Tag: Vancouver z dzieckiem

  • Dlaczego lubię kanadyjskie Halloween? Merry scary Halloween…

    Nie wszyscy lubią święto Halloween. Wśród tych nie-wszystkich trafiają się różni ludzie, a czasami też Polacy. Zwłaszcza tacy, co dopiero przyjechali, a świętowanie Halloween jest im obce. I trochę nie licujące się z powagą polskich Wszystkich Świętych, czy Zaduszek, które przecież u samego Mickiewicza były. 

    A Halloween to wesołe święto pełne przebierańców, dyń, trick or treat (chodzenia i zbierania słodyczy).

    Niektórzy nie lubią, nie obchodzą. Mają prawo, to ich sprawa.

    Można lubić i nie lubić, można rozumieć i nie rozumieć. W sumie jak ze wszystkim.

    W tym wpisie pozbierałam wszystkie nasze październikowo – listopadowe kanadyjskie wspomnienia, odkurzyłam je i spróbowałam napisać, dlaczego lubię kanadyjskie Halloween.

    Ja lubię święto Halloween. Chociaż nie co roku i nie wszędzie. Nie polubiłam amerykańskiego Halloween w Disneylandzie w 2017.

    No dobrze, to za co ja lubię to święto? Konkrety poniżej:

    Do Halloween dzieci przygotowują się wcześniej, śpiewając różne, miejscami ponure piosenki.

    Te piosenki trącą makabrą, to prawda, ale chłopaki przekręcają słowa i się wygłupiają. A przy okazji ćwiczą wyobraźnię słowną.

    A jak już jest po przygotowaniach i właściwie samo święto ma się już ku końcowi, to nasze chłopaki przejawiają niesamowitą kreatywność wraz z zacięciem biznesowym i ekonomicznym pazurem – na stole w kuchni handelek wymiankowy słodyczami trwa czasem i do północy.

    Przykładowe negocjacje: “Ja ci jednego Kit Kata, ty mi dwa lizaki”. I tak dalej. Maciek już wcale nie jest takim naiwnym przedszkolakiem, żeby miał się kreatywnemu nastolatkowi dać ocyganić na słodyczowym bazarku.

    Po pierwszym naszym kanadyjskim Halloween Krzysiek policzył, że ma około 50 cukierków i innych słodyczy. A wcale wtedy nie “chodziliśmy po domach”, tylko nasze trick-or-treat ograniczyło się do spaceru w okolicy i zaglądania do lokalnych sklepów, które miały kartkę z napisem: “tutaj w Halloween rozdajemy cukierki”.

    W kolejnych latach chłopaki znosili do domu całe torby słodyczy. 

    Na początku się wzbraniali wchodzić do obcych domów. Niepewność i brak odwagi brały górę.  Ale zachęceni przykładami kanadyjskich dzieci rozkręcili się szybko i śmiało stukali do drzwi.

    Mamy w naszej okolicy Mount Pleasant świetną ulicę, Dziesiątą, na której stoją piękne domy, niektóre już zabytkowe, i to właśnie tam nasi chłopcy najczęściej zbierają cukierki do toreb, a czasami wręcz torbiszczy.

    Ile jest wtedy przeliczania i okazji do kreatywnej wymiany!

    Typowym objawem zwiększonej kreatywności jest malowanie, przyozdabianie i wydrążanie większych i mniejszych dyń. Czyli robótki plastyczne, angażujące ręce.

    Lubię drążenie latarni czyli Jack-o-latternów, chociaż jest takie czasochłonne i oczywiście najwięcej roboty mają z tym zawsze rodzice.

    Ja jestem noga z gotowania, ale Kubie czasami się chce z tego dyniowego miąższu zrobić kopytka aka dyniowe gnocci. Robótka nie dość, że ręczna, to jeszcze kulinarna.

    Można też z dyni zrobić zupę (lubię, zwłaszcza z pokruszoną fetą) lub ciasto dyniowe (nie lubię).

    Ale najlepsza robótka ręczna to jest przygotowywanie kostiumu na Halloween.

    Pierwszym kostiumem Krzyśka, w październiku 2014, było przebranie strażaka.

    Pamiętam, że wrócił wtedy super dumny ze szkoły, bo jako jedyny miał własnoręcznie zrobiony strój. Koszt: 4.99 $ za każdy z kapelusz z One dollar store plus toonie (2$) za taśmę srebrzystą, która to wszystko trzymała w kupie.

