Tag: sport

  • Rockies rock! W Górach Skalistych jest wszystko co kocham!

    Też lubisz góry? Może trafiłeś tutaj szukając informacji o wycieczkach w Kanadzie? To dobrze! Bo to wpis o wycieczkach naszej rodziny* w Rockies, kanadyjskie Góry Skaliste.

    *Jeziorski fam, czyli polska rodzina w Vancouver: 2+2 lub 3+1, zależy, jak patrzeć.

    Zanim więcej o Rockies, trochę o Vancouver

    W Vancouver od września 2014 mieszkamy w słabym i dość brzydkim mieszkaniu, ale z mocnym atutem – widokiem na góry!

    Za widok wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra 🙈.

    Bez mrugnięcia płacimy więcej, byleby widzieć góry. Bo góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

    Zresztą nie tylko Vancouver!

    Całkiem niedaleko (czyli według standardów kanadyjskich do 24 godzin samochodem) od nas są inne góry, które zachwycają. Góry Skaliste czyli Rockies.

    Oczywiście musieliśmy pojechać i sprawdzić, jak wyglądają na żywo!

    Magiczne Góry Skaliste. Rozpalają wyobraźnię.

    Te góry ciągną się i ciągną.

    W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej, na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

    Góry dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

    Czyli ogólnie bajka.

    Jest tylko jeden problem.

    Jeden minus Gór Skalistych. Ale duży minus!

    Urok tych gór to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

    Bo każdy chce mieć zdjęcie na Instagramie znad Maligne Lake. (Albo Moraine Lake, albo Lake Louise). Te jeziora pojawiają się na wielu zdjęciach reklamujących Kanadę. Ba, nie tylko na zdjęciach są uwieczniane. Moraine Lake wylądowało nawet na banknocie kanadyjskim!

    Rada ode mnie:

    Nie wybieraj się w Rockies podczas długich weekendów. Wtedy na pomysł “może by pojechać w góry ?” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów. Będzie tłoczno.

    Zupełnie nie słuchając swojej intuicji i dobrych rad znajomych, my w Rockies pojechaliśmy dwa razy, podczas długich weekendów wakacyjnych.

    Cel wycieczek: Jasper i Banff!

    Te dwa miasteczka to ikony Gór Skalistych i po prostu chcieliśmy je zobaczyć. I góry w pobliżu oczywiście też!

    Okolice Jasper (na północy Gór Skalistych) odwiedziliśmy w lipcu 2017, za to do Banff wybraliśmy się w sierpniu 2019.

    Wycieczka w okolice Jasper. Do zobaczenia Maligne Lake i Mount Robson

    Zanim więcej napiszę o punktach na mapie, najpierw słów kilka o szukaniu noclegu. Gdzieś spać trzeba, prawda?

    Znaleźć nocleg w Rockies czyli śpimy w Górach Skalistych.

    Myśleliśmy, że szukając noclegu w Górach Skalistych na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

    Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca.

    Nie udało nam się znaleźć żadnego (dostępnego na naszą kieszeń) noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper.

    Szukaliśmy na booking.com i airbnb. Zwykle wybieramy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją.

    No ale jak nie ma, to nie ma, pomyśleliśmy. Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

    I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

    Z tego kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

    Zrobiłam więc szybką rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy!

    Jedziemy w Rockies czyli dojazd do Mount Robson, około godziny drogi od Jasper.

    Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper.

    Jazda samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. A 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

    Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

    Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

    Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD (dane z 2018)

    W cenie zwykle zawarte jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią hotele, bo jest telewizor (a w domu nie ma).

    Wyjechaliśmy z Vancouver w czwartek, późnym popołudniem. Spaliśmy w Kamloops, a w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

    Droga do Kamloops wygląda jak cały region Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów.)

    Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater.

    Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami.

    Bo w sklepie w Clearwater było dużo taniej niż w Vancouver.

    Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo.

    Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej.

    Rząd naszej prowincji wspomaga jednak sprzedaż właśnie po to, żeby ceny w Clearwater nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić.

    Bardzo dobra strategia!

    Chwilkę po południu w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

    To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

    U stóp Mount Robson, tuż przy drodze na Jasper jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancouver)

    Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

    Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

    Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” z tych, na których byliśmy.

    Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność).

    Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

    Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

    Zanim ruszymy głębiej w Rockies, proponuję szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

    Jeśli nie masz ochoty, to nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

    Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami.

    Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

    Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

    My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney.

    Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km.

    Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

    Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

    Na razie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem).

    Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz.

    Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

    Na końcu szlaku są ławki i toalety.

    Ale ta Kanada jest ładna!

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-collage zdjęć z Mount Robson
    kolaż zdjęć z Mount Robson, okolic Jasper i kempingu

    Dzień drugi w Rockies czyli Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

    Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

    Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass).

    Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

    Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi.

    Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

    Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało.

    Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

    Troszkę o Jasper:

    • Miasteczko jest ładnie położone.
    • Z okazi święta paradę poprowadził burmistrz na koniu.
    • Jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe.
    • Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

    Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

    Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, ale znowu brak zdjęcia, więc musicie nam uwierzyć na słowo 😉

    Potem jechaliśmy do Maligne Lake. 

    Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd.

    Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

    To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

    Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road.

    I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

    Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

    Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island.

    Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w Google: “Maligne Lake cruises”, a wyskoczą strony przewoźników.

    Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

    Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

    My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

    W restauracji mieli wybór trzech zup w rodzaju aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

    Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper.

    Taka wystawa to super sprawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

    Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

    Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

    Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

    Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

    A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

    Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper.

    Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

    Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były śmiertelne wypadki].

    Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

    Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

    Na miejscu nie spędziliśy dużo czasu, bo tylko w sumie dwa i pół dnia, ale i tak było zacnie.

  • Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

    Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

    Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

    Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

    Kto ze mną?

    Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

    Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

    Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

    Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

    [ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

    I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

    Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

    Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

    • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

    Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

    • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

    Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

    • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

    Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

    • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
    • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

    Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

    • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

    Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

    •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
    •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
    •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
    •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
    •  → przy Marpole Community Centre;

    Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

    W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

    Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

    • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

    Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

    • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
    • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
    • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

    Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

    Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

    Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

    Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

    W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

    Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

    Sprawdzone przez nas miejsca:

    • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
    • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

    A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

    Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

    Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

    Przykładowy cennik:

    • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
    • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
    • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

    Znajdź najbliższe community centre!

    • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

    No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest.

    I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

    Także tak.

    Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

    A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉

    PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

    Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!

  • Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park

    Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.

    No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.

    Ale co poradzić, jak mi się nie chce?

    Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.

    Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i  z dzieckiem na plażę pójść.

    Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)

    Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.

    I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.

    Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.

    Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.

    Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).

    A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?

    Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.

    W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).

    Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.

    Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero  spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?

    Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.

    Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.

    Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.

    Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park

    W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!

    Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.

    Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać.  To nie jest Garibaldi Park.

    Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?

    Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).

    Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 7

    Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!

    Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.

    Bo tam rządzi zielone.

    Bardzo rządzi !

    Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: Sekretne życie drzew.

    Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.

    Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 8

    Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉

    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 10
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 11
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 12
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 13
    Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 14

    Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!

    To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!

  • Hokej w Kanadzie i mecz hokejowy w Vancouver – co Tu tak Cicho?

    Hokej to kanadyjski sport narodowy. Ale nie piszcie tego na teście na obywatelstwo kanadyjskie, bo pytanie o kanadyjski sport narodowy jest podchwytliwe i trzeba koniecznie dodać, że hokej to ZIMOWY sport narodowy w Kanadzie.

    Nie przekonałam? Zerknij na zdjęcie ze strony rządowej kanadyjskiego ministerstwa sportu.

    Spytaj jednak dowolnego kanadyjczyka o sport narodowy i prawie na pewno odpowie, że hokej. I będzie pewien, że Kanada jest ojczyzną hokeja. I trochę racji w tym jest, bo krążek po raz pierwszy użyto w Ontatrio.

    Krótka Historia Hokeja w Kanadzie

    Jak wiele rzeczy w Kanadzie, i hokej przypuszczalnie dostał się do Nowego Świata z Anglii. Albo z Francji, albo nawet z Niderlandów bo na obrazach Pietera Bruegel’a  dostrzeżesz ludzi jeżdżących po lodzie z zakrzywionymi kijami.

    Nazwa hokej pochodzi od francuskiego słowa „hoquet”, kij pasterski, przedmiot, który był używany przez Szkotów w XVIII wieku.

    No i widzicie – wiele krajów chciałoby być kolebką hokeja.

    Nieważne skąd przyszedł, ważne, że na zawsze zadomowił się w Kanadzie i nie znam kanadyjskiego dziecka, które nie wie, co to hokej i przynajmniej raz nie było na meczu (jako zawodnik lub widz).

    Hokej w Kanadzie to jest stan umysłu, ważny element tożsamości i powód do dumy narodowej.

    Hokejem się w Kanadzie żyje, hokej się ogląda.

    Jak oglądać mecz hokejowy w telewizji?

    Zapytaj znajomego Kanadyjczyka czy zna program Hockey Night in Canada, jeden z najdłużej nadawanych programów sportowych na świecie. Na początku była to audycja radiowa, Widzę oczami wyobraźni te kanadyjskie rodziny przed odbiornikiem radiowym, nerwowo obgryzające paznokcie. Ale z drugiej strony może słuchanie jest lepsze niż oglądanie, bo nie trzeba tak głową rzucać wypatrując śmigającego krążka?

    Może ten Kanadyjczyk, którego zapytasz o HNC, zna program, i lubi, i będzie to dobry pretekst, żeby razem obejrzeć mecze ligi NHL, posłuchać ekspertów i wywiadów z zawodnikami.

    Jak wpiszesz w Google frazę: How can I watch Hockey Night in Canada?, wyszukiwarka wyświetli ci aktualną listę stacji nadających program na żywo.

    Możesz też obserwować program na mediach społecznościowych, np Facebooku i Instagramie @hockeynight.

    Przy okazji podrzucam swój Instagram, jeśli chcesz zobaczyć momenty z życia na dwa kraje

    Czy ja lubię hokej? Eeeeee….

    Mamy w rodzinę tę część, która sportem żyje. Ja do tej części nie należę.

    Całe moje życie zastanawiałam się, czy ja aby nie jestem adoptowana, skoro zawody sportowe, mecze, memoriale, Polsat Sport i co tam jeszcze, więc te wszystkie akcje, jakoś mnie nie ruszają. Kuby też nie ruszają. Takie z nas leniwce wyrodne.

    Ale reszta rodziny, jej część, kibicami jest, pisanymi dużą literą.

    Dzięki temu Krzysiek jest w klubie przyjaciół Legii, był na zawodach siatkarskich i zanim jeszcze umiał się przedstawić, już seplenił: jak mec, to wsystko idzie prec.

    To nie jest tak, że nas sport guzik obchodzi.  

    W góry pójść? Zawsze. Na rower, na narty, na basen, a i owszem.

    Tylko coś sporty grupowe na nas nie działają, a już oglądanie tychże…. nie, nie nasza bajka.

    Ze sportów na lodzie to ja lubię jedynie łyżwiarstwo figurowe.

    Smaczek popkulturalny dla fanów Ani z Zielonego Wzgórza. w serialu Anne without e z Netflixa dzieciakom grającym na lodzie kije hokejowe dostarcza rdzenny mieszkaniec Kanady.

    Ale nie było takiej możliwości, żeby mieszkając w Kanadzie, nie obejrzeć meczu hokejowego. Trzeba.

    Dyżyny hokejowe w Vancouver

    Na Canucksów raz się trzeba wybrać, czy też Gigantów. Żeby poczuć, o co chodzi i żeby punkt z listy odhaczyć też.

    Dla zupełnych świeżaków w temacie i tych, co chcą wiedzieć tycio, tycio:

    • drużyna hokejowa Canucks to ci najważniejsi, pierwszoligowi czy też NHLigowi, chociaż (znowu) wypadli z Pucharu Stanleya, i stadion mają w Downtown.
    • Giants grają we wschodnim Vancouver, i należą do ligii młodzików. Wrażenia sporotowe są podobne, za to bilety na ich występy są tańsze

    Różne głosy słyszeliśmy o meczu hokejowym, że trzeba pójść, to raz, ale że nie warto, to dwa. Bo krążek za mały, a bilety drogie.

    Mam cichą nadzieję, że się znawcy hokeja w Vancouver ujawnią w komentarzach i poprawią, co  źle napisałam.

    Dotychczas redakcja Kanada się nada była w 1/2 osoboskładu na trzech meczach. Dwa razy byli to Giganci i raz Canucks.

    Mecze Gigantów oglądaliśmy, bo szkoła Krzyśka wraz z innymi szkołami z regionu Vancouver, organizowała podczas meczu flash mob przeciwko przemocy w szkole.

    Pierwszy raz wyjazd na mecz mieli w roku 2015.  

    Cała szkoła Krzyśka, i inne szkoły z okolicy, pojechali na mecz hokejowy.

    Był to pierwszy w Krzyśkowym życiu flash mob, i od razu na różowo (tym kolorem protestowali przeciwko agresji w szkole)

    Zakup biletów organizowała szkoła (koszt: 10 CAD). Kupiliśmy też koszulkę różowiutką za 15 CAD.

    Cel wyjazdu i meczu był szczytny, taniec wesoły, choć Krzyś wyraźnie oporny był podczas ćwiczeń, jakoś taniec go nie porywa ?  Antibullying day wypadało 25/2/2015.

    Wideo możecie obejrzeć pod tym linkiem.

    W tym roku znowu zatańczyli. I ja też pojechałam zobaczyć.

    Dobrze było zobaczyć dużą ilość dzieci zjednoczonych w takiej potrzebnej inicjatywie.

    Choć drużyna gospodarzy przegrała, sam mecz mi się podobał, emocje były.

    I koszulkę wygrałam, bo w czasie przerw organizowane są losowania różnych nagród albo pokazy, kto najładniej zatańczy, albo po prostu rzucanie fantów w publiczność (koszulek).

    Na wielkim telebimie wyświetlali zachęcające hasła oraz śmieszne filmiki.

    Ponieważ to był mój pierwszy raz na meczu hokejowym, nie obyło się bez kilku zdziwień.

    Na przykład, że na mecz zabiera się niemowlęta. A żeby mogły spokojnie przysypiać w trakcie meczu, zakłada się im wielkie słuchawki-ochraniacze na uszy.

    Kolejne zdziwienie uświadomili mi rodzice, kiedy wybraliśmy się wspólnie na mecz Canucks kontra drużyna z Colorado.

    Kiedy czekaliśmy na autobus na lodowisko, widzieliśmy sporo kibiców.

    Przed wejściami kłębił się tłum.

    Usiedliśmy na swoich miejscach, wokół ludzi nawet całkiem sporo, większość w niebieskich koszulkach. Będzie się działo!, pomyślałam.

    A tymczasem już chwilę po rozpoczęciu meczu, zaczęliśmy się zastanawiać, co tutaj tak cicho?

    Nie było komentatora, kibice dopingowali, a i owszem, ale jakoś tak łagodnie. Emocje wyważone. Iście kanadyjskie !

    Podczas przerw ludzie okupowali stoiska z jedzeniem, popcornem, gadżetami. Było gwarnie i wesoło.

    A na meczu spokojnie. Nie wiem, może tak się trzeba zachować podczas hokeja?

    Trochę to jednak stało w sprzeczności z hasłami zagrzewającymi do dopingu, typu Make some noise.

    Żeby nie było, że narzekam. Podobało nam się. Na pewno lepiej jest tak oglądać sport, niż przed telewizorem w domu. Co doświadczenie na żywo, to doświadczenie na żywo.  

    Zwłaszcza jeśli ceny biletów sezonowych zaczynają się od $55.

    Jeszcze w temacie szczegółów technicznych.

    My kupiliśmy bilety tutaj.

    Nie kupiliśmy ich bezpośrednio na stronie Vancouver Canucks, tylko “z drugiej reki” korzystając właśnie z tego serwisu. Te same miejsca kosztowały nas 30 CAD, gdy tymczasem na stronie drużyny były po ponad 50 CAD.

    Zapłaciliśmy kartą, potwierdzenie przyszło na mail, wydrukowaliśmy, pokazaliśmy pani przy wejściu i już. Szybko i sprawnie.

    Jestem hockey mom

    Określenie soccer mom oznacza mamę wożącą dzieci minivanem na zajęcia sportowe. A w Kanadzie zamiast soccer mom, jest hockey mom.

    Czyli mama sporą część swojego czasu poświeca na dowożenie dzieci na zajęcia na lodzie. A potem w zimych salach mota te łyżwy na nogach, kaski czyści, wielkie, ale to wielkie torby na hokejowe rzeczy nosi bez słowa skargi.

    Taka mama hokejowa ma zawsze coś do jedzenia po treningu, a w domu mrożoną pizzę lub szybki mac and cheese.

    No i jest po części lekarzem lub pielęgniarką, bo urazów na lodzie jest zawsze sporo, i trzeba opatrzeć, przytulić, pocieszyć.

    Wiadomo 😉

    Tyle o hokeju. Reszta to zdjęcia.

    o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_2
    Mecz hokejowy w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie i polskiej rodzinie w Vancouver
    o meczu hokejowym w Vancouver_Kanada się nada_blog o Kanadzie_polska rodzina w Vancouver_4

    A Wy lubicie hokeja? Byliście na meczu? Komu kibicujecie? Dajcie znać, czy pisać więcej o sportowej stronie Kanady

  • Podsumowanie naszego pierwszego kanadyjskiego sezonu narciarskiego w 10 punktach

    Ten wpis to podsumowanie naszego pierwszego , rodzinnego sezonu narciarskiego. Co tu kryć. Oszaleliśmy i już na zawsze Kanada będzie nam się kojarzyła z nartami!

    Poniżej znajdziesz 10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

    1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
    2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
    3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
    4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
    5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
    6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
    7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
    8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
    9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
    10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

    I jeszcze kilka podstawowych informacji dla planujących narciarskie wycieczki z dziećmi w okolicach Vancouver:

    Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek.

    Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę).

    Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie).

     Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych.

    Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

    Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

    Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

    Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty

    A Wy jeździcie w Vancouver na nartach?

  • Poza Vancouver. Rambo tu był! I pociąg! Oglądamy Tunele Othello.

    Na wyjazd do Parku Prowincjalnego Coquihalla wybieraliśmy się jesieni 2015 jak sójki za morze. Zawsze coś (pogoda) albo ktoś (dentysta) uniemożliwiali nam wypad.

    Chcieliśmy bardzo, bo blog vancouvertrails reklamował spacer po tunelach Othello jako fun family hike, czyli nie za trudno, a ciekawie.

    Na dodatek z początkiem listopada zamykają szlak na zimę, więc trzeba się było sprężyć z wycieczką.

    Udało się któreś jesiennej niedzieli wypożyczyć auto od godzin przerażająco porannych i wyruszyć, żeby zobaczyć Tunele Othello

    Z rana zapakowaliśmy ziewające dzieci i wałówkę, skoordynowaliśmy  się z ekipą L. (czyli spotykamy się na parkingu pod Starbucksem, tak?) i już można jechać Trans-Canada Highway w stronę Hope.

    Jak wyglądała droga do Hope, czyli piękną jedynką na wschód, do Nadziei

    Nadzieję (prawda jaka wdzięczna nazwa dla miejscowości? Bardzo obiecująca :D) dzieli od Vancouver niecałe 2 godziny jazdy.

    Dzieci wytrzymają całą podróż, pod warunkiem bezustannego dostarczania rozrywek w postaci:

    • audiobooków,
    • kolorowanek,
    • płyty Nie wiem kto,
    • oraz sprawdzianu z matematyki.

    No i jedzenia oczywiście. Mieliśmy kanapki z łososiem, pieczone ziemniaki i kurczaka, ciastka z batatów i owsiane, i hit nad hity czyli hot dogi. Nie trzeba pisać, że z tego wszystkiego jedyne kupne to były buły i parówki, zatem jedynie to dzieci chciały jeść [westchnięcie moje].

    Jechaliśmy do Hope bez zatrzymywania się (uważaj na znaki, kiedy będzie możliwe następne tankowanie), ale ty przecież możesz sobie robić przystanki. Np. w Abbotsford, albo w Fort Langley Historic Site.

    Już na miejscu: Tunele Othello czyli nie za długi spacer po parku

    Wjazd do parku jest trochę za Hope, w lesie. Kieruj się na park prowincjonalny Coquihalla Canyon.

    Trasa spaceru około 3 km zaczyna się od parkingu i wiedzie przez kilka tuneli w skałach.

    Skąd ta dziwna nazwa: Tunele Othello?

    Nazwę tunelom nadał podobno jakiś wielbiciel Szekspira i przyznam, że brzmi to wyjątkowo zabawnie biorąc pod uwagę, że kręcili tutaj filmy wcale nie kostiumowe.

    W tunelach ukrywał się i ze skały zwisał Rambo. Pierwsza krew.

    Podobno scena stąd jest także w trailerze. W zestawniu z angielskim dramatopisarzem brzmi komicznie.

    Na początku XX wieku tunele te miały służyć kolei kanadyjskiej, ale koniec końców skończyło się na atrakcji turystycznej oraz trasie rowerowej. Już dawno nie przejechał tamtędy żaden pociąg.

    Fakt, że ten park prowincjalny był scenerią filmową w ogóle mnie nie dziwi. Widoki na wysokie skały, z hukiem przewalająca się woda, w której w górę rzeki płynęły łososi!

    Szczegóły spaceru po Othello Tunnels

    Tunele nie za ciemne, nie za długie, w sam raz, żeby się ukryć i zza załomu kogoś przestraszyć.

    Pyszne wysokie drzewa, jesień prężąca liście do lotu [westchnięcie moje drugie, tym razem z podziwu].

    Można zrobić sobie spacer tylko do tuneli (około 4 km tam i z powrotem po płaskim zupełnie), a można ambitnie pętelką przez góry wrócić na parking (po wyjściu z piątego tunelu jest brama i ścieżka kieruje w górę).

    Podejście średnio wymagające, szlak oznakowany w stylu kanadyjskim, czyli mały pomarańczowy kwadrat na drzewie oraz odległości podawane w kilometrach.

    Dzieci trzeba motywować, bo widokami to raczej się nie podniecają tak jak ja. Ale przejść całość warto.

    Przydają się latarki i walki talki – wtedy nawet najmniejsze dzieci mają coś robić.

    A na końcu wyjechaliśmy z parku i postanowiliśmy zrobić sobie piknik w innym miejscu, nad jeziorem Kawkawa z widokiem na góry oraz placem zabaw.

    Świetny pomysł na jednodniowy wyjazd z Vancouver. No bo ile można wchodzić na Grouse Mountain, ja się pytam?

    Nie polecamy wyjazdu we wrześniu/październiku – od jakiegoś czasu są remonty na drodze nr 5 i drogowcy ostrzegają przed opóźnieniami

    To kto był w tunelach Othello i widział łososie? Nam żaden nie mignął buuuu….

  • Garibaldi Provincional Park: Wedgemount Lake and Panorama Ridge

    Napiszę tak: gdybym miała robić jakieś zestawienie najlepszych szlaków górskich, chociaż z góry dopuszczam zmienność takiego zestawienia i w ogóle ogarniam brak sensu robienia takiego, bo każdy szlak górski jest najlepszy w momencie, kiedy już na górę wejdziemy, niemniej jednak szlaki w Garibaldi Provincional Park, ooooo, moi drodzy, te szlaki są the best of the best.

    Jak na razie w kategorii Dzika Kanada i #wgórachjestwszystkocokocham bezapelacyjnie wygrywa.

    Szlak na Panorama Ridge w Garibaldi Provincional Park

    Wejście na Panorama Ridge (oraz współidący z nim szlak na Black Tusk) znajdują się w wielce popularnym parku regionalnym Garibaldi, na północ od Vancouver, drogą Sea to Sky.

    Szlak na Panorama Ridge ma wszystko czego oczekuję od gór: 

    • podejścia długiego, acz nieuciążliwego,
    • najlepiej na początku i na końcu w lesie lub wśród drzew, coby za bardzo ze słońcem się nie zbratać.
    • potem wyjścia na grzbiet, gdzie widoki są takie, że chce się piać z radości i nie wierzyć oczom.
    • i jeszcze stopień trudności taki, że tylko niektórzy dają radę, żadnych tam niedzielnych turystów-gór zdobywców w japonkach i z reklamówkami (tak, tak, takie widoki panie tego, nie tylko pod Giewontem, również w B.C. uświadczysz).

    A to jezioro na końcu o barwie niedookreślenia, no nie znam takiego koloru po prostu, więc to jezioro to element magiczny.

    Jeziorko to kropka nad i ….. i szlaku dopełnienie.

    Kilka wskazówek praktycznych o szlaku na Panorama Ridge

    Najwięcej ludzi wybiera się jednak nie w wyższe partie gór, czyli na Panorama Ridge czy Black Tusk, ale nad jezioro Garibaldi, to które na naszych zdjęciach tak zachwyca.

    Wtedy Grzbiet Panorama ogląda się z dołu.

    Jak piszę: najwięcej ludzi, to mam na myśli tłumy, serio serio tłumy, którym nie straszne przejście 18 km z różnicą przewyższeń 800 m.

    Przy jeziorze można się rozbić namiotem (za 15 dolarów od osoby bodajże) i jak już wszyscy sobie pójdą, w ciszy patrzeć na lodowce.

    Ach.

    W parku można również rozbić namiot na drugim kempingu wysokogórskim, Taylor Meadows, równie pięknym, choć nie nad jeziorem.

    Na szczycie stoi Inuksuk, przez kogoś dla kogoś zostawiony.

    To postać z kamienia, wywodząca się z kultury Inuitów, która oznacza: ktoś tu był oraz jesteś na właściwym szlaku?

    Nic bardziej trafnego dla górskiego turysty!

    Na zdjęciu naszym się niestety jakiś taki mały zrobił.

    Ale kto szuka, ten znajdzie. A jak trzeba będzie, wdrapiemy się na Panorama Ridge ponownie, żeby mu lepsze ujęcie cyknąć.

    Miejsca na kempingach zapełniają się w okolicach 9 rano, co oznacza, że ludzie wychodzą na szlak najpóźniej o 6 rano, o brzasku, bladym świtem!

    A nie jest rzadkością namawianie się na wyjazd z Vancouver o 3 w nocy, żeby namiocik w parku Garibaldi mieć szansę postawić.

    No to chyba rozumiecie skalę popularności tegoż.

    Oczywiście my pechowcy, za późno przybyliśmy na parking (10 rano była) i już od wjazdu pomocna strażniczka wybiła nam z głowy pomysł spania na górze.

    Na szczęście Kuba wypatrzył tuż przy drodze kemping prowadzony na ziemi Indian i przez Indian, więc koniec końców było się gdzie rozbić.

    Plan nasz pierwotny zakładał, ze idziemy w góry, rozbijamy się na Taylor Meadows, idziemy na Black Tusk, wracamy na kemping i śpimy, następnego dnia idziemy na Panorama Ridge i schodzimy.

    Ale ponieważ spaliśmy na dole, a nie na górze, sił, czasu i światła dziennego mieliśmy tylko na jeden z tych szlaków.

    Wyszliśmy o 8 rano, na Panorama Ridge byliśmy około 14.

    Wodę trzeba mieć ze sobą i dużo jedzenia, bo pod drodze miejscami jest sucho i pyliście.

    Gdybym nie wiedziała, gdzie kręcili Władcę Pierścieni, z łatwością mogliby mi wmówić, że to tam. O ile komuś by się chciało sprzęt taszczyć na wysokość ponad 2500 m npm.

    Zatem panie i panowie, na szlak namawiamy serdecznie, acz przestrzegamy uczciwie, że trudny.

    Garibaldi Lake to nie jedyne take magiczne jeziorko w Parku Prowincjonalnym Garibaldi.

    Szlakiem nieco dalej na północ dojdzie się do to fajnego jeziorka!

    To fantastyczne miejsce: Wedgemount Lake

    Historia naszego wyjścia w kilku punktach:

    • Mimo że bez chłopaków, a więc bagaż ograniczony do minimum oraz tempo szybsze, niż wolniejsze, no więc mimo tego, że teoretycznie powinno być łatwiej, nie było.
    • Było trudno, bo to szlak dla zaawansowanych, cały czas pod górę, z ponad 1000 metrowym przewyższeniem,
    • …. ale za to jakie widoki, jaka radocha, jaka satysfakcja na szczycie. Na górze można także przenocować w blaszanej chacie za $15 albo w swoim namiocie za 10$.
    • i oczywiście zrobić zdjęcia na Instagrama
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    Jeziorko jest, jak widać, po 3 h wchodzenia cały czas pod górę, pionową bardzo, jeziorko to miły akcent końcowy.

    Niektórzy nawet się kąpali. Ale nie ja.

    Ja głośno narzekałam w języku moim ojczystym, jakie to buty mam niesprawne i że za mało jedzenia wzięłam.

    Na moje utyskiwania z drugiego kamienia pada dźwięczne: o rety, Polaków się tutaj nie spodziewałam.

    I w taki oto sposób poznaliśmy Justynę, Gorzowiankę, wraz z mężem Irlandczykiem, mieszkających w Vancity [pozdrawiamy!.

    To żywy dowód, nic nie zmyślam, serio serio, że jak ci kolegów w Kanadzie brakuje, to trzeba się wybrać w góry.

    Nie chcesz samotnie chodzić po górach? Spróbuj tego:

    • Na Facebooku jest lokalna grupa, która się organizuje co i rusz na wspólne hajki.
    • Albo zapytaj wśród Polek na którymś z Polskich Babskich Spotkań.

    Wycieczka pyszna, ale następnego dnia chodziliśmy z lekka jak marynarze. Na szeroko rozstawionych nogach. I wolno. Czyli jak zmęczeni marynarze po wieczorze w tawernie.

    Czyli jak to w B.C. – morze i góry w jednym. Pięknie wprost!

    Kto był w Parku Garibaldi i poleca inne szlaki? 

  • Co można robić na Grouse Mountain – szczyt szczytów i szlak Grouse Grind

    Mam do Grouse Mountain stosunek zmiennocieplny. Raz zachwyca taką oczywistością, że nie ma co dyskutować. Innym razem myślę sobie “eh, serio?! To już? To tyle?!”

    Ale nie da się ukryć, że Grouse Mountain i prowadzący nań szlak Grouse Grind to ikona Vancouver.

    Największa zaleta góry Grouse jest taka, że to jedyna góra w pobliżu Vancouver, do której dojeżdża komunikacja miejska i potem gondola wynosi na szczyt.

