Karolina z książką “Tożsamość nieznana” wpada w gości- rozmowa z Karoliną – fotografem i pisarką

Pisaniu książek, robienie zdjęć i odnajdywanie siebie na eimigracji w Kanadzie czyli Karolina wpada w gości

Mam tak dobrze, że znam kilka (no dobra, więcej niż kilka) Polek w Vancouver.

Cześć z nich opowiadała na blogu swoje historie. Czasem prywatne, czasem zawodowe, a często mocno wzruszające.

A dziś przychodzę do Ciebie z historią Karoliny. Karolina na emigracji napisała książkę. I zdjęcia też robi!

 

Tak to jest że nie zawsze jest się łatwo na emigracji odnaleźć. Zwłaszcza, jeśli mąż wychodzi do pracy, a Ty wychodzisz z siebie, żeby pomysł na siebie jakiś zaleźć.

Cokolwiek, żeby działało, żeby nie być tylko żoną przy mężu, żeby móc swoje projekty realizować, albo, o niebiosa, pracę dostać, mimo, że się przyjechało do Kanady, bo pracę dostał mąż.

Właśnie takich historii inspirujących potrzebowałam usłyszeć na początku emigracji najbardziej, żeby własne niedopieszczone i mocno niepewne ego uspokoić.

Nie będę ci ściemniać – wciąż potrzebuję takich historii.

Odważnych Polek, które na emigracji w Kanadzie robią to, co chcą.

Karolina jest jedną z nich.

Fajna dziewczyna, konkretne zadania realizuje i mówi o sobie “typowa baba”, głośna i uparta.

Mieszka z mężem i synami w północnym Vancouver. Prowadzi studio fotograficzne, które dostarcza jej satysfakcji i pieniędzy. A jeszcze do tego napisała książkę.

Nic, tylko pozazdrościć.

#porozmawiałyśmy sobie o książce, o pracy, o byciu Polką w Vancouver.

Karolina, co lubisz bardziej: robić zdjęcia czy pisać? Hehehe

Ze zdjęciami jest trochę łatwiej, bo robię je i efekt widać od razu.

Pisanie to proces długotrwały, uczący cierpliwości, a także wymagający czasu, co przy dzieciach, domu i pracy brzmi prawie jak mission impossible. Nie umiem jednak zdecydować, co lubię bardziej. Pisać lubiłam od zawsze – już w czasach liceum.

Opowiem Ci fajną historię: Jednego razu cała klasa dostała zadanie – napisać recenzję obrazu Matejki. Takich samych prac, z obowiązującymi od x lat w polskiej szkole wytycznymi, pisaliśmy już wiele. Wpadłam na myśl, że recenzję przedstawię w opowiadaniu, w którym to cała klasa – taka jak nasza – pojechała do muzeum. Nie zabrakło klauna klasowego, który pytałby skąd Matejko miał farbki, albo ambitnej dziewczyny, która chciała tak, jak zalecano w szkołach skupić się na normach i regułach, i krytykowała każdego, kto śmiał mieć inne zdanie. Nie mniej jednak wypowiedzi dzieciaków stanowiły recenzję.

Nauczycielka zawołała mnie po lekcji, przyznała, że nigdy jej się nie zdarzyło skupić uwagi całej klasy na tak długo. Otwarcie pogratulowała mi pomysłu, a potem dodała, że uczniowie wobec mnie będącej w ogrodzie róż, pozostają w szczerym polu. Ucieszyłam się z pochwały, ale za szybko, bo wlepiła mi kiepską ocenę. Za niezgodność z normami recenzji. Wtedy dotarło do mnie, że polska szkoła nie pochwalała kreatywnego myślenia.

Czyli pisać lubiła od zawsze. I od zawsze z mocnym akcentem.

Do pisania podchodzi z szacunkiem podszytym natchnieniem – czasami zdarzają się jej dni, kiedy nie pisze nic, a czasem wena nie opuszcza i przez kilkanaście godzin.

W 2017 wydała swoją pierwszą książkę. Napisała ją na emigracji. W przygotowaniu są kolejne.

 

Ale jak się do tego zabrałaś? Po prostu usiadłaś i napisałaś?

Bardzo często jestem pytana: skąd taki pomysł? Jak na to wpadłaś? Od razu miałaś zaplanowane co się w książce wydarzy, jaka będzie fabuła?

Tak naprawdę lubię słuchać ludzi, tego, co mają do opowiedzenia. To oni mi podsuwają pomysły. Czasami wystarczy niewielka inspiracja, która w mojej głowie urasta do ciekawej historii.

Lubię pisać to, co sama chciałabym przeczytać. Książki bez zbędnego gadania, czy opisów jak w “Nad Niemnem”. Wartka akcja, tajemnica i zaskoczenie.

Gdy jest już pomysł, po prostu siadam i piszę.

A jak reagują ludzie?

Jestem ogromnie zaskoczona ilością pozytywnych wiadomości.

Wyobraź sobie, że są tacy, którzy wycinają fragment z książki i mi dziękują, że ktoś w końcu napisał coś tak prawdziwego. Znajdują w niej wartości, ukryte wiadomości i przesłania.

Czasami aż nie wiem, co odpowiedzieć.

Drugim zaskoczeniem było to, że musiałam tłumaczyć, że ta książka nie jest o mnie, że to fikcja. Kompletnie zmyślona historia. Musiałam ją naprawdę wiarygodnie napisać skoro niektórzy uwierzyli, że to moje wspomnienia.

Kilka słów o książce

Książka to romans. I kryminał. Romansowy kryminał. Od razu powiedziałam Karolinie, że to nie jest typ książki, która mnie pociąga. Myliłam się, powieść wciągnęła mnie bardzo. “Tożsamość nieznaną” czyta się szybko.

Ale nieprzyjemnie. Bo to historia o świecie przestępczym, brutalnym, gwałtownym i złym. Nie mam się za jakiegoś wrażliwego kwiatuszka, lubię naparzankę w filmach, ale w książce ta relacja jest dużo bardziej intymna i osobista. Zatem porusza i przeraża bardziej.

Jeśli liczysz na lekturę lekką, łatwą i przyjemną, to raczej nie tędy droga.

Przeczytałam książkę w dwa dni, bo sprawny język Karoliny, jej styl, płynnie prowadził przez wcale nie cienką powieść. To było moje pierwsze wrażenie: Rany, skąd, jak, kiedy ona tak się nauczyła pisać. Talent? Praca?

Wiem, głupota, ale wyobrażałam sobie, że dzisiaj każdy pisze książki, ale na bycie dobrym literacko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą i długoletnim doskonaleniem warsztatu. Tak, mylę się, myliłam się.

Karolina umie pisać.

To, czy jej opowieść przypadnie ci do gustu, możesz sprawdzić. W bibliotece publicznej w Vancouver książka jest dostępna.

Możesz ją również kupić na Amazonie (i przy okazji przetestować mój pierwszy w życiu link afiliacyjny KLIKNIJ W OBRAZEK)


Czy bycie imigrantką w jakiś sposób wpłynęło na Twój styl pracy?

Zanim wyjechaliśmy do Kanady, pytana o powód tej decyzji zawsze mówiłam o szansie jaką dostanie mój mąż, o tym jak moje dzieci będą miały możliwość nauczyć się języka od natives.

Tymczasem okazało się, że największa zmiana czekała na mnie.

Dzięki pobytowi tutaj nabrałam pewności siebie, ale nie takiej pysznej, że wszystko wiem najlepiej, tylko takiej, która pozwoliła mi zaryzykować.

O pisaniu wiedziało tylko kilka osób i to z mojego najbliższego otoczenia. Kiedy mówiłam, że książek jest kilka, jeszcze bardziej otwierały się im oczy. Nigdy wcześniej o tym nie wspominałam, bo najzwyczajniej w świecie brakowało mi odwagi by spełniać własne marzenia.

Co byś poradziła dziewczynom, które przyjeżdżając do innego kraju, bo partner znalazł pracę, zostawiają swoje życie zawodowe w Polsce? Mówi się o nas – partner na doczepkę, trailing spouse.

Ja zawsze opowiadam ten dowcip, w którym para zachęcona opowieściami o dolarach leżących na ulicy w Ameryce, decyduje się na wyjazd. Traf chce, że przy wysiadaniu z samolotu, już w USA, leży na ziemi banknot pięciodolarowy. Małżeństwo spojrzało na siebie, a potem stwierdziło, że od jutra zaczną zbierać.

Ten dowcip fantastycznie podsumowuje nastawienie ludzi i ich oczekiwania, a tak naprawdę nic nie przychodzi łatwo.

Można całkowicie podeptać swoją szansę, bo komuś się po prostu nie chce, albo też boi się zaryzykować.

Gdy mnie ktoś pyta, co zrobić, by odnieść sukces, radzę spojrzeć głęboko w siebie. Traktowałabym ten czas na takie dogłębne zastanowienie się, czego się tak naprawdę chce w życiu. Próbować sił w różnych dziedzinach. Jak już coś robić, to naprawdę z zaangażowaniem. Dać coś z siebie.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z kimś, kto mi powiedział, że ceni Polaków za głowę do biznesu.

