Blog

  • Jakieś takie lewe jest to moje polskie prawo jazdy w Kanadzie

    To będzie post-wspomnienie o tym, jak robiliśmy prawo jazdy w Kanadzie. Takie trochę pojękiwania z drogi.

    Rozpocznę z przytupem: No jakże to, hola hola, taki ze mnie świetny polski kierowca,  a w Kanadzie to pies z kulawą nogą się nie zainteresuje? Ano tak, niestety….

    Ponieważ kupno samochodu nie było na naszej liście priorytetów zaraz po przylocie, doświadczenie mamy w sumie dość krótkie. Ale bogate w emocje, więc nie omieszkam się podzielić swoim zdaniem, a co!

    Cała ta sytuacja z prawem jazdy nie była nawet jakoś specjalnie nieprzyjemna, ale lekki niesmaczek pozostał. I coś na kształt zdziwienia. Że jak to, że serio jakieś lewe to moje polskie prawo jazdy?
    Ale od początku:

    Co zabrać z Polski, żeby zrobić kanadyjskie prawo jazdy?

    Ja mam prawo jazdy od roku 1999, Kuba podobnie. W Warszawie mieliśmy samochód, używany często, aczkolwiek niecodziennie. Ja siadałam za kółkiem zdecydowanie rzadziej.

    Postanowiliśmy jednak, że zawczasu przygotujemy sobie polskie dokumenty na wypadek, jakby nam się jednak odwidziało z samochodem i w Kanadzie będziemy użytkować intensywnie. Better save than sorry 😉

    W tym celu udaliśmy się do naszego urzędu na Woli i wystąpiliśmy o międzynarodowe prawo jazdy (taka szara książeczka) dla każdego z nas oraz o zaświadczenie, że żadne z nas nie miało nigdy cofniętego/zabranego prawa jazdy (kartka formatu A4 z pieczątkami i podpisami urzędników; warto się upewnić, że są na niej dane wymagane na tej stronie). Nie czekaliśmy na to długo, jakoś do tygodnia.Te zaświadczenia (po jednej kartce na każdego z nas) daliśmy potem do przetłumaczenia naszej tłumaczce przysięgłej w Warszawie (koszt chyba 20 zł od strony).

    Czyli lecąc do Kanady każde z nas miało po trzy dokumenty stwierdzające, że możemy kierować samochodem osobowym.

    Jak traktuje się polskie prawo jazdy w Kanadzie?

    [dane na rok 2017]

    Polskie prawo jazdy nie jest dokumentem pozwalającym na poruszanie się po drogach Kolumbii Brytyjskiej, jeśli pozostajesz w prowincji dłużej niż 90 dni.

    Opcje są więc dwie: albo co 90 dni przekraczasz granicę kanadyjską (ze Stanami na przykład), żeby sobie odnowić możliwość jeżdżenia na dokumencie polskim, albo robisz kanadyjskie prawo jazdy. Nie ma to jak mieć wybór, co?

    Wiem, że są Polacy (i nie tylko oni), którzy granicę przekraczają, żeby mieć od nowa te 90 dni.

    Inni decydują się na kanadyjskie prawo jazdy. (To nasz przypadek. Na początek wybrany do zadania został Kuba)

    Jest jedna niewątpliwa korzyść z posiadania kanadyjskiego prawa jazdy – podobnie jak w Stanach, driving licence jest uznawane tutaj za dokument tożsamości. Nigdy nie wiesz, w jakich okolicznościach może ci się przydać, no i łatwiej je ze sobą nosić niż paszport z wbitą wizą.

    Egzamin na kanadyjskie prawo jazdy

    Najpierw test z przepisów, logiki zachowania na drodze i takie tam

    [tak to wyglądało w 2015, a w 2017, kiedy ja zdawałam wyglądało… tak samo ;)]

    Ponieważ Kuba jeździł w Polsce autem dłużej niż dwa lata, nie musiał brać udziału w kursie, tylko mógł od przystąpić do egzaminu. Dostarczył dokumenty z Polskie [wszystkie szczegółowe dane, co i jak ma to wyglądać są na stronie ICBC] i zarezerwował termin. Dobrze jest zrobić to jak najwcześniej, bo w miesiącach letnich kolejki na egzamin praktyczny (road test) sięgają 12 tygodni oczekiwania. Podczas rejestrowania (i płacenia) otrzymał książkę papierową z wszystkimi przepisami i pytaniami do komputerowej wersji testu (knowledge test).

    Pytania różne, książeczka darmowa do pobrania jest z ośrodka, testy można też robić w domu na komputerze. Mój faworyt: co robić, jak przed maskę wparaduje ci łoś? Albo inny niedźwiedź? No co robić?

    Jak czujesz, że jesteś dobrze przygotowany, idziesz do jednego z ośrodków ICBC (otwarte od godzin porannych), zgłaszasz się do okienka i mówisz. A co mówisz? No to już zależy od ciebie, ja proponowałabym prawdę mówić.

    Czyli, że jesteśmy z Polski i mamy polskie prawo jazdy. I chcemy uzyskać kanadyjskie.

    I tutaj pani, mniej lub bardziej miła (albo pan) rzuci okiem na prawko, zobaczy, kiedy wydane, i zaordynuje: musisz zdać test z wiedzy oraz test praktyczny. Test z wiedzy możesz zdawać od razu, na wielkiej maszynie al’a jednoręki bandyta, na jazdy musisz się umówić. Koszt testu: 15 CAD.

    Musisz mieć 40 pytań dobrze z 50, jak jakiegoś nie wiesz, możesz kliknąć funkcję: omiń i potem wrócić do niego. System pokazuje ci, ile masz dobrze odpowiedzianych, a ile błędnych, więc się nie musisz denerwować, jak czegoś nie wiesz  – możesz ominąć, a kto wie, może w ogóle nie będziesz musiał wracać do tego pytania. Pytania są jak w książeczce, nie takie same słowo w słowo, ale logika taka sama. Więc się nie stresuj. Na to przyjdzie czas.

    Jak masz 40 pytań z głowy, pani macha na ciebie, odhacza coś w systemie i daje ci kartkę z linkiem i hasłem do logowania na stronę zapisów na road test. Login i hasło ustaw sobie jakieś takie łatwe i najlepiej napisz jej na kartce, żeby wstukała do komputera, bo odkręcanie błędnie podanego loginu wymaga osobistej wizyty w ośrodku ICBC. A po co ci to?

    W tym momencie następuje też moment, kiedy pani żywo interesuje się twoim prawem jazdy i ci chce je zabrać. I teraz taka kwestia: słyszałam wiele historii o tym, jak Polacy “załatwiają sobie” nieoddawanie polskiego prawa jazdy. Nie powiem ci, co robić i jak, bo to nie moja sprawa.

    Prawo B.C. mówi jasno: nie możesz mieć dwóch driving licences. Ale jaki jest powód i dlaczego prywatna firma może zabrać oficjalny dokument wystawiony przez inne państwo, tego nie wiem.

    Oczywiście zapytałam. Dialog jak z Barei poniżej:

    • Pani na moje pytanie odpowiedziała w stylu iście polskim: Bo tak!
    • No to ja na to: Ale co zrobicie z moim polskim prawem jazdy?
    • Pani: Zniszczymy! (czy mi się wydawało, czy złowieszczy błysk w oku dojrzałam?)
    • A ja: Ale ja jadę do Polski za trzy miesiące, jak będę jeździć?
    • Pani na to: Będziesz mieć kanadyjskie!
    • Ja: Ale dlaczego myślisz, że mogę w Polsce jeździć na kanadyjskim, skoro w Kanadzie nie mogę na polskim?
    • Pani: milczenie….. dłuższe milczenie….w końcu: To sobie zrobisz międzynarodowe!
    • Ja: Ale ja już mam międzynarodowe! Chcesz zobaczyć?
    • Pani nie chciała.

    Zabrała moje polskie prawo jazdy, powiedziała, że i tak jest nieważne, bo ważne było tylko 90 dni od mojego pierwszego przylotu do Kanady i tyle. Na nic moje utyskiwania, że jak to, nie miałam jeszcze praktycznego egzaminu, a co jak nie zdam, a co jak w trybie awaryjnym będę wracać do Polski? Nie żebym się awanturowała, o nie, ale no jakże to tak, panie kochany?

