Blog

  • Jak napisać kanadyjskie CV…. wróć. Kanadyjskie resume znaczy się. I je wybielić.

    O raju, żebym wiedziała, że czytanie o pracy w Kanadzie cieszy się taką popularnością, zrobiłabym kurs doradcy zawodowego i coach’a kariery, zamiast raporty w Excelu obrabiać [żarcik].

    Prosiliście o wpis o kanadyjskim CV. No więc jest.

    Poniższe informacje pochodzą ze moich spotkań i warsztatów kariery. Takich w Vancouver nie brakuje, na pewno się na jakieś załapiesz. Nie wiesz, gdzie ich szukać? Warszaty organizowane są na przykład w bibliotece publicznej (i za to ją uwielbiam! Choć biblioteka ma też mnóstwo innych zalet, o których przeczytasz pod tym linkiem)

    Zupełne podstawy czyli resume. Czyli polskie CV

    Pewnie choć raz w życiu pisałeś CV, czyli życiorys. Taki dokument to obok rozprawki trzeba w szkole napisać. Może sobie prychniesz pod nosem, hę, w takim razie, co to za problem napisać CV pod wymagania kanadyjskie.

    Ale jeśli jeszcze nie pisałeś CV, to krótkie przypomnienie. CV (curriculum vitae) to dokument opisujący Twoją edukację, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe

    Najpierw o tym, gdzie będziesz potrzebował resume.

    • program emigracyjny, np. International Experience Canada – podczas aplikacji potrzebujesz załączyć resume, ale wstarczy wersja podstawowa. Wyjątkowość resume na tym etapie nie ma większeg znaczenia;
    • aplikacja o pracę – i tutaj w większości przypadków konieczne jest przygotwanie tzw. tailored resume, czyli dokumentu “szytego na miarę”. Przygotujesz je pod konkretnego pracodawcę i ofertę. Pod tym linkiem sprawdzisz, jak ja przygotowywałam swoje resume, żeby pokonać 300 innych osób do agencji interatkywnej w Vancouver;

    Zwykle mamy max 30 sekund, żeby czytającego nasze resume do siebie przekonać. W ciągu tego czasu zapada decyzja: zostawić czy do śmietnika.

    Dobre resume jest krótkie i treściwe. Ma być konkretne, czytelne, skromne, bez kłamstw. Owszem, ma być naszą reklamą jako potencjalnego pracownika, ale to taka trochę bardziej rozbudowana wizytówka. Mocno profesjonalna.

    Opowiadanie o sobie zostawimy na interview, tam przydadzą się umiejętności miękkie. W resume interesują nas (ich) twarde fakty !

    Różne typy kanadyjskiego resume:

    1. Chronologiczny, czyli robisz to, co robisz od zarania dziejów i historia twojej pracy jest solidna oraz  bogata. Lubisz i chcesz robić to dalej.
    2. Funkcjonalny, czyli popracowałeś trochę tu, trochę tam, a jeszcze gdzieś był rok przerwy na włóczęgę po Indiach. Ciągłość pracy zaburzona, ale za to masz masę innych doświadczeń, którymi nie omieszkasz się pochwalić. Lubisz robić coś i chcesz pokazać to pracodawcy.
    3. Mieszany, moim zdaniem typ najlepszy, bo z obu powyższych wzorów wyciągasz, co potrzebne i pod konkretne stanowisko przygotowujesz. Najbardziej pracochłonne, ale też pokazujące, że ci zależy. Bo przecież ci zależy, prawda?

    To teraz mała graficzka, poszalałam sobie 😉

    resume_Kanada_CV_ Kanada się nda

    Jak zbudowane jest kanadyjskie resume?

    Poniżej znajdziesz przygotowaną przeze mnie małą grafikę. Żeby odwzorować ten układ wystarczy, że wejdziesz na swoje konto Google ( a pewnie masz takie, bo kiedyś założyłeś pocztę na Gmailu, c’nie?).

    Na koncie Google, pod linkiem: https://docs.google.com/document/u/0/ wpisujesz Resume i już Ci się wyświetlają w pełni darmowe i edytowalne szablony dokumentów.

    Wchodzisz w dokument, dodajesz swoje dane według mojej ściągawki poniżej i zapiujesz w dwóch formatach: .doc i .pdf

    Łatwe? Tak. Ale czasochłonne!

    kanadyjskie resume

    Zdjęcia moich autentycznych resume, których używałam podczas szukania pracy znajdziesz w poście z 2018 roku.

    A teraz o co chodzi z tym wybielaniem z tytułu artykułu?

    Ale cicho sza, bo to niepoprawne politycznie jest.

    Jedna z pierwszych rad, jakie usłyszałam tutaj w temacie poszukiwania pracy? – Katarzyna? Katarzyna ?! Nie da się łatwo wymówić, zmień sobie !

    Ano tak. Smutna prawda. Do kanadyjskiego resume nie dodaje się zdjęć, nie załącza się informacji, które mogą cię zidentyfikować, jako człowieka o określonej rasie, matkę, starca, etc. No ale imię to zazwyczaj zostawiamy w papierach.

    I niestety mimo że nikt się nie przyzna (grozi pozwem), to nasze imię często decyduje, czy pracodawca kanadyjski (amerykański) zadzwoni. Bo co, jeśli nie chce się wysilać mówiąc “Katarzyna” [chlip, chlip]? Albo “Kaszia”?

    Badania pokazują, że problem występuje także w firmach, które chlubią się różnorodnością wśród pracowników (diversity). Nawet one nie są wolne od uprzedzeń rasowych, a osoby o obco brzmiących imionach/nazwiskach są zapraszane na rozmowę 2 – 2,5 raza rzadziej niż ci ze swojskim imieniem.

    Problem dotyczy zwłaszcza Azjatów, stąd sporo z nich zangielszcza/zmienia swoje imiona na bardziej lokalnie brzmiące. Wybiela się tym sposobem. Stąd pojęcie: wybielanie resume.

    A ja, chociaż Azjatką nie jestem, w swoim kanadyjskim resume występuję jako Kate. Na Linkedin mam wprawdzie Katarzyna, ale w linku do profilu jestem Kate.

    Chcesz zobaczyć mój profil na LinkedIn? Kliknij tutaj

    Przyznam się wam, że Kate ułatwia mi życie nie tylko podczas poszukiwania pracy. Ale to już temat na osobny post…

    Więcej informacji o pracy w Kanadzie, a w Vancouver w szczególności znajdziesz w tych wpisach:

    1. Jakie agencje-pośrednicy pracy pomogły mi w pierwszych latach emigracji?
    2. Czy brak wykształcenia kanadyjskiego oznacza brak szans na znalezienie pracy?
    3. Jak wolontariat może pomoc w zdobyciu pierwszego kanadyjskiego doświadczenia i networkingu?
  • Zepsuło się wszystko czyli wizyty na pogotowiu – jak wygląda szpital w Vancouver?