    Co roku Krzysiek robi swój własny kostium. Był już kowboj i Flash, a w tym roku będzie Wiking. Wciąż szuka pomysłu na hełm w stylu Wikingów (podobno takie hełmy wcale nie miały rogów?!).

    dlaczego_lubie_kanadyjskie_halloween-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady-halloween-costumes-pumpkins-decorations

    Jeszcze co do kulinariów – słodycze to też jedzenie, prawda? Tak, dzieci przynoszą ogromną ilość słodyczy do domu. Czasami wątpliwej jakości, a prawie zawsze niezdrowe, bo pełne cukru.

    Na szczęście spacery po domach to okazja, żeby ten cukier choć trochę “wychodzić”. Na dworze pobuszować.

    Ale na początku jesieni, zanim się zacznie Halloween, wybywasz po dynie.

    Można pójść do pobliskiego sklepu, ale po co, jak można pojechać na dyniową farmę. Jest sporo takich miejsc, zwykle podobnych, zwykle trzeba dojechać samochodem. 

    Dyniobranie to ciekawa sprawa, jak nie wiesz, gdzie iść z dzieckiem, zapisz się do tej grupy na FB : mamy z Vancouver i pytaj.

    My byliśmy m.in na Hazelmere Pumpkin Patch . I było całkiem przyjemnie.

    Weź kalosze, pianki marshmallow, torbę płócienną na dynie i kukurydzę, oraz ciepłą herbatę w termosie.

    I już możesz wyjść na jesienny dyniowy spacer, tak około 2-3 godzin. Polecam i zachęcam. Jak nie pada, to super, a jak pada, to jeszcze lepiej, przynajmniej błoto jest świeże.

    Na farmie dyniowej znajdziesz zwierzątka i traktor, i ognisko, i to wszystko za kilkanaście dolarów wstępu. Albo i zupełnie bezpłatnie.

    A co można zrobić z dynią?

    Ja od Kanadyjczyka (z Ontario) usłyszałam dwie opcje:

    • utylizacja dyni na luzaka a’la bunt nastolatka czyli ciepnąć dynią o ziemię i zrobić plask (hmmmm…..);
    • spożytkowanie wnętrza dyni w celach okołospożywczych, czyli np. na kopytka (ale wtedy oprócz dyni trzeba mieć jeszcze męża, który umie robić kopytka).

    I taki pumpkin patch w czasie Halloween może Cię porządnie postraszyć. Jak lubisz się bać, to wybierz się wieczorem, jest straszniej. 

    Na pumpkin patch możesz całą złość i stres wyskakać w błocie. Tylko kalosze zabierz! A jak skanie nie pomoże, to weź dynie, podnieś wysoko i plaśnij z rozmachem o ziemię. Co za uczucie! Co za ulga!

    A jeśli nie lubisz dyni, to może pobawisz się wśród kukurydzy? Wleź w pole kukurydzy i się zgub w labiryncie (corn maze)!

    My pojechaliśmy do takiego w Surrey (około 40 minut samochodem, komunikacja miejska niestety nie dojeżdża, bo to w polu).

    Łatwo wejść (około 20 $ za rodzinę), trudniej wyjść, bo kierunek wyznaczają odpowiedzi na pytania. Zdaniem gospodarzy pytania są trywialne, ale ja bym dyskutowała (np. która z drużyn piłki nożnej uczestniczyła we wszystkich mundialach). Pytania są w punktach kontrolnych, wybierasz odpowiedź  i na tej podstawie idziesz w prawo, lewo, albo w kółko.

    W naszym labiryncie były dwie platformy widokowe, które służyły pomocą w określeniu dalszego kierunku, jakby jednak pytania pokonały zwiedzających. 

    Zobaczcie sami, jak super taki labirynt wygląda z góry.

    No nie mówicie mi, że to nie jest fajne! A w czasie Halloween w takich miejscach są dodatkowe atrakcje – szukaj informacji na stronach gospodarstw i na Instagramie!

    Dobra, zostawiam dyniobranie i kukurydziane labirynty, a przechodzę do clue Halloween czyli spaceru po domach, żeby pozbierać cukierki.

    To właśnie cukierki wzbudzają najwięcej kontrowersji wśród rodziców. Też uważam, że większość słodyczy rozdawanych dzieciom to śmieciowe słodycze, bardzo słabej jakości.

    Ale samo zbieranie słodyczy, ten spacer pomiędzy domami, z całymi gromadami innych, roześmianych dzieci, ten spacer lubię bardzo. Nawet jak pada.

    Bo w żadnym innym dniu dzieci nie są takie szczęśliwe, jak właśnie wtedy.

    W Kandadzie nie obchodzi się Dnia Dziecka 1 czerwca, właściwie to żadnego dnia się nie obchodzi, więc to Halloween to oprócz Bożego Narodzenia i urodzin jedyne prawdziwie dziecięce święto.

