#kasiaikod czyli każdy chce być programistą + nie dostałam pracy w kanadyjskim startupie

Wpis z cyklu Kasia i kod, czyli co robię, jak nie piszę o Kanadzie.

Ja też chcę być programistką. Wciąż 😉

To nie jest typowy wpis podsumowujący, bo nie znajdziesz tu listy porażek i sukcesów, a także refleksji, jak wyciągniętą z (nie)powodzeń naukę wykorzystam w 2018.

Trochę o nieudawaniu się będzie. I trochę o planach.

rok 2017 zaczęłam z hasłem: rok-krok w stronę IT

 

Planowałam pisać o tym regularnie. Napisałam 3 teksty.

Po drodze więcej było kroków w bok niż rzeczywiście planu.

Ale nie będę się zadręczać, że wyszło jak wyszło, najwyraźniej nie wiedziałam, czego chcę i dlatego poszło to w takim kierunku. Rozdrobniło się, wsiąkło, uciekło.

Przejrzałam tak wiele tutoriali, że nie dam rady ich wymienić. A na blogu o Kanadzie niepotrzebna taka wiedza.

Kibicowałam wielu dziewczynom, które postanowiły zostać programistkami i założyły blogi. Grupy wsparcia, wyzwania, linki do bezpłatnych albo bardzo tanich kursów, wszystko to wirowało wokół mnie, powodując mętlik i zniechęcając.

niby wiedziałam, czego chcę, ale tak na prawdę, to nie wiedziałam

 

Chciałam umieć programować, żeby móc pracować zdalnie.

Chciałam uniezależnić siebie od kraju zamieszkania i wymagań formalnych dotyczących zawodu. Chciałam ogarniać chłopaków, bo model rodziny, gdzie Kuba pracuje od 9:00 do 20:00, a ja do 17:00-18:00 mi nie odpowiada. Wiem, bo przerabiałam. Kiedy pracowałam dla Accenture Canada, Krzysiek i Maciek mocno to odczuwali. Nie chcę więcej.

Jednocześnie w 2017 szukałam pracy na pół etatu, w mniejszym wymiarze, na miejscu, w Kanadzie, poświęciłam sporo czasu, żeby poprawić swój profil na LinkedIn. Wyszukiwałam oferty w małych firmach, mając nadzieję, że są bardziej elastyczne i nawet jeśli nie zostanę programistą, to kimś zostanę.

Myślałam, że działając dwutorowo, zabezpieczam się.

złożyłam aplikację na stanowisko Support Coach w kanadyjskim startupie Unbounce

 

W Unbounce rozwijają aplikację do tworzenia stron typu landing page (rodzaj strony internetowej, która ma zachęcić odwiedzającego do konkretnego działania: zakupu, zapisania się na listę emailową, ściągnięcia e-booka).

W ramach rekrutacji miałam stworzyć własną landing page.

Zbudowałam stronę korzystając z aplikacji Unbounce i nadałam jej styl, używając HTML i CSS.

Przeszłam pierwszy etap rozmowy kwalifikacyjnej.

Pracy nie dostałam*

*jeśli chcesz wiedzieć, o co mnie pytali i jak się przygotowywałam do rozmowy, daj znać.

I tak, byłam smutna i przygnębiona, i jesień wcale nie pomagała. Ponownie się pogubiłam i ponownie się wkurzałam, bo koniec roku nadchodził, a ja nadal nie wiem, czego chcę i w którą stronę pójść.

nauka programowania nie szła mi w ogóle, bo miałam wrażenie, że jestem na etapie kopiuj-wklej i sama nie mogę się z niego wygrzebać.

 

Wiele razy usłyszałam: będzie dużo upadków i niepowodzeń. Więc nie pytaj się, kiedy skończysz, tylko zacznij. I zacznij znowu. I jeszcze raz.

Nie zliczę, ile razy zaczynałam. To wie chyba tylko mój kalendarz, a i tak nie najlepiej, bo wyrywam kartki z niego, jak się wkurzę.

W szeroko rozumianym temacie: chcę się nauczyć programowania, mam rozgrzebane trzy kierunki: Web-Design, Web-Developer i WordPress Developer.

Wiem, powinnam skończyć najpierw jeden, ale co tylko oglądam jakiś tutorial, zaraz bym chciała w praktyce wykorzystywać np. funkcjonalność wtyczki, jej wygląd.

I tak sięgam sobie to tu, to tam, wyciągając po kawałku i załamując ręce, że nie wygląda to ładnie.

Bo zbudowanie strony dla kogoś to nie tylko jej zakodowanie.

To wymyślenie jej funkcji, wyglądu, reakcji z czytelnikami. Wszystkiego trochę, i UX, i UI, i web design, i  deweloperka, i content marketing, i sama jeszcze nie wiem, co.

Dużo tego. Za dużo do ogarnięcia na jedną taką, całkiem zwyczajną trzydziestokilkulatkę, która chce coś robić na komputerze.

Chcę, żeby 2018 wyglądał trochę inaczej.

Cały czas się uczę i nigdy nie przestanę, ale nie stawiam sobie już celu: znać Java Script na takim i owakim poziomie.

mój cel to: zrobić stronę dla kogoś. Taką, jaką ktoś chce. Żeby mu się podobała.

