Kategoria: po górach

To nasza najulubieńsza kategoria. W końcu w górach jest wszystko, co kocham. Uwielbiamy chodzić wysoko, narzekać pod nosem i wzdychać głośno w zachwycie nad pięknem gór. I odkąd chłopaki są z nami, ciągniemy ich za sobą.  A odkąd mieszkamy w  Vancouver i góry mamy na wyciągnięcie ręki, wychodzimy na szlak, jak często się da.

Tutaj znajdziecie posty z naszych wyjść, bliższych i dalszych, wyżej i niżej, ale zawsze w górskim klimacie.

  • Joffre Lakes Provincional Park – trzy jeziorka, a każde ładniejsze

    Wygląda na to, że Joffre Lakes Provincional Park to must – see każdego wielbiciela gór, który akurat jest w B.C.  Bo tłumnie tam na szlakach.

    Ludzie zjeżdżają z daleka – wystarczy spojrzeć na rejestracje samochodowe na parkingu!

    W Joffre Lakes Provincional Park najważniejsze są (tu uwaga, będzie zaskoczenie), jeziora!

    A ich w tle lodowiec.

    Jest jakaś magia w tych jeziorkach, że chce  do nich maszerować.

    Jeziorka Joffre to nasze pierwsze rodzinne wyjście w góry z kategorii “wysokich”. Bo przecież lodowiec całkiem nisko nie bywa.

    Z chłopakami i akurat wizytującą rodziną doszliśmy do drugiego jeziorka.

    Jest tam dobry punkt widokowy, więc można przekonać dzieci, że za chwilkę to będzie pięknie.

    Pięknie jest zresztą od początku, a na dzieci jakoś ten argument średnio działa.

    Ale to nic – do drugiego jeziorka idzie się jakieś 2 godziny z dzieckiem w nosidle.

    Te jeziorka są prześliczne, turkusowe, błyszczące.

    Tłumy dzikie walą, coby je zobaczyć, więc mała rada: najlepiej wyjść popołudniu, około 16, kiedy większość idzie w drugą stronę (a co, tacy sprytni jesteśmy).

    I o ile się nie rozbijamy na noc, nie ma co iść aż do najwyżej położonego jeziora.

    To środkowe jest najbardziej urokliwe, choć spory w rodzinie trwają.

    Do środkowego się idzie miłą,wygodną ścieżką, szeroką na tyle, żeby się swobodnie wyminąć z innym turystą.

    A do najwyższego jeziorka to już jest trochę ciężej się dostać – drabiniaste schody po drodze, głazy zdradliwe i trudniej się wyminąć. Z turystą.

    Jeszcze liczby o Joffre Lakes, jakby kogoś interesowały.

    Całość pętelki niespiesznym tempem zajęła nam 6 h:

    parking – jeziorko #1 – jeziorko #2 – jeziorko #3 – znowu jeziorko #2 – znowu jeziorko #1 – i parking. (uff)  

    Podejście około 400 m, można spalić do 4000 kalorii. Lepiej niż trening z Chodakowską 😉

    Po mężu Jeziorska, sympatią pałam do owych jeziorek już od pierwszego spotkania.

    Joffre Lakes August 2015
    Joffre Lakes August 2015
    Joffre Lakes August 2015

    Kilka zdjęć. Może sobie tapetę z nich ustawię, takie mocno letnie kolory od rana dodają mocy.

    Powiem Ci, bo to żaden sekret, że takich jeziorek i lodowców Kanada ma wiele, oj wiele.

    I dobrze!

  • Poza Vancouver. Rambo tu był! I pociąg! Oglądamy Tunele Othello.

    Na wyjazd do Parku Prowincjalnego Coquihalla wybieraliśmy się jesieni 2015 jak sójki za morze. Zawsze coś (pogoda) albo ktoś (dentysta) uniemożliwiali nam wypad.