Kiedyś Whistler był własnością Polaka, o czym sama nie wiedziałam. Słyszeć, że słyniemy tutaj z głowy do biznesu, a nie skłonności do wódki było bardzo budujące. Wierze, że mamy w sobie tę moc 🙂

Jesteś fotografem – opowiesz, jak wyglądały Twoje początki w Vancouver? Jak zaczęłaś biznes, zdobyłaś klientów, jak w końcu poradziłaś sobie ze słynnym no Canadian experience=no Canadian job?

Tak naprawdę to ja nie powinnam się wypowiadać w kwestii no Canadian experience = no Canadian job, bo nie szukałam pracy na rynku. Głównie ze względu na dzieci i brak pomocy w opiece nad nimi po szkole.

Przez rok spędzałam czas na wiciu gniazda i wychowywaniu psa, a potem zdecydowałam się na zmianę pasji w pracę i postawiłam na fotografię.

Rzecz jasna nie od razu było tak, że moja skrzynka pocztowa pękała w szwach, a jeśli już jakiś mail się pojawiał to zazwyczaj z reklamą.

Otwierając biznes tutaj przez długi czas pracowałam za niewielkie pieniądze lub nawet za darmo, ale oferowałam usługi na najwyższym poziomie. Trafiałam na niesamowitych ludzi, którzy często sami z siebie oferowali mi pomoc. Dawałam z siebie wszystko, a ludzie doceniali to i polecali mnie dalej swoim znajomym, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

Karolinę, jej książkę i jej studio fotograficzne znajdziecie w Internecie (FB pisarski) i (FB fotograficzny).

Bywa też na Polskich Babskich Spotkaniach, podobnie jak Paulina i Ewa.

Więc jeśli chcesz wiedzieć więcej i pożyczyć od super dziewczyn energii, żeby życie na emigracji z przytupem rozpocząć, przyjdź na następne spotkanie. To już jutro!

Masz pytania do Karoliny? Napisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Po polskiemu online – nauka języka polskiego w Kanadzie. Nasze doświadczenia

Trzy lata zagranicą i trzy lata nauki języka polskiego online. Nasze doświadczenia i że nie jest to łatwe. No bo nie jest!

Nie będę cię w tym wpisie przekonywać, że musisz posyłać swoje dziecko na naukę polskiego. Mam alergię na wszelkiego rodzaju polecenia rodzicielskie i rady parentingowe (chociaż ostatni post był mocno rodzicielstwem podlany).

Sam(a) wiesz, czego potrzebuje twoja rodzina, to twoje dziecko i nic mi do tego, czy mówi/nie mówi/jak mówi po polsku.

Chętnie podzielę się za to naszym doświadczeniem z nauką języka polskiego w Kanadzie. Na wypadek, jeśli ten temat byłby dla ciebie równie ważny, jak jest dla mnie.

Wszyscy mówią emigrantom: ucz swoje dziecko języka kraju pochodzenia, dbaj o jego polski, dwujęzyczność to wielki dar.

Mało kto powie ci, jak to zrobić. A nawet jak już ktoś powie, to wcale nie oznacza, że te metody będą działać w nauce akurat twojego dziecka. Ale próbować warto, c’nie?

Ten wpis ukazuje się, kiedy Krzyś zdaje egzamin kończący czwartą klasę polskiej szkoły online, w programie uzupełniającym (18/8/2017).

Przeczytaj, jak wyglądają nasze doświadczenia z nauką języka polskiego w Kanadzie.

 

Nie znalazłam wiele informacji w internecie, jak codziennie organizować sobie naukę z dzieckiem, które jest na różnych stadiach rozwoju języka.  A jak masz więcej dzieci, o panie, toż to robota na dwa i pół etatu na stażu bezpłatnym. I nie licz na wdzięczność dzieci, przynajmniej nie od razu, a kto wie, czy w ogóle.

Ostrzegłam? No! To teraz będzie mięsko czyli konkretnie jak jest u nas (stan liczebny dzieci: Krzyś 10 lat i Maciek 5 lat)


zanim online, będzie offtop offline (hehehe)

Nauka języka polskiego w szkole stacjonarnej

W wielu miejscach za granicą są polskie szkoły (zwykle sobotnie) lub szkoły mające język polski w curriculum. Możesz nie cieszyć, się faktem, że masz w około wielu Polaków, ale dzięki temu masz więcej szkół polskich (przypuszczalnie). No chyba, że ten fakt cię nie rusza (to wtedy co ty robisz w tym wpisie, hę?)

Także w Vancouver jest polska sobotnia szkoła, przy kościele parafialnym. Ale my nie posyłamy tam chłopaków ponieważ:

  • szkoła trwa kilka godzin w sobotę, a ja nie chcę weekendu przeznaczać na naukę ciurkiem od rana (i dojazdy);
  • nie przekonuje mnie materiał i sposób nauczania (ale przyznaję, wiedzę mam tylko ze słyszenia);
  • wolałabym, żeby szkoła była przy organizacji neutralnej światopoglądowo;

Kasia, mama w uk, była taka dobra i poopowiadała mi trochę któregoś razu na Skypie o swojej sobotniej szkole w Anglii. Takiej super szkole, co dostała nagrodę, a powinna co najmniej dwie!

I gdybym taką szkołę miała w Vancouver, być może chłopaki by do niej chodzili. Ale nie mam.


No dobrze, ustaliliśmy już, że idziemy w formy nauki online. Poniżej trochę o szkołach (programach), które to umożliwiają (lub umożliwiały)

Nauka języka polskiego online

Jeśli znasz wpis o naszych początkach z nauką online, to wiesz, że wybraliśmy ten sposób, żeby zachować ciągłość w polskiej edukacji, bo planowaliśmy wrócić do Polski po roku pobytu w Kanadzie.

Potem kontynuowaliśmy tę formę nauki niejako siłą rozpędu.

#1

Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą; ORPEG

  • bezpłatna;
  • pierwsze wrażenia w drugiej klasie opisaliśmy trzy lata temu;
  • dostaje się świadectwa polskiej szkoły, można wypożyczyć podręcznik (przysłano nam je do Vancouver), uczeń ma legitymację.

Nasze uwagi po trzech latach nauki:

Za dużo materiału nieprzystosowanego dla dziecka, które ma język polski jako język obcy, jako drugi język.

Krzyś przyjechał do Kanady jako siedmiolatek czytający, piszący i mówiący po polsku bez akcentu. Ale dla niego słowa palisada czy podział wypowiedzeń ze względu na cel to są pojęcia tak abstrakcyjne jak…. dla każdego innego dziecka w Polsce (tak, materiał szkoły podstawowej polskiej jest przeładowany i niedostosowany do rozwoju emocjonalnego dziecka, jeśli polski rodzic w Polsce ma z tym problem, to co mają powiedzieć rodzice pracujący i mieszkający za granicą?).

→ Co roku Krzyś wykonał pięć prac kontrolnych (wysyłane skanem) oraz zdawał egzaminy ( w Warszawie), żeby przejść do następnej klasy. W klasach 1-3 egzamin był jeden (termin ustalaliśmy wcześniej, było sporo do wyboru), teraz ma dwa jednego dnia (jeden o 8 rano, drugi o 12). Można było mieć egzaminy rozłożone na kilka dni.

→ Lekcje pojawiają się na koncie ucznia na platformie, w formie plików pdf (prezentacja) i ćwiczeń do wydrukowania. Całość materiału oparta została na podręcznikach dla polskich dzieci w Polsce. Szkoda, że nie było dostępu do wszystkich lekcji od początku roku – łatwiej byłoby przygotować sobie plan nauczania.

→ Dzieci mogły uczestniczyć w webinariach. Co dwa tygodnie był język polski, wiedza o Polsce (historia oraz przyroda), a także dodatkowe zajęcia z ortografii. Ze względu na różnice czasowe, Krzyś od dwóch lat nie bierze udziału na żywo w tych webinariach (odsłuchujemy je potem, albo i nie, bo niestety często są nudnym odczytaniem przez nauczyciela punktów z prezentacji).

→ Są dyżury nauczycieli, ale na żaden jeszcze nie trafiliśmy.

