Old is gold czyli znowu o nartach. XII Mały Memoriał Bronka Czecha na Mount Seymour

O nartach znowu, bo narty to nasz stały motyw . Tym razem mamy dla Was fajne wydarzenie polonijne XII Mały Memoriał Bronka Czecha.

Wiem, nudni jesteśmy, same posty o nartach, na instagramie same narciarskie zdjęcia. Ale co można poradzić, zima w Vancouver to outdoor w górach, a jak w górach jest śnieg, to narty. Teraz to oczywiste dla nas, ale nie zawsze tak było.

W marcu, na Mount Seymour, mogliśmy całą rodziną pozjeżdżać w ramach wyścigów narciarsko-snowboardowych  XII Małego Memoriały Bronka Czecha. (Nic ci nie mówi to nazwisko? Zobacz w Google)

Trochę nas już znasz. Wiesz, że bywamy na spotkaniach i imprezach polonijnych. Ewentualnie sami takowe organizujemy (Pamiętasz o Polskich Babskich Spotkaniach, prawda?)

Polonia w Vancouver i okolicy nie jest może tak liczna, jak ta z Mississauga czy innego Chicago, ale każdy znajdzie coś dla siebie, a to dyskotekę, a to koncert, a to w końcu zawody narciarskie.

No dobrze, to we wstępnie namieszane-zamieszane, narty i Polonia, ale o co chodzi?


 

XII Mały Memoriał Bronka Czecha to impreza narciarska otwarta dla wszystkich.

Serio, nie musisz być członkiem jakiś tajemnej polonijnej grupy, każdy jest mile widziany, się może zarejestrować, pozjeżdżać, podopingować, albo pomóc jako wolontariusz.

Nie będę się rozpisywać o całym przedsięwzięciu, bo strona w sieci jest. Chcesz poczytać więcej, kliknij.

Może pokażę filmik, dobrze? Wydzieram się na nim strasznie, komentatorem sportowym nie zostanę, plus Kuba powiedział, że ogólnie za długi i wybiórczy, ale jeśli cię to nie przeraża, obejrzyj.

Link do filmiku z zawodów Małego Memoriały Bronka Czecha

Trochę przewrotnie użyłam wyrażenia old is gold. I nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale mi tak ładnie pasuje tutaj. Bo to 12 edycja zawodów, a i zawodnicy są od namłodszych do tych bardziej zaawansowanych wiekowo.  To również możliwość spotkania Polaków “starszych” imigracyjnym stażem, kto wie, jakiej historii uda się posłuchać, od kogoś bardziej doświadczonego czegoś dowiedzieć. Docenić.

Medale, towarzystwo, snaki-przysmaki

Zdaniem Pana Kuleczki, który Katastrofę i Pypcia uczył zjeżdżać na nartach, z dobrych rzeczy najlepsze jest dobre towarzystwo. W dobrym towarzystwie wszystko smakuje lepiej. Nie żeby polska kiełbaska czy polskie pączki kiedyś smakowały źle 😉 Dziękujemy sponsorom za przygotowanie takich smakołyków dla uczestników, ach, ach, dobre było, jeszcze się w myślach oblizuję.

Dla naszych chłopaków takie zawody to dobra okazja do poćwiczenia  w miłej atmosferze zdrowej rywalizacji (Dreszczyk jest, będzie medal, będzie? No jest! W końcu ;D!). I Krzysiek i Maciek medale zdobyli, i nagrody rzeczowe też. Jakie to miłe, że każde dziecko coś dostało – szalik w polskich barwach. Cieplutko w sercu. I na szyi.

Dla tych, co nigdy nie zjeżdżali na Mount Seymour, to dobry deal (układ) – w cenie rejestracji na zawody jest całodniowy bilet na wyciągi. Plus sporo darmowych karnetów organizatorzy losują na koniec. I jeszcze możesz na przykład wygrać bilet na polski spektakl, albo uwaga, rejs jachtem. BOMBA!

Tak więc tak, dziękujemy za przygotowanie zawodów i już rezerwujemy sobie termin za rok.

PS. To nie jest post sponsorowany.

Kanada się nada chętnie pisze o wydarzeniach, które są nam bliskie. Odpowiadają naszemu stylowi życia, filozofii, najzwyczajniej w świecie podobają nam się. Jak na przykład radio dla Polaków.