    Chcieliśmy bardzo, bo blog vancouvertrails reklamował spacer po tunelach Othello jako fun family hike, czyli nie za trudno, a ciekawie.

    Na dodatek z początkiem listopada zamykają szlak na zimę, więc trzeba się było sprężyć z wycieczką.

    Udało się któreś jesiennej niedzieli wypożyczyć auto od godzin przerażająco porannych i wyruszyć, żeby zobaczyć Tunele Othello

    Z rana zapakowaliśmy ziewające dzieci i wałówkę, skoordynowaliśmy  się z ekipą L. (czyli spotykamy się na parkingu pod Starbucksem, tak?) i już można jechać Trans-Canada Highway w stronę Hope.

    Jak wyglądała droga do Hope, czyli piękną jedynką na wschód, do Nadziei

    Nadzieję (prawda jaka wdzięczna nazwa dla miejscowości? Bardzo obiecująca :D) dzieli od Vancouver niecałe 2 godziny jazdy.

    Dzieci wytrzymają całą podróż, pod warunkiem bezustannego dostarczania rozrywek w postaci:

    • audiobooków,
    • kolorowanek,
    • płyty Nie wiem kto,
    • oraz sprawdzianu z matematyki.

    No i jedzenia oczywiście. Mieliśmy kanapki z łososiem, pieczone ziemniaki i kurczaka, ciastka z batatów i owsiane, i hit nad hity czyli hot dogi. Nie trzeba pisać, że z tego wszystkiego jedyne kupne to były buły i parówki, zatem jedynie to dzieci chciały jeść [westchnięcie moje].

    Jechaliśmy do Hope bez zatrzymywania się (uważaj na znaki, kiedy będzie możliwe następne tankowanie), ale ty przecież możesz sobie robić przystanki. Np. w Abbotsford, albo w Fort Langley Historic Site.

    Już na miejscu: Tunele Othello czyli nie za długi spacer po parku

    Wjazd do parku jest trochę za Hope, w lesie. Kieruj się na park prowincjonalny Coquihalla Canyon.

    Trasa spaceru około 3 km zaczyna się od parkingu i wiedzie przez kilka tuneli w skałach.

    Skąd ta dziwna nazwa: Tunele Othello?

    Nazwę tunelom nadał podobno jakiś wielbiciel Szekspira i przyznam, że brzmi to wyjątkowo zabawnie biorąc pod uwagę, że kręcili tutaj filmy wcale nie kostiumowe.

    W tunelach ukrywał się i ze skały zwisał Rambo. Pierwsza krew.

    Podobno scena stąd jest także w trailerze. W zestawniu z angielskim dramatopisarzem brzmi komicznie.

    Na początku XX wieku tunele te miały służyć kolei kanadyjskiej, ale koniec końców skończyło się na atrakcji turystycznej oraz trasie rowerowej. Już dawno nie przejechał tamtędy żaden pociąg.

    Fakt, że ten park prowincjalny był scenerią filmową w ogóle mnie nie dziwi. Widoki na wysokie skały, z hukiem przewalająca się woda, w której w górę rzeki płynęły łososi!

    Szczegóły spaceru po Othello Tunnels

    Tunele nie za ciemne, nie za długie, w sam raz, żeby się ukryć i zza załomu kogoś przestraszyć.

    Pyszne wysokie drzewa, jesień prężąca liście do lotu [westchnięcie moje drugie, tym razem z podziwu].

    Można zrobić sobie spacer tylko do tuneli (około 4 km tam i z powrotem po płaskim zupełnie), a można ambitnie pętelką przez góry wrócić na parking (po wyjściu z piątego tunelu jest brama i ścieżka kieruje w górę).

    Podejście średnio wymagające, szlak oznakowany w stylu kanadyjskim, czyli mały pomarańczowy kwadrat na drzewie oraz odległości podawane w kilometrach.

    Dzieci trzeba motywować, bo widokami to raczej się nie podniecają tak jak ja. Ale przejść całość warto.

