze np snowshowing, czyli chodzenie na rakietach śnieźnych, o czym napiszę przy kolejnej okazji. Na rakietach można pójść np na Psią Górę, po sąsiedzku położoną przy Mount Seymour (szlak zaczyna się od tego samego parkingu).

Więcej zdjęć i opisów wkrótce, słowo daję !

tymczasem miłego zimowego dnia

Jak się macie zimą 2015? część II

Czynności zimowych wyliczanie trwa. O tym, jak jeździmy na łyżwach. Mikołaj też jeździł.

Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności. Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać. Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

O wyjściu na łyżwy

Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

I  jeszcze te wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło. Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby, Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie. A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków? Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili. Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach. Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy. Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo. Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe). Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h. Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe. Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system. Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Np. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie ! Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie. Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony. Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

  1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
  2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
  3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
  4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

łyżwy Vancouver

łyżwy Vancouver

To są zapiski dotyczące lodowisk krytych w Vancity. Przy okazji innych postów napiszę także o lodowiskach odkrytych, bo i tych nie brakuje.
A jak w Zamostowie? Da się jeździć po stawie?

Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

Jak się macie zimą 2015 ? część I

Klimat zimowo-świąteczny na śniadaniu z Mikołajem. A na podwieczorek: pierniczki !

Dla nas  druga kanadyjska zima zaczęła się już w ostatnim tygodniu listopada, bo to jest czas, kiedy pojawiają się pierwsze targi bożonarodzeniowe. Oczywiście wszystkie słodycze i ozdoby zalegają w sklepach już od początku listopada, ale klimat zimowo-gwiazdkowy pojawia się jednak trochę później.

Żeby dobrze rozpocząć zarówno dzień jak i zimę, proponujemy zacząć od śniadania 😉

Śniadanie z Mikołajem to jedna z częstszych grudniowych atrakcji dla dzieci i dorosłych.

Takich spotkań w Vancouver i całym Lower Mainland jest bardzo dużo, od wyboru do koloru, co weekend można się spotykać ze Mikołajem. W tym roku na pierwsze (sic!) zimowe spotkanie z Mikołajem, z popijaniem gorącej czekolady z piankami umówiliśmy się dokładnie 21 listopada.

Nasze zeszłoroczne, pierwsze doświadczenia z Mikołajami kanadyjskimi były fajne. Byliśmy na spotkaniach świątecznych w dwóch pobliskich community centre: Mount Pleasant i Creekside. W tym roku chcieliśmy zobaczyć, jak śniadanie z Mikołajem wygląda gdzie indziej, więc w grudniu odwiedziliśmy najbliższy Mount Pleasant Neighbourhood House (dom sąsiedzki) oraz Boys and Girls Club (świetlica popołudniowa, gdzie Krzysiek spotyka się po lekcjach z kolegami).

Strawa dla ciała i dla ducha. Ot co.

Wszystkie takie śniadania wyglądają podobnie: za drobną opłatą (albo i nie) można zjeść śniadanie w formie bufetu: jajecznica, kiełbaski/bekon, naleśniki z syropem klonowym, owoce, napoje. Jest to okazja do spotkania się z sąsiadami, rodzicami ze szkoły, znajomymi poznanymi na placu zabawach. Porozmawiania chwilkę z ludźmi, którzy nie są naszymi najbliższymi przyjaciółmi, ale pozostają w tym dalszym kręgu ludzi, którzy tworzą naszą wspólnotę (community). Dla mnie jest to najważniejsza zaleta tego typu spotkań i coś, czego brakowało mi w Warszawie. Społeczność tutaj jest czymś tak naturalnym, niewymuszonym, że nawet osoby znające się tylko z widzenia stawią dla siebie kogoś istotnego. Integracja następuje niekoniecznie na spotkaniu Mikołajkowym, ale o tym kiedy indziej.