 

Pisać o konkretnych projektach i czego się na ich podstawie uczę.

Będzie szło wolno. Jak to w wielu przypadkach bywa, plany sobie, życie sobie.

Ale nie o to chodzi.

Na pewno będę cały czas czytać, co inni robią, i uczyć się na ich przykładach.

Podglądać dziewczyny, matki, które już prowadzą własne biznesy w oparciu o umiejętności programistyczne.

Trochę już takich przykładów dobrych praktyk znam i pisałam o nich w pierwszej połowie roku.

I będę pisać o tym, jak co robię. Ale już nie na blogu kanadyjskim.

do ćwiczenia będzie inna strona, inny blog.

 

Już wkrótce. Będę tam pisać o tworzeniu motywu w WordPressie, kodowaniu strony internetowej, podstawach wyglądu strony.  Jak ja się tego uczę i jak to testuję.  Może zauważyłeś, że na Kanada się nada przybyła cała strona poświęcona Polskim Babskim Spotkaniom? To jest właśnie przykład mojej nauki.

Blog Kanada się nada jest (z)budowany przeze mnie na zupełnie darmowych elementach. Płatny motyw rozwiązałby wiele rzeczy, ale jednocześnie nie nauczyłabym się tak wiele, rozgryzając, dlaczego nie działa i nie wygląda, tak jak bym chciała.

Chcę to wszystko ogarniać. Małymi kroczkami, ale wszystko: design, deweloperkę, przekłuwanie tego w swój biznes.

Będzie i trochę Photoshopa, i pisanie motywu WordPressa z wykorzystaniem underscores, i testowanie płatnych rozwiązań: Divi oraz Genesis Framework.

Jestem mądrzejsza niż w zeszłym roku w styczniu. I za to jestem sobie wdzięczna.

Dam Ci znać, jak nowy blog się pojawi, tylko zostaw mi do siebie kontakt.

 

PS. Zawsze się podśmiewywałam z akcji w rodzaju “nowy rok=nowa ja”, a tu proszę, kupiłam sobie pierwszą w życiu szminkę. I pierwszy raz od 35 lat będę malować usta. A co! Rytualnie i na okrągło. I na różowo. Siuuuuu!

A Ty co robisz? Napisz w komentarzu, jak Ci minął 2017 i zaczął się 2018. I czy malujesz usta? 😉

 

Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development

Post-wyznanie o tym, jak mi idzie wyzwanie rok-krok stronę IT. Idzie średnio, wolniej niż bym chciała.

Nie, nie zarzuciłam nauki, jak budować strony internetowe. Nie, nie zalało mi klawiatury syropem klonowym.

A jednak nie pisałam o mojej nauce już trzy miesiące, więc ci z was, którzy śledzili poprzednie wpisy, mogli pomyśleć, że to the end. Dead end w temacie.

Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development przeminął cicho, z kilkoma zrywami

 

Rzeczywiście trochę tak było, że początkowy entuzjazm związany z nowością, lekko przygasł. Mimo całego wora motywacji zewnętrznej (a może właśnie dlatego, że zewnętrznej, a nie wypływającej bardziej ode mnie), pod koniec marca mój słomiany zapał już tylko tlił się.

Życie też zweryfikowało mi ilość czasu, jaką mogę poświęcić obecnie na naukę. I nie jest to tak dużo jak bym chciała. Dla jasności: nie uważam, że inni mają więcej czasu, albo są lepiej ogarnięci i stąd im wychodzi, a mnie nie. Wiem, że każdy ma do dyspozycji tyle samo czasu w ciągu dnia.

Zauważyłam przez te kilka ostatnich miesięcy, że niestety uczenie się w blokach krótszych niż 2-3 godzinne, nie przekłada się u mnie na zwiększenie wiedzy z programowania. Niby wiadomo, żeby robić coś metodą małych kroczków, a nie od razu rzucać się na wielkie projekty. Łatwiej zjeść słonia po kawałku, ale za to przeżuwać codziennie 😉

Teoria teorią. W rzeczywistości, mimo że codziennie myślałam o nauce, to się codziennie nie uczyłam. [przypomina mi się czerstwe: “- Jasiu nauczyłeś się na klasówkę? -Uczyłem się, prze pani, uczyłem….- Ale czy się nauczyłeś Jasiu?” Opad kurtyny.]

Jeśli opuszczałam jakiś dzień-dwa, albo, o zgrozo, weekend, to wtedy samo wrócenie do materiału już przerobionego, zajmowało mi sporo czasu. W efekcie niby uczyłam się więcej i więcej, ale wciąż umiem tyle samo. Niewiele.

Mam wrażenie, że znam jakieś fragmenty układanki, kształty odróżniam, ale całościowego obrazka wciąż nie widzę. Nie pomaga mi ogrom wiadomości dostępnych w internecie. Co więcej, wiem, że tyle informacji przeszkadza. Rozpraszam się na coraz to nowe blogi, teksty o programowanie, sprawdzanie narzędzi z  otrzymanych newsletterów.

