Kategoria: Dzieci na emigracji w Kanadzie

Sporo tutaj o naszych chłopakach. Znajdziecie posty o tym, jak uczeń szkoły podstawowej oraz przedszkolak dają sobie radę z kanadyjską oświatą.

Jest trochę lukru i trochę goryczy. Rzeczywistość każdego rodzica. I trochę o tym, jak pomóc dzieciom odnaleźć się na emigracji.

A jeśli wolisz oglądać, to październikowy live na Facebooku Kanada się nada też był o oświacie w BC:  żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej i szkole średniej.

  • Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

    Dentysta ogólnie

    dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

    Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

    Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

    My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

    W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

    Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

    Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

    Dentysta dziecięcy

    Boli ząb

    Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

    Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

    Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

    U dentysty nr 1

    Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

    Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

    Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

    Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

    Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

    U dentysty nr 2

    Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

    Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

    Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

    Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

    Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

    A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

    U dentysty nr 3

    Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

    I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

    Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

    A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

    Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

  • SpeEch language patologist czyli logopeda po kanadyjsku

    Pisałam już o tym kilkakrotnie, bo temat Maćka mowy spędzał (nie tylko) mi sen z powiek od początku naszego przyjazdu do Vancouver. Trochę uporządkuję wspomnienia w tym wpisie, na wypadek jakby zajrzał tu ktoś z podobnym problemem. Proszę tylko nie traktować naszej historii jako wykładni medycznej prawdy absolutnej. To spisane doświadczenia z speech language patologist czyli logopedą.

    Historia, więc najpierw polski.

    Przyjechaliśmy do Kanady, zanim Maciek zaczął w pełni mówić po polsku. Miał wtedy 2,5 roku. Jego mowa nie była rozwinięta, jego sposób opisywania świata, komunikacji z innymi w zasadzie ograniczał się do pojedynczych słów. Martwiło mnie to, ale nieprzesadnie, chociaż mając tyle lat, Krzyś już śpiewał i komunikował się sprawnie. Maciek okazał się być tym, który swoje zdanie wyrazi później (late talker).

    Podczas przypadkowej rozmowy z kanadyjską mamą dowiedziałam się, że w okolicy jest klinika, w której mogą Maćka zbadać i w razie konieczności zalecić terapię mowy. Więc postanowiliśmy nie czekać, jak sytuacja się rozwinie, tylko zacząć działać. To był przełom roku 2014 i 2015.

    Fakt, że Maciek mówił niewiele, spowodował, że jeszcze w Polsce miał badanie słuchu. Powtórzyliśmy to badanie także w Kanadzie (bezpłatnie, czekaliśmy około 2 tygodnie, wyniki zostały przesłane pocztą do nas i do logopedy). Z uszami i słuchem wszystko w porządku.

    Nie zna polskiego? To z angielskim będzie nielekko.

    Podczas pierwszej wizyty logopedka zrobiła nam wywiad i powiedziała, co następuje. Otóż wbrew mojemu przekonaniu, że Maciek złapie angielski szybciej niż Krzysiek, jest zupełnie inaczej. Maćkowi jest dużo trudniej nadgonić z angielskim do poziomu native speaker, ponieważ przyjechał do Kanady bez przyswojenia sobie całego polskiego. Jego polski nie był taki rozwinięty, żeby mógł dokonać tranzycji na angielski. Co więcej było mu trudniej ruszyć z mową w ogóle, ponieważ te części mózgu odpowiedzialne za mowę wciąż się rozwijały, w miarę jak rósł z niemowlaka do przedszkolaka. W dodatku poszedł do kanadyjskiego przedszkola, co oznaczało, że ma mniej o 40 godzin tygodniowo polskiego niż jego rówieśnik w Polsce.

    To było dla mnie zaskoczenie. Myślałam bowiem, że im mniejsze dziecko i im więcej styczności z drugim, trzecim językiem, tym łatwiej i szybciej zacznie mówić. Otóż nie zacznie. Najpierw musi poznać dobrze jeden język, swój, ojczysty, żeby potem łapać szybko drugi. Maciek był przez 40 godzin w tygodniu otoczony tylko angielskim, czyli automatycznie pozbawiony tych 40 godzin polskiego, a to spowalnia jego rozwój mowy. Godzina, dwie, obcego języka, to nie robi wielkiej różnicy, ale już podział po połowie tak. Jesteśmy tego przykładem.

    Zaczęliśmy zajęcia z logopedką jakoś na wiosnę. Były to sesje jednogodzinne, raz w tygodniu, na których Maciek pracował z terapeutką mowy w towarzystwie Kuby. Uwielbiał te zajęcia, uwielbiał logopedkę, do teraz pamięta jej imię, drogę do przychodni. Zajęcia polegały na powtarzaniu słów angielskich, ćwiczeniu wymowy specyficznych głosek angielskich, nazywaniu rzeczy i interakcji podczas zabaw. Chłopaki chodzili do Kelly przez 3 miesiące.  W domu ćwiczyliśmy z materiałami z zajęć (kolorowe wydruki na pojedynczych kartkach), jednocześnie czytając polskie książeczki.

    A potem Maciek pojechał do Polski na dwa miesiące.

    100% polskiego. I sporo angielskiego.

    Po wakacjach w Polsce, gdzie był przez cały czas otoczony tylko polskim, Maciek mówi po polsku. Buduje zdania z trzema, czterema wyrazami, odmienia czasowniki i przymiotniki polskie, potrafi nawet dostrzec humor językowy. Śpiewa po polsku. Wymawia typowe dla polskiego głoski (np. t bez wkładania języka między zęby, które wcześniej brzmiało jak angielskie th).

    Co więcej, Maciek mówi też po angielsku. Po dwóch, trzech tygodniach od naszego powrotu do Vancouver, po ponownym przyzwyczajeniu się do przedszkola, okresie trudnym, Maciek rozmawia po angielsku.

    I to jest jeszcze raz dowód na to, że żeby mówić dobrze w drugim języku, trzeba najpierw mówić dobrze w pierwszym. Po angielsku mówi zdania trzywyrazowe, reaguje na polecenia i wyraża prośby typu More water please, John, come here, Look at me. W zabawie z kanadyjskimi dziećmi płynnie przechodzi na angielski. I śpiewa też 🙂 Nie umiem określić, czy jego akcent angielski jest poprawny, ale raczej nie odbiega od wymowy innych dzieci. W domu czasami czytamy po angielsku, czasami oglądamy po angielsku, ale mówimy między sobą tylko po polsku.

    Co dalej?

    Po wizycie kontrolnej na początku grudnia wiemy, że wszystko jest jak w najlepszym porządku, i na najlepszej drodze. Dostaliśmy obszerny raport, a w nim np. informację, że wymawia angielskie th jak f, bez wkładania języka między zęby! (najwyraźniej nie da się na tym etapie mówić prawidłowo po polsku t i po angielsku th).

    Nie ma potrzeby chodzić na dodatkowe zajęcia logopedyczne. Następna wizyta kontrolna za pół roku, pielęgniarka zadzwoni i umówi termin.

    Maciek kontynuuje rozmawianie po angielsku w przedszkolu, a w domu po polsku.

    I świetnie rozumie, że są dwa osobne języki. Na dowód angedotka:

    Kuba odprowadza Maćka do przedszkola.

    Zdejmując kurtkę, Maciek mówi do niego: Tato, ja teraz będę mówił po angielsku. 

    I zwracając się w stronę kolegów: Hello, everybody !!!

    I jeszcze na koniec: Za standard przyjmuje się tutaj, ze obcojęzyczny 2-, 3-latek, po przyjeździe do Kanady, potrzebuje około 5 lat, żeby poziomem angielskiego dorównać rodzimemu użytkownikowi języka. W przypadku dzieci, które wyemigrowały w starszym wieku, czyli np. jak nasz Krzyś, taki poziom na ogół osiąga się po 2 latach.

    Zdjątko z gatunku: Gimnastyka buzi i języka

    gimnastyka buzi i języka

    Jest dobrze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

    I na koniec dziękujemy raz jeszcze Cioci Dorocie – bez Ciebie byłoby nam znaczniej trudniej !

  • Po pierwszym roku o szkole rozważania.

    Tak sobie myślę, że jednak jak rodzina zjeżdża na emigrację, to głównym znakiem zapytania jest, jak się dzieci dostosują. I jak wygląda kanadyjska szkoła podstawowa, tudzież inne przybytki oświaty kanadyjskiej.

    Pytanie o szkołę jest nawet ważniejsze, niż o matko, co z pracą, albo gdzie ja znajdę mieszkanie, które nie jest trochę bardziej posprzątaną piwnicą.

