Czy można być za starym na Kanadę? Emigracja w dojrzałym wieku.

Kilka myśli po wyjeździe do Polski, po przeczytaniu emaili i po powrocie do szkoły w wieku lat 36. Czyli otwieram temat: czy można być za starym na Kanadę i czy może być za późno na emigrację?

Jakiś czas temu byłam w Polsce z chłopakami. Patrzyłam na moich rodziców i czułam żal, że za chwilę przyjdzie się pożegnać. Przez głowę czasami przelatywały mi  myśli: “a co, jeśli by się z nami przeprowadzili do Kanady? Byliby bliżej wnuków?”

No właśnie, co by było? Nie wchodząc w szczegóły prawno-emigracyjne (tak, jest możliwe ściągnięcie rodziców w ramach programu łączenia rodzin), zastanawiam się, jak moi rodzice czuli by się, emigrując teraz do Kanady.

Emigranci w późnym wieku inaczej przecież reagują niż ci, co wyjechali mając lat naście.

Czy można być za starym na emigrację do Kanady? Czy może już być za późno dla Ciebie, żeby do Kanady wyjechać?

Ale nie tylko wizyta w Polsce skłoniła mnie do takich rozważań.

Wciąż dostaję sporo emaili z pytaniami o Kanadę i emigrację.

Ostatnio, być może w związku z sytuacją polityczną w Polsce, dostaję coraz więcej zapytań od ludzi w dojrzałym wieku, z poukładanym życiem, którzy rozważają emigrację do Kanady.

Porozmawiajmy zatem o tych dwóch przypadkach, różnych, ale trochę podobnych. Wspólny mianownik: wyjazd z Polski w późniejszym okresie życia.

1. ściągnięcie rodziców, bo wyemigrowały dzieci

Czy nasi rodzice odnajdą się w Kanadzie?

Oczywiście jak wszystko,  to zależy. Jeśli dla dziadka ważne jest po prostu, żeby być z wnukami, z rodziną, to i na księżyc można wyjechać, i się tym cieszyć.

Ale nasi rodzice, dzisiejsi 50-60 latkowie raczej rzadko chcą ograniczać swoją aktywność do bycia dziadkami. I bardzo dobrze! Niech z życia korzystają!

Czy jeśli  twoich rodziców przeprowadzisz do Kanady, będą się dobrze czuli także poza waszą polską rodziną? Kanada na pewno im to umożliwi, oferując mnóstwo miejsc przyjaznym seniorom, darmowe kursy językowe, sporo aktywności zachęcającej do włączenia się w działalność na rzecz społeczności.

Ale czy twoi rodzice będą chcieli z tego skorzystać? I czy po początkowym okresie zachłyśnięcia się wolnością i życzliwością w Kanadzie, będą wiedzieli, co ze sobą zrobić?

to są pytania, na jakie warto sobie odpowiedzieć, zanim się rodziców ściągnie do Kanady

Jacy są oni dzisiaj, w Polsce? Czym się zajmują? Co daje im radość?  Z kim się spotykają?

Jeśli są szczęśliwi w Polsce, czy jak tego zabraknie, znajdą sobie coś innego? Czy raczej będą nieszczęśliwi?

Często słyszę też historie “w drugą stronę” – że ktoś bardzo chętnie by do Polski wrócił, ale dzieci są w Kanadzie, no a przecież dzieci się nie zostawia.

Rodzina jest najważniejsza.

A emigracja, no cóż. Trzeba się przyzwyczaić.

Myślę, że sporo jest prawdy, takiej zwykłej ludzkiej prawdy w stwierdzeniu: “nie przesadza się starych drzew”.

Do emigracji rodziców trzeba się przygotować tak samo solidnie, jak do emigracji z dziećmi. Zminimalizować stres.

Może zamiast przeprowadzać rodziców, wystarczy do Polski polecieć częściej niż raz na kilka lat.  Być w życiu rodziców jak najczęściej, ale nie kazać im swojego życia do góry nogami przewracać, dla nas.

Dla nas już swoje zrobili.


to teraz kilka myśli w drugim temacie.

2. decyzja o emigracji całej rodziny w drugiej połowie życia.

Być może większość z was interesuje właśnie ten temat. Statystyki blogowe pokazują, że czytelnicy “Kanada się nada” wcale nie składają się li i jedynie z 20-30 kilkulatków. Wiem, że wiele z Was ma poukładane życie w Polsce, mniej lub bardziej w waszej opinii udane. I z jakiegoś powodu, chce wyjechać do Kanady.

Piszecie do mnie, dzieląc się historią swojego życia. I pytacie: co ja bym zrobiła na Waszym miejscu? Czy żałujemy, że wyjechaliśmy i zostawiliśmy życie w Polsce? Co na to wszystko nasze dzieci?

A ja wtedy zadaję Wam w emailu pytanie:

Przede wszystkim, dlaczego chcesz wyjechać?

Być może nie wiesz, a odpowiedzią będzie: bo mam taki kaprys. I czemu nie, odpowiedź dobra, jak każda inna. Piszecie, że Kanada była waszym marzeniem od zawsze, ale życie w Polsce wzięło górę nad marzeniami, i tak dzień za dniem mijał, mija. Ale marzenie jest. Chcesz wyjechać do Kanady.

To wtedy ja pytam,

co wiesz na temat emigracji w ogóle, a emigracji do Kanady w szczególe?

Pytań jest zresztą więcej, lista wciąż niekompletna, ale mam nadzieję, że te pytania choć trochę pomogą pomyśleć:

  • Co zrobisz, jak przyjedziesz?
  • Czy jesteś gotowy pracować za mniej? Wygoda ekonomiczna to jedno, ale czy przez rok, dwa znajdziesz w sobie tyle pokory, żeby ze stanowiska dyrektora znowu zacząć jako pracownik entry level? Bo chociaż wykształcenie spoza Kanady się liczy, to nie liczy się aż tak.
  • Czy wiesz, jaka jest sytuacja na rynku pracy? Jeśli masz te 40 lat, to znacznie rzadziej decydujesz się na przebranżowienie niż dwudziestolatkowie. Jesteś gotowy na to?
  • A dzieci, co z ich życiem? Nie w smak Ci polska szkoła dla dzieci, ale czy wiesz, że kanadyjska wcale nie wygląda jak z serialu?
  • Narzekasz na polską służbę zdrowia, ale czy masz potwierdzone info, że kanadyjska jest skuteczniejsza?

Mogłabym tak te listę ciągnąć i ciągnąć. Zachęcam Cię do zrobienia sobie swojej. Solidnie długiej, przemyślanej na spokojnie.

I być może rozważysz na początk emigrację gdzieś bliżej? W Europie?

Z  wiekiem nabieramy pewnych przyzwyczajeń i mimo otwartego umysłu i chęci przygody, może nam wcale nie być łatwo. Ja wiem, że mi jest dużo trudniej odnaleźć się w Vancouver teraz, niż kiedy miałam 21 lat i mieszkałam w Budapeszcie. Bo już mi się mniej chce zaczynać wszystko od nowa, mniej mam takiej zachłanności nieukierunkowanej. Jestem bardziej wygodna i bardziej leniwa.

I nie, wcale nie uważam, że coś mi się od Kanady należy. Albo od życia należy. Ale też nie chcę wciąż być w bloku startowym. Już nie.


Jest jeden powód niestety, bardzo realistyczny, który wcale nie zależy od odpowiedzi na  powyżej zadane pytania. Być może jest już zwyczajne za późno na zmianę adresu, bo kanadyjski system emigracyjny, niestety, premiuje osoby młode.

Za późno może być, bo punkty za emigracje w systemie Express Entry są przyznawane tylko do pewnego wieku. A potem są już punkty ujemne.


No to jak to w końcu jest, Kasia? Za późno czy nie za późno? Za stary jestem, czy jednak nie?

Nie, nie jesteś za stary na emigrację. Nigdy w życiu nie jest za późno na zrobienie czegoś, co się chce.

Nie spróbujesz, nie będziesz wiedział. A lepiej wiedzieć, niż żałować niepodjętych decyzji.

 

Pozdrawiam Cię serdecznie, zaczynając  w wieku lat 36 drugi tydzień szkoły w otoczeniu samych dwudziestokilkulatków 🙂

Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

Post-interwencja pisany na żądanie i pod wpływem zasłyszanych historii. Czyli agencje obiecujące pracę w Kanadzie.

Jest taka sprawa, mocno nieciekawa.

Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

Dlaczego teraz taki wpis?

Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

First things first:

  1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
  2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

To teraz jeszcze:

  • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
  • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
  • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

 

Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo. Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie. Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

 

  • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
  • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
  • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

Ok, to co zrobić? Jak żyć?

Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

Przeznacz dużo czasu i przygotuj się. Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest. Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami. Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

grupa Oh Kanada – życie, emigracja i podróże po Kraju Klonowego Liścia

grupa e-kanada

Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim. Jak jesteś dziewczyną, przyjdź na Babskie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze. Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień. Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


Lepszy, lepsiejszy, najlepsiejszy (i/e)migrant czyli ja się znam na Kanadzie, a ty nie!

Takie tam rozkminy na trzecie urodziny i czy po 3 latach jesteśmy wystarczająco dobrymi emigrantami w Kanadzie.

Ta jest, trzy lata w Kanadzie! Stuknęło, huknęło, przeleciało. Wymądrzam się i piszę wciąż, chociaż tego pierwszego posta blogowego już nie ma (ale nie żałuj, to były trzy zdania w stylu: juhuuu, ja tutaj piszę i paczę, czy działa)

To lecimy z rocznicowym postem, ok?


Znasz wcześniejsze posty o emocjach?  → (kliknij w obrazek)

….....


Trzy lata później chodzi za mną pytanie: “Kto się zna na Kanadzie?” i odpowiedź:  “Ja?!”

Tak sobie zaglądam na Facebook, dobra, często zaglądam, nie będę udawać, że nie, że ja cię proszę wcale nie jestem jakaś uzależniona. Feed skroluję (omg) i czytam, i widzę, i się cieszę.

Że jest coraz więcej ciekawych treści o Kanadzie, o życiu w różnych kanadyjskich miastach (dwa dni temu wpadłam na blog polski z Halifaxu), o polskich doświadczeniach i spostrzeżeniach. [Ok, wiem, że to ten niecny algorytm Facebooka mi tak podsuwa te właśnie teksty, ale zgodzicie się chyba, że coraz więcej osób pisze o Kanadzie.]

I dobrze!

Ja na każdym Polskim Babskim Spotkaniu się zastanawiam, czemu te wszystkie super dziewczyny, wy wszystkie nie piszecie bloga. Wiem, nie każdy chce być blogerem, ale serio szkoda, że wiele kanadyjskich historii słyszy się tylko w wąskim gronie.

Dlatego zawsze zachęcam – mieszkasz w Kanadzie, myślisz o Kanadzie, wyjechałeś już, ale w środku słowa zostały – pisz o tym! Dziel się! Nawet jak nieregularnie, bez własnej blogowej domeny i profesjonalnych zdjęć, bez rozkminiania, czy to wyszuka się w guglach,  to przynajmniej w grupach na facebooku daj znać, że coś wiesz, a ktoś ci za to podziękuje.

Podziękuje ci… stop! No właśnie, czy podziękuje? Ja tutaj sobie na własnym blogu słowy zachęty rzucam, do pisania namawiam, a tymczasem ty wcale nie chcesz się ujawniać, bo w internecie zawsze znajdzie się ktoś, kto się lepiej niż ty zna i skomentuje. Często nieprzyjemnie.

Na Kanadzie się zna, prawo imigracyjne zna, ba, ten ktoś się zwykle wie lepiej, jak ty się czujesz w Kanadzie. A jak się czujesz inaczej, no cóż, ty się nie znasz, a on(a) jest lepsiejszym (e/i)migrantem.

Jest lepsiejszy, bo starszy. Albo stażem imigracyjnym starszy. Wie lepiej. I będzie radzić, nie przebierając w słowach. Wygląda na to, że żeby być najlepsiejszym imigrantem trzeba:

  1. uwielbiać Kanadę zawsze i wszędzie, a jak się zdarzy gorszy dzień (bo się zdarzy, to pewne), zacisnąć zęby, spiąć poślady i dalej jechać z tym koksem;

  2. nienawidzić Kanady, bo to nie jest ten sam kraj, co kilkadziesiąt lat temu, a w Polsce to zawsze świeci słońce i ludzie są mili;

  3. wiedzieć o Kanadzie wszystko, zanim się przyjechało. Na wyrywki znać, jaka jest pogoda w każdej prowincji i że na pewno ci będzie zimno oraz tam to zawsze pada (uwaga, nie zawsze!);

  4. wiedzieć, ile czasu potrzeba, żeby czuć, że Kanada jest dla ciebie miejscem, bo po tygodniu nie wiesz nic, po miesiącu to ty jesteś w imigracyjnym żłobku, no może po roku masz prawo cichutko się wypowiedzieć. A i to nie zawsze, bo patrz punkt 1.;

  5. swoje przeżyć, odstać, odrobić, żeby się dorobić, zaczynać od początku, bo inaczej się nie da, a jak myślisz, że z twoim zawodem masz jakieś szanse, to się chłopie/dziewczyno grubo mylisz i nie tylko nie zostaniesz najlepsiejszym imigrantem, ale w ogóle zapomnij o Kanadzie;

  6. mieć źle na początku emigracji, a później tylko trochę lepiej. Polakom na drugie imię męczennicy, i w Polsce, i w Kanadzie.

  7. i w ogóle przez jakieś 20 do 35 lat nie zabierać głosu, bo jest się gówniarzem w ogóle, a nie tylko w szczególe, i za tamtych czasów to były czasy, a teraz wiadomo, poprzewracało się mileniasom w głowach i wszyscy chcą do Kanady.

Taaaa.

Emigrant / imigrant jak narzeka źle, jak chwali to też źle. Ironia be, żarty be, powaga i patos bebebe.

Nie będę pisać, że to tylko Polacy, bo byłabym niesprawiedliwa. Ani, że tylko mieszkający poza krajem urodzenia.

Wszyscy dzisiaj, mam wrażenie, że wszyscy, chcąc nie chcąc żyją w stanie never enough.

Sam stan niewystarczenia zły nie jest. Problem pojawia się wtedy, kiedy przeszkadza tobie. Albo innym przeszkadza, o czym oczywiście nie zapomną ci powiedzieć.

Nie dla ciebie odznaka super emigranta i honorowego przedstawiciela Polonii w Kanadzie.

Nikt nie jest wystarczająco dobry.

No chyba, że ty jednak jesteś. To wtedy koniecznie napisz w komentarzu. W końcu ja się nie znam 😉

Nie żebym miała w sobie jakieś wielkie pokłady goryczy na te trzecią rocznicę mieszkania w Kanadzie. Jestem na wakacjach, czytam, co u Moniki, śledzę grupę na Facebooku, i takie mnie naszło.

ale poza tym dobrze.

A u ciebie jak?


 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

10 lat Krzysia i mama od dekady czyli jak wygrałam 33 mega paczki pieluch.

To wpis osobisty – historia mamy od dekady i 10 lat Krzysia.