[Rozpraszaczy mam też rzecz jasna całe mnóstwo innych, zupełnie z programowaniem niezwiązanych. Żebyście nie myśleli, że Kate to cyborg, czy co. Normalnie oglądam seriale (“Anne” już dostępna w Polsce!), normalnie książki czytam, także inne niż o rozwoju osobistym i biznesu, normalnie fejsa skroluję. Tak mam. Co nie przeszkadza mi być wierną wyznawczynią Pani swojego czasu. ]

kasiaikod_trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Ad rem. Podczas tych  trzech miesięcy wiele razy odpuściłam naukę z powodu: o raju, to gdzie ja skończyłam? co robiłam ostatnio? Zanim przypomniałam sobie, to co umiem, żeby na tej bazie budować nową wiedzę, mijało moje okienko czasowe.

Możliwe, że to wymówka marna. Że wystarczyłoby odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile ważna jest w tym momencie dla mnie nauka, żeby znaleźć czas właśnie na to. A nie na coś innego. Jednak okazało się, że to coś innego było podczas tych trzech miesięcy ważniejsze.

Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web developmentu – wynik: 1:0 dla nauki dziecka

 

Przede wszystkim upadł mój plan, żeby uczyć się rano. Nadal budzę się najwcześniej z całej rodziny, ale teraz większość poranków spędzam z Krzysiem. Uczymy się języka polskiego oraz wiedzy o Polsce. Krzyś ma egzamin kończący czwartą klasę w sierpniu. Zauważyłam, że uczenie się z nim rano daje dużo lepsze efekty, niż szukanie takiej możliwości po południu, po jego powrocie ze szkoły i zajęć dodatkowych.

Nie jestem nauczycielem, więc dopiero uczę się, jak uczyć. Planuję napisać o tym osobny post, bo w tym momencie nauczanie domowe chłopaków pochłania większość mojego czasu.

Po tych wszystkich sesjach jestem zmęczona i ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, jest jeszcze nauka samodzielna.

Odpuszczam.


Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development – wynik: 2:0 dla blogowania

 

W ciągu tygodnia roboczego mam czas 4 razy  – to 3 godziny, kiedy Maciek jest w przedszkolu. Te godziny powinny być moim sprzymierzeńcem, jednak znowu okazało się, że przebranżowienie nie było dla mnie aż tak ważne czy pociągające, żeby wygrać z chęcią pisania.

W grudniu 2016 myślałam o tym, że skoro lubię grzebać w “bebechach” bloga, to naturalną kolejnością rzeczy będzie nauczenie się, jak to robić kompleksowo. Założyłam, że skoro to dla bloga i będę się uczyć w czasie przeznaczonym na blogowanie, to będę mieć podobną satysfakcję, jaką odczuwam, kiedy piszę. Okazało się, że jednak nie.

Pisanie artykułów na bloga, a pisanie kodu, nie dają mi poczucia zadowolenia w ten sam sposób. Odkrycie tej, pewnie dla wielu oczywistej, prawdy, też zmieniło mój tok myślenia. Pozwoliłam sobie na czas nie chce mi się kodować, bo wolę pisać. Stałam się spokojniejsza, odkąd postanowiłam, że nie muszę wyrzekać się jednego w imię drugiego. Po prostu to drugie zabierze mi więcej czasu.


Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development – wynik 3:0 dla życia

Wyganiało mnie na dwór w weekendy na wiosnę (jaką wiosnę, hę? Mamy 1. czerwca, a Maciek poszedł do przedszkola w kurtce). Czy ty też tak masz, że ładna pogoda przeszkadza w pracy zamiast pomagać? U mnie zaraz włącza się tryb: outdoor time, ewentualnie gapię się przez okno na góry.

Mam wiele takich krótkich 20-30 minutowych okienek czasowych, kiedy się chłopaki zajmą sobą, albo oglądają bajki, ale wtedy najczęściej sięgam po książkę. Z dwóch powodów:

  1. nie muszę się aż tak intelektualnie wysilać, żeby zacząć, gdzie skończyłam (ach, ten mózgowy wysiłek ;));
  2. a po drugie, jak młodzi zobaczą mnie z książką, to nie ma błagania o tablet. Kiedy widzą mnie z komputerem, automatycznie jest prośba o granie. Rodzic daje przykład, i jak ja czytam, to sami też sięgają po książki.

Wakacje planuję. Bo będziemy w Polsce, bo rok 2017 to dziesiąte urodziny Krzysia, piąte urodziny Maćka i nasza 11. rocznica ślubu. Chcemy zrobić coś wyjątkowego. Małego, ale naszego.  Wspólne kilka godzin z Kubą, spa z przyjaciółką, jedna-dwie wycieczki tylko ja i Krzyś. Być może świętowanie w Legolandzie (ktoś był i poleci, jak to zorganizować?).

Planowanie życia przejada mi czas na naukę. Tak.


Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development – co zrobiłam?

 

Kilkakrotnie podczas tego kwartału brałam udział w darmowych warsztatach z HTML, CCS i JavaScript, organizowanych  przez dwie instytucje: RED Academy oraz Lighthouse Lab.