    Zabrała i już.

    Wzięłam kartkę z linkiem do strony logowania i w domu wpisałam się na pierwszy możliwy termin egzaminu praktycznego. I tak, terminy oczekiwania są długie, ale, ale jak często zaglądasz na stronę, to zwalniają się terminy na jutro czy pojutrze, bo ludzie odwołują w ostatniej chwili. Możesz też telefonicznie się umówić na egzamin.

    A co na egzaminie praktycznym?

    Po pierwsze przyjedżasz swoim samochodem, może być nawet pick up 😉 Nie to, co w Polsce kiedy się zdawało tylko na Fiatach Uno.

    Zgłaszasz się do ośrodka, w którym zarezerwowałeś termin i placisz 50 CAD. Ja miałam w Północnym Vancouver, Kuba w Point Grey. Oczywiście usłyszysz w internetach, że w jakimś zdaje się łatwiej, w innym trudniej. Może. Ja myślę, że to bardziej zależy od egzaminatora niż konkretnego ośrodka.  Ja, korzystając z rad tych, co zdawali wcześniej, miałam nadzieję dostać kolesia z tatuażem, który podobno za ostry nie jest. I co? I oczywiście do mnie przyszedł Bob, a pan z tatuażem podszedł do młodego Azjaty tuż za mną! No pięknie się zaczyna…. nie ma to jak pozytywne myśli przed egzaminem.

    Egzaminatorzy są różni i chociaż nie czepiają się tak, jak w Polsce, w sensie nie podpuszczą cię (Bob mi zresztą powiedział no tricks), ale jak się trafi bardzo skrupulatny, to dostaniesz więcej punktów za błędy.

    A te mogą być różne:

    • ✔ Przede wszystkim wbij sobię w głowę nawyk kręcenia nią na wszystkie strony. Tzw. shoulder checks, czyli sprawdzanie przez ramię, czy nic nie nadjeżdża z prawa/lewa. Bardzo na to zwracają uwagę! I potem jak ci tik zostanie, to rodzina z Polski na wizycie w Kanadzie się dziwi, co tak głową machasz….
    • ✔ Odpowiednie zatrzymywanie się – jak jest stop, to stajesz, a nie tylko zwalniasz, że prawie stajesz. Prawie robi różnicę.
    • ✔ Skręcanie w lewo – dużo płyciej wjeżdża się na skrzyżowanie. Właśnie ten manewr w moim wykonaniu Bob skomentował na koniec: we could have been almost grilled….
    • ✔ Skręcanie w prawo – patrz na rowerzystów. Pamiętaj: W Vancouverze ludzie jeżdżą na rowerze. W ogóle to rozdział o rowerzystach poczytaj z książeczki – bo mogą zapytać o znaki sygnalizowania ręcznego. Wiedziałeś, że jak rowerzysta skręca w prawo, to może unieść lewą rękę do góry? No właśnie!
    • ✔ Światła, klakson, podgrzewanie szyby i wycieraczki to twoi przyjaciele – zawsze będziesz ich przedstawiał instruktorowi na egzaminie. Zapoznaj się.
    • ✔ Różnie bywa z prędkością – jak hamujesz ruch na drodze, to minusik, lepiej jechać nawet lekko więcej niż dozwolone. Pamiętaj, że na autostradę musisz wjechać z dostosowaną prędkością. (Nie pamiętam, ale w Polsce chyba nie minusują za zbyt wolną jazdę?) Ale, ale jeśli tylko kilomer czy dwa kilometry na godzinę więcej pojedziesz ponad limit 30 km w strefie szkolnej, to na bank masz minus.

    Egzamin trwa około 40 minut, egzaminator w trakcie nie mówi ci, jak idzie, jedynie gdzie masz jechać i jeszcze: do this, do than when YOU think is safe. Na koniec dostaniesz kartkę z wszystkimi jego notatkami – jak nie zdałeś, to sobie poczytaj i do następnego testu już będziesz wiedział. Jak zdałeś, idziesz za egzaminatorem, płacisz opłatę za wydanie plastikowego prawa jazdy, robią ci zdjęcie i voila! Dostajesz papier, że możesz jeździć, a karta przyjdzie pewnie po tygodniu. Uważaj na jej ważność – Kuby prawo jazdy było ważne tak długo jak długo miał pierwsze pozwolenie na pracę. Później trzeba wymienić.

    Suplement

    PS. Nie musisz mieć jazd z instruktorem wcześniej, żeby przystąpić do egzaminu praktycznego. Ale instruktor sporo podpowiada o właśnie takich, typowo kanadyjskich smaczkach na drodze. Może warto to rozważyć? Jak nie masz swojego auta, to i tak musisz wynająć, żeby na nim móc zdać egzamin, może dodaj te pół godziny wcześniej i przejedź z instruktorem trasę? Wcześniej zdających poznasz na trasie po tym, że w ich samochodach są dwa lusterka.

    PS2. W Polsce jeździłeś na manualnej skrzyni biegów? Automatyczna jest łatwiejsza, ale pamiętaj: przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, weź ze dwa razy przejedź się na automatcznej, zanim ruszysz na egzamin. Ja ćwiczyłam w garażu, a cały pierwszy dzień lewą nogą próbowałam nacisnąć sprzęgło.

    Ufff, tyle, wyszedł z tego prawie post poradnikowy. Inne może cię zainteresują: o pracy i o służbie zdrowia?

    Na koniec pytanie: Czy też myślisz, że w B.C. są najgorsi kierowcy w Kanadzie?

    A co z kupnem samochodu?

    Dodaję kilka słów, chociaż my obywamy się aktualnie bez auta. Do 2016 roku wypożyczaliśmy samochody z:

    • systemów współdzielenia się samochodami (carsharing) Modo i z Evo;
    • komercyjnych wypożyczalni: Enterprise, Budget, Avis

    W 2016 roku kupiliśmy używaną Mazdę 5, sześcioosobową, która nam dzielnie służyła aż do jesieni 2019. Potem wymieniliśmy ją na punkty, które z kolei wymieniliśmy na używanie samochodu w Modo.

    Samochód kupiliśmy u dilera na Craigslist. Płacąc kartą kredytową (wtedy mieliśmy 10,000CAD limit kredytu na karcie).

    Musisz samochód ubezpieczyć w ICBC (monopolista ubezpieczeniowy w Kolumbii Brytyjskiej, i pewnie daltego wzbudza tak wiele negatywnych uczyć wśród kierowców). To oni wydają tablice rejestracyjne (za które musisz zapłacić). Ubezpieczenie jest drogie i dlatego dobrze przemyśl, czy aby na pewno potrzebujesz samochodu.

    Polskie autocasco (czyli AC) wykupiliśmy w BCAA. Nie jest obowiązkowe, ale my się na nie zdecydowaliśmy, bo ma w pakiecie m.in. darmowe holowanie nawet z Hope (150 km od Vancouver).

    No dobrze, zdecydowałeś się na kupno samochodu. To teraz jak to finansować?

    Możesz skorzystać:

    • kredyt na samochód – opcja bezpieczniejsza, w razie konieczności, może szybko sprzedać samochód i spłacić kredyt (np kiedy nie uda Ci się przedłużyć legalnego pobytu w Kanadzie i będziesz musiał opuścić kraj)
    • leasing na samochód – my nie zdecydowaliśmy się na tę opcję, mimo kuszącego finansowania. Leasing bardziej opłaca się, kiedy masz firmę i opłaty leasingu możesz wrzucić w koszty. Nie jest to do końca nasz samochód, więc trochę nas to obciążało emocjonalnie.

    Ale to nasze powody. Od zawsze mamy pecha do samochodów, więc jesteśmy nawet zbyt ostrożni przy takich decyzjach.

    Czy trzeba mieć samochód?

    Jak ze wszystkim w życiu, to zależy. Głównie od tego, gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz i jak spędzasz czas wolny.