Uwaga, uwaga, uczciwie przestrzegam, tekst jest typowo lajfstajlowy (czyli ogólnie o życiu), a nawet parentingowy (czyli szczególnie o rodzicielstwie i dzieciach). Wyklikany głównie na komórce, trochę na tatowym komputerze, bo zapomniałam kabla od swojego laptopa do Polski zabrać. 

Tym razem mało o Kanadzie, a dużo o nas, i to historycznie, a miejscami histerycznie (zwłaszcza tam dalej, o pieluchach)

Sierpień 2017 to miesiąc Krzysia, trzeciego w kolejności w ekipie Kanada się nada, chłopca poważnego bo 10letniego. Większość jego życia upłynęła w Polsce, ale, mogę to napisać z pełnym przekonaniem, w Kanadzie znalazł swoje miejsce.

Opowiem jego historię, dobrze? Zapraszam na 10 lat Krzysia

Pamiętam, że kiedy Krzyś się urodził, w szpitalu było spokojnie, a na zewnątrz trwał gorący sierpień.

Nie byłam specjalnie zestresowana, bo jedyne wiadomości okołoporodowe (w dawce nieprzytłaczającej) z polskich szpitali były wtedy dostępne na forum gazeta.pl, a o blogach parentingowych mało kto słyszał. Ja w każdym razie nie.

Zdjęć z tamtego czasu, pierwszego roku, mam niewiele i w dodatku na wszystkich jesteśmy w chustach i miękkich nosidłach.

W 2007 roku nie było sklepów z chustami do noszenia dzieci, pieluszkami wielorazowymi i wszystkim tym, co dzisiaj jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Pierwszą chustę zamawiałam u Kasi z Niemiec, która wystawiała specjalne aukcje na allegro, żebyśmy mogli  ją kupić.

Dwa pierwsze lata to był czas kończenia studiów i chustoześwirowania. Miałam około 10 chust, różnych, kolorowych, z lnem, z wełną, z jedwabiem. Kupiłam pierwszą edycję Pawi Didymosa,kiedy jeszcze nie kosztowały czterocyfrowo. Nosiłam w pierwszym kaszmirze i miałam nosidło uszyte na wzór niemieckiego nosidła Manduca. Nie miałam wózka. Tzn. był, ale u dziadków, bo Kuba i ja nosiliśmy Krzyśka w chuście.

Pracę magisterską pisałam z rocznym synkiem, codziennie pomiędzy 21 a 22:30 spał w miarę twardo. W innym czasie spał typowo, czyli ku-rozpaczy-rodzica-nie-przesypiam-nocy.

Jeszcze pięć lat temu, będąc w drugiej ciąży, wrzucałam Krzysia w chuście na plecy. Teraz ma 10 lat, brak wad postawy, biega jak szalony i nadal lubi się przytulać. Wierzę, że w dużej mierze dzięki chustom.

Także dzięki chustom zabraliśmy go w góry, kiedy miał 8 miesięcy (mieszkaliśmy w namiocie koło Domu na Łąkach ❤). Padało prawie cały czas, ale to nic.

Skoro o wycieczkach, to w chuście pojechał do pierwszego w Warszawie kina, które organizowało seans dla mam z dzieckiem, na Imielin. Teraz takie atrakcje znajdziesz w wielu miejscach, ale 10 lat temu musiałam się nieźle nagimnastykować w komunikacji miejskiej, żeby z Woli przetransportować się 15 km na południe Warszawy.

Dzięki chustom wreszcie poznałam inne mamy, bo jakoś wśród najbliższych koleżanek jeszcze dzieci nie było (teraz są za to, więc piąteczka kochane dziewczyny, najlepsze się jeszcze wydarzy). Spotykałyśmy się w kościele Świętej Anny, a potem na bardziej zorganizowanych brykankach  w Fundacji Sto Pociech (patrzę, że ta fundacja to równolatka Krzysia, też obchodzi 10te urodziny). Pojawiały się pierwsze doradczynie noszenia w chustach i wielopieluchowania.

To właśnie na chustowych spotkaniach, wśród nieznanych mi wcześniej kobiet z dziećmi, odkryłam, jak wielką moc mają kobiece grupy wsparcia. Może dlatego tak bliskie mi są nasze Polskie Babskie Spotkania

Kiedy Krzyś miał 13 miesięcy, żeby odzyskać trochę równowagi i zakończyć karmienie, pojechałam sama w góry, na kilka dni, z ludźmi z Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich.

Kiedy miał 15 miesięcy, a ja byłam świeżo po obronie mojego mało praktycznego dyplomu, wynajęłam na dwa tygodnie nianię i poszłam na staż- testowanie oprogramowania. Poczekałam jednak z pracowaniem na poważnie do drugich urodzin Krzysia.

Rok 2009, wrzesień, Krzyś zaczął chodzić do żłobka państwowego. Po żłobku chodził jeszcze do przedszkola państwowego, które któregoś pięknego wiosennego dnia przyprawiło mnie niemal o zawał. Wracam z pracy, jestem już pod przedszkolem, a tu patrzę, trzyletni Krzyś siedzi sobie spokojnie na schodkach przed wejściem. Sam!

Okazało się, że panie pomyliły się i wysłały do rodzica nie tego Krzysia, co trzeba, pan woźny się nie zorientował w pomyłce, a dorośli gdzieś zniknęli. Trzylatek zdezorientowany gdzie mama?, wyszedł przed przedszkole, poczekać.

Do teraz nie wiem, ile tam na mnie czekał. I oddycham z ulgą, że nie poszedł sam w świat. I smutno mi, że nikt na ulicy nie zwrócił na małego chłopca uwagi (choć może słabo go widzieli, schody były ukryte w cieniu).

Po tej akcji zabrałam Krzysia z przedszkola następnego dnia.

W kolejnym roku przed-szkolnym poszedł do placówki katolickiej (na warszawskiej Woli jest całkiem sporo różnych placówek, i montessori, i waldorfska i żydowska też). Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. Stoję w kuchni i gotuję, a pięcioletni Krzyś bawi się na podłodze. Coś układa, klocki, misie, takie tam.

Nagle słyszę: Któryś za nas cierpiał rany…. Takie podśpiewywanie przedszkolaka podczas zabawy. Nie powiem, lekko mi się włos zjeżył na karku, złowieszczo to brzmiało, takim ponurym głosem wyśpiewywane.

Ale anegdotka pyszna została na całe życie 😉

A potem to już szkoła. Krzyś poszedł jako 6latek, wtedy mieliśmy wybór, czy zostawić w przedszkolu, czy posłać do pierwszej klasy. Poszliśmy na rozmowy do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dwie informacje, których mi wtedy udzielono:

  1. edukacyjnie zaawansowany aż miło;
  2. koniecznie znaleźć sposób, żeby miał przyjaciela w swoim wieku.

Z tym przyjacielem to było trudno, bo w pierwszej klasie szkoły muzycznej było 4 chłopców li i jedynie, w dodatku z odległych dzielnic Warszawy. Nie ceniłam wtedy playdates, tak jak teraz.

I chociaż nam nikt w dzieciństwie przyjaciół nie organizował, to dzisiejszym dzieciom jest trudniej czas na kolegów znaleźć, z powodu nadmiaru zajęć. Stąd rada mądrej pani psycholog, żeby rodzic pomógł zorganizować przestrzeń na koleżeństwo dziecka. Make sense, jak dla mnie.

Szkoła muzyczna to wielkie wyzwanie dla dzieci nie-muzyków. Dużo nauki także dla rodzica, żeby dziecku w nauce pomóc. Ale też wszystkie umiejętności muzyczne Krzyś nabył właśnie wtedy i mimo indywidualnej nauki gitary w Vancouver, nie zwiększyły się one znacząco.

Dlaczego posłaliśmy Krzysia do szkoły muzycznej? Powody są dwa:

  1. chciał grać na gitarze;
  2. to szkoła najbliższa naszego warszawskiego mieszkania

Poszedł na egzamin wstępny, zaśpiewał, wyklaskał rytm, napisał, co trzeba, i został przyjęty.

A po pierwszej klasie wyjechaliśmy do Kanady

O kanadyjskich przeżyciach Krzyśka przeczytasz w poniższych wpisach:

  1. Pierwsze kanadyjskie emocje
  2. Polska lekcja w systemie orpeg.pl
  3. Żłobek i szkoła – pierwsze wrażenie

I na koniec smaczek o tych pieluchach. W 2007 wygrałam 33 megapaczki pieluch Huggies. Oraz pakiet szczepionek skojarzonych dla Krzysia.

Na dwa miesiące przed narodzinami Krzysia, magazyn dla rodziców (zabijcie mnie, nie pamiętam, który) ogłosił konkurs na tekst listu do swojego dziecka. Napisałam wtedy list do mojego synka, poniekąd romantyczny.

List się spodobał, pieluchy przyjechały wielkim kontenerem, a my zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy. Pamiętam, że w kolejnej edycji można było wygrać voucher na…. poród w prywatnym szpitalu.

OSTRZEŻENIE: Dziś, jak czytam ten list, to jest lekki zgrzyt zębów, więc ten tego, przygotuj się na dużą dawkę sentymentalnych określeń,  ( pamiętam, że wtedy czytałam “Marie jego życia” Barbary Wachowicz oraz listy Sienkiewicza.).

w Warszawie dn. 24 czerwca

“Najmilszy Syneczku, pierwsze moje na tym świecie kochanie,

Jeszcze dwa miesiące a będziesz z nami, maluszku kochany, serca i duszy pociecho. Wzruszonam do głębi, myślą biegnę do Ciebie, który codziennie budzisz się i zasypiasz pod moim sercem, tak blisko a jednocześnie tak daleko. Wyimaginowany obraz Twój  wszystkie myśli moje i uczucia ogradza, kochana moja dziecinko.

Wraz z Twoim tatą jesteśmy przeszczęśliwi, cherubinie nasz jasnowłosy, że narodzisz się w piękny, złocisty sierpniowy dzień jako owoc naszej miłości i czci wzajemnej i ozdoba naszej rodziny. Może będzie to święto Matki Boskiej Zielnej, pachnące miętą i świeżym drożdżowym ciastem Twojej prababci, Krzysiu mój jedyny. Datę tę sam doktor oznaczył i teraz cała rodzina rozmyśla nad konceptem, jak zaprowadzić porządek, kiedy się pojawisz, bo będą to też urodziny mojego papy, Twojego dziadka i imieniny wuja Twojego zarazem.

Dla wszystkich jesteś już teraz promyczkiem, aniołkiem, duszyczką, a zdaniem doktora już teraz słyniesz z prawdziwie męskiej urody. A wiesz, że w ogrodzie dziadkowym, kiedy lato uczyni się zupełnie, rozkwitnie, dzieje się taki widok prześliczny, jakiego cała Polska nie ma? Dziadek nie może się doczekać, kiedy zbadasz najniedostępniejsze tajemnice ogrodu i  domu, który kocha ludzi i kocha też Ciebie.

Już teraz sama myśl o Tobie sprawia w rodzinie kolosalną radość. Serca biją nam głośno na samą wzmiankę o Tobie, jesteś dla nas ładunkiem dobroci i miłości bezustannym.

A do tego czasu muszę się, skarbeńku cudowny, kontentować jedynie radami i  opowieściami doktora, i krzepić nadzieją niedalekiego przecież naszego spotkania, kiedy Twój uśmiech opromieni cały Twój pokój, już wyszykowany, śliczny, jasny, południowy.

Ciężkie jest to oczekiwanie, kiedy z trudem przychodzi mi stać i siedzieć, bo taki jesteś cały poruszony we mnie. Siłę mam jeno aby rozmyślać nad Tobą, moje złoto malutkie, najdroższe, kochane. Chciałbym otulić Cię dłonią niewidzialnej opieki i usunąć z Twej drogi wszelkie nieszczęścia i smutki. Bylebyś miał tam i tu słońce i ciepło i spokój! Niech Ci go nigdy nikt nie mąci. „Jaki będziesz, kim będziesz w swym męskim życiu ?” od tego pytania nie mogę myśli oderwać. Choć pełna jestem dobrych przeczuć  na przyszłość.

Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy, bo z mojego szczęścia Tyś pierwszy syneczku kochany.

Trudno jest mi oderwać się od listownej rozmowy z Tobą, maluszku. W snach codziennie się odwiedzamy, oczom moim jawi się Twój wizerunek, ujmuję  Cię za rękę, za wszystkie paluszki, tulę do serca. Chciałbym Cię wycałować, popatrzeć już na Twoja buzię, nakarmić się Twoim widokiem, rącząt, nóżek, mój mały zdrowasiński. Już na wieki oplotłeś mi się dookoła serca….
Kocham Cię przeogromnie.
Twoja Mama”

Byłabym zapomniała, kogoś może ciekawić, skąd imię Krzyś? Umówiliśmy się z Kubą, że każde z nas przygotuje listę imion męskich i potem sobie przedyskutujemy te, które są na obu listach. Na mojej było około 12 imion: Ignaś, Jaś, Staś i Krzyś, jakoś tak w środku listy. Na Kuby liście było… tylko jedno imię. Zgadnij, jakie 😉

No i jest Krzyś.

A co do pochodzenia hashtagu #momfromdecade. To koleżanka kanadyjska, niania kolegi Maćka, nazwała mnie mamą od dekady. Nie wiem, czemu, ale brzmi to doniośle, wręcz jakby kto w dzwon bił. Miło mi.

100 lat Synku!

PS. Daj znać w komentarzu, czy takie, mocno osobiste posty powinny pojawiać się częściej?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

My slashies na emigracji. Czyli bycie A łamane na B w Vancouver.

Co za licho, slashies na emigracji? Rodzaj drinka? A nie, nie, chodzi o to, żeby być kim się chce. Nawet jak chce się być więcej niż 1 osobą.

Hę, ale że co? Jakie slashies na emigracji?

Eeeee, co za dziwaczny tytuł, tego posta to się pewnie nie da czytać.
Przekonasz się?

Rodzina u nas była z Polski, pisałam już o tym? No pewnie, że wiesz, prawda, przecież tyle o tym trąbiłam i się cieszyłam, że moi rodzice po raz drugi nas w Kanadzie odwiedzili.

Było zabawnie, bo w Vancouver cały czas lało (z przerwą na jeden piękny, słoneczny dzień, który spędziliśmy w Victorii).

Kiedy pada, dzieci się nudzą. Krzysiek byłby się chętnie ponudził, ale na jego (nie)szczęście, babcia Alina, była nauczycielka, z dziką ochotą wykorzystała ten czas, aby nadgonić trochę materiał z nauczania domowego języka polskiego. (Jeśli jeszcze nie wiesz, Krzysiek uczy się w czwartej klasie w systemie orpeg.pl; więcej o tym znajdziesz we wpisie o pierwszej lekcji polskiego w 2014)

Jak się domyślasz, dzieci nie były zachwycone dodatkową pracą i kilkakrotnie padło pytanie: po co ja się tego uczę?

Odpowiedź najprostsza: żeby wiedzieć, jakoś Krzyśka nie przekonuje.
Zatem temat rozwijamy: żeby dobrze czuć się w Polsce. Pytanie: Ale po co, skoro mieszkamy w Kanadzie?