#2

Polskie Szkoły Internetowe Libratus

  • bezpłatna;
  • w tej szkole Maciek zaczyna zerówkę we wrześniu 2017. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta nauka i planuję napisać posta porównawczego.
  • do tej pory otrzymaliśmy informację o webinariach dodatkowych dla dziecka i dla rodzica (dotyczących m.in. metodyki), a otwarte wykłady można zobaczyć na ich kanale.
  • egzaminy można zdawać w innych miastach niż Warszawa, a także za granicą;
  • z informacji na stronie wynika, że szkoła nie prowadzi już naboru na rok szkolny 2017/2018. Zapraszają do swojego drugiego projektu – Polonijki (zerknij poniżej po informacjie o naszych wrażeniach z lekcji demo);

#3

Polonijna Szkoła Podstawowa Polonijka

  • płatna – aktualnie trwa promocja – 50% czesnego;
  • zanim zdecydujesz się na naukę w tej formie, masz dostęp do lekcji demo;
  • szkoła proponuje naukę dla dzieci w wieku od 5 do 15 lat, które po zweryfikowaniu poziomu języka realizują program danej klasy i korzystają z opracowanych materiałów;
  • ciekawa i wcześniej nam nieznana opcja: Kolega z ławki. Miałeś pen pala w dzieciństwie? No właśnie, teraz twoje dziecko może mieć takiego kolegę. Taki prosty pomysł, a jaki skuteczny we wzajemnej motywacji. Brawo za zachęcanie do uczenia się wspólnie z innymi – umiejętności miękkie są ważniejsze niż nauka dat czy reguł gramatycznych;
  • podoba mi się opcja wyboru przedmiotów, których będzie uczyło się dziecko – to dobry pomysł dla zapracowanych rodziców, którym bardziej niż na realizowaniu podstawy programowej, zależy na kontakcie z językiem polskim, nawet jeśli miałaby to być tylko jedna godzina tygodniowo;
  • strona internetowa i platforma są ładne i przejrzyste w obsłudze. Nie przeładowana dodatkowymi treściami i przy stronie oraz platformie ORPEG, Polonijka wypada na plus;
  • pełen kurs, podzielony na 35 tygodni, jest dostępny przez cały rok, co znowu pozwala uniknąć nerwowego sprawdzania, czy są na pewno wszystkie prezentacje potrzebne do wykonania prac kontrolnych (których to prac kontrolnych nie ma, ergo  mniej stresu dla dziecka);
  • lekcje odbywają się  raz w tygodniu (webinaria), a także dodatkowo są spotkania w małych trzyosobowych grupach;
  • na koniec roku szkolnego uczeń może podejść do egzaminu, ale nie musi. Dostanie certyfikat opisujący jego umiejętności. My akurat lubimy ten dodatkowy powód, żeby w wakacje odwiedzić Polskę na egzamin stacjonarny, ale umówmy się, przylot z Kanady tylko na egzamin to spore wyzwanie (i koszt).

Nasze uwagi po lekcji testowej (porównując z ORPEG):

→ Dobrze, że wszystkie informacje są dostępne bezpośrednio w module, że nie trzeba całości prezentacji ściągać (w ORPEG czasami mieliśmy aż 60 stron prezentacji do przeczytania, halo Hela, to za dużo!).

→ Rodzic jest dużo bardziej prowadzony za rękę niż w ORPEG:

  • Na początku lekcji jest agenda (chociaż ja proszę, po co rodzicom pisać: doskonalimy umiejętność syntezy słuchowo-wzrokowej, hę?).
  • Później czytelny podział na to, co robimy: czytamy, piszemy. 
  • Są także przykłady pytań, które rodzic może zadać dzieciom. Spore ułatwienie dla rodzica, który musi sam dziecku opowiedzieć materiał, a nie wie, od czego zacząć (w ORPEG mamy po prostu załączone materiały, brakuje scenariusza, jak ten materiał przerobić ).

→ Treści interaktywne są wklejone bezpośrednio w lekcję, a nie dodatkowo, a więc nie trzeba przerywać czytania prezentacji, żeby np. posłuchać proponowanej piosenki.

→ Chłopakom podobało się, że nauka odbywa się nie tylko poprzez odczytywanie prezentacji, ale można obejrzeć filmy, zagrać w grę edukacyjną, zobaczyć treści multimedialne inne niż nudne pdfy.

Zapowiada się ciekawie, bo dzięki takiej platformie zamiast uczyć się polskiego z dzieckiem, będziesz się z nim po prostu po polsku bawił. Zacieram ręce na zerówkę Maćka i mam nadzieję, że będzie nam coraz łatwiej z językiem polskim.

Tak, wiem, że ta nauka kosztuje. Ale halo, serio na naukę języka obcego polskiego będziesz skąpił?

Sam zobacz: w Anglii punktuje się znajomość polskiego jako języka obcego i można go w tej formie zdawać na egzaminach. O ile łatwiej się jest przygotować z języka, którym mówią rodzice i dziadkowie? Nie wiem, jak to wygląda w Kanadzie, bo rozkminianie edukacji ponadpodstawowej jeszcze przede mną (a co myślę obecnie, opisałam w tym poście). Jeśli jednak zostaniemy w Kanadzie na stałe, chcę, żeby chłopaki biegle posługiwali się językiem polskim. Tak jak, gdybyśmy byli w Polsce, chciałabym, żeby super znali angielski.

I proszę mi tutaj nie pisać, że język polski niepotrzebny. Znajomość każdego, nawet najmniej popularnego języka jest super bonusem, to piszę ja, hungarysta z wykształcenia. I nigdy nie wiesz, czy język polski się twojemu dziecku nie przyda.

Patrz, miało nie być moralizatorstwa i uwag parentingowych, ale jednak nie mogłam się powstrzymać 😉

Jeśli masz swoje doświadczenia z nauką polskiego online, podziel się linkiem w komentarzu, a ktoś ci podziękuje.


 

Ps. Ten post jest pierwszym sponsorowanym tekstem na blogu.

PS2. Jeśli to jakoś wpłynęło na odbiór tekstu, śmiało mi napisz: Kaśka, nie idź tą drogą!

I koniecznie trzymaj kciuki za Krzysia!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Wpis w 1/3 kanadyjski, czyli Share Week 2017

Dzisiaj o blogerach polecanych przeze mnie, czyli kandadyjski Share Week 2017. Taka sprawa: blogerzy polecaja blogerów. Miłe, c’nie?

To będzie notka o akcji wymyślonej przez blogera (łamane na: youtubera, łamane na: podkastera) Andrzeja Tucholskiego z bloga andrzej tucholski.pl.

Zabawa (chociaż poważna) polega na promowaniu internetowych twórców przez innych internetowych twórców. Fajne, co?Jak chcesz tylko o Kanadzie, to będzie zaraz na początku wpisu. Ale jak doczytasz dalej, to będzie jeszcze o ważnych pytaniach i przyszłości zawodowej.

To skoro zasady jasne, przystępuję do przedstawienia Cię moich trzech blogowych nominacji na ( w 1/3) kanadyjskie na Share Week 2017. Kolejność jest bez znaczenia.

 

Po pierwsze primo, uwaga, werble, wielkie zaskoczenie….. hehehe…. Monika i Oh Kanada !

No proszę Cię, zero zaskoczenia, prawda? Każdy kto interesuje się tematyką kanadyjskiego lajfstajlu musiał kiedyś wpaść na bloga Moniki. I jak tam wpadł, to jak śliwka w kompot, bo u Moniki jest jak w długiej opowieści o życiu dobrej znajomej w Kanadzie. Plus masa przydatnych linków i wskazówek!

Jeśli chodzi o kanadyjską blogosferę by Polacy, to Monika robi internety na maksa.

No i jej grupa na Facebooku to must-see-must-read przed wyprowadzką do Kanady.

I zdjęcia. Bo Monika jest fotografem. Więc jeśli szukasz Kanady na zdjęciach, zacznij tutaj. Znajdziesz zdjęcia takie, że tylko czekać, aż Monika wyda przewodnik.

Jesteśmy w tym samym wieku, a życie mamy zupełnie różne. I blogi różne, choć o tym samy kraju. (Wiem, banalnie brzmi, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy)

Monika, dziękuję Ci!


Po drugie primo, Agnes, też mieszkająca poza Polską i jej blog o ogarnianiu życia: Agnes on the cloud.

logo_Agnesonthecloud_blog_shareweek2017Co ja zrobię, że uwielbiam jej posty, wszystkie poruszające, wszystkie mocne i wszystkie chętnie przytulę jak już będą wydane jako książka (miękka okładka, format kieszonkowo-torebkowy, rysunki delikatną kreską, piórkiem może?)

Czasem łapię się na myśleniu, jak to jest w ogóle możliwe, tak celnie i giętko opisać, co w głowie siedzi, czujesz, że siedzi, a nie wiesz, o co chodzi.

Aga wie, o co chodzi.

I jak nikt przypomina mi, że muszę nasze chłopaki nauczyć pięknie języka polskiego – dobre słowa, zgrabne zdania, minimum tekstu przy maksimum treści.

Pięknie pisze, a ja lubię ją czytać.

Aga, dziękuję Ci!


I po trzecie primo, Żaneta czyli programistka-blogerka-matka i blog Nettecode.pl

Żaneta pisze o tym, jak zacząć programować. Czyli coś, co obecna tutaj Kasia Kate chce i lubi czytać, a potem korzystać z całego bogactwa linków i dobrych praktyk. I się uczyć, uczyć, uczyć. Nie ma wcale tak wiele blogów o początkach programowania po polsku. A tych pisanych przez dziewczynę jest jeszcze mniej.

Mam nadzieję kiedyś zrozumieć wszystko, o czym Żaneta pisze.  Na razie korzystam z postów dla zupełnych świeżaków, plus na drugim blogu Nettelog podglądam sposoby na produktywość i zarządzanie zadaniami/czasem.

Żaneta moderuje też grupę na Facebooku dla początkujących programistów, gdzie nie znajdziesz kąśliwych uwag co do kodu, a życzliwe rady starszych stażem (to nie takie oczywiste na facebookowych grupach, niestety).

Żaneta, dziękuję Ci!


Jest bardzo dużo blogów, które czytam i nawet ze trzy kanały youtubowe, które śledzę. Dlatego wszystkim tym internetowym twórcom razem i każdemu z osobna posyłam z Vancouver wielkie DZIĘKUJĘ.

Za treści, za rozrywkę, za wiadomości. Że Wam się chce blogować, vlogować i dzielić się!

Osobne ogromne uściski dla Kasi z bloga Mama w UK, która tak miło napisała o Kanada się nada.