    W 2015 roku Krzysiek pierwszy raz miał okazję doświadczyć tego, co każde amerykańskie dziecko zna od dzieciństwa. Na początku się wzbraniał, niepewność i brak odwagi brały górę.  Ale zachęcony przykładem najlepszego swego kolegi z klasy, Logana, rozkręcił się i śmiało stukał do drzwi.

    Mamy w naszej okolicy Mount Pleasant świetną ulicę, Dziesiątą, na której stoją piękne domy, niektóre już zabytkowe, i to właśnie tam chłopcy przebrani za żołnierza (Krzyś) oraz Indiana Jones (Logan) zaczęli zbieranie cukierków do toreb, a czasami wręcz torbiszczy.

    Sean, tata Logana, powiedział mi, że niewielu właścicieli domów nie przygotowuje słodyczy. Często sami są przebrani, stojąc w drzwiach i witając dzieci chodzące w mniejszych lub większych grupkach. A jak się słodycze skończą, wywieszają karteczkę ran out of candy

    Na początku naszego pobytu tutaj śmieszyło mnie, że i dorośli się przebierają, ale teraz myślę, że to jest fajne.

    Sama nie szaleję z kostiumem, ot, jakiś kapelusz pożyczę od chłopaków, ale podoba mi się, że niektórzy dorośli mocno się angażują. Czasami całe rodziny mają podobne przebrania  – i to wygląda mocno efektownie.

    Bardzo lubię Halloweenowy spacer wśród roześmianych ludzi.

    I nawet czołgające się Zombie czy wylewające się flaki na trawniku mi nie przeszkadzają.

    Jeśli się krępujesz z dzieckiem chodzi i stukać do domów obcych ludzi, zawsze możesz się przejść po sklepach.

    Wielu właścicieli mniejszych i większych biznesów w ostatnim dniu października rozdaje słodycze zza lady, na hasło: trick or treat.  Tak, jak napisałam wcześniej to spacer po sklepach był naszym pierwszym doświadczeniem z Halloween w Kanadzie, bo na początku nie byłam zupełnie przekonana do “żebrania po ludziach”.

    i jeszcze zupełnie osobiście i głęboko lubię kanadyjskie Halloween, bo w 2014 to na halloweenowej zabawie przygarnęli nas pierwsi Kanadyjczycy.

    Wtedy, w 2014,  poszliśmy całą rodzinę na imprezę halołinową, która była w …. kościele.

    To taki fajny kościół protestancki, Tenth church,  gdzie Krzysiek chodził na zajęcia we wrześniu 2014, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver i okazało się, że nauczyciele strajkują, a lekcje odwołane.

    Wtedy zapisaliśmy Krzyśka na półkolonie (day camps) właśnie do tego kościoła.

    Dostaliśmy zaproszenie na zabawę w Halloween, i kiedy przyszliśmy,  było nam tak miło i przytulnie, bo nas pamiętano!

    Dla nowoprzybyłych, bez rodziny, zziębniętych i wystraszonych Polaków, takie dopytywanie się, co u nas było jak plasterek rozgrzewający na ściśnięte tęsknotą serce.

    I chociaż nam z kościołem nie zawsze jest po drodze, z kościelnymi świętami również, to, paradoksalnie kanadyjskie Halloween już zawsze będzie mi się kojarzyło właśnie z życzliwością doznaną w kościele.

    Fajne to święto, pozytywne, choć miejscami robi się niedobrze od robaków, kościotrupów i tablic nagrobnych.

    Kończę post, zerkając przez okno. A tam puszczają fajerwerki i dorośli przemykają wymalowani i poprzebierani za zombiaki, wampiry, mumie, wyśmienicie się bawiąc.

    A Ty? Lubisz? Nie lubisz? Daj znać w komentarzu!

    Serdeczności!

  • Kanadyjskie playdate – instrukcja obsługi

    To dzisiaj będzie o playdates, bo to świetna sprawa, opanowana przeze mnie, nieskromnie się chwalnę, na master level 😉

    Nie wiem, jak zgrabnie przetłumaczyć playdate: zabawianka? Bawowisko? Bawienie się nie brzmi tak dobrze. Masz na to zgrabniejszą nazwę? To się podziel w komentarzu!

    Wiesz, co to jest kanadyjskie playdate? Jak nie, podaję instrukcję obsługi.

