Kanadyjskie playdate – instrukcja obsługi

Dzisiaj na lekko wpis dziecięco-zabawowy, czyli co to jest kanadyjskie playdate. Nie wiesz? Nie szkodzi, będzie instrukcja obsługi.

Zainspirował mnie wpis Ani z Ontario, o zdziwieniach małych kanadyjskich gości w ich domu.

To dzisiaj będzie o playdates, bo to świetna sprawa, opanowana przeze mnie, nieskromnie się chwalnę, na master level 😉

Nie wiem, jak zgrabnie przetłumaczyć playdate: zabawianka? Bawowisko? Bawienie się nie brzmi tak dobrze. Masz na to zgrabniejszą nazwę? To się podziel w komentarzu!

Wiesz, co to jest kanadyjskie playdate? Jak nie, podaję instrukcję obsługi.

Co to playdate? Zwykle playdate to jest zabawa typu drop-off czyli zostawiasz dziecko u gospodarza playdate. Bywa jednak różnie – lepiej się upewnij, bo może zostaniesz zaproszona na kawę, a w tym czasie miałaś już coś zaplanowane. Zwłaszcza jak to jest pierwsze playdate, warto się upewnić.

Wstęp: napisane jako instrukcja obsługi dla dzieci w wieku od 5 do 11 lat.

Moja naczelna rada: najlepsze playdate jest u kogoś innego, hehe.

Główny cel rodzica: udane playdate jest wtedy, kiedy dzieci się sobą zajmują, a ja mogę wypić kawę (rano), wino herbatę (po południu) i się nie wtrącać do zabawy.


Ok, to szczegóły: kanadyjskie playdate i jego instrukcja obsługi:

  • Nie czekaj, aż ktoś wymyśli playdate i zaprosi Twoje dzieci. Zaproś sama jakieś dziecko, a Twoje dziecko Ci za to podziękuje. Może nie słowami, może nie wprost, ale co tam, szczęśliwe będzie.
  • Playdate to nie jest party, to nie jest przyjęcie, to jest spotkanie, zabawa dzieci w domu lub na dworze pod okiem dorosłego. Więc wiesz, myśl o tym, jako o czasie dla dziecka, nawet jeśli chcesz, żeby dzieci zajęły się sobą i dały Ci spokój.
  • Playdate zwykle trwa od 2 do 4 godzin. Reguła taka: im młodsze dziecko, tym krócej, im młodsze dzieci, tym mniej ich naraz zapraszam.
  • No i oczywiście warunki lokalowe też są ważne. Nasze są więcej niż mikre, więc często wyprowadzam playdate do parku, a jak pada, to do biblioteki. Godzinkę mam z głowy.
  • Przekąski czy obiad warto mieć, zwłaszcza jak gościsz playdate u siebie, po szkole od razu, wiadomo, dzieci głodne. Jak wiem, że mam playdate, nie robię kotletów, tylko dania neutralne smakowo, ale nie bez smaku. Najczęściej naleśniki, ale nie pancakes, bo te są śniadaniowe, tylko crepes. Do tego sporo świeżych owoców, sok i woda. Część dzieci na zabawianki przynosi własne lunch’e – z doświadczenia wiem, że dzieci z alergią tak robią, bądź jeśli zabawianka jest zaplanowana na więcej niż 4 godziny.
  • Zasadę mam jedną – pierwsza godzina zabawy bez elektroniki, xboxa, ipada.  Byłam świadkiem, że dziecko nie chce przyjść do innego na zabawę, bo nie będzie grało na ipadzie, ale to mój dom, moje zasady, i na wszystko jest czas. Najpierw jest zabawa analogowa. Zwykle lego, samochodziki, kolejka, może rysowanie.
  • Jak goszczę czwórkę dzieci – czyli i starszy, i młodszy mają gości, staram się porozdzielać towarzystwo. Moje chłopaki mają wspólny pokój, wszyscy bawią się w nim wspólnie jakieś 20 minut do pół godziny, a potem wiem, że mają dość. Młodszych zabieram na dwór, albo starszych wysyłam do biblioteki. Na chwilę. Wracają i znowu się zgodnie bawią (no dobra, dość zgodnie).
  • Jedzenie jemy przy stole. Zawsze pytam o alergie, wiem, którzy koledzy mają epipeny* przy sobie, mam numer telefonu do rodzica i ustaloną mniej więcej godzinę, o której dziecko zostanie odebrane. Jak się spóźniam, to piszę smsa.

*epipen czyli epinefryna w pojemniku w kształcie długopisu, którą dzieci uczulone noszą przy sobie. To mój największy stres, od razu się przyznam. Pamiętam, jak mi Sean pierwszy raz powierzył 3,5letniego  Luka na playdate, wręczył EpiPen i powiedział: don’t kill my kid! Grubo!

  • Nie mam zasady co do języka, w jakim się dzieci bawią. Pewnie, najlepiej by było, żeby z Polakami mówiły po polsku, ale często, gęsto, przechodzą na angielski, bo tak łatwiej. Wiecie, że jeśli chodzi o język polski, jestem #groźnawoźna, ale staram się dzieciom do zabawy nie wtrącać. Chociaż od czasu do czasu uwagi puszczam, że mogliby po polsku rozmawiać. (Walczę z tą upierdliwością u siebie, oj walczę)

Kanadyjskie-playdate-instrukcja-obslugi-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_dwoch-chlopcow-je-lunch

Odmianą playdate jest sleepover czyli nocowanka*.

*słowo nocowanka, takie smaczne bardzo, zawdzięczam polskiej sąsiadce, Matyldzie. Pozdro, jeśli czytasz!

Co w takim przypadku?

Upewnij się, jak dziecko będzie spało u gospodarza – czy na czyimś łóżku, czy na materacu, czy na karimacie. Nie chodzi o fochy i księżniczkowanie, tylko o przygotowanie pościeli tak, żeby gospodyni nocowanki nie miała problemu. Ja daję poduszkę i śpiwór, zapakowane w twarzową niebieską torbę z Ikea. Plus w plecaku zmiana bielizny, szczoteczka i przytulanka. Jak ktoś nocuje u Krzysia, to Maciek śpi z nami, a gość na łóżku Maćka. Jedną noc można się przemęczyć, a co!

Nasza najciekawsza nocowanka czyli strach-story

Sobota, rano, około 7, dzwoni Katie, mama Logana i przestraszonym głosem pyta się, czy Krzysiek przyjechał do nich bez zęba, bo nie pamięta, a teraz już nie ma. Zęba, nie Krzyśka.

Krzysiek miał wtedy trochę ponad 7 lat, to była jedna z pierwszych nocowanek, stresik był, nie powiem.

Mówię, że przyjechał z kompletem zębów.

Katie,no to mu wypadł, i nie mogą znaleźć, może połknął. Ja,hmmm, ok, chyba nic takiego, przecież od połykania zębów się nie umiera (chyba).

Nocowanka szybko się skończyła, a ząb się znalazł, w śpiworze, w domu podczas inspekcji przed praniem.

 

Chyba tyle. Przeczytaj, zapamiętaj, nie zginiesz podczas playdate a i dzieci będą zadowolone 😀


Dziękujemy wszystkim, którzy nas na zabawianki i nocowanki zapraszali i zapraszają, i do nas przychodzą też: Dorocie L., Asi K., Karolinie W., Monice Z., Ani, Dorocie D. ,(jak o kimś zapomniałam, wybaczcie bardzo) i oczywiście kanadyjskim znajomym, których nie wymieniam, bo i tak nie czytają bloga po polsku, hehe.

 

Całkiem sporo napisałam o polskich, swoich 😉 dzieciach w Vancouver. Znasz te wpisy?

Pięć miejscówek dla dzieci w Vancouver | Emigracja z dzieckiem – nasze błędy | Moje kanadyjskie szkolne zdziwienia, a konkretnie 6.

 

Chcesz, żeby się Twoje dzieci pobawiły z chłopakami? No problem, daj mi znać!

Zapomniałam o czymś w temacie playdate? No problem, pisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak się NIE przygotowywać na emigrację z dzieckiem do Kanady.

To jest post-rozliczenie, co powinniśmy zrobić, żeby dobrze dzieci “wyemigrować”. Nam się udało tak se. Spisałam nasze błędy, żeby Tobie było łatwiej.

Emigracja To dla dziecka (szczególnie w wieku szkolnym) stres porównywalny z rozwodem rodziców. Wiedziałeś o tym?

Bo nam to nawet do głowy nie przyszło!

“Jakoś to będzie”, myśleliśmy.

No i było. Jakoś.

A głównie byle jak.

Dlatego dziś chcę trochę o tym napisać. Czego my nie zrobiliśmy, a powinniśmy. I jak już na miejscu radziliśmy sobie z oswajaniem kanadyjskich emocji u dziecka szkolnego.

Jak się NIE przygotowywać, a dobrze przygotować na emigrację z dzieckiem do Kanady.

Jest listopad 2017. Mijają trzy lata od momentu od naszego przyjazdu do Kanady. Trzy lata temu Krzysiek (starszy syn) zaczął kanadyjską podstawówkę.

Rozpoczęcie życia w Kanadzie nie przyszło Krzysiowi łatwo. Zupełnia zmiana miejsca zamieszkania, kontynentu, wyrwanie go z korzeniami z polskiej szkoły, którą już zdążył poznać.

Ogromny stres, bo język inny, koledzy wyglądają inaczej, nawet zwykły berek, to nie berek, tylko tag. Zwyczaje inne, jedzenie inne, mamo, co to są te paski zielonego papieru, które koledzy jedzą na przerwie?

Przeczytaj, co zrobiliśmy my, a Ty nie powinnieneś. I będzie Ci łatwiej z dzieckiem wyjechać.


#1 błąd- nie myśleliśmy, że to w ogóle jest jakiś temat do ogarnięcia, ta emigracja z dziećmi

 

Coraz częściej na emigrację decydują się rodziny z dziećmi starszymi. Te dzieci mają już swoje pooukładane życie. Tak, 7latek jak najbardziej ma swoje zdanie, przyzwyczajenia. Ba, nawet 3 latek je ma, ale jednak zmianę przeżyje trochę łagodniej (z naciskiem na trochę, bo wiadomo, zależy od dziecka)

U nas w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe było zero rozeznania w temacie, zero czytania blogów parentingowych rodziców od lat mieszkających za granicą.

Nie polecamy takiego podejścia.

Przygotuj się, przeczytaj co możesz o życiu z dzieckiem w kraju, do którego się wybierasz. Czytaj blogi i pytaj na forach / grupach facebookowych. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym większa szansa, że znajdziesz pomocną odpowiedź. Zamiast pisać: mam dziecko i chcę wyjechać do Kanady, warto?, lepiej zapytaj: mój syn ma 10lat, nie mówi po angielsku, chcemy się przeprowadzić do Vancouver, jaką dzielnicę i szkołę polecacie?


#2 błąd – nie przygotowaliśmy Krzyśka na język angielski

 

Pierwsza myśl w temacie emigracji do Kanady z dzieckiem była taka: ojeju co z angielskim Krzysia?

Latem 2014, powinnam była  wymyślić dla chłopaków jakieś krótkie półkolonie, zajęcia z angielskim. Jednak nie pociągnęłam tej myśli, taka uspokojona ogólnie panującym przekonaniem, że dziecko się samo języka nauczy.

I rzeczywiście się nauczył, ale jakim kosztem? Wielu emocji, wstydu, strachu, buntu, złości.

Zadbaj o angielski przed wyjazdem. Nawet jak dziecko miało angielski w szkole, spróbuj załatwić mu anglojęzycznego kolegę, może przez Skype, może pen-pala, a może zwyczajnie może z Tobą poćwiczyć kilka zdań.

Polecem szczególnie ćwiczyć różne pytania: Gdzie jest łazienka? Gdzie mogę się napić wody? oraz podstawowe zwroty: nie rozumiem, mam na imię, chcę się z Wami bawić, ale nie wiem, jak.

Nieznajomość języka boli tak samo dorosłego, który nie rozumie, co do niego mówi ekspedientka w sklepie, jak i dzieckO, które widzi rozbawienie na twarzy rówieśnika, bo na pytanie: What’s your name? odpowiedziało: yes, yes.


#3 błąd- nie rozmawialiśmy z Krzysiem o Kanadzie

 

Powinniśmy byli przeczytać o mieszkaniu w Vancouver. Sami nie wiedzieliśmy, kto tutaj mieszka, że jest tak liczna mniejszość azjatycka i co to oznacza.

A to oznacza np inne zwyczaje i święta w szkole, choćby Chiński Nowy Rok czy Halloween.

Niby dzieci wiedzą, o co chodzi, ale czy Ty wiesz, na czym polega trick-or-treat? I gdzie dziecko poprowadzić, jak? I jak ma poprosić o cukierek?

Wszystkie te drobiazgi, które kanadyjskie dzieci wyssały z mlekiem matki, dla 7atka są nowe. A skoro nowe, to budzące niepokój i bunt. A szkoda, żeby mieszkając w Kanadzie, dziecko nie miało doświadczeń właściwych kanadyjskim dzieciom.

W końcu także o to chodzi w emigracji, prawda? Żeby innego życia spóbować.

Zatem o tym innym życiu trzeba z dziećmi rozmawiać wcześniej.

Nasza ulubiona pomoc teraz: książka Mapy (żałuję, że nie zaczęliśmy rozmawiać o tej książce przed przyjazdem). Strony z Polską i Kanadą są już tak wytarte i popisane, że pewnie przyjdzie czas na nowy egzemplarz.

Przygotowujesz się na re-emigrację do Polski z dzieckiem, które nie mówi po polsku? Wiesz, że Mapy są też po angielsku? Polecam z pełnym przekonaniem!

Jeśli jesteś w Kanadzie, możesz ją zamówić na Amazonie


#4 błąd – nie ustaliliśmy zawartości walizki, co się przeprowadza, a co zostaje i co z tym robimy?

 

W walizce chłopaków przyleciały tylko klocki Lego. A mogły na przykład zdjęcia ze wspólnych wakacji z dziadkami, czy pościel pachnąca warszawskim domem (nasze chłopaki są mocno wrażliwe na zapachy). Wystarczyło się zapytać, a nie autorytatywnie zdecydować (to ja decydowałam, czyli zero cierpliwości, bo pakowanie jest be i byle szybciej), to warto, bo dobra, droga zabawka (zestaw drewnianych kolejek).

Część zabawek po prostu rozdałam. Nie zawsze informując chłopaków, co się z nimi stało. Kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. No bo co zrobić, kiedy po roku padnie pytanie o ulubiony jeździk? Dziecko pamięta, że był, nie pamięta, że się z nim rozstał.

Lepiej wspólnie zdecydujcie, co się dzieje z wszystkimi rzeczami dziecka przed emigracją. Dyskusja z dwulatkiem nad każdym samochodzikiem nie jest łatwa, ale przynajmniej niech wie, co się stanie z rzeczami, które mają dla niego większe znaczenie.

Jeśli masz zwierzaka, warto dołożyć wszyskich starań, żeby przeprowadził się z Wami. To w końcu domownik, prawda? Rozstanie z nim dodatkowo przygnębi dzieci i mało przychylnie nastroi do wyjazdu. Pomocne informacje o przewozie zwierząt do Kanady znajdziesz pod tym linkiem.