Nie wszystko musi się nam podobać, bo nie wszystko jest dla każdego. Więc nie znajdziesz nas na wielu imprezach polonijnych, ale to nie oznacza,  że ich nie ma. Albo, że są złe. Albo, że nie są dla ciebie. Szukaj, sprawdzaj, angażuj się.

To twoje życie i twoja imigracyjna historia.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

Kanadyjskie góry zimą 2017. Narciarskie zdjęcia

Kolejna porcja zimowych zdjęć. Bo nasze “tu i teraz” to góry i narty, czasem słońce, czasem śnieg…

Jak są kanadyjskie góry zimą 2017, możecie spytać.

I co ja mam napisać? Mało mam doświadczenia z ośrodkami narciarskimi, bo to dopiero drugi sezon na nartach. Całe nasze doświadczenie sprowadza się do  miejsc dla narciarzy i snowboardzistów w Kolumbii Brytyjskiej tylko. Na pytanie: “jakie są?”, mogę napisać: “dobre są!” Zobacz poniższe zdjęcia, a także codziennie dodawaną porcję zimówek na naszym Instagramie. I sam zdecyduj!

Mount Washington położone jest na Wyspie Vancouver. Czy to wada czy raczej zaleta? Wada, bo pewnie będzie drogo, jak we wszystkich odizolowanych miejscach, do których większość rzeczy codziennego użytku i ciągłej potrzeby trzeba dowieźć. Z powodu oddalenia jest drożej, benzyna tak 1.5 raza.

Ale izolacja może też mieć swoje dobre strony: dalej znaczy mniej ludzi dojedzie. Może, ale nie musi. My wybraliśmy się na przedłużony weekendu, myśląc że w piątek to na pewno nie będzie ludzi. Przecież powinni być w pracy, albo przynajmniej w szkole. Jakie było nasze zdziwienie, widząc że na parkingu tłoczno, a i kolejki do wyciagu są.

Tłumy było “robione” przez starszych państwa, którzy już do pracy ani szkoły nie muszą się spieszyć. Muszą za to budzić zazdrość reszty kolejkowiczów, opowiadając jak to w czasie ferii wiosennych jadą na Hałaji, że mają tam kolegę i że zaoszczędzą dzięki niemu na mieszkaniu jakieś 8000 dolcow (omg jakie drogie są Hawaje, co?).

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_4

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_11

Poza miejsami występującym tłumem, Mount Washington Alpine Resort jest całkiem, całkiem. Trzy, w porywach do czterech, wyciągi. Jeden nawet 6-osobowy.

Nie muszę pisać, że na takich wyciągach, to dopiero życie towarzyskie kwitnie. A jakie lekcje angielskiego można pobrać! I wiedzy nabrać o: Kanadzie, premierze, pracy układacza wykładzin, sytuacji w sektorze paliwowym  w Albercie, jak to jest mieć 5 dzieci i wnuczka, kiedy dziecko kanadyjskie jest gotowe na łyżwy, i usłyszeć po chwili, oczywiście, że Polska to piękny kraj.

Lubię wyciągi, a te na górze Washington dają radę.

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_3

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_15

Jest też sporo tras narciarskich, największy do tej pory wybór, z jakiego mogliśmy skorzystać.

Trasy zielone szerokie, niebieskie strome i czarne, nawet podwójnie czarne, czyli one way ticket, śmierć w oczach i siup w dół. I może cię latem odnajdą. Jak śniegi stopnieją…

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_5

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_16

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_14

Cenowo nie oceniamy, bo nie płaciliśmy za bilet (one day pass). W ramach programu współpracy pomiędzy Mount Seymour a Mount Washington mamy dwa bilety wstępu za darmo. Juikajej ? !

Płaciliśmy za hotel w Campbell River 300 CAD za trzy noce. Standard przyzwoity: śniadanie kontynentalne czyli buła i dżem, oraz basen dla dzieci i jacuzzi dla doroslych (pytajcie o hot tub, bo to tutejszy odpowiednik wanny z ciepłymi bąbelkami).

Widoki też przyzwoite, nie wiem czemu, ale myśleliśmy, że z góry jedzie widać wyspę, jak na dłoni. Tak, orły geografii z nas.

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_6

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_10

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_9

Szlak narciarski:  Emerytura! Ochocho….