A ty kogo czytasz/oglądasz/polecasz?

8 stron internetowych które nas inspirują i pomagają ogarnąć dwujęzyczność w Kanadzie

W poszukiwaniu informacji jak do dzieci mówić, żeby mówiły po polsku. Czyli kilka stron nie tylko logopedycznych

Lekcje polskiego online w czwartej klasie to nie przelewki. Skończyło się nauczanie początkowe, zaczęło się nauczanie końcowe [Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać od napisania tego, hihihi.]

Wciąż nie mamy podręczników, które mają zostać przysłane nam na wypożyczenie, to na platformie ORPEG nauczycielki załączają całkiem sporo materiałów do pracy własnej.

Wystarczy tylko wydrukować i już siadaj drogi synku i pisz, co to głoska, co litera, a co sylaba. Jest co robić i z czym pracować.

Domyślasz się pewnie, że będzie to kolejny wpis opisujący dwujęzyczność dzieci w Kanadzie. Ano tak. Plus 8 wartościowych stron internetowych.

Uzupełnię wcześniejsze notki o tym, jak to jest z mówieniem chłopaków po polsku i po angielsku. Staraliśmy się bez lukru opisywać, jak to wygląda.

Jeśli śledzicie bloga od początku, to pewnie zauważyliście, że mam na tym punkcie lekkiego świra. Dwujęzyczności znaczy się.

#kilka słów dla tych, co dopiero nas poznają. Czyli złe dobrego początki.

Sytuacja po przyjeździe wyglądała pokrótce tak: Krzyś (wtedy 7 lat) niewiele umiał powiedzieć/napisać po angielsku, po polsku mówił dużo i poprawnie, gorzej z ortografią.

Tak było w październiku 2014. Maciek (wtedy 2,5 roku) nie mówił po polsku, ani po angielsku. Teraz, po dwóch latach, sytuacja językowa wygląda już dużo lepiej, uff.

Ponieważ wciąż nasze życie w Kanadzie ma charakter tymczasowy i założenie jest takie, że wracamy*  do polskiej szkoły/przedszkola [*czas przyszły nieokreślony, wiem, wiem, bo zaraz by się pojawiły pytania, kiedy wracamy] , najważniejsze jest dla nas, aby język polski (zagranicą mający status języka mniejszościowego) był przez chłopaków opanowany na poziomie rodzimego użytkownika.

I o ile z Krzyśkiem nie będzie problemu z polską dykcją, to u Maćka wymowę trzeba ćwiczyć w większym zakresie.

Nie zdziwicie się zatem, że często szukam pomocy i inspiracji w Internecie.

Bardzo dziękuję logopedom, blogerom, słowem wszystkim, którzy się wiedzą dzielą 🙂

 

#zebrałam linki do wartościowych blogów/stron/projektów, które pomagają nam z nauką polskiego. Oraz tłumaczą, jak emigracyjna rzeczywistość wpływa na dzieci, rodziców, komunikację i życie. O tak!

  • Blog bilingualhouse prowadzony przez polską logopedkę w Menchesterze. To  miejsce w internecie, opisujące doświadczenia rodziny dwujęzycznej. Aneta pisze ( i nagrywa filmiki) w prosty sposób o nauce języków, dwujęzyczności polsko-angielskiej. Znajdziesz tam ciekawie podane informacje naukowe oraz opisy codzienności. Bardzo podoba mi się również fanpage, na którym autorka poleca wartościowe treści innych logopedów, lingwistów czy wreszcie rodziców dzieci wielojęzycznych.

 

  • Serwis Dobra polska szkoła to polonijny portal informacyjny w Nowym Jorku.  Wbrew nazwie nie ogranicza się jedynie do tekstów informacyjnych czy promocyjnych dla Polonii w NYC. Ja często znajduje tam ciekawe refleksje, rady,  wzmianki o książkach dla dzieci wartych uwagi, czy linki do osób, które naukowo zajmują się dwujęzycznością. Jakoś tak ciepło mi się zrobiło w sercu, czytając, że projekt Cała Polska czyta dzieciom wsytępuje także w wersji Cała Polonia czyta dzieciom. Przyznam szczerze, że kiedy zaglądam na ten portal, to zazdroszczę rodakom, którzy mieszkają w miastach z liczniejszą Polonią. Tyle się dzieje….

 

  • Kasia w Anglii czyli mamaw.uk to bardzo ładny i wartościowy blog, na który zaglądam z przyjemnością. Czytam wpisy o wychowaniu dwujęzycznej córki w angielskiej rzeczywistości, która miejscami zdaje się być bardzo podobna do tej kanadyjskiej (rzeczywistość, nie córka). Kasia ma świetny dar plastycznego przekazywania informacji, nic więc dziwnego, że jej wpisy cieszą się dużą popularnością. Czekam na wpisy o tym, jak będzie im szła nauka w polskiej szkole online Libertus, bo my korzystamy z konkurencyjnego systemu ORPEG.

 

  • Kolejny blog logopedyczny, Dwujęzyczność i dwukulturowość, pisany przez Elżbietę. To z jej bloga ściągnęłam pomysł dzienniczka dla Krzyśka, zaraz na początku pobytu w Kanadzie. Podoba mi się również inicjatywa: Turnusy wakacyjne dla rodzin z dziećmi dwujęzycznymi. Świetna okazja, żeby wypocząć w gronie rodzin z podobnymi doświadczeniami i Polską się cieszyć.

 

  • [blog czasowo niedostępny] Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wpadłam na blog Mai lifeabroad.pl, byłam zdumiona, że jest gdzieś na świecie dziewczyna, która zna odpowiedź na wiele z moich eimgracyjnych pytań i wątpliwości matki-ekspatki. Maja pisze z południa Stanów Zjednoczonych, ale w jej artykułach znajdziesz zgrabnie przekazane uniwersalne porady i ciekawostki, przydatne niezależnie od kraju Twojej emigracji.

 

  • Strona (blog) Dzieci dwujęzyczne Faustyny. Tutaj znajdziesz kolejną porcję informacji i historii o dzieciach dwujęzycznych. Autorka dzieli się linkami do innych stron (będzie co czytać w długie zimowe wieczory)…

 

  • Link podesłany przez koleżankę z dawnej pracy (dzięki Marta Z.) czyli Centrum Głoska. Krótkie, treściwe posty, napisane zrozumiałym językiem. Ciekawa propozycja dla rodzin niemających dostępu do szkół polskich  – z Kasią dzieci mogą się uczyć czytać po polsku przez Skype’a.

 

  • i jeszcze taki artykuł, o wspieraniu dzieci dwujęzycznych.  Spodobało mi się wyważone podejście autora do tematu dwujęzyczności.

 

Wszystkie powyższe strony pełne są wskazówek znacznie ułatwiających codzienną naukę języka polskiego w naszym domu.

Ale najważniejsze dla mnie jest poczucie, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych “zmaganiach” z językami.

Uczenie się języka polskiego w Kanadzie to zajęcie czasochłonne.

W dodatku ponieważ nauczycielem jestem najczęsciej ja, bywa, że mocno frustrujące (każdy kto mnie zna, powie, że cierpliwość nie jest moją największą zaletą).

Bardzo mi wtedy pomaga czytanie postów innych mam-emigrantek, mam dzieci dwu- lub więcej- języcznych, które też czasami mają dość, brakuje im siły, pomysłu czy planu.


Dziecku nie wystarczy powiedzieć:

weź ucz się polskiego, bo to piękny język. Bo to nasz język. Bo jesteś Polakiem.


Trzeba je cały czas zachęcać, motywować, zwłaszcza, że nie brakuje pokus spędzania czasu inaczej niż nad polską ortografią.

Dwujęzyczność jest wspaniałym darem. Ale i sporo z nią roboty. Znasz nasze historie?

 

Znasz dobry tekst o dwujęzyczności?  Podrzuć w komentarzu, a  ktoś Ci podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Nasyciłam się Polską, a nawet przejadłam. Czyli co po 6 tygodniach pobytu w ojczyźnie ze mnie wychodzi

Rozważania o białym serze i Polce najgorszego sortu. Wyszło jak zawsze.

Podsumowanie lata, niemalże po pół spędzonego w Kanadzie i w Polsce już się na blogu pojawiło. Wiecie, gdzie byliśmy, jak nas nie było. I mieliście okazję przeczytać, że było nam dobrze. A jakże !

Nie byłabym sobą, gdybym jednak nie napisała tych kilku słów więcej. Po 6 tygodniach w Polsce wspomnień i przemyśleń jest dość.

Ci, co zaglądają na facebooka, już wiedzą, że zaraz po przylocie żarłocznie rzuciłam się na przysmaki polskie

Zwłaszcza te zawierające twaróg. Nadziwić się sobie nie mogę, bo zachowywałam się jak wypuszczona (wyposzczona) z kraju, gdzie ludzkie oko nie widziało twarogu. Spieszę więc donieść, że w Vancouver można kupić twaróg. Ale nie jest to tak oczywista sprawa, jak w, nieprzymierzając, Warszawie. Tu wszędzie dostaniesz drożdżówkę z serem, a sernik (koniecznie z rodzynkami !) to niemalże polskie ciasto narodowe (chyba, że się mylę i jednak szarlotka?). W każdym spożywczym jest kostka twarogu, a jego cena nie przyprawia o zawał.

