Tag: outdoor

  • Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver? Jaką zimę ja się pytam?!

    Wiosna już zagościła na dobre, Wielkanoc trwa, ale ja wciąż o zimie

    Więc choć zimy to już prawie nie ma, mam nadzieję, że dalej przeczytacie.

    Z lekka ironicznie do tytułu podchodzę, bo co jak co, ale kanadyjska zima to nie jest to samo co zima w Vancouver

    Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to są dwie tak różne rzeczy, że ciężko nie zareagować dyskretnym chichotem, kiedy ktoś z przerażeniem w oczach komentuje: Mieszkasz w Vancouver? O raju to NA PEWNO marzniesz, bo zima w Kanadzie jest długa, cicha i śniegiem bijąca.

    Zima w Vancouver jest na pewno mokra. Od deszczu. Który ten oto deszcz w ilościach hurtowych nawiedza miasto położone pomiędzy Pacyfikiem a górami. Przy takim ukształtowaniu terenu tak łatwo o deszcze i d(r)eszcze, że miastu nadano oficjalną ksywkę: Raincouver.

    Ale nie myślcie sobie, że jak deszcz pada,  to już z góry wiadomo, że mamy przechlapane i coby się nie robiło, zima będzie do bani i ciężko ją będzie przetrwać. O nie ! Jest bowiem jeden, niezawodny sposób, który pozwala mi nawet w deszczu dniem się zachwycić.

    Przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver pomagają zakupy

    Tak, napisałam to. Zakupy zawsze poprawiają humor. Ale, ale nie takie sobie zwykłe zakupy, nieprzemyślane, czy pochopne, czy okazyjne, czy też ordynarna wyprawa do warzywniaka.

    Na zimowe zakupy w mokrym Vancouver najlepszy jest jedyny taki, wielki i historyczny wręcz sklep.

    MEC czyli Mountain Equipment Co-op.

    To duży sklep sportowy, a właściwie rodzaj kooperatywy sportowej, który wymyśliło kilku zapaleńców z miłości do górskich wędrówek. Zdobywając w latach 80-tych amerykańską górę Mount Baker, zdecydowali, że chcą sprowadzić do Kanady dobre jakościowo i dostępne dla wielu oprzyrządowanie górskie i sprzęty sportowe. Rozpoczęli współpracę z dostawcami, ustalili marżę od sprzedaży na tyle tylko, żeby przetrwać i ruszyli z tym koksem. I mimo że przez lata nie zawsze było z biznesem różowo, to MEC do dzisiaj działa na podobnych zasadach, a żeby w nim kupować, trzeba mieć kartę członkowską. Karta traktowana jest jako nasz wkład w rozwój kooperatywy (koszt: 5 CAD, wydawana od ręki przy kasach).

    To sklep ze sporym wyborem towarów. Kanadyjczycy od najmłodszego do najstarszego uwielbiają przebywać na dworze, sport uprawiać, we wszystkich możliwych odmianach i rozmiarach – kto raz próbował przejechać się latem ścieżką rowerową Seawall, ten wie, o czym piszę. Albo stał w kolejce do wyciągu na Grouse  – 1,5 h raz tak staliśmy, miodzio.

    Więc w MECu zawsze jest tłum. Poza tym obsługa jest bardzo miła i często organizuje otwarte i darmowe warsztaty z cyklu “napraw swój rower”, albo “weź mapę, kompas i nie daj się zjeść niedźwiedziowi”. Byłam na takim szkoleniu z czytania mapy i obsługi kompasu, i mogę polecić z czystym sumieniem. Więc podczas tej deszczowej kanadyjskiej zimy można nabyć cennych umiejętności, które będą jak znalazł, kiedy padać przestanie!

    i zawsze się człowiek czegoś nowego nauczy. To w MECu poznałam Długie Jasie czyli Long Johns.

    Kręciłam się z Maćkiem po sklepie, wśród działu z odzieżą dla kilkulatków przeglądałam miłe dla oka i dobre jakościowo przeciwdeszczowe wdzianka, kiedy zagadała mnie kanadyjska mama z dwulatką. Od słowa do słowa podzieliłyśmy się naszymi patentami na to, jakie ubrania dla dzieci są przeciwdeszczowe i przeciwplamowe [chichocik w tym miejscu]. Z jej strony padło pytanie o nasze ulubione Long Johns. Myślę sobie, ki diabeł, piosenkarz country czy kolejny kanadyjski polityk, o którym nie mam pojęcia ?

    Ale nie ! Long Johns’y to kalesony 🙂
    Kanada się nada_MEC najlepszy sklep sportowy

    Znamy, znamy i nawet kilku trzymamy w szafie. Na dowód tego, jak twarzowe potrafią być kalesony, robię miniwklejkę ubraniową. Plus wielka puszka czekolady gorzkiej z MECa [nie mogłam się powstrzymać].

    Wybaczcie jakość, bezczelnie ściągnęłam zdjęcie kalesonów ze strony sklepu.

    Wygląda na to, że MEC.ca to nie tylko mekka dla sportowo zakręconych, ale i dobre miejsce na błyskawiczny kurs języka angielskiego. Jak już obejrzycie w Vancouver, co jest do obejrzenia, to warto wpaść, poczuć klimat.

    Ja to lubię 🙂

  • Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

    W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

    Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

    Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

    Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

    Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

    A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

    Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

    Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

    W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

    Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

    Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

    Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

    Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

    Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

     

    Whistler_Winter 2015
    W Whistler zimą 2015
    W Whistler zimą 2015
    W Whistler zimą 2015

    Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

    Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

    My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

    I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

    Info praktyczne

    Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

    Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

    Jedziemy do góry jupiiii

    I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

    Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

    Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

    Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

    Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę.

    Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie!

    A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

    Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

    Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

    Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

    Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

    Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

    W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

    Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

    Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

    Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

  • Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

    Marzyliście kiedyś, żeby znaleźć tajemne przejście przez starą szafę do Narnii?

    Bo ja do dzisiaj pamiętam szafę w wiejskim domu mojej babci, jej ciężkie kożuchy i płaszcze, i nas, dzieciaki wskakujące do szafy, żeby za chwilę być w magicznej, zaśnieżonej aż po czubki drzew Narnii.

    Dlaczego przywołuję to wspomnienie? To proste.

    W dni świąteczne, kiedy wybraliśmy się na Cypress Mountain, Narnia była moim pierwszym skojarzeniem.

    Nierzeczywista, piękna zimową potęgą kraina, cicha, bliska, choć jak trzeba, niebezpieczna. Zdjęcia powiedzą wam więcej, ale zanim do nich, to jeszcze kilka słów o kompleksie na Cypress.

    Jakoś tak jest, że około 99 % Vancuverczyków, kiedy widzą cię z nartami, zapyta : Skiing on Cypress?

    Oczywiste skojarzenie: narty=Cypress, przez nas nie zostało przetestowane, bo nasz spacer odbył się na rakietach śnieżnych.

    Ale wiedziona ciekawością sprawdziłam, dlaczego Cypress kojarzy się tak bardzo ze zjazdówkami?

    I wyszło szydło z worka: najwięcej tras (także nocnych), najwięcej wyciągów (bo sześć) i śniegu pewnie też najwięcej jest właśnie na Cypress 🙂

    Sam ośrodek jest tak rozległy, że aż podzielony na dwie części: tę przeznaczoną do narciarstwa zjazdowego (Downhill) oraz drugą, gdzie zaczynają się szlaki dla narciarzy biegowych oraz o wypraw na rakietach (Nordic).

    Droga dojazdowa rozwidla się na dwoje i do dwóch osobnych parkingów prowadzi.

    Warto więc wcześniej wiedzieć, co się będzie na Cypress robiło, żeby potem z ciężkimi buciorami nie spacerować nadmiernie.

    Gdzie iść na Cypress, żeby dojść ?

    Mnie dodatkowo oprócz chęci wypróbowania rakiet ciągnęło na Cypress z powodu Hollyburn Lodge.

    To jest jedno z bardziej rozpoznawalnych górskich miejscówek w okolicach Vancouver, a ja sentyment mam do schronisk wszelakich.

    Ze starych zdjęć wyłaniał się obraz przytulnego i ciepłego miejsca, gdzie można się wysuszyć, entuzjazm podbudować, posilić się.

    Niestety Hollyburn Lodge jest właśnie w remoncie i nie było nam dane wejść do środka.

    Ale przynajmniej popas zrobiliśmy pod. A ptaszki nam się z zaciekawieniem przyglądały.

    Pętla spacerowa jest zdecydowanie łatwa, przewyższenia niewielkie, a my pierwszy raz na rakietach, dwoje dorosłych, ośmiolatek (rakieta rozmiar kid) oraz 3 latek w nosidle.

    Tylko nie pomylcie szlaków i zamiast zielonym do Hollyburn Lodge, nie wybierzcie się czasem na Hollyburn Mountain, bo opis wskazuje, że mocno wymagający 🙂

    Wyjście na szlaki jest na Cypress płatne, wpożyczenie rakiet wraz z biletem jednodniowym to wydatek około 26 CAD na dorosłego (sporo).

    Zdjęcie, gdzie siedzimy w środku pomieszczenia, to taka niewielka, kilkuławkowa szopa, gdzie się można ogrzać i swoje jedzenie zjeść. A jakby co obok jest Starbucks (bo gdzie go nie ma?)

    Warto wyjść na Cypress Mountain na rakietach śnieżnych, no przyznajcie sami, taka zima to miodzio jest.

    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
    Cypress Mountain na rakietach śnieżnych
  • Spacerem wokół Rice Lake: dołem jesień, górą zima

    Spacer wokół Jeziora Ryżowego (Rice Lake) jeszcze w świątecznym nastroju.

    Jezioro Ryżowe to bardzo przyjemne i niewymagające miejsce na spacer zimowy. Jeśli potrzebujecie potwierdzenia, zapraszam na stronę vancouver trails. Dzieci można puścić luzem, bez tchu ganiają się po chaszczach wzdłuż szlaku, wyskakują spod nisko zwieszających się gałęzi z głośnym  buuuu, szukają baz tajemnych, wspinają się na większe i mniejsze kamienie, czy podglądają promienie słoneczne wśród ogromnie zielonych drzew. To ostatnie to zresztą moja ulubiona rozrywka też 🙂

    Mniejsze dzieci można pchać w wózku, albo mogą pomykać na rowerkach biegowych. Sporo ludzi biega po tym szlaku, także w towarzystwie psów,chociaż przynajmniej w teorii psy na szlaku nie są dozwolone. Ale nie jest ani głośno, ani tłumnie. Można przysiąść nie tylko na pomoście, ale także na większych głazach, wystawić twarz do słońca, lub w stronę gór. W spokoju się pogapić i zdecydować, że ten śnieg to jednak dobrze wygląda z dołu i wcale niekoniecznie musimy się pchać na zaśnieżone szlaki w wyższe partie. (Oczywiście nie przekonałam samej siebie i już kilka dni później byliśmy wśród drzew mocno zaśnieżonych, ale o tym będzie inny wpis i inne zdjęcia)

    W Rice Lake można też wędkę pomoczyć w wodzie – specjalność to pstrąg tęczowy. Będzie potrzebne pozwolenie na łowienie oraz warto wcześniej przeczytać o limitach połowu w jeziorze.

    Kilka szczegółów trasy.

    Całość to około 3 km, spokojnym, niespiesznym krokiem dwie godziny wystarczą. Oczywiście dzięki dzieciom takie spacery przeciągają się niebezpiecznie, bo ilość przerw na popas nigdy nie jest wystarczająca, a patykami można się tak fajnie bawić w miecze świetlne ze Star Wars.

    Dojechać się da komunikacją miejską – łatwo można połączyć ten szlak np. z przejściem przez most wiszący w Lynn Valley. Przy łaczeniu szlaków jest też spory parking i toalety, a także miejsca piknikowe z widokiem na góry. Na piękne góry.

    A w te szczególne gwiazdkowe dni ktoś pomysłowo zawiesił mini bombki na drzewie, w miejscu gdzie się szlak rozpoczyna. Niech miło się wędruje Mikołajom i nie tylko.

    I jeszcze zdjęcia z Rice Lake. Trochę jesieni, trochę zimy i czekolada, co się zawsze nada 🙂

    Rice Lake Vancouver Kanada

    Rice Lake Vancouver Kanada

    Rice Lake Vancouver Kanada Rice Lake Vancouver Kanada


    Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

  • Łyżwy w Vancouver – dokąd pójść z dziećmi? Albo i bez dzieci.

    Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności.

    Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać.

    Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

    Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

    O wyjściu na łyżwy

    Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

    Ja mam takie wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło.

    Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby.

    Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie.

    A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków?

    Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

    Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili.

    Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

    To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

    Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

    Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach.

    Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy.

    Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo.

    Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe).

    Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h.

    Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

    Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe.

    Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system.

    Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

    No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie !

    Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie.

    Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony.

    Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

    I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

    1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
    2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
    3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
    4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

    zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

    łyżwy Vancouver
    łyżwy Vancouver

    To co, wpadniesz pojeździć?

  • Wreck Beach i nadzy studenci

    Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka. Nudyści mają tutaj raj czyli jak po raz pierwszy zwiedzaliśmy najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

    Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

    Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

    Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

    Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

    A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

    Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

    A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
  • Joffre Lakes Provincional Park – trzy jeziorka, a każde ładniejsze

    Wygląda na to, że Joffre Lakes Provincional Park to must – see każdego wielbiciela gór, który akurat jest w B.C.  Bo tłumnie tam na szlakach.

    Ludzie zjeżdżają z daleka – wystarczy spojrzeć na rejestracje samochodowe na parkingu!

    W Joffre Lakes Provincional Park najważniejsze są (tu uwaga, będzie zaskoczenie), jeziora!

    A ich w tle lodowiec.

    Jest jakaś magia w tych jeziorkach, że chce  do nich maszerować.

    Jeziorka Joffre to nasze pierwsze rodzinne wyjście w góry z kategorii “wysokich”. Bo przecież lodowiec całkiem nisko nie bywa.

    Z chłopakami i akurat wizytującą rodziną doszliśmy do drugiego jeziorka.

    Jest tam dobry punkt widokowy, więc można przekonać dzieci, że za chwilkę to będzie pięknie.

    Pięknie jest zresztą od początku, a na dzieci jakoś ten argument średnio działa.

    Ale to nic – do drugiego jeziorka idzie się jakieś 2 godziny z dzieckiem w nosidle.

    Te jeziorka są prześliczne, turkusowe, błyszczące.

    Tłumy dzikie walą, coby je zobaczyć, więc mała rada: najlepiej wyjść popołudniu, około 16, kiedy większość idzie w drugą stronę (a co, tacy sprytni jesteśmy).

    I o ile się nie rozbijamy na noc, nie ma co iść aż do najwyżej położonego jeziora.

    To środkowe jest najbardziej urokliwe, choć spory w rodzinie trwają.

    Do środkowego się idzie miłą,wygodną ścieżką, szeroką na tyle, żeby się swobodnie wyminąć z innym turystą.

    A do najwyższego jeziorka to już jest trochę ciężej się dostać – drabiniaste schody po drodze, głazy zdradliwe i trudniej się wyminąć. Z turystą.

    Jeszcze liczby o Joffre Lakes, jakby kogoś interesowały.

    Całość pętelki niespiesznym tempem zajęła nam 6 h:

    parking – jeziorko #1 – jeziorko #2 – jeziorko #3 – znowu jeziorko #2 – znowu jeziorko #1 – i parking. (uff)  

    Podejście około 400 m, można spalić do 4000 kalorii. Lepiej niż trening z Chodakowską 😉

    Po mężu Jeziorska, sympatią pałam do owych jeziorek już od pierwszego spotkania.

    Joffre Lakes August 2015
    Joffre Lakes August 2015
    Joffre Lakes August 2015

    Kilka zdjęć. Może sobie tapetę z nich ustawię, takie mocno letnie kolory od rana dodają mocy.

    Powiem Ci, bo to żaden sekret, że takich jeziorek i lodowców Kanada ma wiele, oj wiele.

    I dobrze!

  • Poza Vancouver. Rambo tu był! I pociąg! Oglądamy Tunele Othello.

    Na wyjazd do Parku Prowincjalnego Coquihalla wybieraliśmy się jesieni 2015 jak sójki za morze. Zawsze coś (pogoda) albo ktoś (dentysta) uniemożliwiali nam wypad.

    Chcieliśmy bardzo, bo blog vancouvertrails reklamował spacer po tunelach Othello jako fun family hike, czyli nie za trudno, a ciekawie.

    Na dodatek z początkiem listopada zamykają szlak na zimę, więc trzeba się było sprężyć z wycieczką.

    Udało się któreś jesiennej niedzieli wypożyczyć auto od godzin przerażająco porannych i wyruszyć, żeby zobaczyć Tunele Othello

    Z rana zapakowaliśmy ziewające dzieci i wałówkę, skoordynowaliśmy  się z ekipą L. (czyli spotykamy się na parkingu pod Starbucksem, tak?) i już można jechać Trans-Canada Highway w stronę Hope.

    Jak wyglądała droga do Hope, czyli piękną jedynką na wschód, do Nadziei

    Nadzieję (prawda jaka wdzięczna nazwa dla miejscowości? Bardzo obiecująca :D) dzieli od Vancouver niecałe 2 godziny jazdy.

    Dzieci wytrzymają całą podróż, pod warunkiem bezustannego dostarczania rozrywek w postaci:

    • audiobooków,
    • kolorowanek,
    • płyty Nie wiem kto,
    • oraz sprawdzianu z matematyki.

    No i jedzenia oczywiście. Mieliśmy kanapki z łososiem, pieczone ziemniaki i kurczaka, ciastka z batatów i owsiane, i hit nad hity czyli hot dogi. Nie trzeba pisać, że z tego wszystkiego jedyne kupne to były buły i parówki, zatem jedynie to dzieci chciały jeść [westchnięcie moje].

    Jechaliśmy do Hope bez zatrzymywania się (uważaj na znaki, kiedy będzie możliwe następne tankowanie), ale ty przecież możesz sobie robić przystanki. Np. w Abbotsford, albo w Fort Langley Historic Site.

    Już na miejscu: Tunele Othello czyli nie za długi spacer po parku

    Wjazd do parku jest trochę za Hope, w lesie. Kieruj się na park prowincjonalny Coquihalla Canyon.

    Trasa spaceru około 3 km zaczyna się od parkingu i wiedzie przez kilka tuneli w skałach.

    Skąd ta dziwna nazwa: Tunele Othello?

    Nazwę tunelom nadał podobno jakiś wielbiciel Szekspira i przyznam, że brzmi to wyjątkowo zabawnie biorąc pod uwagę, że kręcili tutaj filmy wcale nie kostiumowe.

    W tunelach ukrywał się i ze skały zwisał Rambo. Pierwsza krew.

    Podobno scena stąd jest także w trailerze. W zestawniu z angielskim dramatopisarzem brzmi komicznie.

    Na początku XX wieku tunele te miały służyć kolei kanadyjskiej, ale koniec końców skończyło się na atrakcji turystycznej oraz trasie rowerowej. Już dawno nie przejechał tamtędy żaden pociąg.

    Fakt, że ten park prowincjalny był scenerią filmową w ogóle mnie nie dziwi. Widoki na wysokie skały, z hukiem przewalająca się woda, w której w górę rzeki płynęły łososi!

    Szczegóły spaceru po Othello Tunnels

    Tunele nie za ciemne, nie za długie, w sam raz, żeby się ukryć i zza załomu kogoś przestraszyć.

    Pyszne wysokie drzewa, jesień prężąca liście do lotu [westchnięcie moje drugie, tym razem z podziwu].

    Można zrobić sobie spacer tylko do tuneli (około 4 km tam i z powrotem po płaskim zupełnie), a można ambitnie pętelką przez góry wrócić na parking (po wyjściu z piątego tunelu jest brama i ścieżka kieruje w górę).

    Podejście średnio wymagające, szlak oznakowany w stylu kanadyjskim, czyli mały pomarańczowy kwadrat na drzewie oraz odległości podawane w kilometrach.

    Dzieci trzeba motywować, bo widokami to raczej się nie podniecają tak jak ja. Ale przejść całość warto.

    Przydają się latarki i walki talki – wtedy nawet najmniejsze dzieci mają coś robić.

    A na końcu wyjechaliśmy z parku i postanowiliśmy zrobić sobie piknik w innym miejscu, nad jeziorem Kawkawa z widokiem na góry oraz placem zabaw.

    Świetny pomysł na jednodniowy wyjazd z Vancouver. No bo ile można wchodzić na Grouse Mountain, ja się pytam?

    Nie polecamy wyjazdu we wrześniu/październiku – od jakiegoś czasu są remonty na drodze nr 5 i drogowcy ostrzegają przed opóźnieniami

    To kto był w tunelach Othello i widział łososie? Nam żaden nie mignął buuuu….

  • W Polskę jedziemy ! Pierwszy urlop w Polsce po roku w Kanadzie – co pokazaliśmy dzieciom

    Już dawno postanowiliśmy, że część naszego wrześniowego pobytu w Polsce, w roku 2015, przypadnie na tzw. urlop właściwy, czyli będziemy zwiedzać i wypoczywać, i byczyć się, i poznawać coś nowego.

    Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że przyjdzie nam mieszkać w Vancouver wiele lat i że z roku na rok coraz mniej będzie nam się chciało zwiedzać Polskę, a coraz więcej czasu spędzać z “naszymi” Polakami.

    Po pierwszym roku mieszkania w Kanadzie mieliśmy wielki niedosyt starówek, starych miast, zabytków starszych niż te z czasów, kiedy Ursynów budowano.

    Urlop w Polsce – robimy wycieczkę samochodem po polskich miastach

    Dlatego na pierwszy urlop w Polsce po roku w Kanadzie wybraliśmy wycieczkę objazdową w pożyczonym od rodziny samochodzie.

    Pomysł nie za szczęśliwy, bo nasze dzieci nie lubią podróżowania autem, no i polskie drogi, jakie są każdy widzi.

    Nasz pomysł na wycieczkę powstał przy założeniu, żeby wszyscy przetrwali, żeby się dało i trzylatka, i ośmiolatka zaciekawić.

    Szczegóły:

    • jedziemy do Wrocławia szukać krasnoludków,
    • potem do Krakowa smoka przywitać,
    • a na końcu w Toruniu pierniki upiec.
    • (bonus) – Biskupin

    Podczas wyjazdu miały być starówki i rynki jak się patrzy, tłumy turystów i odpustowe stragany.

    Jak to ogrom natury kanadyjskiej człowiekowi się na mózg rzuca, że chce mu się pod Sukiennice pchać, za wycieczkami szkolnymi w Wieliczce się ustawiać, czule głaskać chaty w Biskupinie…

    Taka nasza Polska była, mocno przesycona polskością właściwą, którą dla nas, nieco może naiwnie, właśnie miejskie starówki reprezentowały.

    Jak zorganizowałam wyjazd po polskich miastach?

    Jestem osobą dość zorganizowaną, ale kiedy przychodzi do urlopu, to planuje go minimalnie. Unikam przygotowania co do minuty. Zwiedzam bez szczegółowego zaznaczania w przewodniku: to jest must-seen, a to zobaczę tylko, kiedy mam czas.

    Nie chce mi się na wakacjach specjalnie wysilać. Mój pomysł na tamte wakacje to: polskie miasta, z ciekawymi starówkami, a na miejscu będziemy się zastanawiać, co robić i jak.

    Transport

    Dobrze, ze samochód był wygodny. Bo pożyczony.

    Oczywiście nie obyło się bez wtopy. Nie zorientowaliśmy się, że pomiędzy Łodzią a Toruniem jest wygodna autostrada. Efekt: jechaliśmy starą, krajową drogą. A potem spóźnienie i wkurzenie, że tyle lat mija, a drogi w Polsce wciąż badziewne.

    Noclegi i jedzenie

    Rezerwacje zrobiłam albo na booking.com albo na airbnb.

    Kryterium wyboru miejsca do spania miałam jedno – żeby było blisko tego, co chcemy zobaczyć.

    Ceny noclegów w 2015, koniec września, to około 350 zł za dwa dni w jednym mieście.

    Jedliśmy, co chcieliśmy (ja codziennie serniczek i drożdżówkę z makiem, a co!), oglądaliśmy bez spiny, co było po drodze.

    I to był strzał w dziesiątkę. Maciek, trzylatek, bez mrugnięcia okiem powie teraz, gdzie Smok Wawelski mieszka!

    Polecam najciekawsze miejsca z naszego urlopu w Polsce

    Wrocław – miasto krasnoludków i złego tygrysa

    Pierwsze zadanie we Wrocławiu – po przyjeździe nabywamy mapę krasnoludków ( kosztowała 7 pln, dostępna m.in w Informacji Turystycznej) i idziemy ich szukać po rynku.

    Dzieciaki są trwale zajęte, ganiają od krasnoludka do krasnoludka, więc jest szansa, że się zmęczą i pójdą spać. A to zawsze jest miłe, bo dorośli mogą wtedy posiedzieć na tarasie wieczorem.

    To jedna z moich zasad wyjazdów z dziećmi – zmęczyć synów tak, żeby szybko zasnęli. Jest tylko jeden problem – zwykle to one zmęczą nas, dorosłych. No ale próbować trzeba!

    We Wrocławiu zapomnieliśmy zjeść knyszę. Trzeba będzie wrócić w kolejnych latach (i zrobić zdjęcie na Instagrama ofkors). Kolega z pracy ostatnio odwiedził Wrocław i zajadał się pierogami.

    W 2015 roku nie wiedziałam jeszcze, że Ania z bloga simplyanna ma tyle świetnych artykułów o Wrocławiu! Koniecznie zajrzyj do niej, jeśli planujesz wycieczkę na Dolny Śląsk.

    Drugiego dnia we Wrocławiu poszliśmy odwiedzić zoo. Wychowałam się na programach: “Z kamerą wśród zwierząt”, więc tym bardziej cieszyłam się na ten spacer.

    ZOO we Wrocławiu jest świetne, wielkie, nowoczesne.

    Ale jest też wersja zoo = the zło! Gazety podawały, że dwa dni po naszym pobycie tygrys wymknął się z klatki. Ze skutkiem śmiertelnym dla opiekuna.

    Wrocławskie Afrykanarium przebija nawet Aquarium z Vancouver (tutaj nie mają hipcia takiego ogromnego). Zwierząt jest dużo i są blisko odwiedzających (tygrysy i lwy to nawet za blisko, jak się okazuje).

    Wejście taniej w poniedziałki, my byliśmy około 6 h i wciąż było mało. Przyzwoite jedzenie w restauracji.

    Przed dalszą trasą poszliśmy obejrzeć Panoramę Racławicką. Pokaz półgodzinny podobał się i dzieciom, i dorosłym. Przywołuję wspomnienia tej wizyty za każdym razem, kiedy Krzysiek jęczy, że musi się uczyć historii. Pomaga!

    Kraków – najbardziej znane miasto w Polsce Kanadzie

    Tak, tak, Kanadyjczycy mogą nie wiedzieć, że Warszawa jest stolicą Polski, ale Cracow znają świetnie! Miasto Smoka Wawelskiego należy do must-see miejsc podczas wędrówek Kanadyjczyków po Europie.

    Kanadyjczykom się podoba, no i nam się podoba również!

    Zaczęliśmy od spaceru po wiślanych bulwarach. Spaliśmy zaś i odwiedziliśmy piekarnie na Podgórzu (dopiero później nam powiedziano, że to dzielnica o specyficznej sławie, hmmm, kuzynka warszawskiej Pragi?).

    Chcieliśmy zobaczyć Wieliczkę. W Wieliczce byłam tylko raz, wieki temu. I pamiętam, że mi się podobało. Zresztą co ma się nie podobać? – przecież to świetna sprawa, taka kopalnia pod ziemią.

    Może zaskoczyć cię opłata 10 zł, jeśli chce się zdjęcia w kopalni robić (nie warto moim zdaniem.

    Pilnuj dzieci (albo i nie, hehe) – Maciek zawzięcie próbował, czy to rzeczywiście solne ściany. A jak próbował? Organoleptycznie oczywiście – czyli ścianę lizał.

    Po południu poszliśmy na krakowska starówka i Kazimierz, ale sławetne zapiekanki jakoś nas nie zachwyciły. Może dlatego, że pani-zapiekanka stanowczo odmówiła wydania Krzyśkowi butelki z keczupem do samodzielnego dozowania. Nie bo nie, należy się jedna porcja keczupu, i już!

    Zobaczyliśmy też Smoczą Jamę – mała bo mała, ale przyjemna.

    Jedziemy w stronę Torunia

    A po drodze, na spanie trafił nam się Piotrków Trybunalski. No to teraz pytanie – kto wie, co to za miasto?

    My nie wiedzieliśmy, a tymczasem miasto ma ładną starówkę, na której kręcono Vabank i W ciemnościach.

    Piotrków to miasto zdecydowanie do odkrycia. Maciek swoje już odkrył – zachwyciły go koty na piotrkowskim rynku.

    Welcome to Toruń

    Przyjemne mieszkanie na poddaszu zarezerwowałam przez airbnb. Mieszkaliśmy pomiędzy dwoma rynkami – urocze położenie! W rankingu Kuby toruńska starówka wygrywa !

    Jest też bardzo sensowny plac zabaw w odległości spaceru, w obrębie Starego Miasta. No proszę mi wskazać, gdzie jeszcze na polskich starówkach place zabaw są, hę? Pamiętam tylko jeden, w Warszawie, na Bugaju, ale poza tym mizernie.

    Toruń jest zacnie przygotowany na maluchy!

    Z jedzenia: Naleśniki w Manekinie takie se, ale żurek w chlebie pyszny!

    Hitem nad hity w Toruniu było Żywe Muzeum Piernika.

    Żeby wszystkie muzea tak wyglądały, żeby się tak muzealnikom chciało, jak tym młodym ludziom, historią czarować i ciekawić, toby się muzea od turystów nie opędziły.

    W muzeum jest genialny pokaz godzinny (rezerwujcie go sporo wcześniej !) Oczywiście jest i pieczenie własnych pierników. A pracownicy opowiadają o piernikach i Toruniu ze swadą i taką piękną polszczyzną, już tylko z książek znaną.

    Cudowne przeżycie, i reklamuję to muzeum, gdzie się da!

    Z Torunia do Biskupina

    Odwiedzin osady w Biskupinie nie planowaliśmy – w końcu miały być starówki.

    Ale szkoda bylo nie zajechać, skoro to po drodze. I świetnie nam się trafiło!

    Akurat trwał w Biskupinie Festiwal Smaków Dawnych.

    To oznacza, że było mnóstwo kociołków z bulgocącą zawartością. I stosy pajd ze smalcem, z ogórkiem kiszonym (za tym ogórkiem to ja bardzo tęsknię w Vancouver! Tak bardzo, że byłam skłonna całkiem sporo za niego zapłacić).

    Maciek wzgardził smalczykiem, za to pomny doświadczeń z Wieliczki, wziął się za lizanie ścian chat łużyckich. Ściany nie były słone. Za czyste też nie.

    Dla dzieci przygotowano ciekawe atrakcje – glinobabranie. Chłopaki brudni po pachy, ale zachwyceni. Kubeczkami zostali obdarowani wdzięczni (prawda?) dziadkowie.

    Urlop w Polsce po roku w Kanadzie – szeroko polecam!

    I już. To wszystko. Dużo? Mało? Moim zdaniem w sam raz.

    Plan był mocno dziecioprzyjazny. I nam, rodzicom też się podobało.

    A jeśli nie możesz pojechać do Polski na lato, to może swoje dzieci wysyłasz? Mt tak zrobiliśmy w 2019 roku i to było najlepsze lato ever! W poście przeczytasz, jakie są zalety wysyłania dzieci na urlop do Polski!

    A ty mieszkając w Kanadzie latasz do Polski na wakacje? Zwiedzasz ojczyznę czy raczej odwiedzasz rodzinę?

  • Garibaldi Provincional Park: Wedgemount Lake and Panorama Ridge

    Napiszę tak: gdybym miała robić jakieś zestawienie najlepszych szlaków górskich, chociaż z góry dopuszczam zmienność takiego zestawienia i w ogóle ogarniam brak sensu robienia takiego, bo każdy szlak górski jest najlepszy w momencie, kiedy już na górę wejdziemy, niemniej jednak szlaki w Garibaldi Provincional Park, ooooo, moi drodzy, te szlaki są the best of the best.

    Jak na razie w kategorii Dzika Kanada i #wgórachjestwszystkocokocham bezapelacyjnie wygrywa.

    Szlak na Panorama Ridge w Garibaldi Provincional Park

    Wejście na Panorama Ridge (oraz współidący z nim szlak na Black Tusk) znajdują się w wielce popularnym parku regionalnym Garibaldi, na północ od Vancouver, drogą Sea to Sky.

    Szlak na Panorama Ridge ma wszystko czego oczekuję od gór: 

    • podejścia długiego, acz nieuciążliwego,
    • najlepiej na początku i na końcu w lesie lub wśród drzew, coby za bardzo ze słońcem się nie zbratać.
    • potem wyjścia na grzbiet, gdzie widoki są takie, że chce się piać z radości i nie wierzyć oczom.
    • i jeszcze stopień trudności taki, że tylko niektórzy dają radę, żadnych tam niedzielnych turystów-gór zdobywców w japonkach i z reklamówkami (tak, tak, takie widoki panie tego, nie tylko pod Giewontem, również w B.C. uświadczysz).

    A to jezioro na końcu o barwie niedookreślenia, no nie znam takiego koloru po prostu, więc to jezioro to element magiczny.

    Jeziorko to kropka nad i ….. i szlaku dopełnienie.

    Kilka wskazówek praktycznych o szlaku na Panorama Ridge

    Najwięcej ludzi wybiera się jednak nie w wyższe partie gór, czyli na Panorama Ridge czy Black Tusk, ale nad jezioro Garibaldi, to które na naszych zdjęciach tak zachwyca.

    Wtedy Grzbiet Panorama ogląda się z dołu.

    Jak piszę: najwięcej ludzi, to mam na myśli tłumy, serio serio tłumy, którym nie straszne przejście 18 km z różnicą przewyższeń 800 m.

    Przy jeziorze można się rozbić namiotem (za 15 dolarów od osoby bodajże) i jak już wszyscy sobie pójdą, w ciszy patrzeć na lodowce.

    Ach.

    W parku można również rozbić namiot na drugim kempingu wysokogórskim, Taylor Meadows, równie pięknym, choć nie nad jeziorem.

    Na szczycie stoi Inuksuk, przez kogoś dla kogoś zostawiony.

    To postać z kamienia, wywodząca się z kultury Inuitów, która oznacza: ktoś tu był oraz jesteś na właściwym szlaku?

    Nic bardziej trafnego dla górskiego turysty!

    Na zdjęciu naszym się niestety jakiś taki mały zrobił.

    Ale kto szuka, ten znajdzie. A jak trzeba będzie, wdrapiemy się na Panorama Ridge ponownie, żeby mu lepsze ujęcie cyknąć.

    Miejsca na kempingach zapełniają się w okolicach 9 rano, co oznacza, że ludzie wychodzą na szlak najpóźniej o 6 rano, o brzasku, bladym świtem!

    A nie jest rzadkością namawianie się na wyjazd z Vancouver o 3 w nocy, żeby namiocik w parku Garibaldi mieć szansę postawić.

    No to chyba rozumiecie skalę popularności tegoż.

    Oczywiście my pechowcy, za późno przybyliśmy na parking (10 rano była) i już od wjazdu pomocna strażniczka wybiła nam z głowy pomysł spania na górze.

    Na szczęście Kuba wypatrzył tuż przy drodze kemping prowadzony na ziemi Indian i przez Indian, więc koniec końców było się gdzie rozbić.

    Plan nasz pierwotny zakładał, ze idziemy w góry, rozbijamy się na Taylor Meadows, idziemy na Black Tusk, wracamy na kemping i śpimy, następnego dnia idziemy na Panorama Ridge i schodzimy.

    Ale ponieważ spaliśmy na dole, a nie na górze, sił, czasu i światła dziennego mieliśmy tylko na jeden z tych szlaków.

    Wyszliśmy o 8 rano, na Panorama Ridge byliśmy około 14.

    Wodę trzeba mieć ze sobą i dużo jedzenia, bo pod drodze miejscami jest sucho i pyliście.

    Gdybym nie wiedziała, gdzie kręcili Władcę Pierścieni, z łatwością mogliby mi wmówić, że to tam. O ile komuś by się chciało sprzęt taszczyć na wysokość ponad 2500 m npm.

    Zatem panie i panowie, na szlak namawiamy serdecznie, acz przestrzegamy uczciwie, że trudny.

    Garibaldi Lake to nie jedyne take magiczne jeziorko w Parku Prowincjonalnym Garibaldi.

    Szlakiem nieco dalej na północ dojdzie się do to fajnego jeziorka!

    To fantastyczne miejsce: Wedgemount Lake

    Historia naszego wyjścia w kilku punktach:

    • Mimo że bez chłopaków, a więc bagaż ograniczony do minimum oraz tempo szybsze, niż wolniejsze, no więc mimo tego, że teoretycznie powinno być łatwiej, nie było.
    • Było trudno, bo to szlak dla zaawansowanych, cały czas pod górę, z ponad 1000 metrowym przewyższeniem,
    • …. ale za to jakie widoki, jaka radocha, jaka satysfakcja na szczycie. Na górze można także przenocować w blaszanej chacie za $15 albo w swoim namiocie za 10$.
    • i oczywiście zrobić zdjęcia na Instagrama
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    Jeziorko jest, jak widać, po 3 h wchodzenia cały czas pod górę, pionową bardzo, jeziorko to miły akcent końcowy.

    Niektórzy nawet się kąpali. Ale nie ja.

    Ja głośno narzekałam w języku moim ojczystym, jakie to buty mam niesprawne i że za mało jedzenia wzięłam.

    Na moje utyskiwania z drugiego kamienia pada dźwięczne: o rety, Polaków się tutaj nie spodziewałam.

    I w taki oto sposób poznaliśmy Justynę, Gorzowiankę, wraz z mężem Irlandczykiem, mieszkających w Vancity [pozdrawiamy!.

    To żywy dowód, nic nie zmyślam, serio serio, że jak ci kolegów w Kanadzie brakuje, to trzeba się wybrać w góry.

    Nie chcesz samotnie chodzić po górach? Spróbuj tego:

    • Na Facebooku jest lokalna grupa, która się organizuje co i rusz na wspólne hajki.
    • Albo zapytaj wśród Polek na którymś z Polskich Babskich Spotkań.

    Wycieczka pyszna, ale następnego dnia chodziliśmy z lekka jak marynarze. Na szeroko rozstawionych nogach. I wolno. Czyli jak zmęczeni marynarze po wieczorze w tawernie.

    Czyli jak to w B.C. – morze i góry w jednym. Pięknie wprost!

    Kto był w Parku Garibaldi i poleca inne szlaki?