    Obiecuję, zero krwarych szczegółów. Wszystko jest ok. Dziś napiszę Ci, jak wygląda kanadyjski szpital. Jeśli czeka Cię przyjęcie do szpitala w Vancouver znajdziesz tutaj kilka wskazówek.

    A może rozśmieszą Cię nasze historie i poczujesz się lepiej? W końcu śmiech to zdrowie!

    Ten post powstał w roku 2016 i od tego czasu zepsuło się niemal wszystko w każdym z nas.

    Zdrowie się posypało, najmniej u Krzyśka, a najbardziej u mnie.

    Odwiedziliśmy wiekszość szpitali w Vancouver: General Hospital kilka razy, Mount Saint Joseph Hospital w naszej dzielnicy (nawet częściej niż Szpital miejski), Szpital na UBC (najnowocześniejszy, bo sam kompleks uniwersytecki UBC jest ciągle remontowany i rozbudowywany) i jeden z najstarszych szpitali, położony w samym Downtown – Szpitał Świętego Pawła.

    Na pogotowiu, czyli szpitlanym SORze wylądowaliśmy kilka razy podczas 6 lat pobytu w Vancouver. Na szczęście nie były to wypadki wymagające karetki.

    Chociaż raz juz byłam blisko wezwania jednej karetki do dziewczyny, która na moich oczach poślizgnęła się na przejściu dla pieszych i mocno łupnęła głową w chodnik. Zjechałam na pobocze, wyskoczyłam z auta i pytam, jak pomóc, jednocześnie myśląć, że o jezu, muszę do domu, bo chłopaki sami zostali.

    Dziewczyna mówi, że czuje się ok, ale no nie wyglądała tak,kiedy chwiejnie wstała. Ładuję ją w samochód, przy okazji mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo jest studentką. Więc myślę wtedy, że ją do szpitala odwiozę sama, żeby przynajmniej na koszcie tej karetki oszczędzić. Zajechałyśmy do General Hospital, a tam się już nią sanitariusze zajęli. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze. I że nie została z długiem szpitalnym do spłacenia przez resztę życia.

    Tyle anegdotki.

    Po pierwsze się nie stresuj – przypuszczalnie usłyszy albo przeczytasz, że służba zdrowia w Kanadzie jest okropna, słaba, że trudno o lekarza. Może też dopadnie Cię strach, że jak się po angielsku z nim dogadasz.

    Uspokoję. Nie jest cudownie, ale niech Cię to nie powstrzymuje przed zadbaniem o własne zdrowie.

    Rada ode mnie – jeśli się okaże, że musisz długo czekać na jakieś badanie, to idź do szpitalnej izby przyjęć i tam naświetl sprawę, przedstaw swoje schorzenia na tyle poważnie, żeby się Tobą zajęli od razu.

    My tak postąpilismy w przypadku interwencji chirurgicznej u Kuby. Wyznaczono mu odległy termin wycięcia znamienia. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, ale kiedy znamię znacząco urosło, natychmiast ruszliśmy do szpitala w Mount Pleasant. Zabieg miał jeszcze tego samego dnia.

    Rada numer dwa – jeśli musisz mieć badanie, na które się długo czeka, na przykład rezonas magentyczny (MRI), to spytaj, ćzy szpital nie robi takich badań w niestandardowych godzinach. Bo może nie musisz czekać kilku miesięcy, tylko kilka tygodni, jeśli zgodzisz się przyjść na badanie o drugiej nad ranem.

    Ja tak zrobiłam, i MRI głowy miałam robiony w nocy, w General Hospital. Zwiedzanie szpitala w nocy to jest doświadczenie samo w sobie. Pani rejestrująca dokładnie Ci powie, jak masz postąpić, i gdzie pójść, bo nad ranem spotkasz niewielu pacjentów na korytarzu.

    Ostatnia rada, skierowana do rodziców – ja bym z gorączkującym dzieckiem od razu szła do szpitalnej izby przyjęć. Zwłaszcza jeśli masz małe dziecko.

    Byłam świadkiem jak lekarz pierwszego kontaktu (family doctor) badał dziecko w korytarzu przychodni (walk in clinci)na Broadway, w sobotę rano. Dziecko gorączkujące, leje się przez ręce zrozpaczonego ojca, a sezon grypowy w pełni. Pediatra akurat nieobecny. Lekarz rodzinny dzwoni do szpitala, słucha instrukcji przez telefon i próbuje działać.

    Ale w końcu podejmuje najlepszą możliwą decyzję i po prostu wysyła tę rodzinę na SOR.

    A gdyby pojechali od razu, to byłoby mniej stresu dla wszystkich.

    Uprzedzę od razu wątpilowści niektórych czytających, że dziecko z gorączką może “zabrać” miejsce na izbie przyjęć człowiekowi, którego życie jest zagrożone. Nie przekonuje mnie ten argument. I nie chcę rozpoczynać dyskusji, które życie jest ważniejsze.

    Sam zdecyduj. A jeśli będziesz świadkiem, że do szpitala przyjmą najpierw rzucającego bluzgami, opierającego się narkomana z krwawiącą nogą, a nie Twoje cierpiące dziecko, napisz mi, jak to zrobiłeś, że się nie wkurzyłeś. Ja nie jestem taka szlachetna.

    Napisałam więcej o małych dzieciach i ciązy w Vancouver w tym wpisie.

    OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda szpital w Vancouver ?

    Najlepiej to kanadyjski szpital, każdy szpital w Vancouver wygląda od zewnątrz

    Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

    Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital.

    Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

    Moje wizyty na pogotowiu: złamany palec, zwichnięta na nartach noga, okropny ból ramienia. I badanie MRI w szpitalu.

    W drugim roku pobytu w Vancouver złamałam palec w bardzo głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki.

    Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Muszę iść do szpitala, bo co ja zrobię bez kciuka?

    Jak  szpital w Vancouver wyglądał w środku?

    Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

    Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była). Młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

    Nie powiem, miłe, że pielęgniarka się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

    Potem nadeszła druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

    Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało.

    Oczywiście się pytam, po co jej to.

    Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

    Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

    Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekałam, po chwili zawołano mnie już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

    Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nieporażające.

    Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać. Kanadyjski szpital nie mógłby wystąpić w serialu.

    Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

    Łóżka pacjentów znajdowały się za zasłonkami. Przestrzeń była mocno otwarta i wszyscy chodzili wokół wszystkich.

    Następnie wywiad o mnie zbiera lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

    Potem Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, kolejny lekarz patrzy i mówi: złamanie.

    Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe).

    Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

    Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.

