Tag: outdoor

  • Rockies rock! W Górach Skalistych jest wszystko co kocham!

    Też lubisz góry? Może trafiłeś tutaj szukając informacji o wycieczkach w Kanadzie? To dobrze! Bo to wpis o wycieczkach naszej rodziny* w Rockies, kanadyjskie Góry Skaliste.

    *Jeziorski fam, czyli polska rodzina w Vancouver: 2+2 lub 3+1, zależy, jak patrzeć.

    Zanim więcej o Rockies, trochę o Vancouver

    W Vancouver od września 2014 mieszkamy w słabym i dość brzydkim mieszkaniu, ale z mocnym atutem – widokiem na góry!

    Za widok wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra 🙈.

    Bez mrugnięcia płacimy więcej, byleby widzieć góry. Bo góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

    Zresztą nie tylko Vancouver!

    Całkiem niedaleko (czyli według standardów kanadyjskich do 24 godzin samochodem) od nas są inne góry, które zachwycają. Góry Skaliste czyli Rockies.

    Oczywiście musieliśmy pojechać i sprawdzić, jak wyglądają na żywo!

    Magiczne Góry Skaliste. Rozpalają wyobraźnię.

    Te góry ciągną się i ciągną.

    W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej, na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

    Góry dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

    Czyli ogólnie bajka.

    Jest tylko jeden problem.

    Jeden minus Gór Skalistych. Ale duży minus!

    Urok tych gór to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

    Bo każdy chce mieć zdjęcie na Instagramie znad Maligne Lake. (Albo Moraine Lake, albo Lake Louise). Te jeziora pojawiają się na wielu zdjęciach reklamujących Kanadę. Ba, nie tylko na zdjęciach są uwieczniane. Moraine Lake wylądowało nawet na banknocie kanadyjskim!

    Rada ode mnie:

    Nie wybieraj się w Rockies podczas długich weekendów. Wtedy na pomysł “może by pojechać w góry ?” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów. Będzie tłoczno.

    Zupełnie nie słuchając swojej intuicji i dobrych rad znajomych, my w Rockies pojechaliśmy dwa razy, podczas długich weekendów wakacyjnych.

    Cel wycieczek: Jasper i Banff!

    Te dwa miasteczka to ikony Gór Skalistych i po prostu chcieliśmy je zobaczyć. I góry w pobliżu oczywiście też!

    Okolice Jasper (na północy Gór Skalistych) odwiedziliśmy w lipcu 2017, za to do Banff wybraliśmy się w sierpniu 2019.

    Wycieczka w okolice Jasper. Do zobaczenia Maligne Lake i Mount Robson

    Zanim więcej napiszę o punktach na mapie, najpierw słów kilka o szukaniu noclegu. Gdzieś spać trzeba, prawda?

    Znaleźć nocleg w Rockies czyli śpimy w Górach Skalistych.

    Myśleliśmy, że szukając noclegu w Górach Skalistych na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

    Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca.

    Nie udało nam się znaleźć żadnego (dostępnego na naszą kieszeń) noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper.

    Szukaliśmy na booking.com i airbnb. Zwykle wybieramy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją.

    No ale jak nie ma, to nie ma, pomyśleliśmy. Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

    I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

    Z tego kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

    Zrobiłam więc szybką rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy!

    Jedziemy w Rockies czyli dojazd do Mount Robson, około godziny drogi od Jasper.

    Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper.

    Jazda samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. A 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

    Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

    Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

    Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD (dane z 2018)

    W cenie zwykle zawarte jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią hotele, bo jest telewizor (a w domu nie ma).

    Wyjechaliśmy z Vancouver w czwartek, późnym popołudniem. Spaliśmy w Kamloops, a w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

    Droga do Kamloops wygląda jak cały region Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów.)

    Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater.

    Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami.

    Bo w sklepie w Clearwater było dużo taniej niż w Vancouver.

    Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo.

    Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej.

    Rząd naszej prowincji wspomaga jednak sprzedaż właśnie po to, żeby ceny w Clearwater nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić.

    Bardzo dobra strategia!

    Chwilkę po południu w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

    To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

    U stóp Mount Robson, tuż przy drodze na Jasper jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancouver)

    Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

    Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

    Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” z tych, na których byliśmy.

    Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność).

    Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

    Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

    Zanim ruszymy głębiej w Rockies, proponuję szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

    Jeśli nie masz ochoty, to nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

    Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami.

    Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

    Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

    My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney.

    Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km.

    Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

    Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

    Na razie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem).

    Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz.

    Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

    Na końcu szlaku są ławki i toalety.

    Ale ta Kanada jest ładna!

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-collage zdjęć z Mount Robson
    kolaż zdjęć z Mount Robson, okolic Jasper i kempingu

    Dzień drugi w Rockies czyli Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

    Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

    Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass).

    Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

    Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi.

    Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

    Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało.

    Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

    Troszkę o Jasper:

    • Miasteczko jest ładnie położone.
    • Z okazi święta paradę poprowadził burmistrz na koniu.
    • Jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe.
    • Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

    Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

    Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, ale znowu brak zdjęcia, więc musicie nam uwierzyć na słowo 😉

    Potem jechaliśmy do Maligne Lake. 

    Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd.

    Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

    To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

    Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road.

    I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

    Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

    Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island.

    Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w Google: “Maligne Lake cruises”, a wyskoczą strony przewoźników.

    Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

    Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

    My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

    W restauracji mieli wybór trzech zup w rodzaju aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

    Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper.

    Taka wystawa to super sprawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

    Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

    Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

    Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

    A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

    Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper.

    Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

    Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były śmiertelne wypadki].

    Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

    Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

    Na miejscu nie spędziliśy dużo czasu, bo tylko w sumie dwa i pół dnia, ale i tak było zacnie.

  • Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

    Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

    Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

    Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

    Kto ze mną?

    Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

    Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

    Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

    Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

    [ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

    I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

    Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

    Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

    • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

    Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

    • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

    Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

    • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

    Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

    • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
    • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

    Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

    • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

    Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

    •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
    •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
    •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
    •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
    •  → przy Marpole Community Centre;

    Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

    W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

    Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

    • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

    Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

    • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
    • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
    • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

    Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

    Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

    Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

    Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

    W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

    Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

    Sprawdzone przez nas miejsca:

    • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
    • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

    A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

    Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

    Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

    Przykładowy cennik:

    • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
    • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
    • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

    Znajdź najbliższe community centre!

    • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

    No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest.

    I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

    Także tak.

    Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

    A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉

    PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

    Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!

  • Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

    Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.

    • po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
    • po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
    • po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.

    Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.

    I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.


    Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.

    Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.

    Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.

    Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak.  A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.

    Prom płynie około 40 minut.

    W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.

    Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.

    Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?

    My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores (herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.

    Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.

    Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.

    Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie,  które możesz robić będąc na kempingu:

    1. pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż  woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
    2. jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
    3. spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!

    Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech.

    Dał o sobie znać w sobotę z rana.

    Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, ale sporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.

    Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.

    Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.

    Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.

    Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.

    Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.

    I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.

    A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.

    Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].

    Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!

    Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!

    Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.

    Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉

    Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.

    Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.

    Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli.  Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.

    Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).

    Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!

    Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove

    Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani z Zatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.

    Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.

    Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.

    Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.

    Reasumując: ładnie było, ale pewnie minie sporo czasu, zanim się znowu wybierzemy. O ile w ogóle.


  • Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park

    Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.

    No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.

    Ale co poradzić, jak mi się nie chce?

    Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.

    Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i  z dzieckiem na plażę pójść.

    Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)

    Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.

    I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.

    Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.

    Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.

    Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).

    A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?

    Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.

    W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).

    Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.

    Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero  spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?

    Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.

    Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.

    Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.

    Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park

    W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!

    Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.

    Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać.  To nie jest Garibaldi Park.

    Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?

    Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).

    Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 7

    Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!

    Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.

    Bo tam rządzi zielone.

    Bardzo rządzi !

    Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: Sekretne życie drzew.

    Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.

    Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 8

    Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 10
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 11
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 12
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 13
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 14

    Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!

    To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!

  • Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

    Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

    Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

    Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

    My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

    Dorzucimy do listy Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

    Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

    Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

    Ps. Nie jedz pizzy.

    Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

    Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

    A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

    Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

    Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

    Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

    Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

    Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

    Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

    To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

    Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

    Są za to góry. I chmury. I woda.

    No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

    To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7
  • Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

    Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

    Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

    Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

    Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

    To zaczynamy:

    Przygotowanie na spodziewane opady śniegu

    Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

    Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

    Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

    Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

    Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

    Co prowadzi nas do następnego punktu:

    Odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

    Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

    A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

    Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

    Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

    Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

    Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

    Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

    Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

    Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej 5 miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu.

    Niektórzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

    Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

    Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

    Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek.

    Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

    Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

    Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

    Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie.

    Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

    Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

    Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

    Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

    Jakość śniegu – sprzątanie po psach

    Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie.

    I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

    Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

    Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

    Chyba tyle.

    I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym.

    Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

    A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


  • Wycieczki po Okanagan: Osoyoos, Mount Kobau, Spotted Lake, Skaha Bluffs, Kelowna i Myra Canyon

    Nasze pierwsze wrażenie? Jedziemy, jedziemy, nie ma lasów. Jest piach. I ciepło, a miejscami bardzo ciepło. Słońce jest tutaj bliżej ziemi. Brązowy, złoty, żółty w różnych odcieniach – to kolory tego regionu Kolumbie Brytyjskiej. Witamy w Okangan!

    Pierwszy raz pojechaliśmy do Okanagan jesienią 2016 roku.

    A potem już co roku odwiedzaliśmy ten region i jego miasta: Kelownę, Kamloops, Osoyos, Pendincton. Świetne i niezbyt wymagające okolice, idealne do wycieczek z dziećmi, na rowerach i na nartach, i pod namioty też!

    Okanagan, Osoyoos, Pendincton, Kelowna, Lake Country, Peachland, Skaha Bluffs…. nie wiem, jak Wam, ale mi wymawianie tych nazw sprawia jakąś nieokreśloną przyjemność. Smakowicie brzmią, są soczyste, dźwięczne. Trochę magiczne i mocno zachęcające.

    Nas zachęciły!

    Przed wycieczką do Okanagan nie wiedzieliśmy o tym regionie za wiele

    Tak, tak, to już u nas tradycja, na prawdę słabo przygotowujemy się do naszych wycieczek i później nas musi Google ratować…. albo i nie. W sumie nie ma się co chwalić publicznie. My w ogóle mało planujemy nasze wycieczki, bo … co ma być, to będzie. Albo nie będzie 😉

    Przed wyjazdem ten region Kolumbii Brytyjskiej kojarzył nam się z dwiema rzeczami: cydrem z BC liquor store oraz pustynią.

    Mam koleżankę z pracy, której miastem rodzinnym jest Osoyoos, położone właśnie w tym regionie. I to by było na tyle w temacie naszej wiedzy krajoznawczej o Okanagan.

    Okanagan to region, dolina, obszar, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi i sąsiednią kanadyjską prowincją, Albertą.

    Podróż samochodem do Okanagan

    Można pojechać autostradą nr 3. I po drodze zatrzymać się w urokliwym Parku Prowincjonalnym Manning. Można też pojechać bardziej na północ, autostradą nr 5, przez Meritt. Jechaliśmy i tak

    To tylko 5 godzin jazdy na wschód od Vancouver. Droga wije się coraz wyżej i wyżej, i zupełnie, ale to zupełnie, się nie nudzi. Bo widoki są.

    Oczywiście dzieciom się nudzi, ale na szczęście długi audiobook na ogół załatwia sprawę. W 2016 roku słuchaliśmy “Baśnioboru” (prawie 10 godzin ) i ta lektura nieźle uzupełniała, a właściwie kontrastowała z oglądanymi z samochodu wyżowymi, pustynnymi krajobrazami.

    Te widoki nawet trochę księżycowe są, jak to mówi moja koleżanka Harriett z Kelowny. (patrzcie państwo, znam coraz więcej osób stamtąd)

    Kiedy jechać do Okanagan – może jesienią?

    Trafiła nam się boska pogoda, złota jesień roku 2016, miejscami bardzo ciepła, a miejscami bardzo zimna.

    Ale ponieważ tym razem był to wypad nie-pod-namiotowy, więc pogoda mogła nam nadmuchać. I czasami dmuchała nieźle.

    Podobno jest to najcieplejsze miejsce w Kanadzie (agencje turystyczne używają hasła pustynia, jako wabika na turystów). A staruszkowie zmęczeni tempem Vancouver (a może cenami nieruchomości), wybierają życie w Okanagan na emeryturze (jesieni życia).

    Odwiedziny w Osoyos

    W 2016 roku zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu. Bez szczególnego rozglądania się, wynajęliśmy pokój w hotelu znalezionym na booking.com [hotel standard ok, miał jacuzzi]

    Jeśli wolisz namiot to pole namiotowe w Osoyoos znajduje się w  Haynes Point Provincinal Park (dzięki Monika, za namiar na tę miejscówkę), na wąziutkim półwyspie jeziora Osoyoos.