    • Jesteś singlem i mieszkasz w Downtown (Mount Pleasant, Kits, East Van)? Powinno Ci wystarczyć członkostwo w Modo i / lub Evo. Możesz wypożyczać samochód na godziny. Dla samochodów z carshare jest wiele darmowych parkingów, także w miejscach tradycyjnie obleganych. Na dłuższe wycieczki, np do Whistler możesz zarezerwować samochód z wyprzedzeniem. Po mieście poruszasz się wtedy komunikacją miejską (autobusy i metro) lub rowerem (własnym albo z miejskiej sieci wypożyczalni);
    • Jeśli mieszkasz poza Vancouver, bez samochodu może być ciężko. Będziesz go potrzebował, żeby dojechać do pracy albo, żeby dojechać do parkingu park and ride, gdzie samochód zostawisz i dalej pojedziesz komunikacją miejską. Jeśli masz dzieci, to samochód pomoże w organizacji dojazdów do szkół i zajęć po szkole. Jeśli co weekend wyruszasz na kemping poza miasto, duży samochód to wygoda i oszczędność czasu.

    Czyli coś za coś. Ty znasz swój styl życia i wiesz, czy samochód jest Ci niezbędny.

    Powodzenia na egzaminie na prawko! I daj znać, jaki samochód kupiłeś!

  • Koszty emigracji. Utopione w syropie klonowym. Czyli znowu o emocjach

    Tytułem wstępu: to nie jest post o finansach 😉 To jest post (kolejny i na pewno nie ostatni) o rozterkach emigranta. Jeśli szukasz informacji o naszych wydatkach i pieniądzach w Vancouver, to napisałam o tym w 2017 roku pod tym linkiem.

    Taka mnie (znowu) refleksja naszła. Kilka zdarzeń miało na nią wpływ mniej lub bardziej bezpośredni. Fakt, że wizytę u kanadyjskiego neurologa mam za pół roku, przygnębił mnie i znowu otworzył puszkę z wątpliwościami. Otrzymanie statusu stałego rezydenta ucieszyło nas, owszem. Jednak smuteczek się przypałętał.

    Na pewno zima i zimowy blues nie pomaga. Może sprawić, że jesteś smutny i masz SAD (Seasonal affective disorder). W Vancouver dodatkowo ktoś odkręcił na maksa kurek z deszczem.

    Czasami rozczarowanie wystarczy skwitować wzruszeniem ramion i iść dalej. A czasami nie wystarczy.

    Trwają losowania uczestników polskiej części programu International Experience Canada, który pozwala na roczny pobyt i pracę w Kanadzie. Na wielu grupach fejsbukowych czy forach kanadyjskich pojawiają się pytania od młodych ludzi, którzy marzą i planują wyjazd za ocean.

    Entuzjazm i optymizm tych, co chcą wyjechać, bywa mocno studzony przez mieszkających już w Kanadzie. Doświadczonych, takich, co kanadyjskiego życia posmakowali i mają konkretne zdanie, jak ono smakuje. Dzielą się swoim doświadczeniem, często pokazując, że do dobrej emigracji nie wystarczy samo:”chcę wyjechać do Kanady”.

    Czasem życie może napisać scenariusz:”przyjechałem, mogę zostać, mogę pracować, ale Kanady nie lubię”.

    Albo nawet:”mieszkam tutaj kilka lat, całe życie, to nie jest ten sam kraj, jak bym mógł, to bym wyjechał natychmiast, nienawidzę Kanady”.

    I klops. I rozmyślanie usilne, co dalej, jak dalej? Jak pisać o swojej emigracji, o swojej Kanadzie rozmawiać? Z innymi się dzielić swoim życiem, myślami?

    Gdzieś tam była decyzja, a teraz ciągnie się ten wózek, z miesiąca na miesiąc coraz cięższy…

    Bo wyjazd (nie tylko) do Kanady to powinno być success story, a nie zawsze jest. I to nie tylko o pieniądze chodzi, a nawet przede wszystkim nie chodzi o pieniądze, bo przecież chociaż pieniądze są ważne, to nie najważniejsze, każdy to wie, c’nie?

    A co, jak nie będzie do czego wracać? Coraz trudniej wyobrazić sobie powrót, bo tam się wszystko pozamykało, oprócz pamięci i serca, a tutaj się wszystko otwiera, a serce najbardziej.

    I zaczyna się pytanie o scenariusze alternatywne. Czy wyjechanie z Polski było dobrym pomysłem? Co ja zrobiłem sobie? Czy życia nie rozwaliłem dzieciom? A może trzeba było wybrać Njuziland?

    Nie mamy wpływu na to, co Kanada z nami zrobi, ale mamy wpływ na to, jak sobie z tą sytuacją poradzimy. Tak, możemy zdecydować. Ja mogę, moja rodzina może. I ty też możesz.

    Jednak często ciężko jest podjąć decyzję. Bo wstrzymuje  nie tylko typowo polskie”powinno się” i “co ludzie powiedzą” ale też fakt poniesienia kosztów. Właśnie tych tytułowych kosztów. Które rosną z każdym dniem spędzonym na emigracji.

    Jest nawet takie pojęcie: efekt utopionych kosztów, czyli trwanie w swojej decyzji, nawet niekorzystnej, bo podjęcie jej tyle nas kosztowało. Wysiłku, czasu lub pieniędzy. 

    Myślę, że każdy z nas kiedyś spotkał się z takim efektem. Ja odczułam to wyraźnie po raz pierwszy właśnie w Kanadzie. Szukając odpowiedzi i analizując swoje uczucia emigrantki, oraz słuchając innych historii, trafiłam na to pojęcie.

    Trochę się przestraszyłam. Czy to już to? Utopione w syropie? Na zawsze?

    Doszłam jednak do wniosku, że emigracja to projekt nieskończony. Nawet ze statusem stałego rezydenta może być niezamknięty. Na pewno odwoływalny. Daje prawo do próbowania i eksperymentowania. A także przypuszczania, że mogło być lepiej, bardziej. Inaczej.

    Na emigracji ma się takie samo prawo do “gdybania” jak żyjąc w Polsce. Żaden “życzliwy” ci tego nie odbierze.

    Być może uświadomienie sobie prawdy o kosztach utopionych pozwoli na swobodniejsze podejście do emigracyjnego życia?

    Jak trzeba zawrócić, to zawróć. A nawet zawracaj. Więcej niż raz, a co! Nie musisz się nikomu tłumaczyć. Tylko jakoś tak często i tak się tłumaczysz. Sobie.

    Bardzo trudno jest siebie sobie z decyzji wytłumaczyć. Znaleźć usprawiedliwienie dla swoich wyborów. Szczególnie w Ameryce, która stoi mitem self-mana. Weź no, jakie koszty, weź się nie mazgaj, a jak ci się nie podoba, to fora ze dwora. Prawdziwy twardziel to ten, który powoli, konsekwentnie, upadając i wstając na przemian, prze i realizuje swój Canadian Dream.

    Ja wiem, że Kanada to nie jest kraj dla sprinterów. Że emigracja to jest sport długodystansowy. Jest gdzieś upragniona meta i nagroda za wytrwałość.

    Tylko czasami po drodze brakuje tchu… A jeszcze pada, pada, pada deszcz !

    Właśnie mamy odwiedziny z Polski rodziny, i te pytania i te emocje, siłą rzeczy są gęstsze niż 10% śmietanka…

    Tak się boksuję z rzeczywistością i kosztami też… Mam nadzieję, że Cię nie przygnębiłam za bardzo. Może masz dla mnie jakieś mądre słowo? Chętnie przeczytam w komentarzu.


  • Halo! Halo! Tutaj polskie radio w klonowym gaju. Nadajemy audycję z kanadyjskiego kraju!

    Brzmi znajomo? Gdzieś tam przypominają sie słowa wierszyka dla dzieci? Dobrze pamiętacie.

    To będzie post o tym, jak rodzina Kanada się nada odwiedziła rodzinę radia….[hahaha, nie mogłam się powstrzymać]…. , jak Kanada się nada została zaproszona do audycji w polskim radiu IKS, nadającym ze studia w Surrey. Tadadam!

    Radio, radio, radio.

    Wciąż gra i wciąż ma się dobrze.

    Wyrywkowo spytana koleżanka, od 6 lat w Vancouver, była zaskoczona, że jest  tutaj polskie radio.

    Ja sama, przyznam szczerze, też byłam zaskoczona, kiedy dostaliśmy na facebooku pytanie od Rafała, czy chcemy opowiedzieć na antenie, jak nam się Kanada nada.