#5 błąd – średnio trafiliśmy z czasem przeprowadzki

 

Myślałam, że jak przyjedziemy na tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, to będzie wystarczająco dużo czasu na ogarnięcie się i ogarnięcie emocji.

I znowu zonk – za mało było wspólnych dni, żeby Vancouver choć trochę poznać, niespiesznie się rozejrzeć, powoli zaprzyjaźnić.

Jeśli wiesz, że taktyka rzucania na głęboką wodę dobrze zrobi Twojemu dziecku, nie ma znaczenia, kiedy zacznie szkołę. Ale mało znam takich dzieci.

Dzisiaj wiem, że lepiej byśmy zrobili przylatując na wakacje do Kanady i dając chłopakom więcej czasu na spokojne rozejrzenie się po nowym otoczeniu.

Przekonałam się, że w przypadku naszej rodziny robienie wszystkiego od razu i jak najszybciej nie zdaje egzaminu, bo w dłuższej perspektywie płaci się wyższe koszty. Tak było z zapisaniem Maćka do żłobka daycare – zaczął chodzić niemalże od początku pobytu w Vancouver, na cały dzień. Przyzwyczaił się, bo człowiek się może przyzwyczaić do wszystkiego, ale dobrze mu to nie zrobiło. Dopiero po roku, kiedy zamieniliśmy całodniowy daycare na kilkugodzinne preschool dwa razy w tygodniu, Maciek wyraźnie poweselał.

Mogłabym tak jeszcze tę listę wydłużać, ale co się będę jako rodzic biczować ;). Było, minęło. Chętnie za to posłucham, jakie Ty masz doświadczenia w emigracji z dziećmi. Daj znać w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje.

A jeśli dopiero myślisz o wyjeździe, pytaj.

I powodzenia!

PS. W tym wpisie testuję linki afiliacyjne, żeby ułatwić Ci znalezienie rzeczy, o których piszę i które polecam.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak się macie latem 2017? Lipiec w Kanadzie, sierpień w Polsce. Skansen, wakacyjna qlturka, u dziadków i Legoland

Bye bye lato? Nie ma tak łatwo – najpierw krótkie podsumowanie, co się działo. A wy jak się macie latem 2017?

Kto się cieszy, że już koniec lata? No ja nie….

Zaraz zacznie padać deszcz [#mówmiprorok]

Piszę ten post, żeby jak już zacznie padać, wystarczyło rzucić okiem i bach – jest co wspominać. Trochę cieplej. Wiadomo, co się działo u Jeziorskich, a było jak zawsze grubo 😉

(jeszcze tak się mówi? Pytanie do grupy czytelników bloga w przedziale wiekowym 18-25lat)

Plus linki, plus inspiracje, plus archiwum dla chętnych.

Daj mi znać, czy masz ochotę na więcej takich postów

#1 Krzyśkowe i Maćkowe “Lato w mieście”

Szkoła już nie woła (ale jeśli nie znasz, zajrzyj, jaka ta szkoła jest)

Wakacje, czyli odpoczywajcie rodzice od pracy, organizując dzieciaczkom czas wolny (kto tak odpoczywa, bo ja nie umiem, proszę mnie nauczyć).

Na pomoc rusza świetlica, półkolonie, obozy. Chłopaki w lipcu chodzili na półkolonie organizowane przez kuratorium – Krzysiek miał przez trzy tygodnie na ciekawe zajęcia pt. “Creative writing with technology” czyli pisanie na Ipadach. Także komiksów.

Maciek i tak najbardziej ❤ playdates z przyjaciółmi, wiadomo, dlaczego 😉

Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1


#2 Wakacyjna qlturka

Od zawsze i na zawsze pewnie, mam takie dziwne zamiłowania muzyczne. Na przykład w lipcu rządziła ta piosenka w wykonaniu zespołu z serialu Glee (kto ich też ❤?)

Zupełnie przypadkiem wakacje upłynęły nam również pod znakiem ścieżki dźwiękowej z Moany (po polsku zmieniono jej imię na Viana, why, ja się pytam, why?). KONIECZNIE posłuchaj:

  • You are welcome – czyli rubasznie, zero kompleksów, asertywność 1 milion procent i co to nie ja
  • How far I will go – musowa piosenka mamusi (czyli moja), czyli przebudzona kobieca siła
  • Shiny – faworyt chłopaków, ciekawy czy każdy w tym pokoleniu chce być celebrytą?

Książki też były, żeby nie było.

Jak się macie w wakacje 2017_wakacyjna_qlturka-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#3 Canada Day w Górach Skalistych

Dlugi weekend lipcowy spędziliśmy na kempingu Mount Robson, rzut kamieniem od Jasper i Rockies.

Tam jest magicznie. Więc będzie osobny wpis. Jak go napiszę.

Rockies 2017_Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (4)


#4 Wypad do skansenu Fort Langley Historic Site

Polecamy ten mały ale uroczy skansen 40km od Vancouver.

W tym roku, z okazji 150 urodzin Kanady, wejście jest za darmo.

Zamów wejściówkę → TU

Fort Langley Historic SiteJak się macie w wakacje 2017_Fort Langley Historic Site-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#5 Polska u dziadków

Pod koniec lipca przyleciałam z chłopakami do Polski, na 6 tygodni. Do dziadków, do Bakstera, czyli Ziemia Lubuska wita.

A tam czekał na mnie mój kubeczek.

I przetwory robiliśmy – nawet fajnie jest tak kisić, mieszać, słuchać jak bulgocze. Tak, to piszę ja, która gotować nie znosi.

Jak się macie w wakacje 2017_ u dziadków-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (10)
Głównie to byczyliśmy się nad jeziorem

No i mieliśmy okrągłe dziesiąte urodziny Krzysia! —–> znasz wpis o Krzyśku?

A z okazji tych urodzin i w nagrodę za wysiłek włożony w całoroczną naukę języka polskiego [kliknij po całą historię], pojechaliśmy do….

#6 Legoland

Pojechaliśmy na dwa dni do duńskiego Legolandu:

  • spaliśmy w Legoland Village, domek Lego Ninja Cabin (do 6 osób)
  • jedliśmy śniadania i obiadokolacje w Legoland Village
  • pobyt oraz bilety kupiliśmy przez oficjalną stronę Legolandu (w pakiecie wyszło taniej niż kupowanie osobno noclegu oraz biletów do parku)
  • chłopaki byli jeszcze w parku wodnym Lalandia

Ogólnie, polecamy

Legoland 2017_Jak się macie latem 2017--Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Kanadzie i o emigracji do Kanady
Było mało osób, bo już po duńskich wakacjach. Kręciliśmy się na karuzelach i kolejkach bez opamiętania 😉

#7 Czytadełka

Przypominam, jakby ktoś przegapił

 Skończyła się szkoła, zaczęły wakacje, jejejeje. Ale zanim, to jeszcze w sierpniu egzamin z języka polskiego i wiedzy o Polsce

 Minął rok odkąd rozpoczęliśmy zbieranie dokumentów na PR – profil założyliśmy 29 czerwca 2016, od pierwszego tygodnia lipca zbieraliśmy dokumenty, konsul węgierski pomógł – teraz mamy już PR.

 Latem alko łatwiej wchodzi? W ładnych okolicznościach przyrody, a pewnie, że tak!

 Wydatki na jesień, bo szkoła, albo co?

To co? Niech moc lata będzie z Tobą! My się września nie boimy 😉


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Po polskiemu online – nauka języka polskiego w Kanadzie. Nasze doświadczenia

Trzy lata zagranicą i trzy lata nauki języka polskiego online. Nasze doświadczenia i że nie jest to łatwe. No bo nie jest!

Nie będę cię w tym wpisie przekonywać, że musisz posyłać swoje dziecko na naukę polskiego. Mam alergię na wszelkiego rodzaju polecenia rodzicielskie i rady parentingowe (chociaż ostatni post był mocno rodzicielstwem podlany).

Sam(a) wiesz, czego potrzebuje twoja rodzina, to twoje dziecko i nic mi do tego, czy mówi/nie mówi/jak mówi po polsku.

Chętnie podzielę się za to naszym doświadczeniem z nauką języka polskiego w Kanadzie. Na wypadek, jeśli ten temat byłby dla ciebie równie ważny, jak jest dla mnie.

Wszyscy mówią emigrantom: ucz swoje dziecko języka kraju pochodzenia, dbaj o jego polski, dwujęzyczność to wielki dar.

Mało kto powie ci, jak to zrobić. A nawet jak już ktoś powie, to wcale nie oznacza, że te metody będą działać w nauce akurat twojego dziecka. Ale próbować warto, c’nie?

Ten wpis ukazuje się, kiedy Krzyś zdaje egzamin kończący czwartą klasę polskiej szkoły online, w programie uzupełniającym (18/8/2017).

Przeczytaj, jak wyglądają nasze doświadczenia z nauką języka polskiego w Kanadzie.

 

Nie znalazłam wiele informacji w internecie, jak codziennie organizować sobie naukę z dzieckiem, które jest na różnych stadiach rozwoju języka.  A jak masz więcej dzieci, o panie, toż to robota na dwa i pół etatu na stażu bezpłatnym. I nie licz na wdzięczność dzieci, przynajmniej nie od razu, a kto wie, czy w ogóle.

Ostrzegłam? No! To teraz będzie mięsko czyli konkretnie jak jest u nas (stan liczebny dzieci: Krzyś 10 lat i Maciek 5 lat)


zanim online, będzie offtop offline (hehehe)

Nauka języka polskiego w szkole stacjonarnej

W wielu miejscach za granicą są polskie szkoły (zwykle sobotnie) lub szkoły mające język polski w curriculum. Możesz nie cieszyć, się faktem, że masz w około wielu Polaków, ale dzięki temu masz więcej szkół polskich (przypuszczalnie). No chyba, że ten fakt cię nie rusza (to wtedy co ty robisz w tym wpisie, hę?)

Także w Vancouver jest polska sobotnia szkoła, przy kościele parafialnym. Ale my nie posyłamy tam chłopaków ponieważ:

  • szkoła trwa kilka godzin w sobotę, a ja nie chcę weekendu przeznaczać na naukę ciurkiem od rana (i dojazdy);
  • nie przekonuje mnie materiał i sposób nauczania (ale przyznaję, wiedzę mam tylko ze słyszenia);
  • wolałabym, żeby szkoła była przy organizacji neutralnej światopoglądowo;

Kasia, mama w uk, była taka dobra i poopowiadała mi trochę któregoś razu na Skypie o swojej sobotniej szkole w Anglii. Takiej super szkole, co dostała nagrodę, a powinna co najmniej dwie!

I gdybym taką szkołę miała w Vancouver, być może chłopaki by do niej chodzili. Ale nie mam.


No dobrze, ustaliliśmy już, że idziemy w formy nauki online. Poniżej trochę o szkołach (programach), które to umożliwiają (lub umożliwiały)

Nauka języka polskiego online

Jeśli znasz wpis o naszych początkach z nauką online, to wiesz, że wybraliśmy ten sposób, żeby zachować ciągłość w polskiej edukacji, bo planowaliśmy wrócić do Polski po roku pobytu w Kanadzie.

Potem kontynuowaliśmy tę formę nauki niejako siłą rozpędu.

#1

Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą; ORPEG

  • bezpłatna;
  • pierwsze wrażenia w drugiej klasie opisaliśmy trzy lata temu;
  • dostaje się świadectwa polskiej szkoły, można wypożyczyć podręcznik (przysłano nam je do Vancouver), uczeń ma legitymację.

Nasze uwagi po trzech latach nauki:

Za dużo materiału nieprzystosowanego dla dziecka, które ma język polski jako język obcy, jako drugi język.

Krzyś przyjechał do Kanady jako siedmiolatek czytający, piszący i mówiący po polsku bez akcentu. Ale dla niego słowa palisada czy podział wypowiedzeń ze względu na cel to są pojęcia tak abstrakcyjne jak…. dla każdego innego dziecka w Polsce (tak, materiał szkoły podstawowej polskiej jest przeładowany i niedostosowany do rozwoju emocjonalnego dziecka, jeśli polski rodzic w Polsce ma z tym problem, to co mają powiedzieć rodzice pracujący i mieszkający za granicą?).

→ Co roku Krzyś wykonał pięć prac kontrolnych (wysyłane skanem) oraz zdawał egzaminy ( w Warszawie), żeby przejść do następnej klasy. W klasach 1-3 egzamin był jeden (termin ustalaliśmy wcześniej, było sporo do wyboru), teraz ma dwa jednego dnia (jeden o 8 rano, drugi o 12). Można było mieć egzaminy rozłożone na kilka dni.

→ Lekcje pojawiają się na koncie ucznia na platformie, w formie plików pdf (prezentacja) i ćwiczeń do wydrukowania. Całość materiału oparta została na podręcznikach dla polskich dzieci w Polsce. Szkoda, że nie było dostępu do wszystkich lekcji od początku roku – łatwiej byłoby przygotować sobie plan nauczania.

→ Dzieci mogły uczestniczyć w webinariach. Co dwa tygodnie był język polski, wiedza o Polsce (historia oraz przyroda), a także dodatkowe zajęcia z ortografii. Ze względu na różnice czasowe, Krzyś od dwóch lat nie bierze udziału na żywo w tych webinariach (odsłuchujemy je potem, albo i nie, bo niestety często są nudnym odczytaniem przez nauczyciela punktów z prezentacji).

→ Są dyżury nauczycieli, ale na żaden jeszcze nie trafiliśmy.

#2

Polskie Szkoły Internetowe Libratus

  • bezpłatna;
  • w tej szkole Maciek zaczyna zerówkę we wrześniu 2017. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta nauka i planuję napisać posta porównawczego.
  • do tej pory otrzymaliśmy informację o webinariach dodatkowych dla dziecka i dla rodzica (dotyczących m.in. metodyki), a otwarte wykłady można zobaczyć na ich kanale.
  • egzaminy można zdawać w innych miastach niż Warszawa, a także za granicą;
  • z informacji na stronie wynika, że szkoła nie prowadzi już naboru na rok szkolny 2017/2018. Zapraszają do swojego drugiego projektu – Polonijki (zerknij poniżej po informacjie o naszych wrażeniach z lekcji demo);

#3

Polonijna Szkoła Podstawowa Polonijka

  • płatna – aktualnie trwa promocja – 50% czesnego;
  • zanim zdecydujesz się na naukę w tej formie, masz dostęp do lekcji demo;
  • szkoła proponuje naukę dla dzieci w wieku od 5 do 15 lat, które po zweryfikowaniu poziomu języka realizują program danej klasy i korzystają z opracowanych materiałów;
  • ciekawa i wcześniej nam nieznana opcja: Kolega z ławki. Miałeś pen pala w dzieciństwie? No właśnie, teraz twoje dziecko może mieć takiego kolegę. Taki prosty pomysł, a jaki skuteczny we wzajemnej motywacji. Brawo za zachęcanie do uczenia się wspólnie z innymi – umiejętności miękkie są ważniejsze niż nauka dat czy reguł gramatycznych;
  • podoba mi się opcja wyboru przedmiotów, których będzie uczyło się dziecko – to dobry pomysł dla zapracowanych rodziców, którym bardziej niż na realizowaniu podstawy programowej, zależy na kontakcie z językiem polskim, nawet jeśli miałaby to być tylko jedna godzina tygodniowo;
  • strona internetowa i platforma są ładne i przejrzyste w obsłudze. Nie przeładowana dodatkowymi treściami i przy stronie oraz platformie ORPEG, Polonijka wypada na plus;
  • pełen kurs, podzielony na 35 tygodni, jest dostępny przez cały rok, co znowu pozwala uniknąć nerwowego sprawdzania, czy są na pewno wszystkie prezentacje potrzebne do wykonania prac kontrolnych (których to prac kontrolnych nie ma, ergo  mniej stresu dla dziecka);
  • lekcje odbywają się  raz w tygodniu (webinaria), a także dodatkowo są spotkania w małych trzyosobowych grupach;
  • na koniec roku szkolnego uczeń może podejść do egzaminu, ale nie musi. Dostanie certyfikat opisujący jego umiejętności. My akurat lubimy ten dodatkowy powód, żeby w wakacje odwiedzić Polskę na egzamin stacjonarny, ale umówmy się, przylot z Kanady tylko na egzamin to spore wyzwanie (i koszt).