    Przydają się latarki i walki talki – wtedy nawet najmniejsze dzieci mają coś robić.

    A na końcu wyjechaliśmy z parku i postanowiliśmy zrobić sobie piknik w innym miejscu, nad jeziorem Kawkawa z widokiem na góry oraz placem zabaw.

    Świetny pomysł na jednodniowy wyjazd z Vancouver. No bo ile można wchodzić na Grouse Mountain, ja się pytam?

    Nie polecamy wyjazdu we wrześniu/październiku – od jakiegoś czasu są remonty na drodze nr 5 i drogowcy ostrzegają przed opóźnieniami

    To kto był w tunelach Othello i widział łososie? Nam żaden nie mignął buuuu….

  • Garibaldi Provincional Park: Wedgemount Lake and Panorama Ridge

    Napiszę tak: gdybym miała robić jakieś zestawienie najlepszych szlaków górskich, chociaż z góry dopuszczam zmienność takiego zestawienia i w ogóle ogarniam brak sensu robienia takiego, bo każdy szlak górski jest najlepszy w momencie, kiedy już na górę wejdziemy, niemniej jednak szlaki w Garibaldi Provincional Park, ooooo, moi drodzy, te szlaki są the best of the best.

    Jak na razie w kategorii Dzika Kanada i #wgórachjestwszystkocokocham bezapelacyjnie wygrywa.

    Szlak na Panorama Ridge w Garibaldi Provincional Park

    Wejście na Panorama Ridge (oraz współidący z nim szlak na Black Tusk) znajdują się w wielce popularnym parku regionalnym Garibaldi, na północ od Vancouver, drogą Sea to Sky.

    Szlak na Panorama Ridge ma wszystko czego oczekuję od gór: 

    • podejścia długiego, acz nieuciążliwego,
    • najlepiej na początku i na końcu w lesie lub wśród drzew, coby za bardzo ze słońcem się nie zbratać.
    • potem wyjścia na grzbiet, gdzie widoki są takie, że chce się piać z radości i nie wierzyć oczom.
    • i jeszcze stopień trudności taki, że tylko niektórzy dają radę, żadnych tam niedzielnych turystów-gór zdobywców w japonkach i z reklamówkami (tak, tak, takie widoki panie tego, nie tylko pod Giewontem, również w B.C. uświadczysz).

    A to jezioro na końcu o barwie niedookreślenia, no nie znam takiego koloru po prostu, więc to jezioro to element magiczny.

    Jeziorko to kropka nad i ….. i szlaku dopełnienie.

    Kilka wskazówek praktycznych o szlaku na Panorama Ridge

    Najwięcej ludzi wybiera się jednak nie w wyższe partie gór, czyli na Panorama Ridge czy Black Tusk, ale nad jezioro Garibaldi, to które na naszych zdjęciach tak zachwyca.

    Wtedy Grzbiet Panorama ogląda się z dołu.

    Jak piszę: najwięcej ludzi, to mam na myśli tłumy, serio serio tłumy, którym nie straszne przejście 18 km z różnicą przewyższeń 800 m.

    Przy jeziorze można się rozbić namiotem (za 15 dolarów od osoby bodajże) i jak już wszyscy sobie pójdą, w ciszy patrzeć na lodowce.

    Ach.

    W parku można również rozbić namiot na drugim kempingu wysokogórskim, Taylor Meadows, równie pięknym, choć nie nad jeziorem.

    Na szczycie stoi Inuksuk, przez kogoś dla kogoś zostawiony.

    To postać z kamienia, wywodząca się z kultury Inuitów, która oznacza: ktoś tu był oraz jesteś na właściwym szlaku?

    Nic bardziej trafnego dla górskiego turysty!

    Na zdjęciu naszym się niestety jakiś taki mały zrobił.

    Ale kto szuka, ten znajdzie. A jak trzeba będzie, wdrapiemy się na Panorama Ridge ponownie, żeby mu lepsze ujęcie cyknąć.

