Blog

  • Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

    Dentysta ogólnie

    dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

    Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

    Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

    My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

    W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

    Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

    Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

    Dentysta dziecięcy

    Boli ząb

    Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

    Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

    Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

    U dentysty nr 1

    Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

    Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

    Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

    Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

    Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

    U dentysty nr 2

    Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

    Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

    Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

    Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

    Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

    A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

    U dentysty nr 3

    Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

    I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

    Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

    A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

    Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

  • Spacerem wokół Rice Lake: dołem jesień, górą zima

    Spacer wokół Jeziora Ryżowego (Rice Lake) jeszcze w świątecznym nastroju.

    Jezioro Ryżowe to bardzo przyjemne i niewymagające miejsce na spacer zimowy. Jeśli potrzebujecie potwierdzenia, zapraszam na stronę vancouver trails. Dzieci można puścić luzem, bez tchu ganiają się po chaszczach wzdłuż szlaku, wyskakują spod nisko zwieszających się gałęzi z głośnym  buuuu, szukają baz tajemnych, wspinają się na większe i mniejsze kamienie, czy podglądają promienie słoneczne wśród ogromnie zielonych drzew. To ostatnie to zresztą moja ulubiona rozrywka też 🙂

    Mniejsze dzieci można pchać w wózku, albo mogą pomykać na rowerkach biegowych. Sporo ludzi biega po tym szlaku, także w towarzystwie psów,chociaż przynajmniej w teorii psy na szlaku nie są dozwolone. Ale nie jest ani głośno, ani tłumnie. Można przysiąść nie tylko na pomoście, ale także na większych głazach, wystawić twarz do słońca, lub w stronę gór. W spokoju się pogapić i zdecydować, że ten śnieg to jednak dobrze wygląda z dołu i wcale niekoniecznie musimy się pchać na zaśnieżone szlaki w wyższe partie. (Oczywiście nie przekonałam samej siebie i już kilka dni później byliśmy wśród drzew mocno zaśnieżonych, ale o tym będzie inny wpis i inne zdjęcia)

    W Rice Lake można też wędkę pomoczyć w wodzie – specjalność to pstrąg tęczowy. Będzie potrzebne pozwolenie na łowienie oraz warto wcześniej przeczytać o limitach połowu w jeziorze.

    Kilka szczegółów trasy.

    Całość to około 3 km, spokojnym, niespiesznym krokiem dwie godziny wystarczą. Oczywiście dzięki dzieciom takie spacery przeciągają się niebezpiecznie, bo ilość przerw na popas nigdy nie jest wystarczająca, a patykami można się tak fajnie bawić w miecze świetlne ze Star Wars.

    Dojechać się da komunikacją miejską – łatwo można połączyć ten szlak np. z przejściem przez most wiszący w Lynn Valley. Przy łaczeniu szlaków jest też spory parking i toalety, a także miejsca piknikowe z widokiem na góry. Na piękne góry.

    A w te szczególne gwiazdkowe dni ktoś pomysłowo zawiesił mini bombki na drzewie, w miejscu gdzie się szlak rozpoczyna. Niech miło się wędruje Mikołajom i nie tylko.

    I jeszcze zdjęcia z Rice Lake. Trochę jesieni, trochę zimy i czekolada, co się zawsze nada 🙂

    Rice Lake Vancouver Kanada

    Rice Lake Vancouver Kanada

    Rice Lake Vancouver Kanada Rice Lake Vancouver Kanada


    Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

  • o szukaniu pracy w Vancouver Bez Kanadyjskiego DoŚwiadczenia

    Ten wpis powstał na początku 2016, w drugim roku naszego pobytu w Kanadzie. Napisałam go na podstawie własnych perypetii z szukaniem pracy w Vancouver i w odpowiedzi, czy da się znaleźć pracę bez doświadczenia kanadyjskiego, czy znajdę pracę.

    Od 2016 roku wpisów o pracy w Kanadzie i w Vancouver było więcej. Najpopularniejsze znajdziesz w kategorii Praca w Kanadzie.

    Kiedy jest najlepszy czas na szukanie ofert pracy w Kanadzie, czyli to co hest ten peak hiring season?

    Początek roku w wielu północo-amerykańskich firmach okres, kiedy zwiększają się szanse, że cię zatrudnią.

    W ciągu roku takich momentów, które są peak hiring period  jest kilka, oczywiście wiele zależy od branży czy też sezonowości pracy.

    Ale jeśli twoim celem na nowy rok jest mieć (lepszą) pracę, to czas, kiedy zatrudniają sporo nowych ludzi, właśnie trwa.

    Firmy zabudżetowały nowe stanowiska, zaczynają rekrutacje, a zadaniem działu HR jest znalezienie nowego pracownika. Będą się chcieli wyrobić przed końcem pierwszego kwartału (przed pierwszą ewaluacją performance planu hehehe)

    Poniżej spisałam kilka punktów, popartych moimi doświadczeniami w szukaniu pracy w Vancouver.

    Której to pracy szukałam już po wylądowaniu w Kanadzie, mając przyznane otwarte pozwolenie na prace.

    Myślę, że przynajmniej część tych zasad jest uniwersalna, więc śmiało używaj, ile wlezie.

    Co powinieneś zrobić podczas peak hiring period, żeby znaleźć pracę ?

    1. Odśwież resume, albo najlepiej napisz je od nowa.

    I nie w Wordzie (no chyba, że wymagają).

    Możesz skorzystać z gotowych szablonów, ładnych, minimalistycznych, darmowych, jakich w sieci pełno.