#HTML500 means all day of coding with 500 people! That’s so exciting!!! Thanks @lighthouse_labs . Dzień off czyli #kasiaikod. Jedna z największych imprez w Kanadzie dla każdego, kto chce się nauczyć programować. ❤?❤?❤⌨❤ #vancouverbc #womenintech #womenpower #vancouverblogger #programowanie #canada_true #kasiaikod #learntocode #vancouver

Post udostępniony przez by Kasia Kate Jeziorska (@kanada_sie_nada)

Niestety ponownie przekonałam się, że takie jednorazowe zrywy niewiele dają. Bo zanim odświeżę sobie podstawy, prowadzący są już daleko w temacie. Pozostawiają wrażenie niedosytu. Dodatkowo byłam później wkurzona na rodzinę, że czas mi zabiera, kiedy ja chcę moja energię pospotkaniową przekuć w dalszą naukę.

Jeśli wybierasz się na takie spotkania w swoim mieście, mam dla ciebie jedną radę – wybieraj te całodniowe. I takie, gdzie są mentorzy. Praca jeden-na-jeden daje dużo więcej niż gapienie się na prowadzącego i przepisywanie jego kodu do swojego laptopa.

Po tych spotkaniach zostały mi trzy rozgrzebane strony: “o mnie”. Hmmm….

Mimo tego, wciąż pracuję i “dłubię” w kodzie. Zauważyliście, że blog ma nieco inny wygląd? Ostatni darmowy motyw na WordPress mi sie wysypał, więc kilka tygodni temu ściągnęłam inny, również darmowy. Wciąż go ustawiam pod swoje potrzeby.

Poza tym pracuję nad stroną lądowania dla Polskich Babskich Spotkań, tak, żeby mógł się pojawić na niej formularz zapisu (w tej chwili obsługiwany przez program wysyłający newsletter) oraz kalendarz najbliższych spotkań.

Nowa strona Zamostowa wciąż jest w fazie… koncepcyjnej. Kurtyna.


Mniej nauki nie oznacza braku nauki. Tego też się nauczyłam podczas tych trzech miesięcy.

Także wiecie, do przodu.

Wszystkiego najlepszego na Dzień Dziecka.

PS. Na FB ruszyła ciekawa grupa i wyzwanie: Programuj dziewczyno! Być może to coś dla ciebie? Ja będę obserwować, jak tylko przerobimy z Krzyśkiem uniwersalizm średniowieczny oraz rolę podgrodzia (omg!) i będzie czas. Eh.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Wpis w 1/3 kanadyjski, czyli Share Week 2017

Dzisiaj o blogerach polecanych przeze mnie, czyli kandadyjski Share Week 2017. Taka sprawa: blogerzy polecaja blogerów. Miłe, c’nie?

To będzie notka o akcji wymyślonej przez blogera (łamane na: youtubera, łamane na: podkastera) Andrzeja Tucholskiego z bloga andrzej tucholski.pl.

Zabawa (chociaż poważna) polega na promowaniu internetowych twórców przez innych internetowych twórców. Fajne, co?Jak chcesz tylko o Kanadzie, to będzie zaraz na początku wpisu. Ale jak doczytasz dalej, to będzie jeszcze o ważnych pytaniach i przyszłości zawodowej.

To skoro zasady jasne, przystępuję do przedstawienia Cię moich trzech blogowych nominacji na ( w 1/3) kanadyjskie na Share Week 2017. Kolejność jest bez znaczenia.

 

Po pierwsze primo, uwaga, werble, wielkie zaskoczenie….. hehehe…. Monika i Oh Kanada !

No proszę Cię, zero zaskoczenia, prawda? Każdy kto interesuje się tematyką kanadyjskiego lajfstajlu musiał kiedyś wpaść na bloga Moniki. I jak tam wpadł, to jak śliwka w kompot, bo u Moniki jest jak w długiej opowieści o życiu dobrej znajomej w Kanadzie. Plus masa przydatnych linków i wskazówek!

Jeśli chodzi o kanadyjską blogosferę by Polacy, to Monika robi internety na maksa.

No i jej grupa na Facebooku to must-see-must-read przed wyprowadzką do Kanady.

I zdjęcia. Bo Monika jest fotografem. Więc jeśli szukasz Kanady na zdjęciach, zacznij tutaj. Znajdziesz zdjęcia takie, że tylko czekać, aż Monika wyda przewodnik.

Jesteśmy w tym samym wieku, a życie mamy zupełnie różne. I blogi różne, choć o tym samy kraju. (Wiem, banalnie brzmi, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy)

Monika, dziękuję Ci!


Po drugie primo, Agnes, też mieszkająca poza Polską i jej blog o ogarnianiu życia: Agnes on the cloud.

logo_Agnesonthecloud_blog_shareweek2017Co ja zrobię, że uwielbiam jej posty, wszystkie poruszające, wszystkie mocne i wszystkie chętnie przytulę jak już będą wydane jako książka (miękka okładka, format kieszonkowo-torebkowy, rysunki delikatną kreską, piórkiem może?)

Czasem łapię się na myśleniu, jak to jest w ogóle możliwe, tak celnie i giętko opisać, co w głowie siedzi, czujesz, że siedzi, a nie wiesz, o co chodzi.

Aga wie, o co chodzi.

I jak nikt przypomina mi, że muszę nasze chłopaki nauczyć pięknie języka polskiego – dobre słowa, zgrabne zdania, minimum tekstu przy maksimum treści.