    Miejsca na kempingach zapełniają się w okolicach 9 rano, co oznacza, że ludzie wychodzą na szlak najpóźniej o 6 rano, o brzasku, bladym świtem!

    A nie jest rzadkością namawianie się na wyjazd z Vancouver o 3 w nocy, żeby namiocik w parku Garibaldi mieć szansę postawić.

    No to chyba rozumiecie skalę popularności tegoż.

    Oczywiście my pechowcy, za późno przybyliśmy na parking (10 rano była) i już od wjazdu pomocna strażniczka wybiła nam z głowy pomysł spania na górze.

    Na szczęście Kuba wypatrzył tuż przy drodze kemping prowadzony na ziemi Indian i przez Indian, więc koniec końców było się gdzie rozbić.

    Plan nasz pierwotny zakładał, ze idziemy w góry, rozbijamy się na Taylor Meadows, idziemy na Black Tusk, wracamy na kemping i śpimy, następnego dnia idziemy na Panorama Ridge i schodzimy.

    Ale ponieważ spaliśmy na dole, a nie na górze, sił, czasu i światła dziennego mieliśmy tylko na jeden z tych szlaków.

    Wyszliśmy o 8 rano, na Panorama Ridge byliśmy około 14.

    Wodę trzeba mieć ze sobą i dużo jedzenia, bo pod drodze miejscami jest sucho i pyliście.

    Gdybym nie wiedziała, gdzie kręcili Władcę Pierścieni, z łatwością mogliby mi wmówić, że to tam. O ile komuś by się chciało sprzęt taszczyć na wysokość ponad 2500 m npm.

    Zatem panie i panowie, na szlak namawiamy serdecznie, acz przestrzegamy uczciwie, że trudny.

    Garibaldi Lake to nie jedyne take magiczne jeziorko w Parku Prowincjonalnym Garibaldi.

    Szlakiem nieco dalej na północ dojdzie się do to fajnego jeziorka!

    To fantastyczne miejsce: Wedgemount Lake

    Historia naszego wyjścia w kilku punktach:

    • Mimo że bez chłopaków, a więc bagaż ograniczony do minimum oraz tempo szybsze, niż wolniejsze, no więc mimo tego, że teoretycznie powinno być łatwiej, nie było.
    • Było trudno, bo to szlak dla zaawansowanych, cały czas pod górę, z ponad 1000 metrowym przewyższeniem,
    • …. ale za to jakie widoki, jaka radocha, jaka satysfakcja na szczycie. Na górze można także przenocować w blaszanej chacie za $15 albo w swoim namiocie za 10$.
    • i oczywiście zrobić zdjęcia na Instagrama
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3
    Wedgemount Mountain_Kanad asię nada_blog o poskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

    Jeziorko jest, jak widać, po 3 h wchodzenia cały czas pod górę, pionową bardzo, jeziorko to miły akcent końcowy.

    Niektórzy nawet się kąpali. Ale nie ja.

    Ja głośno narzekałam w języku moim ojczystym, jakie to buty mam niesprawne i że za mało jedzenia wzięłam.

    Na moje utyskiwania z drugiego kamienia pada dźwięczne: o rety, Polaków się tutaj nie spodziewałam.

    I w taki oto sposób poznaliśmy Justynę, Gorzowiankę, wraz z mężem Irlandczykiem, mieszkających w Vancity [pozdrawiamy!.

    To żywy dowód, nic nie zmyślam, serio serio, że jak ci kolegów w Kanadzie brakuje, to trzeba się wybrać w góry.

    Nie chcesz samotnie chodzić po górach? Spróbuj tego:

    • Na Facebooku jest lokalna grupa, która się organizuje co i rusz na wspólne hajki.
    • Albo zapytaj wśród Polek na którymś z Polskich Babskich Spotkań.