    W wskazanym dniu idę do następnego kanadyjskiego szpitala.

    St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER.

    Też odnoszę wrażenie, że szpital jest mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

    Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać.

    Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie.

    Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

    Tyle o mnie. A teraz:

    Szpital kanadyjski po raz drugi czyli Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

    Maciek biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek.

    Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

    I znowu taka sama procedura:

    1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
    2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
    3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
    4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
    5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
    6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

    Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem.

    Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

    Na pogotowiu przydadzą Ci się też następujące informacje:

    1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
    2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
    3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

    Co ze szpitala w Vancouver pamiętam Najlepiej?

    Jedna myśl towarzyszy mi cały czas, kiedy wspomniam te wizyty i szpitale kanadyjskie.

    Przekonanie, że nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia.

    Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością.

    Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Zmierzyła Krzysiowi ciśnienie i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

    Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

    No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

  • Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

    Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

    To kolejny post, który piszę w odpowiedzi na wasze pytania mailowe o pracę w Kanadzie. Temat pracy jest jak rzeka, jak już wejdziesz, musisz płynąć 😉

    Wśród pytań często przewija się prośba, żebyśmy odnieśli do powyższego stwierdzenia, czyli w sumie potwierdzili, że brak kanadyjskiego wykształcenia oznacza niemożność dostania pierwszej pracy w Kanadzie.

    Jeszcze niedawno sama tak myślałam, ale teraz już wiem, że to nie takie oczywiste.

    Żadne z nas nie ma wykształcenia kanadyjskiego, a jednak dostaliśmy pracę w Kanadzie.

    Program IEC nie miałby racji bytu, bo większość ludzi, która z niego korzysta, przylatuje do Kanady  z wykształceniem zdobytym w innym kraju i bez ofert pracy na miejscu. A jednak pracują i dobrze się mają.

    Oczywiście musisz zweryfikować swoje oczekiwania względem nowej pracy w nowym kraju.

    Jeśli w Polsce pracowałeś na niższym stanowisku, to nikt w Kanadzie nie zrobi z ciebie od razu menadżera. A jeśli byłeś w Polsce menadżerem, a przyjeżdżasz bez zagwarantowanej pracy, to licz się z tym, że mogą ci zaproponować niższe stanowisko na początku.

    Taka sytuacja dotyczy większość imigrantów o zawodach mało wyspecjalizowanych ( to ja ) i nie ma w tym nic zdrożnego.

    Z czasem wyrobisz sobie i doświadczenie, i swoją markę na rynku kanadyjskim. A wykształcenie zawsze możesz nadgonić.

    Dotychczasowe doświadczenie zawodowe a brak kanadyjskiego wykształcenia

    A czy w Polsce każdy pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem? No pewnie, że nie.

    Ja z wykształcenia jestem filologiem węgierskim, a pracowałam w Warszawie w outsourcingu księgowym. Ale idąc tutaj na rozmowę o pracę przypomniałam sobie skrupulatnie wszystkich Kanadyjczyków, z którymi miałam okazję pracować z Polski (niewielu) i jak tylko nadarzyła się okazja podczas rozmowy z przyszłą szefową, to o tej współpracy powiedziałam. Zdanie zaledwie powiedziałam: że kiedy dzwoniłam do kontrahentów do Montrealu, to oni zawsze pytali o pogodę w Polsce.

    To wystarczyło, żeby pojawiła się malutka nić wiążąca mnie z Kanadą na gruncie biznesowym. Da się? Da się!

    Więc mała rada: może kiedyś w życiu spotkałeś się z kimś z Kanady, coś dla niego zrobiłeś? Przypomnij sobie i spróbuj o tym powiedzieć kilka słów na rozmowie.

    Nie musisz mieć wykształcenia ani doświadczenia kanadyjskiego, żeby znaleźć pierwszą pracę.

    Musisz za to ciągle się rozwijać, dokształcać, starać się, żeby znaleźć lepszą kanadyjską pracę. Taka sama reguła działa wszędzie.

    Warto mieć ze sobą swoje dyplomy, zaświadczenia, przetłumaczone na angielski, żeby w razie czego poprzeć się papierami. Nawet jeśli nie są one kanadyjskie, to powinny być po angielsku. Tak, żeby Kanadyjczyk zrozumiał.

    Brak kanadyjskiego wykształcenia, a co za tym idzie doświadczenia z Kanady, możesz zrekompensować umiejętnościami miękkimi. A nawet musisz !

    Na jednym z wielu spotkań w naszym domu sąsiedzkim miałam przyjemność rozmawiać z wielce inspirującą osobą: Rodrigo.

    Od niego dowiedziałam się, że powszechne stwierdzenie No Canadian experience = No Canadian job w rzeczywistości oznacza:

    Czyli to nie brak papierka z kanadyjską pieczątką uniemożliwia znalezienie pracy, ale ograniczają nas umiejętności nasze, inne niż techniczne, zdobyte wraz z wykształceniem.

    A jakie to są te pożądane w Kanadzie umiejętności miękkie? Ano takie:

    • Communication Skills
    • Local Language
    • Presentation Skills
    • Small Talk
    • Leadership and Initiative
    • Conflict Resolution and Negotiation
    • Accepting Constructive Criticism
    • Flexibility
    • Business Etiquette

    Najważniejsze soft skills potrzebne przy szukaniu pracy w Kanadzie to przede wszystkim umiejętności komunikacyjne!

    Rozmawianie, prezentowanie, angielski ( francuski w innych prowincjach) i oczywiście small talk.

    Warto poćwiczyć bycie liderem, najlepiej takim z inicjatywą, oraz rozwiązywanie konfliktów (tutaj doświadczenie z poligonu domowego dwójki synów mam ogromne).

    Kolejna umiejętność czyli akceptowanie konstruktywnej krytyki – to myślę taki obszar, nad którym całą Polska powinna popracować, c’nie? Zwłaszcza politycy.

    Poza tym musisz być elastyczny (wysportowany też, ale akurat nie o to chodzi tutaj), i oczywiście profesjonalny w zachowaniach biznesowych.

    Jeśli swobodnie działasz w tych obszarach, nie masz się co obawiać. Tego właśnie oczekują od imigrantów kanadyjscy pracodawcy.

    Poniższa tabelka na potwierdzenie.

    What Immigrants HaveWhat Employers Want
    soft skills10%60%
    technical skills90%90%

    Do Kanady zjeżdżają imigranci wyszkoleni, wyedukowani, z wiedzą szeroką, ale z niepasującymi do rynku kanadyjskiego umiejętnościami miękkimi. I to właśnie to niedopasowanie jest przyczyną początkowych porażek w poszukiwaniu pracy.

    To co? Polski dyplom zanieś do tłumacza, a przed lustrem poćwicz elevator speach.

