Kategoria: Mieszkanie w Vancouver

Dobrze mieszkać to niełatwa sprawa. A co dopiero w mieście, które co i rusz ląduje w rankingu najlepszych do życia i jednocześnie najdroższych miejscówek świata.

Przeszukaj tę kategorię, żeby się dowiedzieć o naszych perypetiach z poszukiwaniem mieszkania w Vancouver. Co lubimy w naszym mieście, co nas wkurza. To jeszcze nie Alternatywy 4, ale już całkiem blisko…..

Polecamy dzielnice i lodowiska. Szkoły i przedszkola. Gdzie pójść do lekarza. Słowem, wszystko, co musisz wiedzieć, zanim przeprowadzisz się do drugiego największego miasta Kanady.

  • House hunting czyli mieszkanie w Vancouver. Jak (nie) zamieszkać (pod mostem)

    Mieszkać każdy musi. Się nie da inaczej. Podstawowa rzecz, czyli dach nad głową. Niestety w Vancouver choć ten dach ze złota nie jest, płacisz za niego, jak za zboże.

    Jak chcesz zamieszkać w Vancouver nie ma bata, czeka cię szukanie domu. A jeśli dodatkowo planujesz kupno nieruchomości to przygotuj się jak na wyprawę na grubego zwierza, czyli house hunting.

    Ciekawą rzecz zaobserwowałam. Ostatnio temat mieszkaniowy pojawia się w rozmowach częściej niż zwykle. Oczywiście nie tak często jak Mikołaj, Święta, politycy i czemu tak pada, ale zawsze.

    Znajomi szukają nowego mieszkania, sąsiedzi się wyprowadzają, a posty nasze (dwa) o mieszkaniu w Vancouver wzbudzają zainteresowanie odwiedzających tego bloga (wiem, bo sobie zainstalowałam wtyczkę Google Analytics hehehe).

    Nas też od czasu do czasu napada chęć aby wyruszyć na house hunting, poszukać sobie innego mieszkania.

    Zwłaszcza jak odwiedzamy tych, co to wnętrza mają śliczne i oświetlone odpowiednią ilością lamp.

    Skoro temat ważny, to go pociągnę. Jak to czytasz, bo myślisz o wyjeździe do Kanady i ci się podoba, co piszę, podziel się wpisem, dobrze?

    Jak kupić dom w Kanadzie?

    1. Określ swoją zdolność kredytową

      I czy cię stać na spłatę kredytu – koszty miesięczne nie powinny przekraczać 35% twoich dochodów miesięcznych. W Kanadzie sprawdzisz to w tzw. credit report, który możesz sobie zamówić.

    2. Przygotuj spis agencji, które wystawiają domy na sprzedaż

      Wpisujesz w wyszukiwarkę: real estate agents in Vancouver i szukasz, czytasz, porównujesz. Szukaj też pod hasłami “home hunting” lub “home feature”. Pomocna wyszukiwarka to https://www.realtor.ca/mls

    3. Zobacz, czy w interesującej Cię okolicy nie ma sprzedaży bezpośredniej domu czy mieszkania

      To nie jest model tak popularny, jak w Polsce, ale co ci szkodzi się rozejrzeć? Wsiądź w samochód i poszukaj znaku “For Sale” przed domem.

    4. Obejrzyj dom / mieszkanie dokładnie

      Pytaj i zapisuj odpowiedzi. Swoje uwagi notuj. Może się przydać, kiedy będziesz negocjować cenę. Choć o negocjowaniu czegokolwiek w Vancouver to raczej zapomnij – wszystkie domy i mieszkania sprzedają się od razu.

    5. Idziesz do banku po kredyt

      Musisz mieć przygotowany wkład własny, czyli down payment (im większy, tym lepiej, minumum 5% kosztu domu). Będziesz też potrzebował CMHC Mortgage Loan Insurance oraz inne ubezpieczenia (np na życie, czy od utraty pracy)

    6. Składasz ofertę kupna

      Jeśli pomaga ci agent, to on przygotuje ten dokument: Offer to Purchase. Możesz też skonsultować ją z prawnikiem (lub notariuszem). Warto skorzystać z ich pomocy, żeby sprawdzili dokumenty własności.W ofercie kupna powinno być:
      ■ Kwota kaucji.
      ■ Dodatkowe przedmioty, takie jak zasłony , lodówka, kuchenka, pralka i suszarka, którą możesz zechcesz przejąć wraz z domem (zwane również ruchomościami).
      ■ Dzień zamknięcia (data przejęcia domu) – zwykle 30 do 60 dni od daty zawarcia umowy.
      ■ Prośba o aktualne dokumenty opisujące stan nieruchomości.
      ■ Data ważności oferty.
      ■ Wszelkie inne warunki związane z ofertą, w tym potwuerdzenie jak będzie wyglądało„finansowanie hipoteczne” i skończony dokument „inspekcji domu”

    7. Negocjujesz cenę

      Eh. W Vancouver niestety nie ma negocjacji, a bardzo często oferty kupna licytują się między sobą, oferując więcej pieniędzy niż cena podana przez kupującego (sold over asking price)

    Ustalmy sobie, że house hunting to zasadniczo szukanie domu. W Vancouver.

    Ale jeszcze częściej szukanie domu pod Vancouver.

    Spytasz dlaczego pod?

    Ceny, moi kochani ceny.

    Słynna na wiosnę 2015 kampania Nie mam miliona (#DontHave1Million), rozpoczęta przez mieszkankę Vancouver, taką zwykłą trzydziestokilkulatkę, z pracą normalną, odbiła się szerokim echem w całej Kanadzie i nawet na chwilę obudziła rządzących, którzy problem niebotycznych cen nieruchomości znają, ale nie garną się, żeby coś z tym zrobić.

    Młodzi ludzie, którzy mają pracę (dochód jednej osoby to około 40 tys. CAD na rok ) i myślą o założeniu rodziny, nie mają szans na kupno domu w Vancouver.

    Możesz pomyśleć, ej no halo, a kto ma szansę, my w Polsce też raczej jako trzydziestolatkowie domów w mieście nie kupimy.

    Ale trzeba tutaj o jednej rzeczy napisać: ci kanadyjscy trzydziestolatkowie w sporej części wychowali się właśnie w domach jednorodzinych, z ogródkiem z tyłu, trawnikiem z przodu, położonych wcale nie tak daleko od centrum, w tzw. residential areas, gdzie ruch jest mniejszy, dzieci bawią się na ulicy, a Downtown widać z górnego piętra.

    Rzadko kto z tych trzydziestolatków wychowywany był w wieżowcach w śródmieściu (zresztą nie jestem pewna, czy takowe już wtedy były???).

    Dość, że teraz jako dorośli szukając dla swojej rodziny podobnych warunków, jakie zapewnili im ich rodzice, mają ogromny problem. Kupno domu przerasta ich możliwość finansowe.

    Stąd kampania, stąd rozgoryczenie.

    Żeby kupić dom wolnostojący, na działce, w Vancouver trzeba mieć co najmniej 1 milion dolarów kanadyjskich (a to i tak w dzielnicy raczej na wschodzie niż na zachodzie, i dom to raczej klocek dość brzydki i do remontu).

    Więc jeśli rodzina decyduje się na kredyt hipoteczny i chce kupić dom, tak, żeby dzieci miały huśtawkę z opony przed wejściem, to niestety musi się z Vancouver wyprowadzić.

    I kupić dom pod. np. w Port Moody (byliśmy, ładnie tam, zielono, blisko do szlaków, ale komunikacja dość słaba).

    Nie mam miliona i w sumie to nie potrzebuję dużego domu. Kto to będzie sprzątał, co?

    Można jeszcze pomyśleć o (nieco) tańszej alternatywie, jaką są tzw. townhouses, czyli domki-szeregowce, jakie są budowane przez deweloperów albo w osobnych inwestycjach, albo jako przyklejone domki do bloków mieszkalnych.

    Zwykle w dzielnicach bliżej śródmieścia, lub nawet w samym centrum.

    Za cenę niewiele niższą niż dom wolnostojący, właściciel ma namiastkę domu i dostęp do wszelkich dóbr jakie niesie życie w centrum (nie pytajcie mnie, jakich, bo za nic bym w centrum mieszkać nie chciała).

    My  mieszkamy w bloku, który ma 5 takich szeregowych domków. I mamy z nimi wspólne patio.

    Takie domki mają:

    • swoje niewielkie ogródeczki,
    • osobne wejścia na ulicę,
    • a wspólny z nami parking i zarządzających.

    W środku nie ma co marzyć o sporej przestrzeni, jest dość wąsko (wiem, bo odwiedzaliśmy sąsiadów), ale jest to dom. Twój. Osobny. I ma ogródeczek. Na grilla. I żeby dziecko wypuścić na pohasanie.

    I właśnie do takiego miejskiego domku przeprowadzają się nasi znajomi z położonej nad zatoką i z widokiem na centrum Wioski Olimpijskiej, gdzie mieli mieszkanie dwupokojowe w nowoczesnym wieżowcu.

    Zamieniają mieszkanie na domek szeregowy z trawnikiem wielkości chusteczki, sporo większą przestrzenią mieszkalną. Będą mieszkać dalej od centrum (około 20 minut dojazdu).

    A cena jest o 1000 CAD niższa !

    Stąd mój wniosek – Kanadyjczycy z rodziną są przyzwyczajeni i chcą przestrzeni (kto by nie chciał) więc wolą mieszkać nawet dalej, byle ją mieć.

    To jest trochę pytanie w stylu: mieszkanie w centrum czy domek pod miastem? Pamiętam jak wielu z naszych warszawskich kolegów zadawało sobie te pytania i teraz dojeżdżają z Mysiadła pod Piasecznem.

    Nie przeczę, trawnik dobra rzecz. Ale ja wybieram mieszkanie w (prawie) centrum.

    Tylko cena za tę przyjemność zwala z nóg 🙁

    Mieszkanie w centrum Vancouver a potrzeby życiowe rodziny z dziećmi.