Pięknie pisze, a ja lubię ją czytać.

Aga, dziękuję Ci!


I po trzecie primo, Żaneta czyli programistka-blogerka-matka i blog Nettecode.pl

Żaneta pisze o tym, jak zacząć programować. Czyli coś, co obecna tutaj Kasia Kate chce i lubi czytać, a potem korzystać z całego bogactwa linków i dobrych praktyk. I się uczyć, uczyć, uczyć. Nie ma wcale tak wiele blogów o początkach programowania po polsku. A tych pisanych przez dziewczynę jest jeszcze mniej.

Mam nadzieję kiedyś zrozumieć wszystko, o czym Żaneta pisze.  Na razie korzystam z postów dla zupełnych świeżaków, plus na drugim blogu Nettelog podglądam sposoby na produktywość i zarządzanie zadaniami/czasem.

Żaneta moderuje też grupę na Facebooku dla początkujących programistów, gdzie nie znajdziesz kąśliwych uwag co do kodu, a życzliwe rady starszych stażem (to nie takie oczywiste na facebookowych grupach, niestety).

Żaneta, dziękuję Ci!


Jest bardzo dużo blogów, które czytam i nawet ze trzy kanały youtubowe, które śledzę. Dlatego wszystkim tym internetowym twórcom razem i każdemu z osobna posyłam z Vancouver wielkie DZIĘKUJĘ.

Za treści, za rozrywkę, za wiadomości. Że Wam się chce blogować, vlogować i dzielić się!

Osobne ogromne uściski dla Kasi z bloga Mama w UK, która tak miło napisała o Kanada się nada.

A ty kogo czytasz/oglądasz/polecasz?

Drugi miesiąc nauki web development

Luty był krótki i taki se. Zamiast progres był regres, ale trochę wiedzy mi przybyło. A zwłaszcza linków i przesłuchanych materiałów.

Drugi miesiąc, krótki z natury, lutowy, podsumuję krótko: regres.
Myślałam, że będąc “na fali”, czyli jeszcze mocno podekscytowana początkiem, zaczynaniem, tym, że, o dziwo, rozumiem, o co chodzi, że będąc w takim stanie, lutowa nauka pójdzie mi jak z płatka!
No i zgadnijcie co?
Nie poszła!
Małe przypomnienie: pierwszy raz czytasz o moim programowaniu? Zaczniij od posta o pierwszym miesiącu.

Drugi miesiąc samodzielnej nauki web development zaczął się od skoku w bok. Prosto w objęcia WordPressa.

WordPress to system budowania strony/sklepu internetowego/bloga, który pozwala na zarządzanie treścią. Po angielsku CMS czyli Content Management System.

Może to nie taka znowu straszna ta zdrada “czystego kodowania” czy też front-endowania, bo 25% wszystkich stron internetowych na świecie jest postawionych na silniku WordPressa. Takie tuzy, na przykład, jak The New Yorker, Fortune.com czy Reuters.com. Więc WordPress nie jest byle kim (czym). Blog Kanada się nada też stoi na WordPressie.

Poświęciłam część weekendowego wolnego czasu na pogłębienie swojej znajomości z panem WordPressem. I to z tym .com, jak i .org

Rezultatem są zabawy na stronach z domeną WordPress.com

i tak, wiedziałam, że WordPress.com jest niedoskonały i daje małą kontrolę nad treścią (i wciska reklamy), ale uważam, że jeśli ktoś chce zacząć przygodę z blogowaniem bezkosztowo i w miarę łatwy technicznie sposób, to może go rozważyć.

Krótki kurs o WordPress.com znajdziesz na lynda.com (płatny i po angielsku). Również tam jest kurs 6-godzinny: WordPress Essential Training o podstawach.

Dla mnie był to również czas na zgłębianie tematu motywu potomnego (child motive) oraz sprawdzenie, na ile w obu wordpresach możliwe są zmiany wyglądu poprzez nadpisywanie swojego kodu.

Z początkiem roku weszła aktualizacja systemu. I chociaż dwa blogi postawiłam na WordPress.org bez konieczności znania kodu, to teraz chcę mieć pełną kontrolę nad stroną i moc zmienić wszystko.

PS. Gdzieś wyczytałam, że w niektórych ogłoszeniach o pracę dla junior front-end developera wymagają znajomości wordpressa, więc wiesz, nie ma tego złego….

W marcu do WordPressa na pewno wrócę, przypomnę sobie kwestie instalacyjne na naszym hostingu oraz na localhost. Do tej poru robił to Kuba, a ja chcę również o tym mieć jako taki pojęcie. Celem jest postawienie nowej strony.  Powiem Wam, że to zaplecze nie jest wcale proste do ogarnięcia.  Zrobiłam sobie więc w lutym stronkę do ćwiczeń.

Poza tym chcę jeszcze publicznie podziękować Kasi z bloga kasialaeszczyk.pl, która poopowiadała mi trochę podczas spotkania na Skype. O swoich początkach w biznesie wordpressowo-webowym. Kasia zasugerował też skorzystanie z innej wtyczki na stronie Kontakt (napiszcie, czy działa) oraz innego hostingu niż home.pl ( który jest bardzo drogi). Kasiu, jeśli to czytasz, dziękuję Ci !