    Co to playdate? Zwykle playdate to jest zabawa typu drop-off czyli zostawiasz dziecko u gospodarza playdate. Bywa jednak różnie – lepiej się upewnij, bo może zostaniesz zaproszona na kawę, a w tym czasie miałaś już coś zaplanowane. Zwłaszcza jak to jest pierwsze playdate, warto się upewnić.

    • Wstęp: napisane jako instrukcja obsługi dla dzieci w wieku od 5 do 11 lat.
    • Moja naczelna rada: najlepsze playdate jest u kogoś innego, hehe.
    • Główny cel rodzica: udane playdate jest wtedy, kiedy dzieci się sobą zajmują, a ja mogę wypić kawę (rano), wino herbatę (po południu) i się nie wtrącać do zabawy.

    Ok, to szczegóły: kanadyjskie playdate i jego instrukcja obsługi:

    • Nie czekaj, aż ktoś wymyśli playdate i zaprosi Twoje dzieci. Zaproś sama jakieś dziecko, a Twoje dziecko Ci za to podziękuje. Może nie słowami, może nie wprost, ale co tam, szczęśliwe będzie.
    • Playdate to nie jest party, to nie jest przyjęcie, to jest spotkanie, zabawa dzieci w domu lub na dworze pod okiem dorosłego. Więc wiesz, myśl o tym, jako o czasie dla dziecka, nawet jeśli chcesz, żeby dzieci zajęły się sobą i dały Ci spokój.
    • Playdate zwykle trwa od 2 do 4 godzin. Reguła taka: im młodsze dziecko, tym krócej, im młodsze dzieci, tym mniej ich naraz zapraszam.
    • No i oczywiście warunki lokalowe też są ważne. Nasze są więcej niż mikre, więc często wyprowadzam playdate do parku, a jak pada, to do biblioteki. Godzinkę mam z głowy.
    • Przekąski czy obiad warto mieć, zwłaszcza jak gościsz playdate u siebie, po szkole od razu, wiadomo, dzieci głodne. Jak wiem, że mam playdate, nie robię kotletów, tylko dania neutralne smakowo, ale nie bez smaku. Najczęściej naleśniki, ale nie pancakes, bo te są śniadaniowe, tylko crepes. Do tego sporo świeżych owoców, sok i woda. Część dzieci na zabawianki przynosi własne lunch’e – z doświadczenia wiem, że dzieci z alergią tak robią, bądź jeśli zabawianka jest zaplanowana na więcej niż 4 godziny.
    • Zasadę mam jedną – pierwsza godzina zabawy bez elektroniki, xboxa, ipada.  Byłam świadkiem, że dziecko nie chce przyjść do innego na zabawę, bo nie będzie grało na ipadzie, ale to mój dom, moje zasady, i na wszystko jest czas. Najpierw jest zabawa analogowa. Zwykle lego, samochodziki, kolejka, może rysowanie.
    • Jak goszczę czwórkę dzieci – czyli i starszy, i młodszy mają gości, staram się porozdzielać towarzystwo. Moje chłopaki mają wspólny pokój, wszyscy bawią się w nim wspólnie jakieś 20 minut do pół godziny, a potem wiem, że mają dość. Młodszych zabieram na dwór, albo starszych wysyłam do biblioteki. Na chwilę. Wracają i znowu się zgodnie bawią (no dobra, dość zgodnie).
    • Jedzenie jemy przy stole. Zawsze pytam o alergie, wiem, którzy koledzy mają epipeny* przy sobie, mam numer telefonu do rodzica i ustaloną mniej więcej godzinę, o której dziecko zostanie odebrane. Jak się spóźniam, to piszę smsa.

    *epipen czyli epinefryna w pojemniku w kształcie długopisu, którą dzieci uczulone noszą przy sobie. To mój największy stres, od razu się przyznam. Pamiętam, jak mi Sean pierwszy raz powierzył 3,5letniego  Luka na playdate, wręczył EpiPen i powiedział: don’t kill my kid! Grubo!

    • Nie mam zasady co do języka, w jakim się dzieci bawią. Pewnie, najlepiej by było, żeby z Polakami mówiły po polsku, ale często, gęsto, przechodzą na angielski, bo tak łatwiej. Wiecie, że jeśli chodzi o język polski, jestem #groźnawoźna, ale staram się dzieciom do zabawy nie wtrącać. Chociaż od czasu do czasu uwagi puszczam, że mogliby po polsku rozmawiać. (Walczę z tą upierdliwością u siebie, oj walczę)

    Odmianą playdate jest sleepover czyli nocowanka*.

    *słowo nocowanka, takie smaczne bardzo, zawdzięczam polskiej sąsiadce, Matyldzie. Pozdro, jeśli czytasz!

    Co w takim przypadku?

