Kategoria: wycieczki

  • Disney is Disney… Disneyland w Kalifornii czyli jak pomylić wschód z zachodem i prawie paść na zawał.

    Nooo, muszę w końcu ten post napisać, przyznać się, jak to z Disneylandem było. Zwlekałam, zwlekałam, ale dłużej się nie da, była prośba na FB od Was, żeby pisać, jak było, to napiszę, jak było.

    Wszystko, bez przemilczania.

    Na początek jednak mała uwaga: z Disneylandem jest jak z Kanadą [hehehe, mądre, c’nie?] – Twoje wrażenie z tego miejsca zależy w główniej mierze od Ciebie.

    Więc zwalanie winy za nieudaną wycieczkę na okoliczności zewnętrzne jest przede wszystkim szukaniem wymówek. Ale ludzie już tak mają.

    Ja też tak mam, więc łatwo mi napisać, że wycieczka do Kalifornii była taka i owaka, bo to, bo tamto, bo owamto.

    I trochę w tym wpisie będzie narzekania, no ale to żadna nowość, chyba już wiesz, że narzekanie to moje drugie imię [joke].

    Jak już tak zaczęłam, i może myślisz sobie, ocho, tej to się w d…pie poprzewracało, w Disneylandzie się jej nie podobało, jedno zdanie podsumowania.

    Disneyland robi WOW. Człowiek nie wychodzi z tego miejsca taki sam.

    To najpierw twarde dane: rodzina 4 osobowa, chłopaki lat 5 i 10, wybrany weekend bez świąt państwowych, w październiku.

    Plus przyjaciele, w podobnym układzie rodzinnym.

    Hotele w Kalifornii zarezerwowane jeszcze w wakacje [booking.com], i bilety do Los Angeles też [Air Canada].

    Zakup biletów do parku zostawiliśmy sobie na sam koniec. Dlaczego? Ano dlatego, że po pobycie w Legolandzie mieliśmy już lekki przesyt parków rozrywki i nie byliśmy pewni, na jakie bilety w Disneylandzie się zdecydować (na ile dni kupić bilety).

    I tak o mści się karma. Za dużo się chciało, za dużo.

    Byliśmy świadomi, że parki rozrywki z Myszką Miki są w Kalifornii dwa. I że można kupić bilet do jednego parku na jeden dzień, albo do dwóch parków na jeden dzień, albo do dwóch parków na dwa dni, albo….. dość. Wszystkie opcje, wliczając w to możliwość wejścia wcześniej (Magic Morning), dostępne są na stronie internetowej.

    Dlaczego kupiliśmy bilety przez internet? Bynajmniej nie dlatego, że było taniej (w Legolandzie tak to działa – kupujesz przez internet na konkretny dzień i jest taniej niż z budki przed wejściem. I bez kolejki).

    Kupiliśmy bilety do Disneylandu online, żeby do parku wejść szybko i sprawnie.

    Nie weszliśmy ani szybko, ani sprawnie.

    # historia prawdziwa mini zawału

    Przy wejściu szczegółowo sprawdzają plecaki.  Zupełnie nieświadomi zabraliśmy walizkę – jeździk Trunky, z myślą o ciągnięciu Maćka, jak się zmęczy.

    Niestety do parku nie można wnosić rzeczy, które się ciągnie za sobą. Można te, które się przed sobą pcha – czyli wózki.

    Obiecaliśmy panu z ochrony, że nie będziemy ciągnąć, wzięliśmy walizkę na ramię i idziemy do bramki z wydrukowanymi biletami.

    A w bramce zonk, pani nie może skasować naszego biletu. Odsyła nas do punktu obsługi klienta. Idziemy do punktu obsługi klienta, mówią nam, że to jest potwierdzenie zakupu biletu, ale wydrukowane bilety potrzebujemy z kasy pobrać. “Dziwne, ale ok”, myślę, “miało być sprawniej”.

    W kasie miła starsza kasjerka bierze bilety, przygląda się im i mówi, że owszem, mamy dobre bilety ale do DisneyWorld, a nie do DisneyLand!!!

    Szok. Jak to DisneyWorld? Disneyworld, Disneyland, Disney is Disney, c’nie? Otóż nie. DisneyWorld jest na…. Florydzie.

    Co za fakap!

    Chłopaki już prawie w spazmach, bo kobieta mówi, że niestety Disney nie jest Disney, i że tu jest DisneyLand, Kalifornia, a nie DisneyWorld, Floryda, i że nie mamy biletów tu, za to mamy tam (za prawie 1000CAD).

    Dzieci nie wytrzymują, łzy się leją, bo jak to, przecież jesteśmy tu, a nie tam.

    Nigdzie na tych nieszczęsnych biletach nie jest napisane Florida (ani California też nie). Jest napisane DisneyWorld, tak, zgadza się, no ale dla mnie Disney is Disney !!!

    Nie każdy jest w Ameryce rodzony i chociaż ja na Kaczorze Donaldzie chowana, to jednak nie odróżniam parków rozrywki i co jak co, ale te dwa stany amerykańskie, adresy parków, to powinny być napisane WIELKIMI DRUKOWANYMI LITERAMI.

    Wołamy panią przełożoną, ta chwyta za słuchawkę i dzwoni na Florydę. Ale nic się nie da, m’am, zrobić, niestety, macie złe bilety, a właściwie nie macie (nie mamy) ich wcale.

    Wyciągnęliśmy kartę kredytową i zadłużyliśmy się na kolejne 1000CAD. [Żeby nie trzymać cię w niepewności – odzyskaliśmy pieniądze z Florydy po 3 tygodniach]

    W końcu to jest Ameryka ❤, więc żeby nie było, że klient niezadowolony, pani w Disneylandzie dała nam kupony na jedzenie w parku. I to jedzenie było bardzo dobre [zdziwienie moje wielkie, bo na ogół jedzenie północnoamerykańskie nam nie smakuje, ale w Disneylandzie było całkiem, całkiem].

    Dobra, dość tych strasznych historii – sprawdzajcie ludzie bilety, dobrze radzę!

    Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_9_zdjec_z_Kalifornii

    # to teraz kilka informacji

    1. W Kalifornii wejście do obu parków: Disneyland i Disney California Adventure Park jest w tym samym miejscu. Wspólna kolejka do kontroli bezpieczeństwa i potem możesz zdecydować, na prawo, czy na lewo.
    2. W obu parkach wygląda to podobnie: wchodzi się do parku, a potem: czekanie w kolejce do atrakcji (rekord: 120 minut, żeby zjechać pontonem w Splash Mountain), stanie, czekanie, jedzenie, zjeżdżanie, oglądanie, chodzenie, bieganie (do Fastpassów, więcej poniżej).
    3. Dobra rada dla rodzin nienawykłych do amerykańskiego poziomu zastraszania w czasie Halloween – nie przyjeżdżajcie w czasie Halloween! Maciek (lat 5 i pół) się bał na niektórych atrakcjach. Moje wyczekiwane fajerwerki nad zamkiem Disneya były w klimacie halołinowym, a ja go ani nie znam, ani specjalnie lubię. Więc rozczarowanko z mojej strony.
    4. tłumy ogromne w obu parkach (w weekend oczywiście większe). Dlaczego te bilety nie są przypisane do danego dnia, to ja nie wiem, bo tak można by przynajmniej jakoś to kontrolować, ale nie. I szczerze były takie momenty, że się bałam, tłum napierał ze wszech stron, a Disneyludzie próbowali to jakoś unormować, ale bezpieczne to to nie było.  Legoland – bilety na dany dzień rezerwujesz, ergo ludzie z obsługi wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać.
    5. Miej plan, co po kolei będziesz zwiedzał. Przed wyjazdem warto choćby trochę poczytać o atrakcjach. Przyznam szczerze, że akurat tę lekcję zrobiliśmy po łebkach. Podobno wszystkie parki kanoniczne Disneya są podobne, czyli mają takie same strefy, więc możesz poczytać, co warto, gdzie zobaczyć. Nam bardziej podobał się Disney California Adventure Park niż Disneyland. Nasz ranking atrakcji poniżej.
    6. Co to jest Fastpass i dlaczego musisz chcesz go mieć. Nie da się parku i jego atrakcji zobaczyć w jeden dzień. Nawet w dwa dni się nie da. Podejrzewam, że i trzy to za mało. A parki są dwa, a weekend jest krótki. Wtedy z pomocą przychodzi Fastpass. Jest rodzaj dodatkowego biletu, który pozwala Ci wejść na atrakcje szybciej, krótszą kolejką. Możesz albo ściągnąć sobie płatną aplikację na telefon albo w parku biegać od kiosku/biletomatu do biletomatu, żeby pobrać Fastpassy za darmo. Wszystkie informacje znajdziesz tutaj.  Nabiegałam się za tymi Fastpassami, oj nabiegałam.  Jeśli planujesz konkretne atrakcje, zobacz, czy są do nich dostępne Fastpassy i je zdobądź w pierwszej kolejności. Oszczędzisz sobie czekania. Jeśli zależy Ci na jakieś atrakcji bardzo, bardzo, rezerwuj Fastpassy z samego rana, bo po południu często są wyprzedane. Albo dostępne na godzinę 23:30.  W Legolandzie również są takie urządzenia, ale nie korzystaliśmy, bo nie było kolejek.
    7. Nie wiedziałam, że do Disneylandu jeżdżą ludzie bez dzieci. Takich było bardzo dużo; nawet raz mówię do Kuby, Kuba tutaj stoją sami dorośli o co chodzi? i chodziło o Space Mountain. Pod koniec pobytu już wiedziałam – nasze chłopaki tak średnio ogarniają Disneya, nie to, co dorośli, na bajkach Disneya chowani. Więc te wyjazdy do Disneylandu to sentymentalne podróże do czasów dzieciństwa, a nie najdziwniejsze miejsce na randki ;). W Legolandzie prawie nie widziałam ludzi bez dzieci, w Disneylandzie nastąpiło odwrócenie proporcji plus średnia wieku odwiedzających skoczyła o jakieś 50 lat.
    8. Rada parkingowo-dojazdowa. W Anaheim jeździ komunikacja miejska po głównej drodze miasteczka. Tej, przy której stoi większość hoteli. Jest również autobus – shuttle z parkingów samochodowych pod bramę parku. I ten polecamy bo a) jeździ częściej b) jest za darmo. W Legolandzie przyszło nam się przespacerować do parku spod wioski (noclegu). A mógł być shuttle.
    9. Jedzenie moża wnosić, ale w praktyce i tak wszyscy tłoczą się do lodów, corn-i hot-dogów, churros (rodzaj długich pączków) czy ogromnych pieczonych nóg indyczych. My w Disneylandzie jedliśmy w restauracji nowoorleańskiej (pycha!), a w Disney California Adventure Park w barze Loli z “Aut” (mniejsza pycha, ale też ok, zestaw dla dzieci dostaje się w pudełku w kształcie Zygzaka McQuina, jej!). Jedzenie lepsze w Disneylandzie niż w Legolandzie, chociaż akurat popołudniowy bufet piracki w wiosce Legolandowej polecamy.
    Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_6_zdjec_z_Disneyland_California

    #Kolejki i atrakcje – pewnie takie same podobne są w każdym parku

    (c0 ciekawe, na takie same kolejki nie wpuścili Maćka w Legolandzie, a przepuścili w Disneylandzie). Kilka zdań o atrakcjach, które zrobiły na naszej rodzinie największe wrażenie.

    1. Świat Aut czyli przede wszystkim Wyścig w Chłodnicy Górskiej. Ale wszystko inne w pobliżu też. Bardzo ładnie, z dbałością o szczegóły przygotowana kraina. Zdecydowanie nasz faworyt w Disney California Adventure Park.
    2. Przelot nad światem czyli kino Soaring Around the World. W Vancouver mamy Fly over Canada, ale Soaring zabierze Cię w podróż po świecie. Polecamy bardzo w Disney California Adventure Park.
    3. Guardians of Galaxy czyli film nam się podobał i atrakcja nam się podobała (Maćkowi mniej, bo było wolne spadanie i otwieranie się okna na wysokości kilku okien. Bał się)
    4. Pokrzycz sobie po amerykańsku czyli wielki rolercoaster California Screamin’. Bez Maćka i Kuby krzyczeliśmy dość głośno, podobno ja głośniej (zdaniem Krzysia). Porządny zjazd, szybkość i zwis głową w dół.
    5. Po to właściwie przyjechaliśmy, czyli Tomorrowland w Disneylandzie. Star Wars rule them all. Chłopaki brali udział w treningu Jedi (można się zamachnąć plastykowym mieczem na Lorda Vadera). Byliśmy w symulatorze Star Wars i polecamy (Maciek się trochę bał) oraz na kolejce Space Mountain i bardzo nie polecamy (Maciek się bardzo bał, nic nie było widać, tylko potwory halloweenowe na nas wyskakiwały).
    6. Z kolejek polecamy także Big Thunder Mountain Railroad (chociaż podobno był tutaj kiedyś wypadek śmiertelny). Podobną kolejką jest Matterhorn Bobsleds, ale ponieważ zjazd był znowy wewnątrz góry i po ciemku, Maćkowi podobało się średnio.
    Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_trzech_zdjec_z_Kalifornii_Disneyland

    Ponieważ to jest wpis o najszczęśliwszym miejscu na świecie (cyt. za reklamą Disneylandu 😉 ), to nie będę pisała o wszystkich atrakcjach, które nam się nie podobały zupełnie.

    Bo przecież to, że ja myślę: nie warto stać po 120 minut, żeby zjechać 5 minut kolejką, nie oznacza, że nie warto. Bo może właśnie Twoim zdaniem warto.

    Jeśli masz pytanie o jakąś atrakcję, daj mi znać w komentarzu.


    Podsumowanie: Legoland – protestancka skromność i  porządek, aka czuję się bezpiecznie i nie mam zawrotów głowy, Disneyland- jesteś w świecie jak z amerykańskiej bajki, filmu, snu, wiadomo, że każdy by chciał chociaż przez chwilę, ale w końcu się trzeba obudzić.

    Legolandu miałam dość po 2 dniach, Disneylandu po 2 godzinach.

    Ale i tak warto było. W końcu, nic co ludzkie, nie jest mi obce 🙂

    Aaaa, jeszcze jedno. Wycieczka do Playland w Vancouver jeszcze przed nami. Polecisz coś?


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.
  • Bokiem na Mount Baker, czyli jednodniowy wypad do USA na górę,”tę co widać z Vancouver, mamo”

    Hahaha, gór, co widać z Vancouver, jest całe mnóstwo, powiesz. I rację mieć będziesz (me Yoda said)

    Mount Baker nie jest jedną z całego mnóstwa gór dookoła, uwierz mi. No chyba, że mieszkasz w Vancouver i nie trzeba cię przekonywać.

    To ten szczyt w USA, który widać prze dobrej pogodzie z niemalże każdego miejsca w Vancouver, a już z trasy na Hope i doliny Fraser Valley, to najlepiej!

    Jednodniowy wypad na Mount Baker, wczesną jesienią, polecamy bardzo!

    Zwłaszcza jeśli szlaki w okolicy naszego miasta już znasz i szukasz zaskoczeń.

    Zaskoczy cię, zaskoczy ta góra.

    Ale zanim góra zaskoczy, to najpierw nie bądź taki i daj się zaskoczyć na granicy z USA.

    Wycieczka na Mount Baker wymaga wyjechania z Kanady

    Niby wszystko oczywiste – masz wizę turystyczną do Stanów. My mamy (a jak się o nią staraliśmy w Vancouver, mając kanadyjskie pozwolenie o pracę wiesz?)

    Niby powinno być łatwiej przekraczać granicę, zwłaszcza teraz, kiedy mamy już kartę stałego pobytu (PR).

    Jednak amerykańskich celników na przejścu granicznym twój status w Kanadzie mało obchodzi.