Nasze uwagi po lekcji testowej (porównując z ORPEG):

→ Dobrze, że wszystkie informacje są dostępne bezpośrednio w module, że nie trzeba całości prezentacji ściągać (w ORPEG czasami mieliśmy aż 60 stron prezentacji do przeczytania, halo Hela, to za dużo!).

→ Rodzic jest dużo bardziej prowadzony za rękę niż w ORPEG:

  • Na początku lekcji jest agenda (chociaż ja proszę, po co rodzicom pisać: doskonalimy umiejętność syntezy słuchowo-wzrokowej, hę?).
  • Później czytelny podział na to, co robimy: czytamy, piszemy. 
  • Są także przykłady pytań, które rodzic może zadać dzieciom. Spore ułatwienie dla rodzica, który musi sam dziecku opowiedzieć materiał, a nie wie, od czego zacząć (w ORPEG mamy po prostu załączone materiały, brakuje scenariusza, jak ten materiał przerobić ).

→ Treści interaktywne są wklejone bezpośrednio w lekcję, a nie dodatkowo, a więc nie trzeba przerywać czytania prezentacji, żeby np. posłuchać proponowanej piosenki.

→ Chłopakom podobało się, że nauka odbywa się nie tylko poprzez odczytywanie prezentacji, ale można obejrzeć filmy, zagrać w grę edukacyjną, zobaczyć treści multimedialne inne niż nudne pdfy.

Zapowiada się ciekawie, bo dzięki takiej platformie zamiast uczyć się polskiego z dzieckiem, będziesz się z nim po prostu po polsku bawił. Zacieram ręce na zerówkę Maćka i mam nadzieję, że będzie nam coraz łatwiej z językiem polskim.

Tak, wiem, że ta nauka kosztuje. Ale halo, serio na naukę języka obcego polskiego będziesz skąpił?

Sam zobacz: w Anglii punktuje się znajomość polskiego jako języka obcego i można go w tej formie zdawać na egzaminach. O ile łatwiej się jest przygotować z języka, którym mówią rodzice i dziadkowie? Nie wiem, jak to wygląda w Kanadzie, bo rozkminianie edukacji ponadpodstawowej jeszcze przede mną (a co myślę obecnie, opisałam w tym poście). Jeśli jednak zostaniemy w Kanadzie na stałe, chcę, żeby chłopaki biegle posługiwali się językiem polskim. Tak jak, gdybyśmy byli w Polsce, chciałabym, żeby super znali angielski.

I proszę mi tutaj nie pisać, że język polski niepotrzebny. Znajomość każdego, nawet najmniej popularnego języka jest super bonusem, to piszę ja, hungarysta z wykształcenia. I nigdy nie wiesz, czy język polski się twojemu dziecku nie przyda.

Patrz, miało nie być moralizatorstwa i uwag parentingowych, ale jednak nie mogłam się powstrzymać 😉

Jeśli masz swoje doświadczenia z nauką polskiego online, podziel się linkiem w komentarzu, a ktoś ci podziękuje.


 

Ps. Ten post jest pierwszym sponsorowanym tekstem na blogu.

PS2. Jeśli to jakoś wpłynęło na odbiór tekstu, śmiało mi napisz: Kaśka, nie idź tą drogą!

I koniecznie trzymaj kciuki za Krzysia!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

10 lat Krzysia i mama od dekady czyli jak wygrałam 33 mega paczki pieluch.

To wpis osobisty – historia mamy od dekady i 10 lat Krzysia.

Uwaga, uwaga, uczciwie przestrzegam, tekst jest typowo lajfstajlowy (czyli ogólnie o życiu), a nawet parentingowy (czyli szczególnie o rodzicielstwie i dzieciach). Wyklikany głównie na komórce, trochę na tatowym komputerze, bo zapomniałam kabla od swojego laptopa do Polski zabrać. 

Tym razem mało o Kanadzie, a dużo o nas, i to historycznie, a miejscami histerycznie (zwłaszcza tam dalej, o pieluchach)

Sierpień 2017 to miesiąc Krzysia, trzeciego w kolejności w ekipie Kanada się nada, chłopca poważnego bo 10letniego. Większość jego życia upłynęła w Polsce, ale, mogę to napisać z pełnym przekonaniem, w Kanadzie znalazł swoje miejsce.

Opowiem jego historię, dobrze? Zapraszam na 10 lat Krzysia

Pamiętam, że kiedy Krzyś się urodził, w szpitalu było spokojnie, a na zewnątrz trwał gorący sierpień.

Nie byłam specjalnie zestresowana, bo jedyne wiadomości okołoporodowe (w dawce nieprzytłaczającej) z polskich szpitali były wtedy dostępne na forum gazeta.pl, a o blogach parentingowych mało kto słyszał. Ja w każdym razie nie.

Zdjęć z tamtego czasu, pierwszego roku, mam niewiele i w dodatku na wszystkich jesteśmy w chustach i miękkich nosidłach.

W 2007 roku nie było sklepów z chustami do noszenia dzieci, pieluszkami wielorazowymi i wszystkim tym, co dzisiaj jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Pierwszą chustę zamawiałam u Kasi z Niemiec, która wystawiała specjalne aukcje na allegro, żebyśmy mogli  ją kupić.

Dwa pierwsze lata to był czas kończenia studiów i chustoześwirowania. Miałam około 10 chust, różnych, kolorowych, z lnem, z wełną, z jedwabiem. Kupiłam pierwszą edycję Pawi Didymosa,kiedy jeszcze nie kosztowały czterocyfrowo. Nosiłam w pierwszym kaszmirze i miałam nosidło uszyte na wzór niemieckiego nosidła Manduca. Nie miałam wózka. Tzn. był, ale u dziadków, bo Kuba i ja nosiliśmy Krzyśka w chuście.

Pracę magisterską pisałam z rocznym synkiem, codziennie pomiędzy 21 a 22:30 spał w miarę twardo. W innym czasie spał typowo, czyli ku-rozpaczy-rodzica-nie-przesypiam-nocy.

Jeszcze pięć lat temu, będąc w drugiej ciąży, wrzucałam Krzysia w chuście na plecy. Teraz ma 10 lat, brak wad postawy, biega jak szalony i nadal lubi się przytulać. Wierzę, że w dużej mierze dzięki chustom.

Także dzięki chustom zabraliśmy go w góry, kiedy miał 8 miesięcy (mieszkaliśmy w namiocie koło Domu na Łąkach ❤). Padało prawie cały czas, ale to nic.

Skoro o wycieczkach, to w chuście pojechał do pierwszego w Warszawie kina, które organizowało seans dla mam z dzieckiem, na Imielin. Teraz takie atrakcje znajdziesz w wielu miejscach, ale 10 lat temu musiałam się nieźle nagimnastykować w komunikacji miejskiej, żeby z Woli przetransportować się 15 km na południe Warszawy.

Dzięki chustom wreszcie poznałam inne mamy, bo jakoś wśród najbliższych koleżanek jeszcze dzieci nie było (teraz są za to, więc piąteczka kochane dziewczyny, najlepsze się jeszcze wydarzy). Spotykałyśmy się w kościele Świętej Anny, a potem na bardziej zorganizowanych brykankach  w Fundacji Sto Pociech (patrzę, że ta fundacja to równolatka Krzysia, też obchodzi 10te urodziny). Pojawiały się pierwsze doradczynie noszenia w chustach i wielopieluchowania.

To właśnie na chustowych spotkaniach, wśród nieznanych mi wcześniej kobiet z dziećmi, odkryłam, jak wielką moc mają kobiece grupy wsparcia. Może dlatego tak bliskie mi są nasze Polskie Babskie Spotkania

Kiedy Krzyś miał 13 miesięcy, żeby odzyskać trochę równowagi i zakończyć karmienie, pojechałam sama w góry, na kilka dni, z ludźmi z Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich.

Kiedy miał 15 miesięcy, a ja byłam świeżo po obronie mojego mało praktycznego dyplomu, wynajęłam na dwa tygodnie nianię i poszłam na staż- testowanie oprogramowania. Poczekałam jednak z pracowaniem na poważnie do drugich urodzin Krzysia.

Rok 2009, wrzesień, Krzyś zaczął chodzić do żłobka państwowego. Po żłobku chodził jeszcze do przedszkola państwowego, które któregoś pięknego wiosennego dnia przyprawiło mnie niemal o zawał. Wracam z pracy, jestem już pod przedszkolem, a tu patrzę, trzyletni Krzyś siedzi sobie spokojnie na schodkach przed wejściem. Sam!

Okazało się, że panie pomyliły się i wysłały do rodzica nie tego Krzysia, co trzeba, pan woźny się nie zorientował w pomyłce, a dorośli gdzieś zniknęli. Trzylatek zdezorientowany gdzie mama?, wyszedł przed przedszkole, poczekać.

Do teraz nie wiem, ile tam na mnie czekał. I oddycham z ulgą, że nie poszedł sam w świat. I smutno mi, że nikt na ulicy nie zwrócił na małego chłopca uwagi (choć może słabo go widzieli, schody były ukryte w cieniu).

Po tej akcji zabrałam Krzysia z przedszkola następnego dnia.

W kolejnym roku przed-szkolnym poszedł do placówki katolickiej (na warszawskiej Woli jest całkiem sporo różnych placówek, i montessori, i waldorfska i żydowska też). Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. Stoję w kuchni i gotuję, a pięcioletni Krzyś bawi się na podłodze. Coś układa, klocki, misie, takie tam.

Nagle słyszę: Któryś za nas cierpiał rany…. Takie podśpiewywanie przedszkolaka podczas zabawy. Nie powiem, lekko mi się włos zjeżył na karku, złowieszczo to brzmiało, takim ponurym głosem wyśpiewywane.

Ale anegdotka pyszna została na całe życie 😉

A potem to już szkoła. Krzyś poszedł jako 6latek, wtedy mieliśmy wybór, czy zostawić w przedszkolu, czy posłać do pierwszej klasy. Poszliśmy na rozmowy do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dwie informacje, których mi wtedy udzielono:

  1. edukacyjnie zaawansowany aż miło;
  2. koniecznie znaleźć sposób, żeby miał przyjaciela w swoim wieku.

Z tym przyjacielem to było trudno, bo w pierwszej klasie szkoły muzycznej było 4 chłopców li i jedynie, w dodatku z odległych dzielnic Warszawy. Nie ceniłam wtedy playdates, tak jak teraz.

I chociaż nam nikt w dzieciństwie przyjaciół nie organizował, to dzisiejszym dzieciom jest trudniej czas na kolegów znaleźć, z powodu nadmiaru zajęć. Stąd rada mądrej pani psycholog, żeby rodzic pomógł zorganizować przestrzeń na koleżeństwo dziecka. Make sense, jak dla mnie.

Szkoła muzyczna to wielkie wyzwanie dla dzieci nie-muzyków. Dużo nauki także dla rodzica, żeby dziecku w nauce pomóc. Ale też wszystkie umiejętności muzyczne Krzyś nabył właśnie wtedy i mimo indywidualnej nauki gitary w Vancouver, nie zwiększyły się one znacząco.

Dlaczego posłaliśmy Krzysia do szkoły muzycznej? Powody są dwa:

  1. chciał grać na gitarze;
  2. to szkoła najbliższa naszego warszawskiego mieszkania

Poszedł na egzamin wstępny, zaśpiewał, wyklaskał rytm, napisał, co trzeba, i został przyjęty.

A po pierwszej klasie wyjechaliśmy do Kanady

O kanadyjskich przeżyciach Krzyśka przeczytasz w poniższych wpisach:

  1. Pierwsze kanadyjskie emocje
  2. Polska lekcja w systemie orpeg.pl
  3. Żłobek i szkoła – pierwsze wrażenie

I na koniec smaczek o tych pieluchach. W 2007 wygrałam 33 megapaczki pieluch Huggies. Oraz pakiet szczepionek skojarzonych dla Krzysia.

Na dwa miesiące przed narodzinami Krzysia, magazyn dla rodziców (zabijcie mnie, nie pamiętam, który) ogłosił konkurs na tekst listu do swojego dziecka. Napisałam wtedy list do mojego synka, poniekąd romantyczny.

List się spodobał, pieluchy przyjechały wielkim kontenerem, a my zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy. Pamiętam, że w kolejnej edycji można było wygrać voucher na…. poród w prywatnym szpitalu.

OSTRZEŻENIE: Dziś, jak czytam ten list, to jest lekki zgrzyt zębów, więc ten tego, przygotuj się na dużą dawkę sentymentalnych określeń,  ( pamiętam, że wtedy czytałam “Marie jego życia” Barbary Wachowicz oraz listy Sienkiewicza.).

w Warszawie dn. 24 czerwca

“Najmilszy Syneczku, pierwsze moje na tym świecie kochanie,

Jeszcze dwa miesiące a będziesz z nami, maluszku kochany, serca i duszy pociecho. Wzruszonam do głębi, myślą biegnę do Ciebie, który codziennie budzisz się i zasypiasz pod moim sercem, tak blisko a jednocześnie tak daleko. Wyimaginowany obraz Twój  wszystkie myśli moje i uczucia ogradza, kochana moja dziecinko.

Wraz z Twoim tatą jesteśmy przeszczęśliwi, cherubinie nasz jasnowłosy, że narodzisz się w piękny, złocisty sierpniowy dzień jako owoc naszej miłości i czci wzajemnej i ozdoba naszej rodziny. Może będzie to święto Matki Boskiej Zielnej, pachnące miętą i świeżym drożdżowym ciastem Twojej prababci, Krzysiu mój jedyny. Datę tę sam doktor oznaczył i teraz cała rodzina rozmyśla nad konceptem, jak zaprowadzić porządek, kiedy się pojawisz, bo będą to też urodziny mojego papy, Twojego dziadka i imieniny wuja Twojego zarazem.