Jak to człowiek się nad twarogiem z szacunkiem nie pochylił, kiedy go miał. A jak go nie ma, to sami widzicie, co się dzieje !

Dostępność białego sera w Polsce ogłupiła mnie zupełnie, więc jadłam go przy każdej okazji. Ale się twarogiem i sernikiem nie przejadłam. Nie, nie, to tytułowe przejedzenie, to z innego powodu.

Napatrzyłam się znowu na Polskę. Nie tak pospiesznie jak w zeszłym roku, bez turystycznego zaliczania. I chociaż bez miast się nie obyło, to najwięcej mi się patrzyło na cicho, na wsi, w moich stronach rodzinnych. Odkryłam na nowo swoje miasto. Fajne jest.

Druga bliska sercu naszemu sprawa, to dostępność ludzi i dla ludzi. Naszych ludzi. Teraz było zdecydowanie więcej czasu, żeby się poodwiedzać, zapytać, podzwonić.

W zeszłym roku jedynie tydzień z hakiem na odwiedziny i długie Polaków rozmowy. Wiadomo, przy czym [zielona herbata, ewentualnie koktajl z jarmużu] i wiadomo, o czym [pogoda] 😉

A na poważnie to bardzo nas cieszyła ludzka dostępność. Wszystkich, którzy odpowiedzieli na nasz głód spotkań, nasze niewidzenie się  i długie milczenie, bo mimo najlepszych chęci nie zawsze się dało porozumieć przez cały ocean i 9 godzin różnicy w czasie.

W Polsce wciąż łatwiejsze jest dla nas prowadzenie życia grupowego. Zwłaszcza wśród ludzi wypróbowanych przez lata. I to właśnie tak nas zachwyciło i syciło przez te wszystkie dni.

Że wciąż jeszcze mogę znienacka wprosić się do koleżanki na przenocowanie, paznokcie zrobić, na balkonie się pogapić.  Tak mało, a tak dużo.

Uprawianie życia grupowego najaczęściej polegało na wspólnym gadaniu. Tego nigdy dość !

Zatem czego dość? Skąd to przejedzenie Polską, skoro nie białym serem?

Mam serdecznie dość tego, jak rozmawiają Polacy ze sobą. Ogólnie, a zwłaszcza w dyskursie politycznym. Spokojnie, nie będzie tutaj tekstów o jedynej sprawiedliwej linii politycznej i za kim głosować 🙂

Sluchając przez 6 tygodni ludzi, z reguły mądrzejszych ode mnie (bo przecież i dziennikarz, i eksperci, i politycy wybrani głosami wyborców) cieszę się, że jestem już w Kanadzie. Tutaj, mam wrażenie, ludzie na ogół są bardziej otwarci na innych ludzi, nie skazują innych na bycie w drużynie przegranych tylko dlatego, że są odmiennych poglądów. W zwykłym, codziennym życiu, dobrze jest jak wszyscy czują się chociaż trochę wygrani, a przynajmniej nie są etykietkowani, jako ci gorsi czy też ostatniego sortu.

W Kanadzie sposób komunikacji to rozmowa – dialog. Raz ty mówisz, raz ja mówię. Słuchamy siebie. A w Polsce zabrali nam rozmowę. Przemawia tylko jedna ze stron. Głośno, niezrozumiale dla mnie (choć maturę mam i studia nawet też). Jedna strona zawłaszczyła rozmowę, a co za tym idzie, ta jedna strona ma tylko rację.

Ponieważ Kanada to nations of immigrants, w komunikacji wzajemnie się na siebie uważa. Patrzy się na siebie. Łatwiej się słucha siebie. I stara się, przynajmniej się stara, zwracać uwagę na racje innych.

Ta otwartość na innych, na inność, w komunikacji, i w codziennym życiu to jest jedna z ważniejszych, jeśli nie najważniejsza, z zalet kraju klonowego liścia.

Siedząc dziś w wieczorem w mieszkaniu w Vancouver smutno mi, że byłam przez te 6 tygodni dla kogoś kimś gorszym. Kimś drugiej kategorii.

Serio?! 


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

 

Polski silny, angielski stabilny – znowu o językach chłopaków na wiosnę 2016

Jak chłopaki rozmawiają, jaki język rządzi i w ogóle nasza dzisiejsza dwujęzyczność.

O językach chłopaków, czyli kolejny raport lingwistyczny dla wszystkich zainteresowanych

Wierszyki przez Skypa poopowiadali, a kto nie słyszał, temu…. kiedyś nagramy 😉

A tymczasem, jak to z językami wygląda.

Maciek to żongler słówek i zdań, jakby się bawił językami

Pytanie logopedyczne, czy to norma, że zamienia spółgłoski/dodaje dodatkowe w polskich wyrazach np zamiast lew, mówi wlew ? [Ciocia Dorota?]

Po angielsku mówi niewyraźnie i ciszej, tak jakby niechętnie usta otwierał, w ogóle mam wrażenie, że nie chce mu się po angielsku mówić, coś tak bąknie pod nosem, coś wymruczy. To w stosunku do dorosłych, którzy do niego po angielsku zagajają. Ale, ale, w stosunku do tych, co po polsku go zaczepią (mniej ich jest), też nie jest jakoś specjalnie wylewny. Ogólnie z obcymi dorosłymi najchętniej by nie gadał. Inaczej rzecz ma się z dziećmi – tutaj nie ma znaczenia, czy po polsku, czy po angielsku, rozmowa się toczy, nawoływania i zapraszania.

Ciekawostka patriotyczna : konsekwentnie każe sobie czytać książki po polsku, niezależnie czy oryginał jest angielski czy polski. W przypadku łatwych książeczek po angielsku nie ma większego problemu. Ale niech tylko Kuba inaczej przetłumaczy niż ja wcześnie, a będzie sprzeciw. Trochę upierdliwe to jest.

Czasami da się przekonać, żeby książkę angielską po angielsku przeczytać (chodzi przede wszystkim o te encyklopedyczne książki o Lego, których Krzysiek ma sporo). To dość ciekawe, bo w stosunku do filmów kryterium języka nie gra żadnej roli.

Poza tym bezbłędnie odróżnia wyrazy angielskie od polskich, i wie, do kogo, w jakim języku powiedzieć. Mocniejszy jest w polskim.

U Krzyśka nie ma większych zmian, angielski i polski w użyciu naprzemiennie, bez mieszania.

Niewątpliwie Krzysiek czuje się najmocniejszy z angielskiego z całej rodziny i śmiało krytykuje naszą wymowę. I bardzo nas to cieszy, niech się czuje super pewnie w angielskim. Polski mówiony i pisany jak dla mnie jest na poziomie polskiego chłopca mieszkającego na stałe w Polsce.  Także ortografia jest w normie. Przekonamy się podczas lipcowego egzaminu w Polsce.

Ostatnio dwujęzyczność i jej zalety wypłynęły nam w luźnej rozmowie o bogactwie. Krzysiowi się oczy zaświeciły, kiedy zrozumiał, że dzięki znajomości angielskiego łatwiej otrzyma wymarzoną pracę [aktualnie: konstruktor klocków Lego] i będzie mógł poprosić o taką pensję, która wystarczy na kupno Lego Millennium Falcon. No co, dzieciom potrzeba argumentów dostosowanych do wieku 😉

A dalej o tym, jak sobie razem gaworzymy. Niekoniecznie o bogactwie.

Moja strategia na rozmowy z nimi: w towarzystwie mieszanym językowo, prawie zawsze mówię do nich po angielsku, a potem powtarzam to samo po polsku.

Niezależnie czy są to znajomi, czy zupełnie obcy nam ludzie, których więcej nie spotkamy.  Jeśli nie są to Polacy, mówię po angielsku, a potem po polsku, rzadziej odwrotnie.

Np. w windzie, kiedy jedzie ktoś inny jeszcze, mówię do Krzyśka: please press the P3 button, a za chwilę: wciśnij P3 proszę.  Albo tłumaczę im, kiedy koniecznie coś potrzebują ode mnie, a ja z kimś rozmawiam: please wait, I am talking to this lady, a potem: poczekaj proszę, teraz rozmawiam z tą panią, zaraz mi powiesz, o co chodzi.

Nie mówię obcym, że teraz będę mówić do dzieci po polsku, że jesteśmy z Polski. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie zapytał, co też ja mówię po polsku do nich, więc zakładam (może błędnie), że ta osoba czuje, że mówię to samo po angielsku i po polsku.

Wiem, że rodzice mieszkający zagranicą mają kilka strategii na swoje rozmowy z dziećmi. Jedni mówią tylko po polsku, inni z kolei, żeby nie mieszać, rozmawiają po angielsku. Jestem zdania, że każda rodzina wie najlepiej, co u nich się sprawdza i mądre głowy mogą jedynie sugerować recepty pomocnicze, a nie 100% rozwiązania.

Ja mówię tak, żeby pokazać chłopakom, że żyjemy w rzeczywistości dwujęzycznej, polsko-angielskiej, takiej, gdzie oba te języki mają tak samo ważny status i używane są w zależności od wymagań sytuacji. Zaczynam od angielskiego z szacunku do osoby, która z nami przebywa. Dlaczego tak zaczęłam robić? Nie wiem, samo wyszło, wydawało mi się najwłaściwsze. Czy skuteczne i nieprzeszkadzające w rozwoju polskiego/angielskiego? To się okaże.