I tutaj odpowiedź: bo jesteś Polakiem / (łamane na, slash) Kanadyjczykiem. (Już widzisz, skąd to slashies?)


Jesteś tym i tym. Nie tylko jedną, zamkniętą, określoną osobą. Spójną, zamkniętą, uporządkowaną osobą.
Jesteś synem/uczniem/budowniczym Lego/wymyślaczem komiksów/fanem Batmana i schabowego.
Jesteś Polakiem i Kanadyjczykiem. Zajmujesz się wieloma rzeczami w tym samym czasie. Jesteś wieloma osobami w jednym ciele.

Schizofrenią powiało… No wiem, ale co poradzić, ja już tak mam. Jak jeszcze tego nie wiesz, to znaczy, że nie czytałeś bloga 😉

Pytam samą siebie co i rusz, kim ja jestem w tej Kanadzie. Ale co tam, w tej Kanadzie, kim ja jestem w życiu, się pytam. I się co rusz nadziwić nie mogę, że odpowiedź za każdym razem jest inna. Ukośnikowata. Niepoukładana, nieperfekcyjna, nieostateczna.

Jestem slashy, jeśli chodzi o uczucia, nie tylko  o pracę, o zawód w tym momencie wykonywany.

I dobrze mi z tym. To jest prawdziwe, bo moje.

Jak zapytasz Krzyśka, kim chce zostać, odpowie: inżynierem i aktorem. Nie boi się łączyć dwóch zupełnie różnych dziedzin.

Podobno my, 2o-30 kilkulatkowie jesteśmy już całą generacją slashies. Zawsze to miłe jest, jak ktoś tak wszystkich wrzuci do worka i opisze, c’nie? [sarkazm]

Ludzie starsi niż nasz 10latek opisują siebie, jako kogoś łamanego na kogoś innego.

I na jeszcze kogoś, bo w sumie czemu nie?
Ba! Ja tak siebie opisuję (nie wierzysz? Zajrzyj na mój LinkedIn).

Jestem kobietą/Polką w Kanadzie/mamą/blogerką/byłą korpopracowniczką/organizatorką spotkań/programistką-in spe (to akurat czas przyszły mocno wątpliwy).

Wygląda na strasznie długi opis i pozornie nie do pogodzenia w jednej osobie.

Czy wiele twarzy, wiele zawodów, nie powoduje chaosu? Nie narzuca tego słynnego, wiele razy krytykowanego multitaskingu. Nie przeszkadza na życiu się skupić?

To już zależy od ciebie! (ale mądra jestem, prawda?) Nie będę zanudzać cię zbyt długim moim wywodem, rodem z parku relaksujących się kolesi. Napiszę tylko, że bycie łamańcem czy też ukośnikiem to bardzo fajny pomysł, a testuję go właśnie w Kanadzie. W Polsce jakoś na to nie wpadłam. Albo czasu nie było.

Tu i teraz nasi synowie są łamańcami z naszego wyboru. Teraz jeszcze w niewielkim stopniu decydują o sobie. Chociaż wróć, pomyłka, właśnie, że decydują. Przecież w końcu Krzysiek jest i Batmanem, i gitarzystą, prawda?

Jednak to rodzic ma ostatnie słowo w temacie decyzji twardych i ukośnikowatości emigracyjnej, czyli: czy być Polakiem, czy Kanadyjczykim, czy Polako-Kanadyjczykiem, czy Kanadyjczyko-Polakiem.

To rodzic odpowiada na pytanie o proporcje powyższej mieszanki.

Ja z uporem maniaka walczę, żeby żyć na dwa kraje. Wierzę, że się da. Dopóki decyduję ja, chłopaki będą na równi uczyli się polskiego i angielskiego. Będę płacić 1600 CAD za bilet na lot ponad 24h z przesiadką w Toronto, byleby na dwa tygodnie do Polski polecieć (Kuba nie ma dłuższego urlopu).

Będziemy ich uczyć, żeby próbowali więcej. Żeby życie rozszerzali na dwa kraje.

A jak nie zechcą za jakiś czas? To wtedy będzie kolejny wpis 😉

Dwudziesto-, trzydziestolatkowie, a już tym bardziej nasze dzieci, próbujemy więcej, testujemy więcej. Przez to łatwiej też podejmujemy decyzję o wyjeździe do innego kraju i przewróceniu swojego życia do góry nogami. Patrzymy szeroko i równie szeroko sięgamy.

Nie wierzysz? Zobacz, jak rośnie grupa facebookowa Oh Kanada – codziennie pojawia się ktoś, a raczej wielu ktosiów, którzy chcą być nie tylko Polakami w Polsce. Chcą próbować innego. Nawet, jeśli się nie uda, nawet jeśli koszty będą wysokie, warto.

Spróbuj zapytać swoich rodziców, jak oni się przedstawiają. Jestem prawie pewna, że użyją jednego, góra dwóch określeń na siebie.

Ciekawe, dlaczego? 😉 Pewnie dlatego, że kiedyś były inne czasy. Zdaniem wielu to były lepsze czasy. Niepokomplikowane i grzeczniejsze.

Nawet jeśli, to co?

Bądź sobie kim chcesz. Byleby uczciwie. Kanada i tak wyciągnie z ciebie prawdę. Emigracyjne emocje pokażą, kim jesteś, kim możesz być. I czy warto się starać. W Kanadzie, ale co ja piszę, nie tylko w Kanadzie, wszędzie, także w Polsce, można być kimś więcej.

Ale najlepiej przy tym wszystkim być sobą.

Fajnie, prawda?

PS. Jeśli jeszcze nie czytałeś, to u Patrycji jest szczery tekst o zostawieniu pracy w kanadyjskim korpo. Patrycję znam, i lubię, i polecam jej bloga. Polka-girl, jak to czytasz, napisz w komenatrzu, czy też jesteś ukośnikiem?

PS2. Tak, wiem, że definicja wyrażenia slashy to nie do końca to, co opisuję w tym poście, ale co tam. Zawłaszczam pojęcie, bo ukośnikowatość mi tutaj bardzo pasuje.

Serdeczności!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Matka Polka Kanadyjska to ja? – o Dniach Matki i jak mi raz prawie Child Protection Services synem się zainteresowało…

Z okazji Dni Matki (dwóch, a co!) zastanawiam się jaka jestem jako Matka Polka Kanadyjska. Czy mam lepiej czy gorzej, bo jestem na emigracji? Plus dwie anegdotki.

Dzień Matki to w B.C. (w Kanadzie) święto ruchome. W sumie dobrze. Co roku inaczej, trzeba być w gotowości!

Niech będzie w niedzielę, wtedy jest więcej czasu na świętowanie. Oraz więcej czasu na przygotowanie się w sobotę, jeśli jakieś dziecko wdzięcznie zapomni się w natłoku obowiązków tygodnia.

Ja to mam tak dobrze, że ucząc synów języka polskiego i polskich tradycji, mogę im o drugim Dniu Matki opowiedzieć i tym sposobem obchodzić moje święto dwa razy. I od 2015 r. skrupulatnie się tego trzymam.

W 2017 kanadyjski Dzień Matki przypada w niedzielę 14. maja. A polski? No wiadomo, 26 maja. Dobry, majowy czas.

Matka Polka Kanadyjska czyli ja

życzę Wszystkiego Najlepszego na Dni Matki!

Wszystkim Matkom!  A szczególnie Polkom, które są matkami w Kanadzie (no muszę, wpis ma przecież tytuł Matka Polka Kanadyjska).

Przy okazji naszego święta naszła mnie oczywiście refleksja (co poradzę, już tak mam.)


 

Matka na emigracji ma gorzej czy lepiej? Nie wiem, jak każda, wiem, jak ja. Co ze mnie w Kanadzie wyszło?

Zacznę anegdotką:

Początek maja, odbieram Maćka z preschool, rozglądam się, gdzie kurtkę posiał. Szukam na placu zabaw, pod ławką, na ławce, na zjeżdżalni, w plecaczku i jeszcze raz pod ławką (Pod ławką jest secret hideout dla patyków, kto wie, może kurtkę też tam ukrył?) Ale nie.

Kurtki nie ma.

Babcia koleżanki Maćka, Melanie, pochodzenie azjatyckie,  patrzy na mnie i dopytuje, co ja się tak miotam. Mówię, że nie wiem, gdzie jest kurtka Maćka. Babcia patrzy, patrzy…. śmiechem wybucha i mówi: What a mother?! Co za matka?!

No właśnie, co za matka ze mnie?

Ps. Kurtka została w domu. Winny Kuba, który kurtki nie zabrał, hehehe [mściwy chichocik].

Ok, koniec anegdotki, ad rem.

Jako Matka Polka Kanadyjska mam lepiej czy gorzej?

#Minusy

Brak systemu wsparcia.

Pisałam już na ten temat, jak bardzo kręgu kobiet mi brakuje. Uwiera zwłaszcza na początku naszej emigracji, kiedy się nikogo nie znało, a nikt nie znał nas. Brakuje życzliwych, nieżyczliwych zresztą też. Z kim dziecko zostawić, kiedy drugie trzeba odwieźć do szpitala?

Brak wiedzy o kanadyjskim życiu.

Przylatujesz i nie wiesz nic. Jak działa szkoła, jakie lekarstwa podać, jakie prawo obowiązuje. W 2014 nie było tyle grup na facebooku, tyle blogów, nie było Polskich Babskich Spotkań i w sumie nie wiedziałam, kogo się zapytać. Ani o co.

Do dziŚ nie wiem, ile musi mieć dziecko, żeby samo mogło pójść do sklepu po bułki. To teraz opowiem anegdotkę z tytułu:

Raz mi Krzyśka przyprowadzili z biblioteki, dokąd wybrał się za moją wiedzą. Wraca dziecko zapłakane do domu, prowadzone przez nastroszoną bibliotekarkę.

Tłumaczy mi przestraszonej: “Proszę pani, dziecko nie może samo chodzić do biblioteki! Dobrze, że syn znał adres i nas przyprowadził, bo inaczej musiałabym dzwonić po Child Services, że się dziecko bez opieki zostawiło”  [koniec cytatu pani bibliotekarki].

Ja oczy jak pięć złoty, buzia w ciup i się kajam, że nie wiedziałam, że dziecko już duże i odpowiedzialne, że to ostatni raz.

Aha, wyrodna matka, co o dziecko się nie boi. To ja.

Brak dojrzałości wewnętrznej.

Tego się zupełnie nie spodziewalam. Ograniczona wyobraźnia, jak w m….dę strzelił. Nie przypuszczałam, że powinnam mieć choć w ilościach szczątkowych umiejętności radzenia sobie z emocjami straty. Nie wiedziałam, jak sobie poradzić, a co dopiero dzeciom pomóc. Jak wspólnie ten trudny czas przejść.

Cały czas podejrzewam, że nie jestem wystarczająco dorosła. To jak synom mam pokazać, co to znaczy dorastać w Kanadzie?

# Plusy

Mogę eksperymentować z macierzyństwem.

Nie mówię, że w innej sytuacji, czy innym kraju (Polsce) byłoby to niemożliwe. Mówię, że jak nie wyjdzie, to emigracja zawsze jest jakąś wymówką (wiem, mocno naciągam, ale coś w tym jest, c’nie?).

I robię to, wiele rzeczy testuje. Obecnie jestem soccer mom oraz home-stayed mom. Jestem więcej czasu z dziećmi, zobaczymy, czy to wszystkim na dobre wyjdzie. (Pisałam co nieco wcześniej)

Mogę łatwiej dzieci odwagi nauczyć.

Na własnym przykładzie i hands on training! Chcemy, żeby chłopaki byli odważni i śmiało sięgali po swoje marzenia. Nawet, jak po drodze trudno. Łatwiej odwagi się uczyć w sytuacji, kiedy trzeba odezwać się w nieznanym języku, do innych dzieci, w nowym otoczeniu. Mega trudne. Ale się trzeba odważyć. (Chociaż ja po angielsku wciąż się trochę boję mówić).

Mogę własne ograniczenia przekraczać.

Pracę mam, pracy nie mam. Cieszę się, a za chwilę najmniejszy drobiazg uwiera jak drzazga w bucie. Myślisz, że życie poukładane, że masz zarządzanie domem pod kontrolą, a tutaj wystarczy byle pro-D day, żeby plan się przekrzywił na boczek. I w takiej sytuacji elastyczność oraz improwizacja stają się przyjaciółmi każdej emigracyjnej mamy.

Chcesz mieć święty spokój, a tu się nie da.

Dwujęzyczność, a czasem i nauczanie domowe, dostajesz na emigracji w pakiecie.

Ja spędzam z chłopakami większość czasu, więc siłą rzeczy w dwujęzyczności siedzę. I w nauczaniu domowym. Chcesz spróbować, jak to jest dzieci w domu uczyć? Polecam emigrację! Ja w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistkę, ale wiem znacznie więcej, niż wiedziałabym w Polsce. Kiedy Krzyś był w pierwszej klasie, w Warszawie, w ogóle się tym nie interesowałam. A teraz proszę bardzo – 3 rok uczymy się domowo języka polskiego. A angielski to stały temat na blogu, poczytaj więcej.


Jak już to wszystkie punkty z gorszej listy przerobię, wtedy jest lepiej. A jaka satysfakcja! A jaka moc!

Kończę oczywiście standardowym zawołaniem, żeby codziennie mamie miłość okazywać, a nie tylko od święta. I nie tylko mamie okazywać, tacie też. I bratu (jak to kiedyś przeczytasz, to do Ciebie jest, Synku!)

Co Ty zrobisz dla swojej Mamy? Jeśli jesteś Mamą, możesz też przecież zrobić coś dla siebie. Bo w sumie dlaczego nie, kurcze blade.

PS. Patrycja podsuwa listę pomysłów na prezent dla Mamy na Polki.ca.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Koszty emigracji. Utopione w syropie klonowym. Czyli znowu o emocjach

Post o emocjach i o kosztach. I tym razem nie chodzi o pieniądze.

Tytułem wstępu: to nie jest post o finansach 😉 To jest post (kolejny i na pewno nie ostatni) o rozterkach emigranta.

Taka mnie (znowu) refleksja naszła. Kilka zdarzeń miało na nią wpływ mniej lub bardziej bezpośredni. Fakt, że wizytę u kanadyjskiego neurologa mam za pół roku, przygnębił mnie i znowu otworzył puszkę z wątpliwościami. Otrzymanie statusu stałego rezydenta ucieszyło nas, owszem. Jednak smuteczek się przypałętał.

Na pewno zima i zimowy blues nie pomaga. Może sprawić, że jesteś smutny i masz SAD (Seasonal affective disorder). W Vancouver dodatkowo ktoś odkręcił na maksa kurek z deszczem.

Czasami rozczarowanie wystarczy skwitować wzruszeniem ramion i iść dalej. A czasami nie wystarczy.

Trwają losowania uczestników polskiej części programu International Experience Canada, który pozwala na roczny pobyt i pracę w Kanadzie. Na wielu grupach fejsbukowych czy forach kanadyjskich pojawiają się pytania od młodych ludzi, którzy marzą i planują wyjazd za ocean.