    Żadnych zdjęć, stanu cywilnego, wieku oraz wyciągu z konta nie należy dołączać. No chyba że chcesz mieć gwarancję, żeby twoje resume wylądowało koszu. Wtedy śmiało dołączaj.

    Obszerny wpis o resume znajdziesz tutaj. A tutaj jest tekst o tym, jak przygotowałam resume i pokonałam 300 osób na moje stanowisko.

    2. Zajrzyj na Linkedin, napisz maila “Hej co tam, pamiętasz mnie ?” do kolegów z pracy, których masz w znajomych.

    Napisz też do tych nowych, co na LinkedIn są twoim trzecim kręgiem znajomych – może twój manager z Polski ma zakumlowanego kolegę z Kanady?

    Przecież grzeczne zaczepienie w sieci jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Najwyżej cię zlekceważą. Ale może nie. 

    A może chcesz dołączyć do moich znajomych na LinkedInie?

    3. Znajdź agencję pracy tymczasowej.

    Od czegoś trzeba zacząć. Ale przyjdź do nich przygotowanym, z papierami (przynajmniej z resume) i z uśmiechem.

    Może będzie coś od razu?

    Więcej informacji zebrałam w tym artykule: Praca z kanadyjskiej agencji

    4. Idź do najbliższego community centre, neighbourhoud house czy biblioteki, podejdź do tablicy informacyjnej albo jeszcze lepiej do żywego człowieka i zapytaj, czy w temacie pracy, coś się będzie działo.

    Na 100 % coś się tam dzieje, albo za chwilę się zacznie.

    Warsztat, sesja informacyjna, grupa wsparcia. Pomogą odświeżyć resume, potrenują z tobą rozmowę. A może kogoś znają i ten ktoś będzie ciebie potrzebował?

    5. Szukanie pracy …. na Ulicy

    Być może jest ci niezręcznie, ale spytaj się męża sąsiadki , koleżankę, panią na ulicy.

    Nie żeby tak prosto z mostu walić z pytaniem do nieznajomych, ale wyczuj moment. Najlepiej najpierw zapytaj o pogodę. Potem płynnie przejdź na życie zawodowe tej osoby, i jak już się rozwinie w odpowiedzi, gwarantowane, że ta osoba będzie chciała usłyszeć, jak to wygląda u ciebie.

    Jeśli szukasz pracy w gastronomi, sklepoie, usługach typu beaty, to warto pochodzić po ulicach handlowych i zobaczyć ogłoszenia wywieszane na szybach.

    W Vancouver takie uliece to np 4th West w rejonie Kitsilano, Howie street w Downtown, czy West Broadway przy skrzyżowaniu z Cambie. I wiele innych. Nie pracujesz? To idź na spacer, a nuż coś znajdziesz

    6. Szukanie pracy w internecie, szukaj Vancouver job fair, job events, itp.

    Takie wydarzenia, targi pracy organizowane są bardzo często i często są za darmo.

    Inne portale pomocne w poszukiwaniu pracy to Indeed , Glassdoor, Workpolis no i oczywiście LinkedIn.

    Ja szukałam głównie na craiglist oraz w zakładce jobs na Linkedinie. Bardziej specjalistyczne od kątem IT:  techvibes.

    Szukaj też na Facebooku. Zarejestruj się do różnych lokalnych grup (tak, są także polskie grupy ludzi z Vancouver i okolic) i pytaj o pracę, najlepiej podając jak najwięcej szczegółów.

    7. Nie bój się.

    Znalazłeś ogłoszenie i chcesz aplikować, ale nie masz kanadyjskiego dyplomu?

    Ja też nie mam. Ale mam umiejętności, które są wszędzie przydatne, niezależnie od kraju i wykształcenia.

    To się nazywa transferable skills.

    Prowadziłeś spotkania, robiłeś raporty, jesteś dobry w słuchaniu i odpowiadaniu na potrzeby ludzi, umiesz mówić do publiczności? To najpierw napisz o tym w liście motywacyjnym, a potem powiedz rekruterowi. Może ten dyplom nie będzie najważniejszy.

    8. Pisz prosto do pracodawców w twojej branży

    W Google wpisz miasto + nazwę twojego zawodu po angielsku, wyszukujesz konkretne firmy, zaglądasz na ich zakładki „careers”. Jak spełniasz jakieś 60% wymagań z ogłoszenia, śmiało aplikuj. Jak nic nie ma akurat pasującego, to piszesz uprzejmego emaila z pytaniem, czy coś może mają.

    Więcej nietuzinkowych taktych na szukanie pracy w Kanadzie zawarłam we wpisie: Jak pokonałam 300 osób i dostałam pracę w Kanadzie.

    9. I przypomnij sobie, co dobrego zrobiłeś kiedyś, dla kogoś za free.

    Wolontariat, nawet minimalny, ma znaczenie. Poćwicz, czy umiesz powiedzieć choćby dwa zdania o tym.

    10. I nie myśl, że się nie uda. Myśl, że się uda 🙂

    Powodzenia!

  • Łyżwy w Vancouver – dokąd pójść z dziećmi? Albo i bez dzieci.

    Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności.

    Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać.

    Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

    Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

    O wyjściu na łyżwy

    Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

    Ja mam takie wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło.

    Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby.

    Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie.

    A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków?

    Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

    Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili.

    Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

    To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

    Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

    Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach.

    Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy.

    Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo.

    Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe).

    Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h.

    Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

    Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe.

    Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system.

    Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

    No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie !

    Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie.

    Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony.

    Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

    I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

    1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
    2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
    3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
    4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

    zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

    łyżwy Vancouver
    łyżwy Vancouver

    To co, wpadniesz pojeździć?

  • Fundraising czyli jak w Kanadzie zbiera się pieniądze dla potrzebujących

    Już niedługo w Polsce zacznie znowu grać WOŚP. Będzie głośno, wesoło, szlachetnie.

    Całe mnóstwo czerwonych serduszek, ciekawych akcji i aukcji, uśmiechu na twarzy i otwartych portfeli.

    I chociaż co roku kontrowersje wzbudza (zazdroszczą, ot co), to i tak Orkiestra będzie grała do końca świata i o jeden dzień dłużej.

    Moja przygoda ze zbiórką pieniędzy zaczęła się własnie od Orkiestry.

    Zbiórka pieniędzy na cel dowolny, fundraising, zrzutka dobrowolna, co łaska panie. O tym będzie ten post.

    Wspomnienie Wielkiej Orkiestry: wczesna podstawówka, dwie przyjaciółki i brat (zgłosić się, czy pamiętacie) i plakat wymalowany na prześcieradle. Coś o rock & rollu, pieniądzach i miłości.

    Pamiętam mroźny styczniowy wiatr na twarzy, kiedy machałyśmy tym transparentem zatrzymując samochody.

    Pamiętam też uczucie niesamowitej dumy, kiedy udało się coś uzbierać. I później dorzucić do wspólnego koszyczka.

    Oprócz Orkiestry niewiele mam innych doświadczeń w proszeniu o pieniądze. To raczej mnie prosili, np. o składki na komitet rodzicielski.

    Odkąd przyjechaliśmy do Kanady z ciekawością przyglądam się, jak ludzie tutaj zbierają pieniądze.

    Akcji dla potrzebujących jest sporo, cały czas się coś dzieje.

    Znając już trochę mentalność Kanadyjczyków i ich podejście do wolontariatu i pomagania innym, nie dziwię się wcale, że zbiórki pieniędzy są na porządku dziennym.

    Kwestować każdy może, zarówno dorosły, jak i dziecko.

    W szkole Krzyśka nie ma składki miesięcznej na komitet rodzicielski.

    Skąd więc PAC (Parent Advisory Council) bierze pieniądze np. na wycieczki szkolne czy dofinansowanie stołówki? No właśnie poprzez kwestowanie czyli fundraising.

    Ale, ale, zbierają pieniądze nie prosząc o nie bezpośrednio! Czyli co robią, zapytacie.

    Często organizowane jest kino szkolne, czyli Movie Night Out.

    Na sali gimnastycznej, na ekranie wyświetlana kreskówka. Wstęp co łaska.

    Można na miejscu kupić pizzę i popcorn. Żeby było zabawniej, można przyjść w pidżamie (nie wiem w sumie dlaczego, no ale cóż szkodzi ).

    Wszystkie zebrane pieniądze idą na potrzeby szkoły. A pizzę i popcorn zwykle dostarcza najbliższy supermarket, który współpracuje ze szkołą nie tylko przy takich okazjach. 

    Takie wieczorne oglądanie to także okazja to poznania sąsiadów, innych rodziców, wszystkich tych, którzy potem budują twoją społeczność (community). Zawsze sala wyładowana jest po brzegi !

    Inną formą zbierania pieniędzy (nie tylko) dla szkoły są targi.

    Na targach kupisz zarówno rzeczy używane, jak i wyroby rąk własnych. Przynosisz to, co już niepotrzebne, sprzedajesz, a kwota idzie na fundusz potrzebujących.

    A co to wyroby własne zapytacie (nie wiem dlaczego to słowo mi się jakoś z wędlinami kojarzy)? To nie tylko rękodzieło. To również wypieki czy dania przygotowane przez rodziców/nauczycieli/uczniów sprzedawane na targach. Można popróbować ciasteczek mamy kolegi z klasy. I swoim chlebkiem bananowym się pochwalić. A przy okazji za te smakołyki pobrać niewielkie pieniądze, żeby pomóc.

    Targom często towarzyszy loteria charytatywna.

    Można kupić jeden los, można dwa, a można i kilkanaście (tyle, ile wynosi długość łokcia). Potem takie losy uczestniczą w loterii 50/50, czyli wygrany bierze połowę uzbieranych pieniędzy. Raffle to także okazja, żeby oddać nieużywane rzeczy, które nam już nie posłużą, ale mogą dostać drugie życie u kogoś innego. A przy okazji przechodzenia z rąk do rąk, kilka toonie (2 CAD) czy loonie (1 CAD) wyląduje w skarbonce dla potrzebujących.

    Wyścigi i zawody sportowe w szkole to również świetna okazja, żeby zebrać pieniądze.

    Chociaż kontrowersją powiało, kiedy Krzysiek powiedział o ostatnim pomyśle na zbiórkę w biegu Terrego Foxa.

    Otóż żeby dzieciaki zmotywować do kwestowania, nauczyciele zapowiedzieli, że za każde 500 CAD zebrane w klasie będzie możliwość rzucenia ciastem w wychowawcę !

    Albo w dyrektorkę. Nie wiem, czy Krzyś pamięta, na co wtedy zbierali, ale na pewno pamięta, komu z nauczycieli w śmietanie z ciasta było najbardziej do twarzy (sic!).

    I jeszcze 3 pomysły tym razem z mojej pracy. Firma niejednokrotnie włączała się w akcje charytatywne.