    Byłam zaskoczona słysząc, że są polskie audycje.

    A audycje są, bo są ludzie, którym się chce je robić.

    Więc w tym miejscu piszemy wielkie: DZIĘKUJEMY!
    Że Wam się chce robić polskie radio dla Polaków w Vancouver i okolicy.

    Jak wyglądała nasza wizyta w polskim radiu w Surrey?

    Sobota 18. lutego, godzina już-nie-tak-bardzo poranna, pakujemy się do samochodu, na szczęście sprawnego.

    Ustawiony GPS pokazuje 30 minut drogi, włączamy audiobook “Baśniobór” (ostatnia miłość Kuby i Krzysia) i ruszamy w drogę z Mount Pleasant do Surrey.

    W Surrey, którego nie znam za dobrze, ale ze słyszenia wiem, że sporo się tam dzieje polonijnych wydarzeń, chociaż my mijamy tylko Hindusów na ulicach, lokalizujemy budynek radia RED, z którego nadaje polskie radio IKS.

    I teraz nie będę się za bardzo rozpisywać, kim są ludzie, którym się chce robić radio, tylko dam linka do strony:

    Wchodzimy do budynku, chłopaki oczarowani widokiem tylu mikrofonów, bo już od dawna wizyta w radiu była na liście ich marzeń.

    Co niedzielę synów kusi trójkowa “Zagadkowa niedziela”, do której z Vancouver trudno się dodzwonić.

    A tu proszę, zaproszenie do Iksa i jeszcze będą mogli coś powiedzieć.

    “Ale mamo, co ja mam powiedzieć?” – Krzyś gorączkowo przygotowywuje sobie skrypt.

    “Ładnie i wyraźnie odpowiesz na pytania, czy lubisz Kanadę, i co byś poradził dzieciom, które przyjeżdżają do Kanady z Polski, jak mają znaleźć kolegów?”.

    Co Krzysiek powiedział, i czy Maciek lubi Vancouver usłyszycie w nagraniu poniżej.

    A także o tym, przy jakim filmie pracował Kuba, czego moim zdaniem potrzebują Polki w Vancouver oraz czy Kanada się nam nada?

    (jeśli chcesz posłuchać konkretnie nas, to jesteśmy od minuty: 28:05, 35:00, 46:30, 54:05, 1:11:10, 1:23:00; wyszukał kolega Paweł z grupy facebookowej)

    KLIKNIJ, ŻEBY POSŁUCHAĆ


    Radio, tak jak blog, ma sens tylko wtedy, kiedy są ludzie, którzy go słuchają.

    • Dajcie znać, co chcielibyście usłyszeć w polskim radiu, jaką muzykę, jakie informacje?
    • Ktoś chce pomóc chłopakom przy tworzeniu audycji? Zgłaszać się do Rafała – radioiks@gmail.com
  • O Walentynek (zgubnym) wpływie… Dzień zakochanych po kanadyjsku

    Jakie to by było piękne napisać: historia miłosna tak się zaczyna, był pewien chłopak i pewna dziewczyna. W sam raz love story na Walentynki. Może innym razem tak będzie. Bo w życiu, naszym także, wzruszeń i miłości nie brakuje. Ale dziś mam dla Was całkiem nietypowy post walentynkowy, na szybko pisany.

    Jak wygląda Dzień Zakochanych po kanadyjsku nie będę pisać.

    Haha, spodziewaliście się  czegoś innego?

    Mam dla Was scenkę rodzajową za to:

    Akt pierwszy, czas akcji: zeszły tydzień

    miejsce: sklep

    Pani w sklepie zachwycona widząc,że wychodzimy z naręczem kolorowych kartek. Radośnie, niemal w pląsach, zagaja small talkiem: sami zrobicie kartki na Walentynki, a nie kupicie, pięknie, cudownie, dzisiaj wszyscy tylko gotowe kupują! Ja na to, że pewnie i tak ja będę wycinać, no i mam rację, od dwóch dni wycinam. I cały czas w gotowości, bo ze strony chłopaków cały czas słyszę: potrzebuję nożyczki, a nawet:  Mamo, nie słyszysz, że Krzysio potrzebuje nożyczki!?

    miejsce: dom

    Krzysiek zostaw tę książkę i zrób te Walentynki, żebyś je w końcu miał z głowy – no to jest zdanie, którego nie spodziewałam się powiedzieć… Krzysiek siedzi, a minę ma wcale niezadowoloną, bo pani powiedziała: Albo robisz kartki dla wszystkich, albo dla nikogo.

    I Krzysiek siedzi i robi. I jęczy, że jeszcze mu brakuje, że potrzebuje jeszcze pięć. A muszę coś w nich napisać? A mogę we wszystkich to samo napisać? ojeju jeju.

    Karteczki powycinane, naklejki ponaklejane, rysunki narysowane, popakowane w torebeczki, cicho czekają na Walentynki. Dwadzieścia kilka serduszek dla Maćkowych kolegów, i podobna ilość dla Krzysiowych.

    Akt drugi, czas akcji: wieczór przed Walentynkami

    miejsce: dom

    Krzysio chory, charchocze i kaszle, prawie płuca wyplute, oj nie będziesz synku Walentynek w klasie obchodził. Mamo, mamo, jeszcze musimy do każdej kartki poprzyklejać po cukierku. O raju, godzina 22, wołam na pomoc posiłki: Kuba chodź, pomóż cukierki wklejać, ty wycinaj taśmę dwustronną, ja będę przyklejać czekoladki w środku.

    Zrobione, popakowane, uff

    Akt trzeci, czas akcji: dzisiaj tj. 14.02.2017, godzina coś około 9:30 rano PST

    Krzysiek pod kołdrą, chory, rozpalony, dobra, to ja lecę do szkoły, zaniosę te Walentynki, co je od tygodnia robimy, niech się nie zmarnują.

    Wychowawczyni Krzyśka wdzięczna, mówi, że kartki dla niego pozbiera i zostawi na biurku, w końcu inne dzieci też się narobiły (albo rodzice naprodukowali ;))

    Już wracam do domu, zadowolona, dzwoni komórka.

    Kuba: Oddaliśmy kartki Maćkowe, ale wiesz, że tam były jeszcze takie mniejsze trzy pudełka na Walentynki dla cioć z przedszkola? O żesz, no pewnie, że nie wiem, nie spodziewałam się, kartki dla nauczycielek niezrobione. Chryja, afera i wtopa.

    Markotna wlokę się do domu, Krzysiek już w trochę lepszym stanie.

    I dostaję od niego to:

    kartka walentynkowa od Krzysia_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady
  • Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

    Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

    Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

    Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

    Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

    To zaczynamy:

    Przygotowanie na spodziewane opady śniegu

    Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

    Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

    Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

    Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

    Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

    Co prowadzi nas do następnego punktu:

    Odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

    Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

    A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

    Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

    Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

    Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

    Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

    Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

    Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

    Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej 5 miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu.

    Niektórzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

    Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

    Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

    Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek.

    Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

    Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

    Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

    Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie.

    Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

    Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

    Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

    Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

    Jakość śniegu – sprzątanie po psach

    Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie.

    I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

    Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

    Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

    Chyba tyle.

    I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym.

    Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

    A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


  • Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? (III) Gdzie ty mi tu z tym akcentem !? Czy warto pracować nad kanadyjską wymową?

    Wiem, wiem, nudna jestem. Znowu post o języku. Nauczycielem czy lingwistą nie jestem, a się wymądrzam. Trochę się może znam na węgierskim, a angielskim piszę. I o tym, jak rozmawiać. Serio, ktoś to czyta?

    Blog jest o Kanadzie, a Kanada to nawet się nie umie zdecydować na jeden język urzędowy. Eh.

    Jednak statystyki nie kłamią – pokazuje mi, że pozostałe dwa posty Jak rozmawiać z Kanadyjczykami (I i II), przeczytaliście. Nie wiem, czy z przyjemnością, ale na wszelki wypadek się nie pytam 😉

    Za to dzisiaj napiszę Wam o akcencie i czy warto pracować nad kanadyjską wymową

    Czy wiecie, że niektóre z ofert pracy wymagają od aplikantów senior level of English?