Entuzjazm i optymizm tych, co chcą wyjechać, bywa mocno studzony przez mieszkających już w Kanadzie. Doświadczonych, takich, co kanadyjskiego życia posmakowali i mają konkretne zdanie, jak ono smakuje. Dzielą się swoim doświadczeniem, często pokazując, że do dobrej emigracji nie wystarczy samo:”chcę wyjechać do Kanady”.

Czasem życie może napisać scenariusz:”przyjechałem, mogę zostać, mogę pracować, ale Kanady nie lubię”.

Albo nawet:”mieszkam tutaj kilka lat, całe życie, to nie jest ten sam kraj, jak bym mógł, to bym wyjechał natychmiast, nienawidzę Kanady”.

I klops. I rozmyślanie usilne, co dalej, jak dalej? Jak pisać o swojej emigracji, o swojej Kanadzie rozmawiać? Z innymi się dzielić swoim życiem, myślami?

Gdzieś tam była decyzja, a teraz ciągnie się ten wózek, z miesiąca na miesiąc coraz cięższy…

Bo wyjazd (nie tylko) do Kanady to powinno być success story, a nie zawsze jest. I to nie tylko o pieniądze chodzi, a nawet przede wszystkim nie chodzi o pieniądze, bo przecież chociaż pieniądze są ważne, to nie najważniejsze, każdy to wie, c’nie?

A co, jak nie będzie do czego wracać? Coraz trudniej wyobrazić sobie powrót, bo tam się wszystko pozamykało, oprócz pamięci i serca, a tutaj się wszystko otwiera, a serce najbardziej.

I zaczyna się pytanie o scenariusze alternatywne. Czy wyjechanie z Polski było dobrym pomysłem? Co ja zrobiłem sobie? Czy życia nie rozwaliłem dzieciom? A może trzeba było wybrać Njuziland?

Nie mamy wpływu na to, co Kanada z nami zrobi, ale mamy wpływ na to, jak sobie z tą sytuacją poradzimy. Tak, możemy zdecydować. Ja mogę, moja rodzina może. I ty też możesz.

Jednak często ciężko jest podjąć decyzję. Bo wstrzymuje  nie tylko typowo polskie”powinno się” i “co ludzie powiedzą” ale też fakt poniesienia kosztów. Właśnie tych tytułowych kosztów. Które rosną z każdym dniem spędzonym na emigracji.

Jest nawet takie pojęcie: efekt utopionych kosztów, czyli trwanie w swojej decyzji, nawet niekorzystnej, bo podjęcie jej tyle nas kosztowało. Wysiłku, czasu lub pieniędzy. 

Myślę, że każdy z nas kiedyś spotkał się z takim efektem. Ja odczułam to wyraźnie po raz pierwszy właśnie w Kanadzie. Szukając odpowiedzi i analizując swoje uczucia emigrantki, oraz słuchając innych historii, trafiłam na to pojęcie.

Trochę się przestraszyłam. Czy to już to? Utopione w syropie? Na zawsze?

Doszłam jednak do wniosku, że emigracja to projekt nieskończony. Nawet ze statusem stałego rezydenta może być niezamknięty. Na pewno odwoływalny. Daje prawo do próbowania i eksperymentowania. A także przypuszczania, że mogło być lepiej, bardziej. Inaczej.

Na emigracji ma się takie samo prawo do “gdybania” jak żyjąc w Polsce. Żaden “życzliwy” ci tego nie odbierze.

Być może uświadomienie sobie prawdy o kosztach utopionych pozwoli na swobodniejsze podejście do emigracyjnego życia?

Jak trzeba zawrócić, to zawróć. A nawet zawracaj. Więcej niż raz, a co! Nie musisz się nikomu tłumaczyć. Tylko jakoś tak często i tak się tłumaczysz. Sobie.

Bardzo trudno jest siebie sobie z decyzji wytłumaczyć. Znaleźć usprawiedliwienie dla swoich wyborów. Szczególnie w Ameryce, która stoi mitem self-mana. Weź no, jakie koszty, weź się nie mazgaj, a jak ci się nie podoba, to fora ze dwora. Prawdziwy twardziel to ten, który powoli, konsekwentnie, upadając i wstając na przemian, prze i realizuje swój Canadian Dream.

Ja wiem, że Kanada to nie jest kraj dla sprinterów. Że emigracja to jest sport długodystansowy. Jest gdzieś upragniona meta i nagroda za wytrwałość.

Tylko czasami po drodze brakuje tchu… A jeszcze pada, pada, pada deszcz !

Właśnie mamy odwiedziny z Polski rodziny, i te pytania i te emocje, siłą rzeczy są gęstsze niż 10% śmietanka…

Tak się boksuję z rzeczywistością i kosztami też… Mam nadzieję, że Cię nie przygnębiłam za bardzo. Może masz dla mnie jakieś mądre słowo? Chętnie przeczytam w komentarzu.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać.

Już marzec. Kilka myśli codzienności

Takie tam.

a wciąż tyle rzeczy lutowych niepozamykanych.

Nie ma postu o tym, jak dostaliśmy PR. To znaczy jest wciąż “w pisaniu”. 2500 słów li i jedynie, a mam wrażenie, że temat ledwo liźnięty.

Więc czeka.

To samo z postem o samochodzie. Gdzieś tam myśli wirują, gdzieś się plan układa.

I tyle.

Planów mam całkiem sporo, serio. Kalendarze w trzech różnych formatach, a najbardziej zapisany, biedny ten na cały rok. Marcowy już pobazgrany. Minę ma taką samą, jak ja. Czyli rzadką.

Tego posta w planie nie było, ba, już dawno obiecałam sobie, że przecież teraz to tylko ścisle według planu, a w planie blog dostał miejsce w drugim rzędzie. Bo teraz programowanie, wyzwanie, nakręcanie wyzwania i siebie, i w ogóle.

Dzieci zaniedbane, gdzieś się tylko uda coś tam uczesać, umyć, ugotować i zawieźć-przywieźć. Mimochodem, ukradkiem.

I już czas się skończył, już po wszystkim. Trzeba się zabrać, życie prowadzić.

Jeszcze tylko grafikę na bloga, jeszcze spozycjonować, bo jak nie w gogle, nie ma wogle, promocję zaplanować na social media, w grupach blogerskich się podzielić. Dostarczać wartościowej treści.

A ten post nawet nie jest o Kanadzie.

Właściwie nie wiem, co czym jest.

Ale ponieważ ma mniej niż zalecane 300 słów, to pewnie zniknie gdzieś w czeluściach internetu. Słów kluczowych brak.

I nikt go nie skomentuje.

Bo kto chciałby komentować post o niczym!

Jeśli ktoś go jednak przeczyta, to przybijam wirtualną piątkę. Marzec mamy, wiosna idzie!

Czasami trzeba nic-napisać na nic-temat.

😉

O Walentynek (zgubnym) wpływie… Dzień zakochanych po kanadyjsku

Całkiem nietypowy post walentynkowy…

Jakie to by było piękne napisać: historia miłosna tak się zaczyna, był pewien chłopak i pewna dziewczyna. W sam raz love story na Walentynki. Może innym razem tak będzie. Bo w życiu, naszym także, wzruszeń i miłości nie brakuje. Ale dziś mam dla Was całkiem nietypowy post walentynkowy, na szybko pisany.

Jak wygląda Dzień Zakochanych po kanadyjsku nie będę pisać.

Haha, spodziewaliście się  czegoś innego?

Mam dla Was scenkę rodzajową za to:

Akt pierwszy, czas akcji: zeszły tydzień

miejsce: sklep

Pani w sklepie zachwycona widząc,że wychodzimy z naręczem kolorowych kartek. Radośnie, niemal w pląsach, zagaja small talkiem: sami zrobicie kartki na Walentynki, a nie kupicie, pięknie, cudownie, dzisiaj wszyscy tylko gotowe kupują! Ja na to, że pewnie i tak ja będę wycinać, no i mam rację, od dwóch dni wycinam. I cały czas w gotowości, bo ze strony chłopaków cały czas słyszę: potrzebuję nożyczki, a nawet:  Mamo, nie słyszysz, że Krzysio potrzebuje nożyczki!?

miejsce: dom

Krzysiek zostaw tę książkę i zrób te Walentynki, żebyś je w końcu miał z głowy – no to jest zdanie, którego nie spodziewałam się powiedzieć… Krzysiek siedzi, a minę ma wcale niezadowoloną, bo pani powiedziała: Albo robisz kartki dla wszystkich, albo dla nikogo.

I Krzysiek siedzi i robi. I jęczy, że jeszcze mu brakuje, że potrzebuje jeszcze pięć. A muszę coś w nich napisać? A mogę we wszystkich to samo napisać? ojeju jeju.

Karteczki powycinane, naklejki ponaklejane, rysunki narysowane, popakowane w torebeczki, cicho czekają na Walentynki. Dwadzieścia kilka serduszek dla Maćkowych kolegów, i podobna ilość dla Krzysiowych.

Akt drugi, czas akcji: wieczór przed Walentynkami

miejsce: dom

Krzysio chory, charchocze i kaszle, prawie płuca wyplute, oj nie będziesz synku Walentynek w klasie obchodził. Mamo, mamo, jeszcze musimy do każdej kartki poprzyklejać po cukierku. O raju, godzina 22, wołam na pomoc posiłki: Kuba chodź, pomóż cukierki wklejać, ty wycinaj taśmę dwustronną, ja będę przyklejać czekoladki w środku.

Zrobione, popakowane, uff

Akt trzeci, czas akcji: dzisiaj tj. 14.02.2017, godzina coś około 9:30 rano PST

Krzysiek pod kołdrą, chory, rozpalony, dobra, to ja lecę do szkoły, zaniosę te Walentynki, co je od tygodnia robimy, niech się nie zmarnują.

Wychowawczyni Krzyśka wdzięczna, mówi, że kartki dla niego pozbiera i zostawi na biurku, w końcu inne dzieci też się narobiły (albo rodzice naprodukowali ;))

Już wracam do domu, zadowolona, dzwoni komórka.

Kuba: Oddaliśmy kartki Maćkowe, ale wiesz, że tam były jeszcze takie mniejsze trzy pudełka na Walentynki dla cioć z przedszkola? O żesz, no pewnie, że nie wiem, nie spodziewałam się, kartki dla nauczycielek niezrobione. Chryja, afera i wtopa.

Markotna wlokę się do domu, Krzysiek już w trochę lepszym stanie.

I dostaję od niego to:kartka walentynkowa od Krzysia_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

:))))))))))))))))))))


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać.

 

Jak się macie zimą 2016-2017?

Dłuższy wpis o grudniu i styczniu. W grudniu było fajnie, bo sporo atrakcji, a styczniu jest spokojnie, bo codzienność się kłania. I wymaga uwagi.

Pod wpisem o moich planach zawodowych napisaliście mi sporo miłych i ciepłych słów. Czuję się zmotywowana i tym chętniej przedzieram się przez linijki kodu. Zima nie odpuszcza, a ja, chociaż chętniej odpuściłabym sobie wstawanie przed chłopakami, jednak wstaję i klikam drobnym maczkiem.

Korzystam z darmowych kursów na codeacademy.com oraz na coursera.com

Szkoła i przedszkole trwają zwykle od 9 rano do południa / popołudnia, a potem czas na inne zajęcia. Jak wypada pro-d day, czas tylko na zadania typowo “mamowe”. Zwykłe życie.

Codzienność grudnia Anno Domini 2016 przemknęła na blogu wręcz niezauważona. Co to te kilka zdawkowych wpisów? Nadrabiam zatem, pisząc kilka słów o tym, co robiliśmy w grudniu. I co możemy polecić.

Atrakcje wyjściowe w grudniu 2016: opera i balet w Vancouver

W sumie trzeci grudzień w Kanadzie nie różnił się za wiele od tych dwóch poprzednich. Nie powtarzaliśmy w tym roku niektórych atrakcji, takich jak jarmarki bożonarodzeniowe, śniadanie z Mikołajem czy Festival of Lights w ogrodzie VanDusen.

Balet

Za to pierwszy raz wybraliśmy się rodzinnie na balet Dziadek do orzechów wystawiany przez Goh Ballett. O tym przedstawieniu koleżanka Sarah mówi, że to must-see każdego kanadyjskiego dziecka, więc tym bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć. Bilety niestety nie należą do najtańszych, ale mieliśmy wyjątkowe szczęście skorzystać z darmowych wejściówek  z biblioteki publicznej w Vancouver. (W osobnym wpisie o VPL napiszę więcej). Mogę z czystym sumieniem polecić balet, bo wszystkim nam się bardzo podobało, a Maciek był zauroczony i przez cały czas wpatrywał się w scenę.

Opera

W grudniu byliśmy także na przedstawieniu Hansel i Gretel w Operze. I znowu strzał w dziesiątkę – przedstawienie ma wprawdzie oznaczenie kategorii wiekowej +6lat, ale Maciek i tym razem był wdzięcznym słuchaczem. Nie bez znaczenia był fakt, że opera była bardzo dziecio-przyjazna, sporo zmian dekoracji, wychodzenie do widowni, dodatkowe napisy nad sceną, dla tych, którzy nie usłyszeli kwestii aktorów.

Żal mam jedynie do siebie. Organizując na szybko nasze wyjście, zapomniałam, że “specjalna okazja wymaga specjalnego stroju” i byliśmy w tej kwestii nieprzygotowani. Nie powtarzajcie naszego błędu, bo wielu Vankuwerczyków było ubranych odświętnie i z przyjemnością się na nich patrzyło. Nie to, co my. Dżinsy rules, ale nie na widowni teatralnej [wstydzę się].

Święta

Święta minęły miło i szybko. W tym wpisie podałam nasz przepis na Gwiazdkę i przyznam, że i w tym roku była bardzo dobra. I smaczna.

Jedna uwaga: czas pomiędzy Bożym Narodzeniem a Sylwestrem jest wolny od szkoły i pracy dla wielu mieszkańców. To również taki czas, kiedy atrakcje turystyczne miasta przeżywają oblężenie i nierzadko stoi się w kilkugodzinnych kolejkach. Do wyciągu, kolejki, czy nawet na lunch w któreś z modnych knajpek. Nie polecamy! Szczególnie jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, którym nijak nie wytłumaczysz, że swoje trzeba odczekać.

Nasza rada jak zwykle ta sama: homing czyli domówki, czyli spotykamy się raz u jednych, raz u drugich. I u trzecich też. Pogoda i tak nie zachęca do dłuższego pobytu na dworze.

No dobrze, to grudzień tak wyglądał. A styczeń?

Dzień za dniem, czyli styczeń 2017. Samochód, PR, zajęcia, zdrowie i inne drobiazgi

Samochód

W styczniu staliśmy się posiadaczami przechodzonego samochodu mazda 6, kolor czarny (jak akurat jest umyty), miejsc 6, bo zapobiegawczo myślimy już o tej części rodziny, która nie przylatuje do Kanady, tylko dlatego, że nie mieliśmy samochodu 😉 Kochani, już jest! Możecie się pakować i przylatywać do nas.

Skoro jest samochód, musi być i prawo jazdy (temat na osobny wpis, nie bój się, będzie). Teraz tylko wspomnę, że właśnie je robię. Jak zrobię, to się pochwalę. Jak nie zrobię, to się pożalę.