Dla wszystkich jesteś już teraz promyczkiem, aniołkiem, duszyczką, a zdaniem doktora już teraz słyniesz z prawdziwie męskiej urody. A wiesz, że w ogrodzie dziadkowym, kiedy lato uczyni się zupełnie, rozkwitnie, dzieje się taki widok prześliczny, jakiego cała Polska nie ma? Dziadek nie może się doczekać, kiedy zbadasz najniedostępniejsze tajemnice ogrodu i  domu, który kocha ludzi i kocha też Ciebie.

Już teraz sama myśl o Tobie sprawia w rodzinie kolosalną radość. Serca biją nam głośno na samą wzmiankę o Tobie, jesteś dla nas ładunkiem dobroci i miłości bezustannym.

A do tego czasu muszę się, skarbeńku cudowny, kontentować jedynie radami i  opowieściami doktora, i krzepić nadzieją niedalekiego przecież naszego spotkania, kiedy Twój uśmiech opromieni cały Twój pokój, już wyszykowany, śliczny, jasny, południowy.

Ciężkie jest to oczekiwanie, kiedy z trudem przychodzi mi stać i siedzieć, bo taki jesteś cały poruszony we mnie. Siłę mam jeno aby rozmyślać nad Tobą, moje złoto malutkie, najdroższe, kochane. Chciałbym otulić Cię dłonią niewidzialnej opieki i usunąć z Twej drogi wszelkie nieszczęścia i smutki. Bylebyś miał tam i tu słońce i ciepło i spokój! Niech Ci go nigdy nikt nie mąci. „Jaki będziesz, kim będziesz w swym męskim życiu ?” od tego pytania nie mogę myśli oderwać. Choć pełna jestem dobrych przeczuć  na przyszłość.

Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy, bo z mojego szczęścia Tyś pierwszy syneczku kochany.

Trudno jest mi oderwać się od listownej rozmowy z Tobą, maluszku. W snach codziennie się odwiedzamy, oczom moim jawi się Twój wizerunek, ujmuję  Cię za rękę, za wszystkie paluszki, tulę do serca. Chciałbym Cię wycałować, popatrzeć już na Twoja buzię, nakarmić się Twoim widokiem, rącząt, nóżek, mój mały zdrowasiński. Już na wieki oplotłeś mi się dookoła serca….
Kocham Cię przeogromnie.
Twoja Mama”

Byłabym zapomniała, kogoś może ciekawić, skąd imię Krzyś? Umówiliśmy się z Kubą, że każde z nas przygotuje listę imion męskich i potem sobie przedyskutujemy te, które są na obu listach. Na mojej było około 12 imion: Ignaś, Jaś, Staś i Krzyś, jakoś tak w środku listy. Na Kuby liście było… tylko jedno imię. Zgadnij, jakie 😉

No i jest Krzyś.

A co do pochodzenia hashtagu #momfromdecade. To koleżanka kanadyjska, niania kolegi Maćka, nazwała mnie mamą od dekady. Nie wiem, czemu, ale brzmi to doniośle, wręcz jakby kto w dzwon bił. Miło mi.

100 lat Synku!

PS. Daj znać w komentarzu, czy takie, mocno osobiste posty powinny pojawiać się częściej?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

Dawno nie było wpisu w tym temacie, a to codzienność każdego rodzica. Rekrutacja do zerówki i jaka szkoła najlepsza w Vancouver. Żebym to ja wiedziała…

Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).

W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).

Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”

Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.

 

Staram się ogarniać temat. Po łebkach, po łebkach. Sprawdź, czy przydadzą Ci się te poradniki:

  Służba zdrowia | Praca w Vancouver

 

W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.

Zachęciłam, co?

Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?

Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.

Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.

W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.

 

Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.

Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki.  W tych dzielnicach.

Wiele rodzin  stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo. Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.

Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.

I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?

Szkoły są przepełnione.

W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.

Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.

Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.

Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.


I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?

Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.

Pomogą Ci te pytania:

Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?

  • Najwyższych wyników w rankingu?
  • Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
  • Małych klas?
  • Opieki przed- i poszkolnej?

My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.

 

Co lubię w naszej szkole?

WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)

Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.

ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.

Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).

Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.

Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…

PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!

Czego nie lubię w naszej szkole?

POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.

W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)

To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…

Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…

Uważam  że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.

Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.

Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

My slashies na emigracji. Czyli bycie A łamane na B w Vancouver.

Co za licho, slashies na emigracji? Rodzaj drinka? A nie, nie, chodzi o to, żeby być kim się chce. Nawet jak chce się być więcej niż 1 osobą.

Hę, ale że co? Jakie slashies na emigracji?

Eeeee, co za dziwaczny tytuł, tego posta to się pewnie nie da czytać.
Przekonasz się?

Rodzina u nas była z Polski, pisałam już o tym? No pewnie, że wiesz, prawda, przecież tyle o tym trąbiłam i się cieszyłam, że moi rodzice po raz drugi nas w Kanadzie odwiedzili.

Było zabawnie, bo w Vancouver cały czas lało (z przerwą na jeden piękny, słoneczny dzień, który spędziliśmy w Victorii).

Kiedy pada, dzieci się nudzą. Krzysiek byłby się chętnie ponudził, ale na jego (nie)szczęście, babcia Alina, była nauczycielka, z dziką ochotą wykorzystała ten czas, aby nadgonić trochę materiał z nauczania domowego języka polskiego. (Jeśli jeszcze nie wiesz, Krzysiek uczy się w czwartej klasie w systemie orpeg.pl; więcej o tym znajdziesz we wpisie o pierwszej lekcji polskiego w 2014)

Jak się domyślasz, dzieci nie były zachwycone dodatkową pracą i kilkakrotnie padło pytanie: po co ja się tego uczę?

Odpowiedź najprostsza: żeby wiedzieć, jakoś Krzyśka nie przekonuje.
Zatem temat rozwijamy: żeby dobrze czuć się w Polsce. Pytanie: Ale po co, skoro mieszkamy w Kanadzie?

I tutaj odpowiedź: bo jesteś Polakiem / (łamane na, slash) Kanadyjczykiem. (Już widzisz, skąd to slashies?)


Jesteś tym i tym. Nie tylko jedną, zamkniętą, określoną osobą. Spójną, zamkniętą, uporządkowaną osobą.
Jesteś synem/uczniem/budowniczym Lego/wymyślaczem komiksów/fanem Batmana i schabowego.
Jesteś Polakiem i Kanadyjczykiem. Zajmujesz się wieloma rzeczami w tym samym czasie. Jesteś wieloma osobami w jednym ciele.

Schizofrenią powiało… No wiem, ale co poradzić, ja już tak mam. Jak jeszcze tego nie wiesz, to znaczy, że nie czytałeś bloga 😉

Pytam samą siebie co i rusz, kim ja jestem w tej Kanadzie. Ale co tam, w tej Kanadzie, kim ja jestem w życiu, się pytam. I się co rusz nadziwić nie mogę, że odpowiedź za każdym razem jest inna. Ukośnikowata. Niepoukładana, nieperfekcyjna, nieostateczna.

Jestem slashy, jeśli chodzi o uczucia, nie tylko  o pracę, o zawód w tym momencie wykonywany.

I dobrze mi z tym. To jest prawdziwe, bo moje.

Jak zapytasz Krzyśka, kim chce zostać, odpowie: inżynierem i aktorem. Nie boi się łączyć dwóch zupełnie różnych dziedzin.

Podobno my, 2o-30 kilkulatkowie jesteśmy już całą generacją slashies. Zawsze to miłe jest, jak ktoś tak wszystkich wrzuci do worka i opisze, c’nie? [sarkazm]

Ludzie starsi niż nasz 10latek opisują siebie, jako kogoś łamanego na kogoś innego.

I na jeszcze kogoś, bo w sumie czemu nie?
Ba! Ja tak siebie opisuję (nie wierzysz? Zajrzyj na mój LinkedIn).

Jestem kobietą/Polką w Kanadzie/mamą/blogerką/byłą korpopracowniczką/organizatorką spotkań/programistką-in spe (to akurat czas przyszły mocno wątpliwy).

Wygląda na strasznie długi opis i pozornie nie do pogodzenia w jednej osobie.

Czy wiele twarzy, wiele zawodów, nie powoduje chaosu? Nie narzuca tego słynnego, wiele razy krytykowanego multitaskingu. Nie przeszkadza na życiu się skupić?

To już zależy od ciebie! (ale mądra jestem, prawda?) Nie będę zanudzać cię zbyt długim moim wywodem, rodem z parku relaksujących się kolesi. Napiszę tylko, że bycie łamańcem czy też ukośnikiem to bardzo fajny pomysł, a testuję go właśnie w Kanadzie. W Polsce jakoś na to nie wpadłam. Albo czasu nie było.

Tu i teraz nasi synowie są łamańcami z naszego wyboru. Teraz jeszcze w niewielkim stopniu decydują o sobie. Chociaż wróć, pomyłka, właśnie, że decydują. Przecież w końcu Krzysiek jest i Batmanem, i gitarzystą, prawda?

Jednak to rodzic ma ostatnie słowo w temacie decyzji twardych i ukośnikowatości emigracyjnej, czyli: czy być Polakiem, czy Kanadyjczykim, czy Polako-Kanadyjczykiem, czy Kanadyjczyko-Polakiem.

To rodzic odpowiada na pytanie o proporcje powyższej mieszanki.

Ja z uporem maniaka walczę, żeby żyć na dwa kraje. Wierzę, że się da. Dopóki decyduję ja, chłopaki będą na równi uczyli się polskiego i angielskiego. Będę płacić 1600 CAD za bilet na lot ponad 24h z przesiadką w Toronto, byleby na dwa tygodnie do Polski polecieć (Kuba nie ma dłuższego urlopu).

Będziemy ich uczyć, żeby próbowali więcej. Żeby życie rozszerzali na dwa kraje.

A jak nie zechcą za jakiś czas? To wtedy będzie kolejny wpis 😉

Dwudziesto-, trzydziestolatkowie, a już tym bardziej nasze dzieci, próbujemy więcej, testujemy więcej. Przez to łatwiej też podejmujemy decyzję o wyjeździe do innego kraju i przewróceniu swojego życia do góry nogami. Patrzymy szeroko i równie szeroko sięgamy.

Nie wierzysz? Zobacz, jak rośnie grupa facebookowa Oh Kanada – codziennie pojawia się ktoś, a raczej wielu ktosiów, którzy chcą być nie tylko Polakami w Polsce. Chcą próbować innego. Nawet, jeśli się nie uda, nawet jeśli koszty będą wysokie, warto.

Spróbuj zapytać swoich rodziców, jak oni się przedstawiają. Jestem prawie pewna, że użyją jednego, góra dwóch określeń na siebie.

Ciekawe, dlaczego? 😉 Pewnie dlatego, że kiedyś były inne czasy. Zdaniem wielu to były lepsze czasy. Niepokomplikowane i grzeczniejsze.

Nawet jeśli, to co?

Bądź sobie kim chcesz. Byleby uczciwie. Kanada i tak wyciągnie z ciebie prawdę. Emigracyjne emocje pokażą, kim jesteś, kim możesz być. I czy warto się starać. W Kanadzie, ale co ja piszę, nie tylko w Kanadzie, wszędzie, także w Polsce, można być kimś więcej.

Ale najlepiej przy tym wszystkim być sobą.

Fajnie, prawda?

PS. Jeśli jeszcze nie czytałeś, to u Patrycji jest szczery tekst o zostawieniu pracy w kanadyjskim korpo. Patrycję znam, i lubię, i polecam jej bloga. Polka-girl, jak to czytasz, napisz w komenatrzu, czy też jesteś ukośnikiem?

PS2. Tak, wiem, że definicja wyrażenia slashy to nie do końca to, co opisuję w tym poście, ale co tam. Zawłaszczam pojęcie, bo ukośnikowatość mi tutaj bardzo pasuje.

Serdeczności!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Matka Polka Kanadyjska to ja? – o Dniach Matki i jak mi raz prawie Child Protection Services synem się zainteresowało…

Z okazji Dni Matki (dwóch, a co!) zastanawiam się jaka jestem jako Matka Polka Kanadyjska. Czy mam lepiej czy gorzej, bo jestem na emigracji? Plus dwie anegdotki.

Dzień Matki to w B.C. (w Kanadzie) święto ruchome. W sumie dobrze. Co roku inaczej, trzeba być w gotowości!

Niech będzie w niedzielę, wtedy jest więcej czasu na świętowanie. Oraz więcej czasu na przygotowanie się w sobotę, jeśli jakieś dziecko wdzięcznie zapomni się w natłoku obowiązków tygodnia.

Ja to mam tak dobrze, że ucząc synów języka polskiego i polskich tradycji, mogę im o drugim Dniu Matki opowiedzieć i tym sposobem obchodzić moje święto dwa razy. I od 2015 r. skrupulatnie się tego trzymam.

W 2017 kanadyjski Dzień Matki przypada w niedzielę 14. maja. A polski? No wiadomo, 26 maja. Dobry, majowy czas.

Matka Polka Kanadyjska czyli ja

życzę Wszystkiego Najlepszego na Dni Matki!

Wszystkim Matkom!  A szczególnie Polkom, które są matkami w Kanadzie (no muszę, wpis ma przecież tytuł Matka Polka Kanadyjska).

Przy okazji naszego święta naszła mnie oczywiście refleksja (co poradzę, już tak mam.)


 

Matka na emigracji ma gorzej czy lepiej? Nie wiem, jak każda, wiem, jak ja. Co ze mnie w Kanadzie wyszło?

Zacznę anegdotką:

Początek maja, odbieram Maćka z preschool, rozglądam się, gdzie kurtkę posiał. Szukam na placu zabaw, pod ławką, na ławce, na zjeżdżalni, w plecaczku i jeszcze raz pod ławką (Pod ławką jest secret hideout dla patyków, kto wie, może kurtkę też tam ukrył?) Ale nie.

Kurtki nie ma.

Babcia koleżanki Maćka, Melanie, pochodzenie azjatyckie,  patrzy na mnie i dopytuje, co ja się tak miotam. Mówię, że nie wiem, gdzie jest kurtka Maćka. Babcia patrzy, patrzy…. śmiechem wybucha i mówi: What a mother?! Co za matka?!

No właśnie, co za matka ze mnie?

Ps. Kurtka została w domu. Winny Kuba, który kurtki nie zabrał, hehehe [mściwy chichocik].

Ok, koniec anegdotki, ad rem.

Jako Matka Polka Kanadyjska mam lepiej czy gorzej?

#Minusy

Brak systemu wsparcia.

Pisałam już na ten temat, jak bardzo kręgu kobiet mi brakuje. Uwiera zwłaszcza na początku naszej emigracji, kiedy się nikogo nie znało, a nikt nie znał nas. Brakuje życzliwych, nieżyczliwych zresztą też. Z kim dziecko zostawić, kiedy drugie trzeba odwieźć do szpitala?

Brak wiedzy o kanadyjskim życiu.

Przylatujesz i nie wiesz nic. Jak działa szkoła, jakie lekarstwa podać, jakie prawo obowiązuje. W 2014 nie było tyle grup na facebooku, tyle blogów, nie było Polskich Babskich Spotkań i w sumie nie wiedziałam, kogo się zapytać. Ani o co.

Do dziŚ nie wiem, ile musi mieć dziecko, żeby samo mogło pójść do sklepu po bułki. To teraz opowiem anegdotkę z tytułu:

Raz mi Krzyśka przyprowadzili z biblioteki, dokąd wybrał się za moją wiedzą. Wraca dziecko zapłakane do domu, prowadzone przez nastroszoną bibliotekarkę.

