Paczka, prezent, niespodzianka czyli jak obdarować Kanadą?

Post typowo grudniowy czyli co przywieźć z Kanady. Prezent, paczka, niespodzianka. Kilka linków z pomysłami, jak obdarować Kanadą. Sprawdź!

A myślałam sobie, że list prezentowych na blogu robić nie będę.
Bo jest ich w internecie całkiem sporo, także tych o prezentach kanadyjskich.

 

Dwa trzy linki podrzucam:

Patrycja i co wysłać w paczce o Polski | Druga Patrycja i co warto przywieźć z Kanady| Paulina i pomysły na prezenty poniżej 25CAD

 

Pytanie o kanadyjski suwenir pojawia się jednak tak często, że i ode mnie będzie rekomendacja.

A właściwie spis tego, co my przywozimy do Polski. Plus garść rzeczy do wypróbowania.

Zanim o tym, chcę zaznaczyć, że jednak więcej z Polski wywozimy niż przywozimy.

Zobacz, dlaczego tak się dzieje, w poście o naszych wydatkach.

jak my Kanadą obdarowujemy polskich znajomych i rodzinę

 

🎁 Rękawiczki – mittens, np.podobno te są unisex, Canada Roots, z paluszkami Czerwone z białym liściem klonowym, mogą być jednopalczaste.

🎁 Dżem bekonowy, bo robi dzień każdej obdarowanej osobie samym pomysłem, że można jeść dżem z mięsem. Nie każdemy posmakują kawałki bekonu w pomarańczowej słodkości, i znam takich, co otrzymany od nas w roku 2016 dżem wciąż jeszcze jedzą 😉

🎁 Syrop klonowy jest już wszędzie, no ale syrop klonowy z Kanady, to syrop klonowy z Kanady. Najczęściej przywozimy taki wielki z Coscto, bo służy części rodziny jako podstawa do sosów sałatkowych. Butla moze nie wygląda uroczyście i prezentowo, ale jaka praktyczna!

Najczęściej jednak nie przywozimy samego syropu tylko jedzenie z syropem – np ciastka lub ciągutki nadziewane [cukierki], albo nawet i owsiankę instant z syropem klonowym z Real Canadian Superstore. Czy sos barbeque do grilla.

🎁 Popcorn o smaku karmelu wymieszanego z serowym – zdaniem kilku kanadyjskich znajomych to smak ich dzieciństwa. Coś jak nasza bułka z pomidorem rzucana przez okno, kiedy siedzieliśmy na trzepaku. Lekkie [popcorn ofkors, chociaż bułka też], ale zajmuje miejsce w walizce. Do rozważenia.

Co dziwne, w Shopper’s Drug Mart online znalazłam tylko takie słodko-słone. Ale przysięgam, że widziałam i jadłam te karmelowo-serowe.

🎁 Czipsy o smaku vinegretu lub ketchupu [takie mogą być]. Są gdzie niegdzie dostępne w Polsce, ale wciąż robią wow.

🎁 Paski suszonego mięsa czyli beef jerky. Zwłaszcza w glazurze z syropu klonowego [chociaż te akaurat nie są]. Chociaż raz w życiu przełkniesz, prawda?

🎁 Kalendarz na ścianę, kanadyjski, z kanadyjskimi świętami, obowiązkowo zaczynający się od niedzieli. Inaczej niż w standardzie polskim, a za to jak ciekawie. Gwarancja, że osoba obdarowana ilekroć spojrzy na kalendarz, pomyśli o nas. A na kalendarz się patrzy często. Genialny prezent!

🎁 Pamiątka [albo zdaniem innych kurzołap aka durnostojka] czyli wytwór lokalny, czyli made by Aboriginal People. Np łapacz snów albo chociaż zakładka z motywem indiańskim. Niektórzy lubią.

🎁 Kubki ze Starbucksa z kanadyjskich miast lub ogólnie, kubek kanadyjski.Taki jest z Vancouver.

Ja wiem, że możesz się oburzyć, bo Starbucks jest amerykanski i że Kanada to nie Seattle, i w ogóle. Moim zdaniem, kubki z Timsa [Tom Hortons, kanadyjski odpowiednik Starbucksa]  ładne nie są. Ale możesz przywieźć Timsową kawę, w ramach ciekawostki kulinarnej [orginałkę może?]

czego nigdy nie przywiozłam i muszę nadrobić? Albo i nie 😉

 

🎁 Wino! Ice wine. Trochę się o nim naczytałam i coś mi sposób produkcji przypomina węgierskiego Tokaja. Czyli musi być bardzo słodkie i pewnie drogie. Zawiozę w tym roku na Święta! [a jak będzie za drogie, to chociaż herbatę o smaku wina zawiozę 😉

🎁 I jeszcze na święta planowałam przywieźć Eggnog, czyli słodki napój jajeczno-waniliowy. Wersja z prądem zawiera rum. Smacznie i rozgrzewająco. Tylko nie wiem, czy się w walizce nie zepsuje, więc muszę ogarnąć logistykę transportu. Jakby się jednak miał zważyć i skwaśnieć, to zawsze się mogę pocieszyć kawą o smaku eggnogowym.

🎁 Jestem całkiem beznadziejna w kosmetykach, ale podobno są takie, które warto przywieźć. Np. Lush. (edit: zapomniałam zupełnie o polskich dziewczynach, robiących kosmetyki i działających w Kanadzie, facepalm)

Paulina i sklep From Nature | Patrycja i sklep Polka Girl 

🎁 Ubrania, a zwłaszcza bluzy z napisem Canada, np marki Roots. Kwestia gustu, ja bym nie kupowała, bo nigdy nie wiadomo, czy obdarowany chce tak światu obwieszczać, że… no właśnie, co? Że ma rodzinę w Kanadzie, że był, że jest wielbicielem? Wiem, że niektórym się podobają takie rzeczy, więc wiesz, use your profesional judgement 😉

Jeszcze jedno, nie czekaj z zakupem do ostatniej chwili, bo ceny na lotnisku mogą Cię mocno znokautować. A i tak w większości są bez podatku 😉

 

Za mało świąteczne klimaty? Zobacz archiwalne posty o naszych Gwiazdkach w Vancouver:

Święta 2014 | Święta 2015 | Pytanie retoryczne do świąt 2016

 

 

I jak jeszcze, Waszym zdaniem, obdarować Kanadą? Znasz inny post/video/tekst o kanadyjskich prezentach? Zalinkuj w komentarzu!

 

ps. Część z linków to afiliacje prowadzące do amazon.ca. Żeby Ci zakupy ułatwić . Post wygląda trochę jak ciasto naćkane rodzynkami. Wybacz, uczę się.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Old is gold czyli znowu o nartach. XII Mały Memoriał Bronka Czecha na Mount Seymour

O nartach znowu, bo narty to nasz stały motyw . Tym razem mamy dla Was fajne wydarzenie polonijne XII Mały Memoriał Bronka Czecha.

Wiem, nudni jesteśmy, same posty o nartach, na instagramie same narciarskie zdjęcia. Ale co można poradzić, zima w Vancouver to outdoor w górach, a jak w górach jest śnieg, to narty. Teraz to oczywiste dla nas, ale nie zawsze tak było.

W marcu, na Mount Seymour, mogliśmy całą rodziną pozjeżdżać w ramach wyścigów narciarsko-snowboardowych  XII Małego Memoriały Bronka Czecha. (Nic ci nie mówi to nazwisko? Zobacz w Google)

Trochę nas już znasz. Wiesz, że bywamy na spotkaniach i imprezach polonijnych. Ewentualnie sami takowe organizujemy (Pamiętasz o Polskich Babskich Spotkaniach, prawda?)

Polonia w Vancouver i okolicy nie jest może tak liczna, jak ta z Mississauga czy innego Chicago, ale każdy znajdzie coś dla siebie, a to dyskotekę, a to koncert, a to w końcu zawody narciarskie.

No dobrze, to we wstępnie namieszane-zamieszane, narty i Polonia, ale o co chodzi?


 

XII Mały Memoriał Bronka Czecha to impreza narciarska otwarta dla wszystkich.

Serio, nie musisz być członkiem jakiś tajemnej polonijnej grupy, każdy jest mile widziany, się może zarejestrować, pozjeżdżać, podopingować, albo pomóc jako wolontariusz.

Nie będę się rozpisywać o całym przedsięwzięciu, bo strona w sieci jest. Chcesz poczytać więcej, kliknij.

Może pokażę filmik, dobrze? Wydzieram się na nim strasznie, komentatorem sportowym nie zostanę, plus Kuba powiedział, że ogólnie za długi i wybiórczy, ale jeśli cię to nie przeraża, obejrzyj.

Link do filmiku z zawodów Małego Memoriały Bronka Czecha

Trochę przewrotnie użyłam wyrażenia old is gold. I nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale mi tak ładnie pasuje tutaj. Bo to 12 edycja zawodów, a i zawodnicy są od namłodszych do tych bardziej zaawansowanych wiekowo.  To również możliwość spotkania Polaków “starszych” imigracyjnym stażem, kto wie, jakiej historii uda się posłuchać, od kogoś bardziej doświadczonego czegoś dowiedzieć. Docenić.

Medale, towarzystwo, snaki-przysmaki

Zdaniem Pana Kuleczki, który Katastrofę i Pypcia uczył zjeżdżać na nartach, z dobrych rzeczy najlepsze jest dobre towarzystwo. W dobrym towarzystwie wszystko smakuje lepiej. Nie żeby polska kiełbaska czy polskie pączki kiedyś smakowały źle 😉 Dziękujemy sponsorom za przygotowanie takich smakołyków dla uczestników, ach, ach, dobre było, jeszcze się w myślach oblizuję.

Dla naszych chłopaków takie zawody to dobra okazja do poćwiczenia  w miłej atmosferze zdrowej rywalizacji (Dreszczyk jest, będzie medal, będzie? No jest! W końcu ;D!). I Krzysiek i Maciek medale zdobyli, i nagrody rzeczowe też. Jakie to miłe, że każde dziecko coś dostało – szalik w polskich barwach. Cieplutko w sercu. I na szyi.

Dla tych, co nigdy nie zjeżdżali na Mount Seymour, to dobry deal (układ) – w cenie rejestracji na zawody jest całodniowy bilet na wyciągi. Plus sporo darmowych karnetów organizatorzy losują na koniec. I jeszcze możesz na przykład wygrać bilet na polski spektakl, albo uwaga, rejs jachtem. BOMBA!

Tak więc tak, dziękujemy za przygotowanie zawodów i już rezerwujemy sobie termin za rok.

PS. To nie jest post sponsorowany.

Kanada się nada chętnie pisze o wydarzeniach, które są nam bliskie. Odpowiadają naszemu stylowi życia, filozofii, najzwyczajniej w świecie podobają nam się. Jak na przykład radio dla Polaków.

Nie wszystko musi się nam podobać, bo nie wszystko jest dla każdego. Więc nie znajdziesz nas na wielu imprezach polonijnych, ale to nie oznacza,  że ich nie ma. Albo, że są złe. Albo, że nie są dla ciebie. Szukaj, sprawdzaj, angażuj się.

To twoje życie i twoja imigracyjna historia.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

Kanadyjskie góry zimą 2017. Narciarskie zdjęcia

Kolejna porcja zimowych zdjęć. Bo nasze “tu i teraz” to góry i narty, czasem słońce, czasem śnieg…

Jak są kanadyjskie góry zimą 2017, możecie spytać.

I co ja mam napisać? Mało mam doświadczenia z ośrodkami narciarskimi, bo to dopiero drugi sezon na nartach. Całe nasze doświadczenie sprowadza się do  miejsc dla narciarzy i snowboardzistów w Kolumbii Brytyjskiej tylko. Na pytanie: “jakie są?”, mogę napisać: “dobre są!” Zobacz poniższe zdjęcia, a także codziennie dodawaną porcję zimówek na naszym Instagramie. I sam zdecyduj!

Mount Washington położone jest na Wyspie Vancouver. Czy to wada czy raczej zaleta? Wada, bo pewnie będzie drogo, jak we wszystkich odizolowanych miejscach, do których większość rzeczy codziennego użytku i ciągłej potrzeby trzeba dowieźć. Z powodu oddalenia jest drożej, benzyna tak 1.5 raza.

Ale izolacja może też mieć swoje dobre strony: dalej znaczy mniej ludzi dojedzie. Może, ale nie musi. My wybraliśmy się na przedłużony weekendu, myśląc że w piątek to na pewno nie będzie ludzi. Przecież powinni być w pracy, albo przynajmniej w szkole. Jakie było nasze zdziwienie, widząc że na parkingu tłoczno, a i kolejki do wyciagu są.

Tłumy było “robione” przez starszych państwa, którzy już do pracy ani szkoły nie muszą się spieszyć. Muszą za to budzić zazdrość reszty kolejkowiczów, opowiadając jak to w czasie ferii wiosennych jadą na Hałaji, że mają tam kolegę i że zaoszczędzą dzięki niemu na mieszkaniu jakieś 8000 dolcow (omg jakie drogie są Hawaje, co?).

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_4

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_11

Poza miejsami występującym tłumem, Mount Washington Alpine Resort jest całkiem, całkiem. Trzy, w porywach do czterech, wyciągi. Jeden nawet 6-osobowy.

Nie muszę pisać, że na takich wyciągach, to dopiero życie towarzyskie kwitnie. A jakie lekcje angielskiego można pobrać! I wiedzy nabrać o: Kanadzie, premierze, pracy układacza wykładzin, sytuacji w sektorze paliwowym  w Albercie, jak to jest mieć 5 dzieci i wnuczka, kiedy dziecko kanadyjskie jest gotowe na łyżwy, i usłyszeć po chwili, oczywiście, że Polska to piękny kraj.

Lubię wyciągi, a te na górze Washington dają radę.

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_3

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_15

Jest też sporo tras narciarskich, największy do tej pory wybór, z jakiego mogliśmy skorzystać.

Trasy zielone szerokie, niebieskie strome i czarne, nawet podwójnie czarne, czyli one way ticket, śmierć w oczach i siup w dół. I może cię latem odnajdą. Jak śniegi stopnieją…

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_5

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_16

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_14

Cenowo nie oceniamy, bo nie płaciliśmy za bilet (one day pass). W ramach programu współpracy pomiędzy Mount Seymour a Mount Washington mamy dwa bilety wstępu za darmo. Juikajej ? !

Płaciliśmy za hotel w Campbell River 300 CAD za trzy noce. Standard przyzwoity: śniadanie kontynentalne czyli buła i dżem, oraz basen dla dzieci i jacuzzi dla doroslych (pytajcie o hot tub, bo to tutejszy odpowiednik wanny z ciepłymi bąbelkami).

Widoki też przyzwoite, nie wiem czemu, ale myśleliśmy, że z góry jedzie widać wyspę, jak na dłoni. Tak, orły geografii z nas.

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_6

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_10

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_9

Szlak narciarski:  Emerytura! Ochocho….

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_12

A Manning Park?

To był nasz drugi wyjazd do Manning Park. Chcesz przeczytać relację z pierwszego? Znajdziesz tam szczegóły o pobycie w tym narciarskim ośrodku (mniejszy niż Mount Washington)

Trafiła nam się miodzio pogoda.

A resztę dopowiedzą zdjęcia.

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

A jak u Was ferie zimowe? Śniegowo-górskie czy raczej zaciszno-domowe (marzę o takich….)?

więcej śniegowych zdjęć obejrzysz pod tym linkiem


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co jeszcze dla Ciebie napisać!

 

Jak się macie zimą 2016-2017?

Dłuższy wpis o grudniu i styczniu. W grudniu było fajnie, bo sporo atrakcji, a styczniu jest spokojnie, bo codzienność się kłania. I wymaga uwagi.

Pod wpisem o moich planach zawodowych napisaliście mi sporo miłych i ciepłych słów. Czuję się zmotywowana i tym chętniej przedzieram się przez linijki kodu. Zima nie odpuszcza, a ja, chociaż chętniej odpuściłabym sobie wstawanie przed chłopakami, jednak wstaję i klikam drobnym maczkiem.

Korzystam z darmowych kursów na codeacademy.com oraz na coursera.com

Szkoła i przedszkole trwają zwykle od 9 rano do południa / popołudnia, a potem czas na inne zajęcia. Jak wypada pro-d day, czas tylko na zadania typowo “mamowe”. Zwykłe życie.

Codzienność grudnia Anno Domini 2016 przemknęła na blogu wręcz niezauważona. Co to te kilka zdawkowych wpisów? Nadrabiam zatem, pisząc kilka słów o tym, co robiliśmy w grudniu. I co możemy polecić.

Atrakcje wyjściowe w grudniu 2016: opera i balet w Vancouver

W sumie trzeci grudzień w Kanadzie nie różnił się za wiele od tych dwóch poprzednich. Nie powtarzaliśmy w tym roku niektórych atrakcji, takich jak jarmarki bożonarodzeniowe, śniadanie z Mikołajem czy Festival of Lights w ogrodzie VanDusen.

Balet

Za to pierwszy raz wybraliśmy się rodzinnie na balet Dziadek do orzechów wystawiany przez Goh Ballett. O tym przedstawieniu koleżanka Sarah mówi, że to must-see każdego kanadyjskiego dziecka, więc tym bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć. Bilety niestety nie należą do najtańszych, ale mieliśmy wyjątkowe szczęście skorzystać z darmowych wejściówek  z biblioteki publicznej w Vancouver. (W osobnym wpisie o VPL napiszę więcej). Mogę z czystym sumieniem polecić balet, bo wszystkim nam się bardzo podobało, a Maciek był zauroczony i przez cały czas wpatrywał się w scenę.

Opera

W grudniu byliśmy także na przedstawieniu Hansel i Gretel w Operze. I znowu strzał w dziesiątkę – przedstawienie ma wprawdzie oznaczenie kategorii wiekowej +6lat, ale Maciek i tym razem był wdzięcznym słuchaczem. Nie bez znaczenia był fakt, że opera była bardzo dziecio-przyjazna, sporo zmian dekoracji, wychodzenie do widowni, dodatkowe napisy nad sceną, dla tych, którzy nie usłyszeli kwestii aktorów.

Żal mam jedynie do siebie. Organizując na szybko nasze wyjście, zapomniałam, że “specjalna okazja wymaga specjalnego stroju” i byliśmy w tej kwestii nieprzygotowani. Nie powtarzajcie naszego błędu, bo wielu Vankuwerczyków było ubranych odświętnie i z przyjemnością się na nich patrzyło. Nie to, co my. Dżinsy rules, ale nie na widowni teatralnej [wstydzę się].

Święta

Święta minęły miło i szybko. W tym wpisie podałam nasz przepis na Gwiazdkę i przyznam, że i w tym roku była bardzo dobra. I smaczna.

Jedna uwaga: czas pomiędzy Bożym Narodzeniem a Sylwestrem jest wolny od szkoły i pracy dla wielu mieszkańców. To również taki czas, kiedy atrakcje turystyczne miasta przeżywają oblężenie i nierzadko stoi się w kilkugodzinnych kolejkach. Do wyciągu, kolejki, czy nawet na lunch w któreś z modnych knajpek. Nie polecamy! Szczególnie jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, którym nijak nie wytłumaczysz, że swoje trzeba odczekać.

Nasza rada jak zwykle ta sama: homing czyli domówki, czyli spotykamy się raz u jednych, raz u drugich. I u trzecich też. Pogoda i tak nie zachęca do dłuższego pobytu na dworze.

No dobrze, to grudzień tak wyglądał. A styczeń?

Dzień za dniem, czyli styczeń 2017. Samochód, PR, zajęcia, zdrowie i inne drobiazgi

Samochód

W styczniu staliśmy się posiadaczami przechodzonego samochodu mazda 6, kolor czarny (jak akurat jest umyty), miejsc 6, bo zapobiegawczo myślimy już o tej części rodziny, która nie przylatuje do Kanady, tylko dlatego, że nie mieliśmy samochodu 😉 Kochani, już jest! Możecie się pakować i przylatywać do nas.

Skoro jest samochód, musi być i prawo jazdy (temat na osobny wpis, nie bój się, będzie). Teraz tylko wspomnę, że właśnie je robię. Jak zrobię, to się pochwalę. Jak nie zrobię, to się pożalę.

Pobyt stały

Mamy też nadzieję na w miarę szybki finał starań o stały pobyt. I o tym również napiszę więcej w osobnym poście, dość, że właśnie dostaliśmy kolejny email od Immigration Canada, że musimy dosłać dokumenty, zdjęcia i płatności. Wszystko razy 4. Zdjęcia muszą być komercyjne i pewnie dlatego każdy z nas wygląda na nich jak skazaniec. Z wyjątkiem Maćka, który wygląda jak zombie (słowa kochającego braciszka). Zdjęć zatem litościwie nie pokażemy Wam. Jeszcze jakieś koszmary się przyśnią…

Zajęcia dodatkowe popołudniowe chłopaków

Styczeń to również zajęcia popołudniowe niemal co dzień. Nie jest to najlepsze rozwiązanie i już odczuwam skutki negatywne takiego przeładowania programu, ale jeszcze ciągniemy ten maraton: poniedziałek: łyżwy/gitara Krzyśka, wtorek: basen, środa: łyżwy, czwartek: zajęcia sportowe, piątek: playdates (zabawa u kogoś w domu) u nas albo trzeba gdzieś chłopaków zawieźć, weekend: narty. Na zajęcia sporotowe, łyżwy i basen chodzimy na najpiękniejszy kompleks sportowy w Vancouver, czyli do Hillcrest Community Centre (Hillcrest Ice Rink oraz Hillcrest Aquatic Centre). Wybudowany na Olimpiadę 2010, wciąż jest nowy i funkcjonalny. Jakby ktoś nas szukał, popołudniami tam jesteśmy.