    Zatem jak się zaczynało bloga emigracyjnego rok temu, to siłą rzeczy pierwsze posty były głównie o naszych dzieciach, a jak się zaczęła szkoła, to głównie o dzieciach w szkole.

    Jeśli ktoś nie wierzy, zerknijcie na posty z września/października 2014 gdzie Krzyśkowo-Maćkowe emocje w placówkach wychowawczych są myślą przewodnią. I to jest naturalne, w końcu to dzieci, i to nasze. Więc pisać o nich będziemy dużo.

    Szkoła w Vancouver się wtedy zaczęła, jesienią, tak jak wszędzie. Wróć, jednak nie tak, jak wszędzie, bo później, gdyż na początke czekał nas strajk nauczycyieli.

    W postach blogowych przewijało się moje ach i och wymieszane z rozczarowaniem, żeby za słodko nie było (bo nie było). Ciężkie chwile wynikały bardziej z faktu, że to początki życia w Kanadzie, niż kanadyjską szkoła jako taką.

    A w czerwcu 2015 zapytaliśmy Krzyśka którą szkołę woli: warszawską czy tutejszą. Zdecydować nie umiał. Przynajmniej nie tak jednoznacznie, na 100%.  Z słów jego wyłapaliśmy najważniejszą przewagę kanadyjskiej: miał więcej kolegów.

    Rok szkolny 2020/2021 zaczynamy w Polsce. Dlatego zerknęłam do tego posta, powspominałam i go trochę wygładziłam. Mam nadzieję, że aktualizacje przydadzą się Wam podczas planowania życia w kraju klonowego liścia.

    Wszystkie posty o doświadczeniach z kanadyjską edukacją znajdziesz w kategorii Dzieci w Vancouver

    W kanadyjskiej klasie Krzysia dzieci były wymieszane rocznikowo

    Był w klasie z dziećmi młodszymi od niego (klasa pierwszo-druga). W Warszawie był w klasie pierwszej jako sześciolatek, głównie z siedmiolatkami. I było mu tam ciężej, ze starszymi od niego.

    Rok różnicy w górę robi różnicę, się okazuje.

    Nie tylko w kontaktach międzydziecięcych było ciężej, także z nauką nie było za lekko.

    Większe wymagania akademickie czyli w Polsce się trzeba uczyć

    Zdaniem Krzyśka, z nauką nie było lekko w klasie pierwszej, w 2013/2014, bo w polskiej szkole tej nauki było po prostu za dużo jak na przeciętnego sześciolatka.

    Wiedzy było za dużo, zadań domowych za dużo, wymagań za dużo. Ruchliwy sześciolatek musiał siedzieć w ławce grzecznie, czytać z książeczki ładnie i pisać czcionką polską jedyną właściwą. O polskim zwyczaju pisania tzw pisanką polską (któż nie pamięta tych szlaczków) rozmawiałam zresztą z kanadyjską nauczycielką Krzyśka. Biedna, miała trudności z odcyfrowaniem, o jaką literę chodzi.

    Podręczniki, zadania domowe i cięzkie plecaki

    W podstawówce w Vancouver zadań domowych nie miał w ogóle. Choć to z kolei też nieokreślony niepokój we mnie wzbudzało, no bo jak to, choćby zdanka, ćwiczonka, nie? Z zadań domowych to Krzysiek miał czytanie książeczek, ale nie żeby lektury obowiązkowe, i później test ze znajomości tychżetylko takie zwykłe książki o zwykłym życiu, czasami tekturowe, czasami broszurowe, z dużą czcionką i kilkoma zdaniami.

    W Polsce dla jednego dziecka komplecik na rok to około 300 zł, na dwoje to już 600 zł, uchu.

    W Vancouver zapłaciliśmy na początku 25 CAD za wszystko, WSZYSTKO, serio, nic nie musieliśmy kupić, ni ołóweczka najmarniejszego, żadnego zeszytu.

    Na koniec roku Krzysiek przyniósł stertę prac plastycznych, kartek z pisaniem, matematyką, wszystko, co w szkole zrobili.

    Okazuje się, że dzieci wcale nie muszą mieć takich super wypasionych, podręczników, żeby się uczyć, no nie muszą.  

    Tak sobie myślę, że te nasze polskie kolorowe bardziej przeszkadzają, bo za dużo opowiadają, odkrywają, podają na tacy, ograniczając wyobraźnię.

    A pusta biała kartka, czyste formy, to wszystko aż kusi, żeby napisać więcej, pokolorować bardziej. I tutaj w księgarni kolorowych podręczników nie znajdziesz. Są czarno-białe, często na kartkach z recyklingu, ekologicznie uświadamiając jednocześnie dzieciaki.

    Nie ma podręczników, zatem odpada problem ciężkiego plecaka.

    Krzysiek w plecaku nosił te książeczki do domowego czytania (waga piórkowa) i pudełko śniadaniowe. I dwa razy w tygodniu strój na wf.

    Plecaki zostawały na wieszakach wraz z kurtkami, butami na zmianę (jak ktoś chciał i miał, nie żeby kacie szkolne były wymagane), parasolkami.

    Wieszaki są tuż przy wejściu do klas, nie ma żadnej groźnej woźnej co to wszystko wie i wszystko może, a najbardziej to zrugać uczniaka, że u kurtki urwany jest ten dzyndzel, co się za niego wiesza (kurtkę, nie ucznia).

    Groźnego to ja nie spotkałam w szkole nikogo.

    A wierzcie mi, przez rok w polskiej szkole zdarzało mi się, dorosłej, bać rozmowy z ciałem pedagogicznym. Groźne było miejscami to ciało, tak jakoś na mnie z góry patrzące, że co ja tutaj z czym do ludzi, a w ogóle to muszę napisać podanie.

    Nauczycieli Krzysia tutaj bardzo lubię, szanuję, z jego wychowawczynią mogłabym się zakumplować. Bo i takoż mnie, jako rodzica, po ludzku traktują bardzo, że się nie boję wcale. A przecież powodów do strachu było – czy się zaaklimatyzuje, czy mówić będzie po angielsku, czy zda do następnej klasy.

    Nasza szkoła jest jakaś inna?

    Napisałam ten post, wspominając pierwszy rok szkolny. Potem napisałam jeszcze całkiem sporo szczegółowych tekstów o szkole, żłobku i przedszkolu w Vancouver. Dzisiaj to na Instagramie zamieszczam większość relacji z polskiej szkoły chłopaków i opowieści o tym, jak się żyje na dwa kraje. Dołącz do nas na Instagramie, żeby być na bieżąco!

    A jeśli masz pytania, śmiało pisz tutaj. Prędzej czy później, ale odpowiem 😀

  • Jak się macie wiosną 2015? Krótko, co u chłopaków i w jakim języku mówią.

    u Krzysia wiosną 2015 :

    Krzyś wyliczył skrupulatnie, ze ma więcej przyjaciół w Vancouver niż w Wawie.

    Dokładnie to Keana, Logana i Vincenta i paru pomniejszych też. Więcej niż ty masz mamusiu i nie każdy kolega to przyjaciel. Aha, bystre dziecko 🙂

    Nie ma problemów z językiem, z włączeniem się do zabawy, właściwie w niczym nie odstaje od swoich rówieśników tutaj. Program kanadyjski nadgonił i myślę, że od przyszłego roku pójdzie do trzeciej klasy tutejszej podstawówki. Mogę go spokojnie zaprowadzić na zajęcia czy zabawę u kolegów, zostawić i wybyć. Nie zginie, nie zapłacze się, może czasami mu trudniej, no ale każdemu bywa trudniej, nawet w miejscu, które zna od urodzenia.

    Czyli cel: żeby był odważny i umiał zamówić wodę w sklepie, osiągnięty. Jupikajej.

    u Maćka wiosną 2015:

    Maciek jest super dumny ze swojego przedszkola.

    Zawsze, kiedy koło niego przechodzimy, pokazuje na siebie i na budynek, żebyśmy broń boże nie minęli bez komentarza : tak, tak, to twoje miejsce Maciusiu. A jak zobaczy gdzieś kolegę z grupy, to nie spocznie, dopóki nie podbiegnie i niemalże palcem nie dźgnie tegoż, że oto właśnie jest kolega Maćkowy, mamo patrz, patrz tutaj.

    Rozumie dzieci, wchodzi w interakcje z nimi – dzisiejszy hit zabawowy to skakanie wraz z 4letnią Leilą z 3 schodka na stos poduszek, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Mówi, pokazuje, jest zadowolony. Chociaż oczywiście za uszami też ma, ale to akurat taki wiek, a nie taki kraj ma na to wpływ.