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_12

A Manning Park?

To był nasz drugi wyjazd do Manning Park. Chcesz przeczytać relację z pierwszego? Znajdziesz tam szczegóły o pobycie w tym narciarskim ośrodku (mniejszy niż Mount Washington)

Trafiła nam się miodzio pogoda.

A resztę dopowiedzą zdjęcia.

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

A jak u Was ferie zimowe? Śniegowo-górskie czy raczej zaciszno-domowe (marzę o takich….)?

więcej śniegowych zdjęć obejrzysz pod tym linkiem


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co jeszcze dla Ciebie napisać!

 

Akcja “Zima w mieście!” Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

Zima, zima, zima trzyma. Cywilizowana w Vancouver czy raczej standardowe “śnieg zaskoczył drogowców”. Przeczytaj jak miasto sobie radzi. A właściwie, jak sobie nie radzi.

Takiej zimy najstarsi Vankuwerczycy nie pamiętają, przynajmniej zdaniem mojej koleżanki Heather, urodzonej w Kelownie, zamieszkałej w Vancouver… w sumie to nie wiem, jak długo. Otóż ta koleżanka twierdzi, że ostatni raz tak śnieżyło 8 lat temu.

Pewna kanadyjska babcia, której imienia nie pamiętam, a której wnuczek chodzi z Maćkiem do preschool, potakuje.

Znaczy zima 2016-2017 ciężka jest. Jak na Vancouver. Bo przy reszcie Kanady może się schować ta zima.

Ale ponieważ każda pliszka swój ogonek chwali, to post będzie o naszej zimie. W mieście. Z deszczem to ona ma niewiele wspólnego, za to dużo ze śniegiem.

Chcę Was zaprosić do zabawy znajdź różnicę. Co różni polską zimę od kanadyjskiej?

Ale nie tylko różnice znajdziesz w poniższym wpisie. Będą też podobieństwa.

To zaczynamy:

#przygotowanie na spodziewane opady śniegu

 

Zima w Vancouver może wydawać się łagodniejsza niż w innych regionach Kanady, ale dyskutowanie o niej i reakcje na nią są takie, jakby zasypało miasto po czubek góry Grouse Mountain.

Po prawdzie nikt nie wrzuca postów na fejsbuku czy nie publikuje zdjęć na instagramie, gdzie od 3 rano łopatką dzielnie odśnieża swoje auto, ale dużo się o zimie w mieście mówi.

Przed pierwszym spodziewanym większym opadem śniegu dostałam trzy emaile ze szkoły i przed-szkoły (preschool) informujące o potencjalnym zamknięciu placówek. Z powodu śniegu oczywiście.

Emaile przyszły w odstępach kilkugodzinnych, a najważniejsze zdanie napisane grubą czcionką brzmiało: NIE DZWONIĆ DO SZKOŁY, KIEDY ZAMKNIĘTA! Tylko dowiadywać się na infoliniach specjalnych, w mediach społecznościowych i słuchając radia. I rzeczywiście od rana na twitterze trwała konferencja pani z odpowiedniego departamentu w ratuszu, która mówiła o śniegu.

Ale, uwaga podobieństwo, niewiele z tego mówienia wynikało. Bo kiedy wszyscy o śniegu mówili, z góry przepraszali za zimowe niedogodności i warunki pogodowe, to w tym czasie nie było już nikogo, kto by śnieg sprzątał.

Co prowadzi nas do następnego punktu:

#odśnieżanie bocznych ulic. A właściwie odśnieżanie w ogóle. Całego miasta

 

Mieszkasz w domu w dzielnicy domków jednorodzinnych? Miasto może mieć problem z odśnieżeniem dojazdu do twojego domu.

A także problem bardziej palący – odbiór śmieci, które potrafią długo zalegać na ulicy. W tym czasie władze Vancouver na swoim fanpage przepraszają za brak odbioru śmieci.

Podczas tych kilku dni, kiedy w Vancouver padał śnieg, miasto nie było odśnieżane. Trudno wywinąć się hasłem: Zima zaskoczyła drogowców, bo, patrz punkt pierwszy, o opadach wiedziano już wcześniej.

 

To, co najbardziej zaskoczyło, to śnieg. A nie deszcz. Bo deszcz już nikogo nie zaskakuje.