    Ok, temat dom(k)ów trochę ruszyliśmy, to jeszcze wrócę na chwilę do tego, dlaczego nie chciałabym mieszkać w Downtown, w Vancouver.

    Mogę się wypowiedzieć, bo mieszkaliśmy tam na początku naszego pobytu w Kanadzie. Krótko bo krótko, ale zawsze.

    Zacznę od tego, ze znam tylko jedną rodzinę, która z dwójką dzieci mieszka w Śródmieściu. Inne rodziny jakie widzę na ulicach w centrum, to są młodzi ludzie z malutkimi dziećmi, zwykle jednym, zwykle niemowlakiem.

    Takich rodzin z kilkulatkami, młodszą czy trochę starszą młodzieżą, nie widuję za dużo, z powodów wymienionych powyżej (przestrzeń, chęć wychowywania dzieci w spokojnych dzielnicach).

    W Centrum jest tłoczno, głośno, z parków to tylko ci, co mieszkają na West Endzie mogą w miarę wygodnie skorzystać (blisko do Parku Stanleya).

    Gdzie dzieciak ma jeździć na rowerze, hę? Więc ja się bardzo cieszę, że w centrum nie mieszkamy, i do naszego parku relaksujących się kolesi Maciek spokojną uliczką pomyka na biegówce.

    → Gdzie mieszkać: sprawdź nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

    Masz już za sobą kupno nieruchomości w Kanadzie? Podziel się swoim doświadczeniem, a ktoś ci za to podziękuje!

  • 5 sprawdzonych miejsc, gdzie jedliśmy w Vancouver i jak mnie Ceasar wkręcił

    Jedzenie to zawsze wdzięczny temat, każdego interesuje, prawda? I jakie ładnie historie można potem opowiadać, na przykład tę o chińskich pączkach Poniżej znajdziecie kilka słów o miejscach, gdzie jedliśmy w Vancouver.

    Lista wielce niekompletna, ale na początek się nada.

    Po kanadyjsku: jedyny taki, original & legendary, czyli White Spot Restaurant.

    Restauracja znanaod pokoleń mieszkańcom Kolumbii Brytyjskiej. Ludzie przychodzą całymi rodzinami, na codzień i od święta, na śniadania, lunch, kolacje.

    Często nawet nie patrzą w menu, bo od lat te same sprawdzone dania na pewno nie zawiodą.

    Nie zawiedliśmy się i my, ale też łał jakiegoś nie było. Dobre, szybko podane, przyjemna obsługa. Ceny trochę zawyżone, no ale hej, to jest restauracja. Jak się spóźnią z daniem, nie musisz za nie płacić, jak się pomylą w zamówieniu, nie musisz za nie płacić.

    Jest przyzwoicie. I dobre hamburgery. Ale nad ciastkiem z jagodami to musieliby jeszcze popracować.

    A jako opcję bardziej w stronę  fast foodową można wybrać się do Ricky’s All Day Grill, inny gastronomiczny rodzinny biznes z Kolumbii Brytyjskiej.

    Próbowaliśmy tam klasycznego burgera, smak okej, porcja niewyszukana jeśli chodzi o wielkość, dla chłopca lekko powyżej średniej może być niewystarczająca.

    Po japońsku, z lekka na wyrost, ale trzeba wspomnieć: sushi.

    Tutaj podobno najlepsze jest na Commercial Drive.

    Nam zdarzyło się parę razy zajść na sushi, do miejsca mniej wyszukanego, gdzie nie trzeba się wpisywać na listę oczekujących na stolik.

    Wybór ogromny, wystrój jak z popowej piosenki ze skośnookimi dziewczynkami, na talerzach sztuczne kwiaty i dymiący lód.  Sushi smaczne i niedrogie.

    Się nie znam zupełnie, bo w Warszawie może z dwa razy próbowałam, ale wydaje mi się, że tutaj receptura dania została trochę podrasowana, coby gustom miejscowym bardziej przypasować. Stąd majonez w sushi.

    Po żydowsku, czyli najdroższe drugie śniadanie w Vancity.

    Stęsknieni za prawdziwymi plackami ziemniaczanymi z kwaśną śmietaną, i skuszeni prawdziwym ogórkiem kiszonym (prawdziwym, a nie takim a’la pikle) zajechaliśmy kiedyś do Sally.

    Smacznie, ale porcje maluśkie, a ceny nie. Zatem placki musimy robić sami, a na rosół przyjdzie nam poczekać do wizyty w Polsce.

    Po kanadyjsku po raz drugi: restauracja/bar typu diner.

    Te najlepsze są oczywiście prz szosie 66 w Sanach.

    Ale chociaż szosa szerokim łukiem omija zarówno Vancouver, jak i resztę Kanady (ha ha ha), to jednak owe przybytki są i tutaj, i mają się dobrze, i serwują dużo, mało wyszukanie, na swojską nutę.

    Przy ulicy Głównej (ta część Main po stronie Mount Pleasant) jest ich całkiem sporo. Nasze ostatnie odkrycie i do tej pory bezapelacyjny zwycięzca w tej kategorii to Lucy’s Eastside Diner.

    Jeśli jesteś przypadkiem w Vancouver i na dodatek należysz do osób, które lubią jeść śniadanie na obiad, to na pewno musisz spróbować tutejszych zestawów brunchowych (czy tak to się pisze???). I potem rozpowiadać o tym znajomym, dziwiąc się, że jak to, mieszkają w Vancouver dłużej od Ciebie, a nie wiedzą co to jest Mac n Cheese and Pulled Pork Hoagie (CAD 9.5)?

    Kanapka grillowana z makaronem, serem i wieprzowiną zapycha skutecznie na wieeeeleeee godzin.

    No i jest jeszcze w Lucy zadanie:

    Wujek wyzywa na pojedynek, czyli Ty kontra 6 warstwowy megaburger & frytki & koktajl. Masz dwadzieścia minut, jak zjesz i się nie pochorujesz od razu, to Twoje zdjęcie ląduje na Ścianie Chwały i nie płacisz za jedzenie.

    A jak nie, no to mój drogi, czeka na Ciebie Wall of Shame, wstydź się, żeś myślał, że taki chojrak, a tutaj buła z mięsem Cię pokonała. Znacie kogoś, kto by się wyzwania podjął?

    I jeszcze ku przestrodze, bo oczywiście musiałam zaliczyć jakiś kulinarny wtop, a co.

    Dobrze, że świadkami była li i jedynie rodzina. Najbliższa.

    Więc tak, na każdym niemalże restauracyjnym stojaku z menu jest wypisane drukowanymi : CEASAR.  

    Myślę, wszędzie można sałatkę Ceasar zjeść, nie tylko w Macdonaldzie, ale wszędzie.

    Zatem zamawiam i kelnerka się pyta, czy  regular czy extra. Cena ta sama, zatem nie byłaby sobą i Polką, żeby nie zamówić extra (czyli w moim mniemaniu większą porcję).

    I za moment nastąpił opad szczęki, bo kelnerka przyniosła mi napój. CEASAR to jest drink.

    A konkretnie drink na “dzień po”.

    Stąd pewnie jego popularność i częstotliwość występowania w naszej okolicy.

    A Ceasar extra, to jest drink extra pieprzny, coby lepiej na nogi stawiał.

    Olaboga. Wypiłam, dobre, nie powiem, ale paliło w gardle niemiłosiernie. I mam nauczkę, że jak chcę sałatkę, to muszę poprosić o Ceasar salad.

    No to jak piszę o wtopach, to jeszcze się podzielę z tymi, co nie wiedzą

    Jak zamawiałam w Paryżu, wieki temu, bo w naszej podróży poślubnej, roast beef (czyli pieczoną wołowinkę).

    Zdziwienie wielkie nastąpiło, kiedy na talerzu przede mną wylądował…. tatar.

    Kelner mnie źle zrozumiał, albo mój angielski taki był słaby, ale nie, wolę zwalić winę na Francuzów, ja ich nie rozumiem, jak mówią po angielsku, więc pewnie nie(dosłyszący/douczony) kelner zamówienie przyjął na raw beef (czyli surowa wołowinka).

    I stąd zamiast pieczeni miałam tatara… Pewnie dobrze by się komponował z Ceasar’em do popicia…

    Na koniec jeszcze historia o chińskich pączkach. Chcielibyśmy o niej zapomnieć…

    W 2015 roku pojechaliśmy zbadać Kubę na ulicy Victoria.

    To wciąż w Vancouver, ale wybitnie azjatycka część, serio, zaczęliśmy nawet dla zabawy wyszukiwać na ulicy białego człowieka (trzech było).

    Klinikę znaleźliśmy, badania zrobione, ale ja nie wiem, co mnie podkusiło, żeby w tej dzielnicy zakupić celem popróbowania, wypieki chińskie.

    Weszłam do jednej piekarni, z szyldem, co to miał więcej znaczków chińskich niż ciastek na ladzie.

    Trzeba próbować nowych rzeczy, tej zasady się trzymamy, choć szczerze może ze 20% tego co do tej pory jedliśmyw  Vancouver, wzięlibyśmy jeszcze raz do ust.

    Ale ok, rozglądam się po chińskiej piekarni, nic, NIC, nie wygląda znajomo, ale się decyduję zakupić po trzy sztuki słodkie i słone (pani łamanym angielskim powiedziała mi o promocji- jak kupię 6 sztuk, nie naliczą mi tutejszego VATu).

    Przynajmniej w teorii różniły się smakami, w rzeczywistości chiński pączek nie smakował niczym, poza tłuszczem.

    I kształtem też pączka z Górczewskiej czy od Bliklego nie przypominał, albo chociaż poczciwego kanadyjskiego donata (pączka z dziurką).

    Długa, powyginana pałka, ociekająca tłuszczem.

    Na sześć ciastko-pączko-wypieków, JEDEN był jadalny. I to nie w całości (strasznie pikantny i tłusty).