Ufam w ich rozsądek i na bieżąco przyglądam się temu, jak sobie z językową rzeczywistością dają radę. Zachęcam, żeby sami odpowiedzieli na postawione przez obcych pytania, jeśli widzę, że Maciek nie rozumie, to powtarzam pytanie.

Zdarzyło się, że na pytanie What’s your name? padła odpowiedź Four [ i nie, Maciek nie czytał “Divergent” ;)].

Sami się uczą swojego small talku.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

Jak to się Krzyś uczył angielskiego w Polsce, a jako Kris nauczył go w Kanadzie. Jak mówi Yoda: do it or not do it.

To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

#1 Historia angielskiego po polsku

W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

A później zaczął szkołę podstawową, polską.

Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

#2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

  • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
  • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
  • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
  • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

 


Zorganizowane study hours. By matka

Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

Zła byłam. Na siebie. Na niego.

Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


Nauka angielskiego teraz

Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

  • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
  • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
  • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
  • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

 

Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

Much to learn you still have. Yoda


Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!

Speach language patologist czyli logopeda po kanadyjsku

Maciek i jego zmagania z językami. Post podsumowujący sesje z logopedą kanadyjskim.

To będzie post o zmaganiach Maćka z mową. Przy pomocy speach language patalogist.

Pisałam już o tym kilkakrotnie, bo temat Maćka mowy spędzał (nie tylko) mi sen z powiek od początku naszego przyjazdu do Vancouver. Trochę uporządkuję wspomnienia w tym wpisie, na wypadek jakby zajrzał tu ktoś z podobnym problemem. Proszę tylko nie traktować naszej historii jako wykładni medycznej prawdy absolutnej. To spisane doświadczenia z speach language patologist czyli logopedą.

Historia, więc najpierw polski.

Przyjechaliśmy do Kanady, zanim Maciek zaczął w pełni mówić po polsku. Miał wtedy 2,5 roku. Jego mowa nie była rozwinięta, jego sposób opisywania świata, komunikacji z innymi w zasadzie ograniczał się do pojedynczych słów. Martwiło mnie to, ale nieprzesadnie, chociaż mając tyle lat, Krzyś już śpiewał i komunikował się sprawnie. Maciek okazał się być tym, który swoje zdanie wyrazi później (late talker).

Podczas przypadkowej rozmowy z kanadyjską mamą dowiedziałam się, że w okolicy jest klinika, w której mogą Maćka zbadać i w razie konieczności zalecić terapię mowy. Więc postanowiliśmy nie czekać, jak sytuacja się rozwinie, tylko zacząć działać. To był przełom roku 2014 i 2015.

Fakt, że Maciek mówił niewiele, spowodował, że jeszcze w Polsce miał badanie słuchu. Powtórzyliśmy to badanie także w Kanadzie (bezpłatnie, czekaliśmy około 2 tygodnie, wyniki zostały przesłane pocztą do nas i do logopedy). Z uszami i słuchem wszystko w porządku.

Nie zna polskiego? To z angielskim będzie nielekko.

Podczas pierwszej wizyty logopedka zrobiła nam wywiad i powiedziała, co następuje. Otóż wbrew mojemu przekonaniu, że Maciek złapie angielski szybciej niż Krzysiek, jest zupełnie inaczej. Maćkowi jest dużo trudniej nadgonić z angielskim do poziomu native speaker, ponieważ przyjechał do Kanady bez przyswojenia sobie całego polskiego. Jego polski nie był taki rozwinięty, żeby mógł dokonać tranzycji na angielski. Co więcej było mu trudniej ruszyć z mową w ogóle, ponieważ te części mózgu odpowiedzialne za mowę wciąż się rozwijały, w miarę jak rósł z niemowlaka do przedszkolaka. W dodatku poszedł do kanadyjskiego przedszkola, co oznaczało, że ma mniej o 40 godzin tygodniowo polskiego niż jego rówieśnik w Polsce.

To było dla mnie zaskoczenie. Myślałam bowiem, że im mniejsze dziecko i im więcej styczności z drugim, trzecim językiem, tym łatwiej i szybciej zacznie mówić. Otóż nie zacznie. Najpierw musi poznać dobrze jeden język, swój, ojczysty, żeby potem łapać szybko drugi. Maciek był przez 40 godzin w tygodniu otoczony tylko angielskim, czyli automatycznie pozbawiony tych 40 godzin polskiego, a to spowalnia jego rozwój mowy. Godzina, dwie, obcego języka, to nie robi wielkiej różnicy, ale już podział po połowie tak. Jesteśmy tego przykładem.

Zaczęliśmy zajęcia z logopedką jakoś na wiosnę. Były to sesje jednogodzinne, raz w tygodniu, na których Maciek pracował z terapeutką mowy w towarzystwie Kuby. Uwielbiał te zajęcia, uwielbiał logopedkę, do teraz pamięta jej imię, drogę do przychodni. Zajęcia polegały na powtarzaniu słów angielskich, ćwiczeniu wymowy specyficznych głosek angielskich, nazywaniu rzeczy i interakcji podczas zabaw. Chłopaki chodzili do Kelly przez 3 miesiące.  W domu ćwiczyliśmy z materiałami z zajęć (kolorowe wydruki na pojedynczych kartkach), jednocześnie czytając polskie książeczki.

A potem Maciek pojechał do Polski na dwa miesiące.

100% polskiego. I sporo angielskiego.

Po wakacjach w Polsce, gdzie był przez cały czas otoczony tylko polskim, Maciek mówi po polsku. Buduje zdania z trzema, czterema wyrazami, odmienia czasowniki i przymiotniki polskie, potrafi nawet dostrzec humor językowy. Śpiewa po polsku. Wymawia typowe dla polskiego głoski (np. t bez wkładania języka między zęby, które wcześniej brzmiało jak angielskie th).

Co więcej, Maciek mówi też po angielsku. Po dwóch, trzech tygodniach od naszego powrotu do Vancouver, po ponownym przyzwyczajeniu się do przedszkola, okresie trudnym, Maciek rozmawia po angielsku.

I to jest jeszcze raz dowód na to, że żeby mówić dobrze w drugim języku, trzeba najpierw mówić dobrze w pierwszym. Po angielsku mówi zdania trzywyrazowe, reaguje na polecenia i wyraża prośby typu More water please, John, come here, Look at me. W zabawie z kanadyjskimi dziećmi płynnie przechodzi na angielski. I śpiewa też 🙂 Nie umiem określić, czy jego akcent angielski jest poprawny, ale raczej nie odbiega od wymowy innych dzieci. W domu czasami czytamy po angielsku, czasami oglądamy po angielsku, ale mówimy między sobą tylko po polsku.

Co dalej?

Po wizycie kontrolnej na początku grudnia wiemy, że wszystko jest jak w najlepszym porządku, i na najlepszej drodze. Dostaliśmy obszerny raport, a w nim np. informację, że wymawia angielskie th jak f, bez wkładania języka między zęby! (najwyraźniej nie da się na tym etapie mówić prawidłowo po polsku t i po angielsku th).

Nie ma potrzeby chodzić na dodatkowe zajęcia logopedyczne. Następna wizyta kontrolna za pół roku, pielęgniarka zadzwoni i umówi termin.

Maciek kontynuuje rozmawianie po angielsku w przedszkolu, a w domu po polsku.

I świetnie rozumie, że są dwa osobne języki. Na dowód angedotka:

Kuba odprowadza Maćka do przedszkola.

Zdejmując kurtkę, Maciek mówi do niego: Tato, ja teraz będę mówił po angielsku. 

I zwracając się w stronę kolegów: Hello, everybody !!!

🙂

I jeszcze na koniec: Za standard przyjmuje się tutaj, ze obcojęzyczny 2-, 3-latek, po przyjeździe do Kanady, potrzebuje około 5 lat, żeby poziomem angielskiego dorównać rodzimemu użytkownikowi języka. W przypadku dzieci, które wyemigrowały w starszym wieku, czyli np. jak nasz Krzyś, taki poziom na ogół osiąga się po 2 latach.

Zdjątko z gatunku: Gimnastyka buzi i języka

gimnastyka buzi i języka

Jest dobrze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

I na koniec dziękujemy raz jeszcze Cioci Dorocie – bez Ciebie byłoby nam znaczniej trudniej !

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Jak się macie wiosną 2015? Krótko, co u chłopaków i w jakim języku mówią.

Trochę o chłopakach będzie. W skrócie: są szczęśliwi i radzą sobie znakomicie.

u Krzysia wiosną 2015 :

Krzyś wyliczył skrupulatnie, ze ma więcej przyjaciół w Vancouver niż w Wawie.

Dokładnie to Keana, Logana i Vincenta i paru pomniejszych też. Więcej niż ty masz mamusiu i nie każdy kolega to przyjaciel. Aha, bystre dziecko 🙂

Nie ma problemów z językiem, z włączeniem się do zabawy, właściwie w niczym nie odstaje od swoich rówieśników tutaj. Program kanadyjski nadgonił i myślę, że od przyszłego roku pójdzie do trzeciej klasy tutejszej podstawówki. Mogę go spokojnie zaprowadzić na zajęcia czy zabawę u kolegów, zostawić i wybyć. Nie zginie, nie zapłacze się, może czasami mu trudniej, no ale każdemu bywa trudniej, nawet w miejscu, które zna od urodzenia.