    Co ja dzisiaj usłyszałam od Maćka? Mama, more pić.

    Czyli cel: żeby był odważny i umiał mówić, osiągnięty. Jupikajej po raz drugi.

    I jeszcze więcej w temacie językowym:

    Maciek po trzech miesiącach czekania zaczął zajęcia logopedyczne z kanadyjską terapeutką.

    Dostaliśmy od niej materiały, ulotki, mamy ćwiczyć wyrazy z s i sz, np. (auto)bus. Poza tym przebywanie z dziećmi kanadyjskimi wyraźnie wpływa na język Maćka, jego koledzy chwalą się, że Maciek z nimi rozmawia. Trochę martwi fakt, że nie wszystkie osoby prowadzące zajęcia z chłopakami, znają angielski jako pierwszy język (w końcu to imigrancka Kanada, no i ta bardziej azjatycko-filipińska jej część), no ale przynajmniej ich rówieśnicy mówią dobrym angielskim.  Maciek używa m.in.: here, the book, me, no, up, down, go, stop. A po polsku mówi Mama daj mi! Bardzo ciekawie jest z alfabetem, niektóre litery nazywa po angielsku, więc na e mówi i, ale na w mówi i abjlju i wu. Miesza i wybiera.

    Czytamy z nim książeczki przesłane przez Ciocię Dorotę, opisujące metodę uczenia polskiego sylabami.

    Bo podobno szybciej dzieciaki uczą się języka kiedy czytają mu jako mu a nie emu,  a widzę, że Maćkowi właśnie takie rozróżnienie sprawia trudność.

    Logopedka mówiła nam jak ważne jest Keep Your First Language czyli o podejściu do utrzymania języka ojczystego w rodzinie, żeby do babci w Polsce nie mówić: Go here, żeby nie zapomnieć, i żeby się go uczyć. Ja zmuszam Krzyśka do dyktand z polskiego i będę to robić nadal.

    więc tak

    tendencja wzrostowa, są szczęśliwi, jest dobrze

    🙂

  • Kanadyjski żłobek Maćka i szkoła Krzysia – pierwsze wrażenie

    Ten post przeszedł niejeden lifting. A wszystko po to, że wracając do tamtych chwil, do tamtych emocji, nie potrafiłam się powstrzymać, żeby za każdym razem czegoś nie dodać/ująć,  czy inaczej sformułować.

    Ale tak to już jest z emocjami..

    Jeśli szukasz informacji o tym, jak dzieci polskie czują się w kanadyjskiej placówce tuż po przeprowadzce do kraju klonowego liścia, to dobrze trafiłeś. Sporo emocji i trochę faktów, czyli jak wyglądał nasz kanadyjski żłobek i szkoła na początku życia w Vancouver.

    Pierwsze dni w kanadyjskim żłobku Maćka

    Ciężko jest mi znaleźć odpowiednik polski daycare, bo to nie jest do końca przedszkole, ani do końca żłobek, ani tym bardziej przechowalnia dzieci. Albo punkt opieki, chociaż to trochę dziwnie brzmi.

    Maciek chodził do St. Michael Daycare (znalazłam taką stronę internetową, ale od razu napiszę, że jest nieaktualna niestety).

    • Na początek na trzy godziny dziennie, od 9 do 12.
    • Po jakimś czasie zostawał na drzemkę i wtedy był odbierany o 15.
    • Kiedy zaczęłam pracę, mogłam go odbierać najwcześniej o 16:30. Punkt opieki otwarty jest do 17:30.
    • Zaczął chodzić do daycare w listopadzie 2014, ja poszłam do pracy na cały etat w marcu 2015.

    Pierwsze trzy godziny beze mnie, w kanadyjskim daycare, przypadły na listopad 2014. Nawet mu się podobało, zjadł dwie miski zupy, po odebraniu z daycare był przejęty i opowiadał po swojemu.

    Niestety, następne tygodnie nie były już takie różowe – było niezadowolenie, że go zostawiam. Ale myślę, że to akurat nie wina kanadyjskiej placówki, tylko po prostu, taki etap.

    Standardowa tęsknota za mną, z rana, trwała przez dobre dwa miesiące.

    Nie będę ściemniać, lekko nie było.

    A przecież w daycare jest ciekawie!

    • Dyrektorką jest Dana, Czeszka z pochodzenia, która do Maćka mówi: nie płacz chłopcziku.
    • Dzieci różnie mówią po angielsku, są takie co tak jak Maciek, dopiero się uczą.
    • Wszystkie bawią się razem, niezależnie od wieku, a nie tak, jak w Polsce, że maluchy z maluchami, a starszaki w drugiej turze dopiero.

    Dyrektorka mówi, że w swojej 40 letniej praktyce miała wiele dzieci, które nie mówiły i były w podobnej sytuacji, co my – nowe środowisko, nowy język. I że wszystko się wyrównało, uspokoiło z czasem.

    Powinnam się nie martwić, ale się martwię.

    Czas pokaże, że Dana miała rację.


    Pierwsze dni w szkole kanadyjskiej Krzysia

    Krzysiek poszedł do drugiej klasy szkoły podstawowej Mount Pleasant Elementary. Ponieważ był strajk nauczycieli, rok szkolny zaczął się pod koniec września 2014.

    Pierwszego dnia szkoły 22.09.2014

    Tiaaa, siła przyzwyczajenia jest jednak ogromna.

    Nasz pierwszy dzień szkoły zaczęliśmy po polsku, czyli od wymaganej szkolnej elegancji (koszula plus czarne spodnie) i pokrzykiwania rano, że oczywiście nie zdążymy.
    Choć coś mi mówiło, że pierwszy dzień szkoły w Vancouver będzie wyglądał inaczej niż w Warszawie. No i wyglądał, ZUPEŁNIE INACZEJ.

    Nauczyciele, rodzice i uczniowie wyglądali za to zupełnie zwyczajnie, codzienne stroje, żadnego spięcia, punktualnie owszem (w Kanadzie wszyscy są bardzo punktualni), ale bez nerwowego dreptania po korytarzu.

    Po przyjściu uczniowie, którzy do szkoły uczęszczali już w zeszłym roku, kierowali się do swoich nauczycieli. Nauczyciele pozdrawiali i ściskali. Rodziców zresztą też ściskali, wszyscy się ściskali jak starzy znajomi 🙂

    Po szkole chodziła uśmiechnięta dyrektorka i inne princypaly, dyrka była w żółtej bluzce, kwiecistej spódnicy i klapkach, także tyle w temacie szkolnej elegancji i mundurka.

    Apelu żadnego nie ma, powitania przez ministra czy czegoś takiego. Byli też wolontariusze z sąsiedztwa, którzy często w takich sytuacjach pomagają odnaleźć się nowicjuszom takim jak my.

    Krzyś został skierowany do drugiej klasy.

    Pierwszego dnia szkoła trwała całą jedną godzinę. Zapytałam wychowawczynię (Ms. Harris, uczy też WF), czy mogę zostać na korytarzu,żeby jakby co, i popatrytwałam ponad regałami.

    Widziałam, że Krzysiowi było bardzo ciężko, łezki się zakręciły, nie chciał wziąć żadnej książki, bo mówił, że i tak nie zrozumie. Inni chłopcy podpatrywali z zaciekawieniem, jeden zagadywał, ale Kris siedział z ponurą miną.

    Początki nie są łatwe, będziemy się starać.

    Podczas tej jednej godziny dzieciaki:

    • czytały każdy swoją książkę (Krzyś nie czytał),
    • rozwiązywały zadania z matematyki pod kreską (Krzyś rozwiązał obie strony kartki),
    • zbierały swoje prace zeszłoroczne i opróżniały szafki na ten rok (siłą rzeczy Krzyś niewiele robił),
    • słuchały nauczyciela siedząc na dywanie w kółeczku i śpiewały.

    Ciekawe doświadczenie, ale na fali buntu Krzysiek mówi, że on woli takie normalne wkuwanie, lekcja po lekcji. Hehehe, zapytam go za trzy miesiące.

    Nic nie wiem o podręcznikach, zeszytach, przyborach, nie znam jego planu lekcji, wiem, że od jutra mają zajęcia od 9 do 15, że stołówka ruszy od czwartku, więc musi wziąć ze sobą lunch bez orzechów, i że na lunch będą mieli prawie 45 minut, więc od biedy da radę podbiec do domu, zjeść i wrócić, choć wolałabym, żeby w tym czasie łapał kontakt z dziećmi, zobaczymy jak będzie.