Pobyt stały

Mamy też nadzieję na w miarę szybki finał starań o stały pobyt. I o tym również napiszę więcej w osobnym poście, dość, że właśnie dostaliśmy kolejny email od Immigration Canada, że musimy dosłać dokumenty, zdjęcia i płatności. Wszystko razy 4. Zdjęcia muszą być komercyjne i pewnie dlatego każdy z nas wygląda na nich jak skazaniec. Z wyjątkiem Maćka, który wygląda jak zombie (słowa kochającego braciszka). Zdjęć zatem litościwie nie pokażemy Wam. Jeszcze jakieś koszmary się przyśnią…

Zajęcia dodatkowe popołudniowe chłopaków

Styczeń to również zajęcia popołudniowe niemal co dzień. Nie jest to najlepsze rozwiązanie i już odczuwam skutki negatywne takiego przeładowania programu, ale jeszcze ciągniemy ten maraton: poniedziałek: łyżwy/gitara Krzyśka, wtorek: basen, środa: łyżwy, czwartek: zajęcia sportowe, piątek: playdates (zabawa u kogoś w domu) u nas albo trzeba gdzieś chłopaków zawieźć, weekend: narty. Na zajęcia sporotowe, łyżwy i basen chodzimy na najpiękniejszy kompleks sportowy w Vancouver, czyli do Hillcrest Community Centre (Hillcrest Ice Rink oraz Hillcrest Aquatic Centre). Wybudowany na Olimpiadę 2010, wciąż jest nowy i funkcjonalny. Jakby ktoś nas szukał, popołudniami tam jesteśmy.

Lekcje polskiego

A po powrocie, wieczorem, mamy jeszcze lekcje polskiego. Bardzo dużo zadają i bardzo dużo materiału jest. Za dużo. Nie wiem, czy w przyszłym roku szkolnym będziemy kontynuować naukę z orpeg.pl. Bo chociaż forma jest wygodna i potrzeba nauki niezaprzeczalna, to jednak coraz więcej rzeczy nas uwiera przy takiej formie uczenia się. Przeładowanie nauką na pewno nie pomaga. Kolejny raport językowo-oświatowy chłopaków już wkrótce!

Taki tryb życia lekko nas oszołomił, jakoś w Warszawie wszystko szło bardziej spokojnie, ale może to wciąż kwestia przyzwyczajenia?

Zdrowie

Badamy się też i lekarsko wizytujemy. Ja na przykład muszę odwiedzić neurologa. Bo jak nie ma zdrowia, to i tak reszta psu na budę. Przyjmę dobre myśli i życzenia powodzenia w każdej ilości.

Staramy się wypracować codzienne nawyki, nawet niewielkie, np. żeby Krzysiek zjadł jabłko. Jedno na dzień. Albo, żeby wyjść, chociaż na 10 minut, na spacer. I nie dogryzać wieczorami. Zrobiliśmy sobie tabelkę na ścianę i się wpisujemy, a jak ktoś przez 30 dni wytrzyma, będzie nagroda!

W styczniu zaczęliśmy też wycieczki poza Vancouver i już wkrótce więcej o Wyspie Vancouver i o naszych nartach w Manning Park (a tak było w zeszłym roku)

I tak sobie mija dzień za dniem, 2,5 roku w Kanadzie! Więcej nie piszę, bo nie ma o czym 😉


Podobne posty o codzienności i emocjach:


Ruszyły losowania na program International Experience Canada! Dajcie znać, kto ma w planach Zachodnią Kanadę na 2017? Zobaczymy się w Vancouver?

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Ania z Zielonego Wzgórza w grudniu. Podsumowanie roku na blogu i koniec

I koniec i bomba, kto czytał ten trąba 😉 Nie no żart to jest. Ostatni post o Ani i podsumowanie okołoblogowe roku.

Stało się. Kończy się rok 2016. Powtórzę za innymi, bo oryginalność nie jest moją mocną stroną ostatnio: rety, jak szybko zleciało…

The year is looking back sadly to her lost spring.

Ania ze Złotego Brzegu

Ten rok był dla nas wyjątkowy. Chociaż nie, “wyjątkowy” to nie jest może najlepsze słowo. Jest pozytywnie nacechowane, a nie o to mi chodzi. Czy Wy też tak macie, że z trudem Wam przychodzi przypomnienie sobie, co takiego było w 2002? Jakieś wyjątkowe wspomnienie z 2012? Bo ja nie pamiętam. Ale 2016 zapamiętam na długo. I dlatego jest wyjątkowy.

Pierwszy raz myślałam o czasie, albo przynajmniej starałam się myśleć o nim, jak o czymś świadomym, wręcz namacalnym. Przypatrywałam się dniom, godzinom, minutom i temu, co my w tym czasie robiliśmy. Poprzez takie podejście stania z boku, paradoksalnie byłam bardziej w centrum wydarzeń. Albo losu. I pamiętam więcej, i więcej odczułam.

Ten rok bolał bardziej, ale nauczył też więcej. No pain no gain. Chociaż akurat tego pain to mógłby nam oszczędzić. Tylu wizyt w szpitalu, co w tym roku, nie było w całym poprzednim życiu!

Łez też było całkiem sporo. Myśli kłębiły się w głowie, mroziło po plecach, wkurzenie nie pozwalało zasnąć. Bywa.

Cytat z Ani o tym:

Well, that was life. Gladness and pain… hope and fear… and change. Always change. You could not help it. You have to let the old go and take the new to your heart… learn to love it and then let it go in turn. Spring, lovely as it was, must yeld to summer, and summer  lose itself in autumn. The birth… the bridal… the death.

Ania ze Złotego Brzegu

Chciałabym móc napisać, że jestem spokojna o 2017. Ale nie byłaby to prawda.

Wszyscy mówią, żeby planować i wiem, że bez tego marzenia pozostaną tylko pomysłami. Ja jednak nie mogę się zabrać za planowanie nowego roku. Zbyt zmęczona jestem.

Wielu rzeczy w tym roku nie planowałam. Blog tak mnie wciągnął, że poważnie rozważam przekwalifikowanie się. Rok temu zaczynałam dopiero rozkminiać Facebooka, a dziś dzięki Wam mamy prawie 800 polubień! Nie wiedziałam, co to Instagram, a mój profil na LinkedInie straszył. Wyszłam ze strefy komfortu, a wręcz zaczęłam się narzucać, kiedy ruszyliśmy z Listem z Kanady, czyli postanowiliśmy wysyłać Wam newsletter. I wciąż nie mogę uwierzyć, że już ponad 50 osób otwiera te emaile i je czyta! Że codziennie jest ktoś na blogu i czyta o naszym życiu, zwykłym takim, normalnym.

Wysłaliście do nas prawie 60 emaili i wiadomości. Najróżniejszych. Najwięcej dotyczyło pytań o codzienność w Vancouver. Dzięki tym pytaniom co i rusz pojawiały się nowe pomysły na posty blogowe. Niektóre wiadomości były bardzo osobiste i wzruszające, pełne Waszych historii i myśli. To takie emaile, na które nie da się odpowiedzieć od razu, bo zwyczajnie w świecie jestem za głupia. Więc proszę, nie obrażaj się, jeśli moja odpowiedź nie była tą, na jaką liczyłeś!

Zdarzały się też prośby zupełnie wyjątkowe: żeby na przykład zorganizować koncert Michała Szpaka w Kanadzie (uzasadnienie: bo to najlepszy polski wokalista ever!), albo prośba o ocenę, czy Kanadyjczyk zapoznany na Facebooku nadaje się na męża. Wybaczcie kochani, nie zobowiążę się podjąć takich wyzwań!

Wciągu roku nauczyłam się całego mnóstwa rzeczy i nawet nie wiem, kiedy, bo czasu na naukę nie planowałam wcale [to akurat szkoda]. Jako nie-rezydent nie mogę sobie pozwolić na podjęcie nauki (zbyt duże koszty dla international student), ale na szczęście całkiem sporo jest ciekawych warsztatów czy spotkań za darmo. Najlepszym, co mi się na tych spotkaniach przytrafiło, to poznanie nowych, inspirujących ludzi, dzięki którym mogłam zrealizować jeszcze jeden projekt – spotkanie networkingowe dla nowych kobiet w Vancouver: Mom new to Van. Napisałam wniosek o grant z fundacji Vancouver i go dostałam! Zaczęłam także prowadzić bloga o tej nazwie, do którego mam nadzieję wrócić i rozwijać go. Kiedyś. A może rozwinie się w coś zupełnie innego? Kilka pomysłów mam, ale narazie cicho sza…

Nie planowałam, że w 2016 będę się przedstawiać: I am home-stayed mom. Wróciłam do domu. Maciek w tym roku szkolnym jest w przedszkolu tylko 4 dni w tygodniu na 3 godziny, a Krzysiek po lekcjach nie idzie do świetlicy. Mogłabym o sobie powiedzieć, że jestem soccer mom, ale nie mamy samochodu, żeby chłopaków zawozić, więc pewnie nie mieszczę się w tym pojęciu. Z chłopakami na zajęcia sportowe jeżdżę rowerem. Albo autobusem.

Są dni, kiedy opieka nad dziećmi jako jedyny rodzaj kariery zawodowej uwiera bardziej. A są też takie, kiedy nie wróciłabym do pracy w biurze za nic w świecie. Dodajcie do tego emocje związane z życiem na emigracji i już koktaj zamieszany po wrąbek gotowy.

Od początku mieszkania w Kanadzie szukałam ludzi i budowałam swój krąg wsparcia, ale dopiero w październiku tego roku odważyłam się zorganizować większe spotkanie dla kobiet. I tak powstały Polskie Babskie Spotkania, już 3 rundy za nami, a każde mocne. Mam nadzieję, że dziewczyny, zwłaszcza nowe w Vancouver, mają po spotkaniach dobre wspomnienia i dobrą energię.

W tym ostatnim tygodniu starego roku jesteśmy wszyscy razem. Kuba ma wolne w pracy (ale bezpłatne niestety), deszcz leje, śnieg pada, a czasami wychodzi słońce. Choinka błyska światełkami.

Szukamy spokoju i odpoczynku.


Ania z Zielonego Wzgórza przeczytana. Pewnie jeszcze nie raz do niej zajrzę i coś nowego dla siebie znajdę. W końcu jest dla mnie jak stara przyjaciółka, więc częste rozmowy nie są nam potrzebne.

Wystarczy, że jest.


Dziękujemy Wam, że jesteście i czytacie.

Trzymajcie się i do siego roku!

PS. Wszystkie posty o Ani przeczytasz tutaj.


Podobało się? Kliknij w ikonki i podziel się! Wtedy wiemy, co lubisz czytać!

Czy święta muszą kosztować zdrowie, czas i pieniądze? Szczególnie na emigracji?!

To jest standardowy grudniowy, swiąteczny temat, czyli czy koszty Gwiazdki. Więcej odpuszczania i jedna zachęta do większej aktywności.

Temat Gwiazdki, Bożego Narodzenia, prezentów zapełnia czasoprzestrzeń internetu już od dobrych dwóch tygodni.

Może już gdzieś wpadło Ci w oko to pytanie: czy święta muszą być kosztowne? Mnie tam ono nurtuje i daltego postanowiłam napisać ten post.

W realu to znacznie wcześniej próbują nam zaserwować porcję christmasowej magii, bo już od ponad 4 tygodni. Wiem, że wielu się nie podoba, że Gwiazdka zaczyna się w listopadzie. Mnie też nie. Ale w grudniu to już coś zupełnie innego. Wzruszenie chwyta za gardło nie tylko przy tej reklamie. W Vancouver nawet pogoda jest przychylna – zima zeszła z gór i nieśmiało panoszy się po ulicach. Próbujemy ją pokonać na rowerach, ale cwana nie zawsze się da.

W internetach znajdziesz sporo opowieści o tym, że w Święta liczy się jakość nie ilość, że nie ma co do upadłego garnków szorować i pierników piec, zastawić się, a postawić się. Prawda stara jak świat, a i tak co roku perfekcyjne panie domu stają do zawodów [w końcu to ulubiona dyscyplina każdej prawdziwej Polki 😉 ] I znowu wydamy wszyscy, jak ludzkość długa i szeroka, pieniędzy więcej niż w zeszłym roku. Takie życie.

Święta na emigracji? W dodatku mieszkasz w Kanadzie? Konkretnie w Vancouver, gdzie wszystko jest naj-najdroższe?

Pani kochana, no weź, no weź ten kredyt na święta, wysprzątaj jak ta lala, nakupuj, ile wlezie, bo przez Skype i na instagramach nie możesz pokazać byle czego. Rodzina i przyjaciele patrzą. Z Polski patrzą. Więc nie mogą byle czego zobaczyć! W końcu w Kanadzie jesteś, więc wiadomo, pokaż jak masz dobrze. Lepiej niż w Polsce, bogaciej, przecież mąż zarabia te dolary!

Nie wiem, jak Ty, ale ja walczę z tą Paniusią. Mniej lub bardziej skutecznie, ale się staram. Nasza pierwsza Gwiazdka w Vancouver była skromna. Trochę z przekonania, a trochę z musu. Ludzi brakowało, to jasne, ale też potrawy wigilijne i nastrój ogólny były jakieś takie stonowane. I choć tęsknota bolała mocno, to jednak wciąż było gwiazdkowo. Magicznie, świątecznie, domowo.

Zeszłoroczne Święta były już od niebo lepsze, chociaż w sumie główne składowe pozostały te same. Przygotowania do nich i samo świętowanie na prawdę nie były kosztowne.

Boże Narodzenie nie musi Cię wiele kosztować. Ani pieniędzy, ani czasu, ani zdrowia.

Ani w Polsce, ani w Kanadzie, ani pod żadną inną szerokością geograficzną!


Ogranicz do minimum:

Przygotowania

Nikt w kąty nie zagląda, bo dalszej rodziny nie ma na emigracji, jupikajej! I co z tego, że okna nieumyte! Gwarantuję, że przez Skypa nikt nie dojrzy.

Chcesz wymienić czasochłonną rybę na kupne sushi? Nikt Ci nie zabroni, a zdjęcia na instagrama zrobisz zanim wyłożysz danie na talerz. Sam talerz przecież prezentuje się doskonale, taki biały (Ikea) na białym obrusie (też Ikea).

A najlepiej to podziel przygotowania na kilka osób (to właśnie nam się sprawdziło najbardziej w zeszłe Święta, dzięki ekipa L.!) Było wszystko, a nawet więcej, i trzy dziewczyny, które z pomocą chłopaków przygotowały Wigilię. Da się? Da się!

Mały offtop: ekonomia współdzielenia jest bardzo popularna w Kanadzie, kiedyś popełnię na ten temat obszerniejszy wpis, bo to świetna sprawa!

Wydawanie pieniędzy

Co ja Ci będę pisać, że przed Świętami wszystko drożeje, jak Ty to pewnie wiesz. Może jesteś mądrzejszy niż my i prezenty gwiazdkowe leżą gotowe od zeszłorocznych wyprzedaży. My co roku mamy taki plan, a wychodzi jak zwykle, więc zasada, jaką stosujemy od zawsze, a od przylotu do Vancouver w szczególności: żadnego kupowania z dziećmi. Żadnych galerii z dziećmi. W ogóle żadnych galerii handlowych! Po pierwsze za daleko, po drugie ludzie dostają tam amoku, po trzecie, jak już wejdziesz, to musisz coś kupić. Bo inaczej dopadnie Cię myśl: co się bez celu szwendasz?