Czyli cel: żeby był odważny i umiał zamówić wodę w sklepie, osiągnięty. Jupikajej.


 

u Maćka wiosną 2015:

Maciek jest super dumny ze swojego przedszkola.

Zawsze, kiedy koło niego przechodzimy, pokazuje na siebie i na budynek, żebyśmy broń boże nie minęli bez komentarza : tak, tak, to twoje miejsce Maciusiu. A jak zobaczy gdzieś kolegę z grupy, to nie spocznie, dopóki nie podbiegnie i niemalże palcem nie dźgnie tegoż, że oto właśnie jest kolega Maćkowy, mamo patrz, patrz tutaj.

Rozumie dzieci, wchodzi w interakcje z nimi – dzisiejszy hit zabawowy to skakanie wraz z 4letnią Leilą z 3 schodka na stos poduszek, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Mówi, pokazuje, jest zadowolony. Chociaż oczywiście za uszami też ma, ale to akurat taki wiek, a nie taki kraj ma na to wpływ.

Co ja dzisiaj usłyszałam od Maćka? Mama, more pić.

Czyli cel: żeby był odważny i umiał mówić, osiągnięty. Jupikajej po raz drugi.

I jeszcze więcej w temacie językowym:

Maciek po trzech miesiącach czekania zaczął zajęcia logopedyczne z kanadyjską terapeutką.

Dostaliśmy od niej materiały, ulotki, mamy ćwiczyć wyrazy z s i sz, np. (auto)bus. Poza tym przebywanie z dziećmi kanadyjskimi wyraźnie wpływa na język Maćka, jego koledzy chwalą się, że Maciek z nimi rozmawia. Trochę martwi fakt, że nie wszystkie osoby prowadzące zajęcia z chłopakami, znają angielski jako pierwszy język (w końcu to imigrancka Kanada, no i ta bardziej azjatycko-filipińska jej część), no ale przynajmniej ich rówieśnicy mówią dobrym angielskim.  Maciek używa m.in.: here, the book, me, no, up, down, go, stop. A po polsku mówi Mama daj mi! Bardzo ciekawie jest z alfabetem, niektóre litery nazywa po angielsku, więc na e mówi i, ale na w mówi i abjlju i wu. Miesza i wybiera.

Czytamy z nim książeczki przesłane przez Ciocię Dorotę, opisujące metodę uczenia polskiego sylabami.

Kocham czytać April 2015

Bo podobno szybciej dzieciaki uczą się języka kiedy czytają mu jako mu a nie emu,  a widzę, że Maćkowi właśnie takie rozróżnienie sprawia trudność.

Logopedka mówiła nam jak ważne jest Keep Your First Language czyli o podejściu do utrzymania języka ojczystego w rodzinie, żeby do babci w Polsce nie mówić: Go here, żeby nie zapomnieć, i żeby się go uczyć. Ja zmuszam Krzyśka do dyktand z polskiego i będę to robić nadal.

więc tak

tendencja wzrostowa, są szczęśliwi, jest dobrze

🙂

Polska lekcja – lekcja polskiego. Jak w Kanadzie realizujemy program polskiej podstawówki ?

Druga klasa po polsku. Z daleka od polskiej szkoły. Da się? Jasne !

Jak tylko zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver, zaczęliśmy się zastanawiać, co z nauką języka polskiego (a właściwie nauczeniem zintegrowanym, bo tak nazywa się  w praktyce trzy pierwsze klasy polskiej szkoły podstawowej).

Ponieważ na początku zakładaliśmy, że nasz pobyt w Kanadzie będzie trwał rok, chcieliśmy, żeby Krzysiek nie miał przerwy w edukacji polskiej.

W czerwcu 2014 w warszawskiej szkole wystąpiliśmy o urlop roczny – napisaliśmy w podaniu, że w roku szkolnym 2014-2015 będzie się uczył polskiego na poziomie drugoklasisty, tak, żeby w momencie, kiedy wrócimy, mógł pójść z kolegami nieprzerwanym tokiem nauczania.

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, czy będę go sama uczyć, czy też pójdzie w Vancouver do polskiej szkoły sobotniej, przy parafii Św. Kazimierza.

W sierpniu 2014, po przeszukaniu dostępnych informacji w internecie, nasz wybór padł na ofertę Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą.

  • ✔ Jest to jedyny system online, który działa pod patronatem MENu (początkowo służył dzieciom polskich dyplomatów na placówkach zagranicznych).
  • ✔ Od początku spodobała nam się strona internetowa, jakaś taka mocno, wręcz uroczyście, urzędowa. A przy tym przyjazna i czytelna. Dla wnikliwych podano nawet wykaz ustaw, w oparciu o które pracuje ośrodek.
  • ✔ Siedziba ośrodka mieści się w Warszawie (dla nas to ułatwienie, m.in. ze zdawaniem egzaminów czy odbieraniem dokumentów).

Są również inne platformy umożliwiające naukę polskiego dzieciom emigrantów (na blogu Kasi, mamy w UK, poczytacie o szkole Libratus . O Libratusie jest też na szwajcarskim blogu Joanny ).

Przewagą Libratusa jest fakt, że w ich systemie mogą się uczyć już dzieci pięcioletnie, gdy tymczasem program ORPEG oferuje pierwsze zajęcia dopiero dla pierwszoklasistów. Ale w ORPEG można za to zdać maturę!


Najlepiej samemu porównać, co oferują te różne systemy i wybrać najlepszy dla swojego dziecka. Ponieważ nauka polskiego online to wciąż zagadnienie stosunkowo świeże, wciąż niewiele jest opinii rodziców dostępnych w sieci.

Jak to jest u nas?

Krzyś w tym systemie jest zapisany do szkoły im. KEN i realizuje tryb nauczania klasy drugiej w systemie uzupełniającym, to znaczy ma lekcje z języka polskiego oraz wiedzy o Polsce.

W praktyce to jest tzw. nauczanie zintegrowane, czyli realizuje taki sam program i podręcznik, jak jego koledzy w II klasie w Warszawie.

Nasze wrażenia po pierwszym zalogowaniu się do systemu

Na początku było trochę technicznych problemów z kamerką, ale później słyszeliśmy dobrze, co mówi nauczycielka. Lekcja ma formę prezentacji online (webinaru), a dzieci mogą pisać w oknie czatu lub nauczycielka oddaje na chwilę moderowanie, żeby uczeń mógł napisać odpowiedź na slajdzie. Całkiem nam się ta strona podobała, a  sesja webinarowa przebiegła sprawnie, dobrze, że MEN ma sensownych informatyków. Nauczycielka jest bardzo przyjazna, widać, że ma doświadczenie w nauczaniu na odległość.

orpeg

Lekcja trwała około godziny. Następna ku wielkiemu rozczarowaniu Krzysia miała się odbyć się za dwa tygodnie. On chciałby już mieć codziennie. Częstotliwość rzeczywiście nie jest najlepsza, a i szkoła ruszyła z miesięcznym poślizgiem (prawie jak w Kanadzie, hehe).

Jeszcze jedna rzecz do nas dotarła – Krzyś codziennie powinien pisać na komputerze, żeby się oswoić z klawiaturą i nauczyć pisać bezwzrokowo (przy okazji i ja muszę Mistrza Klawiatury odpalić).

Dzieci jest kilkoro, wszystkie oprócz Krzysia są w Europie, więc były oklaski, jak się dzieci i pani dowiedziały, że Krzysiek z tak daleka i dopiero co idzie na zajęcia do kanadyjskiej szkoły (u nas polska lekcja wypadł przed 9 rano).

Kris już poszedł do szkoły, Kuba w pracy, a my z Maćkiem zbieramy się na spacer, jest pyszne słońce.
Pozdrawiamy 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Pierwsze kanadyjskie emocje dzieci. Oswajanie (się i) języka.

To pierwszy post, który powinieneś przeczytać, jeśli planujesz przeprowadzkę z rodziną do Kanady.
Emocje rządzą!

Nie zliczę, ile razy pisałam ten post. Wersja, którą teraz czytasz, powstała podczas trzeciego lata w Kanadzie.

Najpierw były krótkie notki na blogu, które czytała najwyżej rodzina. Najważniejsze pytanie, jakie dostawaliśmy w pierwszych dniach pobytu w Vancouver brzmiało: jak dzieci?

Miałam nikłe pojęcie o blogowaniu i “klikalności”, więc pisałam tak po prostu. Myślę, że już nigdy potem posty nie były tak emocjonalne i osobiste.

To są wspomnienia z Vancouver, z początku początków, z sierpienia i września 2014.

 

Jeśli dopiero planujesz emigrację do Kanady, zwłaszcza z rodziną, gorąco cię zachęcam, poczytaj, jak wyglądały nasze pierwsze dni w Vancouver.

 

Minęło pierwszych pięć dni w Vancouver i padły pierwsze tęskne słowa z ust Krzysia: szkoda, że tu nie ma babci…

I nie wiem, jak się zachować. Na studiach mnie nauczyli całego mnóstwa rzeczy, mało przydatnych tutaj.