    Szukasz więcej informacji o pracy? Zajrzyj pod te linki:

     
  • Wolontariat w Kanadzie czyli pomóż innym i sobie

    Czy wiesz, co charakteryzuje wolontariat w Kanadzie? Bo chyba czym jest wolontariat, nie trzeba wyjaśniać…

    Praca społeczna na rzecz społeczności (twojej po sąsiedzku i tej bardziej rozległej), kościoła czy instytucji charytatywnej jest w Kanadzie normą.

    Społecznie pracują Kanadyjczycy niezależnie od wieku, od nastolatków po emerytów. Specjalnie używam tutaj sformułowania społecznie pracują, właśnie po to, żeby słowo pracować nie kojarzyło się tylko z zarabianiem pieniędzy. Wolontariat to jest forma pracy, nieodpłatnej w przeważającej większości, ale wcale nie traktowanej gorzej. Pracy, którą w Kanadzie się ceni i w którą warto się angażować.

    Wolontariat jako praca na rzecz twojej społeczności. Nowej społeczności.

    Jak jest się na etapie wylądowałem w Kanadzie i co dalej, to przemyślany wolontariat może okazać się przepustką do nowego emigracyjnego życia. Bo dla Kanadyjczyków ( i Amerykanów też, żeby nie było) wolontariat jest ważnym świadectwem tego, jakim jesteś człowiekiem. Kanada to przede wszystkim społeczeństwo, i jeśli chcesz do niego dołączyć, chcesz, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie, najpierw ty zrób coś dla niego (tego społeczeństwa).

    Wolontariat to przede wszystkim giving back to the community.

    Tak rozumiany wolontariat, czyli służenie innym przybiera często formę zbiórek charytatywnych (więcej pisałam o tym tutaj), przygotowania i dystrybucji żywności dla potrzebujących, prac fizycznych czy nauczania. Popularny jest mentoring, czyli regularne spotkania z drugą osobą, celem wsparcia w różnych problemach i doświadczeniach. Mentoring nie ma w Vancouver tylko korporacyjnego znaczenia – tutaj możesz zostać mentorem w wieku lat nastu dla młodszego o kilka lat kolegi i na przykład pomagać mu w relacjach z rówieśnikami. Czasami wolontariat jest wręcz wymagany jako element edukacji social studies w szkole (ale szczegółów nie znam, bo Krzysiek jeszcze nie jest na tym etapie)

    Większość udziela się wolontaryjnie w sposób nieformalny. Możliwości są nieograniczone i nie ma miejsca użyteczności publicznej, które by nie organizowało takich programów. Najlepszym źródłem informacji jest tablica ogłoszeń czy też strona govolunteer.ca oraz oczywiście networking czyli wieść się niesie wśród bliższych i dalszych znajomych.

    Trzy przykłady mojego kanadyjskiego wolontariatu.

    Ludzie angażują się w wolontariat z różnych powodów. U mnie była to chęć pobycia wśród ludzi i nawiązania przyjaźni zaraz po przeprowadzce do Vancouver. Potrzebowałam (i nadal potrzebuję) poszerzyć grono znajomych, a nie pracując miałam ograniczone możliwości, za to sporo wolnego czasu, który mogłam z pożytkiem wykorzystać.

    Zaproponowałam nauczycielce Krzysia, że przyjdę i przeczytam dzieciom w klasie bajkę o Smoku Wawelskim oraz opowiem trochę o Polsce. Przygotowanie się i przeprowadzenia takiej lekcji zajęło mi może ze 4 godziny (korzystałam z tej książki ). Radość dzieciaków i duma w oczach syna – bezcenne 🙂

    Podobnie, bo również w szkole, zgłosiłam się do pomagania przy targach książki. Codziennie przez tydzień, około 40 minut dziennie. Niewielkim nakładem sił i czasu mogłam poobserwować, jak funkcjonuje biblioteka szkolna, jakie wydawnictwa i książki czytają dzieci kanadyjski, pogawędzić z bibliotekarką i rodzicami, którzy wraz z dziećmi odwiedzali targi. Ciekawe doświadczenie.

    Typowym giving back to community było poświęcenie pewnej soboty i przyjście na spotkanie dla imigrantów, żeby opowiedzieć im, jak znalazłam pierwszą pracę w Vancouver. Czułam się zaszczycona, że mogę w ten sposób spłacić swój dług w stosunku do tych, którzy mi pomogli, kiedy to ja szukałam pracy.

    Jak widzicie, te przykłady to tylko kilka godzin, góra cały dzień, który spędziłam próbując być pomocną dla innych. Kilkakrotnie rozmawiałam z osobami, które słysząc słowo wolontariat odrzucały ten pomysł na wejściu, wymawiając się brakiem czasu. Ok, rozumiem, ale, jak pokazuję to na swoim przykładzie, bycie wolontariuszem nie musi oznaczać pracy na cały etat za darmo. Nie w Kanadzie.

    Często od wolontariatu się zaczyna. Wolontariat może być pierwszym krokiem zawodowym, pozwolić na poznanie ludzi w branży i w końcu zdobycie pracy.

    Mamy tutaj do czynienia z drugim znaczeniem słowa wolontariat, rozumianym bardziej jako bezpłatna praktyka czy staż.

    Ale, ale, powtórzę to z pełną mocą – tak rozumiany wolontariat nadal powinien być przede wszystkim działaniem na rzecz innych, a nie tylko kolejnym punktem do odhaczenia na drodze do pracy. Uwierzcie mi, Kanadyjczycy to zaraz wyczują.

    Znam osoby, które swoją karierę zawodową rozpoczęły od wolontariatu, jednak znowu wypływał on przede wszystkim z chęci służenia innym. Takie podejście zostało docenione przez organizacje i rozwinęło się w konkretne propozycje etatu. Głównie w branży social services, na przykład ktoś za darmo prowadził stronę fundacji, i jego zaangażowanie tak się spodobało, że został wybrany jako social media coordinator, bez rekrutacji ogłaszanej na to stanowisko.

    Inna historia: dziewczyna zorganizowała na UBC pierwszy klub samotnej matki i po kilku latach rozwinęła go w prężnie działający program, finansowany ze środków uczelni. Ja wyciągnęłam z tych historii następujący wniosek o wolontariacie: pomysł na swój rozwój zawodowy (czy też startowanie od zera w nowym miejscu) za pomocą wolontariatu musi wypływać z pasji, chęci zrobienia czegoś dobrego dla innych, chęci zaproponowania innym nowych rozwiązań, ulepszeń, daniu innym czegoś z siebie. Dopiero na drugim miejscu jestem ja jako potencjalny pracownik. Pracodawcy kanadyjscy nie szukają niewolników do pracy za darmo, oni chcą kogoś autentycznie zaangażowanego, będącego częścią zespołu. Kiedy poczują, że jesteś dla nich kimś ważnym, być może zaproponują pracę, a na pewno rekomendacje. I zawsze będziesz o te doświadczenia bogatszy.