Tłumaczy mi przestraszonej: “Proszę pani, dziecko nie może samo chodzić do biblioteki! Dobrze, że syn znał adres i nas przyprowadził, bo inaczej musiałabym dzwonić po Child Services, że się dziecko bez opieki zostawiło”  [koniec cytatu pani bibliotekarki].

Ja oczy jak pięć złoty, buzia w ciup i się kajam, że nie wiedziałam, że dziecko już duże i odpowiedzialne, że to ostatni raz.

Aha, wyrodna matka, co o dziecko się nie boi. To ja.

Brak dojrzałości wewnętrznej.

Tego się zupełnie nie spodziewalam. Ograniczona wyobraźnia, jak w m….dę strzelił. Nie przypuszczałam, że powinnam mieć choć w ilościach szczątkowych umiejętności radzenia sobie z emocjami straty. Nie wiedziałam, jak sobie poradzić, a co dopiero dzeciom pomóc. Jak wspólnie ten trudny czas przejść.

Cały czas podejrzewam, że nie jestem wystarczająco dorosła. To jak synom mam pokazać, co to znaczy dorastać w Kanadzie?

# Plusy

Mogę eksperymentować z macierzyństwem.

Nie mówię, że w innej sytuacji, czy innym kraju (Polsce) byłoby to niemożliwe. Mówię, że jak nie wyjdzie, to emigracja zawsze jest jakąś wymówką (wiem, mocno naciągam, ale coś w tym jest, c’nie?).

I robię to, wiele rzeczy testuje. Obecnie jestem soccer mom oraz home-stayed mom. Jestem więcej czasu z dziećmi, zobaczymy, czy to wszystkim na dobre wyjdzie. (Pisałam co nieco wcześniej)

Mogę łatwiej dzieci odwagi nauczyć.

Na własnym przykładzie i hands on training! Chcemy, żeby chłopaki byli odważni i śmiało sięgali po swoje marzenia. Nawet, jak po drodze trudno. Łatwiej odwagi się uczyć w sytuacji, kiedy trzeba odezwać się w nieznanym języku, do innych dzieci, w nowym otoczeniu. Mega trudne. Ale się trzeba odważyć. (Chociaż ja po angielsku wciąż się trochę boję mówić).

Mogę własne ograniczenia przekraczać.

Pracę mam, pracy nie mam. Cieszę się, a za chwilę najmniejszy drobiazg uwiera jak drzazga w bucie. Myślisz, że życie poukładane, że masz zarządzanie domem pod kontrolą, a tutaj wystarczy byle pro-D day, żeby plan się przekrzywił na boczek. I w takiej sytuacji elastyczność oraz improwizacja stają się przyjaciółmi każdej emigracyjnej mamy.

Chcesz mieć święty spokój, a tu się nie da.

Dwujęzyczność, a czasem i nauczanie domowe, dostajesz na emigracji w pakiecie.

Ja spędzam z chłopakami większość czasu, więc siłą rzeczy w dwujęzyczności siedzę. I w nauczaniu domowym. Chcesz spróbować, jak to jest dzieci w domu uczyć? Polecam emigrację! Ja w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistkę, ale wiem znacznie więcej, niż wiedziałabym w Polsce. Kiedy Krzyś był w pierwszej klasie, w Warszawie, w ogóle się tym nie interesowałam. A teraz proszę bardzo – 3 rok uczymy się domowo języka polskiego. A angielski to stały temat na blogu, poczytaj więcej.


Jak już to wszystkie punkty z gorszej listy przerobię, wtedy jest lepiej. A jaka satysfakcja! A jaka moc!

Kończę oczywiście standardowym zawołaniem, żeby codziennie mamie miłość okazywać, a nie tylko od święta. I nie tylko mamie okazywać, tacie też. I bratu (jak to kiedyś przeczytasz, to do Ciebie jest, Synku!)

Co Ty zrobisz dla swojej Mamy? Jeśli jesteś Mamą, możesz też przecież zrobić coś dla siebie. Bo w sumie dlaczego nie, kurcze blade.

PS. Patrycja podsuwa listę pomysłów na prezent dla Mamy na Polki.ca.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Old is gold czyli znowu o nartach. XII Mały Memoriał Bronka Czecha na Mount Seymour

O nartach znowu, bo narty to nasz stały motyw . Tym razem mamy dla Was fajne wydarzenie polonijne XII Mały Memoriał Bronka Czecha.

Wiem, nudni jesteśmy, same posty o nartach, na instagramie same narciarskie zdjęcia. Ale co można poradzić, zima w Vancouver to outdoor w górach, a jak w górach jest śnieg, to narty. Teraz to oczywiste dla nas, ale nie zawsze tak było.

W marcu, na Mount Seymour, mogliśmy całą rodziną pozjeżdżać w ramach wyścigów narciarsko-snowboardowych  XII Małego Memoriały Bronka Czecha. (Nic ci nie mówi to nazwisko? Zobacz w Google)

Trochę nas już znasz. Wiesz, że bywamy na spotkaniach i imprezach polonijnych. Ewentualnie sami takowe organizujemy (Pamiętasz o Polskich Babskich Spotkaniach, prawda?)

Polonia w Vancouver i okolicy nie jest może tak liczna, jak ta z Mississauga czy innego Chicago, ale każdy znajdzie coś dla siebie, a to dyskotekę, a to koncert, a to w końcu zawody narciarskie.

No dobrze, to we wstępnie namieszane-zamieszane, narty i Polonia, ale o co chodzi?


 

XII Mały Memoriał Bronka Czecha to impreza narciarska otwarta dla wszystkich.

Serio, nie musisz być członkiem jakiś tajemnej polonijnej grupy, każdy jest mile widziany, się może zarejestrować, pozjeżdżać, podopingować, albo pomóc jako wolontariusz.

Nie będę się rozpisywać o całym przedsięwzięciu, bo strona w sieci jest. Chcesz poczytać więcej, kliknij.

Może pokażę filmik, dobrze? Wydzieram się na nim strasznie, komentatorem sportowym nie zostanę, plus Kuba powiedział, że ogólnie za długi i wybiórczy, ale jeśli cię to nie przeraża, obejrzyj.

Link do filmiku z zawodów Małego Memoriały Bronka Czecha

Trochę przewrotnie użyłam wyrażenia old is gold. I nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale mi tak ładnie pasuje tutaj. Bo to 12 edycja zawodów, a i zawodnicy są od namłodszych do tych bardziej zaawansowanych wiekowo.  To również możliwość spotkania Polaków “starszych” imigracyjnym stażem, kto wie, jakiej historii uda się posłuchać, od kogoś bardziej doświadczonego czegoś dowiedzieć. Docenić.

Medale, towarzystwo, snaki-przysmaki

Zdaniem Pana Kuleczki, który Katastrofę i Pypcia uczył zjeżdżać na nartach, z dobrych rzeczy najlepsze jest dobre towarzystwo. W dobrym towarzystwie wszystko smakuje lepiej. Nie żeby polska kiełbaska czy polskie pączki kiedyś smakowały źle 😉 Dziękujemy sponsorom za przygotowanie takich smakołyków dla uczestników, ach, ach, dobre było, jeszcze się w myślach oblizuję.

Dla naszych chłopaków takie zawody to dobra okazja do poćwiczenia  w miłej atmosferze zdrowej rywalizacji (Dreszczyk jest, będzie medal, będzie? No jest! W końcu ;D!). I Krzysiek i Maciek medale zdobyli, i nagrody rzeczowe też. Jakie to miłe, że każde dziecko coś dostało – szalik w polskich barwach. Cieplutko w sercu. I na szyi.

Dla tych, co nigdy nie zjeżdżali na Mount Seymour, to dobry deal (układ) – w cenie rejestracji na zawody jest całodniowy bilet na wyciągi. Plus sporo darmowych karnetów organizatorzy losują na koniec. I jeszcze możesz na przykład wygrać bilet na polski spektakl, albo uwaga, rejs jachtem. BOMBA!

Tak więc tak, dziękujemy za przygotowanie zawodów i już rezerwujemy sobie termin za rok.

PS. To nie jest post sponsorowany.

Kanada się nada chętnie pisze o wydarzeniach, które są nam bliskie. Odpowiadają naszemu stylowi życia, filozofii, najzwyczajniej w świecie podobają nam się. Jak na przykład radio dla Polaków.

Nie wszystko musi się nam podobać, bo nie wszystko jest dla każdego. Więc nie znajdziesz nas na wielu imprezach polonijnych, ale to nie oznacza,  że ich nie ma. Albo, że są złe. Albo, że nie są dla ciebie. Szukaj, sprawdzaj, angażuj się.

To twoje życie i twoja imigracyjna historia.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

8 stron internetowych które nas inspirują i pomagają ogarnąć dwujęzyczność w Kanadzie

W poszukiwaniu informacji jak do dzieci mówić, żeby mówiły po polsku. Czyli kilka stron nie tylko logopedycznych

Lekcje polskiego online w czwartej klasie to nie przelewki. Skończyło się nauczanie początkowe, zaczęło się nauczanie końcowe [Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać od napisania tego, hihihi.]

Wciąż nie mamy podręczników, które mają zostać przysłane nam na wypożyczenie, to na platformie ORPEG nauczycielki załączają całkiem sporo materiałów do pracy własnej.

Wystarczy tylko wydrukować i już siadaj drogi synku i pisz, co to głoska, co litera, a co sylaba. Jest co robić i z czym pracować.

Domyślasz się pewnie, że będzie to kolejny wpis opisujący dwujęzyczność dzieci w Kanadzie. Ano tak. Plus 8 wartościowych stron internetowych.

Uzupełnię wcześniejsze notki o tym, jak to jest z mówieniem chłopaków po polsku i po angielsku. Staraliśmy się bez lukru opisywać, jak to wygląda.

Jeśli śledzicie bloga od początku, to pewnie zauważyliście, że mam na tym punkcie lekkiego świra. Dwujęzyczności znaczy się.

#kilka słów dla tych, co dopiero nas poznają. Czyli złe dobrego początki.

Sytuacja po przyjeździe wyglądała pokrótce tak: Krzyś (wtedy 7 lat) niewiele umiał powiedzieć/napisać po angielsku, po polsku mówił dużo i poprawnie, gorzej z ortografią.

Tak było w październiku 2014. Maciek (wtedy 2,5 roku) nie mówił po polsku, ani po angielsku. Teraz, po dwóch latach, sytuacja językowa wygląda już dużo lepiej, uff.

Ponieważ wciąż nasze życie w Kanadzie ma charakter tymczasowy i założenie jest takie, że wracamy*  do polskiej szkoły/przedszkola [*czas przyszły nieokreślony, wiem, wiem, bo zaraz by się pojawiły pytania, kiedy wracamy] , najważniejsze jest dla nas, aby język polski (zagranicą mający status języka mniejszościowego) był przez chłopaków opanowany na poziomie rodzimego użytkownika.

I o ile z Krzyśkiem nie będzie problemu z polską dykcją, to u Maćka wymowę trzeba ćwiczyć w większym zakresie.

Nie zdziwicie się zatem, że często szukam pomocy i inspiracji w Internecie.

Bardzo dziękuję logopedom, blogerom, słowem wszystkim, którzy się wiedzą dzielą 🙂

 

#zebrałam linki do wartościowych blogów/stron/projektów, które pomagają nam z nauką polskiego. Oraz tłumaczą, jak emigracyjna rzeczywistość wpływa na dzieci, rodziców, komunikację i życie. O tak!

  • Blog bilingualhouse prowadzony przez polską logopedkę w Menchesterze. To  miejsce w internecie, opisujące doświadczenia rodziny dwujęzycznej. Aneta pisze ( i nagrywa filmiki) w prosty sposób o nauce języków, dwujęzyczności polsko-angielskiej. Znajdziesz tam ciekawie podane informacje naukowe oraz opisy codzienności. Bardzo podoba mi się również fanpage, na którym autorka poleca wartościowe treści innych logopedów, lingwistów czy wreszcie rodziców dzieci wielojęzycznych.

 

  • Serwis Dobra polska szkoła to polonijny portal informacyjny w Nowym Jorku.  Wbrew nazwie nie ogranicza się jedynie do tekstów informacyjnych czy promocyjnych dla Polonii w NYC. Ja często znajduje tam ciekawe refleksje, rady,  wzmianki o książkach dla dzieci wartych uwagi, czy linki do osób, które naukowo zajmują się dwujęzycznością. Jakoś tak ciepło mi się zrobiło w sercu, czytając, że projekt Cała Polska czyta dzieciom wsytępuje także w wersji Cała Polonia czyta dzieciom. Przyznam szczerze, że kiedy zaglądam na ten portal, to zazdroszczę rodakom, którzy mieszkają w miastach z liczniejszą Polonią. Tyle się dzieje….

 

  • Kasia w Anglii czyli mamaw.uk to bardzo ładny i wartościowy blog, na który zaglądam z przyjemnością. Czytam wpisy o wychowaniu dwujęzycznej córki w angielskiej rzeczywistości, która miejscami zdaje się być bardzo podobna do tej kanadyjskiej (rzeczywistość, nie córka). Kasia ma świetny dar plastycznego przekazywania informacji, nic więc dziwnego, że jej wpisy cieszą się dużą popularnością. Czekam na wpisy o tym, jak będzie im szła nauka w polskiej szkole online Libertus, bo my korzystamy z konkurencyjnego systemu ORPEG.

 

  • Kolejny blog logopedyczny, Dwujęzyczność i dwukulturowość, pisany przez Elżbietę. To z jej bloga ściągnęłam pomysł dzienniczka dla Krzyśka, zaraz na początku pobytu w Kanadzie. Podoba mi się również inicjatywa: Turnusy wakacyjne dla rodzin z dziećmi dwujęzycznymi. Świetna okazja, żeby wypocząć w gronie rodzin z podobnymi doświadczeniami i Polską się cieszyć.

 

  • [blog czasowo niedostępny] Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wpadłam na blog Mai lifeabroad.pl, byłam zdumiona, że jest gdzieś na świecie dziewczyna, która zna odpowiedź na wiele z moich eimgracyjnych pytań i wątpliwości matki-ekspatki. Maja pisze z południa Stanów Zjednoczonych, ale w jej artykułach znajdziesz zgrabnie przekazane uniwersalne porady i ciekawostki, przydatne niezależnie od kraju Twojej emigracji.

 

  • Strona (blog) Dzieci dwujęzyczne Faustyny. Tutaj znajdziesz kolejną porcję informacji i historii o dzieciach dwujęzycznych. Autorka dzieli się linkami do innych stron (będzie co czytać w długie zimowe wieczory)…

 

  • Link podesłany przez koleżankę z dawnej pracy (dzięki Marta Z.) czyli Centrum Głoska. Krótkie, treściwe posty, napisane zrozumiałym językiem. Ciekawa propozycja dla rodzin niemających dostępu do szkół polskich  – z Kasią dzieci mogą się uczyć czytać po polsku przez Skype’a.

 

  • i jeszcze taki artykuł, o wspieraniu dzieci dwujęzycznych.  Spodobało mi się wyważone podejście autora do tematu dwujęzyczności.