 

 

Do tej pory, wysoce regularnie i z prawie 100% pewnością, jak przewidywano śnieg, to padał deszcz. A na deszcz nie trzeba wysyłać piaskarek czy pługów śnieżnych. Nastąpiło więc tak zwane zdziwko. Zima zaskoczyła drogowców.

Podobnie, jak w Polsce, część ludzi na Facebooku pomstowała na nieprzygotowanie miasta. Na błoto pośniegowe zalegające stosami na chodnikach.

Autobusy zmieniły trasy. W jeden taki śnieżny dzień po odstaniu prawie godziny na przystanku autobusowym zrezygnowaliśmy z wycieczki publicznym transportem.

Trochę inaczej niż w Polsce, na Facebooku było słychać też tych, którzy tonowali emocje i mówili: Ludzie wyluzujcie, jest zima, to musi być zimno.

Ta strona obywatelskiej myśli publicznej była nawet głośniejsza. I radośniejsza.

Nikt się nie obrażał na memy przygotowane przez Kanadyjczyków z prowincji centralnych, gdzie zima trwa najmniej miesięcy i jest minus 30 stopniu w słońcu, którzy radzili Vankuwerczykom jak przetrwać te ponure, śniegowo-deszczowe dni. I nie zapaść na depresję. Albo co powiedzieć szefowi, po tym, jak się dwie godziny spóźnisz do pracy.

Tak było jakoś do trzeciej, może czwartej śnieżycy. Bo ostatnie dwa tygodnie przestało być miło. Serio.

Wspomniana wyżej babcia opowiedziała nam na placu zabaw mrożącą krew w żyłach historię.

Któregoś dnia, rano, wybrała się pod remizę nr 14 po piasek. Miasto i straż pożarna zapowiedzieli, że mieszkańcy mogą zgłaszać się po bezpłatny piasek i sól, dzięki którym będą mogli samodzielnie uporać się ze zlodowaciałym śniegiem.

Niestety zasobów było za mało  dla wszystkich. Doszło do przepychanek w kolejce, złożonej głównie z seniorów.

Babcia Masona była poruszona – wyobrażasz to sobie? Wojna o piasek! PIASEK!

Czy władzom zabrakło wyobraźni, że zabraknie soli i piasku? Otóż nie. Co bardziej zapobiegliwi mieszkańcy pobrali ponadprzydziałowe ilości. A potem rozkręcali handelek na craiglist (jak polskie Allegro), sprzedając wiaderko darmowej miejskiej soli za 80CAD.

Ha! Nie wiem, jak ty, ale ja widzę podobieństwo do polskich historyczno-kulurowo-ekonomicznych zachowań 😉

Wisienka na torcie: małe zdjęcie – przepis na miksturę roztapiającą śnieg. Domowe sposoby najlepsze i nie trzeba się przepychać w kolejce po wiaderko piasku!

Ice melt_recipe_Kanada się nada_blog o polekije rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Gotowi na jeszcze trochę? To punkt następny

#jakość śniegu – sprzątanie po psach

Śnieg w Vancouver jest taki, jaki powinien być. Czyli biały i czysty. Przynajmniej zaraz po tym, jak spadnie. I tak, tutaj też rodzice wołają za dziećmi: do not eat yellow snow!

Ale ryzyko, że dzieciak buty przyniesie uwalone niespodzianką po psie, jest bliskie zeru. Zresztą ryzyko jest tak samo niewielkie latem, kiedy nie ma śniegu, ale jest trawa, po której dzieci lubią biegać. Psy też lubią, co się dziwisz.

Ale niespodzianek po sobie nie zostawiają, bo właściciele sprzątają. Normalna sprawa.

 

Chyba tyle. I tak najlepsze z całej zimy w Vancouver jest to, że szybko można z miasta czmychnąć w góry. A tam to już bajka i poezja w jednym. Nie wierzysz? Zajrzyj na nasz instagram po śnieg i słońce.

A dla wszystkich tych, co zimy nie lubią – wygodnego leżenia pod kocem! Ty też leżysz?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Fotograficzne podsumowanie sezonu narciarskiego naszego pierwszego kanadyjskiego w 10 punktach

Zdjęciowe podsumowanie sezonu narciarskiego w Vancouver i 10 wniosków po pierwszych nartach z dziećmi.