 


Lutowa przygoda z panem Rzemykiem

Kursy i tutoriale o Bootstrap. To framework do budowania stron.

Tak, jak pisałam w podsumowaniu pierwszego miesiąca, pod koniec stycznia doszłam do takiego momentu, że prowadzący darmowe kursy w sieci zaczęli pisać strony z wykorzystaniem właśnie Bootstrapa.
Nazwa niezmiernie radowała chłopaków, bo Bootstrap (Rzemyk, ciekawe, czy to słowo jest jeszcze w użyciu) to jedna z postaci w “Piratach z Karaibów”. Ach ci faceci….

W jednym z kursów prowadzący pisał stronę koszernego bistro. Tak paskudną wizualnie, że aż przykro mi się oglądało i co tu kryć, nauka szła ciężej.

Ja wiem, że na tym etapie kwestie techniczne są najważniejsze i nie ma co tracić czasu na szukanie idealnych obrazków czy połączeń kolorów, bo to jeden z rozpraszaczy i pożeraczy czasu (jeden z błędów popełnianych przez początkujących webmasterów – post na blogu devcorner.pl). Powiem tak: uczenie się czegoś, co jest brzydkie, jest trudne i nudne. (Chociaż akurat sam Bootstrap w nowoczesny sposób zmienia styl strony). I tak, wiem, że piękno i brzydota to pojęcia względne.

Dlatego sięgnęłam po inne, niż na coursera.org, kursy pisania strony w oparciu o Bootstrap.

Słuchałam kursu Bootstrap Essential Training, ale gdzieś w połowie zorientowałam się, że dotyczy wersji 3, a w użyciu jest już wersja 4. Wniosek nasuwa się sam: szukaj materiałów najświeższych lub przynajmniej niedawno aktualizowanych.

Zrobiłam również (ale już w marcu) moduł na codeacademy.com: Make a website, drugi krok po dostępnych tam kursach HTMLa i CCSa. Bardzo prosty i przez to dobrze utrwalający podstawy, polecam.

Teraz, w marcu, podczas czynności innych niż nauka, znowu słucham filmików. Tym razem kurs o Bootstrap na Udemy.com. Podczas pisania szukałam też odpowiedzi  na www.w3schools.com. Trochę tam jest o Bootstrapie i o  jego elementach składowych.

Ktoś może zapytać, ej Kaśka po co Ci tyle słuchania, weź pokaż stronę. A ja na to, że mimo że kursy są na ten sam temat, to nie są takie same. I z każdego robię sobie notatki, kiedy trafię na informację mi nieznaną.

I tak, stronę już sobie zakodowałam, ale jeszcze Wam jej nie pokażę. (Chociaż sneak peak był w tym filmiku). Jeszcze nad nią popracuję. Muszę również zorientować się, gdzie ją umieścić, żeby można było ją zobaczyć.

 

Ładne/brzydkie strony

Wracając do estetyki i funkcjonalności, zaczęłam w lutym szukać materiałów o wyglądzie strony, web-designie, podstawowych pojęciach, schematach. Bo przecież są dobre praktyki i standardy, prawda? Słuchałam kursu Design Aesthetics.

Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale mam wrażenie, że dość lekceważąco traktuje się osóby, które kodują w oparciu o Bootstrapa. Że korzystają z gotowca, że wszystkie strony internetowe wyglądają potem tak samo.

Nawet jeśli, to od czegoś trzeba zacząć 😉 I nawet są zbiory, gdzie można pościągać strony zakodowane przy pomocy Bootstrapa.

Podsumowanie

Myślałam, że zrobię więcej. Szczególnie frustrujące, kiedy się patrzy wstecz na cały miesiąc pracy, którą prowadzący filmiki proponują zrobić w tydzień. Ale trudno, taki urok mamy opiekującej się dzieckiem w domu.

Przyznam się jeszcze do czegoś, chociaż może będą heheszki – nie umiem pisać bezwzrokowo. Miałam jedno nieudane podejście do Mistrza Klawiatury. Teraz postanowiłam, że się nie dam i ćwiczę. Pisanie postów, pisanie emaili, ogólnie pisanie przeciąga się przez to straaasznie. I stąd tak mało treści jest.

W lutym udało mi się trzy razy wstać wcześniej. Bozsz, nie wiem nawet po co to napisałam, przecież to pełna kompromitacja.

Staram się, żeby te najtrudniejsze rzeczy, pisanie kodu, robić w czasie, kiedy nie ma chłopaków. W czasie dodatkowym, na przykład podczas gotowania czy wracania z Maćkiem rowerem z zajęć, słucham filmików (nie widzę kodu, ale to nic, jak czuję, że rozumiem, to jest ok).

Nie byłam na zaplanowanych, techniczno-kobiecych, lutowych spotkaniach w Vancouver. Raz pokonał mnie śnieg, raz niedomaganie. Hmm…..

Ale za to w marcu przystąpiłam do wyzwania Pani Swojego Czasu i będę wyrabiać lepsze nawyki związane z programowaniem. Znowu.