    Zawsze ilekroć wpadam na taki tekst, zastanawia mnie, co też autor miał na myśli. No dobrze, mniej więcej wiem, co autor miał na myśli, niemniej jednak zgrzytnęło trochę i zaleciało niepoprawnością polityczną. I jakże to tak Pani Kanado kochana, hę?

    Już widzę oczami wyobraźni rekrutację na takie stanowisko. Wchodzisz, mówisz dzień dobry, które po angielsku w Twoim wykonaniu może brzmieć dźnbry i pozamiatane. Pracy nie dostaniesz, bo nie jest to senior level of English. Choćbyś nie wiem jak dobre pierwsze wrażenie strojem, uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni zrobił.

    W tym poście rozważania o akcencie będą. Czy w ogóle warto sobie pracą nad akcentem kanadyjskim głowę zawracać? W końcu dzień dobry, to dzień dobry, a nie do widzenia. Jasne chyba ! No więc nie do końca.

    Ilekroć ktoś się nas pyta, od czego zacząć marzenie o wyjeździe do Kanady, zawsze odpowiadam: angielskiego się ucz.

    Odpowiesz: angielski znam. Na poziomie. Często ludzie, którzy już trochę pomieszkali/popracowali za granicą w ogóle sobie poziomem języka głowy nie zawracają.

    Czy to jest senior level of English?

    Mój LinkedIn z dumą prezentuje, że mam fully professional level of English.

    Pracę w Kanadzie znalazłam i to nawet taką za więcej niż 20 CAD za godzinę. Więc może nie jest tak źle. Środkowowschodnioeuropejski akcent dał radę. Wystarczył szkolny angielski i korpomowa z Polski, i nawet zażółć gęślą jaźń wyzierające gdzieś za międzyzębowego “th” nie przeszkodziło pracy znaleźć, dogadać się, swobodnie funkcjonować w kanadyjskiej rzeczywistości !

    Ale, ale. Ponawiam pytanie: czy to się już kwalifikuje jako senior level of English?

    Na początku emigracji w ogóle o akcencie i wymowie mojej angielskiej nie myślałam. Serio, są ważniejsze sprawy. Emocje poukładać, życie przenieść za ocena. Gdzie ty mi tu z tym akcentem?!  Koleżanki-imigrantki miło komentowały moją wymowę. A Kanadyjczycy jedynie się uśmiechali podczas pogawędek.

    Ale po jakimś czasie, po wielu rozmowach, i jeszcze większej ilości uprzejmego niedowierzania na twarzy rozmówców, postanowiłam przyjrzeć się swojej wymowie.

    Kiedy ta myśl zakiełkowała w głowie, nie zaczęłam pytać ludzi. Po prawdzie to niektórzy niepytani wyrażali swoją opinie w stylu:

    Mamo, no weź nie mówisz tak, jak pani w szkole.
    #dzieckozawszeprawdepowie
     
    Spytany sąsiad [Serb] powiedział, żeby sobie tym głowy nie zawracać, bo nie ma to znaczenia i u niego w firmie (branża IT) są managerami Azjaci, których nikt nie rozumie, taki mają akcent, a ludźmi kierują.

    I tak to sobie trwało do momentu, kiedy poznałam Catherine, która od kilkudziesięciu lat uczy, jak sprawić, żeby wymowa była lepiej rozumiana przez mieszkańców Ameryki Północnej.

    [Od razu jestem winna jedno słowo wyjaśnienia: zdaję sobie sprawę, że akcentów kanadyjskich i amerykańskich jest sporo i różnią się między sobą. Termin “wymowa północnoamerykańska” to mocne uproszczenie, ale na początek dobre i to. Potem możesz się uczyć jak mówią w Montrealu, a jak w Yukonie.]

    I wiecie co mi Catherine powiedziała po naszym spotkaniu ? Oto ja się przedstawiam: My name is Kate. A co ona słyszy? ‘mining is gate‘.

    Lekko się zacukałam, no jakże to? Nawet swojego angielskiego imienia nie umiem wymówić? Zgrzyt.

    A potem było jeszcze gorzej. Nagle moje success stało się ‘sak as‘ (wystarczył akcent na pierwszej sylabie, żeby Kanadyjczyk z zakłopotanym uśmiechem zastanawiał się, o co chodzi). Że warto w imię poprawności politycznej nie wymawiać mocno Warsaw (‘łorsoł’), bo brzmi podobnie do: widziałam wojnę, a w obecnych gorących czasach i w obliczu wojny w Syrii może to zostać źle odebrane.

    Okazuje się, że mój angielski jest zrozumiały. Ale nad wymową mogłabym popracować. I osiągnąć kiedyś senior level of English!

    Można się pozbyć akcentu nawet będąc dorosłym. Może nie do końca, ale zredukować znacznie na pewno się da.

    I warto, bo to, jak nas słyszą, wpływa na nasze szanse kariery zawodowej.

    W Ameryce funkcjonuje już nawet pojęcie sufitu akcentowego. A to oznacza, że z akcentem silnie wskazującym na pochodzenie nie-północnoamerykańskie awansować możesz do pewnego stopnia. I raczej nie zostaniesz przyjęty do pracy, gdzie wymagany jest ten najwyższy poziom języka.

    Kiedy więc poczujesz, że to już ten czas, zastanów się nad swoim akcentem. I sam odpowiedz sobie na pytanie, czy warto pracować nad kanadyjską wymową. Ja uważam, że tak. Na kurs indywidualny na razie mnie nie stać i wciąż jeszcze nie jest to sprawa priorytetowa w moim emigranckim życiu. Za to korzystam z darmowych materiałów i meet upów.

    I cieszę się, że nie mam tak ciężko jak Azjaci, kiedy próbują powiedzieć “focus on” a wychodzi….’fakas’

    Nie przekonałam Cię? Koniecznie zajrzyj na youtube, żeby zobaczyć, ile tam filmików o akcencie w języku angielskim. Brytyjski, kanadyjski, z południa Stanów. Od wyboru do koloru.

    A jak masz problem z wymową, to z pomocą przybywa Google. Jak wpiszesz: how to pronunce xyz , wtedy Google pokaże okienko, jak na obrazku poniżej. Wybierasz akcent amerykański. Różni się od kanadyjskiego, ale jednak mniej niż brytyjski.

    show where to find pronunciation in Google Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Napisz mi w komentarzu, czy twoim zdaniem warto pracować nad akcentem? Czy raczej skupiasz się na innych obszarach w swojej nauce angielskiego?

  • Czy święta muszą kosztować zdrowie, czas i pieniądze? Szczególnie na emigracji?!

    Temat Gwiazdki, Bożego Narodzenia, prezentów zapełnia czasoprzestrzeń internetu już od dobrych dwóch tygodni.

    Może już gdzieś wpadło Ci w oko to pytanie: czy święta muszą być kosztowne? Mnie tam ono nurtuje i daltego postanowiłam napisać ten post.

    W realu to znacznie wcześniej próbują nam zaserwować porcję christmasowej magii, bo już od ponad 4 tygodni.

    Wiem, że wielu się nie podoba, że Gwiazdka zaczyna się w listopadzie. Mnie też nie.

    Ale w grudniu to już coś zupełnie innego. Wzruszenie chwyta za gardło nie tylko przy tej reklamie.

    W Vancouver nawet pogoda jest przychylna – zima zeszła z gór i nieśmiało panoszy się po ulicach.

    Próbujemy ją pokonać na rowerach, ale cwana nie zawsze się da.

    W internetach znajdziesz sporo opowieści o tym, że w Święta liczy się jakość nie ilość, że nie ma co do upadłego garnków szorować i pierników piec, zastawić się, a postawić się.

    Prawda stara jak świat, a i tak co roku perfekcyjne panie domu stają do zawodów [w końcu to ulubiona dyscyplina każdej prawdziwej Polki 😉 ]

    I znowu wydamy wszyscy, jak ludzkość długa i szeroka, pieniędzy więcej niż w zeszłym roku. Takie życie.

    Święta na emigracji? W dodatku mieszkasz w Kanadzie? Konkretnie w Vancouver, gdzie wszystko jest naj-najdroższe?