Zakupów nie robimy żadnych, okazji z Black Friday czy  Last Monday nie wykorzystujemy. Zabawki Święty Mikołaj kupi albo na amazonie albo w sklepie z zabawkami na Main. Modnie jest być minimalistą, więc i ja jestem 😉 Kto z nami, palec do budki?

 Pierwszy lepszy przykład wydawania mniej: Żeby przygotować świąteczne ozdoby, korzystamy z opcji sklepów niskobudżetowych, i chociaż rzeczy z OneDollarStore czy Dollarama bywają wątpliwej jakości, to sam proces tworzenia jest dobrze spędzonym czasem. Z Maćkiem zrobiliśmy wielce udany stroik z kilku bombek, o taki.stroik z bombek z onedollarstore. Kanada sie nada. czy swieta musza cie kosztowac

Wygląda przebogato, barokowo w formie, a kosztował grosze (a raczej centy). I jak się ładnie w nim odbijam robiąc zdjęcie 😉


Ale żeby post nie był tylko o świątecznych ograniczeniach, zachęcam Cię do rozpusty w jednej dziedzinie:

Aktywność fizyczna

Już wkrótce więcej o tym, jak być fit w Vancouver, sportowo i darmowo, ale dzisiaj napiszę tylko jedno – łyżwy! Idź na łyżwy! A najlepiej umów się z kilkorgiem znajomych na łyżwy, na którymś z licznych lodowisk w Vancouver. I dla dzieci i dla dorosłych (bilet rodzinny na czwórkę dorosłych to 12 CAD, wypożyczenie łyżew to 3,5CAD od osoby). Znacznie tańszy sport zimowy niż narty.

Tniemy koszty Gwiazdki na maksa? Można i za darmo pójść na ślizgawkę! Robson Square już jest otwarty. Kosztuje Cię tylko wypożyczenie łyżew (4 CAD).

Zobacz więcej:

 

A jak tam u Was z przygotowaniem do Świąt? Wszyscy gotowi, można zaczynać?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Bilans in plus czyli moje znajomości i przyjaźnie w Kanadzie.

Nie za długa opowieść o tym, jak wyglądają moje znajomości i przyjaźnie w Kanadzie. Trzeba czasu i wielu ludzi, żeby bilans był in plus. I wciąż nie jest za różowo.

Jesień wywołała przygnębienie deszczem, który zdaje się nie mieć końca. W pewnym momencie zapominałam nawet to, kiedy się zaczął. Po prostu pada i pada, i pada. Bez końca.

Człowieka łapie chandra gigant i nicniechcenie. I rozczarowanie jest wielkie, większe niż bardziej słoneczną porą roku.

Co zwykle pomaga w takiej sytuacji poza oczywiście solidnym kubkiem kakałka? Ludzie oczywiście, właśni ludzie wokół siebie.

W sieci, na blogu Moniki trafiłam na wywiad z Ines mieszkającą od prawie roku w Toronto i piszącą o swoich wrażeniach na blogu “Sakwy i walizy”.

Wywiad jak to wywiad, przekazuje osobiste spojrzenie na kanadyjską rzeczywistość. Można się z taką oceną zgadzać, albo nie, co część czytelników wyraźnie pokazała w komentarzach.

Moją uwagę szczególnie przyciągnęło zdanie, że Kanadyjczycy, z którymi zetknęła się rozmówczyni, wydają się zimni, zamknięci na innych.

Pierwsze wrażenie kanadyjskiej życzliwości i otwartości nie przekłada się na powstanie głębszej relacji, nie wspominając o przyjaźni. A tej, zostawionej na innym kontynencie, budowanej od dawna i cementowanej tyloma wspólnie spędzonymi chwilami nad piwem/kawą/plotkami/, o takiej właśnie przyjaźni żal najbardziej.

To jest ten aspekt emigracji, który mnie również uwiera najmocniej. Nieraz dawałam temu wyraz na blogu. O tęsknocie za przyjaźnią, czy o braku ludzi wokół siebie.

Pierwsze miesiące życia w Kanadzie, kiedy skończył się miesiąc miodowy, te miesiące były najtrudniejsze. Bo samotne. Nawet będąc w rodzinie, samotne. Wyobrażam sobie, jak ciężko musi być tym z Was, którzy do Kanady przylecieli sami.  Chylę czoła przed Wami. Każdy potrzebuje ludzi.

Przylecieliśmy, a tutaj nikogo nie znamy. Kanadyjczycy uśmiechają się w windzie, zagadają przyjaźnie, ale przecież nie usiądą z  Tobą przy stole wigilijnym ani nawet przy popołudniowej herbacie. Nie od razu. Nie przez pierwszy rok na emigracji. Może nawet nie przez drugi. A może właśnie usiądą, ale to nie będzie to samo. Mimo najlepszych chęci nawet posłodzona herbata będzie smakować gorzko.

Spotkasz w nowym miejscu nowych ludzi, pięciu, a nawet piędziesięciu i mimo, że ta liczba robi wrażenie, to jednak poza wrażeniem z tej znajomości nie zostanie nic. Nie przeniesie się na wyższy poziom.

Wtedy, na przełomie 2014 i 2015, pierwszej kanadyjskiej zimy, wkurzona byłam, rozczarowana i smutna. Przecież to nie moja wina, że tak trudno mi kogoś poznać, z kimś się zaprzyjaźnić w Vancouver. Przyjaciele, znajomi, rodzina zostawieni w Polsce świadczą na moją korzyść. To nie to, że nie umiem z ludźmi rozmawiać. Znam angielski, znam polski, inteligentna jestem (w normie), więc co?

Czemu z pierwszą poznaną Polką okazało się nam być nie po drodze? Z pierwszą ?! Dlaczego Kanadyjczycy, którzy przecież rozumieją mój angielski, a ja rozumiem ich, dlaczego oni się do mnie uśmiechają, ale nic za tym nie idzie?

Coż zatem wynika z tych smutnych rozważań? Co dobrego z przypominania chwil, które dla mnie są już przeszłością, ale dla kogoś nowego w Kanadzie mogą być czasem teraźniejszym. A ci z Was, którzy dopiero chcą przylecieć i właśnie teraz czytają taki przygnębiający zapis?  Czy ich to nie zniechęci?

Piszę tego posta, żebyście wiedzieli, że taki stan jest ok. Że to normalne nie mieć ludzi i za nimi tęsknić. I że nie jest to powód do wstydu, oznaka słabości, czy porażka.  Że możesz być rozczarowany Kanadyjczykami i Kanadą. Możesz o tym pisać/śpiewać/krzyczeć i płakać nad tym. I się miotać, i się zastanawiać, i nie być pewnym.

Wszyscy jesteśmy ludźmi, a ludzie chcą oswajać lisy dla siebie i mieć róże na wyłączność. A nie tylko tułać się od planety do planety. Koniec końców, dobre życie sprowadza się do ludzi wokół.

Jest nadzieja. Czas. Daj czasowi czas. Daj sobie czas. I daj ludziom czas.

I będzie dobrze. Będą ludzie ! Poznasz Kanadyjczyków i Polaków mieszkających w Kanadzie, i całe mnóstwo innych osób też. Tylko potrzeba na to czasu. Imho, najmniej roku. A bywa, że dłużej.

Może to tylko w tym bloku w Toronto Kanadyjczycy są zamknięci na nowych sąsiadów?  Może to tylko w tej dzielnicy Vancouver, silnie zdominowanej przez jedną grupę etniczną, jest dość ciężko znaleźć pokrewną duszę, z którą można porozmawiać?

Przez pierwsze 10 miesięcy emigracji w Kanadzie poznałam kilka Polek. Wpadłyśmy na siebie na ulicy.  Z jedną wymieniłam się numerem telefonu. Nie udało nam się zdzwonić do dziś. Z drugą poszłyśmy na kawę, potem na spacer, potem przypadkowo spotkałyśmy się w górach. Tyle. Z inną Polką spotykałyśmy się regularnie na placu zabaw, ale nasze drogi się rozeszły.

Dwie kolejne Polki zaczepiłam sama. Jedną na zajęciach sportowych, drugą w górach. Spotykamy się do dziś z mniejszą lub większą intensywnością. Mam to szczęście, że blog i internet bardzo mi ułatwiają poznawanie nowych ludzi. Dziękuję, że teraz to Wy mnie zaczepiacie 🙂

A ile Polek-emigrantek poznałam w sieci, o mamo, jak ja mam dobrze ! Z Mają [piąteczka] to prowadzimy nawet cotygodniowy czat przyjacielsko-biznesowy na Skypie.

Ktoś może powiedzieć: ale ja wcale nie chcę się spotykać z Polakami ! I nie chcę mieć przyjaźni wirtualnych ! Dlaczego nie mogę się zaprzyjaźnić z Kanadyjczykami? Dlaczego to jest takie trudne?

Też sobie zadaje to pytanie. Serio. Właśnie z potrzeby szukania odpowiedzi, zaczęłam serię: Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? [niewiele jest na razie, ale nie bój nic, będzie więcej]. Bo znajomość zaczyna się od rozmowy. Przyjaźń to taki etap tej rozmowy, kiedy już właściwie słowa są zbędne.

Można szukać wytłumaczenia w mentalności Kanadyjczyków. Są zimni i zamknięci, bo…. pogoda, multikulturowość, brak zainteresowania Polską i nami z Polski. Ale w sumie czemu mieliby się interesować?

Bariera językowa nie ułatwia sprawy. Dla większości nas, emigrantów, językiem emocji jest polski. A tutaj musimy to samo wyrazić po angielsku. Mówienie o swoich uczuciach i potrzebach po polsku, w Polsce, nie jest łatwe, to co dopiero w Kanadzie?

Nie podam Ci rozwiązania innego niż to, żeby wciąż próbować i dać czasowi czas. Spokornieć w oczekiwaniach wobec ludzi i się na nich otworzyć.

I będzie dobrze !

Jeśli mieszkasz w Vancouver i chcesz poznać świetne Polki, zapisz się na Polskie Babskie Spotkania. Tam to dopiero jest moc!


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi ! Wtedy wiem, co lubisz czytać !

 

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [część II] Boisz się mówić po angielsku? Bo ja się boję

Znasz angielski super i nic Ci nie straszne? Emigracja w Kanadzie czy USA to piece of cake. Ale może boisz się mówić po angielsku? Zajrzyj !

Cieszę się, że pierwsze rozmówki kanadyjskie przypadły Wam do gustu.

Dla mnie te posty z pogranicza języka, komunikacji i różnic kulturowych są nieodzownym elementem obsługi początków emigracji w Kanadzie. Kiedy już ogarniemy najważniejsze [trochę już o nich napisałam na blogu], czyli załatwione zostanie: praca, mieszkanie, szkoła, warto na chwilę zatrzymać się i zastanowić.

Nie wystarczy żyć w danym kraju. Warto dobrze żyć i podnosić sobie jakość codzienności. Najłatwiej za pomocą języka.

Wszędzie o tym trąbię, ale napiszę jeszcze raz: naszym zdaniem największym Twoim kapitałem jako emigranta jest umiejętność komunikowania się po angielsku (ewentulnie francusku). Bez języka ani rusz !

Znasz już moje główne grzechy, które skutecznie utrudniały mi rozmowę z Kanadyjczykami. Ale nie wiesz jeszcze, że właściwie od samego początku się bałam. Bałam się mówić po angielsku.

[I teraz Ci co mnie znają osobiście mogą się mocno zdziwić, bo zwykle pierwsza wyrywam się do gadania. Ale boję się nadal. Tylko nieźle się maskuję]

A jak to wygląda u ciebie? Boisz się mówić po angielsku? Poczytaj, co ja u siebie zdiagnozowałam

Może też masz:

  • blokadę wewnętrzną? Miałam wrażenie, że chociaż uczyłam się angielskiego, to się nie nauczyłam i nic nie umiem, i nikt mnie nie zrozumie. Innym to idzie dobrze, a mnie nie. Jako rasowa Polka i 100% kobieta uwielbiam się porównywać, i  oczywiście moje poczucie własnej wartości w dużej mierze zależy od tego, co inni o mnie myślą. A co, jeśli powiem coś i inni będą myśleli, że jestem głupia i niedouczona, nic nie warta ?
A może myślisz:
  • W ogóle to jestem nieśmiała i introwertyczna. Może lepiej nic nie mówić? Może się domyślą?
I ok, można taką osobą być. I sobie dobrze żyć.

rozmowki-kanadyjskie-ii_boisz-sie-mowic-po-angielsku_kanada-sie-nada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-vancouver-i-emigracji-do-kanady

Jednak w taki przypadku USA i Kanada to nie są Twoje kierunki emigracji.

Bo tutaj jest tak, że jak się boisz, że się nie uda, to się nie uda. Wszyscy wierzą, że się uda, a tych, co w to nie wierzą, się nie lubi. I się z nimi nie rozmawia i nie zawraca się nimi głowy. Nikogo nie obchodzą Twoje uczucia strachu przed mówieniem. Nie mówisz, nie istniejesz.

Kolejne zagadnienie, który mnie dotyczyło i blokował przed odezwaniem się do Kanadyjczyka:

  • Nadmiernie rozmyślałam o przeszłości i procesie nauczania angielskiego, zamiast pomyśleć o hands on training. Przez głowę przelatywało mi: Nie zacznę mówić, jeśli nie będę znać angielskiego perfekcyjnie. Najpierw nauczę się języka, a później pójdę do pracy. Dobrej pracy. Nie czuję się pewnie i nie wiem, jaką decyzję podjąć.

i co się wtedy może wydarzyć?

  • Nie rozwijasz się, tkwisz w bezpiecznej bańce tych samych, często polskojęzycznych znajomych, tych samych, często niewystarczających tematów;
  • Jesteś strustrowana i zła;
  • Starasz się uczyć jeszcze więcej, kujesz na maksa, więc jesteś tym zmęczona na maksa;

Zapytaj się siebie, co się może stać, jak ci się NIE uda powiedzieć czegoś po angielsku?

Obrażą się?  ———> Nie

Pogniewają na ciebie? ————>Nie

Wyjdziesz na głupka?———> Nie

Muszę cię rozczarować – nikogo to nie obchodzi !

Ale Ty nie odniesiesz wymiernych korzyści:

-nie załatwisz sprawy

-nie poznasz nowych ludzi

-nie rozwiniesz siebie

-będzie nudno

Więc rada jest jedna: bój się i mów. Nie da się inaczej. Ja tak robię.

PS. Czytając ten post, zdałam sobie sprawę, że używałam cały czas formy żeńskiej czasownika. Nie wiem, czy panowie mają podobne zahamowania wewnętrzne, wydaje się, że łatwiej im przychodzi “rzucenie się na głęboką wodę” i niezastanawianie się, co też ludzie powiedzą. I dobrze 🙂

Masz jakieś swoje sposoby na strach przed gadaniem po angielsku? A może temat według Ciebie jest sztuczny? Daj znać, a ktoś Ci za to podziękuje !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcesz czytać !