Publicznie się zobowiązałam, to muszę. Wraz z Kasią, koleżanką z Kanady, meldujemy codziennie na fanpage Kasia i kod, jak nam idzie.
Możesz nas wyszukać pod hashtagiem: #kasiaikod oraz #wyzwaniepsc.

Marzec to WordPress.com, wizyta rodziców i początek JavaScript. AAAAAAAA

Serdeczności!

Pierwszy miesiąc nauki web development

Wiesz już z tego wpisu, że 2017 to mój rok- krok w stronę IT. A konkretnie zdobycie umiejętności junior front-end developera. Wpisałam taki tytuł, ale jeszcze nie do końca wiem, czy to jest to, co chcę robić. Od czegoś trzeba jednak zacząć…

Uchuchu, już mi skóra cierpnie. Boję się. I trochę mam lenia. Ale będę walczyć z nim.

Zapytałam na FB, czy pisać na ten temat. Nie spodziewałam się takiego odzewu 🙂 Co jakiś czas będę zatem publikować krótki stan moich postępów. To też zabieg motywacyjny – muszę coś robić, żeby mieć o czym tutaj napisać, hehe.


Ponieważ temat przebranżowienia się odbiega nieco od standardowej tematyki naszego bloga, postanowiłam wyróżnić te posty nieco inną grafiką.

(A przy okazji. Nie poradzę. Dziś róż i już! W domu trzech facetów, tylko dresy i dżinsy, to sobie chociaż tak odbiję. Myślisz, że wyrosnę z tego?)


Ok, to teraz mięsko, czyli jak wyglądał:

Pierwszy miesiąc samodzielnej nauki zawodu Front-End Web Developer

Zaczynanie, zaczynanie, zaczynanie…

Wszyscy mówią: po prostu zacznij. Zrób pierwszy krok, bo od niego zaczyna się każda podróż. Nie przeczę, rada jak najbardziej słuszna. Ale co, jeśli nawet nie wiem, jak zacząć, gdzie zacząć, od czego zacząć?

2 lata temu po prostu weszłam w link do coursera.org, zobaczyłam kurs: Python for everybody i zapisałam się, i przez kilka tygodni uczyłam się według filmików instruktażowych. Ja go nie skończyłam, ale znam takich, co skończyli. Więc się da!

Teraz jest mi trudniej. Chociaż łatwiej też, w pewnym sensie.

Sposobów na rozpoczęcie nauki jest tak dużo, a większość z nich na wyciągnięcie ręki.

W samym Vancouver chyba ze trzy instytucje oferują IT bootcamps, czyli intensywne szkolenia całodniowe, trwające po kilka tygodni, gdzie poprzez praktykę nabędziesz niezbędną wiedzę. Poza tym dostępne są kursy w collegach, na uniwerkach, czyli standardowa akademicka ścieżka do zdobycia tytułu Master of Computer Science. I w końcu ogrom wiedzy w internecie, często za darmo, lub za grosze.

Jak się w tym nie pogubić? Niełatwo.


Strony i kursy, od których zaczęłam naukę

Ja najpierw przejrzałam bloga Żanety. Dziewczyna-blogerka-matka-programistka, kto, jak nie ona zrozumie drugą dziewczynę, też blogerkę, też matkę, i, mam nadzieję, programistę in spe? Żaneta ma całą serię postów, jak zacząć programowanie.

Rzeczy z listy “do zrobienia” w pierwszym miesiącu mojej nauki:

  • Zarejestrować się na codepen.io i tam próbować pisać kod.

Konto założone, coś tam już poklikałam. To jest takie miejsce w sieci, gdzie piszesz i od razu widzisz, jak to wygląda. Nie trzeba instalować nic na komputerze.

Któreś soboty przekonałam się jednak, co to znaczy to słynne zawołanie informatyków: No jak to nie działa?! U mnie działa! Na codepen.io nie wyświetliło mi się poprawne formatowanie, a po zapisaniu kodu w edytorze już tak. Hm…

Zapisałam się. Można tam robić króciutkie ćwiczenia, których rezultat od razu widzisz na stronie. Nie trzeba instalować żadnych konsoli (jeszcze nie wiem, co to takiego), ani edytorów tekstów.

Na codeacademy.com zrobiłam podstawowy kurs HTMLa i CSSa, na freecodecamp zrobiłam ćwiczenia i doszłam do momentu, kiedy czas już pisać stronę.

Nie wiem jeszcze nic o JavaScript, chociaż na freecodecamp były ćwiczenia z jQuery. Ale nie powiem, żebym wiedziała, co co chodzi.

  • W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że dużo też mi daje oglądanie filmików instruktażowych. Wyżej wymienione miejsca oferują naukę samodzielną bez komentarzy i video.

Wiem, wiem, od oglądania nikt się jeszcze nie nauczył pisać kodu, ale w moim przypadku, na początku, działa. Kurs, którego słuchałam w styczniu (i w lutym kontynuuję) to na coursera.orgHTML, CSS, and Javascript for Web Developers. Odpowiadał mi akcent, szybkość wymowy prowadzącego, i właśnie jestem w trakcie kodowania “wraz z nim” strony internetowej koszernej restauracji.