    Marzenia matki-emigrantki mam, takie cichutkie, żeby nie zapeszyć:

    • Jak bardzo chciałabym,  żeby już był czas przyszły, jakieś trzy miesiące do przodu.
    • Żeby mu było łatwiej, żeby nie pytał drżącym głosem: Mamo, a co jak mi się nie uda?
    • Żebym mogła go tak wspierać bardziej na miękko, a mniej po żołniersku.
    • Żeby miał kolegów.

    Drugiego dnia szkoły okazało się:

    • że panie nauczycielki są dwie;
    • że nic się do szkoły nie przynosi, tylko płaci się 25$ i jest wszystko, książki, zeszyty, farbki, etc.;
    • że od rana jest śniadanie, płacisz ile możesz, np 0,25$ i w stołówce możesz zjeść kanapkę z dzieckiem , z jego kolegami i z nauczycielami;
    • że brak ścian i zamkniętych klas to tzw. open school concept. Jest niewiele ścian, cała przestrzeń szkoły została podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
    • że dzieci wychodzą na każdej przerwie (a jest ich dwie), chyba że leje, tzn. LEJE, ale nawet wtedy kurtki są w odwrocie.

    Kolejne dni w szkole pokazały, że Krzyś nie chce mówić po angielsku, tzn. w domu owszem i chętnie, nas się pyta, do siebie mówi, JA WIEM, że potrafi zapytać i odpowiedzieć w prostych słowach. Ale w szkole niechętnie się odzywa.

    Mama dziewczynki, siedzącej przy jego stoliku, zapytała się mnie, czy to ja jestem mamą tego chłopca, co tak nic nie mówi i czy mogą jakoś pomóc (miłe to było).

    Krzysiek nie mówi, bo nie chce, a nie bo nie rozumie. Tak ja to widzę po trzech tygodniach szkoły.

    Stąd wraz z nauczycielką wymyślamy mu zachętę w postaci zbierania wyrazów/zdań angielskich – w zeszycie odnotowuje, ile i co powiedział po angielsku, dostaje naklejki i zbiera punkciki.

    Trochę słabe jest to, że ja to wymyśliłam (miałam nadzieję, że nauczycielki wykażą się większą kreatywnością i doświadczeniem w pracy z takimi dziećmi).

    Czuję się bardzo pedagogicznie niepewna w te klocki, działam bardziej intuicją, niż rzeczywistą wiedzą, jak uczyć własne dziecko języka.

    Dobrze, że Krzysiek lubi pracę w książeczkach – kupiliśmy trochę i w domu sobie codziennie robimy po kilka stron, głównie English (angielski) i Math (matema).

    Codziennie inna literka sponsoruje dzień – pamiętacie to ze starej dobrej Ulicy Sezamkowej? Ulicę też oglądamy, nie zdawałam sobie sprawy jaka jest fajna w nauczaniu angielskiego.

    Emocje szkolne i strach pierwszego dnia, związany z niezrozumieniem Angielskiego różnie się objawia.

    • Krzysiek potrafi się położyć na dywanie i udać, że śpi. I teraz nie wiem, czy on to robi bo: czuje się bezpiecznie i sobie pozwala na więcej, czy właśnie odwrotnie, czuje się niepwenie, chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę?
    • Nauczycielka zwróciła nam uwagę, że Krzyś nie patrzy w oczy podczas rozmowy. I się oblizuje. No, zwłaszcza ten jęzor wywalony to oznaka braku szacunku.
    • Jednak są dni, kiedy Krzysiek mówi: Mamo, ale ja już rozmawiam z wszystkimi kolegami po angielsku.

    I takich dni będzie coraz więcej, prawda?


    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała wątpliwości, czy są szczęśliwi.

     Często na chodzi mnie ta myśl, co powiedzą za kilka lat. Czy będą źli, że wyjechaliśmy z Polski? Czy będą wiedzieli, kim są?

    I czy od tego zależy och szczęście?


     Przeczytaj więcej o dziecięcych emocjach z początków emigracji

  • 6 zdziwień w kanadyjskiej szkole

    6 zdziwień w kanadyjskiej szkole

    Nasi synowie chodzili do szkoły w Kanadzie w latach 2014-2020. Czyli całkiem spory kawał edukacji podstawowej spędzili wśród Kanadyjczyków. Zanim wyjechaliśmy do Vancouver, Krzysiek skończył pierwszą klasę w państwowej szkole muzycznej w Warszawie. Dla Maćka podstawówka kanadyjska jest pierwszym doświadczeniem szkolnym.

    Poniżej przeczytasz notatki, które pisałam na gorąco, na jesieni 2014, kiedy z wielkimi oczami uczyłam się, jak działa szkoła w Vancouver.  Połączyłam te moje zdziwki, a właściwie zaskoczenia. Większość z nich to zaskoczenia na plus, więc mam nadzieję, że Cię nie przestraszę. Chcę pokazać Ci, czym szkoła kanadyjska różni się od polskiej.

    Dostałam też kilka słów o naszej obecnej edukacji – rok szkolny 2020 / 2021 chłopaki spędzają w polskiej szkole rejonowej w Lubuskiem.

    Lista moich 6 nieoczywistych kanadyjskich szkolnych zdziwień.

    Możesz przeczytać je wszystki, jak leci, co polecam. Lub przejść od razu do punktu, który Cię interesuje najbardziej:

    Obowiązkowe szkolenie o tym, co robić, jak jest trzęsienie ziemi.

    Na wypadek trzęsienia ziemi komponujemy dla Krzyśka mały zestaw – zalecenie ze szkoły; wszyscy uczniowie mają przygotować kilka rzeczy, gdyby przyszło do trzęsienia ziemi podczas zajęć lekcyjnych.

    W zamkniętej torebce foliowej powininno się znaleźć

    1. list od rodziców do dziecka,
    2. dane kontaktowe (Bartek, wpisaliśmy Twoją komórkę jako kontakt spoza regionu Vancouver, więc be prepared),
    3. jakąś rzecz, która pozwoli dziecku przetrwać czas do momentu, kiedy rodzice je odbiorą (według poniższej kartki, czas oczekiwania to do 72h, zapakowaliśmy mu klocki LEGO, co tam puszki z jedzeniem!)
    4. zdjęcia rodzinne,
    5. lekarstwa – od nas nic,
    6. powyższe rzeczy zostają w szkole, raz w roku można je wymienić.

    A może nie wiesz, że Vancouver, to jedno z najpiękniejszych miast świata, może się zatrząść? Może, może.

    Ale jakby co, my mieszkamy trochę wyżej i dalej od samego wybrzeża, więc pierwsza fala tsunami może zatrzymać się na megaśnych wieżowcach Wioski Olimpijskiej tuż nad zatoką English Bay.

    Komentarz Krzyśka po szkoleniu:

    Mamo, schowaliśmy się wszyscy pod ławki, bo jakby cegły spadały, to na biurka, a nie na głowy. Te biurka są bardzo mocne.

    [uff, lżej matce się zrobiło]

    Mała lekcja demokracji-negocjacji Canadian style.

    Któregoś dnia idę do szkoły z Maćkiem odebrać Krzysia.

    Na korytarzu siedzi dwóch naburmuszonych starszych uczniów i dwoje nauczycieli. Najpierw myślałam, że to rodzice tych uczniów, ale nie, to nauczyciele.

    Dlaczego myślałam, że to rodzice? No właśnie, dlaczego? Może dlatego, że siedzieli pomiędzy uczniami, blisko, na podłodze prawie. Może dlatego, że spoglądali z życzliwością, jakby to były ich własne dzieci?

    Zero wyższość, zero rezerwy, zero patrzenia z tak typowej pozycji nauczyciela, który jest panem szkoły.

    Przechodziliśmy obok, i usłyszeliśmy, jak jeden z nauczycieli powiedział spokojnie do dzieciaków: Nie musicie się lubić, ale musicie się szanować. 

    Żadnego tam w stylu: cisza uczniowie, rozejść się i nie bić na przerwie !

    Ale ja mam pewnie spaczone pojęcie, bo za dużo czytaliśmy Mikołajka i teraz wszędzie widzę oka. Tfu, Rosoła.

    (Nie)pełnosprawni koledzy w klasie / grupie.

    Zarówno w klasie Krzyśka jak i w grupie Maciusia są dzieci niepełnosprawne.