Lekcje polskiego

A po powrocie, wieczorem, mamy jeszcze lekcje polskiego. Bardzo dużo zadają i bardzo dużo materiału jest. Za dużo. Nie wiem, czy w przyszłym roku szkolnym będziemy kontynuować naukę z orpeg.pl. Bo chociaż forma jest wygodna i potrzeba nauki niezaprzeczalna, to jednak coraz więcej rzeczy nas uwiera przy takiej formie uczenia się. Przeładowanie nauką na pewno nie pomaga. Kolejny raport językowo-oświatowy chłopaków już wkrótce!

Taki tryb życia lekko nas oszołomił, jakoś w Warszawie wszystko szło bardziej spokojnie, ale może to wciąż kwestia przyzwyczajenia?

Zdrowie

Badamy się też i lekarsko wizytujemy. Ja na przykład muszę odwiedzić neurologa. Bo jak nie ma zdrowia, to i tak reszta psu na budę. Przyjmę dobre myśli i życzenia powodzenia w każdej ilości.

Staramy się wypracować codzienne nawyki, nawet niewielkie, np. żeby Krzysiek zjadł jabłko. Jedno na dzień. Albo, żeby wyjść, chociaż na 10 minut, na spacer. I nie dogryzać wieczorami. Zrobiliśmy sobie tabelkę na ścianę i się wpisujemy, a jak ktoś przez 30 dni wytrzyma, będzie nagroda!

W styczniu zaczęliśmy też wycieczki poza Vancouver i już wkrótce więcej o Wyspie Vancouver i o naszych nartach w Manning Park (a tak było w zeszłym roku)

I tak sobie mija dzień za dniem, 2,5 roku w Kanadzie! Więcej nie piszę, bo nie ma o czym 😉


Podobne posty o codzienności i emocjach:


Ruszyły losowania na program International Experience Canada! Dajcie znać, kto ma w planach Zachodnią Kanadę na 2017? Zobaczymy się w Vancouver?

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

Zima, zima, zima trzyma. Cywilizowana w Vancouver czy raczej standardowe “śnieg zaskoczył drogowców”. Przeczytaj jak miasto sobie radzi. A właściwie, jak sobie nie radzi.

Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

To zaczynamy:

#przygotowanie na spodziewane opady śniegu

 

Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

Co prowadzi nas do następnego punktu:

#odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

 

Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

 

To, co najbardziej zaskoczyło, to śnieg. A nie deszcz. Bo deszcz już nikogo nie zaskakuje.

 

 

Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu, którzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek. Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie. Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

#jakość śniegu – sprzątanie po psach

Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie. I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

 

Chyba tyle. I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym. Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Czy święta muszą kosztować zdrowie, czas i pieniądze? Szczególnie na emigracji?!

To jest standardowy grudniowy, swiąteczny temat, czyli czy koszty Gwiazdki. Więcej odpuszczania i jedna zachęta do większej aktywności.

Temat Gwiazdki, Bożego Narodzenia, prezentów zapełnia czasoprzestrzeń internetu już od dobrych dwóch tygodni.

Może już gdzieś wpadło Ci w oko to pytanie: czy święta muszą być kosztowne? Mnie tam ono nurtuje i daltego postanowiłam napisać ten post.

W realu to znacznie wcześniej próbują nam zaserwować porcję christmasowej magii, bo już od ponad 4 tygodni. Wiem, że wielu się nie podoba, że Gwiazdka zaczyna się w listopadzie. Mnie też nie. Ale w grudniu to już coś zupełnie innego. Wzruszenie chwyta za gardło nie tylko przy tej reklamie. W Vancouver nawet pogoda jest przychylna – zima zeszła z gór i nieśmiało panoszy się po ulicach. Próbujemy ją pokonać na rowerach, ale cwana nie zawsze się da.

W internetach znajdziesz sporo opowieści o tym, że w Święta liczy się jakość nie ilość, że nie ma co do upadłego garnków szorować i pierników piec, zastawić się, a postawić się. Prawda stara jak świat, a i tak co roku perfekcyjne panie domu stają do zawodów [w końcu to ulubiona dyscyplina każdej prawdziwej Polki 😉 ] I znowu wydamy wszyscy, jak ludzkość długa i szeroka, pieniędzy więcej niż w zeszłym roku. Takie życie.

Święta na emigracji? W dodatku mieszkasz w Kanadzie? Konkretnie w Vancouver, gdzie wszystko jest naj-najdroższe?

Pani kochana, no weź, no weź ten kredyt na święta, wysprzątaj jak ta lala, nakupuj, ile wlezie, bo przez Skype i na instagramach nie możesz pokazać byle czego. Rodzina i przyjaciele patrzą. Z Polski patrzą. Więc nie mogą byle czego zobaczyć! W końcu w Kanadzie jesteś, więc wiadomo, pokaż jak masz dobrze. Lepiej niż w Polsce, bogaciej, przecież mąż zarabia te dolary!

Nie wiem, jak Ty, ale ja walczę z tą Paniusią. Mniej lub bardziej skutecznie, ale się staram. Nasza pierwsza Gwiazdka w Vancouver była skromna. Trochę z przekonania, a trochę z musu. Ludzi brakowało, to jasne, ale też potrawy wigilijne i nastrój ogólny były jakieś takie stonowane. I choć tęsknota bolała mocno, to jednak wciąż było gwiazdkowo. Magicznie, świątecznie, domowo.

Zeszłoroczne Święta były już od niebo lepsze, chociaż w sumie główne składowe pozostały te same. Przygotowania do nich i samo świętowanie na prawdę nie były kosztowne.

Boże Narodzenie nie musi Cię wiele kosztować. Ani pieniędzy, ani czasu, ani zdrowia.

Ani w Polsce, ani w Kanadzie, ani pod żadną inną szerokością geograficzną!


Ogranicz do minimum:

Przygotowania

Nikt w kąty nie zagląda, bo dalszej rodziny nie ma na emigracji, jupikajej! I co z tego, że okna nieumyte! Gwarantuję, że przez Skypa nikt nie dojrzy.

Chcesz wymienić czasochłonną rybę na kupne sushi? Nikt Ci nie zabroni, a zdjęcia na instagrama zrobisz zanim wyłożysz danie na talerz. Sam talerz przecież prezentuje się doskonale, taki biały (Ikea) na białym obrusie (też Ikea).

A najlepiej to podziel przygotowania na kilka osób (to właśnie nam się sprawdziło najbardziej w zeszłe Święta, dzięki ekipa L.!) Było wszystko, a nawet więcej, i trzy dziewczyny, które z pomocą chłopaków przygotowały Wigilię. Da się? Da się!

Mały offtop: ekonomia współdzielenia jest bardzo popularna w Kanadzie, kiedyś popełnię na ten temat obszerniejszy wpis, bo to świetna sprawa!

Wydawanie pieniędzy

Co ja Ci będę pisać, że przed Świętami wszystko drożeje, jak Ty to pewnie wiesz. Może jesteś mądrzejszy niż my i prezenty gwiazdkowe leżą gotowe od zeszłorocznych wyprzedaży. My co roku mamy taki plan, a wychodzi jak zwykle, więc zasada, jaką stosujemy od zawsze, a od przylotu do Vancouver w szczególności: żadnego kupowania z dziećmi. Żadnych galerii z dziećmi. W ogóle żadnych galerii handlowych! Po pierwsze za daleko, po drugie ludzie dostają tam amoku, po trzecie, jak już wejdziesz, to musisz coś kupić. Bo inaczej dopadnie Cię myśl: co się bez celu szwendasz?

Zakupów nie robimy żadnych, okazji z Black Friday czy  Last Monday nie wykorzystujemy. Zabawki Święty Mikołaj kupi albo na amazonie albo w sklepie z zabawkami na Main. Modnie jest być minimalistą, więc i ja jestem 😉 Kto z nami, palec do budki?

 Pierwszy lepszy przykład wydawania mniej: Żeby przygotować świąteczne ozdoby, korzystamy z opcji sklepów niskobudżetowych, i chociaż rzeczy z OneDollarStore czy Dollarama bywają wątpliwej jakości, to sam proces tworzenia jest dobrze spędzonym czasem. Z Maćkiem zrobiliśmy wielce udany stroik z kilku bombek, o taki.stroik z bombek z onedollarstore. Kanada sie nada. czy swieta musza cie kosztowac

Wygląda przebogato, barokowo w formie, a kosztował grosze (a raczej centy). I jak się ładnie w nim odbijam robiąc zdjęcie 😉


Ale żeby post nie był tylko o świątecznych ograniczeniach, zachęcam Cię do rozpusty w jednej dziedzinie:

Aktywność fizyczna

Już wkrótce więcej o tym, jak być fit w Vancouver, sportowo i darmowo, ale dzisiaj napiszę tylko jedno – łyżwy! Idź na łyżwy! A najlepiej umów się z kilkorgiem znajomych na łyżwy, na którymś z licznych lodowisk w Vancouver. I dla dzieci i dla dorosłych (bilet rodzinny na czwórkę dorosłych to 12 CAD, wypożyczenie łyżew to 3,5CAD od osoby). Znacznie tańszy sport zimowy niż narty.

Tniemy koszty Gwiazdki na maksa? Można i za darmo pójść na ślizgawkę! Robson Square już jest otwarty. Kosztuje Cię tylko wypożyczenie łyżew (4 CAD).

Zobacz więcej:

 

A jak tam u Was z przygotowaniem do Świąt? Wszyscy gotowi, można zaczynać?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Fotograficzne podsumowanie sezonu narciarskiego naszego pierwszego kanadyjskiego w 10 punktach

Zdjęciowe podsumowanie sezonu narciarskiego w Vancouver i 10 wniosków po pierwszych nartach z dziećmi.

10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

  1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
  2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
  3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
  4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
  5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
  6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
  7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
  8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
  9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
  10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

I jeszcze kilka info:

Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek. Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę). Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie). Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych. Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Bye, bye zimo….


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Narty w Manning Park – jakby czas na chwilę stanął i zdziwiony popatrzył na góry

Dobra miejscówka na narty, to co mamy nie polecać ?! Są ciche zdjęcia.

Mało mamy doświadczenia z nartami. Do momentu przyjazdu do Kanady przekonywałam samą siebie, że ja i narty to nie jest najlepsze połączenie. Wiecie już, że zupełnie mi się odmieniło od tego zimowego sezonu, a ilość miejsc i widoków, których doświadczyłam dzięki nartom, przyprawia mnie o zawrót głowy i wielokrotny opad szczęki.

Pięknie jest patrzeć na miasto z okolicznych szczytów, gdy Pacyfik w dole taki malutki się zdaje…

A jeszcze piękniej patrzeć na góry stojące w skupieniu, niewzruszone. Takie jak w Manning Park.

Kilka faktów.

Wyjazd na narty w Manning Park to już jest grubsza sprawa, nie taka sobie wycieczka miejska na Grouse czy Seymour Mt. Manning Park położone jest prawie 3h od Vancouver, więc trzeba przygotować atrakcje podróżne (i jedzenie, nie zapominajmy o jedzeniu !).  Wyciągi położone są w znacznej odległości od cywilizacji (najbliżej do Hope, jest około 50 km), więc warto pomyśleć o noclegu. Sam kompleks narciarski ma ośrodek noclegowy (z basenem) położony przy wjeździe do parku, i autobus dowożący narciarzy na stok. Lodge (budynek hotelowy) i stok położone są w odległości kanadyjskiej, czyli daleko. Ale dzięki temu to co najbardziej widać w Manning Park to góry. Po horyzont.

Wyciągi zasadnicze są dwa, pomarańczowy i niebieski. Oldschoolowe te wyciągi i może dlatego budzą nostalgię? Bo i część schroniskowa wygląda tak, jakby niewiele się zmieniła od czasu kiedy została otwarta. Jest przytulnie, bo nienowocześnie. Na stokach nie ma lamp, więc wyciągi przestają jeździć po 16, obsługa się zwija, samochody odjeżdżają z parkingu. Spokój, cisza.

Niewiele ludzi, co jest naprawdę miłą odmianą.

I jeszcze rozwiązanie bombowe dla rodziców. Przedszkole jest, czyli child mining. I nie jest to przedszkole narciarskie, chociaż można je połączyć z nauką jazdy na nartach. Maciek po dwóch godzinach na deskach miał już serdecznie dość nart, śniegu, więc jeden rzut oka przez szybę na klocki i już wiedział, jak chce spędzić następną godzinę. W przedszkolu. Godzina opieki nad dzieckiem kosztuje 12 CAD (można już takiego 18 miesięcznego zostawić). Miła pani zabawi, klocki pobuduje, górkę narciarską wspólnie narysują. Dla dorosłego taka godzina wystarczy, żeby z trzy razy zjechać z pomarańczowego wyciągu.

Potem można młodzież zabrać na jedzenie (uwaga, drogie frytki), a potem położyć na drzemkę (wygodne szerokie ławy w kawiarni).

I właściwie tyle. Nie skorzystaliśmy z oślej górki (slow ski area), ani ze zjeżdżania na dmuchanych kołach (tubing). Jest więc powód, żeby wrócić 😀

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

Wspomnienie o śniegu w Whistler spisane drżącą ręką kobiety posuniętej w latach (to o mnie)

W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

Whistler_Winter 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

Info praktyczne

Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

Jedziemy do góry jupiiii

I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę. Jeszcze nie byliśmy, ale jak oglądamy smakowite zdjęcia Everyday Routes to nas nosi, żeby pójść w ich ślady.

Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie! A po zdjęcia z lata, wpadnij do Zosi i Rubena.

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 6

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 5

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 3

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 2

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 4

A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015
Śnieg dla wygodnickich

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Mamo, chcę potarzać się w śniegu ! Pierwsze narty i sanki na Mount Seymour

Pierwsze sanki i debiut narciarski na Mount Seymour. Zima trzyma.

Ten wpis będzie o początkach na nartach i sankach, czyli sportach ,do których uprawiania zasadniczo potrzebny jest śnieg. O łyżwach możecie poczytać tu.

A dziś zapraszamy na pokaz zdjęć z naszych pierwszych prób sanko – narciarskich na górze Mount Seymour. Którą latem też polecamy na miłe spacery.

Z górki na pazurki na sankach.

Co roku zimą w internecie krążą zdjęcia pokazujące, jak to dużo śniegu mają w Kanadzie. Zasypane domy, drogi, biało po czubek nosa i więźbę dachową. Oczywiście w Vancouver śnieg stanowi rewelacje prawie taką samą jak lądowanie kosmitów, ale już około godziny jazdy drogą na północ jest go całkiem sporo. W ilościach hurtowych wręcz. Choć nie po dziurki w nosie ;D

Wydaje mi się, że już gdzieś narzekałam na to, że ciężko znaleźć dla dzieci darmowe górki do zjeżdżania na sankach [ach, westchnięcie za górką na Moczydle] w obrębie miasta. Śniegu nie ma w Vancouver, stąd jeśli mamy ochotę na sanki, to trzeba wybrać do któregoś z ośrodków górskich, jednak trzeba się liczyć z tym, że będziemy płacić za zjeżdżane.

I nawet jak kupimy bilet, to nie ma tak, że dziecko może sobie zjeżdżać w dowolnym miejscu, o nie. Są wyznaczone tory ślizgawkowe. Takie zwyczajne, znane nam z Polski zjeżdżanie na sankach (czy to drewnianych, czy plastikowych jak te zielone ciągnięte przez Krzysia na zdjęciu poniżej) , takie sanki na Mount Seymour nosżą nazwę: tobogganing. W innych miejscach można się spotkać jeszcze z nazwą sliding. Bilet kosztuje od 10 do 12 CAD za 2 godziny, można kupić na miejscu sliding carpets czyli cienkie maty do zjeżdżania (ale nie polecam, bo to jest super cienkie i dziecko jest po tym mocno poobijane). Moim zdaniem najlepsze do takiego zjeżdżania są maty styropianowe, które latem można na falach wykorzystać, takie praktyczne, wielozadaniowe są ;D

Innym sposobem na sanki jest snow tubing czyli zjeżdżanie na wielkich pompowanych kołach. Na Seymour można skorzystać z torów dla początkujących i zaawansowanych, oraz nie trzeba taszczyć tego wielkiego koła z powrotem na górę, bo wyciąg jest 🙂 Taka zabawa jest zdecydowanie najdroższą opcją jeśli chodzi o sanki, ale sądząc po minach dzieci ( i wielu dorosłych) warto chociaż raz spróbować.

Sanki zaliczone, to może spróbujemy desek?

Nartom poświęcę osobny wpis, bo awansowały na główny sport zimowy tego sezonu i sporo jest do napisania. Na razie więc dzielę się tylko zdjęciami z pierwszego wyjścia na stok. Debiut Krzyśka (8 lat) i Maćka (prawie 4 lata) udał się nad podziw. Chłopakom bardzo bardzo się podobało, zostaliśmy aż do zapadnięcia zmroku, nie do wiary, jak przyjemnie ( i nietłoczono) jest na nartostradach nocą. Maciek najchętniej zjeżdżał między nartami Kuby, chociaż jak się go postawiło na mini górce, to w dół ochoczo pomknął. Krzyśkowi przyswojenie podstaw poszło nadspodziewanie dobrze, że aż za bardzo chojrakował i się wyrywał na trudniejsze trasy. Wbrew tytułowi, w śniegu się nie tarzał 😉

Dzienny bilet dla Krzyśka to około 20 dolarów, dla dorosłego 50 dolarów, Maciek jeździ na Seymour za free. Wypożyczenie sprzętu to koszt około 30 dolarów.

i jeszcze zdjęcia

1 2

zima trzyma 2015

 

Na Seymour można uprawiać jeszcze np snowshowing, czyli chodzenie na rakietach śnieźnych, o czym napiszę przy kolejnej okazji. Na rakietach można pójść np na Psią Górę, po sąsiedzku położoną przy Mount Seymour (szlak zaczyna się od tego samego parkingu).

Więcej zdjęć i opisów wkrótce, słowo daję !

tymczasem miłego zimowego dnia

Jak się macie zimą 2015? część II

Czynności zimowych wyliczanie trwa. O tym, jak jeździmy na łyżwach. Mikołaj też jeździł.

Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności. Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać. Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

O wyjściu na łyżwy

Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

I  jeszcze te wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło. Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby, Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie. A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków? Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili. Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach. Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy. Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo. Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe). Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h. Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe. Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system. Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Np. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie ! Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie. Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony. Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

  1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
  2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
  3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
  4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

łyżwy Vancouver

łyżwy Vancouver

To są zapiski dotyczące lodowisk krytych w Vancity. Przy okazji innych postów napiszę także o lodowiskach odkrytych, bo i tych nie brakuje.
A jak w Zamostowie? Da się jeździć po stawie?

Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

Wreck Beach i nadzy studenci

Pomysł wielce oryginalny, czyli wybrać się na plażę nudystów jesienią.

Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka.

Nudyści mają tutaj raj czyli najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać

Szczyt szczytów – cztery pory roku na Grouse Mountain i szlak Grouse Grind

Najpopularniejszy szlak Vancouver czyli harówka. Musisz go przejść !

Mam do Grouse Mountain stosunek zmiennocieplny. Raz zachwyca taką oczywistością, że nie ma co dyskutować. Innym razem myślę sobie “eh, serio?! To już? To tyle?!”

Ale nie da się ukryć, że Grouse Mountain i prowadzący nań szlak Grouse Grind to ikona Vancouver.

Największa zaleta Grouse jest taka, że to jedyna góra w pobliżu Vancouver, do której dojeżdża komunikacja miejska i potem gondola wynosi na szczyt.

Inne szczyty, piękne wprost, dostępne są już tylko, kiedy masz samochód lub też szlakiem pieszym. Jeśli ktoś jest tylko przejazdem w Vancouver, samochodem nie dysponuje, to Grouse Mountain jest dla niego!

Musisz tam pójść. Albo wjechać.

I to niezależnie od pory roku.

Ale się nie bój, opowiemy dokładnie co i jak.

# wiosna na Grouse

 

To jest bezsprzecznie najsłynniejszy szlak Vancouver, krótki, acz intensywny, zaczyna się przy dolnej stacji gondoli.

Jeśli chcesz wejść na górę wiosną, sprawdź, czy szlak Grouse Grind jest otwarty.

Bo my nie sprawdziliśmy za pierwszym razem, w kwietniu 2015. Myśleliśmy sobie: “to tylko 853 metry podejścia, przecież to niższe niż Śnieżka, niż Tarnica, a od Lackowej nieznacznie wyższy, no a wiadomo, kto Lackową od zachodniej ściany zdobył, temu już nic nie straszne.”

Chcieliśmy otworzyć w ten sposób wiosenny sezon ( w miarę) wysokogórskich wycieczek.  Z przytupem zacząć.

O słodka naiwności, jak to życie uczy pokory i podwójnego, a nawet poczwórnego przygotowywania się do zdobycia góry, nawet tej leżącej w granicach miasta i na pierwszy rzut oka, całkiem oswojonej.

Zaczyna się niewinnie, normalnie, chociaż może powinniśmy zwrócić uwagę na wielkie tablice informujące, że szlak jest zamknięty. Bo jakieś roboty na nim, bo warunki zimowe, bo coś jeszcze. Tablica wyglądała na dość starawą, więc pierwsza myśl, że może nieaktualna. To się przejęliśmy tylko trochę, nawet nas wstrzymało, coby się zastanowić, iść czy nie iść. Ale inni idą, tłumy idą, serio serio, część to nawet nie idzie, tylko biegnie, znaczy się kardio robi na szlaku.