    Wycieczka pyszna, ale następnego dnia chodziliśmy z lekka jak marynarze. Na szeroko rozstawionych nogach. I wolno. Czyli jak zmęczeni marynarze po wieczorze w tawernie.

    Czyli jak to w B.C. – morze i góry w jednym. Pięknie wprost!

    Kto był w Parku Garibaldi i poleca inne szlaki? 

  • Pierwszy kanadyjski kemping jupikajej ! Cultus Lake Provincial Park

    Obozować lubią tutaj wszyscy. Nawet zimową porą.

    Nic więc dziwnego, że i my się skusiliśmy. Być w Kanadzie, tej dzikiej Kanadzie i nie pojechać pod namiot? Nie zabezpieczyć jedzenia przed niedźwiedziami, wilkami, mrówkami i kto wie jeszcze, czym?

    Trzeba jechać na kemping! Padło na Cultus Lake Porvincional Park.

    Żeby wypróbować, czy nam takie wakacje pasują, wystarczy wypożyczyć namiot, śpiwory, karimaty i nawet czółno, jak ktoś ma na to ochotę, w bardzo fajnym sklepie MEC. Mają tam nawet darmowe warsztaty i prelekcję, jak zorganizować kemping. To mój ulubiony sklep, nie tylko zimą!

    Wypożyczenie namiotu na weekend: 30 CAD. Można też oczywiście niskobudżetowo nabyć wszystko z drugiej ręki (opcja preferowana przeze mnie) – używany namiot od 80 CAD. I już można ruszać.

    Ale lepiej wcześniej zarezerwować miejsce na kempingu, online i płacąc kartą, bo zdziwilibyście się jak wiele osób wybywa na weekend pod namiot. Albo z przyczepą. No i z grillem, ze składanymi krzesełkami i czasem nawet kamizelką ratunkową dla psa, żeby się nie potopił w trakcie spływu.

    Dzięki uprzejmości Z. udało się zrobić rezerwację w Cultus Lake Provincional Park. Cena za weekend dla dwóch namiotów, dwóch samochodów, 4 dorosłych i piątki dzieci to około 100 CAD. Na miejscu są łazienki z ciepłą wodą i toalety. Sklepu nie ma (zna ktoś kemping, gdzie jest? Z ciekawości pytam.) Pozostaje zaopatrzenie we własnym zakresie, i jeszcze trzeba zakupić drewno do ogniska, bo z parku nikt nie zabiera. Nie wolno zbierać i palić gałęzi z lasu i trzeba kupić (około 5 CAD za wiązkę).

    No więc dobrze, my samochód też wypożyczyliśmy, załadowaliśmy po dach i hej w drogę. Oczywiście się zgubiliśmy przy zjeździe (a może to był wjazd?) na autostradę (jechaliśmy bez gpsa), ale co tam, widoki rekompensują czas w samochodzie, a i dzieci odwykłe od jazdy, jakoś tak w milczeniu kontemplują. Kuba z nowiutkim prawkiem za kierownicą toyoty z automatyczną skrzynią biegów, ja nieudolnie próbująca znaleźć muzykę country w radiu, i tak sobie jechaliśmy.

    A potem to już standard kempingowy z pieczeniem kiełbasek, parówek i pianek (o dziwo na prawdę świetnie smakują z ogniska te białe gumowate ciągutki).

    Kąpiele zaliczone w jeziorze, widoki pyszne, spacery po lesie miłe, a sąsiedzi na kempingu nieuciążliwi. Dziwnym trafem podczas tego wyjazdu rzeczy zmieniały swoje położenie lub właścicieli,  ale komentowaliśmy to tylko słowami rakuny zeżarły, albo dwóch takich na drążku poniosło, ewentualnie kąpielówki poszły na spacer. Jakby ktoś widział szopy pracze niosące w tobołku na drążku nasz chlebek bananowy albo kąpielówki, prosimy o zgłoszenie!