    U Krzysia jest dziewczynka, która porusza się z pomocą balkonika, ma coś w rodzaju przenośnej pompy/kroplówki i specjalne krzesełko w klasie. Poza tym zawsze jest z nią dodatkowa osoba, a to nauczyciel, częściej wolontariusz, taki co to ledwo szkołę skończył, albo i jeszcze nie. Dziewczynka zawsze się do mnie pierwsza uśmiecha.

    Jakoś tak na początku roku Krzysiek przyniósł prośbę od nauczycieli, czy rodzice dzieci z klasy wyrażają zgodę, żeby dziewczynka nagrywała swoich kolegów (robiła im zdjęcia) i później odtwarzała to sobie na Ipadzie. Że takie ćwiczenie jest wpisane w jej program nauki, ale ze względu na ochronę danych osobowych potrzebna jest zgoda i czy nam to nie przeszkadza. Oczywiście, że nie przeszkadza, niech się uczy na zdrowie.

    U Maciusia z kolei jest chłopiec z niedorozwojem ręki, zawsze bardzo roześmiany i pozdrawiający wszystkich. Z tego co wiem, przedszkole Maćka może mieć do dwójki dzieci, które wymagają specjalnej opieki, takich właśnie jak ten chłopiec.

    Ani klasa Krzyśka ani grupa Maćka nie są nigdzie wykazywane jako integracyjne.

    Ot, po prostu niektóre dzieci potrzebują pomocy przy angielskim, bo dopiero co przyjechały do Kanady, inne przy matematyce, a jeszcze inne, żeby im ktoś zatemperował fioletową kredkę.

    Wszyscy są pełnosprawni, mogą huśtać się na śmiesznych huśtawkach w parku, jeździć windą w każdym budynku i wsiadać do każdego autobusu, a nie tylko tych niskopodłogowych.

    Da się? Da się!

    Przyjemna wywiadówka

    Nie znam żadnego rodzica, który by lubił wywiadówki. Polskie wywiadówki, dodam.

    Mimo szczytnej i potrzebnej misji, okazji, żeby porozmawiać o swoim dziecku przedszkolno-szkolnym z nauczycielami, jakoś tak te wywiadówki nie za bardzo podchodziły. Strata czasu znaczy się.

    Bo jak porozmawiać na spokojnie o dziecku i jego celach, wynikach, siedząc przez 40 minut z innymi nieszczęsnymi rodzicami na mini krzesełkach w przegrzanej klasie, popołudniową porą, kiedy na złamanie karku pędziłaś z pracy, żeby zdążyć na określoną godzinę, żeby nie podpaść.

    No nie da się. Więc nie, za wywiadówki dziękuję.

    W Vancouver rolę szkolnej wywiadówki spełniają konferencje (conferences).

    Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwoma rodzajami: student-led conference (rozmowa, w której dziecko ma głos wiodący), oraz parent-teacher-conference (taka bardziej podobna do polskiej wywiadówki, model odchodzący powoli do lamusa).

    Przede wszystkim różnica jest taka, że dla mnie kanadyjska wywiadówka, zwłaszcza ta student-led, to jest ZAPROSZENIE do rozmowy, a nie NAKAZ rozmowy o moim dziecku.

    Dyrektor przysyła mi odpowiednio wcześniej informację, że będzie konferencja, że będzie trwała przez dwa dni. Nauczyciel dziecka umawia się ze mną na określoną godzinę, a nie nakazuje mi z góry, żeby być wtedy i wtedy, a jak nie, to po łapkach.

    Na wywiadówce jest obecne dziecko, ba, ono się do tej wywiadówki przygotowuje!

    W końcu będzie ją prowadzić i w końcu to o dziecko w tym wszystkim chodzi. Nic o nas bez nas!

    Jest jeszcze jeden praktyczny aspekt uczestniczenia dzieci w wywiadówce – część rodziców nie mówi po angielsku, więc dziecko służy za tłumacza. Od razu nauczyciel ma więcej mobilizacji, żeby odpowiednio dobierać słowa rozmawiając z rodzicem, a nie tylko ochrzan, że syn nie robi zadania na czas, a w ogóle to córka ciągle gada na lekcji i przeszkadza. Się nauczyciel wysili, coś miłego powie, bez negatywów, to dziecko z chęcią przetłumaczy swojej mamie 😀

    Przykładowa wywiadówka u Krzyśka – dzień przed, po południu, mówi mi, że w szkole przygotował sobie odpowiedź na trzy pytania:

    • w czym jest mocny?
    • nad czym musi popracować?
    • i czy przestrzega reguł w klasie.

    Krzysia odpowiedzi to kolejno:

    • math &  Lego building (matema i budowanie z Lego),
    • wriding (pisownia oryginalna, chodziło oczywiście o writing – pisanie, czyli, że nad pisaniem musi popracować; hehehe),
    • a co do reguł, to wybrał odpowiedź, że postępuje według nich czasami (sometimes).

    Później, na wywiadówce, siedzimy sobie we trójkę nad tą kartką, a Krzysiek nam opowiada, dlaczego takie odpowiedzi wybrał.

    Rozmawiam  z nauczycielką i owszem ma zastrzeżenia, nie jest tak, że super lukier tylko, ale patrz punkt wyżej, jej język, jej słowa są odpowiednio dobrane tak, żeby Krzysiek nie czuł się źle.

    Skoro K. nie do końca radzi sobie z wypowiedzią na forum klasy dłuższą niż zdanie, wymyślamy z nauczycielką, co możemy zrobić. Że np. my, czyli rodzice, będziemy z nim w niedzielę wieczorem ćwiczyć trzy zdania, które może powiedzieć przed wszystkimi w poniedziałek rano, trzy zdania o tym, co robił w weekend. Żeby go zachęcić do publicznego mówienia.

    Cała rozmowa trwała 10 minut. Dobra nasza. Krzysiek zadowolony z wywiadówki, ja jako rodzic zachęcona, zmotywowana. Nauczyciel jako równy partner w rozmowie dla mnie i dla syna, szacunek pełen. Potem Krzysiek pokazywał mi jeszcze klasę, książki, zeszyty, można było porozmawiać z innymi rodzicami.

    Tyle. Tak to wyglądało. Niezobowiązująco, bez zadęcia, bez przymusu. Na poważnie, a bez sztucznego kreowania podziału ja-nauczyciel WIEM, a ty-rodzicu SŁUCHAJ.

    Wywiadówka to chyba najprzyjemniejsza pogawędka jaką miałam z kanadyjską nauczycielką. Ciekawe, jaka będzie matura?

    Zapytałam na Facebooku i Instagramie, jakie są Wasze doświadczenia z wywiadówkami w Polsce i w Kanadzie.

    Kaśka opisała wnioski ogólne ze spotkań wszelakich:

    1. Ludzie nie potrafią ani prowadzić zebrań ani w nich uczestniczyć
    2. Nie stosują żadnych metod prowadzenia dyskusji, facylitacji, glosowania – nic nic nic.
    3. Grupa 20 – 30 osób jest trudna do ogarnięcia ale to jest wykonalne.
    4. Ludzie w większości, zarówno rodzice, jak i nauczyciele nie potrafią jasno i zwięźle formułować pytań, odpowiedzi ani podsumowywać wniosków. Dlatego spotkania tyle trwają i wszyscy są na nich wkurzeni.
    5. Prowadzący nie potrafią przełamać lodów, rozpocząć zebrania czymś co ociepli atmosferę, zwlaszcza w nowej grupie.
    6. Sam układ – rodzice w ławkach, pani pod tablicą (z dyrektorem bylo jeszcze lepiej – on na scenie, my na widowni!) upupia. Każdy się znowu czuje jak uczniak….także tak, to nie na moje nerwy

    Dla Agnieszki ważne jest, że w Kanadzie nauczyciel dzwoni na poczatku wrzesnia i po prostu rozmawia o dziecku. Pyta o mocne strony, rzeczy, ktore przychodza mu trudniej. Bardzo sobie cenie taka rozmowę. (…) przedstawienie się nauczyciela uważam za miłe

    Professional Development Day czyli nauczyciele się uczą, jak uczyć, kiedy dzieci się nie uczą!

    Co miesiąc jeden dzień jest taki, zwykle ruchomy i często w innych dniach dla różnych obwodów szkolnych. Jak nie ma szkoły, to dzieci się nie nudzą, bo mogą zostać w  klubach, na zajęciach, lub też z rodzicami, o ile ci dysponują jeszcze odpowiednio dużą liczbą wolnych dni  (nie ma tutaj ustawowych dwóch dni “na dziecko”).

    Mam mieszane uczucia, co do tych wolnych dni. W takim sensie, że nie wiem, czy jestem na tak, czy na nie.