 

Ania z Zielonego Wzgórza jesiennie. Kłucie szpilkami

Jesienne szpilki czyli codzienność listopada kuje skutecznie. Anię też.

To najpierw ręka do góry, kto zauważył, że w październiku nie było Ani? Nikt nie zgłosił zastrzeżeń, więc nabrałam podejrzeń, że cykl o Ani tak sobie przypadł Wam do gustu. Prawda jest też taka, że niespecjalnie miałam pomysł na post październikowy. Padało wtedy 28 dni, więc umysł mi do cna rozmiękł i kreatywność siadła.

Wszyscy rozsądni mówili, no weź Kasia przestań, przecież nie wkurzaj się na pogodę, co to da, przecież to głupie i dziecinne. Oczywiście zgadzam się, że wkurzenie na deszcz jest sprawą dość głupią. I w sumie, co mi deszcz szkodzi. Parasolka, płaszcz, kalosze i już można iść w miasto.

Jednak taki drobny deszcz, niby nic, a zostajesz z uczuciem, że wprawdzie nikt ci nie przyłożył z piąchy, ale cały czas kłuje cię szpilkami. Drobne niedogodności (a deszcz koniec końców jest niedogodnością) powtarzane dzień w dzień, uporczywie, nachalnie, może od razu nie rozwalają na łopatki, ale skutecznie zniechęcają. Kłują.

Ania też zauważyła, że często małe rzeczy są bardziej upierdliwe i robią więcej szkody niż duże przeszkadzacze:

I think the little things in life often make more trouble than the big things…”

Ania z Avonlea

ania-z-zw_-jesiennie_blog-o-polskiej-rodzinie-w-vancouver-i-emigracji-do-kanady_ruda dziewczyna patrzy przed siebie w dal

W listopadzie też pada. Eh. Słaby ten listopad, słaby. Opisany Aninymi słowami, miesiąc prawie że ostatni w roku, zachowuje się jak staruszka, co rozpacza nad upływem czasu. I coś w tym jest. Siwy, szary na twarzy listopad leje łzy. A góry w północnym Vancouver sme=ętnie zwisają głowami. W chmmurach.

November is usually such a disgreeable month…. as if the year had suddenly found out that she was growing old and could do nothing but weep and fret over it”

Ania z Avonlea

Beznadziejny. Bez-nadziejny. Nadziei na wiosnę brak.

“In November I sometimes feel as if spring could never come again….”

Wymarzony dom Ani

Czuję się nieco rozgrzeszona z mojego ponurego i negatywnego jesiennego nastroju. Bo skoro także Ania twierdzi, że małe rzeczy potrafią zepsuć nastrój, wywiercić dziurę w żołądku, czy przyćmić szczęscie, to znaczy, że ze mną jest wszystko w porządku.

Mam prawo mieć jesienny zły humor. Bo deszcz, bo zmęczenie, bo wiele, zbyt wiele drobnych nieprzyjemności.

“And yet…it’s the little things that fret the holes in life… like moths… and ruin it.”

Ania na uniwersytecie

a na koniec słówko od Juliana Tuwima, bo on też miał swoje zdanie o listopadzie. Młodą panienką nie był, nie musiał się krępować i mógł dosadnie się wyrazić:

“Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku”

Jedyne co dobre w listopadzie, to urodziny. Moje, kolejne. Co roku w listopadzie dziękuję, że mam dobre życie i dobrych ludzi wkoło. [ps. Dobrze, że jest FB, c’nie?]

I nawet te szpile jakoś mniej kłują.

Życząc Wam dobrego jesiennego nastroju i słoneczności !

ps. Chcesz poczytać inne wpisy o Ani z Zielonego Wzgórza?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i powiedz nam, o czym chcesz czytać

 

Polskie Babskie Spotkania

Wspomnienie spotkania Polek w Domu Sąsiedzkim. Bo każda i każdy z nas potrzebuje tych innych ludzi. Żeby być sobą. Po polsku w Kanadzie 🙂

[ to jest post z akcentem kobiecym, ale oczywiście panów też zapraszam do czytania :D]

Najpierw tło sytuacyjne: za oknem leje deszcz, sąsiad w windzie, w ramach optymistycznego small talku, rzucił tylko: eeee, jutro to dopiero będzie gorszy sztorm. Optymista, nie ma co…..

To jest taki dzień, kiedy chcesz się przykryć kocem po czubek głowy, jedną rękę ewentualnie wystawić po kubek z herbatą, może jakaś dobra dusza naleje.

Dzień ponury, smutny i zimny.

W takie dni, jak ten, emigracja ciąży jak kamień u szyi [w miejsce słowa: emigracja wstaw zamiennie: praca, drożyzna, niewdzięczne dzieci, zapracowany mąż i wszystko inne, co akurat dzisiaj humor psuje]

Jeśli więc siedzisz z nosem spuszczonym na kwintę, to zaraz Ci humor poprawię.

A czym?

Ano wspomnieniem Polskiego Babskiego Spotkania w Vancouver.


Najpierw podziękowania. Muszę, bo się uduszę.

DZIEWCZYNY DZIĘKUJĘ WAM!!! BRAWO WY!


Nie wymyśliłyśmy nic nowego. Bo przecież człowiek jest istotą społeczną, lubi się spotykać. Polka lubi i Polak lubi. W Polsce i w Kanadzie.

Kiedy tydzień temu zapytałam w internetach, czy Polki mają ochotę na spotkanie w kobiecym kręgu, nie przypuszczałam, że tyle nas będzie.

Że przyjdą dziewczyny nowe w Vancouver i dziewczyny, które mieszkają tutaj od 20 lat. Same się dziwiłyśmy odkrywając, że wiele z nas mieszka koło siebie. Albo że pochodzi z tych samych miejscowości w Polsce. Miłe, ciepłe poczucie bliskości i odnalezienia się 10 000 km dalej.

Nie miałyśmy żadnego planu spotkania, określonego celu. Chciałyśmy po prostu pobyć razem. W kobiecym kręgu, z dziewczynami/kobietami/babami o różnym stażu emigracyjnym.

Coś jak spotkania koła gospodyń wiejskich, które dawniej odbywały się w jesienne ponure wieczory, z robótką, albo i bezczynnie.

Zawsze wyobrażałam sobie, że oprócz dobrego plotkowania i wspólnej pracy, takie spotkania to była świetna lekcja życia i o życiu. Nie wiem, jak Wy, ale mi wciąż na emigracji nie dość takich lekcji.

Wiem, że wszystkiego się można nauczyć samemu, mozolnie, krok po kroku, dzień po dniu, szukać ludzi, poznawać, i z tymi, którzy są “naszymi ludźmi” wchodzić w głębsze relacje.

Że nie każda Polka i nie każdy Polak w Vancouver okaże się najlepszym przyjacielem. I wcale nie o to chodzi. Chodzi o stworzenie czasu i możliwości, żeby posłuchać innych i powiedzieć o sobie. Tyle.

2 godziny spotkania to za krótko, żeby się polubić. Za krótko, żeby się nagadać. Ale dość, żeby choć na moment poczuć, że nie jestem tu sama. Że są inne dziewczęta, które być może przechodzą to samo. Albo odwrotnie, mają więcej doświadczeń i mogą doradzić, pocieszyć. Czasami sprowadzić na ziemię.

Były wśród nas przedstawicielki organizacji polonijnej, więc jeśli któraś chce, może się zaangażować w promocje polskiej kultury.

Padła propozycja zorganizowania się w polską grupę zabawową, dla matek z małymi dziećmi.

Wiele było pytań o to doświadczenie emigracyjne, pobyt stały, pracę, przyszłość w Kanadzie.

Po spotkaniu napisałam posta ze zdjęciem [jednym, reszta wyszła zamazana, bo z emocji ręce mi drżały]. Podzieliłam się zdjęciem na 6 grupach facebookowych, w tym m.in. Polki w Kanadzie. Ponad 50 Polek w Kanadzie lajkami powiedziało nam: Brawo dziewczyny z B.C. ! Koleżanki ze Szwecji przesłały w odpowiedzi swoje zdjęcie kobiecego spotkania. Wszędzie kobiety, wszędzie Polki potrzebują tego samego 🙂

Jedna z nas powiedziała:

Mieszkam tutaj już jakiś czas, mówię po angielsku, ale jestem sobą po polsku. Dlatego przyszłam na to spotkanie.

Ktoś mądry powiedział, że każdy człowiek jest wypadkową pięciu innych osób. Wierzę, że w Vancouver znajdziesz i 5, i 10, i nawet 15 takich Polek, przy których będziesz sobą. Po polsku.

Jeśli nie chcesz przegapić powiadomienia o następnym spotkaniu, zapisz się!

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [ część I ] Z czym ja miałam problem? No dobra, wciąż mam….

Moje główne grzechy komunikacyjne w rozmowie z Kanadyjczykami. I nie, nie jest to nieznajomość języka angielskiego.

 

Najpierw tytułem wstępu. Kto mnie zna, wie, co studiowałam. Kto mnie zna lepiej, wie, co teraz myślę o takim wyborze studiów [dyskretny chichocik w tym miejscu]. Ale, ale zawsze lubiłam język i wielu się uczyłam (zważ na różnicę: uczyłam, a nie na-uczyłam).

Wiele rzeczy, jeśli nie wszystkie w życiu, zależą od naszej umiejętności komunikowania się. Nie bój się, nie ja to wymyśliłam, więc gwarancja jest, że ktoś mądry już tę prawidłość udowodnił. Ja co najwyżej mogę się podpisać wszystkimi czterema kończynami pod tym stwierdzeniem, zwłaszcza po dwóch latach mieszkania w kraju, którego język wciąż jest dla mnie obcym.

Często myśląc o tym, co stanowi  naszym powodzeniu na emigracji, nie poświęcamy za dużo uwagi komunikowaniu się czy językowi. Naturalnym jest myślenie o pracy, mieszkaniu, aklimatyzacji. Gdzieś może się zawahamy, co do angielskiego, no ale proszę Cię, angielski ?! Ja nie dam rady? Kto, jak nie ja?

Sama tak myślałam. Błąd ! I mimo że nie obawiałam się o swój angielski, to z zaskoczeniem zobaczyłam, że się z Kanadyjczykami nie dogaduję.

Zaczęłam się zastanawiać i lojalnie uprzedzam drodzy czytelnicy, że będzie na blogu seria postów pt. Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Bo mam potrzebę wygadania się na ten temat. I zapisania ku przestrodze i ku pamięci [mojej głównie]

To zaczynamy:

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Moje grzechy komunikacyjne

 

1. grzech główny – długość wypowiedzi

Ja jestem gaduła, serio mogę zagadać każdego. Więc moja największą bolączką nie jest to, że kogoś nie interesuje, co mam do powiedzenia. Mnie nie interesuje, że jego nie interesuje, byleby słuchał.

Kanadyjczycy, naród mający opinię grzecznych i uprzejmych ludzi. Myślisz, że stali i słuchali, jak Kasia nawija? O nie ! Kanadyjczycy nie będą słuchać, oni dadzą jasno do zrozumienia, że nie mają czasu na dłuższą rozmowę. Taktownie ją skończą, ale skończą definitywnie. I mogą zacząć unikać rozmowy ze mną od tej pory, bo właśnie dostałam łatkę gaduły i zanudzacza. Trudno o drugą szansę. Oczywiście nadal będą uprzejmi, ale będzie to uprzejmość podszyta lekką nutką niecierpliwości i dystansu.

Nie polecam !

2. grzech główny, wypływający z 1. – monopol na rozmowę

Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że jako gaduła podpadam dodatkowo pod kategorię monopolista rozmowy. Ciężko się samemu zdiagnozować, bo miałam święte przekonanie, że robię dobrze społeczeństwu, bo przecież podtrzymuję konwersację. I wchodziłam głębiej i głębiej w temat, obierając go jak cebulę z warstw i nie patrząc, że innym już od niej lecą łzy z oczu.

I Kanadyjczycy mi pokazali (grzecznie, a jakże !), jak pohamować zapędy takiej monopolistki i gaduły . Mówili na przykład tak:

Wow Kate, that’s amaizing that you you had a great time on camping. Before you continue I need to let you know that in few minutes I have to get back to…..

Well, Kate that’s really something. I have to take care of…. right now. Maybe we can catch up later.

 

A skoro o przerywaniu mowa….

3. grzech główny – przerywam

Niegrzeczne i wyjątkowo źle widziane w Kanadzie. Z wyjątkiem sytuacji opisanych powyżej, czyli przerywanie celem zatrzymania słowotoku, nie ma usprawiedliwienia.

A ja? Przerywam komuś wpół zdania, zanim ktoś skończy, bo myślę, że wiem, co on chce powiedzieć i nie chce mi się czekać tych dwóch minut, żeby mógł skończyć. Nie będziemy tracić czasu przecież jest tyle do obgadania. Albo co gorsza ta osoba się myli i przecież moim najświętszym obowiązkiem jest wyprowadzić ją z błędu.

O rany….. (nawet jak o tym piszę, to się rumienię ze wstydu)

Kończąc tę samokrytykę, chcę jeszcze napisać o dwóch postawach komunikacyjnych, które są równie źle odbierane. U mnie też występują (pocieszam się, że w mniejszym natężeniu), a przyszły mi do głowy podczas rozmów w gronie emigrantów. I nie, nie tylko Polaków 😀

Grzech poboczny – ja mam gorzej i to nic nowego

Po angielsku taka postawa nazywa się: the one upper – czyli ja to mam gorzej/lepiej, czyli wyścig na opowieści. W gronie kobiecym zwykle przebijanie się historiami negatywnymi i o dzieciach, w gronie męskim przechwałki. Wybaczcie uproszczenie.

Taki przykład. Ktoś z emigrantów dzieli się swoimi wrażeniami z poszukiwania pracy, a ktoś inny przebija to opowiadając, jak mu było ciężko, ale się udało, i żeby się nie przejmował. Jednocześnie nieofiarując tej osobie uznania jej opowieści, żadnych słów wsparcia, współczucia. Niegrzeczne i smutne. Najgorsze, kiedy przebijacz historiami myśli, że przerywając wyświadcza przysługę, bo oznacza to, że słuchał i niejako w odpowiedzi na wysłuchaną historię, musi dorzucić swoją.

Can you top my story? eeee, to spadaj.

Lekka modyfikacja powyższego zachowania: zrównanie czyjeś historii z ziemią.  Czyli wysyłanie całym swoim ciałem i słowami komunikatu: A weź ty już lepiej nie opowiadaj, bo to odgrzewane kotlety i nic nowego, a właściwie nudne i oszczędź nam tej opowieści. Ja też tam byłem, też tak miałam, a nawet gorzej… (vide: przebijacz).

Morał: mówić (nie tylko po angielsku) to można umieć, ale rozmawianie (nie tylko z Kanadyjczykami) to jest wyższa szkoła jazdy

A Tobie się rozmawia z Kanadyjczykami? Luzik czy stresy są? Co pomaga, a co przeszkadza? Napisz w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje za radę !
<hr />

<h4 style=”text-align: center;”>Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcesz czytać !</h4>

<hr />

 

Ania z Zielonego Wzgórza we wrześniu. Dziewczyna o wielu twarzach

Wrześniowa Ania o wielu twarzach.

