Tag: Vancouver z dzieckiem

  • Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

    Dentysta ogólnie

    dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

    Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

    Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

    My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

    W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

    Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

    Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

    Dentysta dziecięcy

    Boli ząb

    Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

    Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

    Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

    U dentysty nr 1

    Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

    Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

    Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

    Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

    Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

    U dentysty nr 2

    Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

    Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

    Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

    Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

    Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

    A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

    U dentysty nr 3

    Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

    I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

    Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

    A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

    Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

  • Spacerem wokół Rice Lake: dołem jesień, górą zima

    Spacer wokół Jeziora Ryżowego (Rice Lake) jeszcze w świątecznym nastroju.

    Jezioro Ryżowe to bardzo przyjemne i niewymagające miejsce na spacer zimowy. Jeśli potrzebujecie potwierdzenia, zapraszam na stronę vancouver trails. Dzieci można puścić luzem, bez tchu ganiają się po chaszczach wzdłuż szlaku, wyskakują spod nisko zwieszających się gałęzi z głośnym  buuuu, szukają baz tajemnych, wspinają się na większe i mniejsze kamienie, czy podglądają promienie słoneczne wśród ogromnie zielonych drzew. To ostatnie to zresztą moja ulubiona rozrywka też 🙂

    Mniejsze dzieci można pchać w wózku, albo mogą pomykać na rowerkach biegowych. Sporo ludzi biega po tym szlaku, także w towarzystwie psów,chociaż przynajmniej w teorii psy na szlaku nie są dozwolone. Ale nie jest ani głośno, ani tłumnie. Można przysiąść nie tylko na pomoście, ale także na większych głazach, wystawić twarz do słońca, lub w stronę gór. W spokoju się pogapić i zdecydować, że ten śnieg to jednak dobrze wygląda z dołu i wcale niekoniecznie musimy się pchać na zaśnieżone szlaki w wyższe partie. (Oczywiście nie przekonałam samej siebie i już kilka dni później byliśmy wśród drzew mocno zaśnieżonych, ale o tym będzie inny wpis i inne zdjęcia)

    W Rice Lake można też wędkę pomoczyć w wodzie – specjalność to pstrąg tęczowy. Będzie potrzebne pozwolenie na łowienie oraz warto wcześniej przeczytać o limitach połowu w jeziorze.

    Kilka szczegółów trasy.

    Całość to około 3 km, spokojnym, niespiesznym krokiem dwie godziny wystarczą. Oczywiście dzięki dzieciom takie spacery przeciągają się niebezpiecznie, bo ilość przerw na popas nigdy nie jest wystarczająca, a patykami można się tak fajnie bawić w miecze świetlne ze Star Wars.

    Dojechać się da komunikacją miejską – łatwo można połączyć ten szlak np. z przejściem przez most wiszący w Lynn Valley. Przy łaczeniu szlaków jest też spory parking i toalety, a także miejsca piknikowe z widokiem na góry. Na piękne góry.

    A w te szczególne gwiazdkowe dni ktoś pomysłowo zawiesił mini bombki na drzewie, w miejscu gdzie się szlak rozpoczyna. Niech miło się wędruje Mikołajom i nie tylko.

    I jeszcze zdjęcia z Rice Lake. Trochę jesieni, trochę zimy i czekolada, co się zawsze nada 🙂

    Rice Lake Vancouver Kanada

    Rice Lake Vancouver Kanada

    Rice Lake Vancouver Kanada Rice Lake Vancouver Kanada


    Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

  • Łyżwy w Vancouver – dokąd pójść z dziećmi? Albo i bez dzieci.

    Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności.

    Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać.

    Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

    Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

    O wyjściu na łyżwy

    Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

    Ja mam takie wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło.

    Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby.

    Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie.

    A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków?

    Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

    Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili.

    Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

    To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

    Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

    Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach.

    Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy.

    Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo.

    Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe).

    Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h.

    Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

    Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe.

    Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system.

    Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

    No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie !

    Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie.

    Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony.

    Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

    I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

    1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
    2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
    3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
    4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

    zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

    łyżwy Vancouver
    łyżwy Vancouver

    To co, wpadniesz pojeździć?

  • Wreck Beach i nadzy studenci

    Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka. Nudyści mają tutaj raj czyli jak po raz pierwszy zwiedzaliśmy najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

    Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

    Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

    Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

    Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

    A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

    Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

    A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
  • Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

    Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

    #1

    Zacznę od lotu

    Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

    Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

    Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

    [Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

    Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

    Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

    Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

    My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

    I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

    Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

    No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

    I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

    Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

    Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

    [dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]

    Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

    Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

    Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

    Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

    W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

    Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

    Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

    Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

    Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

    Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

    Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

    Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

    Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

    Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

    Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

    Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

    Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

    Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

    Macha ręką i możemy iść.

    Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

    Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

    Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

    Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

    Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

    Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

    To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

    Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

    Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

    Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

    Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

    Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

    Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

    Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!

    #2

    Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

    Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

    Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

    Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

    Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

    Z rzeczy innych:

    1. walizki się odnalazły, jupikajej
    2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
    3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

    Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤

  • Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

    Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

    Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

    W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

    Jak dojechać do Aquarium?

    Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

    Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

    Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

    Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

    Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

    Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

    Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

    Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

    W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

    Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

    Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

    Hity Aquarium w Vancouver

    Aquarium po godzinach 

    Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

    Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

    W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

    Clownfish Cove

    To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

    Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

    Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

    Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

    Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

    A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.