    Na pierwszy rzut oka dni wolne wydają się problematyczne, bo dzieciom trzeba zapewnić opiekę. Żeby tylko opiekę! Rozrywki trzeba zapewnić, pizzę, wyjścia na basen, albo chociaż na spacer, ale jak tu iść na spacer, kiedy deszcz leje się ciurkiem. Poza tym każdy rodzic wie, że jedna rozrywka nie wystarczy, zaraz będzie apetyt na więcej. A wdzięczności po i tak nie ma żadnej, bo na basenie zawsze byliśmy za krótko, albo nie było hot dogów w bufecie, albo mamo, ja wcale nie lubię łyżew!

    Dzień wymagający, żeby się zorganizować rodzinnie.

    W klubie można dziecko zostawić, owszem, za dodatkową opłatą. Te ciekawsze zajęcia i całodniową opiekę na wolne dni rezerwuje się jeszcze przed początkiem roku szkolnego, kiedy tylko kuratorium publikuje kalendarz Professional  Development Days, bo interesujące programy i znane miejscówki rozchodzą się jak świeże bułeczki.

    Potem rodzic, który z dzieckiem dnia spędzić nie może pozostaje jedynie na łasce

    • a) babci (odpada u nas, chyba, żeby przez Skypa pilnowała),
    • b) klubów- przechowalni, gdzie zawsze jest miejsce (a dlaczego tam zawsze jest miejsce, to już można sobie samemu wywnioskować). Więc nieteges.

    Najlepiej jest tak sobie zaplanować Pro-D days, żeby powstał długi weekend. Tak nam się udało z wrześniowym dniem wolnym w 2016 i pojechaliśmy wtedy do Okanagan.

    Można też zrobić sobie wtedy maintenance day (och, uwielbiam to określenie, dzięki Dorota za podsunięcie tego wspaniałego pomysłu). Dzień roboczy potrzebny jest właściwie ciągle, ale jakoś rzadko ląduje w kalendarzu.

    A podczas Pro-D Day można na przykład załatwić wszystkie zaległe wizyty u lekarza. Albo z dzieckiem łazienkę umyć, niech wie, że samo się nie sprzątnie. Ewentualnie umówić się na playdate, czyli wspólną zabawę pod nadzorem jednych albo drugich rodziców. Przeczytaj w tym poście, jak zorganizować kanadyjskie playdate i nie zwariować.

    Jak każdy inny dzień, i Pro-D day w końcu mija. I wtedy jedynie wakacji szkolnych się boję.

    Tego najbardziej mi brak w kanadyjskiej szkole – stołówka!

    Katering, stołówka, dieta żłobkowa, przedszkolna, parówki i danonki, czyli ogólnie co (nie)jedzą dzieci. Zwłaszcza w szkole.

    Zaraz po : Co było w szkole? jest Co było na obiad? Czy zjadłeś na obiad jakieś warzywko? 

    Co wiemy o jedzeniu w kanadyjskiej podstawówce?

    Najpierw, jak to w Polsce wyglądało:

    Z Krzyśkiem i jego jedzeniem przerabialiśmy już chyba wszystko, np naleśniki z sosem truskawkowym w środku zimy.

    W szkole muzycznej w Warszawie na obiady szkolne chodziła cała klasa Krzysia, około południa. Posiłki były w stylu polskim, czyli zupa, drugie danie, soczek w kartoniku, różniące się detalami. Ogólnie Krzysiek coś tam zjadał. Cena za obiad – 6 zł. Płatność za wszystkie obiady w miesiącu z góry, ALE niewykorzystane dni można było odjąć od kwoty za następny miesiąc.

    W Vancouver trzeba co miesiąc potwierdzać chęć uczestniczenia w programie lunchowym, a menu jest znane z góry.

    Płaci się czekiem albo gotówką całość (można poprosić o obniżenie płatności, ze względu na niski dochód). Dzieci idą do stołówki i część je lunch przyniesiony z domu, a inne jedzą w tym samym czasie lunch z okienka. Ponieważ chcieliśmy, żeby Kris jadł coś ciepłego, też zapisaliśmy go na obiady.

    Moje wielkie rozczarowanie – dzieciaki nie mogą kupować sobie lunchu same. Kiedy myślę o jedzeniu w kanadyjskiej podstawówce, to jedno z pierwszych skojarzeń.

    W każdym amerykańskim filmie rodzice mówią : masz tutaj 5 baksów na lunch, a tu kicha.
    Byłoby to super rozwiązanie dla nas, bo Krzysiek dostawałby 4 CAD, szedł do stołówki i na miejscu decydował co zje. I nie trzeba by płacić za cały miesiąc. Na razie na pewno zjada pizze, hot dogi, burgery i rosół, wszystko inne bleee.

    A do obiadu jest mleko, a nie soczek. W wielu miejscach spotkaliśmy się z tym, że do zestawów dziecięcych (nie tylko śniadaniowych) jest dodawane mleko, zwykłe lub smakowe.

    Na zdjęciu menu miesięczne: sporo makaronu/ryżu z różnymi sosami, który wybitnie Krisowi nie podchodzi.

    W szkole nie ma sklepiku ze słodyczami, nie ma też sklepu w pobliżu szkoły, więc dzieci nie wydają ciężko zarobionych dolarów od rodziców na słodycze :).

    Częścią programu lunchowego jest również przekąska.

    W każdej klasie leży codziennie coś nowego do przegryzienia, a to jabłka, a to seler naciowy, albo krakersy, dla wszystkich dzieci, żeby żadne nie czuło się głodne. Nauczycielka Krzysia powiedziała mi wczoraj, że w następnym tygodniu przywiezie jabłka z gospodarstwa swojej siostry ?

    Ponad to jest jeszcze breakfast program, czyli wspólne śniadanie o 8:45.

    Nauczyciele, dzieci i rodzice mogą się spotkać na stołówce i zjeść kanapkę za symboliczną opłatą (dla dziecka chyba mniej niż 1$)

    Kilka słów dopisanych w 2020 roku

    Ten post napisałam w pierwszym roku naszego pobytu w Kanadzie, kiedy do szkoły chodził tylko starszy syn, Krzyś. Kilka lat później jesteśmy w Polsce i do polskiej szkoły rejonowej chodzi także Maciek, do drugiej klasy. Sporym plusem obecnej szkoły jest stołówka, na której kompot “smakuje jak w Ikea, mamo!”.

    Wywiadówki na razie wyglądają trochę tak, jak je pamiętam z czasów “przed Kanadą”. A trochę inaczej – w sumie zależy od nauczyciela. Wychowawczyni Maćka jest przemiła, wychowaczyni Krzyśka jeszcze nie poznałam. Wierzę, że dobro dzieci jest dla nich ważne i widzę starania, żeby naszych kanadyjskich chłopaków oswoić i włączyć w polski system.

    W 2020 mało piszę dłuższych tekstów o szkole na blogu, ale często relacjonuję na mediach społecznościowych, jak to w Polsce wygląda. Chłopaki uczą się też w kanadyjskiej szkole online, więc jeśli temat Cię interesuje, to dołącz do nas na Instagramie.

    Masz pytanie? Zadaj je w komentarzu! A może odpowiedź znajdziesz w innych postach o szkole i przedszkolu w Vancouver? Całą listę znajdziesz tutaj:

  • Polska lekcja – lekcja polskiego. Jak w Kanadzie realizujemy program polskiej podstawówki ?

    Kiedy w maju 2014 roku zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver, zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobimy z nauką języka polskiego naszego syna Krzysia (a właściwie nauczeniem zintegrowanym, bo tak nazywa się  w praktyce trzy pierwsze klasy polskiej szkoły podstawowej).

    Ponieważ na początku zakładaliśmy, że nasz pobyt w Kanadzie będzie trwał rok, chcieliśmy, żeby Krzysiek nie miał przerwy w edukacji polskiej. Krzysiek miał 7 lat w momencie wyjazdu i właśnie kończył pierwszą klasę państwowej szkoły muzycznej w klasie gitary.

    W czerwcu 2014 w warszawskiej szkole wystąpiliśmy o urlop roczny – napisaliśmy w podaniu, że w roku szkolnym 2014-2015 będzie mieszkał w Kanadzie i w tym czasie uczył się polskiego na poziomie drugoklasisty, tak, żeby w momencie, kiedy wrócimy, mógł pójść z kolegami nieprzerwanym tokiem nauczania.

    Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, czy będę go sama uczyć materiału szkoły podstawowej, czy też pójdzie w Vancouver do polskiej szkoły sobotniej, przy parafii Św. Kazimierza.

    W sierpniu 2014, po przeszukaniu dostępnych informacji w internecie, nasz wybór padł na ofertę Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą.

    Dlaczego zdecydowaliśmy się zapisać siedmioletniego syna do ORPEG?

    Skłoniło nas do tego kilka powodów:

    • Jest to jedyny system online, który działa pod patronatem MENu (początkowo służył dzieciom polskich dyplomatów na placówkach zagranicznych).
    • Od początku spodobała nam się strona internetowa, jakaś taka mocno, wręcz uroczyście, urzędowa. A przy tym przyjazna i czytelna. Dla wnikliwych podano nawet wykaz ustaw, w oparciu o które pracuje ośrodek.
    • Siedziba ośrodka mieści się w Warszawie (dla nas to ułatwienie, m.in. ze zdawaniem egzaminów czy odbieraniem dokumentów, bo mamy rodzinę w Warszawie).

    ORPEG to nie jedyna możliwość nauki języka polskiego online.

    Są również inne platformy umożliwiające naukę polskiego dzieciom emigrantów.

    Przewagą Libratusa jest fakt, że w ich systemie mogą się uczyć już dzieci pięcioletnie, gdy tymczasem program ORPEG oferuje pierwsze zajęcia dopiero dla pierwszoklasistów. Ale w ORPEG można za to zdać maturę!

    Jak zdecydować się na sposób nauki języka polskiego?

    Najlepiej samemu porównać, co oferują te różne systemy i wybrać najlepszy dla swojego dziecka.

    Ponieważ nauka polskiego online to wciąż zagadnienie stosunkowo świeże, wciąż niewiele jest opinii rodziców dostępnych w sieci.

    Aktualizując ten post w 2019, mogę Ci polecić grupę na Facebooku: Dwujęzyczność dzieci

    Jak u nas wygląda nauka jesienią 2014 roku?

    Będąc w systemie ORPEG Krzyś jest oficjalnie zapisany do szkoły im. KEN.

    Realizuje tryb nauczania klasy drugiej w systemie uzupełniającym, to znaczy ma lekcje z języka polskiego oraz wiedzy o Polsce.

    W praktyce to jest tzw. nauczanie zintegrowane, czyli realizuje taki sam program i podręcznik, jak jego koledzy w II klasie w Warszawie.

    Nasze wrażenia po pierwszym zalogowaniu się do systemu i pierwszej lekcji

    Na początku mieliśmy trochę technicznych problemów z kamerką, ale później słyszeliśmy dobrze, co mówi nauczycielka.

    Lekcja była w formie prezentacji online (webinaru). Dzieci pisały w oknie czatu lub nauczycielka oddawała im na chwilę moderowanie, aby uczeń mógł samodzielnie napisać odpowiedź na slajdzie.

    Całkiem nam się ta strona podobała, a  sesja webinarowa przebiegła sprawnie (dobrze, że MEN ma sensownych informatyków, pozdrowienia dla wujka Maćka).

    Nauczycielka była bardzo przyjazna. Zrobiła wrażenie dużego doświadczenia w nauczaniu na odległość.

    Lekcja trwała około godziny. Następna ku wielkiemu rozczarowaniu Krzysia miała się odbyć się za dwa tygodnie. On chciałby już mieć codziennie. Częstotliwość rzeczywiście nie jest najlepsza, a i szkoła ruszyła z miesięcznym poślizgiem (prawie jak w Kanadzie, hehe).

    Dzieci było kilkoro. Wszystkie oprócz Krzysia mieszkały w Europie, więc były oklaski, jak się dzieci i pani dowiedziały, że Krzysiek z tak daleka i dopiero co idzie na zajęcia do kanadyjskiej szkoły (u nas polska lekcja wypadł przed 9 rano).

    Minusy nauki w systemie ORPEG czyli aktualizuję ten post kilka lat później

    Jest rok 2019 i już od pięciu lat Krzysiek uczy się języka polskiego poprzez ORPEG. Od roku dołączył do niego Maciek. Krzyś jest w siódmej klasie, a Maciek w drugiej.

    Po tylu latach mam więcej przemyśleń i widzę więcej minusów.

    Materiał do “przerobienia” na lekcjach mógłby być lepiej przemyślany

    Dydaktycy tworzący materiał w polskich szkołach online muszą wiedzieć, jak polskiego uczyć jako języka obcego, bo właśnie tym on jest także dla mojego 100%polskiego dziesięciolatka.

    I tak długo, jak długo będziemy mieszkać w Kanadzie, polski, mimo, że jest językiem jego emocji i serca, będzie językiem mniejszościowym.

    Nauczycielu, pamiętaj o tym przygotowując prezentacje o rozbiciu dzielnicowym! Używaj prostszych słów, nie bombarduj milionem definicji. Nasze dzieci nie mają szansy zrozumieć i zapamiętać tego wszystkiego.

    To, czego mi brakuje w nauczaniu języka polskiego online :

    1. Brakuje mi sensownego planu tej nauki, dostosowanego do znajomości języka dziecka, a nie jego wieku;
    2. Brakuje mi sensownego planu tej nauki dostosowanego do możliwości intelektualnych i czasowych rodziców, oraz możliwości elastycznej modyfikacji tychże planów, kiedy nauka sobie, a życie sobie. Może zamiast kurczowo realizować plan rozpisany na rok, w rok, warto po prostu realizować plan. Jak się da.
    3. Brakuje nam atrakcyjnej formy i treści dla dzieci – dla dzieci w Polsce materiał polskiej szkoły jest nudny, to co dopiero dla dzieci, które mają dostęp do innych metod nauki? Krzyś wie więcej o kanadyjskich First Nations niż o zwyczajach Słowian, no i ja się pytam, dlaczego? Treściom pokazującym Polskę jako skansen rodem z Cepelii mówimy nie!

    Będąc w przededniu decyzji, co dalej z naszą przyszłością w Kanadzie, kontynuujemy naukę w ORPEG.

    Dzisiaj, czyli 21 września 2019 roku, zaczynamy właśnie lekcje organizacyjne.

    A jeśli szukasz więcej informacji o szkole online i naszych doświadczeniach, przeczytaj ten post z 2017 roku:

    A ty uczysz swoje dziecko języka polskiego? Jeśli tak, jakie są twoje sposoby? Napisz, a inny rodzic na emigracji ci za to podziękuje!

    Serdeczności!

  • Pierwsze kanadyjskie emocje dzieci. Oswajanie (się i) języka.

    Nie zliczę, ile razy pisałam ten post. Wersja, którą teraz czytasz, powstała podczas trzeciego lata w Kanadzie.

    Najpierw były krótkie notki na blogu, które czytała najwyżej rodzina. Najważniejsze pytanie, jakie dostawaliśmy w pierwszych dniach pobytu w Vancouver brzmiało: jak dzieci?

    Miałam nikłe pojęcie o blogowaniu i “klikalności”, więc pisałam tak po prostu. Myślę, że już nigdy potem posty nie były tak emocjonalne i osobiste.

    To są wspomnienia z Vancouver, z początku początków, z sierpienia i września 2014.

    Jeśli dopiero planujesz emigrację do Kanady, zwłaszcza z rodziną, gorąco cię zachęcam, poczytaj, jak wyglądały nasze pierwsze dni w Vancouver.

    Minęło pierwszych pięć dni w Vancouver i padły pierwsze tęskne słowa z ust Krzysia: szkoda, że tu nie ma babci…

    I nie wiem, jak się zachować. Na studiach mnie nauczyli całego mnóstwa rzeczy, mało przydatnych tutaj.

    Cała nasza rodzina pierwszy raz sama, tak daleko. Nie znamy nikogo, a nikt nie zna nas, bo co to ten moment rozmowy na Skypie z pracodawcą Kuby.

    Żeby się odezwać do tych, co w Polsce zostali, próbuję otworzyć komputer, ale słyszę żądanie o bajkę. Trudno, rodzic musi dawać przykład i emaile spadają na dalszy plan. Z hukiem spadają.

    Emocji tyle, że ciężko w sensowną historię ułożyć. Ale spróbuję. Zapiszę nasze oswajanie się, a zwłaszcza chlopaków.  Będą łzy i ciekawość. Tęsknota i duma. Sporo strachu, a więcej życzliwości.


    Ustalenie planu emigracji trwa “na żywca”, a pierwsze kanadyjskie emocje nie pomagają, oj nie.