Ten post miał się zaczynać zupełnie inaczej. Nawet sobie na brudno nakreśliłam, co chcę napisać.

Ale nie wyszło. A raczej wyszło, jak wyszło.

Tak sobie myślę, że wrzesień to jest świetna pora, żeby coś zacząć. Zresztą nie tylko ja tak myślę, trend jest ogólnointernetowy co najmniej.

Dla niektórych jesień to przymusowe rozpoczynanie szkółki kochanej. Dla innych jest w końcu czas za zabranie się za projekty, postanowienia. Za szukanie pomysłu na siebie też.

We wrześniu (ze dwa tygodnie temu) spotkałam koleżankę Anię (pierwsza poznana Ania w realu tutaj). Kanadyjka z Kijowa, od 6 lat w Vancouver. Okazuje się, że wiele nas łączy, choć życie nam się zupełnie inaczej układa.

Pewnie znacie to uczucie: rozmawiasz z kimś i już po kilku słowach wiesz, o co chodzi w tej drugiej osobie. Nawet nie o co jej chodzi, tylko właśnie o co w niej chodzi, jaka jest, kim jest. Czasami nie wystarczą lata, żeby poczuć się tak w obecności kogoś, a czasami “kliknie” już po chwili.

Tak sobie myślę i wspominam i wychodzi mi, że ja swoje “klikanie” właśnie z Aniami przeżyłam najpierwsze. I z Jo-Anną 😀 tak mi się w życiu ułożyło.

Symbolicznie jakoś czy co? I chociaż drogi z dwiema moimi Animi nam się rozeszły, w świat wywiało każdą, to jednak to najważniejsze zostało. I zostanie już we mnie na zawsze, te dni z internatu, te wychodzenia z siebie i nauka na podłodze.

Poznański czas zostanie. [a jak któraś tu zajrzy, to niech przeczyta ode mnie, że jej dziękuję. Za tamten czas i za to, że ten czas bez tamtego nie byłby tym samym]

Z kanadyjską, inną-ode-mnie-że-bardziej-się-już-nie-da Anią postanowiłyśmy zacząć projekt. Ponieważ na razie stanęło na: ” to co, robimy coś razem?”, więc nie za bardzo jest się czym chwalić po internetach. I nawet nie wiem, czy nam coś z tego wyjdzie, ale ekscytacja na maksa.

A piszę to wszystko w poście o Ani z Zielonego Wzgórza po to, żeby cytat umieścić. Jeden z moich ulubionych.

Różne są Anie dookoła, różne są Kasie we mnie. Czasu potrzeba, żeby to wszystko na spokojnie podpatrzeć, a żeby zrozumieć, to często i czasu za mało. Żeby jednak za bardzo w mędrkowanie nie popaść, zwyczajnie przyjmuję, jak jest.

Każda z nas to w istocie wiele z nas w jednej z nas. No nie da się inaczej.

I chociaż wygodniej by było pojedyńczą osobowością żyć, to jednak tak jest ciekawiej. Kiedy są różni wkoło nas i wewnątrz nas są różne.

Ot co. Ale napisałam, prawda?

There’s such a lof of different Annes in me. I sometimes think that is why I’m such a troublesome person. If I was just the one Anne it would be very so much more comfortable, but then it wouldn’t be half so interesting.

Ania z Zielonego Wzgórza

Słowa Ani o sobie to obietnica i zagrożenie. To pozwolenie na wiele. I przyklaskiwanie sobie , że jest się taką, jaką się jest. Poszukującą. Zmieniającą zdanie. Farbującą włosy na zielono. Szukającą aż do upadłego pokrewnych dusz, a już zwłaszcza Ań.

There is really no fun in being sensible all the time, Diana.

Ania na Uniwersytecie

Wrześniowo życzę Ci ciepło jesiennych zaskoczeń i rozpoczyniania od nowa. Może myślisz, że to tylko nowy dzień, który zaczynasz. A to aż 24 godziny przed Tobą. Tyle ludzi i rozmów może przynieść. Niespodzianek. Nie bój się siebie.

You are never safe from being surprised till you’re dead.

słowa Maryli, wynotowałam, ale nie zapisałam z której książki [wtopa]

Ania pokazuje, że możesz być więcej niż jedną osobą. I niech się świat dziwi !

[symple_highlight color=”blue”]Post ten dedykuję malutkiej, we wrześniu urodzonej kuzynce chłopaków, Marysi, pierwszej od dawna dziewczynce w rodzinie. Marysiu kochana, niech Twój czas na ziemi będzie dobry ! [/symple_highlight]

Masz ochotę na jeszcze jeden tekst o Ani? Kliknij po więcej

 

Nasyciłam się Polską, a nawet przejadłam. Czyli co po 6 tygodniach pobytu w ojczyźnie ze mnie wychodzi

Rozważania o białym serze i Polce najgorszego sortu. Wyszło jak zawsze.

Podsumowanie lata, niemalże po pół spędzonego w Kanadzie i w Polsce już się na blogu pojawiło. Wiecie, gdzie byliśmy, jak nas nie było. I mieliście okazję przeczytać, że było nam dobrze. A jakże !

Nie byłabym sobą, gdybym jednak nie napisała tych kilku słów więcej. Po 6 tygodniach w Polsce wspomnień i przemyśleń jest dość.

Ci, co zaglądają na facebooka, już wiedzą, że zaraz po przylocie żarłocznie rzuciłam się na przysmaki polskie

Zwłaszcza te zawierające twaróg. Nadziwić się sobie nie mogę, bo zachowywałam się jak wypuszczona (wyposzczona) z kraju, gdzie ludzkie oko nie widziało twarogu. Spieszę więc donieść, że w Vancouver można kupić twaróg. Ale nie jest to tak oczywista sprawa, jak w, nieprzymierzając, Warszawie. Tu wszędzie dostaniesz drożdżówkę z serem, a sernik (koniecznie z rodzynkami !) to niemalże polskie ciasto narodowe (chyba, że się mylę i jednak szarlotka?). W każdym spożywczym jest kostka twarogu, a jego cena nie przyprawia o zawał.

Jak to człowiek się nad twarogiem z szacunkiem nie pochylił, kiedy go miał. A jak go nie ma, to sami widzicie, co się dzieje !

Dostępność białego sera w Polsce ogłupiła mnie zupełnie, więc jadłam go przy każdej okazji. Ale się twarogiem i sernikiem nie przejadłam. Nie, nie, to tytułowe przejedzenie, to z innego powodu.

Napatrzyłam się znowu na Polskę. Nie tak pospiesznie jak w zeszłym roku, bez turystycznego zaliczania. I chociaż bez miast się nie obyło, to najwięcej mi się patrzyło na cicho, na wsi, w moich stronach rodzinnych. Odkryłam na nowo swoje miasto. Fajne jest.

Druga bliska sercu naszemu sprawa, to dostępność ludzi i dla ludzi. Naszych ludzi. Teraz było zdecydowanie więcej czasu, żeby się poodwiedzać, zapytać, podzwonić.

W zeszłym roku jedynie tydzień z hakiem na odwiedziny i długie Polaków rozmowy. Wiadomo, przy czym [zielona herbata, ewentualnie koktajl z jarmużu] i wiadomo, o czym [pogoda] 😉

A na poważnie to bardzo nas cieszyła ludzka dostępność. Wszystkich, którzy odpowiedzieli na nasz głód spotkań, nasze niewidzenie się  i długie milczenie, bo mimo najlepszych chęci nie zawsze się dało porozumieć przez cały ocean i 9 godzin różnicy w czasie.

W Polsce wciąż łatwiejsze jest dla nas prowadzenie życia grupowego. Zwłaszcza wśród ludzi wypróbowanych przez lata. I to właśnie tak nas zachwyciło i syciło przez te wszystkie dni.

Że wciąż jeszcze mogę znienacka wprosić się do koleżanki na przenocowanie, paznokcie zrobić, na balkonie się pogapić.  Tak mało, a tak dużo.

Uprawianie życia grupowego najaczęściej polegało na wspólnym gadaniu. Tego nigdy dość !

Zatem czego dość? Skąd to przejedzenie Polską, skoro nie białym serem?

Mam serdecznie dość tego, jak rozmawiają Polacy ze sobą. Ogólnie, a zwłaszcza w dyskursie politycznym. Spokojnie, nie będzie tutaj tekstów o jedynej sprawiedliwej linii politycznej i za kim głosować 🙂

Sluchając przez 6 tygodni ludzi, z reguły mądrzejszych ode mnie (bo przecież i dziennikarz, i eksperci, i politycy wybrani głosami wyborców) cieszę się, że jestem już w Kanadzie. Tutaj, mam wrażenie, ludzie na ogół są bardziej otwarci na innych ludzi, nie skazują innych na bycie w drużynie przegranych tylko dlatego, że są odmiennych poglądów. W zwykłym, codziennym życiu, dobrze jest jak wszyscy czują się chociaż trochę wygrani, a przynajmniej nie są etykietkowani, jako ci gorsi czy też ostatniego sortu.

W Kanadzie sposób komunikacji to rozmowa – dialog. Raz ty mówisz, raz ja mówię. Słuchamy siebie. A w Polsce zabrali nam rozmowę. Przemawia tylko jedna ze stron. Głośno, niezrozumiale dla mnie (choć maturę mam i studia nawet też). Jedna strona zawłaszczyła rozmowę, a co za tym idzie, ta jedna strona ma tylko rację.

Ponieważ Kanada to nations of immigrants, w komunikacji wzajemnie się na siebie uważa. Patrzy się na siebie. Łatwiej się słucha siebie. I stara się, przynajmniej się stara, zwracać uwagę na racje innych.

Ta otwartość na innych, na inność, w komunikacji, i w codziennym życiu to jest jedna z ważniejszych, jeśli nie najważniejsza, z zalet kraju klonowego liścia.

Siedząc dziś w wieczorem w mieszkaniu w Vancouver smutno mi, że byłam przez te 6 tygodni dla kogoś kimś gorszym. Kimś drugiej kategorii.

Serio?! 


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

 

Kanada jest piękna, a emigracja jest trudna. Dwa lata później i 3 rady jak dać radę

2 lata później i 3 rady dalej. Czyli rozważań o emigracji ciąg dalszy.

Dwa lata nam stuknęły w Vancouver

O matko. Albo innymi słowy: omg (o my god). Minęły zachwyty, minęły rozczarowania. Ale podstawowe emocje nie minęły, siedzą i co jakiś czas wyglądają ukradkiem zza bloga.

Wiemy, że chcecie czytać, jak jest na emigracji w Kanadzie. Ten post pobił rekordy popularności na blogu. To będzie kolejny post w tym klimacie. Trochę słodko-gorzki.

To lecimy z emigracyjnym kołczowaniem.

Pełna dezorientacja jeśli chodzi o tę Kanadę

Mówią, że Kanada miodem i mlekiem płynąca.

Dobra, nie wszyscy mówią, na forum polskim  czarnowidzkie wizje przeplatają się z realistycznymi opisami dni tych, co już w Kanadzie są.

Optymistów również nie brakuje (pisząca te słowa zalicza się do nich, chociaż mój optymizm jest sceptycyzmem podszyty).

Kogo słuchać? W ogóle słuchać innych?

Mówią, Kolumbia Brytyjska taka piękna.

Góry, ocean, wszystko na jednym obrazku. Chcesz, idziesz na snowboard, chcesz, idziesz na kajak, orka przemknie koło ciebie, albo inny niedźwiedź.

Wszystko ładnie, pięknie, ale co, jeśli zapierniczasz na dwie zmiany, overtajmy robisz, i zwyczajnie zmęczony nieziemsko nie masz czasu i chęci tym pięknem się zachwycać.

Góry masz w nosie, bardziej Cię interesuje, czy te mieszkania to przestaną w końcu drożeć …

Może tak jak my, już wiesz, że położenie, i praca, i możliwości, i lepsza przyszłość dla dzieci to nie wszystko.

Jak by to najlepiej opisać, co nam po głowach chodzi? Chyba tym słowem: Confused

 

Nie żałujemy przyjazdu do Kanady, ale żałujemy wyjazdu z Polski.

 

Wiem, mało sensu, ale tak to mniej więcej wygląda. A podczas tegorocznego, dłuższego pobytu w Polsce, wszystkie te myśli zogniskowały się na nowo.

Jest w nas żal. Emocje związane ze stratą. Nasza żałoba po tym, co zostało w Polsce. Ludzie, wspomnienia, miejsca. I także to, czego nie będzie nam dane doświadczyć.

W Kanadzie podejmuję się walki o to, co miało znaczenie, ale w Polsce nigdy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. Zwłaszcza ludzi z Polski żal. Przyjaciół i rodziny [dlatego zastanawiam się, jak nad tą relacją pracować]

Emigracja to ciągłe przekładanie planów na kiedy indziej i odczuwanie straty, po tym, czego nie doświadczymy w tej samej formie już nigdy.

Once emigrant, always emigrant

Szczerze napiszemy – nie wiemy, jak to z nami będzie.

Dlatego tak trudno nam odpowiedzieć na pytanie: (kiedy i czy w ogóle) wracacie?

Trudno nam, emigrantom, jest pozwolić sobie na żal, na odpuszczenie wspomnień.Trzeba sobie na tę emocję pozwolić. Swoje od-żałować i przeżyć. Dla jedynych to będzie rok, dwa na emigracji. I zrobi się miejsce na nowe. Inni potrzebują więcej czasu, żeby żal za Polską przeboleć. A jeszcze inni całe życie go będą zagłuszać. Są straty, na które czas nie pomaga.
Jak żalowi pomóc? Spisałam trzy rady, które przyszły na myśl po wielu godzinach rozmów z życzliwymi ludźmi. Może i Tobie się przydadzą.

3 rady, jak sobie dać radę

  • Znajdź czas na wakacje – wiem, że są tacy, co pracują na okrągło i są bardzo szczęśliwi. Nie chcą i nie potrzebują czasu wolnego. Ale w przypadku emigracji zatrzymanie się na chwilę, co jakiś czas, to jest sprytne rozwiązanie, żeby zregenerować siły. Bardzo istotne.
  • Znajdź czas dla swojej drugiej połowy. Nie ma co być twardszym od skały, kiedy emocje biorą górę, tylko szukać pocieszenia i zrozumienia u tej drugiej, najważniejszej osoby. Nie zakładaj z góry, że tylko tobie jest źle. Pociesz, przytul, opiekuj się. Na zmianę.
  • Nie staraj się jak najszybciej odtworzyć życia sprzed emigracji. Przyznam, że to mój największy problem. Mamy tendencję do powtarzania zachowań, zwłaszcza jeśli okazały się skuteczne przed wyjazdem. Tutaj wszystko może potoczyć się inaczej. Ryzykuj, ale i przyjmuj z pokorą nowe doświadczenie. Łatwiej się żyje.

Więc bądź dla siebie, drogi kolego emigrancie i koleżanko emigrantko, dobry/dobra. I napisz swoje rady w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Karma wraca 😀


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.