I jeszcze jedno, szlak jest jednokierunkowy, czyli jak wejdziesz to idziesz na górę, no matter what, nie ma zawracania.

Idziemy, idziemy, trochę dziwi, że choć sporo ludzi na szlaku, dzieci oprócz naszych żadnych nie widać….

I już wiemy dlaczego dzieci nie ma. BO JEST ŚNIEG !!!

Tak mniej więcej od połowy szlaku. I nie żeby jakieś powalające ilości, ale śliski jest, mokry, zadziorny. Nie żebyśmy byli zupełnie nieprzygotowani, ale jednak mentalnie nienastawieni.

Buty Krzyśka, choć porządna podeszwa, słabo się sprawdziły, więc Maciek został przejęty z nosidłem przez Kubę, a ja ślizgami na lodo-śniegu próbuję Krzyśka asekurować.

 

Po dwóch godzinach, jednej płaczo-przerwie i niewidzeniu żadnego misia, jesteśmy przy górnej stacji kolejki, zadowoleni, choć mokrzy. Zwłaszcza skarpetki mokre, brrrr, dobrze, że dają jeść i pić na górze (masz do wyboru coffee-bar, alb bar-bar; co dają, zobaczysz na zdjęciach)

 

 

Na szczycie jest co robić, gdzie pójść, ale te mokre skarpetki jednak nie zachęcają i tak postanawiamy rekonesans przełożyć na kiedy indziej i teraz wrócić po pańsku gondolą (10 CAD od głowy). Widoki ładne, choć widoczność słaba.

Wrócimy latem!


# lato na Grouse

 

Jak się Peak of Vancouver prezentuje latem?

Żeby się przekonać, można iść szlakiem Grouse Grind (albo wbiec w czasie poniżej 40 minut, zobacz szczegóły wyżej), ale my wybraliśmy wersję „na lenia”, czyli wjechaliśmy gondolą. Na górze byliśmy wczesnym popołudniem, w sam raz, żeby zrobić miniaturowy spacer, 10 minut dosłownie z wypłaszczenia zwanego plateu na szczyt  z Eye of the Wind (wieża widokowa, wejście dodatkowo płatne 15 CAD, dzieci do lat 12 za darmo).

Najlepsze podczas tego spaceru nie były, o dziwo, widoki tylko przedstawienia. Birds in motion jak nazwa wskazuje dotyczył ptaków, drapieżników, które w liczbie sztuk cztery kołowały, pikowały, wznosiły się i opadały na rozkaz opiekunki. I to wszystko nad głowami zachwyconych widzów. Jak się nie schylić to taka sówka mogłaby niechcący pazurkiem zaczepić, albo sokół łypnąć z bliska i przestraszyć.

Mnie oczarowało. Nie widziałam nigdy ptaków, które, choć wytresowane, miałyby w sobie więcej wolności.

Drugi, genialny i prześmieszny show był o drwalach. Aha, dobrze czytacie, zacierałam rączki z uciechy, że sobie chłopców jak dęby pooglądam! Drwali było dwóch, w porywach trzech i tak sobie dogadywali, rzucali siekierami do celu, rąbali na czas i wspinali się na niebezpiecznie wysokie pale. Bardzo zabawne dla dorosłych, bardzo emocjonujące dla dzieci. Polecamy !

Uwaga – dobra nowina – oba przedstawienia zawarte w cenie biletów.

I jeszcze nie sposób nie napisać – miśki się już obudziły i łaziły sobie po swoim wybiegu. Ich fanem absolutnym zastał Maciek. Właściwie dla tych niedźwiedzi tylko szedł. No i dla frytek z bistro. Tak frytki i miśki – zestaw obowiązkowy.

Grouse-Mountain_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady-siatka-dziewieciu-zdjec-lato


#zima na Grouse

 

Ten tekst napisał Krzyś, kiedy wraz z babcią uczyli się języka polskiego, w czasie ferii zimowych 2016.

W ćwiczeniach dla klasy trzeciej trzeba było napisać relację z pierwszego dnia wiosny. Zmodyfikowaliśmy nieco polecenie i w efekcie mamy gotowy tekst na blog, a co.

W oryginale nie ma funkcji autokorekty, ale ku zadowoleniu Krzysia, podczas przepisywania wyrazów, komputer wskazywał mu błędy, wraz z poprawną formą. Ach, żeby tak było na dyktandach [westchnięcie Krzyśka]

Do Krzyśkowego posta doaliśmy zdjęcia i voila. Przeczytajcie, jak wyglądał: “Jeden dzień ferii zimowych 2016”

Dnia 28 Marca 2016 roku pojechałem w góry z Mamą, dziadkami i Maćkiem. Pogoda była ładna. Świeciło słońce. Było dużo śniegu, więc wybraliśmy się na rakiety. Jeździliśmy też na łyżwach. Przejechaliśmy się wielkimi saniami. Kiedy zgłodnieliśmy poszedłem po frytki, a później zjedliśmy Kanadyjski przysmak czyli słodkie “bobrowe ogony”. Góra nazywa się Grouse Mountain czyli szczyt wszystkiego. Wycieczka mi się podobała, chociaż chciałbym zjeżdżać na nartach.

tyle Krzyś.

I jeszcze poniżej dodane [by Kasia] informacje praktyczne

Od czasu pierwszego wiosennego naszego wejścia, Grouse Mountain sterczała sobie dostojnie, niezadeptywana przez nas wcale.

Kiedy jednak podczas świąt okazało się, że można kupić roczny rodzinny bilet wstępu na Grouse za pół ceny, nie wahaliśmy się ani chwili. W efekcie byliśmy na Grouse wielokrotnie w sezonie narciarskim 2015-2016.

Jednorazowy wjazd dla rodziny na Grouse to wydatek 114 $, bilet roczny 279$. Można kupić taki bilecik na jeden raz, a wracając poprosić, żeby został wliczony w cenę rocznego, jeśli się na niego zdecydujemy [bardzo podoba mi się takie “niekupowanie kota w worku”, tak robią we wszystkich ciekawych miejscach w Vancouver].

Co można robić na górze zimą?

Zimą, jak pokazują nasze zdjęcia poniżej i kilka innych, Grouse Mountain jest najlepsze dla początkujących narciarzy. Trasy są krótkie i niewymagające, ośla górka jak najbardziej przyjazna maluchom.

A widok z The Cut jest niezapomniany (prosta i szeroka nartostrada, widoczna doskonale z wielu miejsc w mieście). Dla bardziej doświadczonych narciarzy (tak napiszę o nas w następnym sezonie) nartostrady na Grouse będą z lekka nudne (słowa Krzyśka).

Oprócz nart, w końcu nie każdy lubi (są tacy, serio?), można na szczycie (peak chalet, zawsze podśmiechujki uprawiamy, jak nazwę wypowiedzą głośno) jeździć na łyżwach (wypożyczenie płatne), pójść na krótszy lub dłuższy spacer pętelką na rakietach śnieżnych (wypożyczenie płatne), pozjeżdżać na dwutorowych torze saneczkarskim (płatny i mikry ten tor, nie zachęca).

Dla tych, co to już w ogóle nie mają ochoty na żaden sport (serio, są tacy?), jeździ pług śnieżny, który króciutko wywozi na stok.

Podążając za zapachem wanilii i cukru, można wysiąść przy budce z napisem Beavertails (to są właśnie te bobrze ogony).