    Szukanie wolontariatu w Vancouver tak samo jak szukanie pracy warto zacząć wielowątkowo.

    Masz pomysł, gdzie ewentualnie chciałbyś pracować czy być wolontariuszem ale akurat nie mają żadnych ofert? Brak mi doświadczenia w pytaniu się o wolontariat czy też bezpłatne praktyki, tam, gdzie nie są one ogłaszane, ale nie ma powodu, dla którego nie można by było wejść do takich miejsc i zapytać.

    To co możesz zrobić od razu.

    Wypisz wszystkie miejsca w Vancouver, jakie znajdziesz i o których myślisz, że mógłbyś być dla nich cennym pracownikiem. Polub ich na Facebooku, Instagramie, Twitterze i zacznij komentować, przeznacz chociaż chwilkę dziennie. Żeby zostawić swój ślad u kogoś innego, żeby pokazać, że ci zależy. Każdy biznes ma swój profil w mediach społecznościowych, a jak nie ma, to tym bardziej się do nich zgłoś i zaproponuj, że powinni mieć i że masz pomysł, jak go poprowadzić. Pokaż, że chcesz pracować dla kogoś, a nie u kogoś (czujesz różnicę?). To w sumie dość banalne uwagi, ale mają znaczenie i warto o tym pamiętać.

    A potem trzeba działać osobiście. Pukać do drzwi i wracać oknem. Vancouver jest miastem bardzo przyjaznym dla energicznych.

    Nawet jeśli od razu nie będzie to dream job, tylko surviving job, to nic. Ważne, żeby zacząć.

    I do przodu !

  • Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver? Jaką zimę ja się pytam?!

    Wiosna już zagościła na dobre, Wielkanoc trwa, ale ja wciąż o zimie

    Więc choć zimy to już prawie nie ma, mam nadzieję, że dalej przeczytacie.

    Z lekka ironicznie do tytułu podchodzę, bo co jak co, ale kanadyjska zima to nie jest to samo co zima w Vancouver

    Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to są dwie tak różne rzeczy, że ciężko nie zareagować dyskretnym chichotem, kiedy ktoś z przerażeniem w oczach komentuje: Mieszkasz w Vancouver? O raju to NA PEWNO marzniesz, bo zima w Kanadzie jest długa, cicha i śniegiem bijąca.

    Zima w Vancouver jest na pewno mokra. Od deszczu. Który ten oto deszcz w ilościach hurtowych nawiedza miasto położone pomiędzy Pacyfikiem a górami. Przy takim ukształtowaniu terenu tak łatwo o deszcze i d(r)eszcze, że miastu nadano oficjalną ksywkę: Raincouver.

    Ale nie myślcie sobie, że jak deszcz pada,  to już z góry wiadomo, że mamy przechlapane i coby się nie robiło, zima będzie do bani i ciężko ją będzie przetrwać. O nie ! Jest bowiem jeden, niezawodny sposób, który pozwala mi nawet w deszczu dniem się zachwycić.

    Przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver pomagają zakupy

    Tak, napisałam to. Zakupy zawsze poprawiają humor. Ale, ale nie takie sobie zwykłe zakupy, nieprzemyślane, czy pochopne, czy okazyjne, czy też ordynarna wyprawa do warzywniaka.

    Na zimowe zakupy w mokrym Vancouver najlepszy jest jedyny taki, wielki i historyczny wręcz sklep.

    MEC czyli Mountain Equipment Co-op.

    To duży sklep sportowy, a właściwie rodzaj kooperatywy sportowej, który wymyśliło kilku zapaleńców z miłości do górskich wędrówek. Zdobywając w latach 80-tych amerykańską górę Mount Baker, zdecydowali, że chcą sprowadzić do Kanady dobre jakościowo i dostępne dla wielu oprzyrządowanie górskie i sprzęty sportowe. Rozpoczęli współpracę z dostawcami, ustalili marżę od sprzedaży na tyle tylko, żeby przetrwać i ruszyli z tym koksem. I mimo że przez lata nie zawsze było z biznesem różowo, to MEC do dzisiaj działa na podobnych zasadach, a żeby w nim kupować, trzeba mieć kartę członkowską. Karta traktowana jest jako nasz wkład w rozwój kooperatywy (koszt: 5 CAD, wydawana od ręki przy kasach).

    To sklep ze sporym wyborem towarów. Kanadyjczycy od najmłodszego do najstarszego uwielbiają przebywać na dworze, sport uprawiać, we wszystkich możliwych odmianach i rozmiarach – kto raz próbował przejechać się latem ścieżką rowerową Seawall, ten wie, o czym piszę. Albo stał w kolejce do wyciągu na Grouse  – 1,5 h raz tak staliśmy, miodzio.

    Więc w MECu zawsze jest tłum. Poza tym obsługa jest bardzo miła i często organizuje otwarte i darmowe warsztaty z cyklu “napraw swój rower”, albo “weź mapę, kompas i nie daj się zjeść niedźwiedziowi”. Byłam na takim szkoleniu z czytania mapy i obsługi kompasu, i mogę polecić z czystym sumieniem. Więc podczas tej deszczowej kanadyjskiej zimy można nabyć cennych umiejętności, które będą jak znalazł, kiedy padać przestanie!

    i zawsze się człowiek czegoś nowego nauczy. To w MECu poznałam Długie Jasie czyli Long Johns.

    Kręciłam się z Maćkiem po sklepie, wśród działu z odzieżą dla kilkulatków przeglądałam miłe dla oka i dobre jakościowo przeciwdeszczowe wdzianka, kiedy zagadała mnie kanadyjska mama z dwulatką. Od słowa do słowa podzieliłyśmy się naszymi patentami na to, jakie ubrania dla dzieci są przeciwdeszczowe i przeciwplamowe [chichocik w tym miejscu]. Z jej strony padło pytanie o nasze ulubione Long Johns. Myślę sobie, ki diabeł, piosenkarz country czy kolejny kanadyjski polityk, o którym nie mam pojęcia ?

    Ale nie ! Long Johns’y to kalesony 🙂
    Kanada się nada_MEC najlepszy sklep sportowy

    Znamy, znamy i nawet kilku trzymamy w szafie. Na dowód tego, jak twarzowe potrafią być kalesony, robię miniwklejkę ubraniową. Plus wielka puszka czekolady gorzkiej z MECa [nie mogłam się powstrzymać].

    Wybaczcie jakość, bezczelnie ściągnęłam zdjęcie kalesonów ze strony sklepu.