 

Wszystkie powyższe strony pełne są wskazówek znacznie ułatwiających codzienną naukę języka polskiego w naszym domu.

Ale najważniejsze dla mnie jest poczucie, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych “zmaganiach” z językami.

Uczenie się języka polskiego w Kanadzie to zajęcie czasochłonne.

W dodatku ponieważ nauczycielem jestem najczęsciej ja, bywa, że mocno frustrujące (każdy kto mnie zna, powie, że cierpliwość nie jest moją największą zaletą).

Bardzo mi wtedy pomaga czytanie postów innych mam-emigrantek, mam dzieci dwu- lub więcej- języcznych, które też czasami mają dość, brakuje im siły, pomysłu czy planu.


Dziecku nie wystarczy powiedzieć:

weź ucz się polskiego, bo to piękny język. Bo to nasz język. Bo jesteś Polakiem.


Trzeba je cały czas zachęcać, motywować, zwłaszcza, że nie brakuje pokus spędzania czasu inaczej niż nad polską ortografią.

Dwujęzyczność jest wspaniałym darem. Ale i sporo z nią roboty. Znasz nasze historie?

 

Znasz dobry tekst o dwujęzyczności?  Podrzuć w komentarzu, a  ktoś Ci podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Czy ty się uczysz czy ty się bawisz? Czyli organizacja dnia w szkole kanadyjskiej

Uwaga, dzwonek ! Trzeba pobiec do szkoły w radosnych podskokach 🙂

Rok szkolny powoli się kończy, wakacje tuż za rogiem.

Jeszcze chwila, jeszcze dwie, i wszystkie dzieci staną na uroczystym apelu, podekscytowane zbliżającym się magicznym momentem rozdania świadectw (albo znudzone tym faktem, zależy od wieku ucznia).

Wróć….. wszystkie polskie dzieci. Bo w naszej kanadyjskiej szkole apelu nie było na rozpoczęcie i nie będzie na zakończenie.

W kanadyjskiej szkole wiele zagadnień wygląda inaczej niż po polsku.

Inne są apele (brak), prace domowe (minimalny zakres), sprawdziany (brak), wywiadówki (szczegółowo opisane w tym poście), podręczniki i przybory szkolne (nie trzeba nosić ze sobą z domu do szkoły). Inna jest też relacja pomiędzy nauczycielami, dziećmi i rodzicami.

Kilka informacji i luźnych myśli  znajdziecie w tym poście, pisanym na początku roku szkolnego 2015/2016.

Zobacz, jak wygląda codzienny dzień ucznia zwykłej szkoły rejonowej w Vancouver. Spisuję to, co Krzyś mi opowiada, zaglądając przez ramię


Zanim do szczegółów, jedna uwaga.

Każda szkoła kanadyjska ma większą autonomię, niż polskie podstawówki. Widać to zwłaszcza w kalendarzu dni szkolnych i wolnych, zwanych tutaj Curriculum Days oraz Pro D Days.

Bywa, że różne szkoły podstawowe różnie ustalają sobie inne godziny rozpoczęcia i dni przeznaczone na kształcenie zawodowe nauczycieli.

Ogólnie panuje spora dowolność, co z jednej strony jest dobre (większa elastyczność dla rodzica), a z drugiej strony mocno dezorientujące dla nieobytych z systemem kanadyjskim.

Organizacja dnia w szkole kanadyjskiej.

 

Nasza szkoła to zwykła rejonówka, dwie ulice od naszego domu. Dzięki temu, zdarza się, że Krzysiek idzie sam. [według prawa dzieci od lat 9 mogą przebywać na ulicy bez opieki dorosłych]

#1

Opieka przed szkołą i po szkole

 

Dzień się zaczyna o 9, kończy o 15. Codziennie tak samo.

Jeśli rodzice pracują w innych godzinach, dzieci należy zapisać na zajęcia przed szkołą (7:30-8) i po szkole (15- 17:30). W samej szkole nie ma świetlicy, gdzie młodsze dzieci spędzają czas. Before school care i after school care organizowane są poza szkołą, komercyjnie, płatne w zależności od rodzaju zajęć czy typu klubu.

Opiekunowie (często młodzi, często wolontariusze) przyprowadzają i odprowadzają dzieci, bo takie kluby czasami działają spory kawałek od szkoły (np. nasz klub jest oddalony o dwie przecznice od szkoły).

Ceny opieki mogą się bardzo różnić, od 100 CAD za cały rok, do kilkuset dolarów za miesiąc. Trzeba zrobić wywiad, zanim podejmie się decyzje.

#2

Początek dnia czyli kto się spóźni, to do pani.

 

No dobrze, niezależnie od tego, o której szkoła się zaczyna, dziecko powinno być na czas. Temat punktualności opiszę kiedyś osobno, bo Kanadyjczycy mają ciekawe i niejednoznaczne podejście do czasu.

Często widzę niespiesznie idących rodziców z dziećmi, kiedy już dawno po dzwonku, z rozbrajającym uśmiechem co robić, przecież dzisiaj poniedziałek. Ale w naszej szkole, jak się spóźnisz, to idziesz do pani, i potem na raporcie semestralnym pojawia się info, ile razy byłeś spóźniony i nieobecny.

W szkole Krzysia są dwie przerwy – pierwsza przerwa około 10:30, na drugie śniadanie i potem  przerwa na lunch około 12-13.

Dzieci w tym czasie mogą jeść w stołówce (musi mocno, mocno padać) lub na dworze (opcja preferowana).

Później bawią się na najbliższym placu zabaw, w parku. Teren naszej szkoły nie jest ogrodzony, ani zamknięty, dzieci mają dużo większą swobodę w bieganiu.

→ Krzysiek każe mi dopisać, ze w warszawskiej szkole w ogóle nie wychodzili na przerwy. To nie do końca prawda, ale skoro tak to pamięta, to oznacza, że czasu na świeżym powietrzu dzieciaki miały stanowczo za mało.

#3

Jak wyglądają zajęcia dzieci w klasie?

 

W klasie każde dziecko zaczyna zwykle od czytania książek, po cichu, przy stolikach, kilka-kilkanaście minut, ot taka rozgrzewka intelektualna.

Wybór książeczek dowolny, Krzysiek często przynosi swoją (bywa, że i polską). Lektur obowiązkowych, takich samych dla wszystkich, nie ma. Za to w każdym tygodniu trzeba przeczytać dany rodzaj książki (fiction book, graphic novel, picture book, etc.). Później dzieci dostają kartki i muszą napisać, o czym książki były. Każdy sobie sam wybiera książkę danego typu z biblioteki szkolnej. Obecnie czyta się gazetki.

→ Wyobrażasz to sobie? Gazetki takie mega kolorowe z kiosku ruchu przerabiane w polskiej szkole? To dopiero byłby widok.

Po takiej wstępnej rozgrzewce czytaniem, wciąż nie ma typowych lekcji (czytaj: według polskiego standardu).

Niektóre dzieci są zbierane w jedną grupę, żeby wspólnie czytać, ewentualnie, żeby skończyć zadania z wczoraj. Inne w tym czasie odrabiają matematykę.

Dzieci nie mają takich samych podręczników, tylko skoroszyty, do których wpinane są zadania odpowiadające umiejętnościom dziecka. Nie ma czytania na głos przez jedno dziecko, kiedy reszta klasy śledzi w skupieniu słowa w czytance. Każdy pracuje po swojemu, nad swoimi materiałami, w swoim tempie.

Może tak to podsumuję: dzieci pracują nad tym samym zagadnieniem, ale nie tak samo. Rozumiecie, o co nam chodzi, prawda?

#4

Plan lekcji ? Brak. Sprawdziany i dyktanda? Brak. To znaczy są, ale inne niż te, do których polska oświata nas przyzwyczaiła.

 

Nie ma typowego tygodniowego planu lekcji. To znaczy jest napisane: poniedziałek: muzyka, środa: gym (w-f), czy piątek: biblioteka, ale nic poza tym. Zajęcia muzyczne to są nawet dwa razy: tańczą, grają na flecie (w poprzednim semestrze grali na ukulele). Plastyka nie ma swojego stałego czasu w planie zajęć.

Organizuje się ją na zasadzie: jest potrzeba, jest działanie ( np. przygotowanie kartki na Dzień Matki ). Dzieci są zachęcane do rysowania również kiedy na dworze tak leje, że nikt nie ma serca kazać im wyjść na przerwę. Ale nie muszą wtedy rysować. Zamiast tego mogą oglądać rainy days’ films (czyli filmy na deszczowe dni), puszczane na korytarzu szkolnym.

Nie ma sprawdzianów oprócz testu ze słówek (spelling test). Dwa razy był test z matematyki. Taki do zrobienia/odrobienia podczas zajęć, bez przygotowywania się. A test ze słówek ćwiczą w szkole przez cały tydzień poprzedzający piątkową kartkóweczkę.

→ Ciekawostka: nie wszystkie dzieci w klasie mają te same słówka do napisania podczas spelling test.

Z cyklu ulubione: zajęcia sportowe – czyli gym – czyli wf.

Dzieci się nie przebierają na w-f. Nie ma szatni dziewczyńskiej i chłopięcej.

Jest wprawdzie sala gimnastyczna, ale jak tylko pogoda pozwoli, biegają na dworze.  Special helper, czyli na polskie dyżurny, sugeruje w jaką grę wszyscy się będą bawić. Ale nic nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza.

#5

Dzień szkolny kończy się czasem wolnym, czyli activity time.

 

Dla Krzyśka oznacza to zabawę na dywanie z kolegami, klockami Lego. Klocki Lego to zresztą podstawowe wyposażenie jego plecaka. W zasadzie oprócz Lego, śniadaniówki, fletu (czasami) i dzienniczka ucznia (jak nie zapomni) nic więcej nie nosi.

O 15:00 jest dzwonek. Część dzieci zabierana jest przez rodziców, inni od razu idą na plac zabaw przy szkole, żeby jeszcze tam chwilę się pobawić, a jeszcze inne dzieci zaprowadzane są w miejsca, gdzie mają opiekę po-szkolną.

Dzień zajęć, organizacja szkolna wygląda inaczej niż w Polsce. Lepiej? Gorzej? Każdemu służy co innego, i ile rodziców, tyle zdań. Nasza kanadyjska szkoła nie jest tą, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, a uczniów wyłania się w drodze losowania. Ale jest blisko, wszyscy się znają, i to, co oferuje, wydaje się w tej chwili być dobrym dla Krzysia. Co będzie dalej? Będziemy się zastanawiać….

No i co, chciałbyś chodzić do takiej szkoły? Albo posłać do niej dziecko?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

Jak to się Krzyś uczył angielskiego w Polsce, a jako Kris nauczył go w Kanadzie. Jak mówi Yoda: do it or not do it.

To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

#1 Historia angielskiego po polsku

W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

A później zaczął szkołę podstawową, polską.

Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

#2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

  • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
  • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
  • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
  • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

 


Zorganizowane study hours. By matka

Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

Zła byłam. Na siebie. Na niego.

Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


Nauka angielskiego teraz

Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

  • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
  • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
  • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
  • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

 

Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

Much to learn you still have. Yoda


Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!

Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

Auł, mamo, ząb mnie boli !!! Grozą powieje. Historia prawdziwa.

Dentysta ogólnie

dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

Dentysta dziecięcy

Boli ząb

Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

U dentysty nr 1

Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

U dentysty nr 2

Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

U dentysty nr 3

Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Speach language patologist czyli logopeda po kanadyjsku

Maciek i jego zmagania z językami. Post podsumowujący sesje z logopedą kanadyjskim.

To będzie post o zmaganiach Maćka z mową. Przy pomocy speach language patalogist.

Pisałam już o tym kilkakrotnie, bo temat Maćka mowy spędzał (nie tylko) mi sen z powiek od początku naszego przyjazdu do Vancouver. Trochę uporządkuję wspomnienia w tym wpisie, na wypadek jakby zajrzał tu ktoś z podobnym problemem. Proszę tylko nie traktować naszej historii jako wykładni medycznej prawdy absolutnej. To spisane doświadczenia z speach language patologist czyli logopedą.

Historia, więc najpierw polski.

Przyjechaliśmy do Kanady, zanim Maciek zaczął w pełni mówić po polsku. Miał wtedy 2,5 roku. Jego mowa nie była rozwinięta, jego sposób opisywania świata, komunikacji z innymi w zasadzie ograniczał się do pojedynczych słów. Martwiło mnie to, ale nieprzesadnie, chociaż mając tyle lat, Krzyś już śpiewał i komunikował się sprawnie. Maciek okazał się być tym, który swoje zdanie wyrazi później (late talker).

Podczas przypadkowej rozmowy z kanadyjską mamą dowiedziałam się, że w okolicy jest klinika, w której mogą Maćka zbadać i w razie konieczności zalecić terapię mowy. Więc postanowiliśmy nie czekać, jak sytuacja się rozwinie, tylko zacząć działać. To był przełom roku 2014 i 2015.

Fakt, że Maciek mówił niewiele, spowodował, że jeszcze w Polsce miał badanie słuchu. Powtórzyliśmy to badanie także w Kanadzie (bezpłatnie, czekaliśmy około 2 tygodnie, wyniki zostały przesłane pocztą do nas i do logopedy). Z uszami i słuchem wszystko w porządku.

Nie zna polskiego? To z angielskim będzie nielekko.

Podczas pierwszej wizyty logopedka zrobiła nam wywiad i powiedziała, co następuje. Otóż wbrew mojemu przekonaniu, że Maciek złapie angielski szybciej niż Krzysiek, jest zupełnie inaczej. Maćkowi jest dużo trudniej nadgonić z angielskim do poziomu native speaker, ponieważ przyjechał do Kanady bez przyswojenia sobie całego polskiego. Jego polski nie był taki rozwinięty, żeby mógł dokonać tranzycji na angielski. Co więcej było mu trudniej ruszyć z mową w ogóle, ponieważ te części mózgu odpowiedzialne za mowę wciąż się rozwijały, w miarę jak rósł z niemowlaka do przedszkolaka. W dodatku poszedł do kanadyjskiego przedszkola, co oznaczało, że ma mniej o 40 godzin tygodniowo polskiego niż jego rówieśnik w Polsce.

To było dla mnie zaskoczenie. Myślałam bowiem, że im mniejsze dziecko i im więcej styczności z drugim, trzecim językiem, tym łatwiej i szybciej zacznie mówić. Otóż nie zacznie. Najpierw musi poznać dobrze jeden język, swój, ojczysty, żeby potem łapać szybko drugi. Maciek był przez 40 godzin w tygodniu otoczony tylko angielskim, czyli automatycznie pozbawiony tych 40 godzin polskiego, a to spowalnia jego rozwój mowy. Godzina, dwie, obcego języka, to nie robi wielkiej różnicy, ale już podział po połowie tak. Jesteśmy tego przykładem.