    Inne szczyty, piękne wprost, dostępne są już tylko, kiedy masz samochód lub też szlakiem pieszym.

    Jeśli ktoś jest tylko przejazdem w Vancouver, samochodem nie dysponuje, to Grouse Mountain jest dla niego!

    Musisz tam pójść. Albo wjechać.

    I to niezależnie od pory roku.

    Ale się nie bój, opowiemy dokładnie co i jak.

    Co robić wiosną na Grouse Mountain?

    Pójść na najsłynniejszy szlak Vancouver, czyli Groud Grind!

    To szlak krótki ale intensywny! Zaczyna się przy dolnej stacji gondoli, koło parkingu.

    Jeśli chcesz wejść na górę wiosną, najpierw sprawdź, czy szlak Grouse Grind jest otwarty.

    Bo my nie sprawdziliśmy za pierwszym razem, w kwietniu 2015.

    Myśleliśmy sobie: “to tylko 853 metry podejścia, przecież to niższe niż Śnieżka, niż Tarnica, a od Lackowej nieznacznie wyższy, no a wiadomo, kto Lackową od zachodniej ściany zdobył, temu już nic nie straszne.”

    Chcieliśmy otworzyć w ten sposób wiosenny sezon ( w miarę) wysokogórskich wycieczek.  Z przytupem zacząć.

    O słodka naiwności, jak to życie uczy pokory i podwójnego, a nawet poczwórnego przygotowywania się do zdobycia góry, nawet tej leżącej w granicach miasta i na pierwszy rzut oka, całkiem oswojonej.

    Zaczyna się niewinnie, normalnie, chociaż może powinniśmy zwrócić uwagę na wielkie tablice informujące, że szlak jest zamknięty.

    A na tablicy informacja, że szlak zamknięty bo jakieś roboty trwają, bo wciąż warunki zimowe, bo coś jeszcze.

    Tablica wyglądała na dość starawą, więc pierwsza myśl, że może nieaktualna.

    To się przejęliśmy tylko trochę, nawet nas wstrzymało, coby się zastanowić, iść czy nie iść.

    Ale inni idą, tłumy idą, serio serio, część to nawet nie idzie, tylko biegnie, znaczy się kardio robi na szlaku.

    Ważna informacja, zanim postanowisz zignorować dobre rady na tablicy i swoje przeczucia: szlak jest jednokierunkowy, czyli jak wejdziesz to idziesz na górę, no matter what, nie ma zawracania.

    Idziemy, idziemy, trochę dziwi, że choć sporo ludzi na szlaku, dzieci oprócz naszych żadnych nie widać….

    I już wiemy dlaczego dzieci nie ma. BO JEST ŚNIEG !!!

    Tak mniej więcej od połowy szlaku. I nie żeby jakieś powalające ilości, ale śliski jest, mokry, zadziorny. Nie żebyśmy byli zupełnie nieprzygotowani, ale jednak mentalnie nienastawieni.

    Buty Krzyśka, choć z porządną podeszwą, słabo się sprawdziły, więc Maciek w nosidle został przejęty przez Kubę, a ja ślizgami na lodo-śniegu próbowałam Krzyśka asekurować.

    Po dwóch godzinach, jednej płaczo-przerwie i niewidzeniu żadnego misia, doszliśmy do górnej stacji kolejki, zadowoleni, choć mokrzy (zwłaszcza skarpetki).

    Dobrze, że w schronisku na gorze dają jeść i pić na górze (masz do wyboru coffee-bar, alb bar-bar z typowym szybkim jedzeniem)

    Na szczycie jest co robić, gdzie pójść, ale te mokre skarpetki jednak nie zachęcają i tak postanawiamy rekonesans przełożyć na kiedy indziej i teraz wrócić na dół po pańsku gondolą (10 CAD od głowy).

    Są ludzie, którzy nie chcą płacić 10 dolarów za zjazd i wolą szlakiem zawrócić (chociaż to niedozwolone).


    # lato na Grouse

    Jak się Peak of Vancouver prezentuje latem?

    Żeby się przekonać, można iść szlakiem Grouse Grind (albo wbiec w czasie poniżej 40 minut, zobacz szczegóły wyżej), ale my wybraliśmy wersję „na lenia”, czyli wjechaliśmy gondolą. Na górze byliśmy wczesnym popołudniem, w sam raz, żeby zrobić miniaturowy spacer, 10 minut dosłownie z wypłaszczenia zwanego plateu na szczyt  z Eye of the Wind (wieża widokowa, wejście dodatkowo płatne 15 CAD, dzieci do lat 12 za darmo).

    Najlepsze podczas tego spaceru nie były, o dziwo, widoki tylko przedstawienia. Birds in motion jak nazwa wskazuje dotyczył ptaków, drapieżników, które w liczbie sztuk cztery kołowały, pikowały, wznosiły się i opadały na rozkaz opiekunki. I to wszystko nad głowami zachwyconych widzów. Jak się nie schylić to taka sówka mogłaby niechcący pazurkiem zaczepić, albo sokół łypnąć z bliska i przestraszyć.

    Mnie oczarowało. Nie widziałam nigdy ptaków, które, choć wytresowane, miałyby w sobie więcej wolności.