    Wygląda na to, że MEC.ca to nie tylko mekka dla sportowo zakręconych, ale i dobre miejsce na błyskawiczny kurs języka angielskiego. Jak już obejrzycie w Vancouver, co jest do obejrzenia, to warto wpaść, poczuć klimat.

    Ja to lubię 🙂

  • Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

    Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

    I po co nam to w ogóle?

    No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

    Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

    Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

    Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

    A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

    Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

    Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

    Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

    Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

    • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
    • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

    [UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


     

    Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

    Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

    #1

    Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

    → Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

    → Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

    Po polsku info o wizie jest tu.

    → Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

    → Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

    → Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

    Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

    Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

    Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

    → Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

    Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

    → I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

    Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

    Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

    Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

    Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

    Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

    A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

    I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

    Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

    Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

    O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

    Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

    #2

    Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

    Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

    Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

    Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

    #3

    Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

    Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

    Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

    W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

    Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

    I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

    Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

    Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

    I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

    Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 

     


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

    W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

    Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

    Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

    Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

    Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

    A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

    Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

    Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

    W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

    Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

    Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

    Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

    Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

    Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

     

    Whistler_Winter 2015
    W Whistler zimą 2015
    W Whistler zimą 2015
    W Whistler zimą 2015

    Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

    Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

    My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

    I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

    Info praktyczne

    Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

    Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

    Jedziemy do góry jupiiii

    I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

    Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

    Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

    Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

    Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę.

    Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie!

    A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

    Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

    Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

    Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

    Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

    Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

    W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

    Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

    Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

    Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

  • Gdzie warto mieszkać w Vancouver – subiektywny przewodnik po dzielnicach

    Jak pokazują maile do nas oraz statystyki Googla, temat mieszkania w Vancouver cieszy się niesłabnącą popularnością blogo-czytaczy. Zycie vancouver – tak najczęściej wyszukują ten artykuł młode osoby z Warszawy, czytające nasz blog na komórkach.

    Nie dziwię się wcale: mieszkać każdy musi, najlepiej byłoby blisko, wygodnie, tanio i przyjemnie.

    Każdemu, wiadomo, pasuje coś innego. Każdy, też wiadomo, ma inną zasobność portfela, albo na inne rzeczy woli wydać pieniądze. Wygodne życie w Vancouver dla każdego może oznaczać coś innego.

    Jak więc odnaleźć się na mapie i gdzie warto mieszkać w Vancouver?

    Jest stronka , gdzie po wykonaniu szybkiego testu preferencji, system wskaże nam dzielnicę najlepszą dla nas.

    Oczywiście należy to potraktować jako sugestię i to w dodatku obarczoną brakiem zrozumienia ze strony bezdusznego algorytmu, który nam to wylicza. Na marginesie: nam wyrzuciło 5 dzielnic, z czego zaakceptowalibyśmy jedną. I to też nie bez oporów.

    Mieszkanie w tzw. residential areas, czyli dzielnicach domów jednorodzinnych, w domu, nawet dzielonym z jeszcze jedną rodziną, to już, moim zdaniem, jest następny etap.

    Trzeba wziąć mapę Vancouver i popatrzeć, jak się rozkłada siatka ulic.

    • To przy głównych ulicach będzie najwięcej punktów usługowych, sklepów, knajpek, galerii.
    • To przy głównych ulicach toczy się życie w małych blokowych mieszkaniach.

    Tuż za rogiem zaczynają się rzędy domów jednorodzinnych, niska zabudowa i tutaj oferty wynajmu to głównie mieszkania w piwnicach, często z właścicielami, którzy zajmują górne piętro.

    W samym Vancouver nie ma takich wielkich galerii handlowych, wokół których są osiedla mieszkaniowe. No dobra jest Metrotown w Burnaby, ale i tak występowanie takiego układu jest znikome w porównaniu z miastami w Polsce.

    Ok, czas na konkrety.

    Życie w Vancouver jest jakby lepsze im dalej na zachód. I jest czyściej.

    Niestety. East Van to ja tylko na zdjęciach oglądam.

    Downtown ach i och.

    Kiedy przylecieliśmy do Vancouver, w pracy Kuby dano nam taki mini poradnik przygotowany przez biuro, o tym, gdzie i jak szukać mieszkania.

    I oczywiście na pierwszym miejscu ich listy panoszyło się Downtown, czyli ta część Vancouver, która leży na półwyspie i składa się z dzielnic: West End, Coal Harbour, Yeltown, Chinatown, Gastown i pewnie jeszcze z kilku innych town.

    Z wszystkich powyższych polecałabym najbardziej mieszkanie na West Endzie. Bo to coś innego niż bezduszne i z lekka onieśmielające biurowce (jak Coal Harbour), ciasnota wielkich bloków z mini balkonikami i wielkim problemem parkowania (Yaletown), mała podaż mieszkań i nieco turystyczne obejście (Gastown) czy wątpliwy urok mieszkania w pobliżu ulic, gdzie rezydują ludzie, którym się w życiu nie udało (okolice Chinatown, a zwłaszcza ulica East Hastings, w ogóle większość East Downtown). West End ma wszystkie zalety Downtown i niewiele jego wad. Plus niedaleko na plażę i do Parku Stanley’a.

    Nie da się ukryć, mieszkanie w Downtown to jest coś. Blisko jest wszędzie, więc jak lubisz chodzić na piechotę, to jest to. Samochodu nie potrzebujesz (po co, jak jest car2go). Zamieszkasz w centrum Vancouver – cóż może być lepszego na początek, żeby poznać, o co w tym mieście chodzi.

    My wytrzymaliśmy w Downtown miesiąc. Ale to my.

    Kanada się nada

    Dzielimy torcik zwany Vancouver wzdłuż ulicy Głównej. Życie tutaj też jest przyjemne!

    Reguła ta ma zastosowanie w rejonie poza Downtown, gdzie nazwy ulicy są unikatowe, a nie w trybie: Pierwsza, Druga, Trzecia… Pięćdziesiąta Ósma, itd. I tak wszystko, co jest na zachód od Main Street, to jest część West, czyli wszystkie numeryczne nazwy ulic będą miały West w nazwie, np. 8th West Ave. Analogicznie wszystko, co jest na wschód to ulice East.

    Im bardziej na wschód i południe, tym mieszkanie stają się tańsze, a towarzystwo sąsiadów bardziej zróżnicowane etnicznie. Z kolei jadąc na zachód, czyli bliżej do kampusu uniwersyteckiego UBC, wśród sąsiadów będzie się miało tych, co studiują i studentów uczą. Oczywiście upraszczam bardzo, ale w ten sposób chcę dać choćby minimalną wskazówkę tym, którzy zagubieni siadają nad mapą Vancity i szukają pierwszego mieszkania do wynajęcia.

    We wschodnim Vancouver są dwie dzielnice, gdzie mogłabym żyć i zamieszkać.