Zaczęliśmy zajęcia z logopedką jakoś na wiosnę. Były to sesje jednogodzinne, raz w tygodniu, na których Maciek pracował z terapeutką mowy w towarzystwie Kuby. Uwielbiał te zajęcia, uwielbiał logopedkę, do teraz pamięta jej imię, drogę do przychodni. Zajęcia polegały na powtarzaniu słów angielskich, ćwiczeniu wymowy specyficznych głosek angielskich, nazywaniu rzeczy i interakcji podczas zabaw. Chłopaki chodzili do Kelly przez 3 miesiące.  W domu ćwiczyliśmy z materiałami z zajęć (kolorowe wydruki na pojedynczych kartkach), jednocześnie czytając polskie książeczki.

A potem Maciek pojechał do Polski na dwa miesiące.

100% polskiego. I sporo angielskiego.

Po wakacjach w Polsce, gdzie był przez cały czas otoczony tylko polskim, Maciek mówi po polsku. Buduje zdania z trzema, czterema wyrazami, odmienia czasowniki i przymiotniki polskie, potrafi nawet dostrzec humor językowy. Śpiewa po polsku. Wymawia typowe dla polskiego głoski (np. t bez wkładania języka między zęby, które wcześniej brzmiało jak angielskie th).

Co więcej, Maciek mówi też po angielsku. Po dwóch, trzech tygodniach od naszego powrotu do Vancouver, po ponownym przyzwyczajeniu się do przedszkola, okresie trudnym, Maciek rozmawia po angielsku.

I to jest jeszcze raz dowód na to, że żeby mówić dobrze w drugim języku, trzeba najpierw mówić dobrze w pierwszym. Po angielsku mówi zdania trzywyrazowe, reaguje na polecenia i wyraża prośby typu More water please, John, come here, Look at me. W zabawie z kanadyjskimi dziećmi płynnie przechodzi na angielski. I śpiewa też 🙂 Nie umiem określić, czy jego akcent angielski jest poprawny, ale raczej nie odbiega od wymowy innych dzieci. W domu czasami czytamy po angielsku, czasami oglądamy po angielsku, ale mówimy między sobą tylko po polsku.

Co dalej?

Po wizycie kontrolnej na początku grudnia wiemy, że wszystko jest jak w najlepszym porządku, i na najlepszej drodze. Dostaliśmy obszerny raport, a w nim np. informację, że wymawia angielskie th jak f, bez wkładania języka między zęby! (najwyraźniej nie da się na tym etapie mówić prawidłowo po polsku t i po angielsku th).

Nie ma potrzeby chodzić na dodatkowe zajęcia logopedyczne. Następna wizyta kontrolna za pół roku, pielęgniarka zadzwoni i umówi termin.

Maciek kontynuuje rozmawianie po angielsku w przedszkolu, a w domu po polsku.

I świetnie rozumie, że są dwa osobne języki. Na dowód angedotka:

Kuba odprowadza Maćka do przedszkola.

Zdejmując kurtkę, Maciek mówi do niego: Tato, ja teraz będę mówił po angielsku. 

I zwracając się w stronę kolegów: Hello, everybody !!!

🙂

I jeszcze na koniec: Za standard przyjmuje się tutaj, ze obcojęzyczny 2-, 3-latek, po przyjeździe do Kanady, potrzebuje około 5 lat, żeby poziomem angielskiego dorównać rodzimemu użytkownikowi języka. W przypadku dzieci, które wyemigrowały w starszym wieku, czyli np. jak nasz Krzyś, taki poziom na ogół osiąga się po 2 latach.

Zdjątko z gatunku: Gimnastyka buzi i języka

gimnastyka buzi i języka

Jest dobrze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

I na koniec dziękujemy raz jeszcze Cioci Dorocie – bez Ciebie byłoby nam znaczniej trudniej !

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

Siedzimy w samolocie do Vancouver. Znowu. Dobrze, że tym razem Lufthansa nie strajkuje. Ale jeśli myślicie, że będzie łatwo, to zapraszam do czytania.

Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

#1

Zacznę od lotu

 

Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

 

[Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

 

I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

[dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]
Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

 

Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

Macha ręką i możemy iść.

Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

 

Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!


a o naszym przekraczaniu granicy przeczytasz jeszcze → w poniższych wpisach kliknij w obrazek

Podróż do Kanady_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady.


 

#2

Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

Z rzeczy innych:

  1. walizki się odnalazły, jupikajej
  2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
  3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Po pierwszym roku o szkole rozważania.

Na rozpoczęcie nowego roku szkolnego, nieco przekornie, a co,  teraz będzie o tym roku szkolnym, co się skończył. Różnice i podobieństwa będą.

Tak sobie myślę, że jednak jak rodzina zjeżdża na emigrację, to głównym znakiem zapytania jest, jak się dzieci dostosują. I jak wygląda kanadyjska szkoła podstawowa tudzież inne przybytki oświaty kanadyjskiej.

Chyba nawet bardziej palące to pytanie, niż o matko, co z pracą, albo gdzie ja znajdę mieszkanie, które nie jest trochę bardziej posprzątaną piwnicą.

Zatem jak się zaczynało bloga emigracyjnego rok temu, to siłą rzeczy pierwsze posty były głównie o naszych dzieciach, a jak się zaczęła szkoła, to głównie o dzieciach w szkole.

Jeśli ktoś nie wierzy, zerknijcie na posty z września/października 2014 gdzie Krzyśkowo-Maćkowe emocje w placówkach wychowawczych są myślą przewodnią. I to jest naturalne, w końcu to dzieci, i to nasze. Więc pisać o nich będziemy dużo.

Szkoła się wtedy zaczęła (jesienią, tak jak wszędzie. Wróć, jednak nie tak, jak wszędzie, bo później), w postach przewijało się moje ach i och wymieszane z rozczarowaniem, żeby za słodko nie było (bo nie było). Ciężkie chwile wynikały bardziej z faktu, że to początki życia w Kanadzie, niż kanadyjską szkoła jako taką.

A w czerwcu było pytanie do Krzysia, którą szkołę woli: warszawską czy tutejszą. Zdecydować nie umiał. Przynajmniej nie tak jednoznacznie, na 100%.  Z słów jego wyłapaliśmy najważniejszą przewagę kanadyjskiej: miał więcej kolegów.

Był w klasie z dziećmi młodszymi od niego (klasa pierwszo-druga). W Warszawie był w klasie pierwszej jako sześciolatek, głównie z siedmiolatkami. I było mu tam ciężej, ze starszymi od niego.

Rok różnicy w górvę robi różnicę, się okazuje.

Nie tylko w kontaktach międzydziecięcych było ciężej, także z nauką nie było za lekko.

W takim sensie, że w polskiej szkole tej nauki było po prostu za dużo jak na przeciętnego sześciolatka.

Nauki było za dużo, zadań domowych za dużo, wymagań za dużo. Żeby siedział w ławce grzecznie, czytał z książeczki ładnie i pisał czcionką polską jedyną właściwą. W podstawówce w Vancouver zadań domowych nie miał w ogóle. Choć to z kolei też nieokreślony niepokój we mnie wzbudzało, no bo jak to, choćby zdanka, ćwiczonka, nie? Z zadań domowych to Krzysiek miał czytanie książeczek, ale nie żeby lektury obowiązkowe, i później test ze znajomości tychżetylko takie zwykłe książki o zwykłym życiu, czasami tekturowe, czasami broszurowe, z dużą czcionką i kilkoma zdaniami.

Lecimy dalej: podręczniki.

W Polsce dla jednego dziecka komplecik na rok to około 300 zł, na dwoje to już 600 zł, uchu. W Vancouver zapłaciliśmy na początku 25 CAD za wszystko, WSZYSTKO, serio, nic nie musieliśmy kupić, ni ołóweczka najmarniejszego, żadnego zeszytu. Na koniec roku Krzysiek przyniósł stertę prac plastycznych, kartek z pisaniem, matematyką, wszystko, co w szkole zrobili. Okazuje się, że dzieci wcale nie muszą mieć takich super wypasionych, podręczników, żeby się uczyć, no nie muszą.  Tak sobie myślę, że te nasze polskie kolorowe bardziej przeszkadzają, bo za dużo opowiadają, odkrywają, podają na tacy, ograniczając wyobraźnię. A pusta biała kartka, czyste formy, to wszystko aż kusi, żeby napisać więcej, pokolorować bardziej. I tutaj w księgarni kolorowych podręczników nie znajdziesz. Są czarno-białe, często na kartkach z recyklingu, ekologicznie uświadamiając jednocześnie dzieciaki.

Nie ma podręczników, zatem odpada problem ciężkiego plecaka.

Krzysiek w plecaku nosił te książeczki do domowego czytania (waga piórkowa) i pudełko śniadaniowe. I dwa razy w tygodniu strój na wf. Plecaki zostawały na wieszakach wraz z kurtkami, butami na zmianę (jak ktoś chciał i miał, nie żeby kacie szkolne były wymagane), parasolkami. Wieszaki są tuż przy wejściu do klas, nie ma żadnej groźnej woźnej co to wszystko wie i wszystko może, a najbardziej to zrugać uczniaka, że u kurtki urwany jest ten dzyndzel, co się za niego wiesza (kurtkę, nie ucznia).

Groźnego to ja nie spotkałam w szkole nikogo.

A wierzcie mi, przez rok w polskiej szkole zdarzało mi się, dorosłej, bać rozmowy z ciałem pedagogicznym. Groźne było miejscami to ciało, tak jakoś na mnie z góry patrzące, że co ja tutaj z czym do ludzi, a w ogóle to muszę napisać podanie. Nauczycieli Krzysia tutaj bardzo lubię, szanuję, z jego wychowawczynią mogłabym się zakumplować. Bo i takoż mnie, jako rodzica, po ludzku traktują bardzo, że się nie boję wcale. A przecież powodów do strachu było – czy się zaaklimatyzuje, czy mówić będzie po angielsku, czy zda do następnej klasy.

Nasza szkoła jest jakaś inna?

Nie ma jako takich sal szkolnych, w ogóle niewiele jest ścian, cała przestrzeń szkoły jest podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
Widać, że w szkole niejeden rocznik już skończył naukę, plac przed szkołą prosił się o remont

ale tadadam, zdane, i w Kanadzie, i w Polsce. High five synku !

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

Jedno z takich miejsc, które trzeba odwiedzić. Zdecydowanie. A jak się mieszka w Vancouver, to należy kupić bilet roczny. Bo taniej. A na jednej wizycie się nie skończy.

Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

Jak dojechać do Aquarium?

Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

Hity Aquarium w Vancouver

Aquarium po godzinach 

Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

Clownfish Cove

To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.

W okresie świątecznym oprócz nurkującego Mikołaja, puszczają w kinie 20 minutową wersję Expressu Polarnego. Krótki film plus kilka efektów dodatkowych, czyli para z góry, trzęsące się fotele i drobinki śnigo-lodu na twarz spodobają się dzieciom. I oczywiście temu wewnętrznemu dziecku, które jest w każdym dorosłym też!

Osobisty hit Maćka, który po Aquarium biegnie przed siebie i żadne delfiny, rekiny, ośmiornice i kałamarnice go po drodze ciekawią, to frytki z zestawu fish & chips.

Na zdjęciach zobaczysz, jak Maciek z upodobaniem wyjadał je towarzyszącemu nam koledze Piotrkowi – za zrozumienie dla skrytożercy Maćka i podzielenie się frytami serdecznie dziękujemy 🙂

Kuba i ja nie jesteśmy jakimiś wielkimi fanami tego przysmaku, ale jeśli lubisz, to w Vancouver musisz spróbować rybki z False Creek (Go Fish), a odwiedzając Victorię, tego w pływającej wiosce.

 

Kity, a właściwie kit (jeden) Aquarium w Vancouver

Półkolonie czyli Summer Camp

To jest opinia mocno subiektywna, bo równie dobrze Summer Camp mogło okazać się wielkim hitem! Weź na to poprawkę. Aquarium jest ciekawe, położone w środku wielkiego lasu, blisko do plaży, placów zabaw oraz parku wodnego z niewielkimi zabawkami wodnymi. Czyli w teorii wymarzone miejsce na wakacje.

A jednak u nas się nie udało.

Zapisaliśmy Krzysia na półkolonie letnie w lipcu 2015, na tydzień. Codziennie była świetna pogoda. Zajęcia rozplanowano tak, żeby popołudnia dzieci spędzały na dworze. Krzyś już po dwóch dniach znał Aquarium na wylot i nie ciekawiły go inne zajęcia. Być może był za mały na niektóre eksperymenty i badania (miał prawie 8 lat). Możliwe, że czuł się nie do końca miło, nieznając nikogo i właściwie nie mając szansu na nawiązanie znajomości. PS. To jest spora wada summer camps, czy też półkolonii wogóle, ale o tym kiedy indziej.

Od tamtego czasu Krzysiek nie wykazuje entuzjazmu, kiedy wybieramy się do Aquarium.

Przejadło mu się? To trochę tak, jak z moim stosunkiem do lodów. Kuba kiedyś, w początkach naszej znajomości kupił mi wszystkie smaki owocowe Zielonej Budki z placu Unii Lubelskiej. Ponad dziesięć kulek. Zjadłam… i od tego czasu nie ciągnie mnie do lodów.

Podobnie ma Krzysiek i Aquarium. Z tamtego tygodnia najlepiej pamięta drogę powrotną rowerami przez miasto w popołudniowym słońcu. Pewnie dlatego, że zatrzymywaliśmy się na lody 😉

PS2. Lody w Aqarium mają dobre.


Zdjęcia mamy słabe, z 2015. Nie znaliśmy wtedy tego artykułu:  8 Tips for Shooting Indoors at the Vancouver Aquarium 😉

Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015

Daj znać, co jeszcze można zrobić w Aquarium, albo w okolicy. A może wiesz, jak jest w Vancouver Zoo?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Przeżyjmy to jeszcze raz czyli pierwsze święta w Kanadzie i wspomnienia po nich

Odwiedziliśmy klika ciekawych miejsc, żeby klimat świąteczny poczuć.

Nie będziemy udawać, że pierwsze święta w Kanadzie były magiczne.

Nie były.

Ale nie o emocjach będzie ten post. Innym razem.

Zapraszamy do przeczytania relacji z czasu okołoświątecznego AD 2014/2015.

Znajdziecie tu trochę miejsc, które pomogły nam nastrój świąteczny wyczarować.

Nasze przygotowania do Świąt zaczęliśmy od śniadania ze Świętym Mikołajem Breakfast with Santa, 6/12, tuż koło nas, w community centre.

Dla wszystkich chętnych było kilka godzinnych spotkań z Mikołajem, muzyką świąteczną, naleśnikami z syropem klonowym, kiełbaskami i jajecznicą – ot taki, sąsiedzki sposób, żeby wspólnie zacząć bożonarodzeniowy czas.

Koszt: 5 $ od uczestnika, dorośli rozmawiają, zacieśniają więzi sąsiedzkie, a dzieci, nasyciwszy się Mikołajem, szaleją na sali gimnastycznej. Krzysiek pograł na gitarce z Dużym Krisem, o czym już chyba pisałam….

Tydzień później, w ramach kontynuowania tematów okołojedzeniowych, wybraliśmy się robić domek z piernika Gingerbread House decorating, 20/12.

Domek był z prefabrykantów hehe, znaczy się gołe piernikowe ściany do posklejania lukrem i co wymyślniejszego ozdabiania wysokocukrowymi słodyczami. Atrakcja przygotowana również przez zespół community centre, tym razem nie naszego, tylko z Wioski Olimpijskiej, ale ponieważ blisko i chodzimy tam na gitarę, wybraliśmy się i tam.

Oprócz domku było zdobienie bombek, rysowanki, malowanki, sztuka gwiazdkowa, która później ozdobiła naszą choinkę. Koszt: 5 $ od dziecka, 12 $ piernikowy domek, zakupiony w ilościach hurtowych przez prowadzących.

Następnie po serii świątecznych koncertów, przyszedł czas na najpierwsze spotkanie mikołajowe 19/12, u Maćka w przedszkolu.

Nic się nie bał, miło to było zorganizowane, kanapki, sałatki, ciasta, rodzice i dzieci (sztuk około 20). Wszyscy chłopcy dostali Hot Wheels, wszystkie dziewczynki dostały Barbie (hehe).

Maćkowi najbardziej podobały się białe bułki podczas poczęstunku, pewnie dlatego, że w domu wyrodni rodzice dają mu tylko zdrowe pieczywko własnego wypieku, co to nawet koło mąki pięknej białej pszennej nie leżało.

Potem był jeszcze jeden zryw czynienia sztuki na sesji w community centre – Holly Jolly Holiday

20/12 – skąd chłopcy przynieśli np. czekoladę do picia w proszku, wymieszaną z piankami marshmallows (pianki owe wiadomo stanowią niezastąpiony posiłek przy ognisku, no i jak się okazało, również w czekoladzie się odnajdują).

Niestety jak to mówią uczestnicy “Ugotowanych” nie są to moje smaki i moje kubki smakowe nie doznały zaskoczenia, wszystko obrzydliwie słodkie, ale wraz z cydrem i grzanym winem, hot chocolate z piankami stanowią napitki wybitnie świąteczne, więc wypiliśmy i my.

Przy okazji pierwszy raz zastanowiło nas poczucie humoru Kanadyjczyków, którzy owe woreczki z kakaowym proszkiem i piankami nazwali resztką kupy Bałwanka… Dzieciom oczywiście oczy się świeciły na ten kupowy smakołyk, po usłyszeniu jak się nazywa, świeciły się nawet mocniej.


Jakby ktoś się zastanawiał czy możliwa jest Gwiazdka za grosze w Kanadzie, to zapraszamy do przeczytania poniższego posta z pierwszej naszej zimy w Vancouver, w 2014

Korzystając z okazji, że fundusze nam nie pozwalają a sumienie zakazuje rozbuchanej konsumpcji dóbr bożonarodzeniowych, poszliśmy z chłopakami w “czynienie” nastroju świątecznego naszymi własnymi rączkami.

Ewentualnie korzystając z zasobów sklepu ONE DOLLAR wszystko za dolara czy TRIFT STORE second hand sklep.

Kris, zwany z angielska Chrisem, stworzył niewielką świąteczną galerię prac własnych i Maćkowych, okraszając ją napisem Merry Chrismas (Wesołego Krzysiowania, literka T nam się zapodziała, a co).

 

Projekt choinka powstał zaś jako wynik bezustannej edukacji ekologicznej u Babaliny, która swoimi nauczycielskimi metodami wpoiła Krisowi zasady recyklingu i korzystania z darów natury (dziękujemy).

Choinka powstała: z 5 kijów znalezionych, z szyszek znalezionych, z łańcucha papierowego i z łańcucha sztucznej zielonej choinki za 1,99 $, laski mikołajowe rozdawane w ramach promocji wypożyczalni samochodów. Ozdoby wytworzone ręcznie w szkole i w domu kultury, inspiracje znalezione na pintereście. Chłopaki mogą bez końca przeglądać te inspiracje, ja zresztą też

Ta nasza pierwsza choineczka jest już rozebrana, a w jej miejsce stoi prawdziwa jodełka, zdobyta w Ikea (wydasz 75$, choinkę za free dostajesz i jeszcze figurujesz jako darczyńca na rzecz funduszu wspierania lasu).

I jeszcze nie do końca niskobudżetowo, bo za dychę sztuka, chłopaki dostali kalendarze adwentowe z czekoladkami. Maciek konsekwentnie wyjadł już do 21/12 w związku z tym nie mam pomysłu, jak dziurę czekoladkową zapełnić, kiedy Kris z namaszczeniem będzie odwijał swój dzienny przydział, oczywiście tak, aby Maciek wszystko widział i mu zazdrościł. Wyjedzenie przez Maćka przedterminowo czekoladek z kalendarza zrzucam na karby obciążenia genetycznego ze strony J. – Kuba mówił, że oni rzadko wytrzymywali reżim jedna czekoladka na dzień. My ze strony I. byliśmy bardziej zdyscyplinowani i wiedzieliśmy jak sobie dawkować przyjemności, hehe (Brat, potwierdź !)

last but not least – do słowniczka Maćka przybył nowy rzeczownik, którym nazywa Mikołaja. Wskazuje go w książce i na ulicy mówiąc HOHOHO

I tak minęły ten święta. A jak u Was?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

Kanadyjski żłobek Maćka i szkoła Krzysia – pierwsze wrażenie

Jak wyglądało zachowanie chłopaków w szkole i żłobku na początku naszego pobytu w Kanadzie?

Ten post przeszedł niejeden lifting. A wszystko po to, że wracając do tamtych chwil, do tamtych emocji, nie potrafiłam się powstrzymać, żeby za każdym razem czegoś nie dodać/ująć,  czy inaczej sformułować.

Ale tak to już jest z emocjami..

Jeśli szukasz informacji o tym, jak dzieci polskie czują się w kanadyjskiej placówce tuż po przeprowadzce do kraju klonowego liścia, to dobrze trafiłeś. Sporo emocji i trochę faktów, czyli jak wyglądał nasz kanadyjski żłobek i szkoła na początku życia w Vancouver.

#1

Pierwsze dni w kanadyjskim żłobku Maćka

 

Ciężko jest mi znaleźć odpowiednik polski daycare, bo to nie jest do końca przedszkole, ani do końca żłobek, ani tym bardziej przechowalnia dzieci. Albo punkt opieki, chociaż to trochę dziwnie brzmi.

Maciek chodził do St. Michael Daycare (znalazłam taką stronę internetową, ale od razu napiszę, że jest nieaktualna niestety).

  • Na początek na trzy godziny dziennie, od 9 do 12.
  • Po jakimś czasie zostawał na drzemkę i wtedy był odbierany o 15.
  • Kiedy zaczęłam pracę, mogłam go odbierać najwcześniej o 16:30. Punkt opieki otwarty jest do 17:30.
  • Zaczął chodzić do daycare w listopadzie 2014, ja poszłam do pracy na cały etat w marcu 2015.

Pierwsze trzy godziny beze mnie, w kanadyjskim daycare, przypadły na listopad 2014. Nawet mu się podobało, zjadł dwie miski zupy, po odebraniu z daycare był przejęty i opowiadał po swojemu.

Niestety, następne tygodnie nie były już takie różowe – było niezadowolenie, że go zostawiam. Ale myślę, że to akurat nie wina kanadyjskiej placówki, tylko po prostu, taki etap.

Standardowa tęsknota za mną, z rana, trwała przez dobre dwa miesiące.

Nie będę ściemniać, lekko nie było.

A przecież w daycare jest ciekawie!

  • Dyrektorką jest Dana, Czeszka z pochodzenia, która do Maćka mówi: nie płacz chłopcziku.
  • Dzieci różnie mówią po angielsku, są takie co tak jak Maciek, dopiero się uczą.
  • Wszystkie bawią się razem, niezależnie od wieku, a nie tak, jak w Polsce, że maluchy z maluchami, a starszaki w drugiej turze dopiero.

Dyrektorka mówi, że w swojej 40 letniej praktyce miała wiele dzieci, które nie mówiły i były w podobnej sytuacji, co my – nowe środowisko, nowy język. I że wszystko się wyrównało, uspokoiło z czasem.

Powinnam się nie martwić, ale się martwię.

Czas pokaże, że Dana miała rację.


#2

Pierwsze dni w szkole kanadyjskiej Krzysia

Krzysiek poszedł do drugiej klasy szkoły podstawowej Mount Pleasant Elementary. Ponieważ był strajk nauczycieli, rok szkolny zaczął się pod koniec września 2014.

Pierwszego dnia szkoły 22.09.2014

Tiaaa, siła przyzwyczajenia jest jednak ogromna.

Nasz pierwszy dzień szkoły zaczęliśmy po polsku, czyli od wymaganej szkolnej elegancji (koszula plus czarne spodnie) i pokrzykiwania rano, że oczywiście nie zdążymy.
Choć coś mi mówiło, że pierwszy dzień szkoły w Vancouver będzie wyglądał inaczej niż w Warszawie. No i wyglądał, ZUPEŁNIE INACZEJ.

Nauczyciele, rodzice i uczniowie wyglądali za to zupełnie zwyczajnie, codzienne stroje, żadnego spięcia, punktualnie owszem (w Kanadzie wszyscy są bardzo punktualni), ale bez nerwowego dreptania po korytarzu.

Po przyjściu uczniowie, którzy do szkoły uczęszczali już w zeszłym roku, kierowali się do swoich nauczycieli. Nauczyciele pozdrawiali i ściskali. Rodziców zresztą też ściskali, wszyscy się ściskali jak starzy znajomi 🙂

Po szkole chodziła uśmiechnięta dyrektorka i inne princypaly, dyrka była w żółtej bluzce, kwiecistej spódnicy i klapkach, także tyle w temacie szkolnej elegancji i mundurka.

Apelu żadnego nie ma, powitania przez ministra czy czegoś takiego. Byli też wolontariusze z sąsiedztwa, którzy często w takich sytuacjach pomagają odnaleźć się nowicjuszom takim jak my.

Krzyś został skierowany do drugiej klasy.

Pierwszego dnia szkoła trwała całą jedną godzinę. Zapytałam wychowawczynię (Ms. Harris, uczy też WF), czy mogę zostać na korytarzu,żeby jakby co, i popatrytwałam ponad regałami.

Widziałam, że Krzysiowi było bardzo ciężko, łezki się zakręciły, nie chciał wziąć żadnej książki, bo mówił, że i tak nie zrozumie. Inni chłopcy podpatrywali z zaciekawieniem, jeden zagadywał, ale Kris siedział z ponurą miną.

Początki nie są łatwe, będziemy się starać.

Podczas tej jednej godziny dzieciaki:

  • czytały każdy swoją książkę (Krzyś nie czytał),
  • rozwiązywały zadania z matematyki pod kreską (Krzyś rozwiązał obie strony kartki),
  • zbierały swoje prace zeszłoroczne i opróżniały szafki na ten rok (siłą rzeczy Krzyś niewiele robił),
  • słuchały nauczyciela siedząc na dywanie w kółeczku i śpiewały.

Ciekawe doświadczenie, ale na fali buntu Krzysiek mówi, że on woli takie normalne wkuwanie, lekcja po lekcji. Hehehe, zapytam go za trzy miesiące.

Nic nie wiem o podręcznikach, zeszytach, przyborach, nie znam jego planu lekcji, wiem, że od jutra mają zajęcia od 9 do 15, że stołówka ruszy od czwartku, więc musi wziąć ze sobą lunch bez orzechów, i że na lunch będą mieli prawie 45 minut, więc od biedy da radę podbiec do domu, zjeść i wrócić, choć wolałabym, żeby w tym czasie łapał kontakt z dziećmi, zobaczymy jak będzie.


Marzenia matki-emigrantki mam, takie cichutkie, żeby nie zapeszyć:

  • Jak bardzo chciałabym,  żeby już był czas przyszły, jakieś trzy miesiące do przodu.

  • Żeby mu było łatwiej, żeby nie pytał drżącym głosem: Mamo, a co jak mi się nie uda?

  • Żebym mogła go tak wspierać bardziej na miękko, a mniej po żołniersku.

  • Żeby miał kolegów.


Drugiego dnia szkoły okazało się:

  • że panie nauczycielki są dwie;
  • że nic się do szkoły nie przynosi, tylko płaci się 25$ i jest wszystko, książki, zeszyty, farbki, etc.;
  • że od rana jest śniadanie, płacisz ile możesz, np 0,25$ i w stołówce możesz zjeść kanapkę z dzieckiem , z jego kolegami i z nauczycielami;
  • że brak ścian i zamkniętych klas to tzw. open school concept. Jest niewiele ścian, cała przestrzeń szkoły została podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
  • że dzieci wychodzą na każdej przerwie (a jest ich dwie), chyba że leje, tzn. LEJE, ale nawet wtedy kurtki są w odwrocie.

Kolejne dni w szkole pokazały, że Krzyś nie chce mówić po angielsku, tzn. w domu owszem i chętnie, nas się pyta, do siebie mówi, JA WIEM, że potrafi zapytać i odpowiedzieć w prostych słowach. Ale w szkole niechętnie się odzywa.

Mama dziewczynki, siedzącej przy jego stoliku, zapytała się mnie, czy to ja jestem mamą tego chłopca, co tak nic nie mówi i czy mogą jakoś pomóc (miłe to było).

Krzysiek nie mówi, bo nie chce, a nie bo nie rozumie. Tak ja to widzę po trzech tygodniach szkoły.

Stąd wraz z nauczycielką wymyślamy mu zachętę w postaci zbierania wyrazów/zdań angielskich – w zeszycie odnotowuje, ile i co powiedział po angielsku, dostaje naklejki i zbiera punkciki.

Trochę słabe jest to, że ja to wymyśliłam (miałam nadzieję, że nauczycielki wykażą się większą kreatywnością i doświadczeniem w pracy z takimi dziećmi).

Czuję się bardzo pedagogicznie niepewna w te klocki, działam bardziej intuicją, niż rzeczywistą wiedzą, jak uczyć własne dziecko języka.

Dobrze, że Krzysiek lubi pracę w książeczkach – kupiliśmy trochę i w domu sobie codziennie robimy po kilka stron, głównie English (angielski) i Math (matema).

Codziennie inna literka sponsoruje dzień – pamiętacie to ze starej dobrej Ulicy Sezamkowej? Ulicę też oglądamy, nie zdawałam sobie sprawy jaka jest fajna w nauczaniu angielskiego.

Emocje i strach związany z niezrozumieniem różnie się objawia.

→ Krzysiek potrafi się położyć na dywanie i udać, że śpi. I teraz nie wiem, czy on to robi bo: czuje się bezpiecznie i sobie pozwala na więcej, czy właśnie odwrotnie, czuje się niepwenie, chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę?

→ Nauczycielka zwróciła nam uwagę, że Krzyś nie patrzy w oczy podczas rozmowy. I się oblizuje. No, zwłaszcza ten jęzor wywalony to oznaka braku szacunku.

→ Jednak są dni, kiedy Krzysiek mówi: Mamo, ale ja już rozmawiam z wszystkimi kolegami po angielsku.

I takich dni będzie coraz więcej, prawda?

 


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała wątpliwości, czy są szczęśliwi.

 Często na chodzi mnie ta myśl, co powiedzą za kilka lat. Czy będą źli, że wyjechaliśmy z Polski? Czy będą wiedzieli, kim są?

I czy od tego zależy och szczęście?


 Przeczytaj więcej o dziecięcych emocjach z początków emigracji


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.