    Zdjęcia zrobione przez nas i (te ładniejsze) przez Z. Wiadomo już kto ogarnia gotowanie, a kto bawi się w Hobita z Gandalfem.

    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Maciek śpi na kempingu nad jeziorem Cultus Lake
    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Niech Was nie zwiedzie słońce – kanadyjskie jeziora są bardzo zimne
    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Camplife
    Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015
    Ogarnianie, spacerowanie i kempingowy bałagan

    A jak Ty? Lubisz jeździć pod namiot?


  • Co można robić na Grouse Mountain – szczyt szczytów i szlak Grouse Grind

    Mam do Grouse Mountain stosunek zmiennocieplny. Raz zachwyca taką oczywistością, że nie ma co dyskutować. Innym razem myślę sobie “eh, serio?! To już? To tyle?!”

    Ale nie da się ukryć, że Grouse Mountain i prowadzący nań szlak Grouse Grind to ikona Vancouver.

    Największa zaleta góry Grouse jest taka, że to jedyna góra w pobliżu Vancouver, do której dojeżdża komunikacja miejska i potem gondola wynosi na szczyt.

    Inne szczyty, piękne wprost, dostępne są już tylko, kiedy masz samochód lub też szlakiem pieszym.

    Jeśli ktoś jest tylko przejazdem w Vancouver, samochodem nie dysponuje, to Grouse Mountain jest dla niego!

    Musisz tam pójść. Albo wjechać.

    I to niezależnie od pory roku.

    Ale się nie bój, opowiemy dokładnie co i jak.

    Co robić wiosną na Grouse Mountain?

    Pójść na najsłynniejszy szlak Vancouver, czyli Groud Grind!

    To szlak krótki ale intensywny! Zaczyna się przy dolnej stacji gondoli, koło parkingu.

    Jeśli chcesz wejść na górę wiosną, najpierw sprawdź, czy szlak Grouse Grind jest otwarty.

    Bo my nie sprawdziliśmy za pierwszym razem, w kwietniu 2015.

    Myśleliśmy sobie: “to tylko 853 metry podejścia, przecież to niższe niż Śnieżka, niż Tarnica, a od Lackowej nieznacznie wyższy, no a wiadomo, kto Lackową od zachodniej ściany zdobył, temu już nic nie straszne.”

    Chcieliśmy otworzyć w ten sposób wiosenny sezon ( w miarę) wysokogórskich wycieczek.  Z przytupem zacząć.

    O słodka naiwności, jak to życie uczy pokory i podwójnego, a nawet poczwórnego przygotowywania się do zdobycia góry, nawet tej leżącej w granicach miasta i na pierwszy rzut oka, całkiem oswojonej.

    Zaczyna się niewinnie, normalnie, chociaż może powinniśmy zwrócić uwagę na wielkie tablice informujące, że szlak jest zamknięty.

    A na tablicy informacja, że szlak zamknięty bo jakieś roboty trwają, bo wciąż warunki zimowe, bo coś jeszcze.

    Tablica wyglądała na dość starawą, więc pierwsza myśl, że może nieaktualna.

    To się przejęliśmy tylko trochę, nawet nas wstrzymało, coby się zastanowić, iść czy nie iść.

    Ale inni idą, tłumy idą, serio serio, część to nawet nie idzie, tylko biegnie, znaczy się kardio robi na szlaku.

    Ważna informacja, zanim postanowisz zignorować dobre rady na tablicy i swoje przeczucia: szlak jest jednokierunkowy, czyli jak wejdziesz to idziesz na górę, no matter what, nie ma zawracania.

    Idziemy, idziemy, trochę dziwi, że choć sporo ludzi na szlaku, dzieci oprócz naszych żadnych nie widać….

    I już wiemy dlaczego dzieci nie ma. BO JEST ŚNIEG !!!