10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

  1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
  2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
  3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
  4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
  5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
  6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
  7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
  8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
  9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
  10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

I jeszcze kilka info:

Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek. Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę). Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie). Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych. Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Bye, bye zimo….


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Narty w Manning Park – jakby czas na chwilę stanął i zdziwiony popatrzył na góry

Dobra miejscówka na narty, to co mamy nie polecać ?! Są ciche zdjęcia.

Mało mamy doświadczenia z nartami. Do momentu przyjazdu do Kanady przekonywałam samą siebie, że ja i narty to nie jest najlepsze połączenie. Wiecie już, że zupełnie mi się odmieniło od tego zimowego sezonu, a ilość miejsc i widoków, których doświadczyłam dzięki nartom, przyprawia mnie o zawrót głowy i wielokrotny opad szczęki.

Pięknie jest patrzeć na miasto z okolicznych szczytów, gdy Pacyfik w dole taki malutki się zdaje…

A jeszcze piękniej patrzeć na góry stojące w skupieniu, niewzruszone. Takie jak w Manning Park.

Kilka faktów.

Wyjazd na narty w Manning Park to już jest grubsza sprawa, nie taka sobie wycieczka miejska na Grouse czy Seymour Mt. Manning Park położone jest prawie 3h od Vancouver, więc trzeba przygotować atrakcje podróżne (i jedzenie, nie zapominajmy o jedzeniu !).  Wyciągi położone są w znacznej odległości od cywilizacji (najbliżej do Hope, jest około 50 km), więc warto pomyśleć o noclegu. Sam kompleks narciarski ma ośrodek noclegowy (z basenem) położony przy wjeździe do parku, i autobus dowożący narciarzy na stok. Lodge (budynek hotelowy) i stok położone są w odległości kanadyjskiej, czyli daleko. Ale dzięki temu to co najbardziej widać w Manning Park to góry. Po horyzont.

Wyciągi zasadnicze są dwa, pomarańczowy i niebieski. Oldschoolowe te wyciągi i może dlatego budzą nostalgię? Bo i część schroniskowa wygląda tak, jakby niewiele się zmieniła od czasu kiedy została otwarta. Jest przytulnie, bo nienowocześnie. Na stokach nie ma lamp, więc wyciągi przestają jeździć po 16, obsługa się zwija, samochody odjeżdżają z parkingu. Spokój, cisza.

Niewiele ludzi, co jest naprawdę miłą odmianą.

I jeszcze rozwiązanie bombowe dla rodziców. Przedszkole jest, czyli child mining. I nie jest to przedszkole narciarskie, chociaż można je połączyć z nauką jazdy na nartach. Maciek po dwóch godzinach na deskach miał już serdecznie dość nart, śniegu, więc jeden rzut oka przez szybę na klocki i już wiedział, jak chce spędzić następną godzinę. W przedszkolu. Godzina opieki nad dzieckiem kosztuje 12 CAD (można już takiego 18 miesięcznego zostawić). Miła pani zabawi, klocki pobuduje, górkę narciarską wspólnie narysują. Dla dorosłego taka godzina wystarczy, żeby z trzy razy zjechać z pomarańczowego wyciągu.

Potem można młodzież zabrać na jedzenie (uwaga, drogie frytki), a potem położyć na drzemkę (wygodne szerokie ławy w kawiarni).

I właściwie tyle. Nie skorzystaliśmy z oślej górki (slow ski area), ani ze zjeżdżania na dmuchanych kołach (tubing). Jest więc powód, żeby wrócić 😀

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

Wspomnienie o śniegu w Whistler spisane drżącą ręką kobiety posuniętej w latach (to o mnie)

W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

Whistler_Winter 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

Info praktyczne

Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

Jedziemy do góry jupiiii

I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę. Jeszcze nie byliśmy, ale jak oglądamy smakowite zdjęcia Everyday Routes to nas nosi, żeby pójść w ich ślady.

Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie! A po zdjęcia z lata, wpadnij do Zosi i Rubena.

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 6

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 5

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 3

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 2

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 4

A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015
Śnieg dla wygodnickich

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Mamo, chcę potarzać się w śniegu ! Pierwsze narty i sanki na Mount Seymour

Pierwsze sanki i debiut narciarski na Mount Seymour. Zima trzyma.