Wracając do śniadania. Oprócz jedzenia i rozmów swobodnych w formie small talk, na śniadaniach jest zwykle Mikołaj i fotograf, który zrobi nam z nim zdjęcie. Są materiały plastyczne i możliwość przygotowania bombek, wycinanek, łańcuchów, kartek świątecznych i czego jeszcze dusza zapragnie. Jest też często miejsce dla dzieci z plastikowymi zabawkami, dmuchany zamek do skakania lub Winter Wonderland, czyli wystawa dekoracji zimowych, kojarzących się z ośnieżonym Biegunem Północnym. Nie ma szopek, ani elementów dekoracyjnych bezpośrednio odnoszących się do narodzin Chrystusa. Z jednej strony to rozumiem, ale z drugiej strony brakuje mi tej religijnej, historycznej strony Gwiazdki.

Jeden problem jest z Mikołajkowymi spotkaniami. Ile spotkań, tylu Mikołajów.

Weź wytłumacz dzieciom, dlaczego ich (Mikołajów) jest tylu, każdy z nich wygląda trochę inaczej, no i w końcu, który z nich jest prawdziwy. Niezły orzech do zgryzienia. Ja wybrnęłam tłumacząc, że prawdziwy Mikołaj jest taki super szybki, że aż niewidzialny dla dziecięcych oczu. Chyłkiem podkłada prezenty w Wigilię pod choinką, pospiesznie, bo przecież musi sporo domów obskoczyć. A ci inni Mikołajowie, czy to na spotkaniach, śniadaniach, czy na filmach świątecznych, no więc ci inni, to są po prostu jego pomocnicy/testerzy jakości/elfy poprzebierane. Te Mikołaje raportują do prawdziwego, właściwego Mikołaja. Przekazują mu życzenia dzieci. Mikołaje -pomocnicy i rodzice pozostają w stałym kontakcie z Mikołajem właściwym. I dzięki temu pod choinką są właśnie te, wymarzone prezenty. Wiwat praca zespołowa 😀

Mikołaje w ilości masowej pokazują się również podczas parad świątecznych. W Vancouver ta najsłynniejsza to Rogers Santa Claus Parade. W tym roku oglądana przez nas w strugach deszczu, ale nic to, bo w miłym towarzystwie. Dla mnie nowością było, że podczas takiej parady, sponsorowanej, jest sporo rozdawajek. Nie tylko słodycze w świątecznym wydaniu, ale również gadżety. Nasza stan posiadania powiększył się tym sposobem o termotorbę oraz kilka piłek.

A kiedy już wrócimy z parady, czy też ze śniadanka mikołajowego, kiedy już doświadczymy magii świątecznej, płynącą z poczucia wspólnego, tłumnego celebrowania, wtedy w mniejszym gronie, przychodzi czas na kolejne miłe działania.

Nasza rodzinna tradycja czyli pieczemy pierniki w Vancouver.

To taka nasza tradycja, niektórzy z Polski mogą potwierdzić 😉 Wprawdzie nikt się nie nastawiał, że upieczone w końcówce listopada pierniki dotrwają do Bożego Narodzenia, ale cóż szkodziło spróbować? Po prostu za mało ich zrobiliśmy. Oraz przecież nie można puścić na choinkę byle czego, bez kontroli jakości najpierw 😀 Wygląda na to, że w ostatni weekend przed Gwiazdką znowu przyjdzie nam ciasto zagnieść i pierniczki powykrawać. Może nie wszyscy z Was wiedzą, o pewnej tradycji tutejszej, czyli zostawianie ciasteczek dla Mikołaja, żeby się zmęczony posil po przeciskaniu się przez komin. Krzysiek już się pyta, jak my to zrobimy. Ciężko będzie bo z pierwszej partii nie zostało już nic….

Więc zamiast pisać, zabieramy się za pierniczenie 2.0. Z tego przepisu.

i garść zdjęć w porządku chaotycznym ;D

Vancouver 2015 śniadanie z Mikołajem

Vancouver 2015 śniadanie z Mikołajem

Vancouver 2015 śniadanie z Mikołajem

Śniadanie z Mikołajem to był dobry pomysł i mile spędzony czas, ale nie ma to jak Kolacja Wigilijna z Rodziną i Przyjaciółmi !