    Drugi, genialny i prześmieszny show był o drwalach. Aha, dobrze czytacie, zacierałam rączki z uciechy, że sobie chłopców jak dęby pooglądam! Drwali było dwóch, w porywach trzech i tak sobie dogadywali, rzucali siekierami do celu, rąbali na czas i wspinali się na niebezpiecznie wysokie pale. Bardzo zabawne dla dorosłych, bardzo emocjonujące dla dzieci. Polecamy !

    Uwaga – dobra nowina – oba przedstawienia zawarte w cenie biletów.

    I jeszcze nie sposób nie napisać – miśki się już obudziły i łaziły sobie po swoim wybiegu. Ich fanem absolutnym zastał Maciek. Właściwie dla tych niedźwiedzi tylko szedł. No i dla frytek z bistro. Tak frytki i miśki – zestaw obowiązkowy.

    Grouse-Mountain_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady-siatka-dziewieciu-zdjec-lato


    #zima na Grouse

     

    Ten tekst napisał Krzyś, kiedy wraz z babcią uczyli się języka polskiego, w czasie ferii zimowych 2016.

    W ćwiczeniach dla klasy trzeciej trzeba było napisać relację z pierwszego dnia wiosny. Zmodyfikowaliśmy nieco polecenie i w efekcie mamy gotowy tekst na blog, a co.

    W oryginale nie ma funkcji autokorekty, ale ku zadowoleniu Krzysia, podczas przepisywania wyrazów, komputer wskazywał mu błędy, wraz z poprawną formą. Ach, żeby tak było na dyktandach [westchnięcie Krzyśka]

    Do Krzyśkowego posta doaliśmy zdjęcia i voila. Przeczytajcie, jak wyglądał: “Jeden dzień ferii zimowych 2016”

    Dnia 28 Marca 2016 roku pojechałem w góry z Mamą, dziadkami i Maćkiem. Pogoda była ładna. Świeciło słońce. Było dużo śniegu, więc wybraliśmy się na rakiety. Jeździliśmy też na łyżwach. Przejechaliśmy się wielkimi saniami. Kiedy zgłodnieliśmy poszedłem po frytki, a później zjedliśmy Kanadyjski przysmak czyli słodkie “bobrowe ogony”. Góra nazywa się Grouse Mountain czyli szczyt wszystkiego. Wycieczka mi się podobała, chociaż chciałbym zjeżdżać na nartach.

    tyle Krzyś.

    I jeszcze poniżej dodane [by Kasia] informacje praktyczne

    Od czasu pierwszego wiosennego naszego wejścia, Grouse Mountain sterczała sobie dostojnie, niezadeptywana przez nas wcale.

    Kiedy jednak podczas świąt okazało się, że można kupić roczny rodzinny bilet wstępu na Grouse za pół ceny, nie wahaliśmy się ani chwili. W efekcie byliśmy na Grouse wielokrotnie w sezonie narciarskim 2015-2016.

    Jednorazowy wjazd dla rodziny na Grouse to wydatek 114 $, bilet roczny 279$. Można kupić taki bilecik na jeden raz, a wracając poprosić, żeby został wliczony w cenę rocznego, jeśli się na niego zdecydujemy [bardzo podoba mi się takie “niekupowanie kota w worku”, tak robią we wszystkich ciekawych miejscach w Vancouver].

    Co można robić na górze zimą?

    Zimą, jak pokazują nasze zdjęcia poniżej i kilka innych, Grouse Mountain jest najlepsze dla początkujących narciarzy. Trasy są krótkie i niewymagające, ośla górka jak najbardziej przyjazna maluchom.

    A widok z The Cut jest niezapomniany (prosta i szeroka nartostrada, widoczna doskonale z wielu miejsc w mieście). Dla bardziej doświadczonych narciarzy (tak napiszę o nas w następnym sezonie) nartostrady na Grouse będą z lekka nudne (słowa Krzyśka).

    Oprócz nart, w końcu nie każdy lubi (są tacy, serio?), można na szczycie (peak chalet, zawsze podśmiechujki uprawiamy, jak nazwę wypowiedzą głośno) jeździć na łyżwach (wypożyczenie płatne), pójść na krótszy lub dłuższy spacer pętelką na rakietach śnieżnych (wypożyczenie płatne), pozjeżdżać na dwutorowych torze saneczkarskim (płatny i mikry ten tor, nie zachęca).

    Dla tych, co to już w ogóle nie mają ochoty na żaden sport (serio, są tacy?), jeździ pług śnieżny, który króciutko wywozi na stok.

    Podążając za zapachem wanilii i cukru, można wysiąść przy budce z napisem Beavertails (to są właśnie te bobrze ogony).

    Taki ogonek to jest kawałek ciasta pieczony w głębokim tłuszczu, ni to pączek, ni to langosz (taki słowacko-węgierski placek), serwowany na słodko.  Dobry, ale szału nie było (około 7 CAD za sztukę).

    Małe co nieco można zjeść w bistro (niezłe frytki i megadolewka), w kawiarni (polecamy ciasto marchewkowe) oraz w restauracji (za wysokie progi jak na nasze nogi, więc nie próbowaliśmy). Przedtem lub potem pospacerować, popatrzeć, pooddychać.

    Zejdzie ze 4 godziny na górze.

    Kto lubi Grouse i dlaczego nie?