    Pani kochana, no weź, no weź ten kredyt na święta, wysprzątaj jak ta lala, nakupuj, ile wlezie, bo przez Skype i na instagramach nie możesz pokazać byle czego. Rodzina i przyjaciele patrzą. Z Polski patrzą. Więc nie mogą byle czego zobaczyć! W końcu w Kanadzie jesteś, więc wiadomo, pokaż jak masz dobrze. Lepiej niż w Polsce, bogaciej, przecież mąż zarabia te dolary!

    Nie wiem, jak Ty, ale ja walczę z tą Paniusią.

    Mniej lub bardziej skutecznie, ale się staram. Nasza pierwsza Gwiazdka w Vancouver była skromna. Trochę z przekonania, a trochę z musu.

    Ludzi brakowało, to jasne, ale też potrawy wigilijne i nastrój ogólny były jakieś takie stonowane.

    I choć tęsknota bolała mocno, to jednak wciąż było gwiazdkowo. Magicznie, świątecznie, domowo.

    Zeszłoroczne Święta były już od niebo lepsze, chociaż w sumie główne składowe pozostały te same. Przygotowania do nich i samo świętowanie na prawdę nie były kosztowne.

    Boże Narodzenie nie musi Cię wiele kosztować. Ani pieniędzy, ani czasu, ani zdrowia.

    Ani w Polsce, ani w Kanadzie, ani pod żadną inną szerokością geograficzną!


    Ogranicz do minimum:

    Przygotowania do Świąt

    Nikt w kąty nie zagląda, bo dalszej rodziny nie ma na emigracji, jupikajej! I co z tego, że okna nieumyte! Gwarantuję, że przez Skypa nikt nie dojrzy.

    Chcesz wymienić czasochłonną rybę na kupne sushi? Nikt Ci nie zabroni, a zdjęcia na instagrama zrobisz zanim wyłożysz danie na talerz. Sam talerz przecież prezentuje się doskonale, taki biały (Ikea) na białym obrusie (też Ikea).

    A najlepiej to podziel przygotowania na kilka osób (to właśnie nam się sprawdziło najbardziej w zeszłe Święta, dzięki ekipa L.!) Było wszystko, a nawet więcej, i trzy dziewczyny, które z pomocą chłopaków przygotowały Wigilię. Da się? Da się!

    Mały offtop: ekonomia współdzielenia jest bardzo popularna w Kanadzie, kiedyś popełnię na ten temat obszerniejszy wpis, bo to świetna sprawa!

    Wydawanie pieniędzy na Święta

    Co ja Ci będę pisać, że przed Świętami wszystko drożeje, jak Ty to pewnie wiesz.

    Może jesteś mądrzejszy niż my i prezenty gwiazdkowe leżą gotowe od zeszłorocznych wyprzedaży.

    My co roku mamy taki plan, a wychodzi jak zwykle, więc zasada, jaką stosujemy od zawsze, a od przylotu do Vancouver w szczególności: żadnego kupowania z dziećmi.

    Żadnych galerii z dziećmi. W ogóle żadnych galerii handlowych!

    Po pierwsze za daleko, po drugie ludzie dostają tam amoku, po trzecie, jak już wejdziesz, to musisz coś kupić. Bo inaczej dopadnie Cię myśl: co się bez celu szwendasz?

    Zakupów nie robimy żadnych, okazji z Black Friday czy  Last Monday nie wykorzystujemy.

    Zabawki Święty Mikołaj kupi albo na amazonie albo w sklepie z zabawkami na Main. Modnie jest być minimalistą, więc i ja jestem 😉 Kto z nami, palec do budki?

     Pierwszy lepszy przykład wydawania mniej: Żeby przygotować świąteczne ozdoby, korzystamy z opcji sklepów niskobudżetowych, i chociaż rzeczy z OneDollarStore czy Dollarama bywają wątpliwej jakości, to sam proces tworzenia jest dobrze spędzonym czasem.

    Ale żeby post nie był tylko o świątecznych ograniczeniach, zachęcam Cię do rozpusty w jednej dziedzinie:

    Aktywność fizyczna podczas Świąt

    Już wkrótce więcej o tym, jak być fit w Vancouver, sportowo i darmowo, ale dzisiaj napiszę tylko jedno – łyżwy!

    Idź na łyżwy! A najlepiej umów się z kilkorgiem znajomych na łyżwy, na którymś z licznych lodowisk w Vancouver.

    I dla dzieci i dla dorosłych (bilet rodzinny na czwórkę dorosłych to 12 CAD, wypożyczenie łyżew to 3,5CAD od osoby). Znacznie tańszy sport zimowy niż narty.

    Tniemy koszty Gwiazdki na maksa? Można i za darmo pójść na ślizgawkę! Robson Square już jest otwarty. Kosztuje Cię tylko wypożyczenie łyżew (4 CAD).

    A jak tam u Was z przygotowaniem do Świąt? Wszyscy gotowi, można zaczynać?

  • Bilans in plus czyli moje znajomości i przyjaźń w Kanadzie.

    Jesień wywołała przygnębienie deszczem, który zdaje się nie mieć końca. W pewnym momencie zapominałam nawet to, kiedy się zaczął. Po prostu pada i pada, i pada. Bez końca.

    Człowieka łapie chandra gigant i nicniechcenie. I rozczarowanie jest wielkie, większe niż bardziej słoneczną porą roku.

    Co zwykle pomaga w takiej sytuacji poza oczywiście solidnym kubkiem kakałka? Ludzie oczywiście, właśni ludzie wokół siebie.

    W sieci, na blogu Moniki trafiłam na wywiad z Ines mieszkającą od prawie roku w Toronto i piszącą o swoich wrażeniach na blogu “Sakwy i walizy”.

    Wywiad jak to wywiad, przekazuje osobiste spojrzenie na kanadyjską rzeczywistość. Można się z taką oceną zgadzać, albo nie, co część czytelników wyraźnie pokazała w komentarzach.

    Moją uwagę szczególnie przyciągnęło zdanie, że:

    Kanadyjczycy, z którymi zetknęła się rozmówczyni, wydają się zimni, zamknięci na innych.

    Pierwsze wrażenie kanadyjskiej życzliwości i otwartości nie przekłada się na powstanie głębszej relacji, nie wspominając o przyjaźni.

    A przyjaźni, zostawionej na innym kontynencie, budowanej od dawna i cementowanej tyloma wspólnie spędzonymi chwilami nad piwem/kawą/plotkami/, o takiej właśnie przyjaźni żal najbardziej.

    To jest ten aspekt emigracji, który mnie również uwiera najmocniej. Nieraz dawałam temu wyraz na blogu.

    Pierwsze miesiące życia w Kanadzie, kiedy skończył się miesiąc miodowy, te miesiące były najtrudniejsze.

    Bo samotne. Nawet będąc w rodzinie, samotne.

    Wyobrażam sobie, jak ciężko musi być tym z Was, którzy do Kanady przylecieli sami.  Chylę czoła przed Wami. Każdy potrzebuje ludzi.

    Przylecieliśmy, a tutaj nikogo nie znamy.

    Kanadyjczycy uśmiechają się w windzie, zagadają przyjaźnie, ale przecież nie usiądą z  Tobą przy stole wigilijnym ani nawet przy popołudniowej herbacie. Nie od razu. Nie przez pierwszy rok na emigracji. Może nawet nie przez drugi.

    A może właśnie usiądą, ale to nie będzie to samo. Mimo najlepszych chęci nawet posłodzona herbata będzie smakować gorzko.

    Spotkasz w nowym miejscu nowych ludzi, pięciu, a nawet piędziesięciu i mimo, że ta liczba robi wrażenie, to jednak poza wrażeniem z tej znajomości nie zostanie nic. Nie przeniesie się na wyższy poziom.

    Wtedy, na przełomie 2014 i 2015, pierwszej kanadyjskiej zimy, wkurzona byłam, rozczarowana i smutna.

    Przecież to nie moja wina, że tak trudno mi kogoś poznać, z kimś się zaprzyjaźnić w Vancouver. Przyjaciele, znajomi, rodzina zostawieni w Polsce świadczą na moją korzyść.

    To nie to, że nie umiem z ludźmi rozmawiać. Znam angielski, znam polski, inteligentna jestem (w normie), więc co?

    Czemu z pierwszą poznaną Polką okazało się nam być nie po drodze? Z pierwszą ?!