    Kilka informacji o miejscu noclegowym:

    • Półwysep ma swój wdzięczny urok, ale miejsca kempingowe są dość łysawe;
    • Chociaż widok na jezioro i zachody słońca, zdaje się, rekompensują tę niedogodność.
    • Rezerwacja na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, więc warto mieć w obwodzie plan B.

    Samo Osoyoos ma trochę do zaoferowania, a największą atrakcją jest jezioro! Można po nim i w nim pływać.

    My jak zwykle wybraliśmy spacerowanie i górołażenie. Miasteczko nie jest specjalnie duże, ale rozległe, położone rozkosznie pomiędzy wzgórzami.

    Gdzie by się nie obrócić, widać góry. Suche i pustynne, podobno przypominają Arizonę (nie wiem, nie byliśmy, ale wierzymy na słowo).

    Co zobaczyć w okolicy Osoyoos ?

    Wjazd samochodem na Mount Kobau

    Można wybrać się długą i krętą drogą na Mount Kobau. Dojazd tylko samochodem. I też, lepiej, żeby był sprawny, bo czeka na 20 kilometrów piaszczystych wrażeń.

    Widoki z drogi są zacne, choć nieco przygnębiające (te tereny wielokrotnie były nękane pożarami).

    Po dojechaniu na samą górę, samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu.

    Dosłownie kilka metrów podejścia od samochodu niekrępującym i niewymagającym szlakiem i jest się na szczycie Mount Kobau. Dzieci dadzą radę. Nasz wózek z Costco też dał radę (ale jednak nie polecamy).

    Na szczycie, ku zaskoczeniu, było bardzo zimno. Jednak warto wejść. Gdzie się obrócisz, masz widok na wszystkie cztery strony świata. Dookoła są Góry Kaskadowe a miasto Osoyoos widać w dole.

    Może zainteresuje Cię ścieżka przy parkingu, prowadząca do jakiś zabudowań. To miało być drugie największe obserwatorium astronomiczne na świecie. NA ŚWIECIE!

    Ale z powodu kosztów nie doszło do otwarcia. Szkoda.

    No nic, jedziemy dalej i zjeżdżamy z Mount Kobau.

    Odwiedziny nad jeziorkiem Spotted Lake.

    Znajdziesz je przy drodze do/z Mount Kobou więc można spokojnie sobie zaplanować odwiedzenie tych dwóch miejsc na jeden wycieczkowy dzień. A nawet pół dnia, jeśli planujesz znowu leniwie spędzić popołudnie w Osoyoos.

    Jeziorko jest całe w plamy, stąd jego nazwa: Spotted Lake.

    Parkujesz samochód tuż przy drodze i schodzisz do jeziora. Zejście zajmuje około 10 minut.

    Samo jezioro wygląda niesamowicie. Dla dzieci to niemała frajda biegać tak po zaschniętych skorupach …. no właśnie czego?! Soli? Solo-błota?

    Ciekawe miejsce, choć teraz pewnie oblegane przez ludzi robiących zdjęcia, bo Spotted Lake jest mocno “instagramowe”.

    Inne możliwości wycieczek w okolicy Osoyoos znajdziesz na stronie Hello BC.

    W Osoyoos i w okolicy można zbierać jabłka. Oraz próbować lokalnych win!

    Okanagan, a zwłaszcza Osoyoos, uważane jest za zagłębie jabłkowe (jabłczane?!) całej Kolumbii Brytyjskiej.

    Mimo pustynnego charakteru, a może właśnie dzięki niemu, w Osoyoos zobaczysz ciągnące się po horyzont sady jabłkowe.

    W większości sadów można umówić się na jabłkowe you-pick, czyli pozbierać i pozrywać różne rodzaje jabłek na własny użytek.

    My mieliśmy szczęście, bo wyżej wspomniana koleżanka, a właściwie jej rodzina, sad jabłkowy w Osoyoos ma (a nawet dwa).

    Mogliśmy więc pochrupać świeże jabłuszka, porównać różne, bardzo wyraziste niekiedy smaki i dowiedzieć się co nieco o uprawie.