Słucham też czasami kursu Daniela Mizielińskiego na kursownik.pl (offtop: Kuba studiował z nim i jego żoną, Olą, na warszawskiej ASP) Jako jedyny z opisanych tutaj kursów, ten jest po polsku. Filmiki są dość długie i trochę nie do końca wpisują się w moje ramy czasowe. Jak masz więcej czasu, śmiało zaglądaj!

Żaneta przygotowała również na swojej grupie na FB bardzo pomocne posty z podsumowaniem jak zacząc, pełne linków jak keks rodzynek. Koniecznie przeczytaj.

Tyle w temacie materiałów, z których się uczę.

A teraz:

Mój sposób na samodzielną efektywną naukę z domu?
Jeszcze nad tym pracuję…

Przyznam się od razu, że muszę wiele rzeczy czytać po kilka razy i wracać do materiałów po kilka razy. Głównie dlatego, że moja nauka ma charakter “siadam, bo akurat mam czas, dzieci jedzą albo oglądają i jest cisza”.

Na początku stycznia nie wiedziałam, jaki sposób nauki będzie mi najbardziej odpowiadał. Kiedy będę się uczyć?Gdzie się będę uczyć? Korzystam z mojego starego laptopa, który czasy świetności ma już za sobą…

Postanowiłam wstawać trochę przed chłopakami, około 6-6:30 i te chwile przeznaczyć na naukę. Niestety zimowa, ponura noc kilkakrotnie mnie pokonała i ten nawyk muszę jeszcze w sobie wykształcić.

Chciałam też na naukę przeznaczyć godziny poranne, cztery razy w tygodniu, trzy godziny, kiedy Maciek jest w przedszkolu. I na tym polu muszę jeszcze popracować nad skutecznym planowaniem czasu i zadań.

W styczniu przytrafiło się prawo jazdy, do którego uczyłam się i jeździłam. Ostatnio choróbsko. Nie do końca ograniczyłam pracę nad blogiem. Posty styczniowe się ukazały przecież, trochę występów gościnnych, czy przygotowanie kolejnej rundy Polskich Babskich Spotkań.

Eeee, wygląda, że się tłumaczę.

W lutym będzie lepiej. W planie mam spotkanie Vancouver women in tech. A co! Kontunuuję rozpoczęte kursy i będę pisać prostą stronę w oparciu o bibliotekę Bootstrapa. Nie, nie będę się opierać o regał z książkami, ale i tak sporo czytania mnie czeka 😀

Serdeczności!


Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

Najlepiej jest oczywiście przylecieć na gotowe. No ale co, jak się nie da? Kim być (zawodowo), żeby kimś być?

Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach pracy poprzez agencję pracy, firma zatrudniła mnie na stałe. Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) to krótka rozmowa przez skype albo przez telefon jeszcze z Polski, (twoje) negocjacje, decyzja i już.

Wszystko za ciebie radośnie załatwia firma.

A jest co załatwiać :

  • ✔ Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LIMA  (czytaj: nie było Kanadyjczyków którzy się nadają, więc zapłacimy 1000 CAD urzędowi emigracyjnemu, żeby w pozwolił pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej).
  • ✔ No i już można pakować walizki, pozwolenie na pracę (inaczej wiza pracownicza) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

Wszystko fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LIMA od początku.

No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi. To teraz żona (albo mąż oczywiście), czyli ten, co to pracy nie miał zagwarantowanej.

Czyli ja.

Jak ma przy okazji pracy małżonka załatwione przez jego firmę open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy), to już jest coś.

Nawet jak zawód wyuczony nie tego, słabo jest poszukiwany. Język węgierski to raczej nie ta strona świata (z wykształcenia jestem magistrem hungarystyki i nie, nie jest to nauka o głodzie)

  • → to zawsze jest szansa w McDonalds czy Starbucks, dlaczego nie?

Najważniejsze to zacząć szukać, zacząć od byle czego, to się tutaj nazywa surviving job, czyli byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się zaczepić.

#1

Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

Znajdziesz tu:

  • darmowe kursy,
  • ocena CV i listu motywacyjnego,
  • warsztaty kariery.
  • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej)

W każdej bibliotece się odbywają, a w Centralnej to nawet cyklicznie. A także są miejscem, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

#2

No ale jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych, które pomogą w poszukiwaniach.

Tylko nie oczekujcie po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy. To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy. Oczywiście bezpłatne.

No dobrze, więc popijamy sobie kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności??? I to zagranicą??? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

I wtedy przychodzi ten moment, kiedy sobie uświadamiasz, że takich imigrantów jak Ty są setki, a kolejni czekają w kolejce, że niemalże co drugi z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

A ludzie z Europy Zachodniej, myślicie, że ich tutaj nie ma, o nie, też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

#3

Dalej w temacie – przydaje się networking

Czym by nie był:

  • → ściana płaczu gdzieś w polskim sklepie/kościele,
  • → znajomi zaczepieni na ulicy,
  • → czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

#4

To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą. Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem. Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych typu płatny urlop :). Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami. Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂


Przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

  1. Praca – poradnik
  2. Napisz CV czyli resume
  3. Słowo o agencji zatrudnienia
  4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
  5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
  6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  7. Kanadyjski start-up

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.