Ten wpis będzie o początkach na nartach i sankach, czyli sportach ,do których uprawiania zasadniczo potrzebny jest śnieg. O łyżwach możecie poczytać tu.

A dziś zapraszamy na pokaz zdjęć z naszych pierwszych prób sanko – narciarskich na górze Mount Seymour. Którą latem też polecamy na miłe spacery.

Z górki na pazurki na sankach.

Co roku zimą w internecie krążą zdjęcia pokazujące, jak to dużo śniegu mają w Kanadzie. Zasypane domy, drogi, biało po czubek nosa i więźbę dachową. Oczywiście w Vancouver śnieg stanowi rewelacje prawie taką samą jak lądowanie kosmitów, ale już około godziny jazdy drogą na północ jest go całkiem sporo. W ilościach hurtowych wręcz. Choć nie po dziurki w nosie ;D

Wydaje mi się, że już gdzieś narzekałam na to, że ciężko znaleźć dla dzieci darmowe górki do zjeżdżania na sankach [ach, westchnięcie za górką na Moczydle] w obrębie miasta. Śniegu nie ma w Vancouver, stąd jeśli mamy ochotę na sanki, to trzeba wybrać do któregoś z ośrodków górskich, jednak trzeba się liczyć z tym, że będziemy płacić za zjeżdżane.

I nawet jak kupimy bilet, to nie ma tak, że dziecko może sobie zjeżdżać w dowolnym miejscu, o nie. Są wyznaczone tory ślizgawkowe. Takie zwyczajne, znane nam z Polski zjeżdżanie na sankach (czy to drewnianych, czy plastikowych jak te zielone ciągnięte przez Krzysia na zdjęciu poniżej) , takie sanki na Mount Seymour nosżą nazwę: tobogganing. W innych miejscach można się spotkać jeszcze z nazwą sliding. Bilet kosztuje od 10 do 12 CAD za 2 godziny, można kupić na miejscu sliding carpets czyli cienkie maty do zjeżdżania (ale nie polecam, bo to jest super cienkie i dziecko jest po tym mocno poobijane). Moim zdaniem najlepsze do takiego zjeżdżania są maty styropianowe, które latem można na falach wykorzystać, takie praktyczne, wielozadaniowe są ;D

Innym sposobem na sanki jest snow tubing czyli zjeżdżanie na wielkich pompowanych kołach. Na Seymour można skorzystać z torów dla początkujących i zaawansowanych, oraz nie trzeba taszczyć tego wielkiego koła z powrotem na górę, bo wyciąg jest 🙂 Taka zabawa jest zdecydowanie najdroższą opcją jeśli chodzi o sanki, ale sądząc po minach dzieci ( i wielu dorosłych) warto chociaż raz spróbować.

Sanki zaliczone, to może spróbujemy desek?

Nartom poświęcę osobny wpis, bo awansowały na główny sport zimowy tego sezonu i sporo jest do napisania. Na razie więc dzielę się tylko zdjęciami z pierwszego wyjścia na stok. Debiut Krzyśka (8 lat) i Maćka (prawie 4 lata) udał się nad podziw. Chłopakom bardzo bardzo się podobało, zostaliśmy aż do zapadnięcia zmroku, nie do wiary, jak przyjemnie ( i nietłoczono) jest na nartostradach nocą. Maciek najchętniej zjeżdżał między nartami Kuby, chociaż jak się go postawiło na mini górce, to w dół ochoczo pomknął. Krzyśkowi przyswojenie podstaw poszło nadspodziewanie dobrze, że aż za bardzo chojrakował i się wyrywał na trudniejsze trasy. Wbrew tytułowi, w śniegu się nie tarzał 😉

Dzienny bilet dla Krzyśka to około 20 dolarów, dla dorosłego 50 dolarów, Maciek jeździ na Seymour za free. Wypożyczenie sprzętu to koszt około 30 dolarów.

i jeszcze zdjęcia

1 2

zima trzyma 2015

 

Na Seymour można uprawiać jeszcze np snowshowing, czyli chodzenie na rakietach śnieźnych, o czym napiszę przy kolejnej okazji. Na rakietach można pójść np na Psią Górę, po sąsiedzku położoną przy Mount Seymour (szlak zaczyna się od tego samego parkingu).

Więcej zdjęć i opisów wkrótce, słowo daję !

tymczasem miłego zimowego dnia