    Pierwsze to okolice wzdłuż Commercial Drive, właściwie od ulicy Pierwszej, idąc na południe. Na Commercial zawsze się coś dzieje (festiwal, targi), jest mnóstwo młodych ludzi i młodych rodzin, zatrzęsienie sklepików, knajpek, ośrodków jogi i fitnessu, oraz różnych innych alternatyw. Do centrum jeździ autobus, a na skrzyżowaniu z Broadway znajduje się najbardziej ruchliwa stacja kolejko-metra Skytrain. “Na dzielni” jest community centre z biblioteką, basenem i lodowiskiem (Britannia Community Centre). I podobno na Commercial jest najlepsze sushi w Vancouver. Rowerem da się dojechać do pracy w centrum, i dalej na wycieczki poza miasto czy do North Van też. Dużo wyluzowanych ludzi.

    Drugie miejsce w Vancouver wschodnim, gdzie moglibyśmy zamieszkać, to okolice Jeziora Pstrągowego (Trout Lake). Wprawdzie nie widziałam tam mieszkań z dwiema sypialniami, i trochę już daleko, żeby Kuba rowerem do pracy jeździł, ale rekompensuje to super community centre w parku wokół jeziora oraz szkoła podstawowa z programem French Immersion (czyli rozszerzoną nauką francuskiego już od zerówki). Od rodziców dzieci w wieku szkolnym słyszałam same dobre opinie o tym rejonie.

    Wioska w mieście czyli Olimpic Village

    Albo urzędowa nazwa dzielnic, czyli False Creek (choć po prawdzie False Creek to więcej niż sama Wioska)

    To takie trochę Downtown, które przeskoczyło na drugą stronę zatoki. Pomiędzy ulicami Main i Cambie, od ulicy Pierwszej do Ósmej. Największa zaleta – mieszkania tam są nowe, nowiuśkie, piękne wprost. Z widokiem na zatokę, góry i Science World. W końcu Wioska nie na darmo Olimpijską się nazywa – boom budowlany w tym rejonie zaczął się od Olimpiady 2010. I trwa nadal, więc place budowy nie należą w tej dzielnicy do rzadkości. Inne minusy: mało zieleni (ale dużo wody), jeden plac wybetonowany jako serce dzielnicy (ale z dobrą knajpą), małe community centre (choć prężnie działa i ma wi-fi) i całkowity, dyskwalifikujący dla nas, brak szkół . Sory Gregory. Jednak dla młodych ludzi bez dzieci w wieku szkolnym, czemu nie?

    Jeszcze tytułem dodania: Te powyższe to jest opis Olimpic Village, samo False Creek, ciągnące się na zachód od Wioski (acha, na zachód, widzicie) ma moim zdaniem więcej do zaoferowania. Przede wszystkim przy Wyspie Granville jest park, nawet z parkiem wodnym połączony, jest i community centre oraz sporo małych sklepów na Wyspie Granville. Dla rodziny z dziećmi ta część False Creek jest lepsza do zamieszkania. I szkoła też jest. Wioska to trochę nuworyszowska dzielnica, ale ja ją lubię. I często tam filmy kręcą, jak trzeba żeby Vancity udawało New York City 😀

    Kanada sie nada

    I love Kits. Czyli wszyscy kochają Kitsilano i dlaczego.

    No właśnie. Jeszcze nie miałam okazji się przekonać, dlaczego Kitsilano uchodzi za najlepsze, bo bywam w tamtych rejonach tylko przejazdem. No ale to jest część zachodnia Vancouver i w pobliżu znajduje się bardzo prestiżowe sąsiedztwo domów a’la rezydencja Carringtonów, które kosztują tyle pieniędzy, że nawet nie patrz w ich stronę. Jednocześnie w Kits da się znaleźć mieszkanie jedno-  czy dwupokojowe, za cenę wyższą niż w dzielnicach wschodnich, no ale płacisz za adres na ulicy z West w nazwie. Jedziemy na zachód, najlepiej Czwartą. Ulica Czwarta w części Kitsilano to jeden z bardziej pożądanych adresów. To kolejna ulica, gdzie jest wszystko i dla wszystkich. I chyba nawet więcej, bo z tego co pamiętam gdzieś tam jest nawet Safeway, czyli duży sklep spożywczy typu supermarket. Blisko na plaże, nie tak zatłoczone jak te na West Endzie, blisko na uniwerek, po Czwartej i po Broadway jeżdżą autobusy. Jest klimatycznie i sympatycznie. Dzielnica jest dość homogeniczna jeśli chodzi o mieszkańców, i chyba się domyślacie dlaczego.

    Kitsilano bez plaży czyli Kerrisdale.

    Kolejne, młode i wibrujące miejsce, dobre dla szukających mieszkania w pojedynkę czy sparowanych, ale także dla młodych rodzin z dzieckiem. Centrum dzielnicy to okolice ulicy 41. (czyli daaaaleeeekoooo od Downtown) oraz West Boulevard. To również jedna z takich dzielnic, które mają swoją, rozpoznawalną w Vancity, tożsamość. Sporo w niej studentów, bo na kampus jest już naprawdę blisko. Blisko też do największego parku w obrębie Vancouver, czyli Pacific Spirit Park. W centralnej części dzielnicy są sklepy, punkty usługowe, kawiarnie, droższe butiki. Autobus dowiezie do stacji metro-kolejki Canada Line przy Oakridge (a przy okazji jest tutaj centrum handlowe). Rzecz ważna dla rodziców: przy pobliskiej szkole podstawowej realizującej jako jedna z nielicznych program Montessori, jest community centre oraz basen, oraz lodowisko. Czyli jest jak dzieciom zapełnić czas. Minus dzielnicy: zdecydowanie za daleko. No chyba że pracujesz w domu, albo w różnych miejscach Vancouver i przemieszczasz się autem. I mieszkania w blokach zdecydowanie trochę starszych (podobnie jak w Kits), zdarza się, że standard odbiega od naszych wyobrażeń o podstawowym minimum. Ceny wynajmu na szczęście trochę niższe niż w centrum. Sporo Azjatów.

    Kanada sie nada

    I na końcu Mount Pleasant czyli gdzie my mieszkamy.

    Każda pliszka swój ogonek chwali. Sporo w tym prawdy. Jednak możecie mi uwierzyć, za rejonem Mount Pleasant nie przemawia ślepa miłość do akurat tej części miasta. Wręcz przeciwnie, mieszkanie tutaj to wynik chłodnej kalkulacji i trochę lenistwa. Bo jak już znaleźliśmy mieszkanie w miarę blisko pracy Kuby (dojeżdża rowerem do Downtown), wynajmowane bezpośrednio od właściciela, z widokiem na góry, w sąsiedztwie szkoły, i NIE JEST to piwnica, to ciężko zabrać się do szukania alternatywy.

    Samo Mount Pleasant rozciąga się od zachodu (od ulicy Cambie) na wschód (Mount Pleasant Neighbourhood House stoi jeszcze za ulicą Fraser). My mieszkamy tuż przy Kingsway oraz Ósmej wschodniej. Jako część centralną naszej dzielnicy wyróżnia się właśnie skrzyżowanie Kingsway, Main oraz Broadway, więc poczucie, że mieszkamy w centrum jest :D.

    Mount Pleasant jest często określana jako najbardziej hipsterska część miasta. I coś w tym jest. Wystarczy przejść się po Main, zajrzeć do rozlicznych wege, bio, organic, local knajpek czy sklepów, żeby zobaczyć brodaczy z laptopem z jabłuszkiem, czy dziewczyny nad sałatką z jarmuża. W wielu plebiscytach to właśnie miejscówki z Mount Pleasant wygrywają miano: the best bagle place czy the-best-hot-yoga-place-for-mom. Jeden z okolicznych parków został na wniosek mieszkańców nazwany Parkiem Relaksujących się Kolesi (Dude Chilling Park).  Rzeczywiście do chillax’owania się nasza dzielnica jest bardzo odpowiednia. Co najmniej trzy duże parki, gdzie można zalec na trawie i pogapić się na góry, albo we freesbie pograć. Jednak jest też druga strona medalu: sporo wyluzowanych państwa pod wpływem maryśki, którą łatwo dostać w wielu okolicznych sklepach, tak wyluzowanych, że wyglądających i zachowujących się tak, że ręce opadają. Niestety.

    Z wyjątkiem Downtown oraz Olimpic Village w większości opisanych przeze mnie dzielnic można wynająć dwa pokoje od 1600 CAD, w zależności od standardu (wiek budynku, wyposażenie mieszkania, czy media zawarte są w cenie, a pralka jest w łazience, czy na piętrze). Niestety rynek mieszkaniowy w Vancouver jest szalony, ceny rosną, ludzie płaczą i płacą.

    Wszystkie treści na blogu są pisane na podstawie naszego doświadczenia i zasłyszanych opowieści.
    Będzie super, jeśli podzielisz się swoją historią w komentarzu. Jak twoim zdaniem wygląda życie w Kanadzie?
    Osoba, która myśli o wyjeździe do Kanady podziękuje ci za twój komentarz.

  • Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

    To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

    Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

    Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

    #1 Historia angielskiego po polsku

    W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

    A później zaczął szkołę podstawową, polską.

    Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

    Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

    Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

    Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

    A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

    #2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

    Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

    Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

    W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

    A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

    Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

    Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

    Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

    • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
    • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
    • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
    • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

     


    Zorganizowane study hours. By matka

    Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

    Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

    Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

    Zła byłam. Na siebie. Na niego.

    Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

    Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

    Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

    Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

    Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


    Nauka angielskiego teraz

    Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

    Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

    W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

    Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

    Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

    Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

    • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
    • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
    • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
    • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

     

    Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

    Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

    Much to learn you still have. Yoda


    Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!

  • Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

    Marzyliście kiedyś, żeby znaleźć tajemne przejście przez starą szafę do Narnii?

    Bo ja do dzisiaj pamiętam szafę w wiejskim domu mojej babci, jej ciężkie kożuchy i płaszcze, i nas, dzieciaki wskakujące do szafy, żeby za chwilę być w magicznej, zaśnieżonej aż po czubki drzew Narnii.

    Dlaczego przywołuję to wspomnienie? To proste.

    W dni świąteczne, kiedy wybraliśmy się na Cypress Mountain, Narnia była moim pierwszym skojarzeniem.

    Nierzeczywista, piękna zimową potęgą kraina, cicha, bliska, choć jak trzeba, niebezpieczna. Zdjęcia powiedzą wam więcej, ale zanim do nich, to jeszcze kilka słów o kompleksie na Cypress.

    Jakoś tak jest, że około 99 % Vancuverczyków, kiedy widzą cię z nartami, zapyta : Skiing on Cypress?

    Oczywiste skojarzenie: narty=Cypress, przez nas nie zostało przetestowane, bo nasz spacer odbył się na rakietach śnieżnych.

    Ale wiedziona ciekawością sprawdziłam, dlaczego Cypress kojarzy się tak bardzo ze zjazdówkami?

    I wyszło szydło z worka: najwięcej tras (także nocnych), najwięcej wyciągów (bo sześć) i śniegu pewnie też najwięcej jest właśnie na Cypress 🙂

    Sam ośrodek jest tak rozległy, że aż podzielony na dwie części: tę przeznaczoną do narciarstwa zjazdowego (Downhill) oraz drugą, gdzie zaczynają się szlaki dla narciarzy biegowych oraz o wypraw na rakietach (Nordic).

    Droga dojazdowa rozwidla się na dwoje i do dwóch osobnych parkingów prowadzi.

    Warto więc wcześniej wiedzieć, co się będzie na Cypress robiło, żeby potem z ciężkimi buciorami nie spacerować nadmiernie.

    Gdzie iść na Cypress, żeby dojść ?

    Mnie dodatkowo oprócz chęci wypróbowania rakiet ciągnęło na Cypress z powodu Hollyburn Lodge.

    To jest jedno z bardziej rozpoznawalnych górskich miejscówek w okolicach Vancouver, a ja sentyment mam do schronisk wszelakich.

    Ze starych zdjęć wyłaniał się obraz przytulnego i ciepłego miejsca, gdzie można się wysuszyć, entuzjazm podbudować, posilić się.

    Niestety Hollyburn Lodge jest właśnie w remoncie i nie było nam dane wejść do środka.

    Ale przynajmniej popas zrobiliśmy pod. A ptaszki nam się z zaciekawieniem przyglądały.

    Pętla spacerowa jest zdecydowanie łatwa, przewyższenia niewielkie, a my pierwszy raz na rakietach, dwoje dorosłych, ośmiolatek (rakieta rozmiar kid) oraz 3 latek w nosidle.

    Tylko nie pomylcie szlaków i zamiast zielonym do Hollyburn Lodge, nie wybierzcie się czasem na Hollyburn Mountain, bo opis wskazuje, że mocno wymagający 🙂

    Wyjście na szlaki jest na Cypress płatne, wpożyczenie rakiet wraz z biletem jednodniowym to wydatek około 26 CAD na dorosłego (sporo).

    Zdjęcie, gdzie siedzimy w środku pomieszczenia, to taka niewielka, kilkuławkowa szopa, gdzie się można ogrzać i swoje jedzenie zjeść. A jakby co obok jest Starbucks (bo gdzie go nie ma?)

    Warto wyjść na Cypress Mountain na rakietach śnieżnych, no przyznajcie sami, taka zima to miodzio jest.

    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych