Tag: zima trzyma

  • Paczka, prezent, niespodzianka czyli jak obdarować Kanadą?

    A myślałam sobie, że list prezentowych na blogu robić nie będę.
    Bo jest ich w internecie całkiem sporo, także tych o prezentach kanadyjskich.

    Pytanie o kanadyjski suwenir pojawia się jednak tak często, że i ode mnie będzie rekomendacja.

    A właściwie spis tego, co my przywozimy do Polski. Plus garść rzeczy do wypróbowania.

    Zanim o tym, chcę zaznaczyć, że jednak więcej z Polski wywozimy niż przywozimy.

    Zobacz, dlaczego tak się dzieje, w poście o naszych wydatkach.

    jak my Kanadą obdarowujemy polskich znajomych i rodzinę

    🎁 Rękawiczki – mittens, np.podobno te są unisex, Canada Roots, z paluszkami Czerwone z białym liściem klonowym, mogą być jednopalczaste.

    🎁 Dżem bekonowy, bo robi dzień każdej obdarowanej osobie samym pomysłem, że można jeść dżem z mięsem. Nie każdemy posmakują kawałki bekonu w pomarańczowej słodkości, i znam takich, co otrzymany od nas w roku 2016 dżem wciąż jeszcze jedzą 😉

    🎁 Syrop klonowy jest już wszędzie, no ale syrop klonowy z Kanady, to syrop klonowy z Kanady. Najczęściej przywozimy taki wielki z Coscto, bo służy części rodziny jako podstawa do sosów sałatkowych. Butla moze nie wygląda uroczyście i prezentowo, ale jaka praktyczna!

    Najczęściej jednak nie przywozimy samego syropu tylko jedzenie z syropem – np ciastka lub ciągutki nadziewane [cukierki], albo nawet i owsiankę instant z syropem klonowym z Real Canadian Superstore. Czy sos barbeque do grilla.

    🎁 Popcorn o smaku karmelu wymieszanego z serowym – zdaniem kilku kanadyjskich znajomych to smak ich dzieciństwa. Coś jak nasza bułka z pomidorem rzucana przez okno, kiedy siedzieliśmy na trzepaku. Lekkie [popcorn ofkors, chociaż bułka też], ale zajmuje miejsce w walizce. Do rozważenia.

    Co dziwne, w Shopper’s Drug Mart online znalazłam tylko takie słodko-słone. Ale przysięgam, że widziałam i jadłam te karmelowo-serowe.

    🎁 Czipsy o smaku vinegretu lub ketchupu [takie mogą być]. Są gdzie niegdzie dostępne w Polsce, ale wciąż robią wow.

    🎁 Paski suszonego mięsa czyli beef jerky. Zwłaszcza w glazurze z syropu klonowego [chociaż te akurat nie są]. Chociaż raz w życiu przełkniesz, prawda?

    🎁 Kalendarz na ścianę, kanadyjski, z kanadyjskimi świętami, obowiązkowo zaczynający się od niedzieli. Inaczej niż w standardzie polskim, a za to jak ciekawie. Gwarancja, że osoba obdarowana ilekroć spojrzy na kalendarz, pomyśli o nas. A na kalendarz się patrzy często. Genialny prezent!

    🎁 Pamiątka [albo zdaniem innych kurzołap aka durnostojka] czyli wytwór lokalny, czyli made by Aboriginal People. Np łapacz snów albo chociaż zakładka z motywem indiańskim. Niektórzy lubią.

    🎁 Kubki ze Starbucksa z kanadyjskich miast lub ogólnie, kubek kanadyjski.Taki jest z Vancouver.

    Ja wiem, że możesz się oburzyć, bo Starbucks jest amerykanski i że Kanada to nie Seattle, i w ogóle. Moim zdaniem, kubki z Timsa [Tom Hortons, kanadyjski odpowiednik Starbucksa]  ładne nie są. Ale możesz przywieźć Timsową kawę, w ramach ciekawostki kulinarnej [orginałkę może?]

    czego nigdy nie przywiozłam i muszę nadrobić? Albo i nie 😉

    🎁 Wino! Ice wine. Trochę się o nim naczytałam i coś mi sposób produkcji przypomina węgierskiego Tokaja. Czyli musi być bardzo słodkie i pewnie drogie. Zawiozę w tym roku na Święta! [a jak będzie za drogie, to chociaż herbatę o smaku wina zawiozę 😉

    🎁 I jeszcze na święta planowałam przywieźć Eggnog, czyli słodki napój jajeczno-waniliowy. Wersja z prądem zawiera rum. Smacznie i rozgrzewająco. Tylko nie wiem, czy się w walizce nie zepsuje, więc muszę ogarnąć logistykę transportu. Jakby się jednak miał zważyć i skwaśnieć, to zawsze się mogę pocieszyć kawą o smaku eggnogowym.

    🎁 Jestem całkiem beznadziejna w kosmetykach, ale podobno są takie, które warto przywieźć. Np. Lush. (edit: zapomniałam zupełnie o polskich dziewczynach, robiących kosmetyki i działających w Kanadzie, facepalm)

    🎁 Ubrania, a zwłaszcza bluzy z napisem Canada, np marki Roots. Kwestia gustu, ja bym nie kupowała, bo nigdy nie wiadomo, czy obdarowany chce tak światu obwieszczać, że… no właśnie, co? Że ma rodzinę w Kanadzie, że był, że jest wielbicielem? Wiem, że niektórym się podobają takie rzeczy, więc wiesz, use your profesional judgement 😉

    Jeszcze jedno, nie czekaj z zakupem do ostatniej chwili, bo ceny na lotnisku mogą Cię mocno znokautować. A i tak w większości są bez podatku 😉

    Jak jeszcze, Waszym zdaniem, obdarować Kanadą? Znasz inny post/video/tekst o kanadyjskich prezentach? Zalinkuj w komentarzu!


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.
  • Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

    Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

    Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

    Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

    Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

    Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

    To zaczynamy:

    Przygotowanie na spodziewane opady śniegu

    Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

    Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

    Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

    Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

    Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

    Co prowadzi nas do następnego punktu:

    Odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

    Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

    A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

    Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

    Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

    Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

    Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

    Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

    Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

    Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej 5 miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu.

    Niektórzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

    Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

    Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

    Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek.

    Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

    Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

    Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

    Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie.

    Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

    Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

    Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

    Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

    Jakość śniegu – sprzątanie po psach

    Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie.

    I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

    Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

    Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

    Chyba tyle.

    I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym.

    Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

    A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


  • Czy święta muszą kosztować zdrowie, czas i pieniądze? Szczególnie na emigracji?!

    Temat Gwiazdki, Bożego Narodzenia, prezentów zapełnia czasoprzestrzeń internetu już od dobrych dwóch tygodni.

    Może już gdzieś wpadło Ci w oko to pytanie: czy święta muszą być kosztowne? Mnie tam ono nurtuje i daltego postanowiłam napisać ten post.

    W realu to znacznie wcześniej próbują nam zaserwować porcję christmasowej magii, bo już od ponad 4 tygodni.

    Wiem, że wielu się nie podoba, że Gwiazdka zaczyna się w listopadzie. Mnie też nie.

    Ale w grudniu to już coś zupełnie innego. Wzruszenie chwyta za gardło nie tylko przy tej reklamie.

    W Vancouver nawet pogoda jest przychylna – zima zeszła z gór i nieśmiało panoszy się po ulicach.

    Próbujemy ją pokonać na rowerach, ale cwana nie zawsze się da.

    W internetach znajdziesz sporo opowieści o tym, że w Święta liczy się jakość nie ilość, że nie ma co do upadłego garnków szorować i pierników piec, zastawić się, a postawić się.

    Prawda stara jak świat, a i tak co roku perfekcyjne panie domu stają do zawodów [w końcu to ulubiona dyscyplina każdej prawdziwej Polki 😉 ]

    I znowu wydamy wszyscy, jak ludzkość długa i szeroka, pieniędzy więcej niż w zeszłym roku. Takie życie.

    Święta na emigracji? W dodatku mieszkasz w Kanadzie? Konkretnie w Vancouver, gdzie wszystko jest naj-najdroższe?

    Pani kochana, no weź, no weź ten kredyt na święta, wysprzątaj jak ta lala, nakupuj, ile wlezie, bo przez Skype i na instagramach nie możesz pokazać byle czego. Rodzina i przyjaciele patrzą. Z Polski patrzą. Więc nie mogą byle czego zobaczyć! W końcu w Kanadzie jesteś, więc wiadomo, pokaż jak masz dobrze. Lepiej niż w Polsce, bogaciej, przecież mąż zarabia te dolary!

    Nie wiem, jak Ty, ale ja walczę z tą Paniusią.

    Mniej lub bardziej skutecznie, ale się staram. Nasza pierwsza Gwiazdka w Vancouver była skromna. Trochę z przekonania, a trochę z musu.

    Ludzi brakowało, to jasne, ale też potrawy wigilijne i nastrój ogólny były jakieś takie stonowane.

    I choć tęsknota bolała mocno, to jednak wciąż było gwiazdkowo. Magicznie, świątecznie, domowo.

    Zeszłoroczne Święta były już od niebo lepsze, chociaż w sumie główne składowe pozostały te same. Przygotowania do nich i samo świętowanie na prawdę nie były kosztowne.

    Boże Narodzenie nie musi Cię wiele kosztować. Ani pieniędzy, ani czasu, ani zdrowia.

    Ani w Polsce, ani w Kanadzie, ani pod żadną inną szerokością geograficzną!


    Ogranicz do minimum:

    Przygotowania do Świąt

    Nikt w kąty nie zagląda, bo dalszej rodziny nie ma na emigracji, jupikajej! I co z tego, że okna nieumyte! Gwarantuję, że przez Skypa nikt nie dojrzy.

    Chcesz wymienić czasochłonną rybę na kupne sushi? Nikt Ci nie zabroni, a zdjęcia na instagrama zrobisz zanim wyłożysz danie na talerz. Sam talerz przecież prezentuje się doskonale, taki biały (Ikea) na białym obrusie (też Ikea).

    A najlepiej to podziel przygotowania na kilka osób (to właśnie nam się sprawdziło najbardziej w zeszłe Święta, dzięki ekipa L.!) Było wszystko, a nawet więcej, i trzy dziewczyny, które z pomocą chłopaków przygotowały Wigilię. Da się? Da się!

    Mały offtop: ekonomia współdzielenia jest bardzo popularna w Kanadzie, kiedyś popełnię na ten temat obszerniejszy wpis, bo to świetna sprawa!

    Wydawanie pieniędzy na Święta

    Co ja Ci będę pisać, że przed Świętami wszystko drożeje, jak Ty to pewnie wiesz.

    Może jesteś mądrzejszy niż my i prezenty gwiazdkowe leżą gotowe od zeszłorocznych wyprzedaży.

    My co roku mamy taki plan, a wychodzi jak zwykle, więc zasada, jaką stosujemy od zawsze, a od przylotu do Vancouver w szczególności: żadnego kupowania z dziećmi.

    Żadnych galerii z dziećmi. W ogóle żadnych galerii handlowych!

    Po pierwsze za daleko, po drugie ludzie dostają tam amoku, po trzecie, jak już wejdziesz, to musisz coś kupić. Bo inaczej dopadnie Cię myśl: co się bez celu szwendasz?

    Zakupów nie robimy żadnych, okazji z Black Friday czy  Last Monday nie wykorzystujemy.

    Zabawki Święty Mikołaj kupi albo na amazonie albo w sklepie z zabawkami na Main. Modnie jest być minimalistą, więc i ja jestem 😉 Kto z nami, palec do budki?

     Pierwszy lepszy przykład wydawania mniej: Żeby przygotować świąteczne ozdoby, korzystamy z opcji sklepów niskobudżetowych, i chociaż rzeczy z OneDollarStore czy Dollarama bywają wątpliwej jakości, to sam proces tworzenia jest dobrze spędzonym czasem.

    Ale żeby post nie był tylko o świątecznych ograniczeniach, zachęcam Cię do rozpusty w jednej dziedzinie:

    Aktywność fizyczna podczas Świąt

    Już wkrótce więcej o tym, jak być fit w Vancouver, sportowo i darmowo, ale dzisiaj napiszę tylko jedno – łyżwy!

    Idź na łyżwy! A najlepiej umów się z kilkorgiem znajomych na łyżwy, na którymś z licznych lodowisk w Vancouver.

    I dla dzieci i dla dorosłych (bilet rodzinny na czwórkę dorosłych to 12 CAD, wypożyczenie łyżew to 3,5CAD od osoby). Znacznie tańszy sport zimowy niż narty.

    Tniemy koszty Gwiazdki na maksa? Można i za darmo pójść na ślizgawkę! Robson Square już jest otwarty. Kosztuje Cię tylko wypożyczenie łyżew (4 CAD).

    A jak tam u Was z przygotowaniem do Świąt? Wszyscy gotowi, można zaczynać?

  • Podsumowanie naszego pierwszego kanadyjskiego sezonu narciarskiego w 10 punktach

    Ten wpis to podsumowanie naszego pierwszego , rodzinnego sezonu narciarskiego. Co tu kryć. Oszaleliśmy i już na zawsze Kanada będzie nam się kojarzyła z nartami!

    Poniżej znajdziesz 10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

    1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
    2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
    3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
    4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
    5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
    6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
    7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
    8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
    9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
    10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

    I jeszcze kilka podstawowych informacji dla planujących narciarskie wycieczki z dziećmi w okolicach Vancouver:

    Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek.

    Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę).

    Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie).

     Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych.

    Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

    Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

    Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

    Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty
    Kanadasienada_narty

    A Wy jeździcie w Vancouver na nartach?

  • Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

    W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

    Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

    Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

    Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

    Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

    A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

    Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

    Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

    W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

    Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

    Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

    Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

    Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

    Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

     

    Whistler_Winter 2015
    W Whistler zimą 2015
    W Whistler zimą 2015
    W Whistler zimą 2015

    Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

    Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

    My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

    I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

    Info praktyczne

    Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

    Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

    Jedziemy do góry jupiiii

    I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

    Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

    Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

    Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

    Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę.

    Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie!

    A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

    Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

    Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

    Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

    Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

    Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

    W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

    Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

    Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

    Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

  • Łyżwy w Vancouver – dokąd pójść z dziećmi? Albo i bez dzieci.

    Chciałabym napisać o takich zwykłych rzeczach, robionych przez nas zimą. Tak, żeby ten post był podobny do tych jesiennych, migawkowych, pokazujących kawałki codzienności.

    Ale jakoś tak wychodzi, że się robi mocno tematycznie, puchnie post od zdań i zdjęć, więc muszę je dzielić, przemyślenia i opisy obracać i skracać.

    Mam nadzieję, że mimo to udaje się Wam przeczytać, co u nas zimą się dzieje dowiedzieć, a jak ktoś szuka informacji o Vancouver, to co nieco znajdzie.

    Mimo tego, że mam jeszcze sporo do napisania w klimacie świąteczno-noworocznym, dzisiaj kilka zdań o naszych wyjściach na łyżwy. Lubię je bardzo i stąd będą miały osobną notkę, a co !

    O wyjściu na łyżwy

    Być w Kanadzie i nie jeździć na łyżwach? Nie da się – Kanada w końcu hokejem stoi.

    Ja mam takie wspomnienia z dzieciństwa, zamarzniętego stawu, gdzie się na łyżwy wychodziło.

    Najpierw na lód wchodził tata, na sam środeczek, porządnie stukał butem, czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby.

    Dzień był taki cichy, zimowy, mroźny, że aż szczypało. Na staw mogliśmy wychodzić sami, a na jezioro już nie.

    A pamiętasz Bartek, jak siedziałeś na sankach, a ja na łyżwach popychałam te sanki na stawie u Dziadków?

    Sentyment do łyżew mam wielki, dawno nie jeździłam, ostatni raz na warszawskiej Ochocie, na ślizgawce, chyba z 8 lat temu !?

    Jak się zatem nadarzyła okazja, żeby w roli rodzica pojechać z klasą Krzysia na szkolne łyżwowanie w towarzystwie Mikołaja, nie wahałam się ani chwili.

    Jeździliśmy sobie z Krzysiem, jeździł i Mikołaj, a na koniec poczęstowano wszystkich pizzą.

    To było moje pierwsze spotkanie z łyżwami w Kanadzie i od razu daję lajka za łatwość, z jaką w Vancouver można ten sport uprawiać.

    Gdzie pójść na łyżwy w Vancouver?

    Najlepiej zacząć od tej stronki. To spis wszystkich zadaszonych lodowisk prowadzonych przez miasto, najczęściej przy różnych community centrach.

    Przy każdym lodowisku jest aktualny grafik publicznej dostępności (drop-in schedule). Czasami wejścia są dla wszystkich, czasami preferowani są rodzice z maluchami albo seniorzy.

    Wejście kosztuje około 6 CAD dla dorosłego, około 2 CAD dla dziecka (bez limitu czasu). Często lodowiska organizują wejścia za pół ceny, a niektóre nawet zupełnie za darmo.

    Wypożyczenie łyżew jest dodatkowo płatne (rozmiary są wszystkie, łyżwy figurowe i hokejowe, plus kaski, dla dzieci obowiązkowe).

    Niektóre z zajęć otwartych mają motyw przewodni, np. zabawy hokejowe dla dzieci i dorosłych. Takie zajęcia trwają około 1 – 1,5 h.

    Jak dobrze poszukać, to codziennie można sobie pójść pojeździć za niewielką kwotę, co też staram się czynić 😀

    Jeśli kogoś interesuje nauka, zajęcia zorganizowane, zdobycie konkretnych umiejętności, to jest to jak najbardziej możliwe.

    Organizowane są dla wszystkich, choć zajęcia dla przedszkolaków i uczniów cieszą się taką popularnością, że w momencie otwarcia rejestracji online (register for activities) czasami siada przeciążony system.

    Zapisujemy się na dany poziom, zgodnie z sugestiami podanymi na stronie. Krzysiek, który w tym roku pierwszy raz wszedł na lodowisko, ale umie już stać, upaść, powstać, przejechać całe lodowisko bez trzymania się bandy i zakręcić, łapie się na poziom 2.

    No a jak Maciek daje sobie radę? Wybornie !

    Maciek próbował łyżew jak dotąd ze trzy razy, sam nie jest w stanie utrzymać się jeszcze, ale na szczęście na każdym lodowisku dostępne są stojaki, coś na kształt wieżyczek, które dzieci ( a czasem i dorośli) popychają przed siebie, mknąc po lodzie.

    Maćkowskiego najczęściej pcham ja, ten wygodnicki gapi się tylko na boki, a łyżwy w rozmiarze 25 rozjeżdżają mu się na wszystkie strony.

    Zazdrość mnie łapie, jak widzę maluchy w jego wieku, pomykające na lodzie szybciej ode mnie.

    I jeszcze lista odwiedzonych przez nas lodowisk w kolejności od najulubieńszych:

    1. Hillcrest, duże, ładne, kolejka szybko się rozładowuje, można dojechać od nas rowerem
    2. Britannia: dalej, ale ciągle blisko Mount Pleasant, nie takie ładne, minus, że kasa i wypożyczalnia są w dwóch różnych budynkach
    3. Kerrisdale: najdalej, od nas tylko komunikacją miejską, kolejka długaaaa, ale za to możemy jeździć w doborowym towarzystwie (L. pozdrawiamy !)
    4. Kitsilano – duże, ładne, sporo miejsca na przebranie się, nawet obok jest plac zabaw, jakby nie wszystkie dzieci chciały się bawić, ale daleko niestety

    zdjęć niewiele i tylko z jednego lodowiska

    łyżwy Vancouver
    łyżwy Vancouver

    To co, wpadniesz pojeździć?

  • Wreck Beach i nadzy studenci

    Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka. Nudyści mają tutaj raj czyli jak po raz pierwszy zwiedzaliśmy najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

    Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

    Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

    Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

    Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

    A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

    Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

    A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
    Wreck Beach November 2015
  • Co można robić na Grouse Mountain – szczyt szczytów i szlak Grouse Grind

    Mam do Grouse Mountain stosunek zmiennocieplny. Raz zachwyca taką oczywistością, że nie ma co dyskutować. Innym razem myślę sobie “eh, serio?! To już? To tyle?!”

    Ale nie da się ukryć, że Grouse Mountain i prowadzący nań szlak Grouse Grind to ikona Vancouver.

    Największa zaleta góry Grouse jest taka, że to jedyna góra w pobliżu Vancouver, do której dojeżdża komunikacja miejska i potem gondola wynosi na szczyt.

    Inne szczyty, piękne wprost, dostępne są już tylko, kiedy masz samochód lub też szlakiem pieszym.

    Jeśli ktoś jest tylko przejazdem w Vancouver, samochodem nie dysponuje, to Grouse Mountain jest dla niego!

    Musisz tam pójść. Albo wjechać.

    I to niezależnie od pory roku.

    Ale się nie bój, opowiemy dokładnie co i jak.

    Co robić wiosną na Grouse Mountain?

    Pójść na najsłynniejszy szlak Vancouver, czyli Groud Grind!

    To szlak krótki ale intensywny! Zaczyna się przy dolnej stacji gondoli, koło parkingu.

    Jeśli chcesz wejść na górę wiosną, najpierw sprawdź, czy szlak Grouse Grind jest otwarty.

    Bo my nie sprawdziliśmy za pierwszym razem, w kwietniu 2015.

    Myśleliśmy sobie: “to tylko 853 metry podejścia, przecież to niższe niż Śnieżka, niż Tarnica, a od Lackowej nieznacznie wyższy, no a wiadomo, kto Lackową od zachodniej ściany zdobył, temu już nic nie straszne.”

    Chcieliśmy otworzyć w ten sposób wiosenny sezon ( w miarę) wysokogórskich wycieczek.  Z przytupem zacząć.

    O słodka naiwności, jak to życie uczy pokory i podwójnego, a nawet poczwórnego przygotowywania się do zdobycia góry, nawet tej leżącej w granicach miasta i na pierwszy rzut oka, całkiem oswojonej.

    Zaczyna się niewinnie, normalnie, chociaż może powinniśmy zwrócić uwagę na wielkie tablice informujące, że szlak jest zamknięty.

    A na tablicy informacja, że szlak zamknięty bo jakieś roboty trwają, bo wciąż warunki zimowe, bo coś jeszcze.

    Tablica wyglądała na dość starawą, więc pierwsza myśl, że może nieaktualna.

    To się przejęliśmy tylko trochę, nawet nas wstrzymało, coby się zastanowić, iść czy nie iść.

    Ale inni idą, tłumy idą, serio serio, część to nawet nie idzie, tylko biegnie, znaczy się kardio robi na szlaku.

    Ważna informacja, zanim postanowisz zignorować dobre rady na tablicy i swoje przeczucia: szlak jest jednokierunkowy, czyli jak wejdziesz to idziesz na górę, no matter what, nie ma zawracania.

    Idziemy, idziemy, trochę dziwi, że choć sporo ludzi na szlaku, dzieci oprócz naszych żadnych nie widać….

    I już wiemy dlaczego dzieci nie ma. BO JEST ŚNIEG !!!