    To norma, że kanadyjskie biznesy, i to wcale nie tylko to największe, kwestują, jak mogą i do pomocy zachęcają.

    • Quarter toss- czyli rzucanie ćwierćdolarówkami w stronę butelki wina. Czyja moneta jest najbliżej, ten wygrywa butelkę, a reszta monet idzie do potrzebujących. Dla niepijących (tak, tak, niematotamto) przygotowywana jest butelka dobrej wody gazowanej.
    • Bad tie day – płacisz dolara/dwa wpisowego, przychodzisz w baaaardzooo brzydkim krawacie, a w losowaniu możesz wygrywać połowę z pieniędzy za wpisowe. Wersja dla panien: Funny hut day, czyli kapelusik zamiast krawata.
    • Jeans day – płacisz dolara/dwa, żeby móc przyjść w dżinsach do pracy. Przydatne zwłaszcza jeśli dress code w firmie jest bardzo oficjalny. Uwaga: szorty raczej nie przejdą!

    A Wy macie jakieś patenty na kwestowanie? Ciekawe doświadczenia w temacie? Ręką do góry a komentarz do okienka !

  • SpeEch language patologist czyli logopeda po kanadyjsku

    Pisałam już o tym kilkakrotnie, bo temat Maćka mowy spędzał (nie tylko) mi sen z powiek od początku naszego przyjazdu do Vancouver. Trochę uporządkuję wspomnienia w tym wpisie, na wypadek jakby zajrzał tu ktoś z podobnym problemem. Proszę tylko nie traktować naszej historii jako wykładni medycznej prawdy absolutnej. To spisane doświadczenia z speech language patologist czyli logopedą.

    Historia, więc najpierw polski.

    Przyjechaliśmy do Kanady, zanim Maciek zaczął w pełni mówić po polsku. Miał wtedy 2,5 roku. Jego mowa nie była rozwinięta, jego sposób opisywania świata, komunikacji z innymi w zasadzie ograniczał się do pojedynczych słów. Martwiło mnie to, ale nieprzesadnie, chociaż mając tyle lat, Krzyś już śpiewał i komunikował się sprawnie. Maciek okazał się być tym, który swoje zdanie wyrazi później (late talker).

    Podczas przypadkowej rozmowy z kanadyjską mamą dowiedziałam się, że w okolicy jest klinika, w której mogą Maćka zbadać i w razie konieczności zalecić terapię mowy. Więc postanowiliśmy nie czekać, jak sytuacja się rozwinie, tylko zacząć działać. To był przełom roku 2014 i 2015.

    Fakt, że Maciek mówił niewiele, spowodował, że jeszcze w Polsce miał badanie słuchu. Powtórzyliśmy to badanie także w Kanadzie (bezpłatnie, czekaliśmy około 2 tygodnie, wyniki zostały przesłane pocztą do nas i do logopedy). Z uszami i słuchem wszystko w porządku.

    Nie zna polskiego? To z angielskim będzie nielekko.

    Podczas pierwszej wizyty logopedka zrobiła nam wywiad i powiedziała, co następuje. Otóż wbrew mojemu przekonaniu, że Maciek złapie angielski szybciej niż Krzysiek, jest zupełnie inaczej. Maćkowi jest dużo trudniej nadgonić z angielskim do poziomu native speaker, ponieważ przyjechał do Kanady bez przyswojenia sobie całego polskiego. Jego polski nie był taki rozwinięty, żeby mógł dokonać tranzycji na angielski. Co więcej było mu trudniej ruszyć z mową w ogóle, ponieważ te części mózgu odpowiedzialne za mowę wciąż się rozwijały, w miarę jak rósł z niemowlaka do przedszkolaka. W dodatku poszedł do kanadyjskiego przedszkola, co oznaczało, że ma mniej o 40 godzin tygodniowo polskiego niż jego rówieśnik w Polsce.

    To było dla mnie zaskoczenie. Myślałam bowiem, że im mniejsze dziecko i im więcej styczności z drugim, trzecim językiem, tym łatwiej i szybciej zacznie mówić. Otóż nie zacznie. Najpierw musi poznać dobrze jeden język, swój, ojczysty, żeby potem łapać szybko drugi. Maciek był przez 40 godzin w tygodniu otoczony tylko angielskim, czyli automatycznie pozbawiony tych 40 godzin polskiego, a to spowalnia jego rozwój mowy. Godzina, dwie, obcego języka, to nie robi wielkiej różnicy, ale już podział po połowie tak. Jesteśmy tego przykładem.

    Zaczęliśmy zajęcia z logopedką jakoś na wiosnę. Były to sesje jednogodzinne, raz w tygodniu, na których Maciek pracował z terapeutką mowy w towarzystwie Kuby. Uwielbiał te zajęcia, uwielbiał logopedkę, do teraz pamięta jej imię, drogę do przychodni. Zajęcia polegały na powtarzaniu słów angielskich, ćwiczeniu wymowy specyficznych głosek angielskich, nazywaniu rzeczy i interakcji podczas zabaw. Chłopaki chodzili do Kelly przez 3 miesiące.  W domu ćwiczyliśmy z materiałami z zajęć (kolorowe wydruki na pojedynczych kartkach), jednocześnie czytając polskie książeczki.

    A potem Maciek pojechał do Polski na dwa miesiące.

    100% polskiego. I sporo angielskiego.

    Po wakacjach w Polsce, gdzie był przez cały czas otoczony tylko polskim, Maciek mówi po polsku. Buduje zdania z trzema, czterema wyrazami, odmienia czasowniki i przymiotniki polskie, potrafi nawet dostrzec humor językowy. Śpiewa po polsku. Wymawia typowe dla polskiego głoski (np. t bez wkładania języka między zęby, które wcześniej brzmiało jak angielskie th).

    Co więcej, Maciek mówi też po angielsku. Po dwóch, trzech tygodniach od naszego powrotu do Vancouver, po ponownym przyzwyczajeniu się do przedszkola, okresie trudnym, Maciek rozmawia po angielsku.

    I to jest jeszcze raz dowód na to, że żeby mówić dobrze w drugim języku, trzeba najpierw mówić dobrze w pierwszym. Po angielsku mówi zdania trzywyrazowe, reaguje na polecenia i wyraża prośby typu More water please, John, come here, Look at me. W zabawie z kanadyjskimi dziećmi płynnie przechodzi na angielski. I śpiewa też 🙂 Nie umiem określić, czy jego akcent angielski jest poprawny, ale raczej nie odbiega od wymowy innych dzieci. W domu czasami czytamy po angielsku, czasami oglądamy po angielsku, ale mówimy między sobą tylko po polsku.

    Co dalej?

    Po wizycie kontrolnej na początku grudnia wiemy, że wszystko jest jak w najlepszym porządku, i na najlepszej drodze. Dostaliśmy obszerny raport, a w nim np. informację, że wymawia angielskie th jak f, bez wkładania języka między zęby! (najwyraźniej nie da się na tym etapie mówić prawidłowo po polsku t i po angielsku th).

    Nie ma potrzeby chodzić na dodatkowe zajęcia logopedyczne. Następna wizyta kontrolna za pół roku, pielęgniarka zadzwoni i umówi termin.

    Maciek kontynuuje rozmawianie po angielsku w przedszkolu, a w domu po polsku.

    I świetnie rozumie, że są dwa osobne języki. Na dowód angedotka:

    Kuba odprowadza Maćka do przedszkola.

    Zdejmując kurtkę, Maciek mówi do niego: Tato, ja teraz będę mówił po angielsku. 

    I zwracając się w stronę kolegów: Hello, everybody !!!

    I jeszcze na koniec: Za standard przyjmuje się tutaj, ze obcojęzyczny 2-, 3-latek, po przyjeździe do Kanady, potrzebuje około 5 lat, żeby poziomem angielskiego dorównać rodzimemu użytkownikowi języka. W przypadku dzieci, które wyemigrowały w starszym wieku, czyli np. jak nasz Krzyś, taki poziom na ogół osiąga się po 2 latach.

    Zdjątko z gatunku: Gimnastyka buzi i języka

    gimnastyka buzi i języka

    Jest dobrze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

    I na koniec dziękujemy raz jeszcze Cioci Dorocie – bez Ciebie byłoby nam znaczniej trudniej !

  • House hunting czyli mieszkanie w Vancouver. Jak (nie) zamieszkać (pod mostem)

    Mieszkać każdy musi. Się nie da inaczej. Podstawowa rzecz, czyli dach nad głową. Niestety w Vancouver choć ten dach ze złota nie jest, płacisz za niego, jak za zboże.

    Jak chcesz zamieszkać w Vancouver nie ma bata, czeka cię szukanie domu. A jeśli dodatkowo planujesz kupno nieruchomości to przygotuj się jak na wyprawę na grubego zwierza, czyli house hunting.

    Ciekawą rzecz zaobserwowałam. Ostatnio temat mieszkaniowy pojawia się w rozmowach częściej niż zwykle. Oczywiście nie tak często jak Mikołaj, Święta, politycy i czemu tak pada, ale zawsze.

    Znajomi szukają nowego mieszkania, sąsiedzi się wyprowadzają, a posty nasze (dwa) o mieszkaniu w Vancouver wzbudzają zainteresowanie odwiedzających tego bloga (wiem, bo sobie zainstalowałam wtyczkę Google Analytics hehehe).

    Nas też od czasu do czasu napada chęć aby wyruszyć na house hunting, poszukać sobie innego mieszkania.

    Zwłaszcza jak odwiedzamy tych, co to wnętrza mają śliczne i oświetlone odpowiednią ilością lamp.

    Skoro temat ważny, to go pociągnę. Jak to czytasz, bo myślisz o wyjeździe do Kanady i ci się podoba, co piszę, podziel się wpisem, dobrze?

    Jak kupić dom w Kanadzie?

    1. Określ swoją zdolność kredytową

      I czy cię stać na spłatę kredytu – koszty miesięczne nie powinny przekraczać 35% twoich dochodów miesięcznych. W Kanadzie sprawdzisz to w tzw. credit report, który możesz sobie zamówić.

    2. Przygotuj spis agencji, które wystawiają domy na sprzedaż

      Wpisujesz w wyszukiwarkę: real estate agents in Vancouver i szukasz, czytasz, porównujesz. Szukaj też pod hasłami “home hunting” lub “home feature”. Pomocna wyszukiwarka to https://www.realtor.ca/mls

    3. Zobacz, czy w interesującej Cię okolicy nie ma sprzedaży bezpośredniej domu czy mieszkania

      To nie jest model tak popularny, jak w Polsce, ale co ci szkodzi się rozejrzeć? Wsiądź w samochód i poszukaj znaku “For Sale” przed domem.

