AAAAA Rodzina z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować i ułatwić im przekroczenie granicy

Wizyta rodziny z Polski? Oj będzie się działo…. a może nie?

Jedna z wielu rozterek emigranta – odwiedziny (u) rodziny. Stres u nas był !

Powiem tak – temat: rodzina z Polski przyjeżdża, to nie jest błaha sprawa i sama intuicja nie zawsze wystarczy.

No bo jak to wygląda? Każdy mówi, że chciałby przyjechać, cię odwiedzić, ale jakoś zwykle tak wychodzi, że nie zawsze się da.

Odległość (za duża), pieniądze (za mało), czas (nie ma), język (się nie zna).

Albo z innej strony. Jakiś niewyjaśniony żal tu i tam, który nie pozwala wizytą się cieszyć.

Ale jak rodzina z Polski już się zdecyduje przylecieć, to radość oczekiwania przeplata się ze zdenerwowaniem, jak tu zrobić, żeby wyszło.

Wiem, co piszę. Dwa razy to przerabiałam. Nawet na grupie fejsbukowej szukałam inspiracji i pocieszenia, kiedy mnie panika dopadła.

Teraz już wiem, że:

Podstawą udanej wizyty jest jak zawsze plan. Nie musi być w Excelu, może być spisany na luźnej kartce.

Tak, brzmi jak dodatkowa robota, a i bez tego jesteśmy w  ciągłym niedoczasie. Więc po co wyskakuję z tym planem?

Po pierwszej wizycie rodziców [Mama i Tata J. pozdrawiamy], pozostało w nas wrażenie niedosytu i zbyt błahego przygotowania się do wizyty, a co za tym idzie, mniej świadomego przeżycia tejże.

Może gdybyśmy więcej zaplanowali, radość z wizyty byłaby większa?

Plan się przydaje, bo:

  • Pomaga pozbyć się wszystkich pomysłów z głowy  – spisujemy jak leci, co potrzeba przed wizytą załatwić, a co już podczas wizyty.

Odpowiednio wcześniej można zdecydować: gdzie kto będzie spał (u nas czy w hotelu), kto z gospodarzy bierze wolne z pracy i czy w ogóle (polecam zwłaszcza podczas pierwszej wizyty nie zostawiać rodziny samej sobie).

Warto też porozmawiać o kosztach wizyty, tak żeby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo.

  •  Spisując plan, można zobaczyć, ile Vancouver ma do zaoferowania.

Atrakcje, wycieczki, miejsca warte odwiedzenia układam potem jak puzzle, żeby nie było za dużo jednego dnia.

Grupuję wyjścia na takie, które można zrobić w deszczu, albo takie, które wymagają samochodu (bo w 2015 i 2016 musieliśmy na wizytę rodziny samochód wypożyczyć)

  • Na podstawie planu ogólnego, warto przygotować plan dnia.

Polecam zrobić albo dzień wcześniej, albo przy śniadaniu – od razu można skonsultować z rodziną, zobaczyć, jakie są nastroje i czy nie warto dzisiaj wyluzować.

  • Plan pozwala przyjrzeć się na spokojnie, czy aby nie wpadliśmy w pułapkę wizyta rodziny=100% turystyka.

Może się zdarzyć, że wizyta rodziny wygląda jak objazdówka z biura podróży, zorganizowana do ostatniej minuty, i w gruncie rzeczy mało osobista, za to bardzo męcząca.

Nie idźcie tą drogą! Nie samym zwiedzaniem rodzina żyje, a na pierwszej wizycie  turystyka powinna moim zdaniem zająć nie więcej niż 60-70 % wspólnego czasu. Tak żeby starczyło jeszcze na zwyczajne bycie ze sobą.

I to jest właśnie ten zasadniczy powód, dla którego rodzina z Polski przyjeżdża. Bo chcą być z Wami. A Wy chcecie być z nimi.


Dzięki planowi panujemy nad czasem, ale jak tutaj zapanować nad emocjami?

Psychologiczne przygotowanie się do wizyty streszczę banalnie: wyluzować.

Wizyta teściowej czy mamy w Vancouver w gruncie rzeczy nie różni się od wizyty w Warszawie.