    Tak mniej więcej od połowy szlaku. I nie żeby jakieś powalające ilości, ale śliski jest, mokry, zadziorny. Nie żebyśmy byli zupełnie nieprzygotowani, ale jednak mentalnie nienastawieni.

    Buty Krzyśka, choć z porządną podeszwą, słabo się sprawdziły, więc Maciek w nosidle został przejęty przez Kubę, a ja ślizgami na lodo-śniegu próbowałam Krzyśka asekurować.

    Po dwóch godzinach, jednej płaczo-przerwie i niewidzeniu żadnego misia, doszliśmy do górnej stacji kolejki, zadowoleni, choć mokrzy (zwłaszcza skarpetki).

    Dobrze, że w schronisku na gorze dają jeść i pić na górze (masz do wyboru coffee-bar, alb bar-bar z typowym szybkim jedzeniem)

    Na szczycie jest co robić, gdzie pójść, ale te mokre skarpetki jednak nie zachęcają i tak postanawiamy rekonesans przełożyć na kiedy indziej i teraz wrócić na dół po pańsku gondolą (10 CAD od głowy).

    Są ludzie, którzy nie chcą płacić 10 dolarów za zjazd i wolą szlakiem zawrócić (chociaż to niedozwolone).


    # lato na Grouse

    Jak się Peak of Vancouver prezentuje latem?

    Żeby się przekonać, można iść szlakiem Grouse Grind (albo wbiec w czasie poniżej 40 minut, zobacz szczegóły wyżej), ale my wybraliśmy wersję „na lenia”, czyli wjechaliśmy gondolą. Na górze byliśmy wczesnym popołudniem, w sam raz, żeby zrobić miniaturowy spacer, 10 minut dosłownie z wypłaszczenia zwanego plateu na szczyt  z Eye of the Wind (wieża widokowa, wejście dodatkowo płatne 15 CAD, dzieci do lat 12 za darmo).

    Najlepsze podczas tego spaceru nie były, o dziwo, widoki tylko przedstawienia. Birds in motion jak nazwa wskazuje dotyczył ptaków, drapieżników, które w liczbie sztuk cztery kołowały, pikowały, wznosiły się i opadały na rozkaz opiekunki. I to wszystko nad głowami zachwyconych widzów. Jak się nie schylić to taka sówka mogłaby niechcący pazurkiem zaczepić, albo sokół łypnąć z bliska i przestraszyć.

    Mnie oczarowało. Nie widziałam nigdy ptaków, które, choć wytresowane, miałyby w sobie więcej wolności.

    Drugi, genialny i prześmieszny show był o drwalach. Aha, dobrze czytacie, zacierałam rączki z uciechy, że sobie chłopców jak dęby pooglądam! Drwali było dwóch, w porywach trzech i tak sobie dogadywali, rzucali siekierami do celu, rąbali na czas i wspinali się na niebezpiecznie wysokie pale. Bardzo zabawne dla dorosłych, bardzo emocjonujące dla dzieci. Polecamy !

    Uwaga – dobra nowina – oba przedstawienia zawarte w cenie biletów.

    I jeszcze nie sposób nie napisać – miśki się już obudziły i łaziły sobie po swoim wybiegu. Ich fanem absolutnym zastał Maciek. Właściwie dla tych niedźwiedzi tylko szedł. No i dla frytek z bistro. Tak frytki i miśki – zestaw obowiązkowy.

    Grouse-Mountain_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady-siatka-dziewieciu-zdjec-lato


    #zima na Grouse

     

    Ten tekst napisał Krzyś, kiedy wraz z babcią uczyli się języka polskiego, w czasie ferii zimowych 2016.

    W ćwiczeniach dla klasy trzeciej trzeba było napisać relację z pierwszego dnia wiosny. Zmodyfikowaliśmy nieco polecenie i w efekcie mamy gotowy tekst na blog, a co.