    Upewnij się, jak dziecko będzie spało u gospodarza – czy na czyimś łóżku, czy na materacu, czy na karimacie. Nie chodzi o fochy i księżniczkowanie, tylko o przygotowanie pościeli tak, żeby gospodyni nocowanki nie miała problemu. Ja daję poduszkę i śpiwór, zapakowane w twarzową niebieską torbę z Ikea.

    Dziecko niech ma w plecaku zmiana bielizny, szczoteczka i przytulanka.

    Jak ktoś nocuje u Krzysia, to Maciek śpi z nami, a gość na łóżku Maćka. Jedną noc można się przemęczyć, a co!

    Nasza najciekawsza nocowanka czyli strach-story

    Sobota, rano, około 7, dzwoni Katie, mama Logana i przestraszonym głosem pyta się, czy Krzysiek przyjechał do nich bez zęba, bo nie pamięta, a teraz już nie ma. Zęba, nie Krzyśka.

    Krzysiek miał wtedy trochę ponad 7 lat, to była jedna z pierwszych nocowanek, stresik był, nie powiem.

    Mówię, że przyjechał z kompletem zębów.

    Katie, no to mu wypadł, i nie mogą znaleźć, może połknął. Ja,hmmm, ok, chyba nic takiego, przecież od połykania zębów się nie umiera (chyba).

    Nocowanka szybko się skończyła, a ząb się znalazł, w śpiworze, w domu podczas inspekcji przed praniem.

    Chyba tyle. Przeczytaj, zapamiętaj, nie zginiesz podczas playdate a i dzieci będą zadowolone 😀

  • Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

    Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).

    W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).

    Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”

    Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.

    W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.

    Zachęciłam, co?

    Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?

    Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.

    Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.

    W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.

    Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.

    Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki.  W tych dzielnicach.

    Wiele rodzin  stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo. Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.

    Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.

    I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?

    Szkoły są przepełnione.

    W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.

    Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.

    Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.

    Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.


    I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?

    Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.

    Pomogą Ci te pytania:

    Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?

    • Najwyższych wyników w rankingu?
    • Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
    • Małych klas?
    • Opieki przed- i poszkolnej?

    My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.

    Co lubię w naszej szkole?

    WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)

    Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.

    ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.

    Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).

    Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.

    Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…

    PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!

    Czego nie lubię w naszej szkole?

    POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.

    W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)

    To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…

    Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…

    Uważam  że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.

    Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.

    Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?

  • Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

    Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

    Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

    Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

    My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

    Dorzucimy do listy Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

    Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

    Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

    Ps. Nie jedz pizzy.

    Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

    Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

    A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

    Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

    Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

    Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

    Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

    Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

    Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

    To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

    Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

    Są za to góry. I chmury. I woda.

    No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

    To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7
  • Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

    Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

    Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

    Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

    Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

    To zaczynamy:

    Przygotowanie na spodziewane opady śniegu

    Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

    Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

    Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

    Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

    Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

    Co prowadzi nas do następnego punktu:

    Odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

    Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

    A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

    Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

    Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

    Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

    Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

    Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

    Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

    Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej 5 miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu.

    Niektórzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

    Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

    Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

    Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek.

    Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

    Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

    Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

    Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie.

    Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

    Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

    Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

    Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

    Jakość śniegu – sprzątanie po psach

    Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie.

    I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

    Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

    Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

    Chyba tyle.

    I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym.

    Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

    A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


  • Fajne miejsca dla dzieci czyli 5 darmowych (tanich) miejscówek w Vancouver dla nowoprzybyłych rodzin.

    Rodzina z dzieckiem/dziećmi i przeprowadzka zza ocean to zawsze jest ogromne wyzwanie organizacyjne. Nie zapomnij w gorączce przeprowadzki o emocjach dzieci (ja zapomniałam). W tym wpisie polecam miejsca dla dzieci w Vancouver.

    Często pada pytanie w mailach albo na facebooku o to, jak wygląda życie rodziców małych dzieci w Vancouver.

    Szukasz fajnego miejsca dla dzieci w Vancouver? 5 miejscówek dla nowoprzybyłych rodzin

    Do wszystkich tych miejsc chodziliśmy tam z Maćkiem, po przylocie w 2014 (czasami jeszcze tam zaglądamy).

    Nie są to przedszkola, ani żłobki, ani nawet klubiki malucha, czyli formy opieki nad dziećmi znane nam w Polski.

    Mogę porównać tutejsze zajęcia do tych z warszawskiego klubu Fundacji Sto Pociech, kto był, ten wie, o czym piszę.

    Czasy zamieszchłe, bo w 2007 i 2008 roku tam chodziliśmy, z malutkim Krzysiem. Teraz pewnie jest takich miejsc dużo więcej nie tylko w Warszawie 😀

    Wszystkie poniżej opisane zajęcia wymagają obecności rodzica.