    Celników zainteresuje, czy masz wizę. Oraz czy masz jedzenie.

    Nie można do Stanów wwozić pewnych produktów spożywczych i czasami celnik o nie pyta: czy masz owoce albo ogólnie jedzenia.

    My zwykle odpowiadamy, że mamy snacks, czyli przekąski. I tak, pod tę kategorię podpadają także owoce, kanapki, napoje.

    Jeszcze nas nikt z tego powodu nie kontrolował.

    Za to kilka razy po białe karteczki musieliśmy swoje odstać. Tym razem także.

    Granicę przekraczaliśmy w Sumas, które jest tylko trochę mniej popularnym przejściem od tego w White Rock (Peace Arch /Blaine).

    Też sporo ludzi, też kolejki.

    Musieliśmy kupić białe karteczki do paszportów (po 6$ od głowy, można płacić kartą). Mają ważność 6 miesięcy. Nasłuchaliśmy się wielu historii o nich – a to niektórym zabrali je przy wyjeździe ze Stanów, albo dali tylko na jeden dzień. Tak więc widzisz – w życiu jak w piosence, wszystko się może zdarzyć.

    Byliśmy na granicy około 11, w niedzielę.

    Od przejścia granicznego w Sumas jedzie się cały czas mało zatłoczoną drogą na południe (547) a potem na wschód (542).

    Naszym pierwszym przystankiem podczas wycieczki na Mount Baker był szlak Heliotrope Ridge.

    Jesteśmy na szlaku Heliotrope Ridge czyli podchodzimy pod lodowiec.

    Informacje ogólne przed wejściem na szlak.

    Wejście na szlak znajduje się na końcu drogi szutrowej, dość krętej i miejscami wąskiej.

    Jesienią nie było na niej błota, ale nie wiem, czy zimą da się ją pokonać bez napędu na cztery koła. (Znajomi, którzy byli na szlaku dwa tygodnie poźniej, zawrócili ze względu na śnieg)

    Przy wejściu na szlak jest parking, który ze względu na popularność szlaku, szybko się zapełnia. Przy parkingu są toalety.

    Zobaczysz też tablice informujące, że za pobyt w parku się płaci (dotyczy to parkowania, chodzenia po szlakach, ogólnie przebywania).

    My kupiliśmy sobie jednodnowi karnet wstępu za 5$, przez internet i wydrukowany zatknęliśmy za szybę auta.

    Na parkingu nikt nie sprzedawał biletów, było miejsce, gdzie możesz płatność gotówką zostawić i napisać, za jaki samochód.

    Jaki jest sam szlak?

    Podejście nie jest długie ani wymagającą.

    Maciek (lat 5 i trochę) rwał do przodu i mimo kilkurazowego męczącego podejścia, dał radę przejść całość samodzielnie.

    To jest świetny szlak, bo mocno zróżnicowany – najpierw idzie się gęstym lasem, potem w paśmie krzaków i roślin, a na końcu łąkami przypominającymi nasze połoniny.

    Czasami szlak wiedzie po luźnych kamieniach i przez potoki.

    Słowem: zero nudy.

    Na końcu znajdziesz lodowiec.

    M podeszliśmy tylko na tyle, żeby zdjęcie zrobić, bo wejście na sam lodowiec wymaga sprzętu, przygotowania i pozwoleń.

    Widzieliśmy człowieka, który mozolnie piął się po jęzorze lodu do góry. Usłyszeliśmy też wielki huk, kiedy lodowiec tapnął i część go odpadła. [ale nie na tego człowieka, uff]

    Całość szlaku zajęła nam 4 godziny. Zaczęliśmy podchodzić około 12, skończyliśmy trochę po 16.

    Mt.Baker2017_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    Po zejściu ze szlaku Heliotrope Ridge ruszyliśmy…. Mount Baker…. na parking.

    Ponieważ wycieczka na Mount Baker miała być jednodniowa, nie nastawialiśmy się na inne szlaki w okolicy.

    Pojechaliśmy do końca drogą nr 542, aż do ośrodka narciarskiego Mount Baker.

    Droga nosi nazwę Mount Baker Scenic Byway i rzeczywiście, ostatnie kilometry zapierają dech w piersiach.

    A na końcu jest… parking. Hehehe.

    Ale nie taki sobie parking, tylko z widokiem na wszystkie strony świata i wszystkie góry dookoła (czyli w bonusie dostajesz też Mount Shuksan).

    Jeśli masz tylko moment, żeby “zaliczyć” Mount Baker, to jedź na ten parking… tfuuu… Artist Point. T

    ylko zobacz najpierw, czy jest otwarty.

    Możesz tylko wyjść z samochodu i się pogapić, albo pójść którymś z okolicznych szlaków. Ja musowo następnym razem pójdę na Fire and Ice Interpretive Trail (bo mi się z “Grą o tron” kojarzy mocno, i właściwie to wystarczy, hihih)

    Na parkingu również obowiązuje opłata. W 2017 rooku było to 5$ za samochód.

    Jak już sobie popatrzysz, to powrót tą samą drogą i 2 godziny później jesteś w domu.

    Fajnie, c’nie?

    Kto był w okolicy? A jak nie byłeś, to chociaż zerknij na te filmiki.

    Serdeczności!

  • Rockies rock! W Górach Skalistych jest wszystko co kocham!

    Też lubisz góry? Może trafiłeś tutaj szukając informacji o wycieczkach w Kanadzie? To dobrze! Bo to wpis o wycieczkach naszej rodziny* w Rockies, kanadyjskie Góry Skaliste.

    *Jeziorski fam, czyli polska rodzina w Vancouver: 2+2 lub 3+1, zależy, jak patrzeć.

    Zanim więcej o Rockies, trochę o Vancouver

    W Vancouver od września 2014 mieszkamy w słabym i dość brzydkim mieszkaniu, ale z mocnym atutem – widokiem na góry!

    Za widok wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra 🙈.

    Bez mrugnięcia płacimy więcej, byleby widzieć góry. Bo góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

    Zresztą nie tylko Vancouver!

    Całkiem niedaleko (czyli według standardów kanadyjskich do 24 godzin samochodem) od nas są inne góry, które zachwycają. Góry Skaliste czyli Rockies.

    Oczywiście musieliśmy pojechać i sprawdzić, jak wyglądają na żywo!

    Magiczne Góry Skaliste. Rozpalają wyobraźnię.

    Te góry ciągną się i ciągną.

    W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej, na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

    Góry dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

    Czyli ogólnie bajka.

    Jest tylko jeden problem.

    Jeden minus Gór Skalistych. Ale duży minus!

    Urok tych gór to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

    Bo każdy chce mieć zdjęcie na Instagramie znad Maligne Lake. (Albo Moraine Lake, albo Lake Louise). Te jeziora pojawiają się na wielu zdjęciach reklamujących Kanadę. Ba, nie tylko na zdjęciach są uwieczniane. Moraine Lake wylądowało nawet na banknocie kanadyjskim!

    Rada ode mnie:

    Nie wybieraj się w Rockies podczas długich weekendów. Wtedy na pomysł “może by pojechać w góry ?” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów. Będzie tłoczno.

    Zupełnie nie słuchając swojej intuicji i dobrych rad znajomych, my w Rockies pojechaliśmy dwa razy, podczas długich weekendów wakacyjnych.

    Cel wycieczek: Jasper i Banff!

    Te dwa miasteczka to ikony Gór Skalistych i po prostu chcieliśmy je zobaczyć. I góry w pobliżu oczywiście też!

    Okolice Jasper (na północy Gór Skalistych) odwiedziliśmy w lipcu 2017, za to do Banff wybraliśmy się w sierpniu 2019.

    Wycieczka w okolice Jasper. Do zobaczenia Maligne Lake i Mount Robson

    Zanim więcej napiszę o punktach na mapie, najpierw słów kilka o szukaniu noclegu. Gdzieś spać trzeba, prawda?

    Znaleźć nocleg w Rockies czyli śpimy w Górach Skalistych.