Taki ogonek to jest kawałek ciasta pieczony w głębokim tłuszczu, ni to pączek, ni to langosz (taki słowacko-węgierski placek), serwowany na słodko.  Dobry, ale szału nie było (około 7 CAD za sztukę).

Małe co nieco można zjeść w bistro (niezłe frytki i megadolewka), w kawiarni (polecamy ciasto marchewkowe) oraz w restauracji (za wysokie progi jak na nasze nogi, więc nie próbowaliśmy). Przedtem lub potem pospacerować, popatrzeć, pooddychać.

Zejdzie ze 4 godziny na górze.

Kto lubi Grouse i dlaczego nie?

 

 

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Przeżyjmy to jeszcze raz czyli pierwsze święta w Kanadzie i wspomnienia po nich

Odwiedziliśmy klika ciekawych miejsc, żeby klimat świąteczny poczuć.

Nie będziemy udawać, że pierwsze święta w Kanadzie były magiczne.

Nie były.

Ale nie o emocjach będzie ten post. Innym razem.

Zapraszamy do przeczytania relacji z czasu okołoświątecznego AD 2014/2015.

Znajdziecie tu trochę miejsc, które pomogły nam nastrój świąteczny wyczarować.

Nasze przygotowania do Świąt zaczęliśmy od śniadania ze Świętym Mikołajem Breakfast with Santa, 6/12, tuż koło nas, w community centre.

Dla wszystkich chętnych było kilka godzinnych spotkań z Mikołajem, muzyką świąteczną, naleśnikami z syropem klonowym, kiełbaskami i jajecznicą – ot taki, sąsiedzki sposób, żeby wspólnie zacząć bożonarodzeniowy czas.

Koszt: 5 $ od uczestnika, dorośli rozmawiają, zacieśniają więzi sąsiedzkie, a dzieci, nasyciwszy się Mikołajem, szaleją na sali gimnastycznej. Krzysiek pograł na gitarce z Dużym Krisem, o czym już chyba pisałam….

Tydzień później, w ramach kontynuowania tematów okołojedzeniowych, wybraliśmy się robić domek z piernika Gingerbread House decorating, 20/12.

Domek był z prefabrykantów hehe, znaczy się gołe piernikowe ściany do posklejania lukrem i co wymyślniejszego ozdabiania wysokocukrowymi słodyczami. Atrakcja przygotowana również przez zespół community centre, tym razem nie naszego, tylko z Wioski Olimpijskiej, ale ponieważ blisko i chodzimy tam na gitarę, wybraliśmy się i tam.

Oprócz domku było zdobienie bombek, rysowanki, malowanki, sztuka gwiazdkowa, która później ozdobiła naszą choinkę. Koszt: 5 $ od dziecka, 12 $ piernikowy domek, zakupiony w ilościach hurtowych przez prowadzących.

Następnie po serii świątecznych koncertów, przyszedł czas na najpierwsze spotkanie mikołajowe 19/12, u Maćka w przedszkolu.

Nic się nie bał, miło to było zorganizowane, kanapki, sałatki, ciasta, rodzice i dzieci (sztuk około 20). Wszyscy chłopcy dostali Hot Wheels, wszystkie dziewczynki dostały Barbie (hehe).

Maćkowi najbardziej podobały się białe bułki podczas poczęstunku, pewnie dlatego, że w domu wyrodni rodzice dają mu tylko zdrowe pieczywko własnego wypieku, co to nawet koło mąki pięknej białej pszennej nie leżało.

Potem był jeszcze jeden zryw czynienia sztuki na sesji w community centre – Holly Jolly Holiday

20/12 – skąd chłopcy przynieśli np. czekoladę do picia w proszku, wymieszaną z piankami marshmallows (pianki owe wiadomo stanowią niezastąpiony posiłek przy ognisku, no i jak się okazało, również w czekoladzie się odnajdują).

Niestety jak to mówią uczestnicy “Ugotowanych” nie są to moje smaki i moje kubki smakowe nie doznały zaskoczenia, wszystko obrzydliwie słodkie, ale wraz z cydrem i grzanym winem, hot chocolate z piankami stanowią napitki wybitnie świąteczne, więc wypiliśmy i my.

Przy okazji pierwszy raz zastanowiło nas poczucie humoru Kanadyjczyków, którzy owe woreczki z kakaowym proszkiem i piankami nazwali resztką kupy Bałwanka… Dzieciom oczywiście oczy się świeciły na ten kupowy smakołyk, po usłyszeniu jak się nazywa, świeciły się nawet mocniej.


Jakby ktoś się zastanawiał czy możliwa jest Gwiazdka za grosze w Kanadzie, to zapraszamy do przeczytania poniższego posta z pierwszej naszej zimy w Vancouver, w 2014

Korzystając z okazji, że fundusze nam nie pozwalają a sumienie zakazuje rozbuchanej konsumpcji dóbr bożonarodzeniowych, poszliśmy z chłopakami w “czynienie” nastroju świątecznego naszymi własnymi rączkami.

Ewentualnie korzystając z zasobów sklepu ONE DOLLAR wszystko za dolara czy TRIFT STORE second hand sklep.

Kris, zwany z angielska Chrisem, stworzył niewielką świąteczną galerię prac własnych i Maćkowych, okraszając ją napisem Merry Chrismas (Wesołego Krzysiowania, literka T nam się zapodziała, a co).

 

Projekt choinka powstał zaś jako wynik bezustannej edukacji ekologicznej u Babaliny, która swoimi nauczycielskimi metodami wpoiła Krisowi zasady recyklingu i korzystania z darów natury (dziękujemy).

Choinka powstała: z 5 kijów znalezionych, z szyszek znalezionych, z łańcucha papierowego i z łańcucha sztucznej zielonej choinki za 1,99 $, laski mikołajowe rozdawane w ramach promocji wypożyczalni samochodów. Ozdoby wytworzone ręcznie w szkole i w domu kultury, inspiracje znalezione na pintereście. Chłopaki mogą bez końca przeglądać te inspiracje, ja zresztą też

Ta nasza pierwsza choineczka jest już rozebrana, a w jej miejsce stoi prawdziwa jodełka, zdobyta w Ikea (wydasz 75$, choinkę za free dostajesz i jeszcze figurujesz jako darczyńca na rzecz funduszu wspierania lasu).

I jeszcze nie do końca niskobudżetowo, bo za dychę sztuka, chłopaki dostali kalendarze adwentowe z czekoladkami. Maciek konsekwentnie wyjadł już do 21/12 w związku z tym nie mam pomysłu, jak dziurę czekoladkową zapełnić, kiedy Kris z namaszczeniem będzie odwijał swój dzienny przydział, oczywiście tak, aby Maciek wszystko widział i mu zazdrościł. Wyjedzenie przez Maćka przedterminowo czekoladek z kalendarza zrzucam na karby obciążenia genetycznego ze strony J. – Kuba mówił, że oni rzadko wytrzymywali reżim jedna czekoladka na dzień. My ze strony I. byliśmy bardziej zdyscyplinowani i wiedzieliśmy jak sobie dawkować przyjemności, hehe (Brat, potwierdź !)

last but not least – do słowniczka Maćka przybył nowy rzeczownik, którym nazywa Mikołaja. Wskazuje go w książce i na ulicy mówiąc HOHOHO

I tak minęły ten święta. A jak u Was?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać