Kategoria: na plaży

Posty pokazujące plaże wokół Vancouver, ale zdarza się i inne. Małe, duże, plaże odwiedzane latem i zimą, w ubraniu, albo albo bez :D. Na razie bez parawaningu.

  • Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

    Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.

    • po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
    • po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
    • po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.

    Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.

    I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.


    Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.

    Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.

    Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.

    Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak.  A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.

    Prom płynie około 40 minut.

    W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.

    Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.

    Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?

    My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores (herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.

    Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.

    Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.

    Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie,  które możesz robić będąc na kempingu:

    1. pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż  woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
    2. jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
    3. spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!

    Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech.

    Dał o sobie znać w sobotę z rana.

    Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, ale sporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.

    Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.

    Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.

    Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.

    Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.

    Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.

    I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.

    A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.

    Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].

    Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!

    Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!

    Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.

    Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉

    Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.

    Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.

    Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli.  Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.

    Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).

    Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!

    Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove

    Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani z Zatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.

    Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.

    Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.

    Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.

    Reasumując: ładnie było, ale pewnie minie sporo czasu, zanim się znowu wybierzemy. O ile w ogóle.


  • Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

    Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

    W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

    W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

    Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

    Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

    Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

    I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

    Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

    Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

    Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada
    Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

    My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

  • Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver? Jaką zimę ja się pytam?!

    Wiosna już zagościła na dobre, Wielkanoc trwa, ale ja wciąż o zimie

    Więc choć zimy to już prawie nie ma, mam nadzieję, że dalej przeczytacie.

    Z lekka ironicznie do tytułu podchodzę, bo co jak co, ale kanadyjska zima to nie jest to samo co zima w Vancouver

    Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to są dwie tak różne rzeczy, że ciężko nie zareagować dyskretnym chichotem, kiedy ktoś z przerażeniem w oczach komentuje: Mieszkasz w Vancouver? O raju to NA PEWNO marzniesz, bo zima w Kanadzie jest długa, cicha i śniegiem bijąca.

    Zima w Vancouver jest na pewno mokra. Od deszczu. Który ten oto deszcz w ilościach hurtowych nawiedza miasto położone pomiędzy Pacyfikiem a górami. Przy takim ukształtowaniu terenu tak łatwo o deszcze i d(r)eszcze, że miastu nadano oficjalną ksywkę: Raincouver.

    Ale nie myślcie sobie, że jak deszcz pada,  to już z góry wiadomo, że mamy przechlapane i coby się nie robiło, zima będzie do bani i ciężko ją będzie przetrwać. O nie ! Jest bowiem jeden, niezawodny sposób, który pozwala mi nawet w deszczu dniem się zachwycić.

    Przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver pomagają zakupy

    Tak, napisałam to. Zakupy zawsze poprawiają humor. Ale, ale nie takie sobie zwykłe zakupy, nieprzemyślane, czy pochopne, czy okazyjne, czy też ordynarna wyprawa do warzywniaka.

    Na zimowe zakupy w mokrym Vancouver najlepszy jest jedyny taki, wielki i historyczny wręcz sklep.

    MEC czyli Mountain Equipment Co-op.

    To duży sklep sportowy, a właściwie rodzaj kooperatywy sportowej, który wymyśliło kilku zapaleńców z miłości do górskich wędrówek. Zdobywając w latach 80-tych amerykańską górę Mount Baker, zdecydowali, że chcą sprowadzić do Kanady dobre jakościowo i dostępne dla wielu oprzyrządowanie górskie i sprzęty sportowe. Rozpoczęli współpracę z dostawcami, ustalili marżę od sprzedaży na tyle tylko, żeby przetrwać i ruszyli z tym koksem. I mimo że przez lata nie zawsze było z biznesem różowo, to MEC do dzisiaj działa na podobnych zasadach, a żeby w nim kupować, trzeba mieć kartę członkowską. Karta traktowana jest jako nasz wkład w rozwój kooperatywy (koszt: 5 CAD, wydawana od ręki przy kasach).

    To sklep ze sporym wyborem towarów. Kanadyjczycy od najmłodszego do najstarszego uwielbiają przebywać na dworze, sport uprawiać, we wszystkich możliwych odmianach i rozmiarach – kto raz próbował przejechać się latem ścieżką rowerową Seawall, ten wie, o czym piszę. Albo stał w kolejce do wyciągu na Grouse  – 1,5 h raz tak staliśmy, miodzio.

    Więc w MECu zawsze jest tłum. Poza tym obsługa jest bardzo miła i często organizuje otwarte i darmowe warsztaty z cyklu “napraw swój rower”, albo “weź mapę, kompas i nie daj się zjeść niedźwiedziowi”. Byłam na takim szkoleniu z czytania mapy i obsługi kompasu, i mogę polecić z czystym sumieniem. Więc podczas tej deszczowej kanadyjskiej zimy można nabyć cennych umiejętności, które będą jak znalazł, kiedy padać przestanie!

    i zawsze się człowiek czegoś nowego nauczy. To w MECu poznałam Długie Jasie czyli Long Johns.

    Kręciłam się z Maćkiem po sklepie, wśród działu z odzieżą dla kilkulatków przeglądałam miłe dla oka i dobre jakościowo przeciwdeszczowe wdzianka, kiedy zagadała mnie kanadyjska mama z dwulatką. Od słowa do słowa podzieliłyśmy się naszymi patentami na to, jakie ubrania dla dzieci są przeciwdeszczowe i przeciwplamowe [chichocik w tym miejscu]. Z jej strony padło pytanie o nasze ulubione Long Johns. Myślę sobie, ki diabeł, piosenkarz country czy kolejny kanadyjski polityk, o którym nie mam pojęcia ?

    Ale nie ! Long Johns’y to kalesony 🙂
    Kanada się nada_MEC najlepszy sklep sportowy

    Znamy, znamy i nawet kilku trzymamy w szafie. Na dowód tego, jak twarzowe potrafią być kalesony, robię miniwklejkę ubraniową. Plus wielka puszka czekolady gorzkiej z MECa [nie mogłam się powstrzymać].

    Wybaczcie jakość, bezczelnie ściągnęłam zdjęcie kalesonów ze strony sklepu.

    Wygląda na to, że MEC.ca to nie tylko mekka dla sportowo zakręconych, ale i dobre miejsce na błyskawiczny kurs języka angielskiego. Jak już obejrzycie w Vancouver, co jest do obejrzenia, to warto wpaść, poczuć klimat.

    Ja to lubię 🙂

  • Wreck Beach i nadzy studenci

    Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka. Nudyści mają tutaj raj czyli jak po raz pierwszy zwiedzaliśmy najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

    Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

    Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

    Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

    Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

    A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

    Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

    A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
  • Kayaking

    Niejako w opozycji do łażenia po górach 😉

    Namówieni przez znajomych wypożyczyliśmy kajaki na plaży English Bay. Malutka wypożyczalnia, 60 $ za dwie godziny za kajak rozmiar dwójka, nie prosili nas o zaświadczenie o umiejętności pływania, choć chyba przy takich falach nie zaszkodziłoby się upewnić. Podpisaliśmy jednak dokumencik, że na własną odpowiedzialność wsiadamy w kajaki. I nawet twarzowe kapoki dostaliśmy. Z kieszonkami i z gwizdkiem. Krótkie szkolenie na sucho i proszę państwa voila, możecie zabierać bardzo ciężkie kajaki z plaży i wodować do Pacyfiku.

    No i oczywiście byłam cała mokra zanim kajak w ogóle zakołysał się na falach.

    A potem nie było wcale łatwiej – te fale to ogromne, ogromne były, dla nieprzyzwyczajonych niezłe wyzwanie. Ale widzieliśmy i takich, co z gracją pomykali po falach. My po dwóch godzinach byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni, że spróbowaliśmy, a co 🙂

    kayaking August 2015 Vancouver
    kayaking August 2015 Vancouver
  • Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

    Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

    Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

    W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

    Jak dojechać do Aquarium?

    Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

    Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

    Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

    Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

    Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

    Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

    Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

    Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

    W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

    Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

    Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

    Hity Aquarium w Vancouver

    Aquarium po godzinach 

    Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

    Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

    W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

    Clownfish Cove

    To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

    Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

    Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

    Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

    Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

    A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.