Jeśli będzie powód do niesnasek, to położenie geograficzne jest tutaj jedynie katalizatorem.

Oczywiście może tak być, że rodzina z Polski przyjeżdża i zupełnie nie rozumie emigracyjnej rzeczywistości wokół. Są niezadowoleni, rozczarowani i ciągle porównują, jak to tutaj jest źle, a tam lepiej.

Albo porównują w drugą stronę, maskując słabo skrywaną zazdrością.

Cóż, niewiele można poradzić, bo na pewno odległość  nie pomoże w wyprostowaniu takich emocji.

Może w takim razie warto zaprosić tylko część rodziny, tę, o której wiecie, że się będzie lepiej czuła?

Emocji będzie sporo, więc trzeba na nie znaleźć miejsce i czas.

Mówiąc miejsce mam na myśli fizyczną przestrzeń. Po dwóch-trzech tygodniach nawet najbardziej kochające się osoby mogą mieć siebie dość.

I co wtedy?

Spacer! Niech goście pójdą na chwilkę na pobliski skwerek, sami. Albo niech wyjdą gospodarze.

To jest zły pomysł, żeby podczas wizyty rodziny z Polski być ze sobą 24/7. Choćbyśmy nie wiem jak byli stęsknieni, trzeba mieć przestrzeń wokół siebie.

I jeszcze o emocjach podczas wizyty.

Przygotowując się na przyjazd rodziny myślałam, że będziemy prowadzić długaśne Polaków rozmowy do późna w nocy. Jakoś do głowy mi nie przyszło, że byłoby to trochę dziwne, skoro takich rozmów nie prowadziliśmy w Polsce.

Nie wiem, może myślałam, że emigracja zmienia również i takie zachowanie?

Okazało się, że czas na rozmowy znalazł się sam, niewymuszony, nienachalny, odpowiadający obu stronom. Nic nie było na siłę. Trzeba dać czasowi czas.  Nie spinać się i nie wymagać zbyt wiele.

[Ale tego nauczyła mnie dopiero druga wizyta]
I nie przejmować się, że rodzice jako główne danie z Vancouver poznali poutine.

Cóż robić, dzieci niespecjalnie chciały pójść na sushi 🙂

Na koniec wskazówki praktyczne. To, co najważniejsze !

  • Język angielski. Tak, to bywa problemem.

Z dobrych rad (dzięki Ewa B.): warto przygotować dla rodziny mini słowniczek z podstawowymi zwrotami po angielsku, zwłaszcza z terenu lotniska: czyli np. gate=bramka do wejścia, departures=odloty, itd. Żeby rodzina czuła się w miarę komfortowo podczas rozmowy z celnikiem.

  • A jak mają rozmawiać z celnikiem na granicy? Co mają powiedzieć?

Jeśli znają angielski, to rozmowa powinna być krótka i bez ściemniania. Skoro przyjeżdżają w odwiedziny, to to właśnie trzeba powiedzieć.

Jak padnie pytanie, z czego się utrzymują w Polsce, trzeba mieć odpowiedź przygotowaną.

Nie mówić, że jest się bezrobotnym (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć). Ogólnie nie mówić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, że się nie chce odwiedzać, tylko pracować w Kanadzie. Nielegalnie.

Mówić mniej niż więcej.

Jak do czegoś nieprzyjemnego dojdzie, nie awanturować się, tylko poprosić o pomoc.

Kanadyjczycy są spokojni, krzykiem się nic nie wskóra (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć).  Tłumacz zwykle jest, a obywatele polscy mają zagwarantowaną pomoc konsula zagranicą.

  • Podczas przylotu do Kanady wymagane jest wystąpienia o eTA – wszystko o obowiązkowym elektronicznym zgłoszeniu swojego przylotu do Kanady przeczytacie na blogu Moniki

 

  • Ponieważ nie ma bezpośrednich lotów do Vancouver z Polski, pozostaje wybrać przesiadkę.

Stanowczo odradzamy fundowanie rodzinie międzylądowania w Kanadzie, czy w Stanach. Chcecie wiedzieć dlaczego? Tutaj opisaliśmy swoje przeżycia z drugiego przylotu przez Toronto.