    Tak mniej więcej od połowy szlaku. I nie żeby jakieś powalające ilości, ale śliski jest, mokry, zadziorny. Nie żebyśmy byli zupełnie nieprzygotowani, ale jednak mentalnie nienastawieni.

    Buty Krzyśka, choć z porządną podeszwą, słabo się sprawdziły, więc Maciek w nosidle został przejęty przez Kubę, a ja ślizgami na lodo-śniegu próbowałam Krzyśka asekurować.

    Po dwóch godzinach, jednej płaczo-przerwie i niewidzeniu żadnego misia, doszliśmy do górnej stacji kolejki, zadowoleni, choć mokrzy (zwłaszcza skarpetki).

    Dobrze, że w schronisku na gorze dają jeść i pić na górze (masz do wyboru coffee-bar, alb bar-bar z typowym szybkim jedzeniem)

    Na szczycie jest co robić, gdzie pójść, ale te mokre skarpetki jednak nie zachęcają i tak postanawiamy rekonesans przełożyć na kiedy indziej i teraz wrócić na dół po pańsku gondolą (10 CAD od głowy).

    Są ludzie, którzy nie chcą płacić 10 dolarów za zjazd i wolą szlakiem zawrócić (chociaż to niedozwolone).


    # lato na Grouse

    Jak się Peak of Vancouver prezentuje latem?

    Żeby się przekonać, można iść szlakiem Grouse Grind (albo wbiec w czasie poniżej 40 minut, zobacz szczegóły wyżej), ale my wybraliśmy wersję „na lenia”, czyli wjechaliśmy gondolą. Na górze byliśmy wczesnym popołudniem, w sam raz, żeby zrobić miniaturowy spacer, 10 minut dosłownie z wypłaszczenia zwanego plateu na szczyt  z Eye of the Wind (wieża widokowa, wejście dodatkowo płatne 15 CAD, dzieci do lat 12 za darmo).

    Najlepsze podczas tego spaceru nie były, o dziwo, widoki tylko przedstawienia. Birds in motion jak nazwa wskazuje dotyczył ptaków, drapieżników, które w liczbie sztuk cztery kołowały, pikowały, wznosiły się i opadały na rozkaz opiekunki. I to wszystko nad głowami zachwyconych widzów. Jak się nie schylić to taka sówka mogłaby niechcący pazurkiem zaczepić, albo sokół łypnąć z bliska i przestraszyć.

    Mnie oczarowało. Nie widziałam nigdy ptaków, które, choć wytresowane, miałyby w sobie więcej wolności.

    Drugi, genialny i prześmieszny show był o drwalach. Aha, dobrze czytacie, zacierałam rączki z uciechy, że sobie chłopców jak dęby pooglądam! Drwali było dwóch, w porywach trzech i tak sobie dogadywali, rzucali siekierami do celu, rąbali na czas i wspinali się na niebezpiecznie wysokie pale. Bardzo zabawne dla dorosłych, bardzo emocjonujące dla dzieci. Polecamy !

    Uwaga – dobra nowina – oba przedstawienia zawarte w cenie biletów.

    I jeszcze nie sposób nie napisać – miśki się już obudziły i łaziły sobie po swoim wybiegu. Ich fanem absolutnym zastał Maciek. Właściwie dla tych niedźwiedzi tylko szedł. No i dla frytek z bistro. Tak frytki i miśki – zestaw obowiązkowy.

    Grouse-Mountain_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady-siatka-dziewieciu-zdjec-lato


    #zima na Grouse

     

    Ten tekst napisał Krzyś, kiedy wraz z babcią uczyli się języka polskiego, w czasie ferii zimowych 2016.

    W ćwiczeniach dla klasy trzeciej trzeba było napisać relację z pierwszego dnia wiosny. Zmodyfikowaliśmy nieco polecenie i w efekcie mamy gotowy tekst na blog, a co.