 A jak tam Wasze przygotowania do Świąt? Nastrój zimowo – mikołajowy czyniony?

Wreck Beach i nadzy studenci

Pomysł wielce oryginalny, czyli wybrać się na plażę nudystów jesienią.

Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka.

Nudyści mają tutaj raj czyli najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać

Jak się macie jesienią 2015? część I

Post zbiorczy o tym, co jesienią się u nas działo. A sporo tego było: dyniobranie i (nie tylko) dynią straszenie, festiwal jabłek w B.C., labirynt w polu kukurydzianym. Nie ma to tamto, a i zdjęcia są.

No to zaczynamy wyliczankę jesienną. Działo się fajnie.

Dyniobranie to klasyk wyjazdów jesiennych.

Od maluchów w day care po szanowne starszaki-uczniaki, o dorosłych nie zapominając, jesienią wszyscy wyjeżdżają na field trip, czyli wycieczkę, na pole z dyniami. Jak nie pada, to super, a jak pada, to jeszcze lepiej, przynajmniej błoto jest świeże 😀 Dynię trzeba przytaszczyć, żeby potem w pochodzie móc z nią iść do sklepu najbliższego (tutaj zdjęcia z zeszłorocznego dyniowego przejścia), albo wydrążyć solidnie i na ganku, na czas Halloween postawić.

My zachęceni przez znajomych, wybraliśmy się któreś jesiennej niedzieli na pole, w okolicy Surrey, które miało dynie, dyniochy, dynieczki, dyniolbrzymy i dyniątka. A na pole zajechaliśmy z fasonem – traktorem. Patrz Dziadku Rysiu, kto by się spodziewał, że traktor i pole to taka radocha? Może warto do repertuaru Zamostowa wprowadzić?

Dynie zbierasz, przedsiębiorczy rolnik kasuje należność (od 25 centów za mikrusy, do 10 CAD za olbrzymy), jesienną sztukę na dyni uprawiasz. Możecie się zapytać, a co potem z taką dynią? Ja się zapytałam i od Kanadyjczyka (z Ontario) usłyszałam dwie opcje: utylizacja dyni na luzaka a’la bunt nastolatka czyli ciepnąć dynią o ziemię i zrobić plask (hmmmm…..), albo spożytkowanie wnętrza w celach okołospożywczych, czyli np. na kopytka (ale wtedy oprócz dyni trzeba mieć jeszcze męża, który umie robić kopytka). Sami zdecydujcie. W każdym razie dynia wdzięcznym warzywem jest. I wspomnienia budzi miłe (np. tamtej jesieni w Gasach…..).

Dość dyni. Czas na kukurydzę. Czyli włazimy w pole kukurydzy i się gubimy. Bo to labirynt jest (corn maze), atrakcja nie tylko dla mieszczuchów.

My pojechaliśmy do takiego w Surrey (około 40 minut samochodem, komunikacja miejska niestety nie dojeżdża, bo to w polu). Łatwo wejść (około 20 $ za rodzinę), trudniej wyjść, bo kierunek wyznaczają odpowiedzi na pytania. Zdaniem gospodarzy pytania są trywialne, ale ja bym dyskutowała (np. która z drużyn piłki nożnej uczestniczyła we wszystkich mundialach). Pytania są w punktach kontrolnych, wybierasz odpowiedź  i na tej podstawie idziesz w prawo, lewo, albo w kółko 😉 W naszym labiryncie były dwie platformy widokowe, które służyły pomocą w określeniu dalszego kierunku, jakby jednak pytania pokonały zwiedzających. Zobaczcie sami, jak super taki labirynt wygląda z góry.

Warzywa były, to teraz jesienne owoce. Jesienią jesienią jabłuszka się mienią….

Co roku w uniwersyteckim Ogrodzie Botanicznym organizowany jest Apple Festival, czyli wystawa jabłek. Od razu napiszę, że jak na taką reklamę i logistyczne zaangażowanie same targi wypadły średnio. Za mało  jabłkowo jak dla mnie. Sama w sumie nie wiem, czego brakowało. Może się za dużo spodziewałam?