    Myśleliśmy, że szukając noclegu w Górach Skalistych na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

    Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca.

    Nie udało nam się znaleźć żadnego (dostępnego na naszą kieszeń) noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper.

    Szukaliśmy na booking.com i airbnb. Zwykle wybieramy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją.

    No ale jak nie ma, to nie ma, pomyśleliśmy. Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

    I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

    Z tego kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

    Zrobiłam więc szybką rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy!

    Jedziemy w Rockies czyli dojazd do Mount Robson, około godziny drogi od Jasper.

    Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper.

    Jazda samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. A 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

    Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

    Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

    Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD (dane z 2018)

    W cenie zwykle zawarte jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią hotele, bo jest telewizor (a w domu nie ma).

    Wyjechaliśmy z Vancouver w czwartek, późnym popołudniem. Spaliśmy w Kamloops, a w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

    Droga do Kamloops wygląda jak cały region Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów.)

    Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater.

    Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami.

    Bo w sklepie w Clearwater było dużo taniej niż w Vancouver.

    Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo.

    Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej.

    Rząd naszej prowincji wspomaga jednak sprzedaż właśnie po to, żeby ceny w Clearwater nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić.

    Bardzo dobra strategia!

    Chwilkę po południu w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

    To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

    U stóp Mount Robson, tuż przy drodze na Jasper jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancouver)

    Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

    Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

    Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” z tych, na których byliśmy.

    Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność).

    Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

    Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

    Zanim ruszymy głębiej w Rockies, proponuję szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

    Jeśli nie masz ochoty, to nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

    Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami.

    Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

    Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

    My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney.

    Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km.

    Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

    Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

    Na razie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem).

    Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz.

    Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

    Na końcu szlaku są ławki i toalety.

    Ale ta Kanada jest ładna!

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-collage zdjęć z Mount Robson
    kolaż zdjęć z Mount Robson, okolic Jasper i kempingu

    Dzień drugi w Rockies czyli Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

    Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

    Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass).

    Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

    Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi.

    Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

    Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało.

    Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

    Troszkę o Jasper:

    • Miasteczko jest ładnie położone.
    • Z okazi święta paradę poprowadził burmistrz na koniu.
    • Jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe.
    • Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

    Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

    Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, ale znowu brak zdjęcia, więc musicie nam uwierzyć na słowo 😉

    Potem jechaliśmy do Maligne Lake. 

    Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd.

    Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

    To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

    Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road.

    I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

    Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

    Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island.

    Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w Google: “Maligne Lake cruises”, a wyskoczą strony przewoźników.

    Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

    Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

    My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

    W restauracji mieli wybór trzech zup w rodzaju aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

    Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper.

    Taka wystawa to super sprawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

    Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

    Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

    Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

    A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

    Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper.

    Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

    Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były śmiertelne wypadki].

    Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

    Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

    Na miejscu nie spędziliśy dużo czasu, bo tylko w sumie dwa i pół dnia, ale i tak było zacnie.

  • Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

    Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.

    • po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
    • po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
    • po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.

    Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.

    I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.


    Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.

    Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.

    Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.

    Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak.  A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.

    Prom płynie około 40 minut.

    W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.

    Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.

    Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?

    My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores (herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.

    Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.

    Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.

    Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie,  które możesz robić będąc na kempingu:

    1. pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż  woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
    2. jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
    3. spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!

    Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech.

    Dał o sobie znać w sobotę z rana.

    Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, ale sporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.

    Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.

    Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.

    Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.

    Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.

    Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.

    I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.

    A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.

    Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].

    Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!

    Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!

    Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.

    Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉

    Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.

    Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.

    Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli.  Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.

    Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).

    Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!

    Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove

    Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani z Zatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.

    Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.

    Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.

    Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.

    Reasumując: ładnie było, ale pewnie minie sporo czasu, zanim się znowu wybierzemy. O ile w ogóle.


  • Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park

    Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.

    No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.

    Ale co poradzić, jak mi się nie chce?

    Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.

    Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i  z dzieckiem na plażę pójść.

    Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)

    Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.

    I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.

    Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.

    Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.

    Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).

    A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?

    Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.

    W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).

    Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.

    Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero  spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?

    Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.

    Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.

    Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.

    Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park

    W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!

    Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.

    Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać.  To nie jest Garibaldi Park.

    Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?

    Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).

    Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 7

    Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!

    Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.

    Bo tam rządzi zielone.

    Bardzo rządzi !

    Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: Sekretne życie drzew.

    Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.

    Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 8

    Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 10
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 11
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 12
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 13
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 14

    Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!

    To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!

  • Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

    Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

    Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

    Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

    My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

    Dorzucimy do listy Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

    Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

    Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

    Ps. Nie jedz pizzy.

    Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

    Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

    A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

    Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

    Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

    Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

    Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

    Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

    Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

    To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

    Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

    Są za to góry. I chmury. I woda.

    No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

    To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6
    quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7
  • Jednodniowa wycieczka promowa do Victorii – gdzie wypić wysoką herbatkę?

    Jednodniowa wycieczka promowa do Victorii – gdzie wypić wysoką herbatkę?

    Pytanie na rozgrzewkę – co jest stolicą Kanady? Jak odpowiesz, że Ottawa to brawo, pakuj walizki i jedź do Kanady (just kidding). Ale być może powiesz: Toronto.

    I tu Cię mam! Toronto to największe i najludniejsze miasto Kanady, ale stolicą kraju wcale nie jest. Jest za to stolicą swojej prowincji, Ontario.

    Ale żeby Ci jeszcze bardziej namieszać w głowie, powiem, że Vancouver, trzecie co do wielkości miasto Kanady (a największe nad Pacyfikiem) wcale nie jest stolicą prowincji, Kolumbii Brytyjskiej.

    Nie wiesz o co chodzi? Przecież artykuł miał być o Victorii! Spokojnie, dalej będzie wystarczająco dużo przewodnikowej treści, podlanej wskazówkami od Tess, mojej kanadyjskiej koleżanki.

    Co jest stolicą Kolumbii Brytyjskiej? To mniejsza, senniejsza i nieco nudniejsza Victoria. To tu jest siedziba rządu, w pięknie stylizowanym na europejski, budynku Parlamentu. Victoria jest położona na Wyspie Vancouver, więc wycieczka wymaga przeprawy portowej.

    Robi się coraz fajniej, prawda?

    Na wycieczkę do Victorii wybraliśmy się w marcu 2016 roku, kiedy po raz kolejny odwiedzili nas w Vancouver moi rodzice. Przylatują co roku, w czasie ferii wiosennych, żeby nam trochę pomóc przy chłopakach, no i się wnukami nacieszyć. (Jeśli chcesz wiedzieć, jak zorganizować odwiedziny rodziny z Polski, przeczytaj moje rady w tym poście).

    A poniżej opis naszej wycieczki. I rady:

    1. jak dopłynąć promem z samochodem lub bez
    2. co zobaczyć, jak sie pójdzie od budynku parlamentu w lewo
    3. a co, jak pójdziesz w prawo
    4. gdzie wypić wysoką herbatkę
    5. a gdzie inne, nie tak dystyngowane napoje
    6. gdzie dobrze zjeść

    W 2019 zapytałam Tess, co poleca w Victorii. Dodaję do posta jej rekomendacje oraz wskazówki z komentarzy.

    Mam nadzieję, że post przyda Ci się przy planowaniu wycieczki do Victorii. Jeśli tak, podziel się nim na swoich kanałach w social media, a ktoś planujący wycieczkę do Kanady Ci za to podziękuje!

    Fajna okazała się ta nasza jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

    Victoria jako spodobała się nam.  Jednak chyba za wiele się nasłuchaliśmy achów i ochów o tym mieście, by tym naszym wyśróbowanym wymaganiom biedna stolica Kolumbii Brytyjskiej mogła sprostać.

    Victoria jest ładna. Tyle, ile mogliśmy w jeden dzień zobaczyć. Myślę, że dwa dni na stolicę to sporo, zwłaszcza jeśli jesteś w Vancouver tylko kilka dni. W jeden dzień ogarniesz najważniejsze miejsca w Victorii, a w polecanych miejscach zjesz i wypijesz jak mieszkaniec tego nieco sennego, ale uroczego miasta.

    Ale zacznę od początku.

    Na początku jest prom. W 2016 roku pierwszy raz płynęliśmy kanadyjskimi promami, to trochę o nich napiszę.

    Brzmi ciekawie? Ha, nie da się ukryć, że jest to atrakcja. Wycieczka do Victorii, nabiera innego wymiaru. To już cała wyprawa, c’nie?

    Ile kosztuje prom i jak się na niego dostać?

    Jak jest pogoda i można się pogapić zza burty wycieczka promem jest całkiem, całkiem. Ale jak nie ma pogody, to masz poczucie, że te 120 CAD za samochód i 6 ludzi w jedną stronę, to jednak spory wydatek.

    Jak płynęliśmy do Nanaimo, to startowaliśmy z Horseshoe Bay, jak do Victorii, to z Tsawassen.

    Obie przystanie promowe są osiągalne także dla ludzi bez samochodu!

    Dojeżdżają autobusy miejskie, więc jak nie masz auta, też skorzystasz. Autobusy do portu Tsawwassen odjeżdżają z przystanku Bridgeport linii metra Canada Line. Staraj się złapać taki autobus, który jest w Tsawwassen przynajmniej 15 minut przed wypłynięciem promu. Po co się stresować i spieszyć.

    W dodatku, jak masz samochód, a chcesz co nieco zaoszczędzić, możesz samochód zostawić na parkingu i wsiąść na prom jako pieszy pasażer. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, jak to działa, ale jak będziemy płynąć na Bowen Island, to pewnie tak zrobimy.

    Procedury dla zmotoryzowanych są takie:

    1. Podjeżdżasz samochodem do okienka.
    2. Uiszczasz opłatę albo pokazujesz papier – potwierdzenie rezerwacji.
    3. Czekasz w kolejce, aż zaczną wpuszczać na prom. Można wysiąść z auta, łazienkę zaliczyć, albo plac zabaw (wiadomo!) i w sklepikach pobuszować. Moższesz coś zjeść lub wipić kawę ze Starbucksa. Trochę jak na lotnisku.
    4. Wjedżasz na prom (zamachają na Ciebie i , zawołają, jak trzeba będzie wracać do samochodów).
    5. Parkujesz samochód (albo rower, ale z rowerem nie czekasz w kolejce aut, tylko podążasz jak pokazują znaki. Najczęściej wejście na prom jest wraz z pieszymi)
    6. Potem możesz zostać w aucie i spać, albo wyjść na pokład, posiedzieć. Dla dzieci jest kącik, są też stanowiska do pracy, z gniazdkiem. Na promie jest co robić, a zawsze i tak najtłoczniej jest w restauracji  – chyba podróż tak wpływa na ludzi ;).

    Jak wybierasz się we popularne turystyczne dni, to warto wcześniej zrobić rezerwację obejmującą samochód. Niestety, mówi ona jasno, że i tak musisz pojawić się najpóźniej godzinę przed startem, żeby rezerwacja była honorowana. Kosztuje 18 CAD w jedną stronę.

    Raz przyjechaliśmy 15 minut przed odpłynięciem i niestety nie wjechaliśmy już na prom. Mimo kupionego biletu. Ale nie mieliśmy rezerwacji.

    Prom przybija do portu, ale Victorii jeszcze nie widać

    Z przystani promowej Swartz Bay Ferry Terminal jest to Victorii jeszcze spoty kawałek. Ale jak nie masz samochodu, to kieruj się na autobus. Koleżanka Kanadyjka mówi, żeby jechać autobusem 70 Express, a nie 72 – jadą tą samą trasą, ale expresowy jest znacznie szybszy. To jedyne dwa autobus, które Cię dowiozą do Victorii.

    Jeśli masz możliwość, siadaj na górnym pokładzie (double decker bus).

    Autobusy zawiozą Cię do centrum Victorii, do portu, czy w pobliże hotelu. Ustal to z kierowcą autobusu podczas wsiadania.

    Wjechaliśmy w rogatki miasta i pierwsze dopadło nas pierwsze zdziwienie: Dlaczego jest tutaj tyle hoteli?

    W Victorii jest ich na prawdę sporo, większych i mniejszych. Dla zamożnych turystów i dla tych z chudszym portfelem.

    Nie planowaliśmy spać, więc tylko ruszyliśmy w kierunku centrum. Nie nastawialiśmy się na mocne zwiedzanie. Nasze chłopaki i tak z zabytków najbardziej lubią oglądać Lego Store.

    Nie jeździliśmy również na rowerze po Victorii, ale widać, że jest to bardzo dobry sposób na jej zwiedzanie. Sporo rowerzystów, w różnym wieku.

    Chociaż Victoria wygląda na senne miasteczko, to jednak jest to miasteczko inne niż Vancouver, Seattle czy New York City (te amerykańskie miasta znamy, fakt nie za dobrze, ale wydają się nam dość podobne do siebie, takie wiecie, na jedno kopyto.) A Victoria jest inna. Myślę, że Monteal i Quebec też nas zachwycą swoim klimatem, jak już kiedyś tam zawitamy.

    Plan naszej jednodniowej wycieczki w Victorii

    Zaczęliśmy od spaceru po śródmieściu, czyli Downtown, w okolicach Parlamentu (który niestety był zamknięty do zwiedzania w weekend).

    Z okolic Parlamentu można iść nadbrzeżem w prawo albo w lewo (stojąc twarzą w stronę wody).

    Jeśli wybierzesz lewo, to przejedziesz się niedaleko kolorowych domków Fisherman’s Wharfs. A jeśli już dopadł Cię głód, to polecaną miejscówką na każdy apetyt jest Nourish Kitchen & Cafe.

    Fisherman’s Wharfs

    Spacerowaliśmy po uroczej wiosce pływających domków Fisherman’s Wharfs. Chłopakom się bardzo podobało, bo te domki są niewiele większe od pudełka z zapałkami. I w dodatku na wodzie! Przyglądając się niektórym posiadłościom ciężko było nie kwestionować gustu ich właścicieli, no ale o gustach się nie dyskutuje.

    Co można tutaj zrobić oprócz spacerowania? Stąd startują wycieczki przygodowe: whale watching, kayaking and harbour boat tours, więc jeśli to Twoja bajka, to tu znajdziesz coś dla siebie.

    A na koniec zjedliśmy szeroko sławione fish and chips (smażony kawałek ryby plus frytki plus mini sałatka), które smakowało tak samo jak popularne (GO Fish) and chips w False Creek w Vancouver, do którego kiedyś staliśmy ponad 40 minut w kolejce. Ja mam niepotwierdzone przekonanie, że wszystkie fish and chips smakują tak samo, nieważne jak sławne by były!

    Jeśli chcesz spalić smażeninowe węglowodany, to proponujemy kontynuować spacer w ulicą Dallas Road, w stronę Beacon Hill park.

    Ogden Point Beach

    Podczas spaceru zatrzymaj się w Ogden Point Beach. Oglądanie zachódu słońca to jest to. Jest tam też latarnia. Bywa, że są trafisz na tłumy turystów ze statków wycieczkowych, ale może akurat wtedy ich nie będzie.

    Beacon Hill Park

    Majestatyczne pawie i przyjemny park czyli Beacon Hill Park . Dla dzieci są place zabaw, jest splashing park (czyli wybetonowane miejsce z sikawkami). Entuzjaści historii zatrzymają się pewnie przy First Nations Longhouse, czyli miejscu szczególnie ważnym dla rdzennych mieszkańców Kanady (służyło im m.in. do spotkań rdzennych społeczności).

    Idąc w górę Dallas Road, dojdziesz w końcu do Cook Sterr Village. “Kawiarnie, uroczy klimat i pełno drzew” tak Tess, moja kanadyjska koleżnka opisuje dzielnicę swojego dzieciństwa. Tess poleca Moka House coffee, a niesamowita babeczka czekoladowa z quinoa, z Bubby Rose’s cafe, śni się je po nocach. Na większy głód wpadnij do Pizzeria Prima Strada.