Cała nasza rodzina pierwszy raz sama, tak daleko. Nie znamy nikogo, a nikt nie zna nas, bo co to ten moment rozmowy na Skypie z pracodawcą Kuby.

Żeby się odezwać do tych, co w Polsce zostali, próbuję otworzyć komputer, ale słyszę żądanie o bajkę. Trudno, rodzic musi dawać przykład i emaile spadają na dalszy plan. Z hukiem spadają.

Emocji tyle, że ciężko w sensowną historię ułożyć. Ale spróbuję. Zapiszę nasze oswajanie się, a zwłaszcza chlopaków.  Będą łzy i ciekawość. Tęsknota i duma. Sporo strachu, a więcej życzliwości.


Ustalenie planu emigracji trwa “na żywca”, a pierwsze kanadyjskie emocje nie pomagają, oj nie.

 

Praca załatwiona z Polski, a mieszkanie i tak tymczasowe, została szkoła dla Krzysia i żłobek/przedszkole dla Maćka. Niby mało, ale w praktyce okazało się, że właśnie te tematy przewijały się jesienią 2014 najczęściej.

Zupełnie nie byliśmy przygotowani na emigrację dzieci.

Ty bądź mądrzejszy!

Oswajanie szkoły i szkolnych emocji – jest strajk nauczycieli i co im zrobisz?

Krzyś (lat 7)

To dopiero wyzwanie dla nowoprzybyłych. Lądujesz w Vancouver, a tu nauczyciele strajkują.

Tak na dzień dobry dostaliśmy kawałek kanadyjskiej demokracji do oswojenia (się).

Vancouwerczycy organizują dla dzieci strike camps, co śmiesznie brzmi, jakby to przetłumaczyć na polski. Chodzi oczywiście o obozy na czas nauczycielskiego strajku, ale z drugiej strony może nowych Wałęsów tam chowają (strike camps=obozy dla strajkujących)?

I spróbuj w taki czas zapisać dziecko do szkoły w tutejszym kuratorium (bo to chyba kuratorium jest, hmm…) – do District Registration and Placement Centre, kiedy strajkujący nauczyciele siedzą na leżakach przed ośrodkiem.

Rejestracji wtedy dokonują dyry i dyrdyry, wicedyry i inne szkolne oficjele, pełne dobrych chęci, ale niezaznajomione z tematem. W efekcie spędziliśmy tam 2 godziny, a i tak musimy wrócić.

Ale, ale, Krzyś poszedł sam pisać test, rysować i rozmawiać po angielsku z panią. Przez całą godzinę! Pani pokazywała różne obrazki, a on je po angielsku nazywał, pytała go o imię, żeby narysował rodzinę, i były też obliczenia, ale bez odejmowania pod kreską (nie wiem, czemu, ale wyraźnie zaznaczył, ze odejmowania pod kreską nie było, chyba powinnam się zapytać matematyczki z polskiej szkoły, o co kaman?).

Wyniki tego wstępnego testu z angielskiego (oraz, na to wygląda, z matematyki również) to jest opis, który zostanie przesłany do naszej szkoły rejonowej, gdzie na tej podstawie przydzielą Krzysiowi dodatkową pomoc w angielskim (teacher support).

Przyszło też do nas pismo, że Krzyś jest w programie szkoły polskiej on line, więc zaczynamy edukację domową w zakresie klasy drugiej polskiej szkoły. Się nie wywinie, choćby chciał.

Jak Krzysiek pierwszy raz poszedł na zajęcia strike camps, przesiedziałam dwie godziny w pobliskim Starbucksie, gryząc paluchy z nerwów.

Chyba ze trzy razy podałam nauczycielom mój numer telefonu. Ale za to potem byłam z syna taka dumna, jak nie wiem co!

Trochę się zdziwił, kiedy poszliśmy na zajęcia do kościoła, a nie do szkoły, czy community centre (skrzyżowania domu kultury i biblioteki), ale kościół był pięknie położony, nieprzypominający z wyglądu żadnego znanego obiektu sakralnego.

Przyjęto nas po amerykańsku (a może powinnam napisać: po kanadyjsku?), czyli z otwartymi ramionami, szerokim uśmiechem, pytaniami: skąd jesteśmy, jak się tutaj znaleźliśmy i dlaczego.

Wytłumaczyłam, że Krzyś owszem zna angielskie słówka, ale za wiele sam nie powie, choć jest po zajęciach pełen chęci i się dopytuje: Mamo, a jak poprosić o pizzę?Mamo, a nie podziękowałaś po angielsku [już mnie skubany poprawia].

Okazało się, że podczas zajęć jedną grę znał z Polski, że chłopcy go zaprosili do zabawy w berka (przynajmniej tak odgadł, bo nie zrozumiał) i że zjadł marchewki (ach ten nieoceniony wpływ rówieśników, hehe). Ma już swojego ulubionego kolegę, z którym się podzielił kanapką z masłem orzechowym, co osobiście lekko mnie zdziwiło, bo był znak przekreślonego orzeszka i ogólnie w kanadyjskich placówkach jest najczęściej no peanut policy (winna: alergia).

Bywa i tak, że emocje i nieznajmość języka nie przeszkadzają, a wręcz pomagają. Pomagają robić z siebie funny boya (klasowego klauna), co niekoniecznie jest mile widziane na zajęciach.

Oczywiście gadka wychowawcza z naszej strony była, ale też nie uważam, żeby to było jakieś nadzwyczajne wykroczenie, ot po prostu mały chłopiec, wrzucony w nową rzeczywistość, radzi sobie jak może, raz lepiej raz gorzej.

Jest dobrze, myślę, w nowej kanadyjskiej szkole wysiedzi.

Szkoła zamiast na początku września, ruszyła 22/09/2014.

Rząd prowincjonalny oddał rodzicom pieniądze, które zapłacili, posyłając dzieci na zajęcia zorganizowane (strike camps) w tym czasie, kiedy te powinni być w szkole. My dostaliśmy przelew czekiem na 400 CAD.

 


Oswajanie żłobka/przedszkola

Maciek (lat 2,5)

Kiedy przyjechaliśmy, Maciek został wpisany na listę żłobka, daycare, z terminem przyjęcia na listopad 2014. Najpierw był mój wielki opad szczęki, że tak trudno o opiekę nad dzieckiem do lat 3, a potem wielkie zdziwienie wszystkich, że nam się udało Maćka gdzieś wcisnąć. Szczęście początkującego emigranta?

Trochę gorzej nam poszło z językiem, a właściwie językami.

Ma swoje zdanie na temat całej przeprowadzkowej sytuacji, ale skąpi słów zarówno po polsku jak i po angielsku. Potrafi prychnąć, krzyknąć, dać wyraz dezaprobaty.

Za to mówi Hi i uśmiecha się do ludzi.

  • Mama jeje taktu – Mamo, zaśpiewaj piosenkę o zegarze
  • Tata plo? – Tata pojechał rowerem do pracy?
  • Mama koko – tutaj w zależności od kontekstu i intonacji: Mamo, poproszę jajko sadzone. / Mamo widzisz tego ptaka?
  • Mama kapko? – Poproszę soczek jabłkowy
  • Tak, chluuuuuup.… – Tak, chcę pić wodę

I jeszcze całe mnóstwo innych, własnych dźwięków.

Jak ktoś do niego mówi po angielsku, to jest zdziwiony, ale nie boi się.

Ale co ja tam wiem, sama się boję gadać.

W dodatku jak tutaj nie zgłupieć, kiedy jest się 2,5 latkiem, całe życie się słyszało, ze psy robią hał, hał, a nagle tutaj wow, wow, świnie chrum chrum, a tutaj oink, oink, no każdy by się pogubił, c’nie?

 


Tutaj przeczytasz więcej o pierwszej jesieni w przedszkolu Maciusia


Krzysiek i Maciek kontra reszta

Chłopaki na placu zabaw tworzą coś tworzą coś w rodzaju obozu polskiego, i np. utrudniają dostęp innym dzieciom do zabawek. Inne dzieciaki jakby nie istniały. Puszczają hamulce, bywa, że jest jazda bez trzymanki, choć właściwie nie wiem, czy powodem jest przyjazd do Kanady, czy raczej ogólnorozwojowy foch-bunt dwulatka czy siedmiolatka.

Kanadyjskie dzieci mają od maleńkości wpojone grzeczne zachowanie się i dzielenie, ale nasi chłopcy, wciąż w szoku poprzeprowadzkowym potrafią bardzo emocjonalnie zareagować. I jest klops.

Z jednej strony zaciekawieni, chętnie by się przyłączyli do zabawy, do dzieci, ale jak już się przyłączą, to wszystko chcieliby tylko dla siebie.

Jeszcze nie wiem, czy w obecności innych dzieci i ich rodziców mówić do nich po angielsku, czy po polsku, i w rezultacie często mówię po angielsku i zaraz tłumaczę. I o ile Maćkowi jest to obojętne, to Krzysiek zaznacza, że on jest Polakiem i będzie mówił po polsku.


Te pierwsze kanadyjskie emocje co w tej małej, małej siedzą głowie, pędzą jak szalone, gdzieś tam werbalizują się po drodze, mniej lub bardziej właściwie.

A ja? A ja staram się działać intuicyjnie, let them be little (pozwolić im być małymi).

I czekać.

Rok później jest łatwiej.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.