    Dlaczego Kanadyjczycy, którzy przecież rozumieją mój angielski, a ja rozumiem ich, dlaczego oni się do mnie uśmiechają, ale nic za tym nie idzie?

    Coż zatem wynika z tych smutnych rozważań? Co dobrego z przypominania chwil, które dla mnie są już przeszłością, ale dla kogoś nowego w Kanadzie mogą być czasem teraźniejszym. A ci z Was, którzy dopiero chcą przylecieć i właśnie teraz czytają taki przygnębiający zapis?  Czy ich to nie zniechęci?

    Piszę tego posta, żebyście wiedzieli, że taki stan jest ok. Że to normalne nie mieć ludzi i za nimi tęsknić.

    I że nie jest to powód do wstydu, oznaka słabości, czy porażka.  

    Że możesz być rozczarowany Kanadyjczykami i Kanadą.

    Możesz o tym pisać/śpiewać/krzyczeć i płakać nad tym. I się miotać, i się zastanawiać, i nie być pewnym.

    Wszyscy jesteśmy ludźmi, a ludzie chcą oswajać lisy dla siebie i mieć róże na wyłączność. A nie tylko tułać się od planety do planety. Koniec końców, dobre życie sprowadza się do ludzi wokół.

    Jest nadzieja. Czas. Daj czasowi czas. Daj sobie czas. I daj ludziom czas.

    I będzie dobrze. Będą ludzie !

    Poznasz Kanadyjczyków i Polaków mieszkających w Kanadzie, i całe mnóstwo innych osób też.

    Tylko potrzeba na to czasu. Imho, najmniej roku. A bywa, że dłużej.

    Może to tylko w tym bloku w Toronto Kanadyjczycy są zamknięci na nowych sąsiadów?  Może to tylko w tej dzielnicy Vancouver, silnie zdominowanej przez jedną grupę etniczną, jest dość ciężko znaleźć pokrewną duszę, z którą można porozmawiać?

    Przez pierwsze 10 miesięcy emigracji w Kanadzie poznałam kilka Polek.

    Wpadłyśmy na siebie na ulicy.  

    Z jedną wymieniłam się numerem telefonu. Nie udało nam się zdzwonić do dziś.

    Z drugą poszłyśmy na kawę, potem na spacer, potem przypadkowo spotkałyśmy się w górach. Tyle.

    Z inną Polką spotykałyśmy się regularnie na placu zabaw, ale nasze drogi się rozeszły.

    Dwie kolejne Polki zaczepiłam sama. Jedną na zajęciach sportowych, drugą w górach. Spotykamy się do dziś z mniejszą lub większą intensywnością.

    Mam to szczęście, że blog i internet bardzo mi ułatwiają poznawanie nowych ludzi. Dziękuję, że teraz to wy mnie zaczepiacie!

    A ile Polek-emigrantek poznałam w sieci, o mamo, jak ja mam dobrze ! Z Mają [piąteczka] to prowadzimy nawet cotygodniowy czat przyjacielsko-biznesowy na Skypie.

    Ktoś może powiedzieć: ale ja wcale nie chcę się spotykać z Polakami ! I nie chcę mieć przyjaźni wirtualnych ! Dlaczego nie mogę się zaprzyjaźnić z Kanadyjczykami? Dlaczego to jest takie trudne?

    Też sobie zadaje to pytanie. Serio. Właśnie z potrzeby szukania odpowiedzi, zaczęłam serię: Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? [niewiele jest na razie, ale nie bój nic, będzie więcej]. 

    Bo znajomość zaczyna się od rozmowy. Przyjaźń to taki etap tej rozmowy, kiedy już właściwie słowa są zbędne.

    Można szukać wytłumaczenia w mentalności Kanadyjczyków. Są zimni i zamknięci, bo…. pogoda, multikulturowość, brak zainteresowania Polską i nami z Polski. Ale w sumie czemu mieliby się interesować?

    Bariera językowa nie ułatwia sprawy.

    Dla większości nas, emigrantów, językiem emocji jest polski. A tutaj musimy to samo wyrazić po angielsku. Mówienie o swoich uczuciach i potrzebach po polsku, w Polsce, nie jest łatwe, to co dopiero w Kanadzie?

    Nie podam Ci rozwiązania innego niż to, żeby wciąż próbować i dać czasowi czas. Spokornieć w oczekiwaniach wobec ludzi i się na nich otworzyć.

    I będzie dobrze !

  • 3 seriale kanadyjskie, które musisz zobaczyć, zanim przylecisz do Kanady

    Pytanie, co jak wańka-wstańka, pojawia się w internetach. Szczególnie jesienią.

    Co najlepsze na deszczowe popołudnie? Polecę seriale kanadyjskie

    Ponieważ pada, i pada, więc jęczę i jęczę. I nie ma to jak dobry serial w deszczowe popołudnie. Otulić się kocem, kubek kakałka do ręki, kanapa blisko i oglądamy seriale. Świadomie i rozsądnie czyli na raz maks odcinek, albo total odjazd, czyli lecimy sezonami.

    Zacierałam sobie rączki na ten wpis. Mniam, mniam seriale. Seriale na deszczowe dni, jakich dużo (dni, nie seriali) jest tą jesienią 2016, w Vancouver.

    Znamy 3 seriale kanadyjskie, które warto zobaczyć, zanim przylecisz do Kanady. A po przylocie są jeszcze lepsze 😉

    #1 MOTIVE

    Motive, czyli Motyw. Brzmi jak typowy serial policyjno-detyktywistyczny, czyli ustalamy, kto zabił i dlaczego.

    A wcale że nie! Nic nie trzeba ustalać, bo wszystko jasne od początku. Dla widza przynajmniej, bo ekipa policyjna musi się trochę nagłowić. Najczęściej mordercą okazał się ktoś bliski, najczęściej z błahego powodu.

    Serial Motive obejrzeliśmy jakiś miesiąc przed przeprowadzką do Vancity, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że to miasto, że ta historia dzieje się w Vancouver. I trochę nam zajęło zorientowanie się, że rzecz dzieje się w mieście, w którym mamy spędzić najbliższy rok. Trzeba przyznać, że maskują się świetnie – żadnych tam odwołań typowo kanadyjskich, unikają jak ognia nazw Vancouver police czy inne  NYPD.

    Tablic z nazwami ulic nie ma, Vancouver w kadrach przypomina dowolne północnoamerykańskie miasto. Pewnie taki był zamysł producentów, bo wtedy każde miasto może być tym miastem, gdzie dzielna pani detektyw Angie (w tej roli znana m.in z amerykańskiego The Killing, Kristin Lehman) szuka zabójcy z pomocą mocno francuskiego partnera, Oscara. Pomaga im bardzo kanadyjski detektyw Brian (grzeczny, co chwila przeprasza i śmiertelnie się oburza na brak recyklingu)

    W sumie w Wawie też morderstwa, Kryminalni czy Prawo Agaty, a o takim Sandomierzu to nawet nie wspomnę, strach mieszkać. Jednak Motive jest od nich mroczniejszy. I bardziej deszczowy. W pierwszym sezonie lało co niemiara, więc z odcinka na odcinek miny nam się wydłużały coraz bardziej. Dręczyło nas pytanie: pada, serio, tyle pada w tym Vancouver? [teraz już wiemy i odpowiemy: tak, serio, tyle pada]

    Motive bardzo lubimy oglądać, a jeszcze bardziej lubimy, jak go kręcą pod oknem naszym 🙂

    Dobry film, żeby zobaczyć miasto, poznać Vancouver. Będąc w Kanadzie można poszukać miejscówek z filmu (na szczęście, to niekoniecznie są miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać).

    #2 FOUR IN THE MORNING

    To jest serial, który trudno nam było obejrzeć przed przylotem do Vancouver. Z prostego powodu – po prostu go jeszcze wtedy nie kręcili.

    Przeczytałam o Four in the morning kilka miesięcy temu w gazecie i od razu zechciałam zobaczyć. Głównie przez ten tytuł, Czwarta nad ranem. Ale niech Was nie zmyli, tak jak mnie – ze Starym Dobrym Małżeństwem, klimatem i tematem z ich piosenki Czarny blues o czwartej nad ranem, kanadyjski serial nie ma nic wspólnego.

    Obejrzałam kilka odcinków i nie jestem w stanie z ręką na sercu odpowiedzieć, czy serial mi się podoba. Wciąga, tak, ale czy się podoba? Nie umiem rozeznać się w uczuciach, jakie mi towarzyszą podczas oglądania, ani po.

    Rzecz się dzieje w Toronto, mamy czworo młodych ludzi, miasto i jego życie, ludzie i ich problemu. Często pokazane w sposób graniczący z absurdem. Obraz kanadyjskich dwudziestokilkulatków, multikulti, neurotyczne zachowania i pragmatyczne podejście do codzienności.

    Jesli zatem przylatujesz na IEC (International Experience Canada aka Working Holiday visa) i szukasz jak najwięcej informacji o życiu w kanadyjskiej metropolii, o tematach, jakie poruszają Twoi kanadyjscy rówieśnicy, a przy tym chcesz poczuć lekko abstrakcyjny klimat, to ten serial jest dla Ciebie. Krótki i napakowany.

    Szukasz kanadyjskich przyjaciół? Może po obejrzeniu tego serialu łatwiej będzie Ci ich zrozumieć, a co za tym idzie, nawiązać relację? Zawsze możesz przecież zacząć small talk od rzucenia mimochodem: Have you ever seen Four in the morning TV show?…

    #3 DUE SOUTH

    Due South musi być w tym zestawieniu. Musi. Dla nas to klasyka, bo oglądaliśmy, kiedy jeszcze w najśmielszych snach nie śniliśmy, że się znajdziemy kiedyś w Kanadzie.

    Ameryka, a w niej zabłąkany policjant z RCMP w parze z szyderczym Amerykaninem. Cudowne zderzenie dwóch kultur, amerykańskiej i kanadyjskiej. Akcja Na południe dzieje się latach 90tych, ale smaczki kulturowe nic nie tracą na znaczeniu. Miły i uprzejmy kanadyjski policjant konny, w nienagannie odprasowanym czerwonym mundurze, rozwiązuje zagadki kryminalne z uśmiechem i jakże charakterystycznym dla Kanadyjczyków zrozumieniem dla inności (a czasami dziwactw) Amerykanów. Z jednej strony spokój, opanowanie, tradycja, a z drugiej rozemocjonowana, pędząca, nowoczesna Ameryka. Dogadają się? W serialu a i owszem, jednak w rzeczywistości Kanada pozostaje w cieniu Ameryki i wciąż jest przez nią mniej lub bardziej dobrodusznie poszturchiwana…


    Dlaczego warto oglądać seriale kanadyjskie? Bo nawet jak nie jest powiedziane, że są o Kanadzie, to gwarantuję Ci, że znajdziesz sporo “kanadyjskości”. W ulicach na planie filmowym, w ujęciach przyrody, w zachowaniach aktorów, czy wreszcie w ich akcencie. Możesz mieć niezłą zabawę z wyszukiwaniem tych niuansów, które różnią kanadyjski serial i amerykański.

    A, jeszcze jedna sprawa. Wszystkie filmy należy oglądać w oryginale (polski lektor skutecznie przeszkadza). W końcu trzeba ćwiczyć język angielski, c’nie?

    Oglądając te wszystkie seriale, amerykańskie, kanadyjskie, te wszystkie filmy zachodnie, nie tylko spędzasz miło deszczowe popołudnie. Wyrabiasz sobie przy okazji jakąś wizję kraju.

    I jak to wygląda teraz, kiedy już tu mieszkasz?


  • Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [część II] Boisz się mówić po angielsku? Bo ja się boję

    Cieszę się, że pierwsze rozmówki kanadyjskie przypadły Wam do gustu.

    Dla mnie te posty z pogranicza języka, komunikacji i różnic kulturowych są nieodzownym elementem obsługi początków emigracji w Kanadzie.

    Kiedy już ogarniemy najważniejsze [trochę już o nich napisałam na blogu], czyli załatwione zostanie: praca, mieszkanie, szkoła, warto na chwilę zatrzymać się i zastanowić.

    Nie wystarczy żyć w danym kraju. Warto dobrze żyć i podnosić sobie jakość codzienności. Najłatwiej za pomocą języka.

    Wszędzie o tym trąbię, ale napiszę jeszcze raz: naszym zdaniem największym Twoim kapitałem jako emigranta jest umiejętność komunikowania się po angielsku (ewentulnie francusku). Bez języka ani rusz !

    Znasz już moje główne grzechy, które skutecznie utrudniały mi rozmowę z Kanadyjczykami. Ale nie wiesz jeszcze, że właściwie od samego początku się bałam. Bałam się mówić po angielsku.

    [I teraz Ci co mnie znają osobiście mogą się mocno zdziwić, bo zwykle pierwsza wyrywam się do gadania. Ale boję się nadal. Tylko nieźle się maskuję]

    A jak to wygląda u ciebie? Boisz się mówić po angielsku? Poczytaj, co ja u siebie zdiagnozowałam

    Może też masz:

    • blokadę wewnętrzną? Miałam wrażenie, że chociaż uczyłam się angielskiego, to się nie nauczyłam i nic nie umiem, i nikt mnie nie zrozumie. Innym to idzie dobrze, a mnie nie. Jako rasowa Polka i 100% kobieta uwielbiam się porównywać, i  oczywiście moje poczucie własnej wartości w dużej mierze zależy od tego, co inni o mnie myślą. A co, jeśli powiem coś i inni będą myśleli, że jestem głupia i niedouczona, nic nie warta ?
    A może myślisz:
    • W ogóle to jestem nieśmiała i introwertyczna. Może lepiej nic nie mówić? Może się domyślą?
    I ok, można taką osobą być. I sobie dobrze żyć.

    Jednak w taki przypadku USA i Kanada to nie są Twoje kierunki emigracji.

    Bo tutaj jest tak, że jak się boisz, że się nie uda, to się nie uda. Wszyscy wierzą, że się uda, a tych, co w to nie wierzą, się nie lubi. I się z nimi nie rozmawia i nie zawraca się nimi głowy. Nikogo nie obchodzą Twoje uczucia strachu przed mówieniem. Nie mówisz, nie istniejesz.

    Kolejne zagadnienie, który mnie dotyczyło i blokował przed odezwaniem się do Kanadyjczyka:

    • Nadmiernie rozmyślałam o przeszłości i procesie nauczania angielskiego, zamiast pomyśleć o hands on training. Przez głowę przelatywało mi: Nie zacznę mówić, jeśli nie będę znać angielskiego perfekcyjnie. Najpierw nauczę się języka, a później pójdę do pracy. Dobrej pracy. Nie czuję się pewnie i nie wiem, jaką decyzję podjąć.

    i co się wtedy może wydarzyć?

    • Nie rozwijasz się, tkwisz w bezpiecznej bańce tych samych, często polskojęzycznych znajomych, tych samych, często niewystarczających tematów;
    • Jesteś strustrowana i zła;
    • Starasz się uczyć jeszcze więcej, kujesz na maksa, więc jesteś tym zmęczona na maksa;

    Zapytaj się siebie, co się może stać, jak ci się NIE uda powiedzieć czegoś po angielsku?

    Obrażą się?  ———> Nie

    Pogniewają na ciebie? ————>Nie

    Wyjdziesz na głupka?———> Nie

     
    Muszę cię rozczarować – nikogo to nie obchodzi !

    Ale Ty nie odniesiesz wymiernych korzyści:

    -nie załatwisz sprawy

    -nie poznasz nowych ludzi

    -nie rozwiniesz siebie

    -będzie nudno

    Więc rada jest jedna: bój się i mów. Nie da się inaczej. Ja tak robię.

    PS. Czytając ten post, zdałam sobie sprawę, że używałam cały czas formy żeńskiej czasownika. Nie wiem, czy panowie mają podobne zahamowania wewnętrzne, wydaje się, że łatwiej im przychodzi “rzucenie się na głęboką wodę” i niezastanawianie się, co też ludzie powiedzą. I dobrze 🙂

    Masz jakieś swoje sposoby na strach przed gadaniem po angielsku? A może temat według Ciebie jest sztuczny? Daj znać, a ktoś Ci za to podziękuje !