    Ale w początkach emigracji to akurat jest bardzo dobre i potrzebne, szczególnie wrażliwszym czy młodszym dzieciom.

    Na czele mojej listy pt: miejsca dla dzieci w Vancouver jest biblioteka publiczna!

    Biblioteka Publiczna w Vancouver to jest świetne i bardzo przyjazne nowoprzybyłym miejsce.

    Każdy znajdzie coś dla siebie.

    Central Library, czyli Biblioteka Główna, w Downtown, ma bardzo dużą przestrzeń przeznaczoną dla dzieci w każdym wieku. Oprócz książek (oczywistość!) są również zabawki, kształtki, piankowe puzzle, kolejki drewnianie, teatrzyki. Dla starszych dzieci gry planszowe. Oraz Ipady!

    Uczestnictwo w zajęciach bibliotecznych jest bezpłatne, najczęściej na zasadzie drop in, czyli przychodzisz bez konieczności rejestracji.

    Nie musisz mieć nawet karty bibiotecznej.

    Przychodzisz z dzieckiem, uśmiechasz się do prowadzącej i innych rodziców, siadasz na dywanie i razem śpiewacie po angielsku piosenki. Prowadząca czyta książeczki, przedstawia krótkie animacje lalkowe, zachęca dzieci do rysowania. Wszystko razem trwa około 30-40 minut. Zajęcia odbywają się przedpołudniem i po południu też, więc można wpasować je w harmonogram drzemek malucha.

    Odbywają się cyklicznie lub jednorazowo we wszystkich oddziałach Biblioteki Publicznej. Można przyjść już z noworodkiem, wszędzie się da wjechać z wózkiem i z kawą.

    Są także czytanki w języku mandaryńskim czy hiszpańskim (w zależności od tego, jacy imigranci zamieszkują okolicę)

    Można zawsze zagadać do bibliotekarki, poradzić się innych mam, posłuchać angielskiego.

    Po kliknięciu w link www.vpl.ca, szukaj zajęć o nazwie: Mother Goose, Babytime, Toddler Time, Family Storytime, Man in the Moon (dla tatusiów). Możesz je filtrować po nazwach bibliotek, dniach, odpowiadającym Ci czasie.

    Jeśli zajęcia będą wymagać rejestracji, możesz to zrobić online.

    bezplatne-zajecia-dla-maluchow-i-rodzicow-w-vancouver_Kanada się nada_Blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Z ciekawostek: był taki typ zajęć, gdzie bibliotekarka co tydzień czytała dzieciom w pobliskim centrum handlowym. Szła z biblioteki do galerii handlowej z małymi dywanikami, na których siadały zasłuchane maluchy i przez 20-30 minut snuła opowieść. Oczywiście za darmo. Rodzice też słuchali, chociaż na chwilę oderwani od zakupów.

    Community center czyli na bank masz takie miejsca dla dzieci w Vancouver w swojej okolicy!

    Community centre, które bardzo często sa połączone z bibliotekami, lodowiskami czy basenami, to kolejne miejsce, gdzie można zacząć przychodzić z małym dzieckiem, poznawać innych rodziców z okolicy.

    Na początek zachęcam do przyjścia na zajęcia pod nazwą: Parent & Tot Gym, czyli hulanki-brykanki dzieci z rodzicami na sali gimnastycznej.

    W naszym community centre jest nawet drewniany mini małpi gaj, moc jeździków, klocków i zabawek dla dzieci, od takich pełzających do zerówkowiczów.

    Wstęp na dwugodziną zabawę kosztuje około 2 CAD (mniej niż kawa!), a w pakiecie 10 wejść nawet taniej.  

    Zajęcia odbywają się albo codziennie, albo kilka razy w tygodniu (także w weekendy).

    Tutaj mapa Vancouver z 24 community centres: po znalezieniu tego najbliżego, szukaj informacji na stronie o drop-in schedule w zakładkach family programs/ childcare programs.

    To, co warto wziąć pod uwagę – ponieważ te zajęcia to niczym nieskrępowana dziecięca wolność i zabawa, jest głośno i tłoczno. Nie wszystkie dzieci to lubią. I nie wszyscy dorośli.

    Kolejne na liście są Neighbourhood Houses!

    Domy Sąsiedzkie to miejsca prowadzone przez ogranizacje non profit, z ofertą zajęć i spotkań właśnie dla nowoprzybyłych.

    Jeśli chcecie porozmawiać z rodzicami – emigrantami, to w domu sąsiedzkim znajdziecie ich najszybciej. Kanadyjscy rodzice również się pojawiają, ale jednak rzadziej niż w innych miejscach.

    Zajęcia dla dzieci i rodziców są często w języku innym niż angielski. Bywa, że zajęcia dla rodziców są w jednym pomieszczeniu, a w drugim maluchy mają zapewnioną opiekę. Godzina – dwie zajęć kosztuje niewiele, od 2-5 CAD.

    Bardzo lubiłam przychodzić na zajęcia z języka angielskiego, gdzie mogłam pogawędzić, kawy się napić, a Maciek w tym czasie skrupulatnie rysował coś w sali obok. Mógł w każdej chwili przyjść do mnie. Zajęcia były zupełnie bezpłatne, trzeba się było na nie jedynie zapisać.

    W jednym z postów zachęcałam do znalezienie któregoś z domów sąsiedzkich w okolicy, zaraz po wylądowaniu w Vancouver. To jedno z takich miejsc, gdzie nie będzie się totalnie anonimowym imigrantem. Dobrze robi na emocje.

    Na tej stronie dowiesz się więcej o Domach Sąsiedzkich i znajdziesz najbliższy w swojej okolicy.

    Nie zapomnij o tym miejscu dla dzieci w Vancouver: Family Places

    Kolejne miejsce warte polecenia to Centra dla Rodziny, czyli Family Places. Często za ich założeniem stoi grupka pasjonatów-rodziców czy opiekunów, którzy szukali ciekawych sposobów na zajęcie dzieci zabawą i nauką.

    W Family Place zajęcia są najczęściej odpłatne (lub w cenie rocznej opłaty członkowskiej). Otwarte dla wszystkich, dla dzieci w każdym wieku.

    Najbardziej popularne zajęcia to odbywające się przed południem i po południu dwugodzinne spotkania, które składają się z wolnej zabawy dzieci (w sali lub na podwórku; free play time), wspólnego śpiewania/czytania (tzw. circle time) i jedzenia wspólnie drugiego śniadania (snack time).

    Są to zajęcia nieco bardziej rozbudowane i zorganizowane. Są też świetnym przygotowaniem dzieci do rozkładu dnia w daycare czy preschool. Przypominają zajęcia ze Strong Start [więcej przeczytacie poniżej]

    Family place, które my znamy najlepiej to Mount Pleasant Family Place i je polecamy. A przy okazji pozdrawiamy panią nauczycielkę stamtąd, Ewę, która byłą pierwszą poznaną przez nas Polką z Vancouver, jeszcze we wrześniu 2014.

    Twoje dziecko nie musi być uczniem – centrum nauki i zabawy w szkołach, czyli Strong Start

    Na koniec zostawiłam centra Strong Start. Są to wydzielone miejsca w szkołach lub przy szkołach, prowadzone przez nauczycieli i podlegające tutejszemu kuratorium. Nie są w każdej szkole, ale u nas akurat tak [jupi !]

    Zajęcia zaczynają się o 9 rano, kończą w okolicach południa. Są zupełnie za darmo, jedynym wymogiem jest konieczność rejestracji. Nauczyciel prowadzący na zajęciach wita taką nową rodzinę(można przyjść bez zapowiedzi, po prostu wejść na któreś z zajęć)  i wręcza komplet dokumentów do wypełnienia [potrzebny paszport, niepotrzebna karta szczepień dziecka].

    Można przyjść z noworodkiem, można i z czterolatkiem. Miejsca i plan dnia wyglądają z grubsza tak samo w każdej szkole:

    1. 9:00-9:50 swobodna zabawa w sali z zabawkami, grami, a także korzystanie z przyborów plastycznych i zabawy artystyczne
    2. około 10 wspólne sprzątanie sali
    3. 10:15 tzw circle time, czyli nauczycielka zbiera dzieci wokół siebie i czyta/opowiada/gra/śpiewa. Dzieci pokazują na kalenadarzu, jaki jest dzień tygodnia, jaka pogoda za oknem, głośno liczą. Taka trochę nauka w formie zabawy. Rodzice/opiekunowie siedzą razem z dziećmi, pomagają, śpiewają, tulą. Jak dzieci chcą, mogę podejść bliżej nauczycielki, jak nie, to zostają w bezpiecznych ramionach mamy.
    4. Potem dzieci jedzą wspólnie zorganizowaną przekąskę (drugie śniadanie). Każde dziecko przynosi owoc/warzywo do wspólnego jedzenia, rodzice i nauczyciel je kroją i dzieci razem przy stolikach jedzą. Nauczyciel częstuje dzieci krakersami czy owsianymi ciasteczkami.
    5. Po drugim śniadaniu, około 11:00 jest czas na ciche czytanie dzieciom przez opiekunów. Siedzi się na dywanie, albo na krzesełkach i czyta maluchom dostępne książeczki.
    6. Następnie znowu jest czas na zabawę, czasami na dworze, często przynajmniej raz w tygodniu można pójść na salę gimnastyczną szkoły i tam hasać jeszcze przez 40-50 minut.

    Strong Start jest bardzo dobrym miejscem, żeby od początku przyzwyczajać dziecko do tego, jak wygląda nauka w kanadyjskiej podstawówce.

    Uczy się tutaj nie literek czy pisania, ale tego, jak funkcjonować w grupie, jak zwracać uwagę na to, co mówi nauczycielka, że po każdej zabawie jest sprzątanie, a przed jedzeniem mycie rąk.

    Rozkład przedpołudnia przypomina ten znany z zerówki (kindergarten).

    Ponieważ Strong Start mieszczą się w szkołach, dziecko, które chodzi tam na zajęcia, zna już budynek szkolny i łatwiej będzie mu zostać w zerówce bez rodziców.

    → wszystkie centra Strong Start znajdziecie pod tym linkiem.

    Myślę, że z powodzeniem znajdziesz tanie miejsca dla dzieci w każdym większym mieście Kanady.

    Mogą się różnić nazwą czy organizacją, ale generalnie chodzi o to samo.

    Kanada jako kraj nie ma zorganizowanego systemu przedszkolnego na stopniu ogólnokrajowym, więc warto pytać, co jest dostępne i gdzie.

    Przypomnę, że z Maćkiem “przerobiliśmy” już chyba większość dostępnych zajęć zorganizowanych dla żłobkowiczów/przedszkolaków, od całodniowych daycare do kilkugodzinnych preschool. Zającia wymienione w tym poście należą do jego ulubionych głównie ze względu na to, że ja z nim zostaję i że nie trwają bardzo długo, max 3 godziny.

    Ich dostępność jest jednocześnie ich wadą: bywa, że są to zatłoczone miejsca, o spokojnej atmosferze można pomarzyć, a dzieci i dorośli wciąż się zmieniają, więc trudno o trwałą relację.

    Jednak jako miejsca, gdzie można wpaść i dobrze spędzić przedpołudnie z dzieckiem, zdecydowanie są warte uwagi !

    Mam nadzieję, że z tym postem łatwiej Ci będzie zacząć oswajanie malucha z kanadyjską rzeczywistością!

    A jeśli nie wymieniłam jakiegoś miejsca, a myślisz, że powinnam, koniecznie daj mi znać!

  • 3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

    Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

    Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

    Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

    Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

    Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

    Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

    → sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

    #1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

    Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

    Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

    Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

    Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

    Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

    My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

    Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

    Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

    Z innych ciekawych rzeczy:

    1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
    2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
    3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
    4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

    Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

    Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #2 Admiralty Point Trail

    Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

    Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

    Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

    Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #3 pętelka wokół Sasamat Lake

    Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

    Na szczęście 🙂

    Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

    Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

    Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

    Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

    A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

    Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

    Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

    I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

    Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

    SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


    Przeczytaj jeszcze:

    [symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

    Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

    W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

    W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

    Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

    Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

    Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

    I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

    Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

    Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

    Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

    My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

  • Podsumowanie naszego pierwszego kanadyjskiego sezonu narciarskiego w 10 punktach

    Ten wpis to podsumowanie naszego pierwszego , rodzinnego sezonu narciarskiego. Co tu kryć. Oszaleliśmy i już na zawsze Kanada będzie nam się kojarzyła z nartami!

    Poniżej znajdziesz 10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

    1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
    2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
    3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
    4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
    5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
    6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
    7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
    8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
    9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
    10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

    I jeszcze kilka podstawowych informacji dla planujących narciarskie wycieczki z dziećmi w okolicach Vancouver:

    Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek.

    Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę).

    Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie).

     Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych.

    Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

    Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

    Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

    Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty

    A Wy jeździcie w Vancouver na nartach?

  • Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

    To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

    Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

    Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

    #1 Historia angielskiego po polsku

    W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

    A później zaczął szkołę podstawową, polską.

    Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

    Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

    Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

    Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

    A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

    #2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

    Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

    Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

    W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

    A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

    Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

    Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

    Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

    • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
    • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
    • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
    • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

     


    Zorganizowane study hours. By matka

    Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

    Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

    Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

    Zła byłam. Na siebie. Na niego.

    Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

    Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

    Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

    Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

    Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


    Nauka angielskiego teraz

    Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

    Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

    W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

    Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

    Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

    Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

    • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
    • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
    • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
    • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

     

    Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

    Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

    Much to learn you still have. Yoda


    Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!