    Praca załatwiona z Polski, a mieszkanie i tak tymczasowe, została szkoła dla Krzysia i żłobek/przedszkole dla Maćka. Niby mało, ale w praktyce okazało się, że właśnie te tematy przewijały się jesienią 2014 najczęściej.

    Zupełnie nie byliśmy przygotowani na emigrację dzieci.

    Ty bądź mądrzejszy!

    Oswajanie szkoły i szkolnych emocji – jest strajk nauczycieli i co im zrobisz?

    Krzyś (lat 7)

    To dopiero wyzwanie dla nowoprzybyłych. Lądujesz w Vancouver, a tu nauczyciele strajkują.

    Tak na dzień dobry dostaliśmy kawałek kanadyjskiej demokracji do oswojenia (się).

    Vancouwerczycy organizują dla dzieci strike camps, co śmiesznie brzmi, jakby to przetłumaczyć na polski. Chodzi oczywiście o obozy na czas nauczycielskiego strajku, ale z drugiej strony może nowych Wałęsów tam chowają (strike camps=obozy dla strajkujących)?

    I spróbuj w taki czas zapisać dziecko do szkoły w tutejszym kuratorium (bo to chyba kuratorium jest, hmm…) – do District Registration and Placement Centre, kiedy strajkujący nauczyciele siedzą na leżakach przed ośrodkiem.

    Rejestracji wtedy dokonują dyry i dyrdyry, wicedyry i inne szkolne oficjele, pełne dobrych chęci, ale niezaznajomione z tematem. W efekcie spędziliśmy tam 2 godziny, a i tak musimy wrócić.

    Ale, ale, Krzyś poszedł sam pisać test, rysować i rozmawiać po angielsku z panią. Przez całą godzinę! Pani pokazywała różne obrazki, a on je po angielsku nazywał, pytała go o imię, żeby narysował rodzinę, i były też obliczenia, ale bez odejmowania pod kreską (nie wiem, czemu, ale wyraźnie zaznaczył, ze odejmowania pod kreską nie było, chyba powinnam się zapytać matematyczki z polskiej szkoły, o co kaman?).

    Wyniki tego wstępnego testu z angielskiego (oraz, na to wygląda, z matematyki również) to jest opis, który zostanie przesłany do naszej szkoły rejonowej, gdzie na tej podstawie przydzielą Krzysiowi dodatkową pomoc w angielskim (teacher support).

    Przyszło też do nas pismo, że Krzyś jest w programie szkoły polskiej on line, więc zaczynamy edukację domową w zakresie klasy drugiej polskiej szkoły. Się nie wywinie, choćby chciał.

    Jak Krzysiek pierwszy raz poszedł na zajęcia strike camps, przesiedziałam dwie godziny w pobliskim Starbucksie, gryząc paluchy z nerwów.

    Chyba ze trzy razy podałam nauczycielom mój numer telefonu. Ale za to potem byłam z syna taka dumna, jak nie wiem co!

    Trochę się zdziwił, kiedy poszliśmy na zajęcia do kościoła, a nie do szkoły, czy community centre (skrzyżowania domu kultury i biblioteki), ale kościół był pięknie położony, nieprzypominający z wyglądu żadnego znanego obiektu sakralnego.

    Przyjęto nas po amerykańsku (a może powinnam napisać: po kanadyjsku?), czyli z otwartymi ramionami, szerokim uśmiechem, pytaniami: skąd jesteśmy, jak się tutaj znaleźliśmy i dlaczego.

    Wytłumaczyłam, że Krzyś owszem zna angielskie słówka, ale za wiele sam nie powie, choć jest po zajęciach pełen chęci i się dopytuje: Mamo, a jak poprosić o pizzę?Mamo, a nie podziękowałaś po angielsku [już mnie skubany poprawia].

    Okazało się, że podczas zajęć jedną grę znał z Polski, że chłopcy go zaprosili do zabawy w berka (przynajmniej tak odgadł, bo nie zrozumiał) i że zjadł marchewki (ach ten nieoceniony wpływ rówieśników, hehe). Ma już swojego ulubionego kolegę, z którym się podzielił kanapką z masłem orzechowym, co osobiście lekko mnie zdziwiło, bo był znak przekreślonego orzeszka i ogólnie w kanadyjskich placówkach jest najczęściej no peanut policy (winna: alergia).

    Bywa i tak, że emocje i nieznajmość języka nie przeszkadzają, a wręcz pomagają. Pomagają robić z siebie funny boya (klasowego klauna), co niekoniecznie jest mile widziane na zajęciach.

    Oczywiście gadka wychowawcza z naszej strony była, ale też nie uważam, żeby to było jakieś nadzwyczajne wykroczenie, ot po prostu mały chłopiec, wrzucony w nową rzeczywistość, radzi sobie jak może, raz lepiej raz gorzej.

    Jest dobrze, myślę, w nowej kanadyjskiej szkole wysiedzi.

    Szkoła zamiast na początku września, ruszyła 22/09/2014.

    Rząd prowincjonalny oddał rodzicom pieniądze, które zapłacili, posyłając dzieci na zajęcia zorganizowane (strike camps) w tym czasie, kiedy te powinni być w szkole. My dostaliśmy przelew czekiem na 400 CAD.


    Oswajanie żłobka/przedszkola

    Maciek (lat 2,5)

    Kiedy przyjechaliśmy, Maciek został wpisany na listę żłobka, daycare, z terminem przyjęcia na listopad 2014. Najpierw był mój wielki opad szczęki, że tak trudno o opiekę nad dzieckiem do lat 3, a potem wielkie zdziwienie wszystkich, że nam się udało Maćka gdzieś wcisnąć. Szczęście początkującego emigranta?

    Trochę gorzej nam poszło z językiem, a właściwie językami.

    Ma swoje zdanie na temat całej przeprowadzkowej sytuacji, ale skąpi słów zarówno po polsku jak i po angielsku. Potrafi prychnąć, krzyknąć, dać wyraz dezaprobaty.

    Za to mówi Hi i uśmiecha się do ludzi.

    • Mama jeje taktu – Mamo, zaśpiewaj piosenkę o zegarze
    • Tata plo? – Tata pojechał rowerem do pracy?
    • Mama koko – tutaj w zależności od kontekstu i intonacji: Mamo, poproszę jajko sadzone. / Mamo widzisz tego ptaka?
    • Mama kapko? – Poproszę soczek jabłkowy
    • Tak, chluuuuuup.… – Tak, chcę pić wodę

    I jeszcze całe mnóstwo innych, własnych dźwięków.

    Jak ktoś do niego mówi po angielsku, to jest zdziwiony, ale nie boi się.

    Ale co ja tam wiem, sama się boję gadać.

    W dodatku jak tutaj nie zgłupieć, kiedy jest się 2,5 latkiem, całe życie się słyszało, ze psy robią hał, hał, a nagle tutaj wow, wow, świnie chrum chrum, a tutaj oink, oink, no każdy by się pogubił, c’nie?


    Tutaj przeczytasz więcej o pierwszej jesieni w przedszkolu Maciusia


    Krzysiek i Maciek kontra reszta

    Chłopaki na placu zabaw tworzą coś tworzą coś w rodzaju obozu polskiego, i np. utrudniają dostęp innym dzieciom do zabawek. Inne dzieciaki jakby nie istniały. Puszczają hamulce, bywa, że jest jazda bez trzymanki, choć właściwie nie wiem, czy powodem jest przyjazd do Kanady, czy raczej ogólnorozwojowy foch-bunt dwulatka czy siedmiolatka.

    Kanadyjskie dzieci mają od maleńkości wpojone grzeczne zachowanie się i dzielenie, ale nasi chłopcy, wciąż w szoku poprzeprowadzkowym potrafią bardzo emocjonalnie zareagować. I jest klops.

    Z jednej strony zaciekawieni, chętnie by się przyłączyli do zabawy, do dzieci, ale jak już się przyłączą, to wszystko chcieliby tylko dla siebie.

    Jeszcze nie wiem, czy w obecności innych dzieci i ich rodziców mówić do nich po angielsku, czy po polsku, i w rezultacie często mówię po angielsku i zaraz tłumaczę. I o ile Maćkowi jest to obojętne, to Krzysiek zaznacza, że on jest Polakiem i będzie mówił po polsku.


    Te pierwsze kanadyjskie emocje co w tej małej, małej siedzą głowie, pędzą jak szalone, gdzieś tam werbalizują się po drodze, mniej lub bardziej właściwie.

    A ja? A ja staram się działać intuicyjnie, let them be little (pozwolić im być małymi).

    I czekać.

    Rok później jest łatwiej.