Była strefa dla dzieci, gdzie można było sobie zrobić pizzę z jabłka, były stoiska z szarlotką i cydrem, był w końcu namiot wystawowy oraz możliwość spróbowania wielkiej ilości jabłek uprawianych w Kolumbii Brytyjskiej. Ciekawie było pooglądać największe i najmniejsze okazy czy przekonać się, jak w smaku różnią się chipsy z różnych gatunków jabłek.

Czas na (nie za dobre) zdjęcia 🙂

pumpkin patch & corn maze October 2015

pumpkin patch & corn maze October 2015

pumpkin patch & corn maze October 2015

 

Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

Siedzimy w samolocie do Vancouver. Znowu. Dobrze, że tym razem Lufthansa nie strajkuje. Ale jeśli myślicie, że będzie łatwo, to zapraszam do czytania.

Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

#1

Zacznę od lotu

 

Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

 

[Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

 

I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

[dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]
Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

 

Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

Macha ręką i możemy iść.

Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

 

Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!


a o naszym przekraczaniu granicy przeczytasz jeszcze → w poniższych wpisach kliknij w obrazek

Podróż do Kanady_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady.


 

#2

Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

Z rzeczy innych:

  1. walizki się odnalazły, jupikajej
  2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
  3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

Jedno z takich miejsc, które trzeba odwiedzić. Zdecydowanie. A jak się mieszka w Vancouver, to należy kupić bilet roczny. Bo taniej. A na jednej wizycie się nie skończy.

Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

Jak dojechać do Aquarium?

Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

Hity Aquarium w Vancouver

Aquarium po godzinach 

Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

Clownfish Cove

To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.

W okresie świątecznym oprócz nurkującego Mikołaja, puszczają w kinie 20 minutową wersję Expressu Polarnego. Krótki film plus kilka efektów dodatkowych, czyli para z góry, trzęsące się fotele i drobinki śnigo-lodu na twarz spodobają się dzieciom. I oczywiście temu wewnętrznemu dziecku, które jest w każdym dorosłym też!

Osobisty hit Maćka, który po Aquarium biegnie przed siebie i żadne delfiny, rekiny, ośmiornice i kałamarnice go po drodze ciekawią, to frytki z zestawu fish & chips.

Na zdjęciach zobaczysz, jak Maciek z upodobaniem wyjadał je towarzyszącemu nam koledze Piotrkowi – za zrozumienie dla skrytożercy Maćka i podzielenie się frytami serdecznie dziękujemy 🙂

Kuba i ja nie jesteśmy jakimiś wielkimi fanami tego przysmaku, ale jeśli lubisz, to w Vancouver musisz spróbować rybki z False Creek (Go Fish), a odwiedzając Victorię, tego w pływającej wiosce.

 

Kity, a właściwie kit (jeden) Aquarium w Vancouver

Półkolonie czyli Summer Camp

To jest opinia mocno subiektywna, bo równie dobrze Summer Camp mogło okazać się wielkim hitem! Weź na to poprawkę. Aquarium jest ciekawe, położone w środku wielkiego lasu, blisko do plaży, placów zabaw oraz parku wodnego z niewielkimi zabawkami wodnymi. Czyli w teorii wymarzone miejsce na wakacje.

A jednak u nas się nie udało.

Zapisaliśmy Krzysia na półkolonie letnie w lipcu 2015, na tydzień. Codziennie była świetna pogoda. Zajęcia rozplanowano tak, żeby popołudnia dzieci spędzały na dworze. Krzyś już po dwóch dniach znał Aquarium na wylot i nie ciekawiły go inne zajęcia. Być może był za mały na niektóre eksperymenty i badania (miał prawie 8 lat). Możliwe, że czuł się nie do końca miło, nieznając nikogo i właściwie nie mając szansu na nawiązanie znajomości. PS. To jest spora wada summer camps, czy też półkolonii wogóle, ale o tym kiedy indziej.