    Zgłosiliśmy nasze najstarsze dzieci do prac sadowniczych w przyszłości (a co, niech już sobie organizują junior summer jobs 😉

    Wycieczki na wieś, gdzie uprawia się różne owoce i warzywa, są bardzo popularne nie tylko wśród rodzin z dziećmi.

    Osoyoos i Okanagan to również raj dla miłośników wina. Winiarni jest równie dużo, co sadów z jabłkami. Przy winnicach są małe, rodzinne winiarnie, gdzie możesz spróbować różnych win w niewygórowanych cenach. A potem kupić butelkę lub dwie.

    Alkohol bywa problemem, jeśli nie ma kierowcy-abstynenta, więc dla większej grupy warto umówić wycieczkę busem. Szukaj w internecie pod nazwą: wine tours (albo po polsku: wycieczki degustacyjne, haha, też się uśmiałam).

    Zerknij na mapę, żeby zobaczyć miejsca, które polecamy.

    Nie wracaliśmy do Vancouver drogą numer 3, tylko pojechaliśmy na północ, do Penticton.

    Co zobaczyć w okolicy Penticton?

    Hiking w Skaha Bluffs Provincional Park.

    Koniecznie musimy znowu przyjechać do parku Skaha Bluffs, bo nie przeszliśmy całości szlaku. Maciek wolał pogapić się z góry, pobuszować po kamieniach i ogólnie nie wysilać się.

    Sam szlak nie jest specjalnie wymagający – to właściwie system ścieżek doprowadzających w różne wyjścia dla wspinaczy skałkowych. Potrzeba około 1,5 do 2 godzin potrzeba, żeby zrobić pętelkę w parku.

    Z Penticton wróciliśmy na autostradę 3 drogą lekko zwalającą z nóg (przez ośrodek narciarski Apex), której, jak donosi bardziej zorientowana część grupy, zimą się raczej nie da przejechać. A latem się dało.

    W 2016 w październiku mieliśmy świetną pogodę. Kiedy wróciliśmy do Vancouver zaczął padać deszcz. I skończył się w marcu 2017. Just sayin’.

    Narty w okolicy Penticton czyli Okanagan zimą

    W kolejnych latach odwiedzaliśmy Okanagan tylko zimą, kiedy jeździliśmy na weekendowe wycieczki do ośrodka narciarskiego Apex. Polecamy jeśli masz już dość zjazdów po górach wokół Vancouver: Seymour (przy zakupie biletu sezonowego masz dwa dni w Apex za friko), Grouse czy Cypress. Ale jeśli nie masz ochoty jechać tak daleko, to przyjemne trasy na narty są przy drodze nr 3, w parku Manning.

    Święto Dziękczynienia w Kelownie

    W 2018 roku chcieliśmy Święto Dziękczynienia spędzić w okolicach Kelowny. Pamiętaliśmy, że jesień jest kolorowa i pachnąca w Okanagan i tym razem, że starszymi dziećmi, chcieliśmy jej doświadczyć na rowerach.

    Droga do Kelowny

    Do Kelowny proponujemy pojechać autostradą nr 5. Dlaczego? Bo po drodze jest zupełnie nudne i zwyczajne miasteczko Meritt, a w nim świetna lokalna knajpka. I to tutaj, pośrodku niczego, czyli pustynnego Okanagan, zjedliśmy przepyszne bannock’i, czyli tradycyjne kanadyjskie jedzenie (tak, tak, ciężko znaleźć takie, ale najwyraźniej pośrodku niczego zawsze coś jest 😀 )

    Spanie w Kelownie, a właściwie w Lake Country

    Tym razem wynajęliśmy dom ze znajomymi, korzystając w airbnb. Położony na wysokiej skarpie, miał strome zejście do jeziora. Lake Country to niewielka miejscowość na północ od Kelowny.

    Szlak Myra Canyon czyli część Kettle Valley

    Myra Canyon to część dawnej trasy kolejowej Kettle Valley Railroad, która miała połączyć Vancouver z resztą Kanady. Żeby puścić pociągi poprzez góry i doliny, inżynierowie budowali podkłady, kładki, mosty, wykuwali tunele i kładli szerokie ścieżki.

    Do 1989 roku pociągi jeździły niektórymi fragmentami trasy, ale dzisiaj jest to wyłącznie świetna atrakcja turystyczna.

    Nie musisz jechać do Kelowny, możesz część Kettle Valley zobaczyć w okolicach Hope, zwiedzając Tunelle Othello. O całej trasie poczytasz na stronie BC Rail Trail.

    Szlak Myra Canyon można przejść pieszo, ale na rowerach jest fajniej. Nie ma żadnych podjazdów, więc przyczepka rowerowa z maluchem też da radę.

    Trasa nie jest pętlą, więc będziecie musieli wrócić do samochodu tą samą drogą. Co wcale nie zmniejsza jej uroku, serio, serio!

    Nie masz roweru? – Nie ma problemu! Jest kilka wypożyczalni, a Google pokazuje na przykład tę: Myra Canyon Bike Rental.

    Na szlaku jest kilka toalet i miejsc, gdzie można przysiąść i pogapić się na tory. Wyobrazić sobie pociąg do Hogwartu, albo wręcz przeciwnie, pomyśleć o tych wszystkich marzycielach, którzy koleją po lepsze życie (i złoto) do Ameryki.

    Myra Canyon to świetne miejsce na jesienne rozbudzenie wyobraźni u całej rodziny!

    Trasa rowerowa z Lake Country do Vernon

    Nie sugeruj się Google Maps, bo ten pokieruje Cię na autostradę, a przecież nie będziesz z dziećmi jechał rowerami po Okanagan Highway, c’nie? (zresztą bez dzieci też jest nieprzyjemnie).

    Równolegle do autostrady, tuż przy jeziorze Kalamalka, prowadzi bardzo przyjemna i płaska trasa spacerowo-rowerowa. Po jednej stronie masz wabiące jezioro Kalamalka (nazwa świetna, myślę, że gdybym miała psa-suczkę, to nazwałabym ją właśnie tak!), po drugiej stronie są głazy i roztocza. Na trasie nie ma łazienek, ale od Lake Country do Vernon nie jest tak daleko. Da radę!

    Żeby wjechać na trasę, możesz podjechać na dowolny parking przy autostradzie, rozładować rowery i szus, ruszaj w drogę.

    W Vernon, tuż przy plaży miejskiej jest urocza kawiarnia, a w niej smaczne ciastka.

    Wracasz tą samą drogą (no bo przecież nie autostradą).


    Teraz, jak to czytam, to gęba mi się uśmiecha do tych miłych wspomnień z Okanagan. Na pierwszy rzut oka wydawało się nieciekawe i zbyt pustynne, ale niech Cię to nie zwiedzie.

    Zwyczajność i spokój to dzisiaj towar deficytowy. I może dlatego Okanagan zachwyca i pozwala wypocząć.

    Ktoś z Was był w Okanagan? Albo się wybiera? Wrzuć link w komentarzu, a następna osoba planująca wycieczkę w ten region Ci za to podziękuje !

  • 3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

    Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

    Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

    Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

    Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

    Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

    Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

    → sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

    #1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

    Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

    Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

    Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

    Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

    Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

    My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

    Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

    Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

    Z innych ciekawych rzeczy:

    1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
    2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
    3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
    4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

    Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

    Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #2 Admiralty Point Trail

    Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

    Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

    Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

    Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #3 pętelka wokół Sasamat Lake

    Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

    Na szczęście 🙂

    Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

    Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

    Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

    Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

    A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

    Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

    Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

    I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

    Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

    SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


    Przeczytaj jeszcze:

    [symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

    Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

    W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

    W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

    Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

    Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

    Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

    I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

    Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

    Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

    Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

    My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

  • Podsumowanie naszego pierwszego kanadyjskiego sezonu narciarskiego w 10 punktach

    Ten wpis to podsumowanie naszego pierwszego , rodzinnego sezonu narciarskiego. Co tu kryć. Oszaleliśmy i już na zawsze Kanada będzie nam się kojarzyła z nartami!

    Poniżej znajdziesz 10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

    1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
    2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
    3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
    4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
    5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
    6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
    7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
    8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
    9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
    10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

    I jeszcze kilka podstawowych informacji dla planujących narciarskie wycieczki z dziećmi w okolicach Vancouver:

    Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek.

    Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę).

    Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie).

     Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych.

    Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

    Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

    Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

    Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty

    A Wy jeździcie w Vancouver na nartach?