    Reszta pęczniała w ustach, kawałki mięsa w nadzieniu miały dziwny kształt, fakturę, o smaku nie wspomnę, a po pierwszym gryzie wszystko wylądowało w śmietniku.

    No jacie nie mogę, a mówią, że Polacy jedzą tłusto. BLEEEEEEEE, żadnych więcej piekarniczych specjałów kuchni azjatyckiej.

    Dobrze, że migusiem udaliśmy się gdzie indziej, gdzie przepłukałam sobie gardło poczciwą niezdrową coca colą.

    Ale to już poza azjatycką dzielnicą, bo w tej jedyny napój dostępny na każdym kroku to Bubble Tea, co jest chyba nawet jeszcze gorsze od tych nieszczęsnych pączków (mieszanka mleka, herbaty i ciągnący się, lepiących, supersłodkich kulek z żelatyny, omg).

    Finał dnia: potężne dolegliwości żołądkowe o ujściu dolnym i górnym.

    Inne kanadyjskie przysmaki, które warto spróbować:

    • Poutine czyli frytki polane sosem pieczeniowym (gravy) i posupane kawałkami sera. Występuje w różnych odmianach, ja np lubię wersję śniadanowią, czyli z jajecznicą i warzywami. Kanadyjskie danie narodowe
    • Tourtiere – rodzaj tarty z nadzieniem mięsnym
    • Bannock – wysmażany / wymiekany placek ala chlebek (trochę jak langos u południowych sąsiadów Polski). Najlepszy jaki jedliśmy, był w Mission, w lokalnej knajpce
    • Montreal smoked meat sandwich czyli kanapka przełożona górą mięsa – wołową wędliną, zapeklowaną i wędzoną. Występuje w towarzystwie ogórka (pickle) oraz musztardy
    • Lobster roll – czyli kanapka z pastą z łososia
    • Butter tarts vzyli kruche mini tarty z bardzo słodkim nadzieniem
    • skoro słodkie to Beaver Tails, bobrowe ogony. Podłużne placki ala pączki, usmażone i podane z dowolnym słodkim nadzieniem. Tak, jest też Nutella i cukierki orzechowe Reese’s. Polecamy ogonki na Grouse Mountain
    • lokalne Nanaimo bars, czyli supoer słodki przekładany batonik kokosowo-kakowo-orzechowy. W Nanaimo, na wyspie Vancouver jest cały szlak miejsc oferujących Nanaimo bars. Tak, występuje też w wersji z bekonem.
    • dziwne i dziwniejsze: czipsy ketczupowe, czipsy o smaku ogórków konserwowych (dill pickle chips), all dreesed chips czyli mieszanka kwaśno-słonych czipsów (ketchup, barbecue, kwaśna śmietana, cebóla, oraz octowe), popcorn karmelowo-serowy (I know!)
  • Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

    Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

    #1

    Zacznę od lotu

    Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

    Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

    Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

    [Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

    Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

    Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

    Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

    My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

    I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

    Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

    No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

    I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

    Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

    Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

    [dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]

    Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

    Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

    Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

    Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

    W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

    Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

    Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

    Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

    Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

    Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

    Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

    Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

    Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

    Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

    Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

    Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

    Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

    Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

    Macha ręką i możemy iść.

    Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

    Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

    Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

    Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

    Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

    Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

    To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

    Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

    Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

    Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

    Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

    Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

    Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

    Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!

    #2

    Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

    Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

    Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

    Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

    Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

    Z rzeczy innych:

    1. walizki się odnalazły, jupikajej
    2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
    3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

    Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤

  • If it is not broken, do not fix it it – co ci powie kanadyjski lekarz rodzinny aka lekarz pierwszego kontaktu w kanadzie

    To będzie wpis z cyklu Przychodzi polska baba (z polskim chłopem) do kanadyjskiego doktora i nie wiedzą,czego się spodziewać. Orginał tego wpisu powstał w 2015 roku, ale przejrzałam go i zaktualizowałam w 2019. Daj znać, czy masz jakieś pytania o lekarza w Kanadzie. We wpisie znajdziesz też linki do innych, obszerniejszych artykułów o służbie zdrowia wVancouver.

    Do doktora poszliśmy razem z Kubą, chcąc odhaczyć kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w wakacje 2015, kiedy nasi synowie po raz pierwszy spędzali wakacje w Polsce, z dziadkami.

    Myślimy sobie, trzeba zajrzeć do lekarza, porobić badania krwi, oczy zbadać oraz narząd programisty nadmiernie eksploatowany – rękę.

    Żeby w Kanadzie skorzystać z darmowej (publicznej służby zdrowia), musisz być ubezpieczony. Jak się ubezpieczyć? Sprawdź, bo wymagania zależą od Twojego statusu w Kanadzie oraz od prowincji, w której mieszkasz. Więcej na ten temat pisałam w tekście o kanadyjskiej służbie zdrowia.

    Chcieliśmy sprawdzić, jak będzie nam się rozmawiało z Kanadyjskim lekarzem

    Mamy różne doświadczenia z lekarzami polskimi. Nie ukrywam, prywatne ubezpieczenie medyczne Medicover i Luxmed w Warszawie nas mocno rozpieściło. W latach 2009-2014 łatwo i szybko można było dostać się do przychodni, na specjalistyczne badania.

    Myśleliśmy, że w Vancouver będziemy mogli skorzystać z podobnych “przywilejów pracowniczych”, bo w kontrakcie Kuby (job offer) był zapis o extended medical benefits. Wiemy już, że to nie jest to samo i prywatny abonament w Polsce to coś innego niż dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne oferowane przez kanadyjskich pracodawców.

    Chcieliśmy dać się zbadać kompleksowo, wypadałoby chyba raz do roku, c’nie? Plus oczywiście nasze doświadczenie z kanadyjską służbą zdrowia jest niewielkie, więc trzeba się uczyć.

    Nie możesz w Kanadzie pójść sobie ot tak, do lekarza przyjmującego prywatnie. Albo do punku pobrania (laboratorium). Albo na tomograf komputerowy. Nie ma takiego zwyczaju, jak w Polsce. Że płacisz i masz prywatne zabiegi / badania, podobne do tych w państwowym Narodowym Funduszu Zdrowia.

    Zazwyczaj health card (czyli prowincjonalne ubezpieczenie zdrowotne) nie przysługuje osobom o statusie imigracyjnym innym niż pozwolenie o pracę (work permit), pobyt stały (permanent residency) czy obywatelstwo. Nie zawsze ubezpieczenie przysługuje małżonkowi / partnerowi czy dzieciom osoby ubezpieczonej. Nie jest tak, że kiedy mąż ma pozwolenie o pracę i ubezpieczenie, to jego rodzina dostaje to z automatu. Koniecznie sprawdź, jak to działa w prowincji, do której się wybierasz.

    Załóżmy, że masz taką sytuację, że nie masz ubezpieczenia z prowincji (w Kolumbii Brytyjskiej bedzie to MSP, w Toronto OHIP). A chcesz sobie zbadać krew. Co wtedy?

    Najpierw sprawdź tak orientacyjnie chociaż ceny zabiegów w takich przychodniach. Tutaj masz przykładowy cennik z przychodni Appletree w Ontario, z cenami ważnymi na maj 2020 roku. Sama wizyta, bez żadnych dodatkowych badań, pobrań krwi, etc. kosztuje 85 dolarów.

    Jak wykonać badanie specjalistyczne w Kanadzie, kiedy nie jesteś ubezpieczony?

    1. Idziesz do przychodni, czyli walk-in clinic

      Możesz wybrać dowolną przychodnię. Może być ta najbliżej, lub polecana. A może ta, która ma najkrótszą kolejkę pacjentów danego dnia? Sprawdź w internecie szczegóły.

    2. W recepcji mówisz, że nie masz ubezpieczenia, a potrzebujesz lekarza

      Możesz powiedzieć, że potrzebujesz porady lekarza (family doctor), który da Ci skierowanie na badanie krwi, prześwietlenie, tomograf. Recepcjonistka powie ci, ile to będzie kosztowało.

    3. Zawsze bierz rachunek, potwierdzenie płatności.

      Nawet jesli teraz nie masz ubezpieczenia prowincjonalnego, powinieneś mieć jakieś ubezpieczenie. Może uda się odzyskać część kosztów.

    4. Mówisz lekarzowi rodzinnegu, co potrzebujesz.

      I prosisz np o badania krwi. Jeśli lekarz wystawi skierowanie, to recepcjonistka od razu umówi cię w laboratorium. Lub powie, że zadzwoni do ciebie, kiedy będzie wizyta. Na zelceniu będzie napisane, że nie masz ubezpieczenia (MSP / OHIP coverage).

    5. Idziesz do laboratorium i jeśli to konieczne, znowu do lekarza, z wynikami.

      My korzystaliśmy z Lifelabs, bo mają tam możliwość zobaczenia wyników jak i całej historii. O wszystkim poinformują telefonicznie.

    Jak wybraliśmy kanadyjskiego lekarza pierwszego kontaktu?

    Chciałabym powiedzieć, że z polecenia. Ktoś nam polecił jakiegoś lekarza i do niego poszliśmy. O nienienie, to tak nie działa.

    Po pierwsze, pisząc “kanadyjski lekarz” nie myślę tylko o lekarzu, który jest Kanadyjczykiem. W Vancouver leczą lekarze wielu narodowości, także Polacy. Nie zależało nam specjalnie na lekarzu mówiącym po polsku, ale wiem, że dla wielu pacjentów ta kwetia jest ważna i podnosi ich komfort.

    Pytałam znajomych i nieznajomych o lekarzy rodzinnych, którzy przyjmują w naszej dzielnicy (Mount Pleasant) i przyjmują nowych pacjentów. Dostałam kilka(naście) nazwisk i wierząc, że lepiej pokazać się niż przez telefon prosić, poszłam do większości z tych miejsc. Poszłam i dowiedziałam się, że lekarz nie przyjmuje nowych pacjenów. Nawet z polecenia obecnych pacjentów. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak ważny jest networking w Kanadzie i że to, kogo się zna, bardzo często zdecyduje o jakości życia.