Od tamtego czasu Krzysiek nie wykazuje entuzjazmu, kiedy wybieramy się do Aquarium.

Przejadło mu się? To trochę tak, jak z moim stosunkiem do lodów. Kuba kiedyś, w początkach naszej znajomości kupił mi wszystkie smaki owocowe Zielonej Budki z placu Unii Lubelskiej. Ponad dziesięć kulek. Zjadłam… i od tego czasu nie ciągnie mnie do lodów.

Podobnie ma Krzysiek i Aquarium. Z tamtego tygodnia najlepiej pamięta drogę powrotną rowerami przez miasto w popołudniowym słońcu. Pewnie dlatego, że zatrzymywaliśmy się na lody 😉

PS2. Lody w Aqarium mają dobre.


Zdjęcia mamy słabe, z 2015. Nie znaliśmy wtedy tego artykułu:  8 Tips for Shooting Indoors at the Vancouver Aquarium 😉

Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015

Daj znać, co jeszcze można zrobić w Aquarium, albo w okolicy. A może wiesz, jak jest w Vancouver Zoo?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Poza Vancouver. Taaaaaakaaaaa ryba czyli wycieczka do Steveston

Było morze, w morzu kołek, a nad morzem było Steveston jeeeee.

Ten wpis jest z roku 2015. Od tego czasu zdążyliśmy być w Steveston już kilkukrotnie. Żeby się nie dublować, co ciekawsze zdjęcia z kolejnych odwiedzin też wrzucamy do tego posta.

Vancouver, a właściwie okolice, czyli Lower Mainland, nie przestaje nas zaskakiwać różnorodnością krajobrazu.

Wydawać by się mogło, że po lasach deszczowych, imponujących górach oraz oceanie po horyzont, wiemy już, orientujemy się mniej więcej, w jakich to okolicznościach przyrody przyszło nam mieszkać.

Ale wystarczy wybrać się nieco na południe, za Richmond, w stronę US, żeby poczuć inni klimat, rybno-słono-kutrowo-nadmorski.

Dziękujemy Zbyszkowi i Dorocie, którzy zaproponowali nam wycieczkę rowerową do Steveston

droga rowerowa do Steveston

Całej trasy nie przejechaliśmy rowerem, o co to to nie [jeszcze nie :)]

Najpierw metrem do Richmond (Canada Line, rowery jeżdżą za friko, dzieci do wieku szkolnego też, ładne szerokie wagony, nie co to te wysłużone pociągi na wschód wysyłane, Millenium Line znaczy się, do Burnaby).

A potem pedałowaliśmy wybrzeżem, mając po prawo rzekę, a po lewo trochę miasta, trochę domów jednorodzinnych.

Sama trasa rowerowa nie jest wymagająca. Dość krótka, z minimalnymi podjazdami, a za to malownicza, Po drodze zatrzymaj się na świetnym, wielkim placu zabaw Terra Nova. Jest ona tak pomyślany, żeby było jak najmniej plastiku, a jak najwięcej naturalnych rzeczy do zabawy – wielkich bali drewna do wspinania się, lin do huśtania, piasku do przesypywania. Polecamy dużym i małym.

Mała uwaga: nie grajcie piłką w pobliżu rzeczki, bo choć strumień może i mikry, to zimny i nieprzyjemny. Kuba wie coś o tym, bo mu przyszło w 2016 wyławiać z wody niefrasobliwie rzucony bumerang [pamiątka po wyjeździe do Australii]

A jak już dojedziesz rowerem i wciąż Ci mało, to w parku Garry Point jest niewielka utwardzona pętelka wokół półwyspu. Świetna na treningi rowerowe najmłodszych. A po drodze może zobaczysz gęsi, albo nawet i orła!