    W oryginale nie ma funkcji autokorekty, ale ku zadowoleniu Krzysia, podczas przepisywania wyrazów, komputer wskazywał mu błędy, wraz z poprawną formą. Ach, żeby tak było na dyktandach [westchnięcie Krzyśka]

    Do Krzyśkowego posta doaliśmy zdjęcia i voila. Przeczytajcie, jak wyglądał: “Jeden dzień ferii zimowych 2016”

    Dnia 28 Marca 2016 roku pojechałem w góry z Mamą, dziadkami i Maćkiem. Pogoda była ładna. Świeciło słońce. Było dużo śniegu, więc wybraliśmy się na rakiety. Jeździliśmy też na łyżwach. Przejechaliśmy się wielkimi saniami. Kiedy zgłodnieliśmy poszedłem po frytki, a później zjedliśmy Kanadyjski przysmak czyli słodkie “bobrowe ogony”. Góra nazywa się Grouse Mountain czyli szczyt wszystkiego. Wycieczka mi się podobała, chociaż chciałbym zjeżdżać na nartach.

    tyle Krzyś.

    I jeszcze poniżej dodane [by Kasia] informacje praktyczne

    Od czasu pierwszego wiosennego naszego wejścia, Grouse Mountain sterczała sobie dostojnie, niezadeptywana przez nas wcale.

    Kiedy jednak podczas świąt okazało się, że można kupić roczny rodzinny bilet wstępu na Grouse za pół ceny, nie wahaliśmy się ani chwili. W efekcie byliśmy na Grouse wielokrotnie w sezonie narciarskim 2015-2016.

    Jednorazowy wjazd dla rodziny na Grouse to wydatek 114 $, bilet roczny 279$. Można kupić taki bilecik na jeden raz, a wracając poprosić, żeby został wliczony w cenę rocznego, jeśli się na niego zdecydujemy [bardzo podoba mi się takie “niekupowanie kota w worku”, tak robią we wszystkich ciekawych miejscach w Vancouver].

    Co można robić na górze zimą?

    Zimą, jak pokazują nasze zdjęcia poniżej i kilka innych, Grouse Mountain jest najlepsze dla początkujących narciarzy. Trasy są krótkie i niewymagające, ośla górka jak najbardziej przyjazna maluchom.

    A widok z The Cut jest niezapomniany (prosta i szeroka nartostrada, widoczna doskonale z wielu miejsc w mieście). Dla bardziej doświadczonych narciarzy (tak napiszę o nas w następnym sezonie) nartostrady na Grouse będą z lekka nudne (słowa Krzyśka).

    Oprócz nart, w końcu nie każdy lubi (są tacy, serio?), można na szczycie (peak chalet, zawsze podśmiechujki uprawiamy, jak nazwę wypowiedzą głośno) jeździć na łyżwach (wypożyczenie płatne), pójść na krótszy lub dłuższy spacer pętelką na rakietach śnieżnych (wypożyczenie płatne), pozjeżdżać na dwutorowych torze saneczkarskim (płatny i mikry ten tor, nie zachęca).

    Dla tych, co to już w ogóle nie mają ochoty na żaden sport (serio, są tacy?), jeździ pług śnieżny, który króciutko wywozi na stok.

    Podążając za zapachem wanilii i cukru, można wysiąść przy budce z napisem Beavertails (to są właśnie te bobrze ogony).

    Taki ogonek to jest kawałek ciasta pieczony w głębokim tłuszczu, ni to pączek, ni to langosz (taki słowacko-węgierski placek), serwowany na słodko.  Dobry, ale szału nie było (około 7 CAD za sztukę).

    Małe co nieco można zjeść w bistro (niezłe frytki i megadolewka), w kawiarni (polecamy ciasto marchewkowe) oraz w restauracji (za wysokie progi jak na nasze nogi, więc nie próbowaliśmy). Przedtem lub potem pospacerować, popatrzeć, pooddychać.

    Zejdzie ze 4 godziny na górze.

    Kto lubi Grouse i dlaczego nie?