    4. Obejrzyj dom / mieszkanie dokładnie

      Pytaj i zapisuj odpowiedzi. Swoje uwagi notuj. Może się przydać, kiedy będziesz negocjować cenę. Choć o negocjowaniu czegokolwiek w Vancouver to raczej zapomnij – wszystkie domy i mieszkania sprzedają się od razu.

    5. Idziesz do banku po kredyt

      Musisz mieć przygotowany wkład własny, czyli down payment (im większy, tym lepiej, minumum 5% kosztu domu). Będziesz też potrzebował CMHC Mortgage Loan Insurance oraz inne ubezpieczenia (np na życie, czy od utraty pracy)

    6. Składasz ofertę kupna

      Jeśli pomaga ci agent, to on przygotuje ten dokument: Offer to Purchase. Możesz też skonsultować ją z prawnikiem (lub notariuszem). Warto skorzystać z ich pomocy, żeby sprawdzili dokumenty własności.W ofercie kupna powinno być:
      ■ Kwota kaucji.
      ■ Dodatkowe przedmioty, takie jak zasłony , lodówka, kuchenka, pralka i suszarka, którą możesz zechcesz przejąć wraz z domem (zwane również ruchomościami).
      ■ Dzień zamknięcia (data przejęcia domu) – zwykle 30 do 60 dni od daty zawarcia umowy.
      ■ Prośba o aktualne dokumenty opisujące stan nieruchomości.
      ■ Data ważności oferty.
      ■ Wszelkie inne warunki związane z ofertą, w tym potwuerdzenie jak będzie wyglądało„finansowanie hipoteczne” i skończony dokument „inspekcji domu”

    7. Negocjujesz cenę

      Eh. W Vancouver niestety nie ma negocjacji, a bardzo często oferty kupna licytują się między sobą, oferując więcej pieniędzy niż cena podana przez kupującego (sold over asking price)

    Ustalmy sobie, że house hunting to zasadniczo szukanie domu. W Vancouver.

    Ale jeszcze częściej szukanie domu pod Vancouver.

    Spytasz dlaczego pod?

    Ceny, moi kochani ceny.

    Słynna na wiosnę 2015 kampania Nie mam miliona (#DontHave1Million), rozpoczęta przez mieszkankę Vancouver, taką zwykłą trzydziestokilkulatkę, z pracą normalną, odbiła się szerokim echem w całej Kanadzie i nawet na chwilę obudziła rządzących, którzy problem niebotycznych cen nieruchomości znają, ale nie garną się, żeby coś z tym zrobić.

    Młodzi ludzie, którzy mają pracę (dochód jednej osoby to około 40 tys. CAD na rok ) i myślą o założeniu rodziny, nie mają szans na kupno domu w Vancouver.

    Możesz pomyśleć, ej no halo, a kto ma szansę, my w Polsce też raczej jako trzydziestolatkowie domów w mieście nie kupimy.

    Ale trzeba tutaj o jednej rzeczy napisać: ci kanadyjscy trzydziestolatkowie w sporej części wychowali się właśnie w domach jednorodzinych, z ogródkiem z tyłu, trawnikiem z przodu, położonych wcale nie tak daleko od centrum, w tzw. residential areas, gdzie ruch jest mniejszy, dzieci bawią się na ulicy, a Downtown widać z górnego piętra.

    Rzadko kto z tych trzydziestolatków wychowywany był w wieżowcach w śródmieściu (zresztą nie jestem pewna, czy takowe już wtedy były???).

    Dość, że teraz jako dorośli szukając dla swojej rodziny podobnych warunków, jakie zapewnili im ich rodzice, mają ogromny problem. Kupno domu przerasta ich możliwość finansowe.

    Stąd kampania, stąd rozgoryczenie.

    Żeby kupić dom wolnostojący, na działce, w Vancouver trzeba mieć co najmniej 1 milion dolarów kanadyjskich (a to i tak w dzielnicy raczej na wschodzie niż na zachodzie, i dom to raczej klocek dość brzydki i do remontu).

    Więc jeśli rodzina decyduje się na kredyt hipoteczny i chce kupić dom, tak, żeby dzieci miały huśtawkę z opony przed wejściem, to niestety musi się z Vancouver wyprowadzić.

    I kupić dom pod. np. w Port Moody (byliśmy, ładnie tam, zielono, blisko do szlaków, ale komunikacja dość słaba).

    Nie mam miliona i w sumie to nie potrzebuję dużego domu. Kto to będzie sprzątał, co?

    Można jeszcze pomyśleć o (nieco) tańszej alternatywie, jaką są tzw. townhouses, czyli domki-szeregowce, jakie są budowane przez deweloperów albo w osobnych inwestycjach, albo jako przyklejone domki do bloków mieszkalnych.

    Zwykle w dzielnicach bliżej śródmieścia, lub nawet w samym centrum.

    Za cenę niewiele niższą niż dom wolnostojący, właściciel ma namiastkę domu i dostęp do wszelkich dóbr jakie niesie życie w centrum (nie pytajcie mnie, jakich, bo za nic bym w centrum mieszkać nie chciała).

    My  mieszkamy w bloku, który ma 5 takich szeregowych domków. I mamy z nimi wspólne patio.

    Takie domki mają:

    • swoje niewielkie ogródeczki,
    • osobne wejścia na ulicę,
    • a wspólny z nami parking i zarządzających.

    W środku nie ma co marzyć o sporej przestrzeni, jest dość wąsko (wiem, bo odwiedzaliśmy sąsiadów), ale jest to dom. Twój. Osobny. I ma ogródeczek. Na grilla. I żeby dziecko wypuścić na pohasanie.

    I właśnie do takiego miejskiego domku przeprowadzają się nasi znajomi z położonej nad zatoką i z widokiem na centrum Wioski Olimpijskiej, gdzie mieli mieszkanie dwupokojowe w nowoczesnym wieżowcu.

    Zamieniają mieszkanie na domek szeregowy z trawnikiem wielkości chusteczki, sporo większą przestrzenią mieszkalną. Będą mieszkać dalej od centrum (około 20 minut dojazdu).

    A cena jest o 1000 CAD niższa !

    Stąd mój wniosek – Kanadyjczycy z rodziną są przyzwyczajeni i chcą przestrzeni (kto by nie chciał) więc wolą mieszkać nawet dalej, byle ją mieć.

    To jest trochę pytanie w stylu: mieszkanie w centrum czy domek pod miastem? Pamiętam jak wielu z naszych warszawskich kolegów zadawało sobie te pytania i teraz dojeżdżają z Mysiadła pod Piasecznem.

    Nie przeczę, trawnik dobra rzecz. Ale ja wybieram mieszkanie w (prawie) centrum.

    Tylko cena za tę przyjemność zwala z nóg 🙁

    Mieszkanie w centrum Vancouver a potrzeby życiowe rodziny z dziećmi.

    Ok, temat dom(k)ów trochę ruszyliśmy, to jeszcze wrócę na chwilę do tego, dlaczego nie chciałabym mieszkać w Downtown, w Vancouver.

    Mogę się wypowiedzieć, bo mieszkaliśmy tam na początku naszego pobytu w Kanadzie. Krótko bo krótko, ale zawsze.

    Zacznę od tego, ze znam tylko jedną rodzinę, która z dwójką dzieci mieszka w Śródmieściu. Inne rodziny jakie widzę na ulicach w centrum, to są młodzi ludzie z malutkimi dziećmi, zwykle jednym, zwykle niemowlakiem.

    Takich rodzin z kilkulatkami, młodszą czy trochę starszą młodzieżą, nie widuję za dużo, z powodów wymienionych powyżej (przestrzeń, chęć wychowywania dzieci w spokojnych dzielnicach).

    W Centrum jest tłoczno, głośno, z parków to tylko ci, co mieszkają na West Endzie mogą w miarę wygodnie skorzystać (blisko do Parku Stanleya).

    Gdzie dzieciak ma jeździć na rowerze, hę? Więc ja się bardzo cieszę, że w centrum nie mieszkamy, i do naszego parku relaksujących się kolesi Maciek spokojną uliczką pomyka na biegówce.

    → Gdzie mieszkać: sprawdź nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

    Masz już za sobą kupno nieruchomości w Kanadzie? Podziel się swoim doświadczeniem, a ktoś ci za to podziękuje!

  • Wreck Beach i nadzy studenci

    Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka. Nudyści mają tutaj raj czyli jak po raz pierwszy zwiedzaliśmy najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

    Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

    Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

    Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

    Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

    A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

    Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

    A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
  • Joffre Lakes Provincional Park – trzy jeziorka, a każde ładniejsze

    Wygląda na to, że Joffre Lakes Provincional Park to must – see każdego wielbiciela gór, który akurat jest w B.C.  Bo tłumnie tam na szlakach.

    Ludzie zjeżdżają z daleka – wystarczy spojrzeć na rejestracje samochodowe na parkingu!

    W Joffre Lakes Provincional Park najważniejsze są (tu uwaga, będzie zaskoczenie), jeziora!

    A ich w tle lodowiec.

    Jest jakaś magia w tych jeziorkach, że chce  do nich maszerować.

    Jeziorka Joffre to nasze pierwsze rodzinne wyjście w góry z kategorii “wysokich”. Bo przecież lodowiec całkiem nisko nie bywa.

    Z chłopakami i akurat wizytującą rodziną doszliśmy do drugiego jeziorka.

    Jest tam dobry punkt widokowy, więc można przekonać dzieci, że za chwilkę to będzie pięknie.

    Pięknie jest zresztą od początku, a na dzieci jakoś ten argument średnio działa.

    Ale to nic – do drugiego jeziorka idzie się jakieś 2 godziny z dzieckiem w nosidle.

    Te jeziorka są prześliczne, turkusowe, błyszczące.

    Tłumy dzikie walą, coby je zobaczyć, więc mała rada: najlepiej wyjść popołudniu, około 16, kiedy większość idzie w drugą stronę (a co, tacy sprytni jesteśmy).

    I o ile się nie rozbijamy na noc, nie ma co iść aż do najwyżej położonego jeziora.

    To środkowe jest najbardziej urokliwe, choć spory w rodzinie trwają.

    Do środkowego się idzie miłą,wygodną ścieżką, szeroką na tyle, żeby się swobodnie wyminąć z innym turystą.

    A do najwyższego jeziorka to już jest trochę ciężej się dostać – drabiniaste schody po drodze, głazy zdradliwe i trudniej się wyminąć. Z turystą.

    Jeszcze liczby o Joffre Lakes, jakby kogoś interesowały.

    Całość pętelki niespiesznym tempem zajęła nam 6 h:

    parking – jeziorko #1 – jeziorko #2 – jeziorko #3 – znowu jeziorko #2 – znowu jeziorko #1 – i parking. (uff)  

    Podejście około 400 m, można spalić do 4000 kalorii. Lepiej niż trening z Chodakowską 😉

    Po mężu Jeziorska, sympatią pałam do owych jeziorek już od pierwszego spotkania.

    Joffre Lakes August 2015
    Joffre Lakes August 2015
    Joffre Lakes August 2015

    Kilka zdjęć. Może sobie tapetę z nich ustawię, takie mocno letnie kolory od rana dodają mocy.

    Powiem Ci, bo to żaden sekret, że takich jeziorek i lodowców Kanada ma wiele, oj wiele.

    I dobrze!

  • Poza Vancouver. Rambo tu był! I pociąg! Oglądamy Tunele Othello.

    Na wyjazd do Parku Prowincjalnego Coquihalla wybieraliśmy się jesieni 2015 jak sójki za morze. Zawsze coś (pogoda) albo ktoś (dentysta) uniemożliwiali nam wypad.

    Chcieliśmy bardzo, bo blog vancouvertrails reklamował spacer po tunelach Othello jako fun family hike, czyli nie za trudno, a ciekawie.

    Na dodatek z początkiem listopada zamykają szlak na zimę, więc trzeba się było sprężyć z wycieczką.

    Udało się któreś jesiennej niedzieli wypożyczyć auto od godzin przerażająco porannych i wyruszyć, żeby zobaczyć Tunele Othello

    Z rana zapakowaliśmy ziewające dzieci i wałówkę, skoordynowaliśmy  się z ekipą L. (czyli spotykamy się na parkingu pod Starbucksem, tak?) i już można jechać Trans-Canada Highway w stronę Hope.

    Jak wyglądała droga do Hope, czyli piękną jedynką na wschód, do Nadziei

    Nadzieję (prawda jaka wdzięczna nazwa dla miejscowości? Bardzo obiecująca :D) dzieli od Vancouver niecałe 2 godziny jazdy.

    Dzieci wytrzymają całą podróż, pod warunkiem bezustannego dostarczania rozrywek w postaci:

    • audiobooków,
    • kolorowanek,
    • płyty Nie wiem kto,
    • oraz sprawdzianu z matematyki.

    No i jedzenia oczywiście. Mieliśmy kanapki z łososiem, pieczone ziemniaki i kurczaka, ciastka z batatów i owsiane, i hit nad hity czyli hot dogi. Nie trzeba pisać, że z tego wszystkiego jedyne kupne to były buły i parówki, zatem jedynie to dzieci chciały jeść [westchnięcie moje].

    Jechaliśmy do Hope bez zatrzymywania się (uważaj na znaki, kiedy będzie możliwe następne tankowanie), ale ty przecież możesz sobie robić przystanki. Np. w Abbotsford, albo w Fort Langley Historic Site.

    Już na miejscu: Tunele Othello czyli nie za długi spacer po parku

    Wjazd do parku jest trochę za Hope, w lesie. Kieruj się na park prowincjonalny Coquihalla Canyon.

    Trasa spaceru około 3 km zaczyna się od parkingu i wiedzie przez kilka tuneli w skałach.

    Skąd ta dziwna nazwa: Tunele Othello?

    Nazwę tunelom nadał podobno jakiś wielbiciel Szekspira i przyznam, że brzmi to wyjątkowo zabawnie biorąc pod uwagę, że kręcili tutaj filmy wcale nie kostiumowe.

    W tunelach ukrywał się i ze skały zwisał Rambo. Pierwsza krew.

    Podobno scena stąd jest także w trailerze. W zestawniu z angielskim dramatopisarzem brzmi komicznie.

    Na początku XX wieku tunele te miały służyć kolei kanadyjskiej, ale koniec końców skończyło się na atrakcji turystycznej oraz trasie rowerowej. Już dawno nie przejechał tamtędy żaden pociąg.

    Fakt, że ten park prowincjalny był scenerią filmową w ogóle mnie nie dziwi. Widoki na wysokie skały, z hukiem przewalająca się woda, w której w górę rzeki płynęły łososi!

    Szczegóły spaceru po Othello Tunnels

    Tunele nie za ciemne, nie za długie, w sam raz, żeby się ukryć i zza załomu kogoś przestraszyć.

    Pyszne wysokie drzewa, jesień prężąca liście do lotu [westchnięcie moje drugie, tym razem z podziwu].

    Można zrobić sobie spacer tylko do tuneli (około 4 km tam i z powrotem po płaskim zupełnie), a można ambitnie pętelką przez góry wrócić na parking (po wyjściu z piątego tunelu jest brama i ścieżka kieruje w górę).

    Podejście średnio wymagające, szlak oznakowany w stylu kanadyjskim, czyli mały pomarańczowy kwadrat na drzewie oraz odległości podawane w kilometrach.

    Dzieci trzeba motywować, bo widokami to raczej się nie podniecają tak jak ja. Ale przejść całość warto.

    Przydają się latarki i walki talki – wtedy nawet najmniejsze dzieci mają coś robić.

    A na końcu wyjechaliśmy z parku i postanowiliśmy zrobić sobie piknik w innym miejscu, nad jeziorem Kawkawa z widokiem na góry oraz placem zabaw.

    Świetny pomysł na jednodniowy wyjazd z Vancouver. No bo ile można wchodzić na Grouse Mountain, ja się pytam?

    Nie polecamy wyjazdu we wrześniu/październiku – od jakiegoś czasu są remonty na drodze nr 5 i drogowcy ostrzegają przed opóźnieniami

    To kto był w tunelach Othello i widział łososie? Nam żaden nie mignął buuuu….