    Inner Harbour

    A co jeśli od Parlamentu chcesz pójść w prawo (patrząc w stronę wody?)

    Dobrze! Po drodze jest Inner Harbour, a na końcu całkiem miłe Chinatown.

    Lot wodolotem pomiędzy Victorią a Vancouver to przeżycie samo w sobie. Możesz skorzystać z usług Harbour Air Seaplanes. Jeśli zapiszesz się do newslettera firmowego, dostaniesz informacje o zniżkach. Podobno podczas lotu pozwalają czasami usiąść w fotelu co-pilota!

    W okolicy Inner Harbour warto odwiedzić:

    • księgarnię Munro’s Books (zachwycający budnek i wiele niezależnych publikacji);
    • Bard and Banker Pub – must stop, żeby napić się piwa;
    • w czasie weekendu mały targ i miłe dla oka budynki: Bastion Square;
    • Royal BC Museum czyli miejsce pełne kanadyjskich treści (i w dodatku niezbyt duże).

    Victoria Chinatown

    Polecamy spacer słynną wąziutką uliczką w najstarszym kanadyjskim Chinatown. Fan Tan Alley jest solidnie ukryta (jak nie możesz znaleźć, pytaj ludzi), ale warto jej poszukać, bo jest urocza.

    Nie mam za dużo doświadczenia z chińskimi dzielnicami. Ta w Vancouver, choć odwiedzona przez nas zaraz na początku pobytu, nie doczekała się nawet wzmianki na blogu.

    Nie lubię Chinatown w Vancouver.

    Ale Chinatown w Victorii to całkiem przyjemnie miejsce. Nawet z lekka romantyczne. (No dobra, przesadzam trochę, ale na spacer jak najbardziej polecam).

    Jeśli chcesz spróbować chińskiej herbaty, lokalesi polecają to miejsce: Silk Road Tea. A jeśli akurat masz ochotę na kawę, to zamów kubek “z przyjemnym widokiem” z patio kawiarni Union Pacific Coffee Shop.

    To o co chodzi z tą wysoką herbatką, Kate? Ą i ę podczas high tea w hotelu Fairmont Empress to punkt do zaliczenia podczas wycieczki do Victorii

    Dochdzimy do sedna sprawy! Jak mieszkasz w Vancouver dłużej, być może słyszałeś (a właściwie slyszałaś, bo to taka bardziej babska sprawa) o High Tea.

    Spotkania przy High Tea to często urodziny w babskim gronie, babyshower, czy spotkania statecznych panien wczesnym popołudniem. Wiem, bo mam przybytek serwujący High Tea w moim bloku.

    Ale High Tea z Victorii to jest inna sprawa.

    To popularne wydarzenie, nie tylko wśród turystów. W mojej kanadyjskiej agencji dziewczyny organizują wyjścia z przyjaciółkami zwykle w dwa miejsca: Scandinave Spa w Whistler i właśnie High Team w Fairmont w Victorii.

    A żeby wypić herbatę i zjeść minikanapeczki z serkiem Philadelphia i ogórkiem w hotelu Fairmont musisz:

    • zrobić rezerwację wcześniej i być na określoną godzinę, bo jak przegapisz, nie ma zmiłuj, zostaną Ci tylko drinki przy barze;
    • odpowiednio się ubrać (obowiązuje smart casual, więc lepiej poszarpane szorty zostaw na inną okazję);
    • przeczytać wszystkie powieści Jane Austin i sióstr Bronte (no dobra, z tym to żartowałam);
    • trzymać filiżankę herbaty z odchylonym paluszkiem (nie mogłam się powstrzymać). Podręczniki etykiety mówią, że absolutely no pinkies up!
    • wlać najpierw mleko do filiżanki, a potem herbatę;
    • wlać najpierw herbatę do filiżanki, a potem mleko (niestety, nie ma zgodności co do kolejności. Obie opcje mają swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników. Moja rada – rozejrzyj się dyskretnie wkoło i zrób, jak sąsiedzi. Będzie tak samo smakowało, a co masz czuć się głupio!)
    • Podczas wysokiej herbatki próbuj przepysznych ciepłych ciastek jodowych, tzw. scones. Najlepiej z dżemem.

    Wiem, wiem, jakie jeszcze pytanie Ci chodzi po głowie – czy w herbacie można maczać ciastko? Ja bym tego na Twoim miejscu nie robiła. Zwłaszcza w hotelu ze słowem Imperator w nazwie.

    I co? Tess zapytałaby: that’s your thang? (= thing, w slangu). Czy high tea to jest właśnie to? Coś, co lubisz i się na tym znasz?

    Bo jeśli nie, to poniżej znajdziesz inne, polecane miejscówki z jedzeniem i piciem.

    Więcej polecanych miejsc, gdzie zjesz i wypijesz jak mieszkaniec Victorii

    Tess podesłała mi całą listę. A ufam jej bardzo w kwestii jedzenia, bo na niejednym lunchu firmowym byłyśmy 😉

    Te miejsca są trochę na uboczu turystycznych tras spacerowych. To tylko lepiej, prawda?

    • Makaron z charakterem, mniam, mniam. Miejsce zatłoczone, muzyka na żywo i cały chleb świata (all you can eat bread) w Pagliacci’s;
    • Dope cocktails (legit mixologists / interesting drinks) czyli coś dobrego do wypicia plus tapas do przegryzienia: drogi, ale dobry Veneto Kitchen + Bar;
    • Więcej drinków w The Drake;
    • Piwo Race Rocks Ale w lokalnym browarze Lighthouse Brewery;
    • Kuchnia himalajska w najbardziej angielskim mieście Kolumbii Brytyjskiej? Dlaczego nie! Zajrzyj do The Mint w piwnicy.
    • Piwko plus coś do zjedzenia – Spinnakers Gastro Brewpub. A Tess poleca ich śniadania podczas spaceru do Downtown;
    • Na niedzielny brunch wpadnij do:
      • OG Jam Cafe (mogą być kolejki przy wejściu);
      • Blue Fix Cafe (kolejki wysoce prawdopodobne!);
      • Floyd’s Diner on Yates (Jedzenie na tłusto i dobre na leczenie kaca).

    Przyjemne miejsca poza Victorią, jeśli masz jeszcze trochę czasu

    1. Park prowincjonalny Sooke Potholes to tylko godzina jazdy od Victorii, a można błogo spędzić letni dzień.
    2. Point no point resort – miejscówka na smaczny lunch z widokiem.
    3. Może mały hike? Zacznij spacer na parkingu China Beach i idź w stronę Mystic Beach. To sympatyczny szlak i po drodze jest mały zgrabny most zwodzony (nie tak oblegany, jak Capilano Suspension Bridge). Resztę dnia możesz spędzić na któreś z plaż wzdłuż szlaku: Juan de Fuca.
    4. Prawie jak Ogród Van Dusen. A może nawet lepiej, czyli Ogrody The Butchart Gardens. Jedno z tych miejsc, dzięki któym Victoria ma ksywkę: Canada’s city of gardens. O innych polecanych ogrodach w Victorii i okolicach przeczytasz w tym wpisie na stronie Tourism in Victoria.

    Kilka godzin w słonecznym, spokojnym mieście dobrze nam zrobiło.

    Podobał Ci się wpis? Masz ochotę na więcej? Wiele takich nieoczywistych wiadomości przesyłam w newsleterze podlanym syropem klonowym.

    Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie Ci informacji o postach i promocjach Kanada się nada.
    Zgodę możesz w każdej chwili wycofać, a szczegóły związane z przetwarzaniem Twoich danych osobowych znajdziesz w polityce prywatności.

    Victoria to dobre miejsce na jednodniowy getaway (wycieczka za miasto, dosł. ucieczka ).

    Dla niektórych wciąż będzie nudnym miastem emerytów. Znam młode osoby, które zaczęły swój pobyt International Experience Canada właśnie tam, ale szybko przeniosły się do Vancouver.

    Mam nadzieję, że mój post zachęcił Cię do odwiedzenia Victorii. I zobaczysz, że jej zakamarki (zwłaszcza te polecane przez Tess) są jak najbardziej hip!

  • Wycieczki po Okanagan: Osoyoos, Mount Kobau, Spotted Lake, Skaha Bluffs, Kelowna i Myra Canyon

    Nasze pierwsze wrażenie? Jedziemy, jedziemy, nie ma lasów. Jest piach. I ciepło, a miejscami bardzo ciepło. Słońce jest tutaj bliżej ziemi. Brązowy, złoty, żółty w różnych odcieniach – to kolory tego regionu Kolumbie Brytyjskiej. Witamy w Okangan!

    Pierwszy raz pojechaliśmy do Okanagan jesienią 2016 roku.

    A potem już co roku odwiedzaliśmy ten region i jego miasta: Kelownę, Kamloops, Osoyos, Pendincton. Świetne i niezbyt wymagające okolice, idealne do wycieczek z dziećmi, na rowerach i na nartach, i pod namioty też!

    Okanagan, Osoyoos, Pendincton, Kelowna, Lake Country, Peachland, Skaha Bluffs…. nie wiem, jak Wam, ale mi wymawianie tych nazw sprawia jakąś nieokreśloną przyjemność. Smakowicie brzmią, są soczyste, dźwięczne. Trochę magiczne i mocno zachęcające.

    Nas zachęciły!

    Przed wycieczką do Okanagan nie wiedzieliśmy o tym regionie za wiele

    Tak, tak, to już u nas tradycja, na prawdę słabo przygotowujemy się do naszych wycieczek i później nas musi Google ratować…. albo i nie. W sumie nie ma się co chwalić publicznie. My w ogóle mało planujemy nasze wycieczki, bo … co ma być, to będzie. Albo nie będzie 😉

    Przed wyjazdem ten region Kolumbii Brytyjskiej kojarzył nam się z dwiema rzeczami: cydrem z BC liquor store oraz pustynią.

    Mam koleżankę z pracy, której miastem rodzinnym jest Osoyoos, położone właśnie w tym regionie. I to by było na tyle w temacie naszej wiedzy krajoznawczej o Okanagan.

    Okanagan to region, dolina, obszar, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi i sąsiednią kanadyjską prowincją, Albertą.

    Podróż samochodem do Okanagan

    Można pojechać autostradą nr 3. I po drodze zatrzymać się w urokliwym Parku Prowincjonalnym Manning. Można też pojechać bardziej na północ, autostradą nr 5, przez Meritt. Jechaliśmy i tak

    To tylko 5 godzin jazdy na wschód od Vancouver. Droga wije się coraz wyżej i wyżej, i zupełnie, ale to zupełnie, się nie nudzi. Bo widoki są.

    Oczywiście dzieciom się nudzi, ale na szczęście długi audiobook na ogół załatwia sprawę. W 2016 roku słuchaliśmy “Baśnioboru” (prawie 10 godzin ) i ta lektura nieźle uzupełniała, a właściwie kontrastowała z oglądanymi z samochodu wyżowymi, pustynnymi krajobrazami.

    Te widoki nawet trochę księżycowe są, jak to mówi moja koleżanka Harriett z Kelowny. (patrzcie państwo, znam coraz więcej osób stamtąd)

    Kiedy jechać do Okanagan – może jesienią?

    Trafiła nam się boska pogoda, złota jesień roku 2016, miejscami bardzo ciepła, a miejscami bardzo zimna.

    Ale ponieważ tym razem był to wypad nie-pod-namiotowy, więc pogoda mogła nam nadmuchać. I czasami dmuchała nieźle.

    Podobno jest to najcieplejsze miejsce w Kanadzie (agencje turystyczne używają hasła pustynia, jako wabika na turystów). A staruszkowie zmęczeni tempem Vancouver (a może cenami nieruchomości), wybierają życie w Okanagan na emeryturze (jesieni życia).

    Odwiedziny w Osoyos

    W 2016 roku zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu. Bez szczególnego rozglądania się, wynajęliśmy pokój w hotelu znalezionym na booking.com [hotel standard ok, miał jacuzzi]

    Jeśli wolisz namiot to pole namiotowe w Osoyoos znajduje się w  Haynes Point Provincinal Park (dzięki Monika, za namiar na tę miejscówkę), na wąziutkim półwyspie jeziora Osoyoos.

    Kilka informacji o miejscu noclegowym:

    • Półwysep ma swój wdzięczny urok, ale miejsca kempingowe są dość łysawe;
    • Chociaż widok na jezioro i zachody słońca, zdaje się, rekompensują tę niedogodność.
    • Rezerwacja na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, więc warto mieć w obwodzie plan B.

    Samo Osoyoos ma trochę do zaoferowania, a największą atrakcją jest jezioro! Można po nim i w nim pływać.

    My jak zwykle wybraliśmy spacerowanie i górołażenie. Miasteczko nie jest specjalnie duże, ale rozległe, położone rozkosznie pomiędzy wzgórzami.

    Gdzie by się nie obrócić, widać góry. Suche i pustynne, podobno przypominają Arizonę (nie wiem, nie byliśmy, ale wierzymy na słowo).

    Co zobaczyć w okolicy Osoyoos ?

    Wjazd samochodem na Mount Kobau

    Można wybrać się długą i krętą drogą na Mount Kobau. Dojazd tylko samochodem. I też, lepiej, żeby był sprawny, bo czeka na 20 kilometrów piaszczystych wrażeń.

    Widoki z drogi są zacne, choć nieco przygnębiające (te tereny wielokrotnie były nękane pożarami).

    Po dojechaniu na samą górę, samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu.

    Dosłownie kilka metrów podejścia od samochodu niekrępującym i niewymagającym szlakiem i jest się na szczycie Mount Kobau. Dzieci dadzą radę. Nasz wózek z Costco też dał radę (ale jednak nie polecamy).

    Na szczycie, ku zaskoczeniu, było bardzo zimno. Jednak warto wejść. Gdzie się obrócisz, masz widok na wszystkie cztery strony świata. Dookoła są Góry Kaskadowe a miasto Osoyoos widać w dole.

    Może zainteresuje Cię ścieżka przy parkingu, prowadząca do jakiś zabudowań. To miało być drugie największe obserwatorium astronomiczne na świecie. NA ŚWIECIE!

    Ale z powodu kosztów nie doszło do otwarcia. Szkoda.

    No nic, jedziemy dalej i zjeżdżamy z Mount Kobau.

    Odwiedziny nad jeziorkiem Spotted Lake.

    Znajdziesz je przy drodze do/z Mount Kobou więc można spokojnie sobie zaplanować odwiedzenie tych dwóch miejsc na jeden wycieczkowy dzień. A nawet pół dnia, jeśli planujesz znowu leniwie spędzić popołudnie w Osoyoos.

    Jeziorko jest całe w plamy, stąd jego nazwa: Spotted Lake.

    Parkujesz samochód tuż przy drodze i schodzisz do jeziora. Zejście zajmuje około 10 minut.

    Samo jezioro wygląda niesamowicie. Dla dzieci to niemała frajda biegać tak po zaschniętych skorupach …. no właśnie czego?! Soli? Solo-błota?

    Ciekawe miejsce, choć teraz pewnie oblegane przez ludzi robiących zdjęcia, bo Spotted Lake jest mocno “instagramowe”.

    Inne możliwości wycieczek w okolicy Osoyoos znajdziesz na stronie Hello BC.

    W Osoyoos i w okolicy można zbierać jabłka. Oraz próbować lokalnych win!

    Okanagan, a zwłaszcza Osoyoos, uważane jest za zagłębie jabłkowe (jabłczane?!) całej Kolumbii Brytyjskiej.

    Mimo pustynnego charakteru, a może właśnie dzięki niemu, w Osoyoos zobaczysz ciągnące się po horyzont sady jabłkowe.

    W większości sadów można umówić się na jabłkowe you-pick, czyli pozbierać i pozrywać różne rodzaje jabłek na własny użytek.

    My mieliśmy szczęście, bo wyżej wspomniana koleżanka, a właściwie jej rodzina, sad jabłkowy w Osoyoos ma (a nawet dwa).

    Mogliśmy więc pochrupać świeże jabłuszka, porównać różne, bardzo wyraziste niekiedy smaki i dowiedzieć się co nieco o uprawie.

    Zgłosiliśmy nasze najstarsze dzieci do prac sadowniczych w przyszłości (a co, niech już sobie organizują junior summer jobs 😉

    Wycieczki na wieś, gdzie uprawia się różne owoce i warzywa, są bardzo popularne nie tylko wśród rodzin z dziećmi.

    Osoyoos i Okanagan to również raj dla miłośników wina. Winiarni jest równie dużo, co sadów z jabłkami. Przy winnicach są małe, rodzinne winiarnie, gdzie możesz spróbować różnych win w niewygórowanych cenach. A potem kupić butelkę lub dwie.

    Alkohol bywa problemem, jeśli nie ma kierowcy-abstynenta, więc dla większej grupy warto umówić wycieczkę busem. Szukaj w internecie pod nazwą: wine tours (albo po polsku: wycieczki degustacyjne, haha, też się uśmiałam).

    Zerknij na mapę, żeby zobaczyć miejsca, które polecamy.

    Nie wracaliśmy do Vancouver drogą numer 3, tylko pojechaliśmy na północ, do Penticton.

    Co zobaczyć w okolicy Penticton?

    Hiking w Skaha Bluffs Provincional Park.

    Koniecznie musimy znowu przyjechać do parku Skaha Bluffs, bo nie przeszliśmy całości szlaku. Maciek wolał pogapić się z góry, pobuszować po kamieniach i ogólnie nie wysilać się.

    Sam szlak nie jest specjalnie wymagający – to właściwie system ścieżek doprowadzających w różne wyjścia dla wspinaczy skałkowych. Potrzeba około 1,5 do 2 godzin potrzeba, żeby zrobić pętelkę w parku.

    Z Penticton wróciliśmy na autostradę 3 drogą lekko zwalającą z nóg (przez ośrodek narciarski Apex), której, jak donosi bardziej zorientowana część grupy, zimą się raczej nie da przejechać. A latem się dało.

    W 2016 w październiku mieliśmy świetną pogodę. Kiedy wróciliśmy do Vancouver zaczął padać deszcz. I skończył się w marcu 2017. Just sayin’.

    Narty w okolicy Penticton czyli Okanagan zimą

    W kolejnych latach odwiedzaliśmy Okanagan tylko zimą, kiedy jeździliśmy na weekendowe wycieczki do ośrodka narciarskiego Apex. Polecamy jeśli masz już dość zjazdów po górach wokół Vancouver: Seymour (przy zakupie biletu sezonowego masz dwa dni w Apex za friko), Grouse czy Cypress. Ale jeśli nie masz ochoty jechać tak daleko, to przyjemne trasy na narty są przy drodze nr 3, w parku Manning.

    Święto Dziękczynienia w Kelownie

    W 2018 roku chcieliśmy Święto Dziękczynienia spędzić w okolicach Kelowny. Pamiętaliśmy, że jesień jest kolorowa i pachnąca w Okanagan i tym razem, że starszymi dziećmi, chcieliśmy jej doświadczyć na rowerach.

    Droga do Kelowny

    Do Kelowny proponujemy pojechać autostradą nr 5. Dlaczego? Bo po drodze jest zupełnie nudne i zwyczajne miasteczko Meritt, a w nim świetna lokalna knajpka. I to tutaj, pośrodku niczego, czyli pustynnego Okanagan, zjedliśmy przepyszne bannock’i, czyli tradycyjne kanadyjskie jedzenie (tak, tak, ciężko znaleźć takie, ale najwyraźniej pośrodku niczego zawsze coś jest 😀 )

    Spanie w Kelownie, a właściwie w Lake Country

    Tym razem wynajęliśmy dom ze znajomymi, korzystając w airbnb. Położony na wysokiej skarpie, miał strome zejście do jeziora. Lake Country to niewielka miejscowość na północ od Kelowny.

    Szlak Myra Canyon czyli część Kettle Valley

    Myra Canyon to część dawnej trasy kolejowej Kettle Valley Railroad, która miała połączyć Vancouver z resztą Kanady. Żeby puścić pociągi poprzez góry i doliny, inżynierowie budowali podkłady, kładki, mosty, wykuwali tunele i kładli szerokie ścieżki.

    Do 1989 roku pociągi jeździły niektórymi fragmentami trasy, ale dzisiaj jest to wyłącznie świetna atrakcja turystyczna.

    Nie musisz jechać do Kelowny, możesz część Kettle Valley zobaczyć w okolicach Hope, zwiedzając Tunelle Othello. O całej trasie poczytasz na stronie BC Rail Trail.

    Szlak Myra Canyon można przejść pieszo, ale na rowerach jest fajniej. Nie ma żadnych podjazdów, więc przyczepka rowerowa z maluchem też da radę.

    Trasa nie jest pętlą, więc będziecie musieli wrócić do samochodu tą samą drogą. Co wcale nie zmniejsza jej uroku, serio, serio!

    Nie masz roweru? – Nie ma problemu! Jest kilka wypożyczalni, a Google pokazuje na przykład tę: Myra Canyon Bike Rental.

    Na szlaku jest kilka toalet i miejsc, gdzie można przysiąść i pogapić się na tory. Wyobrazić sobie pociąg do Hogwartu, albo wręcz przeciwnie, pomyśleć o tych wszystkich marzycielach, którzy koleją po lepsze życie (i złoto) do Ameryki.

    Myra Canyon to świetne miejsce na jesienne rozbudzenie wyobraźni u całej rodziny!

    Trasa rowerowa z Lake Country do Vernon

    Nie sugeruj się Google Maps, bo ten pokieruje Cię na autostradę, a przecież nie będziesz z dziećmi jechał rowerami po Okanagan Highway, c’nie? (zresztą bez dzieci też jest nieprzyjemnie).

    Równolegle do autostrady, tuż przy jeziorze Kalamalka, prowadzi bardzo przyjemna i płaska trasa spacerowo-rowerowa. Po jednej stronie masz wabiące jezioro Kalamalka (nazwa świetna, myślę, że gdybym miała psa-suczkę, to nazwałabym ją właśnie tak!), po drugiej stronie są głazy i roztocza. Na trasie nie ma łazienek, ale od Lake Country do Vernon nie jest tak daleko. Da radę!

    Żeby wjechać na trasę, możesz podjechać na dowolny parking przy autostradzie, rozładować rowery i szus, ruszaj w drogę.

    W Vernon, tuż przy plaży miejskiej jest urocza kawiarnia, a w niej smaczne ciastka.

    Wracasz tą samą drogą (no bo przecież nie autostradą).


    Teraz, jak to czytam, to gęba mi się uśmiecha do tych miłych wspomnień z Okanagan. Na pierwszy rzut oka wydawało się nieciekawe i zbyt pustynne, ale niech Cię to nie zwiedzie.

    Zwyczajność i spokój to dzisiaj towar deficytowy. I może dlatego Okanagan zachwyca i pozwala wypocząć.

    Ktoś z Was był w Okanagan? Albo się wybiera? Wrzuć link w komentarzu, a następna osoba planująca wycieczkę w ten region Ci za to podziękuje !

  • 3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

    Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

    Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

    Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

    Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

    Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

    Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

    → sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

    #1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

    Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

    Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

    Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

    Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

    Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

    My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

    Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

    Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

    Z innych ciekawych rzeczy:

    1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
    2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
    3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
    4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

    Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

    Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #2 Admiralty Point Trail

    Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

    Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

    Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

    Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

    BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    #3 pętelka wokół Sasamat Lake

    Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

    Na szczęście 🙂

    Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

    Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

    Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

    Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

    A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

    Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

    Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

    I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

    Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

    SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

    Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


    Przeczytaj jeszcze:

    [symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


    Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

  • Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

    Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

    W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

    W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

    Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

    Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

    Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

    I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

    Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

    Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

    Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

    My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