Najlepiej wybrać lotnisko w takim z europejskich miast, gdzie rodzina się może dogadać lub gdzie mieszka ktoś, kto w razie czego mógłby pomóc na lotnisku.

  • Warto przygotować dokument a’la letter of invitation do pokazania celnikowi w Kanadzie.

Nie jest to dokument wymagany, Polacy podczas wjazdu do Kanady dostaną wizę turystyczną, ale wszystko i tak zależy od decyzji celnika na lotnisku.

A jak się dogadać, kiedy rodzina z Polski akurat po angielsku nic nie powie? Przyda się wydrukowana kartka.

Co my napisaliśmy na naszym zaproszeniu dla rodziny z Polski (kartka A4)?

  • List rozpoczęliśmy prośbą o pomoc podczas wjazdu do Kanady, ponieważ rodzice nie mówią po angielsku;
  • Imiona i nazwiska rodziców, daty urodzenia, numery paszportów, telefon i adres w Polsce;
  • Kim dla nas są, po co przyjeżdżają, jak długo zostaną (u nas po angielsku było o tym, że to są dziadkowie, którzy nie widzieli swoich wnuków od 6 miesięcy i przyjechali na ferie wiosenne, na trzy tygodnie);
  • Gdzie się zatrzymają i kto będzie za to płacił;
  • Nasze dane osobowe, gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy (dobrze jest podać telefon do pracodawcy, jakby celnik chciał potwierdzić) i jaki jest nasz obecny status w Kanadzie (czyli, że mamy dwuletnie pozwolenie o pracę). Ksero naszych pozwoleń rodzice dołączyli do listu;
  • Na końcu były nasze numery telefonów z informacją, że czekamy na lotniksu i jeśli celnik chce nas wezwać na rozmowę, to jesteśmy w pobliżu;
  • I podziękowanie za pomoc.

I tyle. Nie było żadnych problemów na granicy. Celnik spojrzał na list, nie zadał żadnych pytań, wziął paszporty, oddał paszporty.

To co teraz?

Udanej wizyty! Cieszcz się rodziną, albo przyjaciółmi i pokaż im swój obecny dom! W końcu o to chodzi! Potrzebujesz więcej informacji? Daj znać!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

Bo dobry plan wyjazdu to podstawa. Ten nasz taki nie był, ale teraz jesteśmy mądrzejsi i możemy co nieco poradzić

Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej. Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

 

Znasz post o tym, jak dostaliśmy pobyt stały? Zajrzyj!

 

Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy.

Może coś się przyda.

O czym ten post NIE jest?

  • → Ponieważ ten opis to suma naszych doświadczeń, na pierwszym miejscu listy nie będzie: znajdź pracę w Vancouver. Założenie jest takie, że praca jest. O tym, co robić kiedy jej nie ma, będzie innym razem.
  • → Nie będzie to również post o tym, jakie formalności załatwić, żeby się w Kanadzie znaleźć.

Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, najważniejsza moim zdaniem uwaga.

Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

Właściwie nie ma co tego komentować. Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji ;)]. Działa to na naszą korzyść.

Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba). Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.

Znasz posty z cyklu Rozmówki Kanadyjskie? Tam sporo jest o gadaniu i angielskim:

  • → 3 główne grzechy komunikacyjne : LINK
  • → Akcent i czy mam na imię brama: LINK
  • → Angielski? Ale ja się boję: LINK

A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

Najpierw:

1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi. Pokieruje na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

Taka wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni. Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

Co prowadzi do następnego zadania :

2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań. Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego. Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver. Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa. Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

Serwisy z ogłoszeniami: craiglist, airbnb, kijiiji.

Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

Ponieważ my takich nie mieliśmy, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki Matylda) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

O mieszkaniu i jego szukaniu na blogu było i jeszcze będzie.

[edit] obszerny wpis-poradnik ukazał się w 2017 – zajrzyj.

Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe. Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

  • → karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
  • → świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
  • → nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych)

Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

  • → nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
  • → akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
  • → prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
  • → wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy. Tego nie da się w Kanadzie kupić. Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby.  W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

  • → upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie. No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką. UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy. Ale jeśli nie, to sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

Co było w naszych walizkach?

  • → Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
  • → Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
  • → Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
  • → Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
  • → Soczewki kontaktowe.
  • → Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
  • → Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
  • → Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

Kabanosów nie braliśmy 😉 Przeczytajcie też o naszym pierwszym i drugim przylocie do Vancouver. Jak wyglądało i kto z nami rozmawiał.

Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

Musieliśmy pojechać do Stanów, czyli wyjechać z Kanady, żeby wrócić do Vancouver i móc zostać. Brzmi dziwnie? Jest dziwnie.

Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

I po co nam to w ogóle?

No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

  • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
  • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

[UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


 

Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

#1

Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

→ Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

→ Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

Po polsku info o wizie jest tu.

→ Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

→ Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

→ Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

→ Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

→ I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

#2

Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

#3

Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

Siedzimy w samolocie do Vancouver. Znowu. Dobrze, że tym razem Lufthansa nie strajkuje. Ale jeśli myślicie, że będzie łatwo, to zapraszam do czytania.

Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

#1

Zacznę od lotu

 

Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

 

[Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

 

I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

[dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]
Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

 

Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

Macha ręką i możemy iść.

Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

 

Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!


a o naszym przekraczaniu granicy przeczytasz jeszcze → w poniższych wpisach kliknij w obrazek

Podróż do Kanady_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady.


 

#2

Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

Z rzeczy innych:

  1. walizki się odnalazły, jupikajej
  2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
  3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Pierwszy lot do Kanady czyli podróż matki polki przez ocean

Więc tak, najlepsze w podróży mojej z chłopcami do Vancouver było to, że dolecieliśmy 🙂 Tak, tak, łatwo nie było….

Olaboga, lecę z chłopakami do męża, daleko, daleko, za wielką wodę. Łatwo nie będzie. Kuba już od miesiąca w Vancouver, przyszedł czas na mnie i Krzysia (lat 7) i Maćka (lat 2,5)

Poniżej przeczytacie, jak wyglądał nasz pierwszy lot do Kanady.


Uprzedzamy co wrażliwszych – są momenty!

Na początku hahaha, nie było biletu dla Maćka, jakoś go pracodawca Kuby, który nam fundował biletu, posadził mi na kolanach, czyli nie przewidział osobnego biletu. Ale uff, udało się na kilka dni przed wylotem pomyłkę naprawić.

Kilka słów o naszym wylocie z Warszawy, z Okęcia. W punktach.

  • Personel naziemny zgodził się bez extra kosztów nadać gitarę Krzysia, jupikajej, A wcześniej dzwoniłam do centrum Lufthansy, gdzie mi powiedzieli, że gitara może lecieć, jeśli kupię na nią bilet, ale niech się nie martwię, bo potrzebny jest tylko sam  bilet, bez podatków (sic!);

  • Na Okęciu postawili wielki autobus ku uciesze małych podróżników, oraz jest strefa wi-fi, więc przez 1 h kiedy czekaliśmy na onboarding, chłopcy mieli co robić.

  • Żadna nowość, bo każdy wie, że na lotnisku jest drogo, no ale żeby za małą butelkę wody 8 PLN? I weź tu wytłumacz dzieciom, ze muszą się ograniczać z piciem, a oczywiście wnosić napojów ze sobą nie można przez kontrolę celną. A potem wody nie było wcale więcej, o czym przeczytacie poniżej;

  • Z trzema walizami i pomniejszym bagażem dałam radę tylko dlatego, że Mama – Teściowa była z nami, więc proś o pomoc, kogo się da;

  • na samym początku personel Lufthansy kazał nam się odprawić online, jak mówię, że mam dwie rezerwacje, i się online nie da, bo wyskakują inne miejsca, a musimy siedzieć razem, to pozwolili mi się odprawić przy okienku. I tak dali nam osobne miejsca, więc musiałam poprosić o przysługę podróżnych i pozamieniać się miejscami już w samolocie;

  • we Frankfurcie szliśmy cały czas za znakami, przysięgam, a i tak wyprowadziło nas do hali przylotów, więc musieliśmy OD NOWA przejść całą procedurę onboarding (oczywiście Maciek zdążył zasnąć i jak się domyślacie, nie był zachwycony, kiedy go budziłam na kontrolę);

  • lotnisko we Frankfurcie jest ogromne, personel jeździ po nim rowerami, ale pasażerowie muszą tachać walizki sami, i bez sensu, bo wózki na bagaż nie mogą jeździć na taśmach i schodach ruchomych, no nie wiem, co ci Niemcy wymyślili. Trzeba zejść, wypakować walizy, wnieść je po schodach, znaleźć drugi wózek, zapakować walizy i do następnych schodów (na naszej drodze były dwa poziomy!)

O lotnisku w Vancouver: jest bardzo ładne, zielone, roślinne, stoją totemy indiańskie, coby wszyscy od razu wiedzieli gdzie dolecieliśmy.

Oznakowanie dla nowo przybyłych jak dla mnie nie do końca czytelne, no ale może dlatego, że byłam super zmęczona, miałam rozespanych (Krzyś) i płaczących (Maciek) chłopaków – według naszego czasu było około 24:00.

I teraz będzie o procedurze celnej i naszej z nią przeprawą

#1

Najpierw czekała nas kontrola celna (w samolocie wypełnia się deklarację celną, należy jej pilnować należycie, bo to najpierwszy dokument jak już lądujesz w Kanadzie).

Czyli to pierwsza kolejka – celna już na lotnisku .

Na szczęście z dziećmi przepuszczają na początek , więc nie stałam około 2 h.

→ Podeszliśmy do celnika, ten zadał kilka pytań i mówi, że witamy w  Kanadzie i że mogę zostać 6 miesięcy.

→ Na to ja robię wielkie oczy i pytam, no ale jak to, przecież mąż ma kontrakt na rok i w ogóle wyciągam stosy papierów.

→ Celnik patrzy, coś bazgrze na deklaracji, mówi ok, żebym wzięła walizki i szła do przodu i tam mnie  zgarnie jakiś oficer.

#2

No dobra, to idziemy po walizki, na taśmę wyjeżdżają, jedna druga, trzecia, ale żadna nasza. Kuba mówił, że na walizki się długo czeka i żebym sprawdziła, czy w tym czasie po lewej stronie w Centrum Imigracyjnym jest kolejka, bo to właśnie tam mają nam wbić wizy do paszportów, i mam zapłacić 155 CAD.

Po 20 minutach czekania na walizki się poddaję i idę zobaczyć, jaka jest kolejka w Centrum.

Podchodzę do oficera i pytam i pokazuje promesę Kuby, i skan jego wizy, a oficer robi wielkie oczy i każe mi czekać, a sam po kogoś biegnie.

W tym czasie Maciek już nie daje rady, płacze wielkimi łzami, wszyscy się patrzą, a ja z nim na ręku, z dokumentami w drugiej, z 2 walizkami podróżnymi, jeździkiem, torbą, i gitarą tłumaczę kim jestem i co ja właściwie tutaj robię.

Przybiega oficer i mówi, że on mnie zaprowadzi do innego Centrum Imigracyjnego, do innego urzędnika.

Więc idziemy do innego oficera, naszych nadanych walizek wciąż jeszcze nie ma. Drugi celnik (a właściwie celniczka) mówi nam, że to dobre miejsce, że się nami zajmą, tylko musimy wrócić po wszystkie walizki (sic!).

I tak sobie biegam po lotnisku, dobrze, że duże nie jest 🙂

Zgarniam walizy, które się w międzyczasie pojawiły, zgarniam Hindusa z wielkim wózkiem, żeby mi je wszystkie zabrał i taszczył i wracam do ostatniego celnika(koszt 10 CAD).

Tutaj zabierają wszystkie dokumenty, po raz kolejny tłumaczę kim jestem i kto to jest ten płaczący chłopiec (Maciek) i ten jęczący chłopiec (Krzysiek).

Każą czekać, więc chodzę i śpiewam kołysanki. Kolejka jest, są krzesełka, wszyscy ludzie czekający z różnych stron świata, na ten magiczny upragniony dokument, że jest się w Kanadzie i można coś zrobić (bez wizy, na pobycie turystycznym nie zrobi się nic, ale o tym innym razem).

Kanadyjscy celnicy są mili, ale bez przesady, wypytują skrupulatnie, → a pokaż na mapie, gdzie będziecie mieszkać w Vancouver; → a kolega, co ma cię utrzymywać to ile zarabia za godzinę?  → nie mówisz po angielsku? nie szkodzi, jest tłumacz.

Hindus czeka z walizami, wolę nie myśleć, ile będę musiała mu zapłacić za to czekanie z nami, Kuba czeka przed lotniskiem, a celnicy nas sprawdzają.

Potem się dowiedziałam, że zadzwonili do pracy Kuby, żeby nas potwierdzić.

Ale w końcu jest (jupikajej)- dostajemy wizę, ja z pozwoleniem na pracę, z zakazem nauki i brania udziału w różnych kursach, chłopcy z pozwoleniem na naukę, i zakazem pracy!

ale co tam, najważniejsze, że

JESTEŚMY JUPIKAJEJ JESTEŚMY W KANADZIE 🙂

a teraz:

kit podróży: LUFTHANSA

Z opowiadania Kuby wynikało, że głodny nie leciał KLMem, wręcz przeciwnie, że było całkiem przyjemnie.

Gdybym ja nie zabrała, tknięta jakimś szóstym zmysłem, dodatkowego prowiantu dla chłopaków, to byliby głodni, bo pory posiłków w Lufthansie i ich jakość nie były fajne. Po wodę dla chłopaków chodziłam z bidonami, bo stewardesy rozdawały raz na 2 h po małym kubeczku. Kolację dali około 22 polskiego czasu, na 40 minut przed lądowaniem, kiedy każdy się już zwija, a Maciek i Krzysiek w końcu zasnęli.

Ogólnie widać, że są ogromnym przewoźnikiem, że mają mnóstwo klientów, że jest to masówka totalna.

[dopisek z 2017. Odszczekuję. Głośno. Najgorszym przewoźnikiem z jakim lataliśmy, jest Air Canada. Lecieliśmy z nimi 4 razy i za każdym razem coś było źle, nie działało, było spóźnienie, a nawet dwa, a nie było jedzenia, ni nunun. Przy Air Canada latanie Lufthansą to jazda limuzyną]

 

hit: TRUNKY

walizka – jeździk Trunky [ o taki LINK] – dzięki Aś i Michał, super nam się sprawdziła, lekka, poręczna,w samolocie musiałam ją otwierać z jakiś milion razy, żeby się dostać do pieluszek, chusteczek, książeczek, gier, klocków Lego, klocków Duplo, pociągu z Ikea, resoraków. Zmieściło się wszystko, dodatkowo, można ją ciągnąć za sobą, a na niej dziecko 🙂

I wzbudza ogólnie pozytywne uczucia, co niewątpliwie pomogło miedzy innymi z celnikami

hit nr 2: ZROZUMIELI MÓJ ANGIELSKI

a łatwo nie było wszystko tłumaczyć kilka razy z dziećmi nieprzytomnymi ze zmęczenia i wrażenia.


więc tak…… fajnie było, ale dobrze, że się skończyło.

i jeszcze w temacie biletów. Okazało się, że nasze powrotne bilety, co to były wykupione przez firmę Kuby, to są w rzeczywistości tzw. fake tickets, potrzebne do procedury imigracyjnej i niestety, żeby je przebukować, musielibyśmy sporo zapłacić, bo nie są potwierdzone (czyli są pewnie z overbookingu).

No a ponieważ nie wracamy za miesiąc, tylko w następne wakacje, bilety na 2015 rok będziemy sobie sami kupować.

Uffff, dzięki, że doczytaliście do tego miejsca. Komu jeszcze życzyć bon voyage?

Mało ci historii o podróżowaniu i granicy przekraczaniu? Przeczytaj jeszcze o:

  1. Naszym drugim locie do Kanady (pierwszym powrocie z Polski)
  2. Naszym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych
  3. Jak weszliśmy do Kanady, żeby dostać prawo do stałego pobytu

Albo hicior nad hiciory czyli próbuję swoich sił na youtubie.

I opowiadając o przylocie, przypalam pierogi.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.