Ps. Do Steveston możesz dojechać komunikacją miejską. Sprawdź, jak.

samo Steveston jest bardzo urokliwe

 

spacer przed jedzeniem

Ja to najbardziej lubię zwiedzać bez zwiedzania, czyli sobie chodzę bez planu. Po Steveston się da, bo jest trochę jak Niechorze, a trochę jak Hel, a trochę jak wioski na Bornholmie. Czujesz, że zza rogu ktoś zawoła komu świeżą rybkę, komu? Oficjalna nazwa to Steveston Historic Village, także nie ma to tamto

Miasteczko bywa z racji święta zatłoczone, więc nie polecamy wtedy spokojnego zwiedzania. Ale z drugiej strony, w czasie świąt jest też więcej atrakcji, np. parada z okazji Dnia Kanady.

W mieście jest główna ulica, a przy mniej niewielkie domy i sklepiki z lokalnymi [i nie tylko] artykułami. Przespacerowanie się zajmie około godziny, po płaskim, wózek spokojnie można pchać.

Po zejściu z głównej ulicy, wybierz się na nadbrzeże, na targ, do Fisherman Warf. My rybek nie kupowaliśmy, ani tym bardziej tych najeżonych kulek, ale sądząc po kolejkach do straganów, są to rzeczy jak najbardziej jadalne, a nawet smaczne.

Z pomostu można obserwować podpływające lwy morskie (ogromne morskie ssaki, pokroju morsów).

Pomost jest malutki i nieco się chybocze, więc trzeba pilnować maluchów, żeby nie wiknęli za burtę.

Chcesz pójść dalej? Świetnie, bo nadbrzeże jest urokliwym miejscem na spacer.

jedzenie

W Steveston jest oczywiście miejsce kultowe z frytkami i rybką smażoną, gdzie musisz być, kupić porcję i zrobić sobie z nią zdjęcie na Instagrama. Jako główny krytyk kulinarny redakcji Kanada się nada napiszę, że dla mnie smakują one tak samo, jak wszędzie indziej. No, ale ja się nie znam 😉

koniec jedzenia, znowu spacer

Będzie propozycja dla rodzin, chociaż i bezdzietnym może się spodobać kopanie w piasku (w sumie czemu nie?).

Trochę historycznego zwiedzania:

  • W Steveston jest muzeum Steveston Museum (jeszcze nie byliśmy) oraz budynek z tramwajem the Steveston Interurban Tram. Ten tramwaj drewniany to wielka dziecięca atrakcja, radocha na maksa. Możesz zbierać punkciki za odwiedziny i za którymś razem dostać drewianiy konduktorski gwizdek. How awesome is that?
  • Znamy jeszcze Gulf of Georgia Cannery National Historic Site, które możesz zwiedzić za darmo na przykład podczas Canada Day, czyli 1 lipca (sprawdzone info).

A obok tramwaju jest ogromny plac zabaw, świetny, czyli Steveston Community Park. W lecie działa również park fontaniany, czyli sprinkle park. I to jest bardzo dobre rozwiązanie, bo jak się dziecko piachem obsypie, to można jes zaraz podstawić pod prysznic, hihi.

Jest zjeżdżalnia, łódki, woda, sikawki, czyli jeśli Twoje dziecko ma akurat fazę na piratów, koniecznie zobaczcie to miejsce.

Polecamy, miasteczko jest git!

Steveston przypomina nam trochę inne niewielkie miasteczko w okolicy, Deep Cove. Chociaż są inaczej położone, to atmosfera w nich podobna. I styl życia pewnie też. Czas wolniej płynie.

A z dalszych miejscówek przychodzi mi na myśl też Victoria, stolica B.C.

Pewnie dlatego, że to miejsca klimatyczne.

Więc jeśli takich szukasz, odwiedź Steveston koniecznie.

 

CIEKAWOSTKA, ale lekko mrożąca krew w żyłach.

W  2017 roku lew morski ściągnął dziewczynkę do wody z nadbrzeża w Steveston. Obserwujący to zajście mężczyzna nakręcił film, który okazał się być najczęściej oglądanym video na you tube w Kanadzie, w 2017.

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi na Facebooku. Wtedy wiem, co lubisz czytać.