    W oryginale nie ma funkcji autokorekty, ale ku zadowoleniu Krzysia, podczas przepisywania wyrazów, komputer wskazywał mu błędy, wraz z poprawną formą. Ach, żeby tak było na dyktandach [westchnięcie Krzyśka]

    Do Krzyśkowego posta doaliśmy zdjęcia i voila. Przeczytajcie, jak wyglądał: “Jeden dzień ferii zimowych 2016”

    Dnia 28 Marca 2016 roku pojechałem w góry z Mamą, dziadkami i Maćkiem. Pogoda była ładna. Świeciło słońce. Było dużo śniegu, więc wybraliśmy się na rakiety. Jeździliśmy też na łyżwach. Przejechaliśmy się wielkimi saniami. Kiedy zgłodnieliśmy poszedłem po frytki, a później zjedliśmy Kanadyjski przysmak czyli słodkie “bobrowe ogony”. Góra nazywa się Grouse Mountain czyli szczyt wszystkiego. Wycieczka mi się podobała, chociaż chciałbym zjeżdżać na nartach.

    tyle Krzyś.

    I jeszcze poniżej dodane [by Kasia] informacje praktyczne

    Od czasu pierwszego wiosennego naszego wejścia, Grouse Mountain sterczała sobie dostojnie, niezadeptywana przez nas wcale.

    Kiedy jednak podczas świąt okazało się, że można kupić roczny rodzinny bilet wstępu na Grouse za pół ceny, nie wahaliśmy się ani chwili. W efekcie byliśmy na Grouse wielokrotnie w sezonie narciarskim 2015-2016.

    Jednorazowy wjazd dla rodziny na Grouse to wydatek 114 $, bilet roczny 279$. Można kupić taki bilecik na jeden raz, a wracając poprosić, żeby został wliczony w cenę rocznego, jeśli się na niego zdecydujemy [bardzo podoba mi się takie “niekupowanie kota w worku”, tak robią we wszystkich ciekawych miejscach w Vancouver].

    Co można robić na górze zimą?

    Zimą, jak pokazują nasze zdjęcia poniżej i kilka innych, Grouse Mountain jest najlepsze dla początkujących narciarzy. Trasy są krótkie i niewymagające, ośla górka jak najbardziej przyjazna maluchom.

    A widok z The Cut jest niezapomniany (prosta i szeroka nartostrada, widoczna doskonale z wielu miejsc w mieście). Dla bardziej doświadczonych narciarzy (tak napiszę o nas w następnym sezonie) nartostrady na Grouse będą z lekka nudne (słowa Krzyśka).

    Oprócz nart, w końcu nie każdy lubi (są tacy, serio?), można na szczycie (peak chalet, zawsze podśmiechujki uprawiamy, jak nazwę wypowiedzą głośno) jeździć na łyżwach (wypożyczenie płatne), pójść na krótszy lub dłuższy spacer pętelką na rakietach śnieżnych (wypożyczenie płatne), pozjeżdżać na dwutorowych torze saneczkarskim (płatny i mikry ten tor, nie zachęca).

    Dla tych, co to już w ogóle nie mają ochoty na żaden sport (serio, są tacy?), jeździ pług śnieżny, który króciutko wywozi na stok.

    Podążając za zapachem wanilii i cukru, można wysiąść przy budce z napisem Beavertails (to są właśnie te bobrze ogony).

    Taki ogonek to jest kawałek ciasta pieczony w głębokim tłuszczu, ni to pączek, ni to langosz (taki słowacko-węgierski placek), serwowany na słodko.  Dobry, ale szału nie było (około 7 CAD za sztukę).

    Małe co nieco można zjeść w bistro (niezłe frytki i megadolewka), w kawiarni (polecamy ciasto marchewkowe) oraz w restauracji (za wysokie progi jak na nasze nogi, więc nie próbowaliśmy). Przedtem lub potem pospacerować, popatrzeć, pooddychać.

    Zejdzie ze 4 godziny na górze.

    Kto lubi Grouse i dlaczego nie?