    W 2014 nie było jeszcze grup na Facebooku, na których możnaby zapytać o lekarza, przeczytać opinie z pierwszej ręki, ewentualnie poprosić o szepnięcie dobrego słowa na recepcji, żeby może znalazło się miejsce.

    Koniec końców zdecydowaliśmy, że jedziemy do walk in clinic. To przychodnia, co to już kilka razy w niej byłam.

    Ta przychodnia była najbliżej naszego domu i to zdecydowało. Wtedy nie mieliśmy innego pomysłu do kogo pójść, a wciąż nie mieliśmy doktora pierwszego kontaktu (family doctor).

    Jak próbowaliśmy rozmawiać z kanadyjskim lekarzem o badaniach okresowych.

    Będzie trochę śmiesznie, a trochę nie.

    Zajeżdżamy, fajnie, tylko godzina czekania, no i próbuję wytłumaczyć recepcjonistce z czym ja przyszłam. Że to nie jestem chora ani cierpiąca tylko tak profilaktycznie chcę zobaczyć doktora, ginekologa może (cytologia i te sprawy).

    I co się okazuje?

    • Że po pierwsze to od takich spraw jest lekarz rodzinny, jak nie mam, to ona mi da kontakty do tych co akurat przyjmują nowych pacjentów (fajnie).
    • A po drugie, owszem mogą w tej klinice mnie zbadać też, ale mam się zdecydować na jeden powód wizyty, słownie JEDNĄ dolegliwość. Jak mam dwie, to muszę przyjść na  kolejną wizytę, bo mi ubezpieczenie (Medical Service Plan) tego nie pokrywa. No ok, dziwne, ale ok, ja mówię, że idę po konsultację ginekologiczną, a K. że po zbadanie krwi.

    Dalej będzie o tym, co nam doktor powiedział w gabinecie, ale bez drastycznych szczegółów.

    Zaczął od tego, że on nie jest zwolennikiem badania osób zdrowych, czyli nas, bo  jak się coś znajdzie, to dopiero będziemy mieć problemy.

    Przede wszystkim się zestresujemy niepotrzebnie, a poza tym bank nam nie da kredytu na mieszkanie, albo polisy na życie, bo już będziemy mieć w medycznych papierach, że coś nam zdrowie szwankuje. No i w ogóle, twierdzi, jak się szuka, to się znajdzie, a po co? Lepiej się nie przejmować, lepiej nie naprawiać czegoś, co popsute nie jest (vide tytuł posta). Moja reakcja –  SZOK. Pytam o profilaktykę, o badania przesiewowe, o standardy. I co się okazuje? Że w Kolumbii Brytyjskiej sytuacja wygląda inaczej niż bym to sobie wyobrażała. Na przykład – nie robią kobietą USG piersi (podobno szkodliwe). Aha, no a jak to się ma do tych wszystkich różowo-wstążkowych marszów i nawoływania do zwiększenia świadomości na temat raka piersi? No nijak się ma, nie ma takich badań i już.

    Dalej w temacie kobiecych badań – cytologia owszem jest , co roku, a w takim np. Ontario podobno rzadziej (słowa lekarza).

    Kiwa głową ze zrozumieniem i tłumaczy, że muszę zweryfikować swoje oczekiwania wobec tutejszej służby zdrowia, bo oni co i rusz mają jakieś audyty, a za zlecanie badań zdrowym ludziom dostają po łapkach.

    OK, to może chociaż tabletki dostanę? I tu pozytywne zaskoczenie – są refundowane częściowo, jupikajej (w Polsce chyba nadal nie są?).

    Co do badań męskich, się nie będę rozwodzić, Kuba dostał skierowania gdzie trzeba, więc się zbada. P0 raz kolejny się przekonaliśmy, że służba zdrowia działa tutaj na innych zasadach, nie piszę specjalnie  gorszych – lepszych, tylko innych, trzeba się przyzwyczaić.

    Podsumowując tę scenkę rodzajową dzisiejszą, chcę napisać o naszych przemyśleniach już po wyjściu od doktora (skąd inąd miły był i powiedział, że Polacy robią najlepszą kapustę na świecie i że on nie tyka nawet kijem bigosu przygotowanego przez nie-Polaka).

    ✔ wpis – poradnik o służbie zdrowia → KLIK

    ✔ wpis – o kanadyjskim dentyście → KLIK


    Rozmawialiśmy sobie z K., że w sumie takie podejście –  zostawmy jak jest, póki nie jest zepsute (albo chore) – już kilka razy dało nam się zauważyć w kontaktach z Kanadyjczykami.

    Weźmy na przykład sprawę naszej pralki. Właścicielka mieszkania jeszcze we wrześniu mówiła, że pralkę nam wymienią. Dawaliśmy znać, że głośno chodzi, że jakieś tam elementy powyginane są, ale temat się urwał, powiedziała: skoro pracuje, to niech będzie. No i proszę ze trzy tygodnie temu, K. daje jej znać, ze pralka cieknie. Nie mija nawet tydzień, kiedy podłoga w sypialni przylegającej do łazienki puchnie. A kulminacją był nocny alarm pożarowy, który zerwał WSZYSTKICH mieszkańców z łóżek o 2 nad ranem. Staliśmy sobie wszyscy na ulicy (dobrze, ze ciepło było), koło wozów strażackich i słyszymy, że alarm spowodowało spięcie instalacji elektrycznej, na którą skądś kapała woda. Aha, no możecie się domyślić, co nam przyszło do głowy – yeap, pralka zawiniła. No i teraz właścicielka mieszkania ma ze trzy razy większy (i kosztowniejszy) problem niż gdyby nam tę  18letnią pralkę wymieniła zeszłej jesieni. No ale nie chciała, bo przecież pralka działała.

    Więc jak działa, to nie ruszać.

    W pracy też to mamy – proces jest do dupy, ale nikogo nie interesuje, żeby go usprawnić, żeby życie ułatwić. Działało tak zawsze, zostawmy, aż się nie wywali. A wywali się NA PEWNO, i wtedy dopiero będzie.

    No więc tak, refleksją się podzieliłam. Zdrówka!

  • Vancouver is awesome?! Powiedz nam, jakie jesteś Vancouver?

    Ten post najpierw ukazał się na portalu Klub Polek na Obczyźnie.

    Jakie jesteś Vancouver? Nasze-nie-nasze?

    Zachęcamy do obejrzenia tego filmiku, tak na dobry początek. W filmie w zabawny sposób pokazani są mieszkańcy Vancouver. A kto, jak nie mieszkańcy, najlepiej odpowie na pytanie, czym jest miasto i czy Vancouver jest wspaniałe.

    Poniżej, w wyliczance,  znajdziecie sporo punktów opisanych na podstawie tego filmu. So true!

    Nie jest to typowa lista plusów i minusów, chociaż na dole trochę będzie o tym, czy mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi. A warszawiacy są?

    Jakie jesteś, Vancouver? Zaczynamy wyliczankę

    W Vancouver mieszkańcy narzekają na pogodę.

    Jak deszcz, to źle, jak słońce, to za gorąco. Miasto z racji położenia nad Pacyfikiem, z górami za plecami, ma dość łagodny klimat jak na kanadyjskie standardy. Stąd często pada.

    I dlatego Vancouverczycy  mogą poszczycić się sporą kolekcją parasoli, a na tutejszym uniwersytecie pojawił się biznes w postaci wypożyczalni parasoli poprzez aplikację na smartfonie. Nie ma co, bez parasola ani rusz w mieście, które z powodu deszczu otrzymało ksywkę Raincouver.

    Jak pada, to pada, stąd dzieci z Vancouver mają niewielkie szanse na White Christmas.

    Ale nie ma co płakać, śniegu można szukać na któreś z okolicznych gór: Grouse Mountain, Seymour Mountain czy Cypress Mountain.

    Funkcjonują tam przyjemne kurorty narciarskie, gdzie każdy może poznać uroki szusowania.

    A do miejscowości Whistler, mekki snowboardzistów, gdzie odbyła się olimpiada w 2010, jedzie się niecałe dwie godziny, w bonusie otrzymując przepiękną widokowo drogę Sea to Sky.

    Olimpiada 2010

    To jest takie wydarzenie, które na stałe wpisało się w historię miasta.

    Najlepszy czas ever dla wielu Vancouverczyków. Dowodem niech będzie nieustająca miłość do tamtych chwil, czule pielęgnowane wspomnienia, obecność olimpijskich gadżetów w ofercie sklepów i oblężenie Wioski Olimpijskiej w Whistler. Trudno się dziwić – Kanadyjczycy zdobyli wtedy 14 złotych medali, co sprawia, że są rekordzistami w tej kategorii.

    Oprócz tematu Olimpiady emocje sięgają zenitu, kiedy Vancouverczycy rozmawiają o hokeju.

    Logo drużyny Vancouver Canucks jest obecne wszędzie, od przedmiotów użytku codziennego, po deklaracje na autobusach w dniu meczu: Go Canucks, go! Każdy mieszkaniec ma swoich ulubionych zawodników, a kiedy w Rogers Arena odbywają się mecze, to korki wieczorową porą gwarantowane!

    O korkach i jakości jazdy w mieście też można sporo powiedzieć.

    Korki skutecznie utrudniają funkcjonowanie w wąskim Downtown. Stąd plany Urzędu Miasta i zachęta burmistrza, żeby przesiadać się na rower.

    Miasto oferuje dobrze rozwiniętą siatkę ścieżek rowerowych, które pozwolą przebić się przez Śródmieście, świetne trasy nadmorskie oraz możliwość przewożenia rowerów w autobusach i metrze. Zatem zamiast kisić się w samochodach,

    Vancouverczycy przemieszczają się rowerami, jakże zdrowym środkiem transportu.

    A zdrowie, zdrowe rzeczy, to jest to, co tutejsi mieszkańcu lubią najbardziej.

    W Vancouver każdy biega, chodzi na siłownie, jeździ na rowerze, nartach, pływa po Pacyfiku kajakiem czy paddle board (rodzaj łódki z wiosłem, na której się stoi) czy praktykuje jogę w którymś z licznych parków.

    Mieszkańcy dzielą się przepisami na sałatkę z jarmużem czy polecają sobie rodzaje wody kokosowej, rzucając hasłami: shop organic i shop local.

    Dobrze jest być w Vancouver hipsterem, w któreś z rozlicznych kafejek, pochylonym nad laptopem z jabłuszkiem.

    Miasto jest mekką dla młodych ciałem i duchem, otwartym na wszelkie pomysły i inicjatywy.

    A jeśli jeszcze do tego jesteś specjalistą w IT, Vancouver jest miastem idealnym.

    Przygarnie cię któryś ze start up’ów technologicznych, wyrastających tutaj jak grzyby po deszczu, czy odział firmy z Doliny Krzemowej, przeniesiony do Vancouver ze względu na tańsze podatki i tę samą strefę czasową.

    Pracę da się znaleźć.

    Ale tanie mieszkanie już niekoniecznie.

    Na wiosnę echem w całej Kanadzie odbiła się akcja mieszkanki Vancouver #DontHave1Million, nagłaśniająca problem młodych ludzi , których nie stać na mieszkania, bo ceny tychże sięgają kosmicznego pułapu.

    Rynek nieruchomości skutecznie zniechęca do pozostania w Vancouver, stąd wielu młodych przenosi się do miejscowości ościennych: BurnabySurreyRichmond. Zresztą nie tylko młodych.

    Jak pokazują badania urzędu statystycznego StatCan, Vancity niestety najmniej szczęśliwym miastem w Kanadzie.

    Jak to, zjawiskowe położenie, pomiędzy górami a oceanem, ulice z kwitnącymi wiśniami, jak to możliwe, że tak urokliwe okoliczności przyrody nie wzbudzają zachwytu i poziom szczęścia nie oscyluje gdzieś w granicach kosmosu?

    → Mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi, bo nie ma szansy na kupno mieszkania w Vancouver.

    Większość milleniasów (czyli około 30stki) albo wynajmuje, albo mieszka w miejscowościach ościennych, no ale znowu w takim Surrey, to strach się bać mieszkać, bo tam od marca trwa wojna  hindusko-somalijsko-kanadyjskich gangów narkotykowych i już 12 osób straciło życie w strzelaninach.

    Nie stać cię na mieszkanie, a na dodatek cały czas pada, więc jak, jak panie premierze Harperze, żyć i być szczęśliwym?

    Odkąd jesteśmy tutaj, deszczu nie było wcale więcej niż w Polsce. [edit z 2016-2017 – padało przez 5 miesięcy, średnio 28 dni w miesiącu. Taaaaa]

    Zatem mimo, że mieszkamy w najmniej szczęśliwym mieście Kanady, to mamy szczęście, że nie padało tej jesieni-zimy-wiosny tak jak padać powinno.

    Badania pokazały, że najszczęśliwsi Kanadyjczycy mieszkają w Quebecu, w miastach poniżej 250 tys. mieszkańców. 

    Oczywiście oficjele na wieść o raporcie nie mogli się powstrzymać od podsumowania, że nawet jeśli mieszkańcy są nieszczęśliwi, to i tak szczęśliwsi od statystycznego obywatela innego kraju niż Kanada. Prawda to?

    Vancouver a Warszawa

    Jeszcze jedno ciekawe info  z kwietnia 2015:

    Warszawa w pierwszej piętnastce najlepszych miast do życia dla 30latków. A Vancouver za nią ! Na 17. miejscu.

    Toronto na 6. miejscu, najwyżej w Kanadzie.

    Pytać? Nie pytać? Dobra, zapytam 🙂 – Jak myślicie, które miasto lepsze?

  • Trawka czyli medyczna marihuana w Kanadzie i co miasto skręca

    Pierwszy post o sytuacji z legalizacją marihuany w Kanadzie opublikowałam w maju 2015. Rok później na łamach internetowego magazynu FUSS ukazał się dłuższy mój tekst, którego podstawą był tamten post. Postanowiłam zatem odświeżyć go, i zamienić oryginał na tekst z FUSS’a. Miłego czytania

    Przewałkowano ten temat w te i we wte. Najwyraźniej ojcowie miasta i mieszkańcy nie mają go jeszcze dość, jakieś regulacje i rozmowy w toku, co pobiorę darmową gazetkę uliczną Metro, to z pierwszej strony listek mruga znacząco.

    Można z gazetą w dłoni znaleźć miej­sca zie­lone, się leni­wie wycią­gnąć, towa­rzy­sko roz­ga­dać, usiąść z psem przy grillu.

    Można się maśla­nym wzro­kiem poga­pić na oto­cze­nie. Ręką trawę zie­loną leni­wie poma­cać. A drugą ręką trawę niezie­loną skrę­cić.

    Jak w Kanadzie wygląda medyczna marihuana?

    W Pol­sce jakieś nie­bo­tyczne lata wię­zie­nia cze­kają tego, kto maryśkę przy sobie posiada, bo wła­dza wni­kać nie będzie, na ile jest mu to potrzebne, by w cier­pie­niu ulżyć, o nie, ważne, że nie­le­galne, więc cap i mamy gostka.

    Medyczna mari­hu­ana jest legalna tak w Van­co­uver, w pro­win­cji Kolum­bia Bry­tyj­ska, jak i w całej Kana­dzie, gdzie dostęp do pro­ble­ma­tycz­nego leku i jego pro­duk­cja są ure­gu­lo­wane ustawą rzą­dową.

    Zostało wyraź­nie powie­dziane, ile można mieć na wła­sny uży­tek oraz co zro­bić, żeby dostać licen­cję pro­du­cen­ta­/sprze­dawcy.

    Mini­ster­stwo Zdro­wia wzbra­nia się co prawda przed nazwa­niem jej lekar­stwem, ale nie podważa prawa pacjen­tów do sto­so­wa­nia takiej formy tera­pii, o ile jest ona zale­cona przez wła­ściwą orga­ni­za­cję medyczną i zare­je­stro­wana we wła­ści­wym miej­scu.

    Nie­dawno mini­ster­stwo wydało naj­now­szą wer­sję prze­wod­nika po medycz­nej mari­hu­anie.

    Na ponad 150 stro­nach skru­pu­lat­nie opi­sano, jak sto­so­wać tę kon­tro­wer­syjną formę lecze­nia, a w sto­sunku do poprzed­niej wer­sji manu­ala dorzu­cono sporo nowych infor­ma­cji, m.in. o wpły­wie mari­hu­any na nie­które cho­roby umy­słowe czy jazdę samo­cho­dem.

    Rząd używa bar­dzo ostroż­nych sfor­mu­ło­wań, żeby broń boże nie zostać posą­dzo­nym o pro­pa­go­wa­nie zioła.

    Odno­szę wra­że­nie, że do obrotu maryśką Kanada podcho­dzi tak jak do sprze­daży alko­holu: nie pole­camy, ale nie zabra­niamy cał­ko­wi­cie, bo swój rozum macie, a poza tym wia­domo, że jak się cze­goś zabroni, to na pewno będzie to można dostać w inny spo­sób. Nie­le­galny i nie­bez­pieczny.

    Zioło, dasz miastu zarobić?

    Mimo to jest obszar zwią­zany z tym bizne­sem, ukryty w wiel­kim limbo, który podniósł ciśnie­nie wło­da­rzom naszego mia­sta.

    Cho­dzi o tzw. pot shopy, w któ­rych sprze­daż lecz­ni­czej mari­hu­any nie jest w Kana­dzie ure­gu­lo­wana.

    W maju 2015 w Van­co­uver dzia­łało 85 takich przy­byt­ków. To spe­cy­ficzne apteki-kluby, które pró­bują orga­ni­zo­wać coś w rodzaju wspól­noty, gdzie zaku­pów mogą doko­ny­wać jedy­nie zare­je­stro­wani człon­ko­wie, teo­re­tycz­nie na pod­sta­wie recept.

    I to wła­śnie te sklepy były solą w oku rządu, a i mia­sto miało o czym myśleć.

    Temat punk­tów sprze­da­ją­cych mari­hu­anę, a kon­kret­nie tego, czy Van­co­uver ma coś zro­bić, żeby na nich zaro­bić, wał­ko­wano rok temu we wszyst­kich gaze­tach.

    Z pierw­szych stron listek mru­gał zna­cząco i tylko miej­scami poja­wiały się infor­ma­cje o trzę­sie­niu ziemi w Nepalu albo innym „pomniej­szym” wyda­rze­niu.

    Jest się nad czym zasta­na­wiać – biznes maryś­kowy wzrósł w prze­ciągu roku o jakieś 150%.

    W Van­co­uver chyba tylko branża budow­lana ma się lepiej.

    Sporo pie­nię­dzy z opłat licen­cyj­nych, z podat­ków wsze­la­kiego rodzaju, to nie jest takie hop siup, żeby się nad tym nie pochy­lić.

    Z dru­giej strony jed­nak nie­le­galne (zda­niem rządu kon­ser­wa­tyw­nego pre­miera Stephena Har­pera), nie­ure­gu­lo­wane (zda­niem mia­sta) były te skle­piki, to nie Amster­dam, pro­szę pana, coś trzeba zro­bić.

    I wtedy Van­co­uver jako pierw­sze kana­dyj­skie mia­sto wpro­wa­dziło miej­skie roz­po­rzą­dze­nie regu­lu­jące zasady, na jakich dzia­łać mają cof­fee shops.

    Że tylko z licen­cją, że w okre­ślo­nej odle­gło­ści od szkół i miejsc uży­tecz­no­ści publicz­nej, że tylko pewna liczba takich skle­pów, że trzeba zapła­cić wstępne do kasy mia­sta.

    Ale pew­nie nie­długo sklepy z maryśką będą cool.

    Wła­dzę w pań­stwie prze­jął Justin Trudeau i Kanada jest cool, bo nowy pre­mier chce zale­ga­li­zo­wać rekre­acyjne uży­wa­nie mari­hu­any, ure­gu­lo­wać nie­ure­gu­lo­wane.

    Jak to wygląda u nas, w dzielnicy Mount Pleasant?

    Miejsc, gdzie można kupić sobie zioło, w oko­licy jest sporo.

    Jedno mamy nawet w naszym budynku, obok anty­kwa­riatu i fran­cu­skiej pie­karni. Nie­malże na przy­stanku auto­bu­so­wym, dwa kroki od com­mu­nity cen­tre.

    Skle­pi­ków ład­niej­szych i brzyd­szych na sąsied­niej ulicy jest sporo. Nie­które to więk­sze biznesy, z całą paletą pro­duk­tów dodat­ko­wych, serią ubrań czy gadże­tów. Z pięk­nymi wysta­wami i rekla­mami.

    Kupić skręta może każdy.

    Tak mówią ludzie. Że reje­stra­cja to mit, że nikt nie spraw­dza.

    A co ja mam na to powie­dzieć jako matka dwóch synów, lat 4 i 9?

    Prze­szka­dza mi zapach trawki w pobliżu pla­có­wek szkol­nych.

    Nie­stety w pobliżu szkoły Krzyśka, w Parku Relak­su­ją­cych się Kolesi (tak, tak, jest taki park, Dude Chil­ling Park), owi kole­sie czę­sto relak­sują się nadmier­nie, zosta­wia­jąc po sobie śmiet­nik.

    Choć pew­nie sporo działo się pod wpły­wem leczniczego narkotyku, z miej­sca nie winię jego stosowania.

    Bo czy mnie oce­niać, na ile ktoś potrze­buje i czy w ogóle?

    Krzy­siek ma taki sto­su­nek jak do pala­czy papie­ro­sów, czyli że śmier­dzi. Dzieci pod wpły­wem w parku nie widzia­łam. Jed­no­cze­śnie dobrze, że nowa mini­ste­rialna publi­ka­cja o mary­śce zawiera mocno roz­bu­do­waną sek­cję o wpły­wie tejże na mło­dych.

    Jest szansa, że leka­rze będą uświa­do­mieni, ostroż­niejsi, a w szkole zaczną się poga­danki na ten temat – o ile już takich się nie orga­ni­zuje.

    Mam (słabą) nadzieję, że nikt Krzyśka czy Maćka (omg) nie poczę­stuje, ale jeśli tak, to muszą wie­dzieć, co to jest i do czego służy.

    I nasza w tym głowa jako rodzi­ców, żeby im to obja­śnić. I o innych używ­kach też opowie­dzieć. O szyb­kich przy­jem­no­ściach, które spłaca się dłu­giem wobec sie­bie. Roz­ma­wiać o alko­holu, o papie­ro­sach i o mari­hu­anie też.

    Żaden rząd za nas tego nie zrobi, choćby nie wiem, ile naka­zy­wał i zaka­zy­wał.


     

  • Zdjęć garstka – wiosenne rowelove i kwitnące wiśnie w Vancouver. Cherry blossom festival

    Holandia ma tulipany, a Vancouver ma kwitnące wiśnie. Tak, dobrze czytacie, Vancouver aka mała Japonia 😉

    Kanada to nie tylko kraj klonowego liścia, okazuje się. Co roku, na wiosnę, na wielu ulicach i pomniejszych uliczkach zakwitają na różowo drzewa wiśni. Mniejsze, większe, pochyłe i rozłożyste. Na Instagramie szał kwiatów. [czekam tylko, aż ktoś ustawi hashtag na #robięzdjęcieludziomrobiącymzdjęciekwitnącymwiśniom ;)]

    Ok, ładnie, ale skąd one się tutaj wzięły? Kwitnące wiśnie w Vancouver to od zawsze tak?

    Też byłam ciekawa, zwłaszcza jak już przestałam się na nie gapić z otwartymi ustami [na rowerze nie polecam, bo muchy wpadają]. Skąd te drzewka tutaj? Poszperałam i oto jest proszę państwa :

    Vancouver cherry blossom festival 

    czyli taki czas w marcu i kwietniu, kiedy się o kwitnących wiśniach opowiada, dostojnie pomiędzy nimi przechadza (tree talks and walks), jeździ pomiędzy nimi na rowerze, spotyka z sąsiadami i przyjaciółmi i w ogóle co się da. Idea jest taka, żeby uświadomić mieszkańcom miasta, że drzewka wiśniowe to takie samo dziedzictwo jak zabytkowe domy, że trzeba je chronić i dbać o to, żeby miały swoje stałe miejsce na turystycznej mapie Vancouver.

    Historycznie, jednym słowem, je potraktować. Pierwsze drzewka pojawiły się w Vancouver w latach trzydziestych, podarowane, oczywiście, przez zaprzyjaźnione japońskie miasta. Od tamtego czasu, na przestrzeni lat, to dosadzano, to znów usuwano drzewka, żeby mieszkańcom się ładnie i wygodnie żyło (klik po więcej historii). Obecnie jest ich 130,000 ! Sporo. I dobrze 🙂

    Ładnie wyglądają na zdjęciach. Te poniżej są z 2015 i 2016, z naszych rowerowych wycieczek i spacerów po okolicy.

    wiosenne rowelove April 2015
    kwitnące wiśnie
    Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada
    Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada
    Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada

    do miłego !

  • MOA – Muzeum Antropologiczne w Vancouver. Jacy są Indianie kanadyjscy. Howgh!

    Ten post początkowo dotyczył naszej pierwszej wycieczki do MOA, na wiosnę 2015.  Latem 2016 roku napisałam krótki tekst o trudnej sytuacji Indian kanadyjskich dla internetowego magazynu FUSS. Postanowiłam wtedy połączyć ten post, inny, niewielki blogowy wpis o szkołach rezydencjalnych oraz artykuł z Fuss’a. I tak powstał poniższy post, na który zapraszam.

    Wstyd się przy­znać, że przed emi­gra­cją cała moja wie­dza o rdzen­nych miesz­kań­cach Kanady ogra­ni­czała się do mgli­stych wyobra­żeń czer­wo­no­skó­rych, poważ­nych twa­rzy i sze­lesz­czą­cych pió­ro­pu­szy.

    Prze­cież wiem, jak wygląda India­nin – w książ­kach napi­sali, westerny się oglą­dało, znaki dymne, tipi, toma­hawki i w ogóle. Cepe­lia from Kanada i drżyj­cie blade twa­rze.

    Teraz wiem wię­cej. Wciąż nie­wiele.

    Kilka wyrwa­nych z szer­szego kon­tek­stu infor­ma­cji, parę postron­nych i obar­czo­nych subiek­tyw­nym odczu­ciem obser­wa­cji na ulicy, coś tam, co Krzyś od czasu do czasu napo­mknie po lek­cji social stu­dies. Nic szcze­gól­nego.


    Wiosną 2015 byli­śmy w Muzeum Antro­po­lo­gicz­nym na tere­nie Uni­wer­sy­tetu Kolum­bii Bry­tyj­skiej, ale jak to z dziećmi bywa, prze­mknę­li­śmy po kory­ta­rzach, kątem oka zer­ka­jąc na wystawy.

    Muzeum Antropologiczne w Vancouver jest bardzo nowoczesne, na samiusieńkim końcu wybrzeża, bogate w zbiory, chociaż może niekoniecznie dla najmłodszych.

    Maciek prędko się znudził, a ciężkie szuflady przyprawiały mnie o bezustanny niepokój, czy nie przytrzaśnie sobie palca.

    A kawiarnia zamknięte w godzinach działania muzeum, o nienienienie, tak się nie bawimy 🙁

    Pojechaliśmy na festiwal tańców Indian z zachodniego  wybrzeża i ten pokaz, to był strzał w dziesiątkę

    Dosłownie opadły nam szczęki z zachwytu na widok tańczących, staranności z jaką wykonane są ich stroje i rekwizyty [zerknijcie na zdjęcia w dalszej części posta]. Było tak niewymuszenie uroczyście. Chłopcom też udzielił się ten nastrój i w skupieniu oglądali godzinny pokaz. Krzysiek komentował historie na scenie – raz w tygodniu mają w szkole zajęcia rdzennych mieszkańcach Kanady.


    Kim są rdzenni mieszkańcy Kanady?

    Mówi się na nich Abo­ri­gi­nal Peoples lub Indi­ge­nous Peoples, a sta­no­wią około 4% popu­la­cji kraju. Czyli nie­wiele. Kana­dyj­ska kon­sty­tu­cja uznaje 3 grupy rdzen­nych miesz­kań­ców. Pierw­sza z nazwy to First Nations. To o nich napi­sano książki, nakrę­cono filmy i opo­wia­dano dzie­ciom histo­rie – to są India­nie, cho­ciaż „Indians” to okre­śle­nie potoczne, nie używa się go w sytu­acjach i doku­men­tach urzę­do­wych. Póź­niej mamy Mety­sów (Métis), potom­ków Indian i pierw­szych euro­pej­skich osad­ni­ków, oraz Inu­itów (Inuit), czyli miesz­kań­ców ark­tycz­nych rejo­nów Kanady.

    Trochę historii kolonizacji Kanady

    Pierwsi Euro­pej­czycy przy­byli do wschod­niej Kanady na początku XVII wieku i zaczęli han­dlo­wać z tubyl­cami. Na han­dlu się nie skoń­czyło. Kolo­ni­za­to­rzy zaczęli zagar­niać dla sie­bie coraz wię­cej bogactw natu­ral­nych i ziemi, zmu­sza­jąc Abo­ri­gi­nal Peoples do zamiesz­ka­nia w rezer­wa­tach. Nie­ła­twe sto­sunki mię­dzy osad­ni­kami a miesz­kań­cami pró­bo­wał (nie­udol­nie) ure­gu­lo­wać rząd kana­dyj­ski, który w 1876 roku wydał Indian Act, zachę­ca­jąc, a wła­ści­wie naka­zu­jąc, żeby tubylcy porzu­cili swoje zwy­czaje i sta­rali się zasy­mi­lo­wać z przy­by­łymi z Europy osad­ni­kami. Na mocy tego aktu praw­nego roz­wi­nęła się sieć tzw. resi­den­tial scho­ols, szkół z inter­na­tem zało­żo­nych przez bia­łych osad­ni­ków celem naucze­nia rdzen­nych miesz­kań­ców Ame­ryki, czym jest praw­dziwa cywi­li­za­cja. Rdzenna kul­tura kana­dyj­ska opie­rała się na prze­ka­zie ust­nym (oral history).

    System szkół rezydencjalnych czyli wstydźcie się Europejczycy

    Nie­stety, dla Euro­pej­czy­ków tra­dy­cja nie­spi­sana w księ­gach była mniej warta, uznano ją za pry­mi­tywną.

    Dla­tego też tysiące dzieci zostało ode­bra­nych rodzi­com i umiesz­czo­nych w szko­łach, gdzie miały nauczyć się euro­pej­skiego – lep­szego – postrze­ga­nia świata.

    Ten sys­tem edu­ka­cyjny funk­cjo­no­wał w Kana­dzie aż do 1996. 

    Spe­cjalna komi­sja rewi­zyjna wio­sną 2015 podzie­liła się rezul­ta­tem swo­ich badań. Doli­czyli się 150 tysięcy dzieci, które uczyły się w tych szko­łach.

    Ogromna, przy­tła­cza­jąca liczba. Dzieci, które dzi­siaj są doro­słymi nie­ra­dzą­cymi sobie ze swoją prze­szło­ścią i teraź­niej­szo­ścią. Powoli prze­ła­mują mil­cze­nie, doma­gają się wyja­śnień i zado­śćuczy­nie­nia.

    W szko­łach rezy­den­cjal­nych dopusz­czano się wielu podłych rze­czy wobec indiań­skich dzieci: nie wolno było mówić w języku ple­mie­nia, reli­gia i prak­tyki reli­gijne inne niż chrze­ści­jań­skie nie miały prawa bytu, część dzieci wyste­ry­li­zo­wano i dopusz­czano się wobec nich nad­użyć na tle sek­su­al­nym.

    Linki do artykułów po angielsku: pierwszydrugi. I jeszcze artykuł z New York Times

    Tajemnicze zaginięcia tubylczych kobiet

    Reper­ku­sje na tle raso­wym przy­bie­rają nawet współ­cze­śnie formy bar­dzo opre­syjne.

    W naszym com­mu­nity cen­tre wisi tablica „Mis­sing Abo­ri­gi­nal Woman”. Jest o zagi­nio­nych i zamor­do­wa­nych auto­chto­nicz­nych kobie­tach, któ­rych ginie pra­wie 5 razy wię­cej niż innych Kana­dy­jek.

    Dla­czego? Nikt nie potrafi do końca wytłu­ma­czyć powo­dów prze­mocy, a śledz­twa kana­dyj­skiej poli­cji nie dają peł­nego obrazu tego, jak wygląda codzienne życie rdzen­nych miesz­kań­ców, ich codzienne wybory, które dla ponad 1000 kobiet skoń­czyły się tra­gicz­nie.

    Niek­tó­rzy winią nar­ko­tyki, inni kon­tekst spo­łeczny.

    Co robić jak się spotka w VancouverIndianina?

    Zda­niem Abo­ri­gi­nal People ani kon­sty­tu­cja, ani Indian Act, ani tym bar­dziej nie­sku­teczne dzia­ła­nia rządu nie służą ochro­nie inte­re­sów rdzen­nych miesz­kań­ców Kanady.

    Mimo że na pierw­szy rzut oka wydaje się, że tubylcy nie powinni narze­kać.

    Mają szer­sze upraw­nie­nia niż „zwy­kli” Kana­dyj­czycy – nie płacą podat­ków, stu­diują za darmo (kre­dyt na naukę na uczelni wyż­szej to pokaźny dług, z któ­rym absol­wenci zaczy­nają swoje doro­słe życie), a w niektó­rych zakła­dach pracy mają prio­ry­tet pod­czas zatrud­nie­nia.

    Mam wra­że­nie, że mia­sto im nie służy.

    Dla­tego szanse natknięcia się na India­nina w Van­co­uver są nie­wiel­kie, mimo że nie wszy­scy miesz­kają w rezer­wa­tach.

    Ale jak się już wpada na India­nina, naj­czę­ściej prze­cho­dzi się na drugą stronę ulicy.

    Tak, wiem, jak to brzmi.

    Wygląda jesz­cze gorzej.

    Ale tak wła­śnie jest i żadne zakli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści tego nie zmieni.

    Czę­sto bywają zanie­dbani, gło­śni, zma­gają się z oty­ło­ścią, spra­wiają wra­że­nie nie­za­rad­nych. Wyglą­dają na ludzi, któ­rym się w życiu nie udało.

    W niczym nie przy­po­mi­nają Indian z ksią­żek Karola Maya, ale nie to mnie smuci.

    W Kana­dzie nie poru­sza się tego tematu, cho­dzi się koło niego z nadzieją, że nikt nic nie powie. India­nie są więc niewi­doczni.

    Z rzadka sły­szy się o nich pod­czas pro­te­stów czy gorą­cych dys­ku­sji, kiedy przedmio­tem sporu staje się rzeka, zie­mia, tama.

    Sły­szy się o nich czę­ściej pod­czas uro­czy­sto­ści, kiedy sta­no­wią atrak­cję tury­styczną, bo prze­cież to wszystko takie kolo­rowe i piękne.

    Sami popatrzcie na zdjęcia – na pierwszy rzut oka można myśleć, że co jak co, ale Indianinem dobrze być !

    Indianie kanadyjscy_2_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie i emigracji do Kanady
    Indianie kanadyjscy_1_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie i emigracji do Kanady

    Z ksią­żek o India­nach wyła­nia się obraz dum­nego, odważ­nego i chcą­cego sta­no­wić samemu o sobie narodu.

    Dzi­siaj są jed­nak mocno potur­bo­wani. Na siłę dopa­so­wy­wani do stan­dar­dów euro­pej­skich, zostali pozba­wieni cią­gło­ści histo­rycz­nej, spo­łecz­nej i emo­cjo­nal­nej.

    Dzi­siaj India­nie kana­dyj­scy, mimo że byli tutaj od zawsze, zma­gają się czę­sto z wyzwa­niami więk­szymi niż nowo przy­byli.

    Histo­rii nie da się tak łatwo odkrę­cić. Nie wystar­czy powie­dzieć „prze­pra­szam”. Mleko się roz­lało i zapa­szek cią­gnie się przez lata.

    O dzi­siej­szych India­nach nikt nie napi­sze pory­wa­ją­cych ksią­żek, nie nakręci bra­wu­ro­wych fil­mów akcji.

    Żyją „gor­szym” życiem, mimo uła­twień nie­do­stęp­nych innym Kana­dyj­czy­kom.

    To, jak obe­szła się z nimi histo­ria pisana ręką bia­łego czło­wieka, z pew­no­ścią wpły­nęło na ich teraź­niej­szość.

    Dzi­siaj są nie­przy­sto­so­wani, nie pasują do wize­runku mia­sta sta­wia­ją­cego na mło­dych, wyspor­to­wa­nych, zarad­nych i ener­gicz­nych.

    Miesz­kam teraz w ich kraju, na ich ziemi. Nazwa „Canada” pocho­dzi z ich języka – kanata to wio­ska­/sie­dziba w mowie ple­mion zamiesz­ku­ją­cych oko­lice Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca.

    Patrzę na te same góry, na które oni patrzyli, czuję ten sam wiatr od Pacy­fiku.

    I jest mi żal.

  • Jesteśmy komjutersami – 6 ciekawostek zza szyby autobusu

    Od paru dni jeździmy całą rodziną autobusami, trolejbusami i kolejko-metrem po Vancouver i nawet do Burnaby (druga strefa biletowa).

    Ferie wiosenne w szkołach wymusiły taką oto aktywność naszą. Krzysiek uczestniczy w zajęciach pozaszkolnych w placówce YMCA (około 140 $ za cały tydzień od 9 do 17), zajęcia niestety są w sporej odległości od naszego domu, trzeba się przejechać do śródmieścia.

    A dodatkowo obecnie w Vancouver trwa kampania zachęcająca mieszkańców do głosowania za zwiększeniem wydatków na transport miejski, niestety kosztem podniesienia podatków, co jak możecie zgadnąć, wielkiej radości wśród ludzi nie budzi. Temat na czasie zatem 🙂

    Obserwowanie życia komjutersów to zajęcie fascynujące. 6 takich przemyśleń sobie spisałam:

    1. Wszyscy mają jakieś kubki, termosiki, czy wręcz kanistry z piciem, przysięgam widziałam panią ze słoikiem wody, w której pływał zielony ogórek pokrojony w plasterki, ot taka popitka ku zdrowotności.
    2. Trzeba mieć nie lada cierpliwość, żeby jeździć autobusami regularnymi, ledwo ruszy, już się zatrzymuje na następnym przystanku, ja rozumiem, że się nie chce nikomu za daleko chodzić, no ale żeby z przystanku było widać następny, to już chyba lekka przesada. Najlepiej jeździć ekspresowymi liniami.
    3. Do autobusu wsiada się przednim wejściem, uiszcza opłatę u kierowcy/kasuje bilet/pokazuje bilet/ uśmiecha się i mówi hałdujudu, po czym przesuwa się na tył autobusu (nie kierowcy). Jak się chce wysiąść, trzeba szarpnąć linkę biegnącą wzdłuż okien, wysiąść tylnym wyjściem, a wysiadając wypada podziękować i życzyć miłego dnia kierowcy (w końcu nas wpuścił, przewiózł i wypuścił). Na przystanku się czeka w kolejce, czasami wiją się owe w długich zawijasach (zwłaszcza na przystanku ekspresówki 99, przy stacji Commercial – Broadway), ale nie bój nic, są wymalowane pasy na chodniku, nie zginiesz w kolejce, która z składa się z przedkolejki, śródkolejki i tyłkolejki.
    4. Pojazd magiczny – SKYTRAIN, budzące bezustanną fascynację Maćka. Metro-kolejka, która jeździ sama, bez konduktora, bez maszynisty, ale miejsce dla konduktora i maszynisty posiada (czyli pojedyncze siedzenie tuż przy panoramicznej szybie przedniej). Jak się słusznie domyślacie miejsce to jest przedmiotem dzikiego pożądania i  chłopaki zawsze się o nie kłócą, no ale jest fajne, więc i ja czasami się przyłączam do wyścigu o nie.
    5. Koszt biletów zobacz na tej stronce, miesięczny od 99 do 150 $, pojedyncze w bloczkach (bilet jest ważny przez 90 minut) 2.10$ dla dorosłego, coś ponad 1.70$ dla Krzyśka.
    6. Moda moi drodzy, moda autobusowa, za bardzo się nie różni od mody ulicznej, ma być wygodnie. Jest jedna różnica – w autobusie da się wykonać makijaż, maznąć kreskę na zaspanym oku (ale tylko w pospiesznych, te regularne zbyt często się zatrzymują i można się nieźle dziabnąć w oko)

    i jeszcze nie mogłam się powstrzymać i linka podsyłam ….. choć autobusy w Vancity są niebieskie 🙂

    [symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

    PODZIEL SIĘ
  • Dragi i jak wygląda walk-in clinic czyli kanadyjska przychodnia

    Akcja odświeżania bloga 2017 i łączenia treści. Żeby było łatwiej czytać. Połączone dwa posty: o przychodni rejonowej Raven Song Health  Community Center oraz o przychodni typu walk-in. I trochę o aptece.

    Do odwiedzenia pielęgniarki szykowałam się od początku pobytu.

    Bardziej, żeby się zorientować, o co chodzi, niż z rzeczywistej potrzeby.

    Przychodnia społeczna, czyli Raven Song community health centre, jest na szczęście blisko naszego mieszkania. Spacerkiem 5 minut.

    Pierwsze wrażenie było miłe, bo zadzwoniła do nas pielęgniarka, wypytywała o sporo rzeczy przez telefon, umówiła nam wizytę. Na miejscu też wszyscy bardzo mili i pomocni, kolejek dużych nie ma, choć widać że to przychodnia dla tych z mniej zasobnym portfelem.  Sam budynek, jego wyposażenie, no cóż pamięta pewnie lepsze czasy, powiem szczerze, że lekko się zdziwiłam, kiedy Maćka zmierzono na korytarzu, bo tam ustawiono te przyrządy, a nie w gabinecie. Dobra, wiem, że nie należy sądzić po pozorach, po prostu mi się zatęskniło za kolorową poczekalnią prywatnych Luxmedów i innych Medicaverów, gdzie był ful zabawek, a komputer doktora nie wyglądał jak z epoki kamienia łupanego. Tak to tylko piszę, żeby Wam dać jako taki obraz 🙂

    Ciekawostka – tutaj zwracają pacjentom opłatę parkingową, ha!

    Z kolei po porównaniu kalendarzy szczepień wyszło, że wszystkie szczepionki, które w Polsce są dodatkowe (i mocno bijące po kieszeni, kto szczepił, ten wie), no więc te wszystkie szczepienia są tutaj opłacone przez Medical Service Plan, czyli tym ubezpieczeniem medycznym, który jest podstawowy i my go mamy 🙂

    Maćka czeka szczepienie przeciwko menigokokom, którego w Polsce nie robiliśmy (koszt chyba z 1000 pln). Poza tym waży w normie, wysoki jest z lekka poniżej średniej. Idziemy na wizytę za tydzień.

    Możemy się też bezpłatnie zaszczepić na grypę – co tydzień jest tzw. Tuesday Flu Clinic, gdzie przychodzisz z ulicy i możesz się zaszczepić. Zaszczepić się też możesz w wielu tzw. supermarketach aptecznych (drug store, ja to nazywam supermarket apteczny, bo jest skrzyżowaniem Żabki, Rossmana i apteki, oraz w przypadku sklepu najbliżej nas, również poczty!). Szczepienia oferowane są także w community centre, wszystko, żeby ludziom życie ułatwić i zapobiec rozprzestrzenianiu się paskudztwa.

    Dla przypomnienia nasza sytuacja ze służbą zdrowia wyglądała tak – dzieci były zapisane do państwowej przychodni na ul. Płockiej w Warszawie, do pediatry. Maciek został dopisany do pacjentów tylko dlatego, że od 2007 Krzysiek był pacjentem doktora Łodygi, bo tak to lista była pełna.W sumie ok, lekarz sensowny, przychodnia blisko, tłumnie, numerki na godziny wydawane z rana, najlepiej się osobiście rejestrować. Powiedziałabym, standard.

    Oprócz tego korzystaliśmy z abonamentów firmowych najpierw w Luxmedzie (lepiej), potem w Medicoverze (gorzej) – dało radę,szczególnie ze specjalistami, chociaż czasami terminy takie że zapomnij. Standard.

    Więc nasze pierwsze zderzenie ze standardem w Vancouver wygląda tak, że po dwóch miesiącach dostaliśmy karty zdrowia i możemy się leczyć niejako państwowo.

    Do tej pory mieliśmy ubezpieczenie wykupione w Polsce, turystyczne, ale najbardziej rozszerzone (chyba ze 3 000 zł nas kosztowało), ale to konieczność,

    bo jak nie masz kanadyjskiego ubezpieczenia zdrowotnego, to nie ma bata, w razie choroby bankrutujesz, płacąc za wszystko z własnej kieszeni. Zdrowie w Kanadzie kosztuje.

    serio
    Podobno są nawet negocjatorzy, którzy w razie takich sytuacji negocjują spłatę świadczenia medycznego (sic!) pomiędzy nieszczęśnikiem a szpitalem.

    Ubezpieczenie to MUS.

    Do nas przyszły eleganckie karty BC Health Cards i teraz szukam dla nas lekarza rodzinnego, czyli takiego, który będzie dla całej rodziny pierwszym kontaktem.

    Nie ma podziału na to, czy to pediatra, czy też internista dla dorosłych; przynajmniej tak mi się wydaje……

    Korzystam z takiej strony szukając lekarza, którzy przyjmują nowych pacjentów. Jak znajdę, to nas zapiszę.

    Oprócz tego są jeszcze tzw. walk in clinic, czyli przychodnie, gdzie możesz skorzystać z porady lekarza na miejscu, nawet jak nie jesteś do niego przypisanym pacjentem.

    Trudno jest zapisać się do lekarza rodzinnego. Kiedy jesteś “na chwilę” w Vancouver, pozostaje kanadyjska przychodnia dostępna dla wszystkich, na zasadzie, kto pierwszy, ten krócej czeka.

    Postanowiłam korzystać z faktu, ze mam elastyczny czas pracy (hęhę) i mimo długiego oczekiwania wybrać się na wizytę do walk-in clinic, czyli przychodni, gdzie nie trzeba się wcześniej umawiać na wizyty.

    Poszłam do tej, kilka osób mi o niej mówiło, trzeba było spróbować. Weszłam, przedstawiłam się, pani wzięła moją kartę BC Health Card, przejechała tą kartą w czytniku i mówi, że niestety czas oczekiwania na wizytę to prawie dwie godziny i żebym sobie poszła gdzieś coś pozałatwiać albo na kawę i wróciła. No ale dobra, na kawę się nie wybieram, postanowiłam zostać i poobserwować.

    Pierwsza obserwacja – lekarze nie noszą fartuchów, przynajmniej nie wszyscy, druga obserwacja – lekarze cały czas są w ruchu, serio, przemieszczają się wszyscy, a nie że tylko recepcjonistka lata.

    Jakieś to inne od polskich przychodni, gdzie z reguły jak się ktoś biega, to to na bank pacjent, poddenerwowany, że no co kurcze blade, co tak długo.

    Czekam i czekam, standardowy czas wizyty to około 10-15 min, choć widziałam jak mały chłopiec co się ojcu lał przez ręce, chyba z 40 minut był badany, a na końcu przyjechała po niego karetka 🙁

    No ale dobra, wchodzę i ja, 2 godziny odczekałam, mówię co i jak, doktórka o azjatyckich rysach zadaje pytanie, czy mam rozszerzony plan medyczny, żebym mogła pójść na masaż, bo to zwichnięcie ramienia, noż jasna cholera! Nie wiem, czy mam, więc na wszelki wypadek mówię, że nie mam. Muszę sprawdzić. Receptę dostaję, wychodzę po 15 minutach. Źle nie było, ale się naczekałam. Może trzeba było jednak pójść na tę kawę.

    Potem apteka.

    Są albo takie osobne apteki (koło nas jakaś taka niepozorna, chybaby się bała do niej wejść), albo kombajny apteczne, czyli np. Shoppers Drug Mart, apteko-drogerio-spożywczak w pobliżu. Idę i mówię, że ja pierwszy raz, i żeby mi wytłumaczyli co mam robić, bo mam tylko tę kartkę A4 z wypisanymi lekarstwami. No to się mnie pytają czy mam rozszerzone ubezpieczenie, sic, no widzicie sami, wszędzie to samo! Ale tutaj już jestem mądrzejsza i szybko wyciągam coś, co mi kiedyś Kuba dał, kartę znaczy się jakąś na której jest napisane insurance. Widzę błysk zadowolenia w oczach farmaceutki, znaczy się jest dobrze, trafiłam z tą kartą. Mogę albo poczekać na leki 20 minut (o nienienie), albo przyjść później. No to przyszłam później, leki w pełni spersonalizowane i po obniżce (część pewnie pokryło mi to ubezpieczenie, co to nie wiem, czy je mam, a jak je mam, to od czego).

    Łykam dragi i się leczę, proszę się nie martwić 🙂